Złudzenie „dobrego antropocenu”

Epoka antropocenu: nieoficjalny przedział czasu geologicznego, który stanowi trzecią część czwartorzędu (liczy sobie 2.6 miliona lat) i obejmuje okres od drugiej połowy XVIII wieku do chwili obecnej. Charakteryzowany jest jako moment, w którym zbiorowe działania człowieka (Homo sapiens) zapoczątkowały poważne zmiany powierzchni Ziemi, atmosfery, oceanów i systemów obiegu składników odżywczych. Powiększa się grono naukowców, którzy twierdzą, że epoka antropocenu powinna nastąpić po epoce holocenu (oficjalny przedział czasu geologicznego, który obejmuje ostatnie 11.700 lat). Nazwa antropocen pochodzi z greki i oznacza „nową erę człowieka.” Mimo iż amerykański biolog Eugene Stoermer ukuł ten termin w latach 80-tych, jego wprowadzenie przypisuje się holenderskiemu chemikowi i laureatowi nagrody Nobla Paulowi Crutzenowi, który zwrócił nań uwagę opinii publicznej na konferencji w 2000 roku, jak również w wydrukowanym ówcześnie biuletynie. W roku 2008 brytyjski geolog Jan Zalasiewicz wysunął wraz z kolegami pierwszą propozycję przyjęcia epoki antropocenu jako formalnego przedziału geologicznego.

Węzeł komunikacyjnyKilka faktów z wykładu Jana Zalasiewicza:

* Od 1948 roku wyprodukowaliśmy miliardy ton nowych, nieznanych dotychczas metali. Produkcja samego aluminium osiągnęła od 1950 roku poziom 0.5 miliarda ton – to wystarczająca ilość, aby pokryć Stany Zjednoczone i Kanadę kuchenną folią aluminiową.

* Podobnie intensywnie wytwarzamy materiały syntetyczne: np. azotek boru [twardszy niż diament], węglik wolframu [wykorzystany m.in. w 100 miliardach piór kulkowych oraz pociskach, łożyskach, bransoletach i obrączkach], grafen, szkło, plastik, polimery etc.

* Stworzyliśmy kilka tysięcy nowych minerałów [czyli skał]. Nikt ich nie liczy. Produkujemy od 2 do 8 miliardów metrów kwadratowych betonu rocznie. Wypalamy 1 bilion cegieł rocznie.

* Nasze miasta są w rzeczywistości systemem skamieniałości. Masa wszystkich ludzi stanowi 32% wszystkich kręgowców, a zwierząt udomowionych aż 65%. Masa wszystkich maszyn jest jeszcze większa.

* Wkopujemy się na tysiące metrów [szyby wydobywcze ropy naftowej, gazu], usuwamy całe geologiczne warstwy [mające nawet 5 kilometrów], stapiamy je [kratery po wybuchach bomb nuklearnych].

* Sieć dróg powierzchniowych ma już 50 milionów kilometrów [odległość od Ziemi do Marsa].

* Szelfy kontynentalne poddaliśmy trawlowaniu w 90%, co odpowiada 40% powierzchni lądu.

* Zmieniliśmy chemiczną kompozycję powietrza i wody [m.in. zwiększyliśmy obecność azotu o 300 milionów ton; jego aerozole zaczęły się pojawiać w jeziorach, z dala od cywilizacji, już w 1950 roku].

Urojenia o samowystarczalnej przyszłości

Autor: Richard Heinberg (wersja oryginalna cytowanego eseju)

My, ludzie, zapoczątkowaliśmy nową epokę geologiczną – antropocen.

Aktualna epoka uzyskała nową nazwę dlatego, że gatunek Homo sapiens stworzył zasadniczą nieciągłość w warstwach skalnych dokumentujących nasz niewielki skrawek czasu w trwającym miliardy lat korowodzie Ziemi. Tę nieciągłość można powiązać ze skutkami obecności człowieka: zmianą klimatu, zakwaszeniem oceanów i masowym wymieraniem.

Rozpoczęliśmy epokę i nazwaliśmy ją dumnie na swoją cześć, ale jak na ironię możemy nie zabawić na Ziemi dostatecznie długo, aby nią się nacieszyć. Łańcuch konsekwencji, które zainicjowaliśmy potencjalnie może trwać miliony lat.

Czy antropocen jest kulminacją ludzkiego szaleństwa? A może inauguracją ludzkiej boskości? Czy wyłaniająca się epoka będzie post-apokaliptycza, czy raczej gustownie urządzona przez pokolenia biegłych technicznie inżynierów ekosystemu? Filozofowie środowiskowi są obecnie zaangażowani w gorącą dyskusję o granicach ludzkiego działania. Dysputa jest szczególnie absorbująca, bowiem – jak to zwykle bywa w dyskusjach o ludziach i dzikiej przyrodzie – rozmawia się wyłącznie o nas.

Wykonalność wersji antropocenu zawartej w sentymencie „Jesteśmy u steru i mamy frajdę” – nazwijmy ją techno-antropocenem – zależy od skrajnie optymistycznych prognoz energetyki jądrowej. Utrzymanie i wzrost cywilizacji przemysłowej będą wymagać skoncentrowanego, niezawodnego źródła energii i prawie każdy przyznaje, że paliwa kopalne nie mogą zasilać cywilizacji przez kolejne stulecia. Energia słoneczna i wiatru jest źródłem bardziej dla środowiska łagodnym, ale jest rozproszona i nieciągła. Spośród obecnych, nie-kopalnych źródeł tylko energia jądrowa jest skoncentrowana, dostępna na żądanie i (rzekomo) zdolna do znacznej ekspansji. Zatem nie jest przypadkiem, iż wyznawcy techno-antropocenu są również gorącymi zwolennikami energetyki jądrowej.

Jednakże perspektywy obecnej technologii jądrowej nie są różowe. Katastrofalne stopienie reaktorów Fukushimy w 2011 roku wystraszyło obywateli i rządy na całym świecie. Japonia będzie zmagać się z konsekwencjami zdrowotnymi i skażeniem promieniotwórczym co najmniej przez wiele dziesięcioleci [potrwają dłużej niż sama Japonia; przyp. tłum.], a zachodnie wybrzeże USA przygotowuje się na napływ radioaktywnych wód oceanu i szczątków. Nadal nie ma zadowalającego sposobu na przechowywanie produkowanych radioaktywnych odpadów, nawet gdy reaktory działają zgodnie z planem. Elektrownie jądrowe są bardzo drogie w budowie [także pod względem energetycznym, inwestycja zwraca się dopiero po około 20 latach] i cierpią na przypadłość znacznego przekraczania kosztów. Światowe zasoby uranu są ograniczone – niedobory nadejdą niezawodnie w ciągu kilku dekad, nawet bez rozbudowy przemysłu.

W 2012 roku magazyn The Economist poświęcił specjalny numer na raport o energetyce jądrowej – zatytułował go wymownie: „Energia jądrowa: Marzenie, które się nie ziściło.” Jego konkluzja: ewentualna ekspansja przemysłu atomowego może nastąpić głównie Chinach. W pozostałych rejonach świata – ledwo zipie.

Nie deprymuje to zwolenników techno-antropocenu, którzy zapewniają, że najnowsza technologia jądrowa ma potencjał, aby spełnić obietnice złożone pierwotnie przy „wodowaniu” obecnej floty elektrowni atomowych. Jej sercem jest reaktor prędki [Integral Fast Reactor – IFR].

W przeciwieństwie do reaktorów lekkowodnych (w znakomitej większości stanowią standardowe wyposażenie aktywnych dzisiaj elektrowni jądrowych), IFR użyłby sodu jako chłodziwa. Reakcja jądrowa w IFR wykorzystuje szybkie neutrony i bardziej dokładnie „konsumuje” radioaktywne paliwo, pozostawiając mniej odpadów. Reaktory IFR mogłyby de facto zamienić odpady radioaktywne w paliwo. Ponadto przypisuje się im większe bezpieczeństwo operacyjne i mniejsze ryzyko rozprzestrzeniania broni jądrowej.

Krytycy uważają, że twierdzenia te są mocno przesadzone i technologia reaktorów prędkich jest bardzo problematyczna. Wcześniejsze wersje reaktora prędkiego powielającego (IFR jest jego wersją) były porażkami komercyjnymi i katastrofami pod względem bezpieczeństwa. Zwolennicy IFR przeoczają astronomiczne koszty budowy i dystrybucji, zagrożenia związane z proliferacją. IFR teoretycznie „przemienia” odpady radioaktywne, nie eliminuje ich. Poza tym powszechne wdrożenie tej technologii potrzebuje wielu dekad, a wykorzystanie ciekłego sodu jako czynnika chłodzącego może powodować pożary i eksplozje.

David Biello w swoim artykule na łamach „Scientific American” konkluduje: „Do tej pory reaktory prędkich neutronów kosztowały sześć dekad globalnego wysiłku i 100 miliardów dolarów i nadal pozostają w obszarze ‚myślenia życzeniowego.’”

Nawet jeśli stronnicy reaktorów IFR mają słuszność, istnieje jeden gigantyczny, praktyczny powód, który nie pozwoli im na zasilenie antropocenu: korzyści z nich płynących nie zobaczymy wystarczająco prędko, aby mogły cokolwiek zmienić. Wyzwania związane ze zmianą klimatu, upadkiem bioróżnorodności [czyli planetarnego życia] i wyczerpaniem paliw kopalnych wymagają działań natychmiastowych [należało je tak naprawdę podjąć 40 lat temu], a nie oddalonych o kolejne dekady. Nie dysponujemy nieograniczonym, wymaganym kapitałem inwestycyjnym, nie mamy w zanadrzu dziesięcioleci, aby pozbyć się defektów w oprogramowaniu i rozbudować tę złożoną, niesprawdzoną technologię.

Uparcie przypominam: tania, obfita, wysoce skoncentrowana energia [i mnóstwo minerałów będących obecnie na wyczerpaniu lub na krawędzi opłacalności wydobywczej] warunkuje zaistnienie techno-antropocenu. Sami jego entuzjaści mówią, że wyzwaniom wyczerpywania zasobów i przeludnienia możemy [próbować] sprostać mając więcej energii. Kończy się słodka woda? Zbudujmy zakłady jej odsalania (które zużywają mnóstwo energii). Degradacja wierzchniej warstwy gleby zagraża uprawom zbóż i wykarmieniu dziesięciu miliardów ludzi? Zbudujmy miliony hydroponicznych szklarni (których wykonanie i eksploatacja wymaga mnóstwa energii). W miarę jak drążymy zalegające coraz głębiej złoża metali i minerałów oraz rafinujemy rudy coraz niższej klasy, nasze potrzeby energetyczne gwałtownie rosną. Poprawa wydajności energetycznej może pomóc nam zdziałać więcej z każdą nadwyżką mocy, ale wzrost liczby ludności i konsumpcji per capita wyprzedzi te korzyści, tak jak to miało miejsce w ostatnich dziesięcioleciach. Bez względu na przyjętą perspektywę, aby utrzymać obecną trajektorię wzrostu społeczeństwa przemysłowego będziemy potrzebować 27 Ziem przed rokiem 2050 i nieporównanie więcej energii, której źródła będą musiały być wolne od emisji dwutlenku węgla i opłacalne ekonomicznie.

Te niezbędne kryteria można sprowadzić do czterech słów: ilość, jakość, cena i czas. Synteza jądrowa może teoretycznie dostarczyć energię w dużych ilościach, ale nie nastąpi to szybko. Podobnie rzecz się ma z zimną fuzją (nawet jeżeli – duży znak zapytania w tym miejscu – można będzie potwierdzić faktyczne działanie procesu i rozbudować na wymaganą, ogromną skalę). Biopaliwa mają bardzo niski zwrot energii z energii zainwestowanej w ich produkcję (kwestia jakości kompletnie je eliminuje). Energia geotermalna i fal oceanicznych może obsługiwać miasta przybrzeżne, ale technologia musi zostać potwierdzona i proporcjonalnie rozbudowana. Elektrownie węglowe wyposażone w systemy przechwytywania i składowania dwutlenku węgla są ekonomicznie niekonkurencyjne w porównaniu z innymi źródłami prądu. Energia słoneczna i wiatrowa tanieją, ale są nieciągłe i psują model biznesowy komercyjnych przedsiębiorstw użyteczności publicznej. Chociaż lista potencjalnych źródeł energii jest długa, żadne z nich nie jest gotowe do natychmiastowego podłączenia do istniejącego systemu i zapewnienia dużej ilości niedrogiej energii, bez której gospodarka nie zdoła utrzymać swego wzrostu.

Oznacza to, że nasza niedaleka przyszłość najpewniej przyniesie ograniczoną dostępność energii. A to z kolei zagwarantuje, że nadal będziemy uzależnieni od ekosystemów, które są w dużej mierze poza naszą kontrolą. Nie zdołamy poddawać przyrody inżynieryjnej modyfikacji na coraz większą skalę.

Jako gatunek uzyskaliśmy wpływ na środowisko naturalne poprzez celowe uproszczenie ekosystemów, aby utrzymały więcej ludzi, ale mniej innych gatunków. Naszą główną strategią w tym projekcie było rolnictwo – przede wszystkim forma rolnictwa, która koncentruje się na kilku zbożach jednorocznych. Przejęliśmy 50% pierwotnej produktywności biologicznej naszej planety, głównie poprzez agrokulturę i leśnictwo. Postępując w ten sposób wywarliśmy negatywny wpływ na nie-udomowione rośliny i zwierzęta. Następstwo w postaci galopującej utraty bioróżnorodności coraz bardziej pogarsza perspektywy ludzkości, ponieważ jesteśmy zależni od niezliczonych usług ekosystemów (np. zapylania i regeneracji tlenu) – usług, których nie organizujemy, nie kontrolujemy i za które nie płacimy.

Istota problemu leży w tym, że skutki uboczne naszej obsesji gospodarczego wzrostu wzbierają i grożą kryzysem, w którym sztuczne systemy podtrzymywania życia, zbudowane przez nas w ciągu ostatnich dziesięcioleci (m.in. żywnościowy, transportowy i finansowy) – a także systemy przyrody, bez których nie przetrwamy – może spotkać mniej lub bardziej równoczesny upadek.

Skoro osiągnęliśmy punkt malejących zwrotów i potencjalnego kryzysu w odniesieniu do naszej aktualnej strategii stałego wzrostu populacji/konsumpcji i przywłaszczania ekosystemu, to wydaje się, że zmiana kierunku jest konieczna i nieunikniona. Gdybyśmy byli mądrzy i nie usiłowali wykoncypować sposobów dalszego przeprojektowania systemów przyrody na niesprawdzone (i zbyt kosztowne) sposoby, ograniczalibyśmy i łagodzili wpływ globalnego systemu przemysłowego na środowisko, redukując przy tym naszą populację i całkowity poziom konsumpcji.

A jeśli aktywnie nie ograniczymy populacji i konsumpcji? Przyroda ostatecznie zrobi to za nas przy użyciu bardzo nieprzyjemnych środków (głodu, epidemii, wojny).

***

Doniesienia z przebiegu rewolucji energetycznej zwolenników „techno-antropocenu”:

Udział węgla w rynku energetycznym na najwyższym poziomie od 1970 roku

Dane ujawniły, że węgiel osiągnął najwyższy udział w rynku globalnego zużycia energii od ponad 40 lat, pomimo obaw, że spowodowane jego eksploatacją wysokie emisje dwutlenku stanowią główną przyczynę zmian klimatycznych.

Wykorzystanie węgla do produkcji energii elektrycznej i w innych celach wzrosło w 2013 roku o 3% – szybciej niż innych paliw kopalnych – natomiast jego udział w rynku przekroczył 30% po raz pierwszy od roku 1970, poinformował Przegląd statystyczny BP.

Węgiel wyprzedzi ropę naftową jako główne źródło energii przed rokiem 2020

Pomimo rządowych wysiłków na rzecz zmniejszenia emisji dwutlenku węgla, węgiel wyprzedzi ropę naftową jako główne źródło energii świata przed rokiem 2020, co może mieć katastrofalne skutki dla środowiska, poinformowała firma doradztwa energetycznego Wood Mackenzie.

Według Williama Durbina, prezesa światowych rynków w Wood Mackenzie, Chiny i Indie sięgają po węgiel, ponieważ jest on tańszy i bardziej niezawodny niż ropa lub odnawialne źródła energii. W Stanach Zjednoczonych, Europie i pozostałych krajach Azji zapotrzebowanie na węgiel pozostanie bez zmian.

[Mimo że węgiel jest „tańszy”, koszt jego wydobycia wzrasta w tempie prawie 8% rocznie; czasy taniej energii minęły bezpowrotnie.]

***

Złudzenie „dobrego antropocenu”

Autor: Clive Hamilton (wersja oryginalna)

Uważam, że ci, którzy argumentują za „dobrym antropocenem” ignorują naukowe ustalenia i żyją w skonstruowanym przez siebie świecie fantazji.

Jeśli posłuchamy tego, co mówią nam badacze ziemskich systemów, w tym klimatolodzy, dowiemy się, że wywołane przez cywilizację ludzką ocieplenie Ziemi jest przyczyną stopniowo rozwijającej się katastrofy. Już teraz mamy zagwarantowany wzrost globalnej temperatury o 2.4°C i nawet przy najbardziej optymistycznych scenariuszach działań zapobiegawczych niezmiernie trudno będzie uniknąć w tym stuleciu 4°C. Według tych, którzy są najbardziej kompetentni, aby formułować prognozy, świat cieplejszy o 4°C będzie zupełnie inną planetą, nieprzyjazną dla większości form życia, w tym życia ludzkiego. Oprócz zmiany klimatu inne przejawy wpływu człowieka na antropocen, z zakłóceniem obiegu azotu [w przyrodzie] i zanieczyszczeniem oceanów tworzywami sztucznymi włącznie, potęgują ponurą perspektywę.

Zwolennicy „dobrego antropocenu” nie próbują odrzucić mnóstwa naukowych dowodów; zamiast tego ujmują je w nowe ramy: „Można na to spojrzeć i powiedzieć: ‚O mój boże!’ lub spojrzeć i rzec ‚W jak niesamowitych czasach przyszło nam żyć!’ Wybieram raczej to drugie.” Oczywiście każdy ma prawo założyć dowolne, wybrane przez siebie okulary, różowe też; ale nie zmienią one tego, na co patrzymy.

A zatem nie miałoby żadnego znaczenia, gdybym poświęcił czas na ponowne udokumentowanie tego, na co patrzą ci eko-pragmatycy (raport Banku Światowego stanowi niezły zarys ogólny). W przeciwieństwie do osób negujących dowody, które czują potrzebę atakowania naukowych ustaleń, orędownicy „dobrego antropocenu” zdają się po nich ślizgać.

Są przeświadczeni, że „Dzięki pracy nasza podróż może być w tym stuleciu udana. Nic złego nas nie spotka.” Osobiście, kiedy myślę o harującej, kruchej, nieprzebranej rzeszy ludzi, którzy już teraz doświadczają konsekwencji ocieplającego się świata [podobnie jak inne gatunki nie-ludzkie, które dzięki nam wymierają w tempie 200 dziennie], za obraźliwe uważam słowa uprzywilejowanych, białych Amerykanów, „Nic złego nas nie spotka.” Przykro mi, jeśli zabrzmi to szorstko, ale większość ludności świata nie jest częścią tego „nas,” chyba że [zachowawczy] raport Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu jest w całkowitym błędzie.

Eko-pragmatycy, którzy akceptują nową epokę geologiczną – Michael Schellenberger, Ted Nordhaus, Peter Kareiva, Erle Ellis, Emma Marris, Stewart Brand, Mark Lynas – wyrażają bezgraniczną wiarę w technologię i ludzką pomysłowość, a świat przyrody postrzegają jako podatny na ludzka manipulację i dostatecznie odporny, aby poradzić sobie ze wszystkim, co z nim robimy.

Dla nich antropocen nie jest dowodem krótkowzroczności i zachłanności gatunku ludzkiego, nie jest produktem struktury władzy bronionej wściekle przez interesy przemysłu paliw kopalnych. [W ich mniemaniu] nie istnieją planetarne granice, które powstrzymują dalszy wzrost populacji i gospodarki. Ludzie mogą dostosować się i prosperować w cieplejszym świecie, bowiem historia dowodzi naszej elastyczności. Z tego punktu widzenia jedyną barierą na drodze do Wielkiej Nowej Ery Ludzkości jest zwątpienie i „pesymizm” ponurych naukowców. Piewcy Przełomu widzą w nowej epoce „niesamowitą sposobność,” przejście ludzkości na wyższy poziom planetarnego znaczenia.

Nie zaskakuje fakt, że eko-pragmatycy uzyskują wsparcie ze strony konserwatystów, którzy uparcie sprzeciwiali się wszelkim inicjatywom ograniczenia emisji gazów cieplarnianych, bronili interesów koncernów wydobywczych, a w niektórych przypadkach pracowali niestrudzenie, aby szkalować badania klimatyczne. Są to ci sami ludzie, którzy teraz lgną do geoinżynierii, a zwłaszcza zarządzania promieniowaniem słonecznym jako substytutem redukowania emisji. Dla nich zastosowanie geoinżynierii usprawiedliwia i umacnia panujący system – ich cel nadrzędny.

Zatem „dobry antropocen” to opowieść o świecie napisana przez potężne interesy, które zafundowały nam ten „bałagan” i walczą tak skutecznie, aby uniemożliwić jego posprzątanie. W dłuższej perspektywie ten rodzaj myślenia okaże się bardziej złowieszczy niż negowanie ustaleń klimatologii.

Jeżeli wbrew wszelkim dowodom eko-pragmatycy wolą powiedzieć „W jak niesamowitych czasach przyszło nam żyć!” możemy zrozumieć ten wybór jako rodzaj strategii radzenia sobie z koszmarną sytuacją. Ci, którzy radzą sobie w ten sposób przyjmują do wiadomości i do pewnego stopnia akceptują fakty na temat globalnego ocieplenia, ale osłabiają ich znaczenie emocjonalne. To błędna strategia, która łagodząc uczucia lęku, strachu i bezsilności, utrudnia podjęcie stosownych działań.

Wielu przedstawicieli ogółu społeczeństwa radzi sobie z globalnym ociepleniem poprzez od-problematyzowanie zagrożenia za pomocą wewnętrznych narracji, takich jak: „Ludzie rozwiązywali wcześniej podobne problemy” i „Technologia zawsze znajdzie rozwiązanie.” Eko-pragmatycy zapewniają temu rodzajowi myślenia życzeniowego intelektualne uzasadnienie. Doklejenie „dobrego” do „antropocenu” może uchodzić za skuteczną zmianę emocjonalnego ujęcia, ale pozbawione jest fundamentu naukowego.

Wykazano, że ludziom mogą pomóc „łagodne fikcje” – termin autorstwa psycholog Shelley Taylor – czyli nierealistyczne historie o sobie i świecie, które skłaniają nas do przewidywania raczej preferowanych, a nie obiektywnie prawdopodobnych zdarzeń. Jednak te zdrowe złudzenia mobilizujące nas w obliczu trudności mogą stać się niebezpiecznymi urojeniami, kiedy będą nadal podtrzymywane, mimo dowodów ze świata zewnętrznego zalecających zmianę kursu.

Chwytanie się urojeń takich jak „dobry antropocen” stanowi ostatecznie brak odwagi – odwagi stawienia czoła faktom. Moc pozytywnego myślenia nie zdoła zmienić złośliwych guzów w łagodne torbiele i nie zdoła przeobrazić planetarnego wyczerpania w niekończącą się poprawę stylu życia. Deklarowanie optymizmu jest często wykorzystywane jako sposób na zdobycie moralnej przewagi: „Być może sytuacja wygląda źle, ale miej więcej wiary, bądź śmiały i wesoły – tak jak ja!”

Sytuacja jest zła i jeśli nie zmienimy sposobu postępowania, stanie się bardzo zła. To właśnie możliwość zapobieżenia tej fatalnej zmianie motywuje wielu z nas do pracy cięższej niż kiedykolwiek. Jednakże udawanie, że „zła” może stać się „dobrą” za sprawą dużej dawki pozytywnego myślenia, jest – nawet bardziej niż całkowita negacja – najpewniejszym sposobem na znalezienie się w położeniu bez wyjścia.

***

Fizyk Uniwersytetu Utah Tim Garrett w swoim badaniu z 2009 roku wykazał, że jedynym wyjściem w obliczu katastrofy klimatycznej jest wyłączenie gospodarki przemysłowej lub uruchomienie jednej elektrowni atomowej dziennie.

Tłumaczenie: exignorant

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Gospodarka, finanse, surowce i energia, Pułapka technologiczna i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.