Szósta faza upadku

Autor: Dmitry Orlov (wersja oryginalna)

22 października 2013

Przyznaję: w mojej ostatniej książce Pięć faz upadku przyglądałem się upadkowi przez różowe okulary. Ale sądzę, że powinienem być za to rozgrzeszony; w ludzkiej jest naturze podejmować próbę zachowania optymizmu na przekór wszystkiemu. Ponadto jako inżynier zawsze szukam rozwiązań problemów. Zatem niemalże podświadomie wykoncypowałem scenariusz, w którym to cywilizacja przemysłowa zanika na tyle wartko, aby ocalić to, co pozostało z królestwa przyrody, dzięki czemu niedobitki ludzkości mogą zacząć od nowa.

Idealnym początkiem byłby globalny upadek finansowy wywołany przez katastrofalną utratę zaufania do narzędzi zglobalizowanych finansów. Przeobraziłby się szybko w upadek handlowy, spowodowany zakłóceniem globalnego łańcucha dostaw i zakażeniem wzajemnym. Kiedy działalność biznesowa ze zgrzytem stanęłaby w miejscu, a dochody podatkowe zmalały do zera, upadek polityczny usunąłby z mapy większość dużych podmiotów politycznych, dzięki czemu małe grupy ludzi powróciłyby do różnych form anarchicznej, autonomicznej samorządności. Zbiorowości, które posiadałyby wystarczającą spójność społeczną, bezpośredni dostęp do zasobów naturalnych i dość kulturowego bogactwa (w postaci relacji „twarzą-w-twarz” i tradycji ustnej), przetrwałyby, podczas gdy reszta zniknęłaby prędko.

Oczywiście nawet z tym scenariuszem są pewne problemy. Weźmy na przykład problem globalnego zaciemnienia. Zjawisko to jest dobrze znane: światło słoneczne odbijane z powrotem w przestrzeń przez aerozole atmosferyczne i cząsteczki powstałe w wyniku spalania paliw kopalnych redukuje średnią globalną temperaturę o ponad jeden stopień Celsjusza. (Wstrzymanie całego ruchu lotniczego nad kontynentalnym obszarem Stanów Zjednoczonych w następstwie ataków terrorystycznych z 11 września 2001 pozwoliło klimatologom zmierzyć ten efekt.) Gdyby działalność przemysłowa miała nagle ustać, średnia temperatura na świecie wzrosłaby gwałtownie o dwa stopnie Celsjusza – poziom, który powszechnie uważany jest za bardzo, bardzo niekorzystny. Po drugie, nawet gdyby cała działalność przemysłowa wygasła jutro, globalne ocieplenie, za które odpowiada w 95% działalność człowieka w/g najnowszego [raczej konserwatywnego i ostrożnego] raportu IPCC przebiegałoby nadal w szybkim tempie przez większą część przyszłego tysiąclecia, przestawiając ostatecznie klimat Ziemi na tryb bezprecedensowy w całej egzystencji gatunku ludzkiego.

Na takiej planecie, gdzie ocean równikowy cieplejszy jest od gorącej kąpieli, zaś w Arktyce mnożą się aligatory, nasze przetrwanie jako gatunku będzie dalekie od gwarantowanego. Mimo to spójrzmy na sprawy optymistycznie. Jesteśmy gromadą, co zdolność adaptacyjną posiada. Tak, morza zwiększą swój poziom i zaleją przybrzeżne obszary, które obecnie zamieszkuje ponad połowa ludzkości. Tak, ziemie uprawne w głębi lądu wyschną na wiór, który rozniesie wiatr lub zmyją okresowe ulewy. Tak, tropik, a następnie umiarkowane szerokości geograficzne staną się tak gorące, że każdy, kto je zamieszkuje padnie ofiarą udaru. Ale jeśli proces ten potrwa kilka stuleci, niektóre z ocalałych band lub plemion mogą znaleźć sposób na dalszą przeprawę na północ i opanowanie sztuki przetrwania, aby egzystować w równowadze z tym, co pozostało z ekosystemu.

Możemy dostrzec przebłyski takiego przetrwania czytając historię. Gdy kapitan James Cook dobił do brzegów Australii Zachodniej, był pierwszym białym człowiekiem, który spotkał Aborygenów – do tego momentu utrzymali się w całkowitej izolacji przez około 40.000 lat. (Przybyli do Australii mniej więcej w tym samym czasie, kiedy kromaniończycy wysiedlili neandertalczyków w Europie.) Komunikowali się za pośrednictwem mnóstwa różnych języków i dialektów, nie mieli sposobności i potrzeby, aby się zjednoczyć. Nie nosili ubrań, a za schronienie służyły im prowizoryczne chatki. Nie posiadali narzędzi, poza kijem do odkopywania jadalnych korzeni i łódką do połowu ryb. Nie gromadzili zapasów, nie przechowywali z dnia na dzień nawet najbardziej podstawowego zaopatrzenia. Niewielką przywiązywali wagę do jakichkolwiek przedmiotów materialnych, nie byli zainteresowani handlem i chociaż przyjmowali ubrania i inne sprezentowane przedmioty, wyrzucali je, kiedy Cook i jego załoga znikali im z oczu.

Byli oni – zanotował w swoim dzienniku Cook – całkowicie nieszkodliwi. Ale kilka postępków ludzi Cooka zdołało wyprowadzić ich z równowagi. Byli oburzeni widokiem łapanych i zamykanych w klatkach ptaków – żądali ich natychmiastowego uwolnienia. Uwięzienie kogokolwiek, zwierzęcia lub człowieka, traktowali jako tabu. Byli jeszcze bardziej rozwścieczeni, kiedy byli świadkami, jak ludzie Cooka złapali nie jednego, ale kilka żółwi. Żółwie rozmnażają się wolno i łatwo jest wyniszczyć lokalną populację przez agresywne kłusownictwo, dlatego dozwolone było zabranie jednego żółwia na raz, a mogła tego dokonać tylko specjalnie wyznaczona osoba, która ponosiła odpowiedzialność za dobrobyt żółwi.

Cook uważał, że są prymitywni, ale nie był świadomy ich sytuacji. Dzisiaj wiemy dość, aby uznać ich za rozwiniętych. Żyjąc na ogromnej, ale suchej i przeważnie nieurodzajnej wyspie, z kilkoma rodzimymi, użytecznymi rolniczo roślinami i bez dających się udomowić zwierząt, zrozumieli, że ich przetrwanie pozostawało na łasce otaczającej sfery fizycznej. Ptaki i żółwie uznawali za ważniejsze od siebie, ponieważ mogły przeżyć bez nich, ale oni przetrwać bez tych zwierząt nie mogli.

Skoro o prymitywizmie mowa, oto rażący przykład kulturowego prymitywizmu. Kilka miesięcy temu, podczas konferencji „Epoka ograniczeń”, w dyskusji pojawiło się w pewnym momencie zapytanie, dlaczego sfera przyrody warta jest zachowania nawet kosztem ludzkiego życia. (Na przykład, czy w porządku jest odstrzeliwać kłusowników w parkach narodowych, nawet jeśli oznacza to, że ich rodziny pomrą z głodu?) Jeden uczestnik, który dufnie wyciągnął się był na szezlongu tuż przed mównicą, taką mniej więcej wyraził opinię: „Warto poświęcić każde żyjące zwierzę, aby ocalić nawet jedno ludzkie życie!” Zaparło mi dech w piersiach. Myśl ta jest tak prymitywna, że mój mózg zawieszał się samoistnie za każdym razem, kiedy starałem się sformułować odpowiedź. Po chwili zmagań, wymyśliłem czytelną dla adresata metaforę.

Czy warto zniszczyć cały pojazd, aby ocalić kierownicę? Jaki jest pożytek z kierownicy bez auta? Cóż, przypuszczam, że jeśli jesteś szczególnie niemądry lub infantylny, możesz udawać, że nadal masz samochód, biegać z kierownicą w dłoniach i wydawać odgłosy „wruuum, wruuum!” Spójrzmy na tę kwestię z perspektywy ekonomicznej, która jest skrzywiona przez fakt, że ekonomiści mają skłonność postrzegać sferę przyrody w kategoriach wartości gospodarczej. To tak, jakbyś patrzył na własne ciało pod kątem zawartości składników odżywczych i zastanawiał się, czy będzie smakowite. Nawet patrząc z tej dziwacznej perspektywy, która traktuje naszą jedyną żyjącą planetę jak magazyn towarów do plądrowania, okazuje się, że większość naszego gospodarczego „bogactwa” możliwe jest dzięki „usługom ekosystemu”, które świadczone są bezpłatnie.

Obejmują zdatną do picia wodę, zdatne do oddychania powietrze, kontrolowane temperaturą środowisko – które na wielu obszarach planety nie jest ani za zimne, ani za gorące z punktu widzenia przetrwania człowieka – lasy, które oczyszczają i nawilżają powietrze i łagodzą temperatury powierzchniowe, prądy oceaniczne, które mitygując ekstrema klimatyczne umożliwiają praktykowanie rolnictwa, oceany [do niedawna] pełne ryb, drapieżniki, które powstrzymują eksplozję populacji szkodników itd. Gdybyśmy byli zmuszeni do świadczenia tych samych usług na zasadach komercyjnych, nasze bankructwo nastąpiłoby natychmiast, a wymarcie niedługo potem. Problem z naszym zamieszkaniem na innych planetach nie sprowadza się do tego, że jest to fizycznie niewykonalne – choć takim być może – po prostu nie ma sposobu, aby było nas na to stać. Jeśli przyglądając się działalności gospodarczej weźmiemy pod uwagę naturalne bogactwo, okazuje się, że konsekwentnie niszczymy znacznie więcej bogactwa niż tworzymy: gospodarka jest przede wszystkim grą o sumie ujemnej. Następnie okazuje się, że tak naprawdę nie rozumiemy, jak „usługi ekosystemu” są utrzymywane, mając jedynie świadomość, że wszystko jest bardzo skomplikowane i wzajemnie ze sobą połączone na zaskakujące i nieoczekiwane sposoby. Zatem poczciwy jegomość z konferencji, który gotów był poświęcić wszystkie inne gatunki na rzecz człowieczego, nigdy nie miał pewności, że poświęcane gatunki obejmują jego własny.

Ponadto należy pamiętać, że de facto poświęcamy nasz gatunek, i to od wieków, w imię czegoś, co nazywamy „postępem”. Wspomniany kapitan Cook opłynął był Pacyfik i „odkrył” wyspy, które Polinezyjczycy odkryli wiele wieków wcześniej; jego napaleni, zapijaczeni, chciwi żeglarze szerzyli choroby weneryczne, alkoholizm i korupcję, wszędzie pozostawiając za sobą ruiny. Po pladze marynarzy nadeszła plaga misjonarzy, którzy zmusili tahitańskie kobiety do okrycia nagich piersi „Matczyną suknią” i próbowali zdelegalizować stosunki płciowe. Tahitańczycy, jako kultura seksualnie zaawansowania, posiadali kilkadziesiąt różnych określeń na „cudzołóstwo”, odnoszących się do różnych aktów seksualnych. Dlatego misjonarze mieli problem: zakaz nałożony na dowolny akt seksualny nie zrobiłby większej różnicy, natomiast zakaz, który opisywałby je wszystkie przypominałby lekturę Kama Sutry. Zamiast tego misjonarze wybrali promowanie seksu własnej marki: „pozycji misjonarskiej”, którą najlepiej można zanalizować jako dwie pozycje – górną i dolną. Pozycja dolna może wzbogacić doświadczenie, o ile weźmiemy zimny prysznic, nałożymy niebieską szminkę i przestaniemy oddychać. Nie wątpię, że większej furory na Tahiti nie zrobiła.

Zdaje się, że Tahitańczycy wytrwali, ale wiele innych plemion i kultur po prostu zniknęło lub istnieje nadal w znacznie zredukowanej liczbie przedstawicieli, tak dalece przygnębionych swoim położeniem, że nie są zainteresowani robieniem czegokolwiek poza piciem piwa, paleniem papierosów i oglądaniem telewizji. A która grupa miewa się najlepiej? Ta, która powoduje najwięcej szkód. Dlatego retoryka o „ocaleniu naszego gatunku przed wyginięciem” wydaje się raczej nie na miejscu: od kilku wieków robimy wszystko, co możemy, aby doprowadzić do własnego wymarcia w możliwie najbardziej skuteczny sposób i nie zamierzamy tego zaprzestać, bo byłoby to niecywilizowane.

Bo tym właśnie jesteśmy: wykształconymi, piśmiennymi, cywilizowanymi ludźmi. Czytelnicy tego bloga w szczególności są osobnikami ekonomicznie i ekologicznie oświeconymi, ich progresywizm spoczywa na trzech filarach: wytykaniu finansowych piramid, zapobieganiu dewastacji środowiska i konsumowaniu pysznej, organicznej, lokalnie uprawianej żywności. Nie chcemy przetrwać upadku, chyba że strategia przetrwania obejmuje takie elementy, jak równość płci, wielokulturowość, przyjazne nastawienie do mniejszości seksualnych i niestosowanie przemocy. Nie chcemy zrzucić naszych ubrań i wędrować po bezdrożach z kijem, poszukując jadalnych bulw. Wolelibyśmy siedzieć sobie i omawiać „zieloną technologię” nad szklanką fachowo uwarzonego piwa [lokalnie, oczywiście], być może raz na jakiś rozważając w dygresjach niejasne acz pełne erudycji opinie Pederasmusa z Ülm o nieustających przypływach i odpływach ludzkiej historii.

Nie chcemy zmieniać tego, kim jesteśmy, aby żyć w zgodzie z naturą; chcemy, aby przyroda żyła w harmonii z nami, a my pozostajemy tym, kim jesteśmy. W międzyczasie nadal prowadzimy wojnę ze smutnymi resztkami plemion, które kiedyś żyły w równowadze z naturą, oferując im „edukację”, „rozwój gospodarczy” i szansę zagrania pośledniej rólki w naszych zgubnych, ekonomicznych grach o sumie ujemnej. W obliczu takich opcji ich często obserwowana skłonność do nicnierobienia i pijaństwa wygląda na wybór absolutnie racjonalny. Minimalizuje szkody. Ale i tak może już być za późno. Przedstawię tylko dwa przykłady; jeśli nie przypadną Wam do gustu, istnieje mnóstwo innych.

Możecie przeprowadzić własne dochodzenie. Kupcie sobie bilet lotniczy do wybranego tropikalnego raju i zakwaterujcie się w kurorcie położonym nad brzegiem oceanu. Wstańcie o świcie i udajcie się na oględziny plaży. Zobaczycie mnóstwo ciemnoskórych ludzi z taczkami, wiadrami, łopatami i grabiami, którzy z powierzchni zgarniają naniesione nocą odpady, aby w oczach turystów plaża prezentowała się schludnie, bezpiecznie i reprezentacyjnie. A teraz udajcie się na spacer wzdłuż plaży, poza skupisko kurortów i hoteli, gdzie nie jest na okrągło grabiona do czysta. Przekonacie się, że usłana jest odpadami tak obficie, że przebrnięcie przez nią jest niemalże niemożliwością. Zalega tam trochę materiału pochodzenia naturalnego, drewno i wodorosty, ale większość zanieczyszczeń ma charakter syntetyczny. Jeśli spróbujecie to posortować, zauważycie, że wiele z nich składa się z polipropylenu, siatki nylonowej, liny i styropianowych pławików pozostawionych przez rybołówstwo przemysłowe. Kolejna duża kategoria to jednorazowe pojemniki: kremy do opalania i butelki po szamponie, butelki po detergentach, butelki po wodzie źródlanej, pojemniki typu fast-food i tak dalej. Tajfuny i huragany mają interesujący wpływ organizacyjny na plastikowe śmieci, zatem obok stosów dzbanów po oleju silnikowym znajdziecie stosy plastikowych naczyń, a obok nich stosy butelek po wodzie, jakby ktoś rzeczywiście zadał sobie trud ich posortowania. Na plaży w pobliżu Tulum w Meksyku znalazłem kiedyś całą kolekcję plastikowych sandałów dziecięcych w różnych kolorach, fasonach i rozmiarach.

Pozostawione na plaży plastikowe śmieci ulegają z czasem foto-degradacji, odbarwiają się, kruszeją, rozkładają na coraz to mniejsze kawałki. Końcowy wynik tego procesu to mikroskopowa, plastikowa warstwa, która może utrzymywać się w środowisku przez stulecia. Powoduje spustoszenie w ekosystemie, ponieważ wiele zwierząt myli plastikowe cząstki z pożywieniem i połyka je. Następnie blokują im przewód pokarmowy, powodując śmierć głodową. Dewastacja utrzyma się przez wiele wieków, a proces ten jest w toku: ocean umiera. Na dużych jego obszarach plastikowe cząstki przewyższają liczebnością plankton, który stanowi podstawę oceanicznego łańcucha pokarmowego.

Wyniszczające skutki plagi plastiku obecne są także na lądzie. Zgromadzone przez służby sanitarne odpady z tworzyw sztucznych są zazwyczaj spalane, ponieważ ich recykling byłoby zbyt kosztowny. Plastik może zostać spopielony stosunkowo bezpiecznie i czysto, ale wymaga to bardzo wysokich temperatur i może być wykonywane wyłącznie w specjalistycznych placówkach. Elektrownie mogą spalać plastik jako paliwo, ale plastikowe śmieci są rozproszonym źródłem energii, wymagają dużo miejsca, same zużywają dużo energii, a koszty transportu do elektrowni mogą spowodować ujemny bilans energetyczny. Zatem całe mnóstwo plastikowych śmieci spala się w otwartych dołach, w niskich temperaturach, uwalniając przy tym do atmosfery szeroką gamę toksycznych substancji chemicznych, włącznie z tymi, które zakłócają funkcjonowanie układów hormonalnych zwierząt. Konsekwencje obejmują nieprawidłowości rozwojowe narządów płciowych, bezpłodność i otyłość. Patologiczna nadwaga w wielu częściach świata osiągnęła już rozmiary epidemii, dotyka nie tylko ludzi, ale również inne gatunki. Tutaj pogrzebana jest nasza przyszłość: zakłady chemiczne nadal masowo produkują materiały syntetyczne, większość z nich trafia do środowiska i rozkładając się, powoli uwalnia swój ładunek toksyn. W tym samym czasie ludzie i zwierzęta przeobrażają się w otyłe, bezpłodne kreatury. Najpierw dowiadują się, że nie są w stanie urodzić zdolnego do rozrodu męskiego potomstwa. Proces już trwa: liczba plemników spada w całym rozwiniętym świecie. Następnie nie będą mogli wydać na świat normalnych, męskich niemowląt – bez zaburzeń płciowych. Potem nie będą zdolni powić męskiego potomstwa, co dotyka wiele gatunków morskich. Ostatecznie spotyka ich wymarcie.

Proszę mieć na uwadze, że realizacja tego scenariusza nie wymaga żadnej katastrofy czy wypadku, wystarczy niezakłócony, codzienny bieg spraw. Za każdym razem, kiedy kupujesz butelkę szamponu, butelkę wody lub kanapkę zawiniętą w plastik lub zamkniętą w winylowym pudełku, posuwasz jego realizację naprzód. Wystarczy, aby przemysł petrochemiczny [który dostarcza materiał wsadowy – przede wszystkim ropę i gaz ziemny] i zakłady chemiczne, które przetwarzają je w tworzywa sztuczne, funkcjonowały nadal. Nie wiemy, czy ilość plastiku i toksyn towarzyszących, obecnych już w środowisku, wystarczy, aby doprowadzić do naszego wyginięcia.

Ale z pewnością nie chcemy zrezygnować z chemii syntetycznej i powrócić do nauki o materiałach sprzed roku 1950, bo tak się składa, że byłby to kiepski interes. Cóż, prawdopodobnie nie chcecie być ofiarą gatunkowego wymierania, ale jeśli zdecydujecie, że i tak Was to spotka, prawdopodobnie zapragniecie trwać w wygodzie i ucywilizowaniu aż do samego końca. A życie bez nowoczesnych syntetyków byłoby niekomfortowe. Pragniemy tych pokrytych plastikiem pieluch, dla młodych i starych!

Pozostawia to nas – osoby zorientowane na przetrwanie – na abstrakcyjnym, bezosobowym poziomie, z pragnieniem, aby finansowy, handlowy i polityczny upadek globalny nastąpił wcześniej niż później. Nasz najlepszy scenariusz rozegrałby się tak: potężna utrata zaufania i panika na rynkach finansowych ogarnia planetę w ciągu jednego dnia, burząc wszystkie piramidy zadłużenia i wstrzymując tworzenie kredytu. Handel zatrzymuje się raptownie, ponieważ ładunki nie mogą być finansowane. Po kilku tygodniach załamują się globalne łańcuchy dostaw. W ciągu kilku miesięcy działalność handlowa staje w miejscu, a dochody z podatków maleją do zera, pozbawiając rządy na całym świecie jakiegokolwiek znaczenia. Po kilku latach garstka ocalałych staje się taką, jak australijscy Aborygeni kapitana Cooka: niemal całkowicie nieszkodliwą.

Jedną z pierwszych ofiar upadku byłyby przedsiębiorstwa energetyczne, które należą do przedsięwzięć najbardziej kapitałochłonnych. Następne w kolejności są firmy chemiczne, które produkują plastik i inne syntetyczne, organiczne chemikalia i materiały: kiedy ich surowce petrochemiczne staną się niedostępne, zmuszone będą wstrzymać produkcję. Jeśli mamy szczęście, ilość plastiku, który znajduje się już w środowisku okaże się niewystarczająca, aby doprowadzić do naszej zagłady. Ludzka populacja może skurczyć się zaledwie do kilkunastu zdolnych do rozrodu samic [liczba, która przeżyła jedną z epok lodowcowych, jak sugeruje analiza mitochondrialnego DNA], jednakże po kilkunastu tysiącleciach klimat prawdopodobnie ustabilizuje się, ziemska ekologia odrodzi, a wraz z nią ludzka populacja. Być może nigdy nie stworzymy już złożonej cywilizacji technologicznej, ale przynajmniej będziemy mogli śpiewać i tańczyć, mieć potomstwo, a jeśli szczęście nam dopisze, nawet zestarzeć się w spokoju.

Dobrze to brzmi, jak dotąd, ale nasz kolejny przykład czyni wątpliwym pożądanie wartkiego i kompletnego upadku. Głównym dowodem w sprawie jest elektrownia atomowa Fukushima w Japonii. Wbrew temu, do czego chce nas przekonać japoński rząd sytuacja w żadnym razie nie jest pod kontrolą. Nikt nie wie, co się stało z paliwem jądrowym stopionych reaktorów. Czy są w drodze do Chin à la Chiński Syndrom? W dalszej kolejności mamy przechowalnik z wypalonym paliwem, który wypełniony jest po brzegi i przecieka. Jeśli woda w przechowalniku wyparuje, pręty paliwowe staną w płomieniach, stopią się i/lub eksplodują, a następnie, według niektórych ekspertów nuklearnych, nadejdzie pora, aby ewakuować całą półkulę północną. Teren zakładu jest tak napromieniowany, że pracownicy nie mogą pozostać w jego obrębie przez dłuższy czas – myśl o tym, że zdołają opanować sytuację teraz lub kiedykolwiek jest ekscentrycznym rojeniem. Ale możemy być pewni, że poważnie uszkodzony budynek ze zużytym paliwem jądrowym w końcu runie, rozlewając swoją zawartość i inicjując fazę drugą katastrofy. Po fakcie wizyta kogokolwiek w Fukushimie będzie bezcelowa, chyba że z zamiarem zejścia wskutek choroby popromiennej.

Można by pomyśleć, że Fukushima jest przypadkiem szczególnie niefortunnym, ale elektrownie sortu Fukushimy znaczą krajobraz większości krajów rozwiniętych. Zazwyczaj wznoszone są w pobliżu źródła wody, którą wykorzystują do chłodzenia i napędzania turbin parowych. Tym licznie zbudowanym nad brzegami rzek zagraża wysychanie akwenów. Tym licznie zbudowanym nad brzegiem oceanu zagraża zalanie wskutek wzrostu poziomu mórz, sztormów i tsunami. Zazwyczaj mają przechowalniki wypalonego paliwa z odpadami nuklearnymi, ponieważ nikt nie znalazł sposobu na ich permanentne usunięcie. Wszystkie muszą być zasilane energią przez wiele dziesięcioleci, w przeciwnym razie stopią się jak Fukushima. Jeżeli stopi się i wybuchnie dostateczna ich liczba, będzie to koniec dla zwierząt takich jak my, ponieważ większość z nas poumiera na nowotwory przed osiągnięciem dojrzałości płciowej, a ci, którzy przetrwają nie będą w stanie wydać na świat zdrowego potomstwa.

Leciałem kiedyś tranzytem przez Mińsk, gdzie na lotnisku przeciąłem ścieżkę dużej grupy „Dzieci Czarnobyla”, które były w drodze do Niemiec na leczenie. Dobrze im się przyjrzałem i obraz ten pozostał ze mną na zawsze. Zaszokowała mnie różnorodność zaburzeń rozwojowych.

Wygląda na to, że dopuszczenie do globalnego upadku cywilizacji przemysłowej i ugotowania wszystkich elektrowni atomowych nie jest zbyt dobrym rozwiązaniem, ponieważ przypieczętuje nasz los. Jednakże alternatywą jest „przedłużanie i udawanie” oraz uciekanie się do przeróżnych wyniszczających środowisko, coraz bardziej desperackich środków, aby utrzymać bieg przemysłowej machiny: szczelinowanie hydrauliczne, wydobycie piasków bitumicznych, wiercenia w Arktyce itd. To także nie jest zbyt dobrym rozwiązaniem, ponieważ przypieczętuje nasz los na inne sposoby.

Wydaje się zatem, że szczęśliwe zakończenie może nie zwieńczyć mojej opowieści z Pięciu faz upadku, której trzy początkowe odsłony [finansowa, handlowa, polityczna] są nieuniknione, a dwie ostatnie [społeczna, kulturowa] są całkowicie opcjonalne, choć, niestety, zdążyły już dopełnić się w wielu częściach świata. Bo tak się składa, że istnieje też faza szósta, o której zapomniałem wcześniej wspomnieć – upadek środowiskowy – u kresu którego pozostajemy bez domu, bo uczyniliśmy Ziemię [nasz planetarny dom] nienadającą się do zamieszkania.

Ten tragiczny rezultat może nie być nieunikniony. A jeżeli nie jest nieunikniony, to stanowi jedyny problem, który warto rozwiązać. Rozwiązanie może być niemal arbitralnie kosztowne pod względem utraty życia i fortuny. Zasugeruję pokornie, że warte jest wszystkich pieniędzy świata, a także kilku miliardów istnień, bo jeśli rozwiązanie nie zostanie znalezione, owa fortuna i życie tak czy inaczej przepadną.

Rozwiązanie na szóstą fazę musi się znaleźć, ale nie wiem, jak miałoby wyglądać. Za niepewne uważam beztroskie założenie, iż upadek po prostu upora się z tym problemem za nas. Niektórzy ludzie mogą uznać ten temat za tak przygnębiający, że poczują potrzebę, aby położyć się [w wygodnej pozycji, na czymś ciepłym i miękkim] i umrzeć. Lecz mogą być i tacy, u których duch walki tli się jeszcze i którzy swoim dzieciom i wnukom chcą pozostawić planetę umożliwiającą przetrwanie. Nie oczekujmy, że skorzystają z tradycyjnych, ortodoksyjnych metod, aby zgodnie pracować i bawić się z innymi, lub okażą uprzejmość i rozsądek w relacjach z resztą z nas. Należy tylko żywić nadzieję, że mają plan i zabiorą się do roboty.

Dmitry OrlovDmitry Orlov pisze na temat gospodarczego, ekologicznego i politycznego upadku Stanów Zjednoczonych i cywilizacji przemysłowej. Posiada dyplomy z inżynierii komputerowej i lingwistyki stosowanej. Podczas praktyki naukowej zajmował się m.in. fizyką wielkich energii i zagadnieniami ochrony Internetu. Jest m.in. autorem książki „The Five Stages of Collapse: Survivors’ Toolkit”.

Tłumaczenie: exignorant

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Upadek cywilizacji i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.