Najbogatsi planują ucieczkę

Fragment artykułu Douglasa Russhkoffa, socjologa, pisarza, teoretyka mediów i publicysty.

W zeszłym roku zaproszono mnie jako prelegenta do luksusowego prywatnego kurortu. Zakładałem, że mojego odczytu wysłucha setka bankierów inwestycyjnych. Zaoferowano mi największe dotychczasowe wynagrodzenie – odpowiadało niemal połowie mojej rocznej pensji profesora – abym podzielił się przemyśleniami na temat „przyszłości technologii”.

Nigdy nie lubiłem mówić o przyszłości. Sesja pytań i odpowiedzi zawsze zamienia się w rodzaj gry towarzyskiej, w trakcie której mam opowiadać o modnych technologicznych hasłach jakby były one symbolami giełdowymi potencjalnych inwestycji: blockchain, drukowanie 3D, CRISPR. Publiczność rzadko przejawia chęć poznania samych technologii lub ich ewentualnego wpływu, który wykracza poza binarny wybór „inwestować czy nie inwestować”. Pieniądze przemawiają dobitniej niż słowa – propozycję przyjąłem.

Po przybyciu na miejsce zostałem zabrany do pomieszczenia przypominającego zakulisową poczekalnię. Jednak nikt nie przypiął mi mikrofonu i nie zabrał mnie na scenę. Siedziałem przy zwykłym, okrągłym stole, kiedy wprowadzono moją publiczność: pięciu bogaczy – tak, sami mężczyźni – rezydujących na szczycie świata funduszy hedgingowych. Po krótkiej rozmowie zdałem sobie sprawę, że nie są specjalnie zainteresowani przygotowanymi przeze mnie informacjami o przyszłości technologii. Przybyli z własnymi pytaniami. Zaczęli dość niewinnie. Ethereum, a może bitcoin? Czy obliczenia kwantowe są realne? Powoli, acz konsekwentnie, zmierzali w stronę zagadnień będących faktycznym przedmiotem ich troski.

Który region będzie najmniej doświadczony przez skutki nadchodzącej katastrofy klimatycznej: Nowa Zelandia czy Alaska? Czy Google naprawdę wznosi dom dla mózgu Ray’a Kurzweila? Czy jego świadomość przeżyje tę „przeprowadzkę”, a może po prostu umrze i odrodzi się jako nowy byt? W końcu dyrektor generalny domu maklerskiego wyjawił, że właściwie ukończył budowę podziemnego systemu bunkrów, i zapytał: „Jak zdołam zapanować nad kadrą ochrony po zdarzeniu globalnym?” Zdarzenie. Eufemizm upadku środowiska planety, niepokojów społecznych, eksplozji nuklearnej, niezwyciężonego wirusa lub hakerskiego ataku, który wszystko wyłączy.

To jedno pytanie zajmowało nas przez resztę godziny. Rozmówcy wiedzieli doskonale, że uzbrojeni strażnicy będą potrzebni, by obronić ich siedziby przed głodnym, rozzłoszczonym tłumem. Czym zdołają ich opłacić, gdy pieniądze pozbawione zostaną wartości? Co powstrzyma „stróżów” przed wyborem własnego przywódcy? Miliarderzy rozważali zastosowanie specjalnych zamków szyfrowych do spiżarni. Albo obroży dyscyplinarnych jako ceny przetrwania. Albo robotów pełniących funkcję ochroniarzy i pracowników – o ile technologia zostanie opracowana na czas.

Właśnie wtedy do mnie dotarło: z perspektywy tych dżentelmenów nasza pogadanka traktowała o przyszłości technologii. Biorąc przykład z Elona Muska przymierzającego się do kolonizacji Marsa, Petera Thiela główkującego nad odwróceniem procesów starzenia, Sama Altmana i Ray’a Kurzweila usiłujących przesłać swoje umysły do superkomputerów, inwestorzy przygotowywali się na nadejście cyfrowej przyszłości, która nie miała uczynić świata lepszym, lecz pomóc w przekroczeniu granic kondycji ludzkiej i odizolowaniu się od zagrożenia ze strony zmiany klimatu, wzrostu poziomu mórz, masowych migracji, globalnych pandemii, paniki tubylców i wyczerpania zasobów. W ich pojęciu przyszłość technologii dotyczyła tak naprawdę tylko jednego: ucieczki.

Szaleńczo optymistyczne oceny korzyści, jakie technologia może przynieść człowiekowi, to jedno. Obecne dążenie do postludzkiej utopii to coś zgoła innego. Nie jest to wizja zbiorowego przejścia ludzkości w nowy stan istnienia, a raczej próba wyjścia poza wszystko, co człowiecze: ciało, współzależność, współczucie, słabość i złożoność. Filozofowie technologiczni od lat zwracają uwagę, iż wizja transhumanistyczna zbyt łatwo sprowadza całą rzeczywistość do danych – jej konkluzja brzmi: „ludzie są niczym więcej, jak przedmiotami przetwarzającymi informacje”.

Ilustracja: Matt Huynh

Naszą ewolucję zamienia się w grę wideo, którą wygra ktoś, kto znajdzie luk ratunkowy i następnie zabierze kilkoro najlepszych kompanów na przejażdżkę. Może to być Musk, Bezos, Thiel, Zuckerberg. Ci miliarderzy są domniemanymi zwycięzcami gospodarki cyfrowej – tego samego bezwzględnego krajobrazu biznesowego, który rodzi i kultywuje podobne spekulacje.

We wczesnych latach 90. cyfrowa przyszłość zdawała się stać otworem; wystarczyło ją wynaleźć. Technologia przeobrażała się w plac zabaw kontrkultury, która widziała w niej możliwość stworzenia bardziej inkluzywnej, sprawiedliwej i proludzkiej przyszłości. Ale biznes dostrzegał jedynie nowe sposoby na eksploatację, a zbyt wielu technologów dało się uwieść obietnicy giełdowych zysków. Cyfrowych kontraktów terminowych nie odróżniano od kontraktów terminowych na akcje czy bawełnę – były przedmiotem prognoz i zakładów. Zatem o wartości prawie każdej wypowiedzi, artykułu, badania, dokumentu lub białej księgi decydował symbol giełdowy. Przyszłości nie kreowały wybory lub nadzieje, lecz ustalony z góry scenariusz – realizowany biernie i obstawiany kapitałem wysokiego ryzyka.

Taki stan rzeczy uwolnił wszystkich od moralnych implikacji podejmowanych działań. Rozwój technologii nie był opowieścią o kolektywnym rozkwicie, tylko o osobistym przetrwaniu. I jak sam się o tym przekonałem, nawet wzmianka o tym fakcie wystarczyła, by otrzymać etykietkę wroga rynku lub antytechnologicznego zrzędy. Zamiast zastanowić się nad praktyczną etyką zubożania i wykorzystywania mas ludzkich przez garstkę uprzywilejowanych, większość akademików, dziennikarzy i pisarzy science-fiction rozważała abstrakcyjne i wymyślne szarady: Czy zażywanie leków nootropowych przez maklerów jest uczciwe? Czy dzieciom należy wszczepiać implanty wspomagające naukę języków obcych? Czy chcemy, by pojazdy autonomiczne za ważniejsze uznawały życie pieszych, a nie pasażerów? Czy pierwsze kolonie na Marsie powinny funkcjonować jako demokracje? Czy zmiana mojego DNA naruszy moją tożsamość? Czy roboty powinny mieć prawa?

Zadawanie tego rodzaju pytań, choć filozoficznie zajmujące, jest kiepskim substytutem zmagań z prawdziwymi rozterkami moralnymi, które są związane z nieokiełznanym rozwojem technologicznym w imię korporacyjnego kapitalizmu. Platformy cyfrowe zdążyły już zmienić rynek wyzysku (Walmart) w jeszcze skuteczniej odczłowieczającego następcę (Amazon). Większość z nas uzmysłowiła to sobie poprzez kontakt ze zautomatyzowaną pracą, gospodarką „gig” i upadkiem lokalnego handlu detalicznego.

Bardziej niszczycielskie skutki cyfrowego kapitalizmu spod znaku „gaz do dechy” dotykają środowisko naturalne i ubogich. Produkcja naszych komputerów i smartfonów wciąż opiera się na sieciach pracy niewolniczej. Praktyki te są tak głęboko zakorzenione, że firma o nazwie Fairphone, która w założeniu miała konstruować i promować „etyczne telefony”, odkryła, iż jest to niemożliwe. (Założyciel nazywa teraz swoje produkty „bardziej sprawiedliwymi”.)

Tymczasem wydobycie metali ziem rzadkich i utylizacja technologii cyfrowych dewastuje ludzkie siedliska, zastępując je toksycznymi składowiskami odpadów, gdzie biedne dzieci i ich rodziny poszukują użytecznych materiałów, by za grosze sprzedać je producentom. „Efekty zewnętrzne” w postaci ubóstwa i trucizn nie znikną tylko dlatego, że przesłoniliśmy oczy goglami VR i zanurzyliśmy się w alternatywnej rzeczywistości. Im dłużej ignorowaliśmy reperkusje społeczne, ekonomiczne i środowiskowe, tym większe osiągnęły one rozmiary. To z kolei spotęgowało potrzebę wycofania, izolacjonizmu, apokaliptycznej rezygnacji i koncypowanych z desperacją technologii i planów biznesowych. Cykl karmi się sobą.

Im bardziej jesteśmy oddani tej wizji świata, tym częściej postrzegamy ludzi jako problem, zaś technologię jako rozwiązanie. Istotę człowieczeństwa uznaje się za usterkę. Pomimo ich wbudowanej tendencyjności, technologie traktuje się jako neutralne. Wszelkie złe zachowania, do których nas skłaniają, kwalifikowane są jako odbicie naszej zepsutej natury. To tak, jakby powodem naszych kłopotów była wrodzona nikczemność. Skoro nieefektywność lokalnego rynku taksówek można skorygować za pomocą aplikacji, która pozbawi kierowców zatrudnienia, to dokuczliwe niespójności ludzkiej psychiki można skorygować za pomocą cyfrowej lub genetycznej „aktualizacji”.

Według ortodoksyjnych orędowników technologicznych rozwiązań w kulminacyjnym momencie nasza świadomość trafi do komputera lub technologia stanie się naszym ewolucyjnym sukcesorem. Wzorem wyznawców gnostyckiego kultu niektórzy z nas pragną wkroczyć w transcendentną fazę rozwoju, porzucić cielesną powłokę wraz z naszymi przewinieniami i problemami. Te fantazje odgrywane są na dużym i małym ekranie. W filmach postapokaliptycznych ludzie nie są lepsi od żywych trupów. Z kolei w historyjkach science-fiction uchodzą za bardziej przewidywalnych niż sztuczna inteligencja. Gimnastyka umysłowa warunkująca tak głębokie odwrócenie ról bazuje na założeniu, że jesteśmy beznadziejni. Dokonajmy transformacji człowieka lub rozstańmy się z nim na dobre.

Dlatego miliarderzy technologiczni wystrzeliwują samochody elektryczne w kosmos – jakby symbolizowało to coś więcej niż tylko korporacyjną promocję. I nawet jeśli kilka osób uzyska „prędkość ucieczki” i zamieszka w marsjańskiej „bańce” – chociaż nie potrafiliśmy utrzymać jej na Ziemi podczas dwóch nieudanych prób zbudowania mini-biosfery za miliardy dolarów – nie będzie to diaspora naszego gatunku, a jedynie łódź ratunkowa dla elity.

Kiedy właściciele funduszy hedgingowych zapytali mnie, jak zapanować nad członkami prywatnej ochrony w ślad za „zdarzeniem”, zasugerowałem, że najlepszym wyjściem byłoby dobre ich traktowanie. Chlebodawcy powinni już dzisiaj odnosić się do swojego personelu jak do krewnych. Natomiast rozszerzając etos inkluzywności na praktyki biznesowe, zarządzanie łańcuchem dostaw, wysiłki na rzecz zrównoważonego rozwoju i dystrybucję bogactwa, mogą odsunąć widmo samego „zdarzenia”. Technologiczna magia może służyć celom kolektywnym.

Nie dali się jednak przekonać. Nie byli zainteresowani tym, jak uniknąć kataklizmu; są przeświadczeni, że na to jest już za późno. Mają bogactwo i władzę, ale nie wierzą, że mogą wpłynąć na przyszłość. Po prostu akceptują najczarniejszy scenariusz, a pieniądze i technologia mają zapewnić im schronienie – zwłaszcza, gdy zabraknie miejsc w rakiecie na Marsa.

Tłumaczenie: exignorant

Reklamy
Opublikowano Pułapka technologiczna, Upadek cywilizacji

Nagła zmiana klimatu: Agonia Wielkiej Rafy Koralowej

Raport National Geographic z sierpnia 2018 potwierdza doniesienia z ubiegłego roku.

Wielka Rafa Koralowa. Największa na Ziemi struktura, którą tworzą żywe organizmy. Dom wielu tysięcy gatunków. Istniała od 25 milionów lat.

Od 2016 r. obumarła połowa Wielkiej Rafy Koralowej. Sprawcą jest masowe bielenie koralowców. To wywołane zmianą klimatu zjawisko globalne ma miejsce wówczas, gdy nienaturalnie rozgrzane wody oceanu niszczą barwne glony rafy i skazują koralowce na śmierć głodową.

Przypadek Wielkiej Rafy Koralowej pokazuje, jak rozległe mogą być szkody: 30% koralowców zostało unicestwionych w 2016 r., kolejne 20% w 2017 r. Efekt przypomina pokłosie wyniszczającego pożaru. Znaczna część ekosystemu morskiego na północnym wybrzeżu rafy zamieniła się w jałowy szkielet. Bielenie z 2016 r. nastąpiło tak szybko, że naukowcy musieli skorygować swoje narzędzia prognozujące ilości ciepła, które może wytrzymać rafa.

W miarę jak zmiana klimatu ociepla oceany Ziemi, podwodne fale gorąca trwają dłużej. Gatunki koralowców nie są zdolne im się przeciwstawić i giną, co zmniejsza różnorodność raf. Stres cieplny staje się tak poważny, że przetrwanie jest udziałem niewielu gatunków. Ostateczne wymieranie przebiega więc niezwykle gwałtownie. Spotkało ono północną część Wielkiej Rafy Koralowej w 2016 r.

Dawniej regionalne bielenia nawiedzały daną rafę co 27 lat. Od lat 80. tempo przyspieszyło do 6 lat. Nawet w najlepszych warunkach uszkodzone obszary potrzebują co najmniej dekady na regenerację.

Wielka Rafa Koralowa doświadczała bielenia przez dwa lata z rzędu.

Wielka Rafa Koralowa widziana z orbity.

Według Programu Środowiskowego ONZ aktualne trendy wskazują na to, iż prawie wszystkie rafy koralowe świata będą wkrótce doświadczać bielenia w każdym sezonie. Odkrycie jest częścią analizy nowych prognoz, które miały ustalić kolejność i tempo wpływu zmiany klimatu na koralowce. Raport został opublikowany 21 grudnia 2016 w Nature Scientific Reports. „Prognozy są przerażające”, powiedział Gareth Williams z Uniwersytetu w Bangor w Wielkiej Brytanii.

W swoim oficjalnym komunikacie z 27 maja 2017 komitet doradczy rządu Australii, złożony z ekspertów i naukowców odpowiedzialnych za zarządzanie przyszłością Wielkiej Rafy Koralowej, poinformował, że jej ocalenie jest niemożliwe. Przez całe swoje zawodowe życie zajmowałem się jakością wody. Ponieśliśmy klęskę. Wielka Rafa Koralowa znajduje się w stanie agonalnym”, przyznał Jon Brodie, specjalista ds. jakości wody z Centrum Doskonałości w Badaniach nad Rafami.

Około 25% morskiej bioróżnorodności zależy od raf koralowych, trójwymiarowego wapiennego szkieletu, jaki wznoszą koralowe zwierzęta i ich glonowe symbionty. Zmiana klimatu, a konkretnie spowodowany przez nią wzrost temperatur oceanów, zaburza funkcjonowanie tej produktywnej współpracy, czego potencjalnie destrukcyjnym skutkiem będzie efekt domina, który obejmie usługi świadczone przez ekosystemy raf koralowych (m.in. zaopatrzenie żywnościowe i ochronę wybrzeża).

Opracowanie: exignorant

Opublikowano Klimat, Oceany, Wymieranie gatunków

„Zielonej” rewolucji technologicznej nie będzie

Skrót artykułu „Krytycznie o twierdzeniach zielonych technologii” autorstwa Vacláva Smila, profesora emerytowanego Uniwersytetu Manitoby, którego interdyscyplinarna działalność naukowa obejmuje badania nad energią, środowiskiem naturalnym, żywnością, gospodarką, historią i polityką publiczną.

Kiedy pojawia się nowa idea, łatwo jest sobie wyobrazić jak fantastyczna będzie jej przyszłość. Bodaj najlepszy tego przykład stanowi Osobliwość (ang. Singularity) Ray’a Kurzweila, która ma nadejść w 2045 r. i stworzyć „nieśmiertelnych ludzi z oprogramowaniem oraz ultrawysokie poziomy inteligencji rozprzestrzeniającej się we wszechświecie z prędkością światła”. Były menedżer Google X stara się dotrzymać kroku mówiąc, że „wszystko, co oglądasz w filmach science-fiction, stanie się rzeczywistością”. Zwracam uwagę, że nie ma na myśli wybranych wynalazków, lecz absolutnie wszystko.

W porównaniu z tymi skrajnie ahistorycznymi wizjami, całkowicie oderwanymi od rzeczywistości, koncepcje omówione poniżej są bardzo powściągliwe. Obiecują jedynie długotrwałą podaż niedrogiej, czystej energii – poprzez rozszczepienie jądra atomowego lub spalanie (tak, spalanie) CO2 – i obfitość żywności z różnych źródeł: wertykalnych farm miejskich, upraw, które cechuje minimalne nawożenie, czy też przyjaznych dla środowiska substytutów mięsa.

Podobne zapowiedzi powinny być oceniane realistycznie. Nie przedstawiłbym szczegółowej, dogłębnej krytyki proponowanych innowacji, nawet gdybym dysponował 300 stronami tekstu. Ograniczę się do zwrócenia uwagi na nietrywialne komplikacje związane z konkretnymi propozycjami, a przede wszystkim podkreślę pewne fundamentalne względy systemowe, które zbyt często są ignorowane. Nie będą to argumenty przeciwko wprowadzaniu jakiejś formy promowanych technik, ale raczej ostrzegawcze przypomnienia, iż wiele ambicji dnia dzisiejszego nie przeobrazi się w rzeczywistość jutra.

Rewolucja elektroniczna wywarła znaczny wpływ na nasze postrzeganie tego, co jest możliwe. Od lat 60. XX w. nastąpił niezwykle szybki wzrost liczby elementów elektronicznych, które można zmieścić w zminiaturyzowanym układzie scalonym (ang. microchip). Ten skok, znany jako Prawo Moore’a, sprawił, że oczekujemy podobnych wykładniczych usprawnień w innych dziedzinach.

Jednakże nasza cywilizacja w dalszym ciągu zależy od działań, które wymagają ogromnych przepływów energii i materiałów, tymczasem alternatywy dla tych wymagań nie mogą być komercjalizowane w tempie, które podwaja się co kilka lat. Nasze nowoczesne społeczeństwa opierają się na niezliczonych procesach przemysłowych, które nie zmieniły się zasadniczo od dwóch, a nawet trzech pokoleń. Należy do nich sposób generowania większości energii elektrycznej, sposób wytapiania żelaza i aluminium, sposób uprawiania podstawowych zbóż i roślin paszowych, sposób hodowania i zabijania zwierząt, sposób wydobywania piasku i produkowania cementu, sposób latania i transportowania towarów.

Globalna cywilizacja liczy blisko 8 miliardów ludzi. Wielkość jej produkcji gospodarczej przekracza 100 bilionów dolarów. Ten potężny silnik jest zasilany rocznie przez 18 terawatów energii pierwotnej, 60 miliardów ton materiałów, 2,6 miliarda ton zboża i 300 milionów ton mięsa. Wszelkie alternatywy, które sprostałyby wymogom skali, potrzebowałyby wielu dekad na przeniknięcie całej światowej gospodarki, nawet gdyby zostały pomyślnie przetestowane, miały przystępne ceny i były gotowe do masowego zastosowania. Te trzy kluczowe przesłanki nie są uwzględniane w opisanych poniżej innowacjach.

Reaktor postępującej fali ma pod wieloma względami oczywistą przewagę nad używanym powszechnie reaktorem wodnym ciśnieniowym – m.in. jest dużo bezpieczniejszy w eksploatacji i zużywa wypalone paliwo jądrowe. Jednak nasze doświadczenia z opracowaniem reaktorów powielających, chłodzonych stopionym sodem, pokazują, iż przekształcenie atrakcyjnej koncepcji w opłacalny ekonomicznie projekt może być niezwykle trudne. Eksperymentalne prototypy reaktorów powielających zostały wyłączone dawno temu w Stanach Zjednoczonych, Francji i Japonii. Prace nad nimi pochłonęły dziesięciolecia i miliardy dolarów.

Wertykalne farmy miejskie mogą prowadzić opłacalną uprawę hydroponiczną zielonych warzyw liściastych, pomidorów, papryki, ogórków i ziół. Proces ten wykorzystuje zdecydowanie mniej wody niż rolnictwo tradycyjne. Niestety, gotowe produkty zawierają śladowe ilości węglowodanów, pozbawione są białka i tłuszczu. Zatem nie mogą wyżywić miast, a zwłaszcza megamiast, których populacje liczą ponad 10 milionów. Do tego konieczne są rozległe obszary uprawne zasiane zbożem, korzeniami, roślinami strączkowymi, cukrowymi i oleistymi. Światowa kultywacja tych roślin odbywa się obecnie na 16 milionach kilometrów kwadratowych – co niemal odpowiada powierzchni Ameryki Południowej – a ponad połowa ludzkości mieszka już w miastach. Farmy wertykalne nie zastąpią użytków rolnych. Twierdzenia o ich wydajności były poważnie przesadzone.

Pojazdy elektryczne są najnowszym ulubieńcem mediów, ale zderzają się z dwoma zasadniczymi ograniczeniami. Te środki lokomocji mają wyeliminować samochodowe emisje węgla, ale napędza je elektryczność, a dwie trzecie światowego prądu jest generowane niezmiennie podczas spalania paliw kopalnych. W 2016 r. energia elektryczna wytwarzana przez wiatraki i fotowoltaiczne panele słoneczne stanowiła mniej niż 6% światowego zaopatrzenia. Do końca 2017 r. ogólnoświatowa skumulowana sprzedaż aut na prąd osiągnęła poziom zaledwie 3 milionów, czyli mniej niż 0,3% całkowitej liczby samochodów osobowych. Nawet przy imponującym tempie podaży technologia ta nie wyeliminuje silników spalinowych.

Projekty małych promów i barek rzecznych wyposażonych w akumulatory elektryczne lub ogniwa paliwowe nie zapewnią zdolności przewozowej odpowiadającej kontenerowcom, na których bazuje handel morski. Wystarczy porównać te maleństwa z olbrzymami, które przenoszą kontenery z centrów produkcyjnych Azji Wschodniej do Europy i Ameryki Północnej. Jednostki na prąd przemierzają kilkadziesiąt lub kilkaset kilometrów, zaś moc ich napędu mierzona jest w setkach kilowatów lub kilku megawatach; kontenerowce pokonują ponad 10 000 kilometrów, a ich silniki wysokoprężne mają moc 80 megawatów.

Samoloty pasażerskie z akumulatorami elektrycznymi należą do tej samej kategorii: ich najwięksi producenci mają futurystyczne programy, ale projekty hybrydowe nie mogą szybko zastąpić napędu konwencjonalnego. Gdyby nawet mogły tego dokonać, nie zredukowałyby w dużym stopniu emisji dwutlenku węgla. Jeśli zestawimy zasilany akumulatorem samolot treningowy z Boeingiem 787 i pomnożymy pojemność (2 kontra 335 osób), prędkość (200 kontra 900 kilometrów na godzinę) i wytrzymałość (3 kontra 17 godzin), przekonamy się, iż „bateria” musiałaby przy swojej masie przechowywać o trzy rzędy wielkości więcej energii, aby umożliwić elektryczny lot międzykontynentalny. Od 1950 r. gęstość energii najlepszych akumulatorów poprawiła się o mniej niż jeden rząd wielkości.

Ludzkie pragnienie nowinek jest nienasycone. W mniejszej skali można je zaspokoić we względnie krótkim czasie, zwłaszcza, gdy z pomocą spieszy nam Prawo Moore’a. Opracowanie zupełnie nowych telefonów komórkowych zajęło dekadę. Takiego tempa wdrażania nie da się powtórzyć w sferach, które składają się na strukturę współczesnej cywilizacji – mowa o technikach upraw żywności, pozyskiwania energii, produkcji materiałów lub przewożenia towarów i ludzi.

Pomimo postępującej ekspansji odnawialnych źródeł energii oraz wysiłków w ramach strategii politycznej zachęcających do rezygnacji z węgla na rzecz czystszych paliw niskowęglowych, w ciągu ostatnich 20 lat nie nastąpiła praktycznie żadna zmiana w proporcjach koszyka paliwowego, podał w swoim raporcie o stanie energetycznym świata koncern BP. W 1998 r. udział węgla w sektorze wynosił 38%, tyle samo, co w 2017 r. Udział paliw niekopalnych był w 2017 r. nawet mniejszy niż 20 lat temu, ponieważ energia ze źródeł odnawialnych nie zrównoważyła zmniejszającego się udziału energii jądrowej.

Plan międzynarodowego programu syntezy termojądrowej „EUROfusion” prognozował, że elektrownia pokazowa – wynik 60 lat badań oraz współpracy Chin, Unii Europejskiej, Indii, Japonii, Korei Południowej, Rosji i Stanów Zjednoczonych – zacznie działać po 2040 r. i mniej więcej dziesięć lat później zostanie podłączona do sieci energetycznej. Okazało się jednak, iż aktywacja reaktora próbnego ITER, konstruowanego na południu Francji, opóźni się do 2054 r., a jego koszt zwiększy się czterokrotnie i wyniesie 20 miliardów euro. Tony Donné, fizyk jądrowy i dyrektor programu, powiedział, że harmonogram projektu może ulec zmianie i „nowy termin uruchomienia jest wariantem optymistycznym”. Wykorzystanie syntezy termojądrowej do generowania energii sieciowej może nastąpić dopiero w XXII w.

Opracowanie: exignorant

Opublikowano Gospodarka, finanse, surowce i energia

Nowy wątek w naftowym dramacie

Trwa termodynamiczny upadek ropy naftowej. Tymczasem przewidywany, okresowy wzrost ceny za baryłkę może być o wiele bardziej drastyczny, niż się spodziewano.

Philip K. Verleger, starszy doradca globalnej firmy konsultingowej Brattle Group i Kongresu USA w kwestii cen towarów, opublikował raport swojej niezależnej firmy PKVerleger LLC, który prognozuje upadek gospodarczy w 2020 r. wskutek zmiany na rynku produktów ropopochodnych.

Katastrofalnie wysokie ceny ropy spowodują zapaść gospodarczą”, powiedział Verleger. „Światowy rynek naftowy doświadczy co najmniej podwojenia cen”. Po przekroczeniu granicy 200 dolarów za baryłkę mogą nastąpić kolejne skoki nawet do 400 dolarów. Aktualne wartości oscylują w granicach 65–74 dolarów za baryłkę.

Inni analitycy zauważyli, że globalne rezerwy ropy są skąpe i należy oczekiwać wzrostu jej ceny do 90–100 dolarów za baryłkę, gdy wejdą w życie sankcje wymierzone w Iran. Obserwatorzy sektora energetycznego jednocześnie alarmują o nadchodzącym kryzysie zaopatrzenia w olej napędowy, na który zwrócił uwagę Verleger.

Bank inwestycyjny Morgan Stanley przedstawił podobną prognozę, argumentując, iż świat przechodzi na olej napędowy z niską zawartością siarki, aby obniżyć emisje gazów cieplarnianych. Verleger uważa, że globalne zapotrzebowanie na niskosiarkowy olej napędowy, którym od 2010 r. zasilane są chociażby amerykańskie ciężarówki, zwiększy popyt na ropę droższą i „lżejszą”. Brak dostatecznej liczby rafinerii przystosowanych do produkcji takiego paliwa nie zaspokoi podaży i tym samym podniesie ceny.

Większość światowego handlu bazuje na oleju napędowym, dlatego zbliżająca się zmiana przepisów wpłynie bezpośrednio na gospodarkę, twierdzi Verlenger. Skutki odczują również przewoźnicy morscy. Jeśli nic się nie zmieni, to w 2020 r. uderzy kryzys oleju napędowego, gdyż połowa światowych rafinerii nie będzie w stanie dostarczyć paliwa spełniającego nowe normy. Właściciele jednostek pływających zmierzą się z trudnymi wyborami, z zaprzestaniem działalności włącznie.

Załamanie gospodarcze nadejdzie, ponieważ światowy przemysł petrochemiczny nie dysponuje wystarczającą zdolnością produkcyjną, aby dostarczyć dodatkową ilość paliwa niskosiarkowego branży żeglugowej i jednocześnie sprostać wymaganiom stałych klientów: rolników, kierowców ciężarówek, kolejarzy oraz operatorów ciężkiego sprzętu”, czytamy w raporcie. „W większości państw muszą oni kupować paliwo z niską zawartością siarki, aby obniżyć poziom zanieczyszczenia. Niskosiarkowy olej napędowy będzie niezbędny do dalszego funkcjonowania gospodarek, rządów i sił zbrojnych”.

Tłumaczenie: exignorant

Opublikowano Gospodarka, finanse, surowce i energia, Upadek cywilizacji

Projekt ostatniej szansy

W pierwszej części opracowania wykorzystano fragmenty książki „Cybernetic Revolutionaries” autorstwa Eden Mediny.

Trzeci kierunek

„Dłoń pustyni” [Atakama, Chile]

Na początku lat 70. XX w. Chile było wyjątkowym narodem Ameryki Łacińskiej. Kraj mógł pochwalić się najdłuższym na kontynencie okresem nieprzerwanych rządów demokratycznych, który trwał od 1932 do 1973. Praktykowane tam swobodne wyrażanie idei kontrastowało z sytuacją polityczną w Brazylii i Argentynie. W tych sąsiadujących państwach, wspieranych przez Waszyngton, władzę sprawowały represyjne reżimy wojskowe.

W 1970 r. Chilijczycy wybrali drogę zmian socjalistycznych – pokojowych i zgodnych z istniejącymi demokratycznymi procesami i instytucjami. Zwrot kraju ku socjalizmowi nastąpił po serii nieudanych reform chrześcijańskich demokratów. Nowy rząd postanowił autonomicznie pokierować swoim losem obierając trzeci kierunek, który radykalnie odbiegał od polityki i ideologii USA i ZSRR – dominujących, toczących ‚zimną wojnę’ supermocarstw. Platforma społeczno-ekonomicznej reorganizacji nosiła nazwę „Chilijskiej drogi do socjalizmu”.

Transformacja systemowa opierała się na fundamencie porządku konstytucyjnego – poszanowaniu wyników wyborów, poszanowaniu swobód jednostki (wolności wyznania, słowa, prasy i zgromadzeń) oraz praworządności. Priorytetem było odzyskanie i przekazanie społeczeństwu kontroli nad bogactwami naturalnymi kraju (wcześniej były one własnością międzynarodowych korporacji i chilijskiej oligarchii), redystrybucja dochodów i stworzenie mechanizmów zapewniających aktywny udział robotników.

Amerykanie przyjęli „niejawny kurs” powstrzymania reformatorskich zapędów Chile. Zakres podjętych działań obejmował finansowanie opozycyjnych partii i mediów oraz sabotowanie gospodarki. USA wprowadziły niewidoczną blokadę finansową, wpłynęły na zmniejszenie międzynarodowej i dwustronnej pomocy Chilijczykom, pozbawiły ich dostępu do prywatnych kredytów bankowych, uniemożliwiły prezydentowi renegocjowanie zadłużenia, które odziedziczył po swoim poprzedniku, i drastycznie obniżyły wartość swojego eksportu do Chile. Strategia przeobrażenia ustroju społecznego i gospodarczego spotkała się również z ostrym sprzeciwem lokalnych klas uprzywilejowanych. Mimo tych skoordynowanych, torpedujących zabiegów i przeszkód, obserwatorzy z całego świata byli ciekawi, czy władzy uda się skonstruować skuteczny model funkcjonowania państwa.

Zarządzanie najważniejszymi gałęziami przemysłu stało się poważnym wyzwaniem, podobnie jak szybkie tempo nacjonalizacji i wzrost liczby pracowników związany z programem obniżenia bezrobocia. Co więcej, brakowało wykwalifikowanych kadr, zaś produkcję ograniczały niedobory importowanych części zamiennych i surowców. Politycy chilijscy uznali, iż z problemami upora się technologia komputerowa i komunikacyjna. Okazało się, że ich koncepcja niezbędnych zmian strukturalnych była zbieżna z ideami prof. Stafforda Beer’a. Brytyjski cybernetyk uważał, że nauka nie może służyć jako narzędzie do panowania nad światem zewnętrznym, a naukowcy powinni skupić się na identyfikowaniu warunków równowagi między podsystemami oraz opracowaniu regulatorów, które pomogą całemu systemowi (gospodarczemu) osiągnąć naturalny stan stabilności. W oparciu o te założenia prof. Beer wykoncypował tzw. system realny [ang. viable system] – inaczej model struktury organizacyjnej każdego niezależnego systemu, który potrafi tworzyć się samodzielnie. System realny to dowolny system zorganizowany w taki sposób, aby mógł sprostać wymogom przetrwania w zmieniającym się środowisku. Jedną z głównych jego cech jest zdolność do adaptacji.

Stafford Beer

W 1971 r. chilijski rząd nawiązał kontakt z kreatorem systemu realnego. „W połowie roku odwiedzałem duże firmy, agencje i inne miejsca, gdzie prezentowałem swój model. Pewnego dnia otrzymałem list, który zmienił moje życie”, wspominał prof. Beer. „Jego autorem był dyrektor generalny rady planowania krajowego w Chile. Napisał, że przestudiował moje prace i prosi mnie o pokierowanie [ponadnarodowym] zespołem uczonych, który skompletował. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Był to początek mojej podróży”. Urzeczony inspirującą postawą swoich zleceniodawców i współpracowników, brytyjski badacz nadzorował w latach 1971–1973 powstawanie bezprecedensowego w wymiarze światowym systemu kontroli gospodarczej. Projekt Cybersyn przesunął granice tego, co było możliwe ponad cztery dekady temu i rozwiązał skomplikowane problemy inżynierskie takie jak kontrola w czasie rzeczywistym, modelowanie zachowania systemów dynamicznych i łączność sieci komputerowej. Osiągnięcia te były tym bardziej imponujące, że zostały urzeczywistnione przy użyciu ograniczonego zaplecza technologicznego.

Zastosowanych rozwiązań nie znały nawet najbardziej uprzemysłowione kraje. Chilijski system wykorzystał nowe kanały komunikacyjne do natychmiastowego przesyłania aktualnych danych produkcyjnych. Informacje te były następnie przetwarzane przez statystyczne programy komputerowe, zaprojektowane do prognozowania wyników poszczególnych fabryk, co umożliwiało rządowi identyfikowanie i powstrzymywanie potencjalnych kryzysów. Udział skomputeryzowanego symulatora ekonomicznego pozwalał testować pomysły gospodarcze przed ich wdrożeniem. Obsługujący uzyskali wgląd w bieżący stan gospodarki i podejmowali szybkie decyzje w oparciu o najnowsze dane.

Prototyp systemu powstał w niespełna rok. Jego autorzy mieli nadzieję, że poprawi on kondycję chilijskiej gospodarki, zredukuje biurokrację i przyniesie efekt demokratyzujący – zdoła zmienić stosunki społeczne i wprowadzi sposoby na zwiększenie udziału pracowników w zarządzaniu zakładami przemysłowymi. Ponieważ oprogramowanie statystyczne oceniało wydajność fabryczną w oparciu o modele procesów produkcyjnych, pracownicy mogliby uczestniczyć w ich budowaniu, projektować samą technologię i zarządzać ekonomicznie na poziomie narodowym.

Przerwany eksperyment

Wybór, którego w 1971 r. dokonali Chilijczycy, był dla Waszyngtonu nie do przyjęcia. Zagrożenie, jakie stanowił dla miliardowych interesów amerykańskich korporacji, nie było jedynym powodem sprzeciwu.

Dokumenty opublikowane przez Archiwum Bezpieczeństwa Narodowego USA ujawniły, że głównym architektem amerykańskiego planu obalenia socjalistycznego rządu i późniejszego umocnienia nowej, despotycznej władzy, był sekretarz stanu USA Henry Kissinger. Kiedy omawiał tę kwestię z prezydentem Richardem Nixonem, wyraził obawę, iż pokojowe i pomyślne ukierunkowanie chilijskich zasobów ku celom socjalistycznym będzie niepożądanym, „złowieszczym wzorem” dla innych państw, które obserwując obiecujące rezultaty, podążą tym samym śladem. Świat nie mógł stać się świadkiem sukcesu Chile – „dobrze działającego eksperymentu socjalistycznego”.

Legalność demokratycznego głosowania była niepodważalna. Prezydent Nixon zakomunikował: „Jeśli po Wietnamie nie mogę już wysyłać [do Chile] piechoty morskiej, to wydeleguję tam CIA”. Podczas rozmowy telefonicznej z Richardem Helmem, ówczesnym dyrektorem CIA, Kissinger rozkazał, by agencja zadała ból chilijskiej gospodarce. Tajni agenci rozpoczęli operację „zmiany reżimu”. Pierwsza akcja była nieudaną próbą konstytucyjnego zamachu stanu. Druga polegała na stworzeniu klimatu kryzysu w całym kraju, który miał doprowadzić do militarnego zamachu stanu. Armia mogła liczyć na aktywne wsparcie USA.

Augusto Pinochet i Henry Kissinger [spotkanie w 1975 r.]

11 września 1973 r. chilijskie siły zbrojne zaatakowały i opanowały obiekty rządowe. Podczas godziny policyjnej stadion miejski w Santiago wypełnił się więźniami puczystów: niektórych rozstrzelano na miejscu, innych wywieziono do obozów koncentracyjnych na pustynie Atakama na północy lub na subarktycznym południu. Doniesienia o setkach osób straconych przez wojsko Kissinger skomentował słowami: „Myślę, że powinniśmy zrozumieć naszą strategię – jakkolwiek nieprzyjemnie są ich działania, obecni rządzący są dla nas lepsi od poprzedników”.

Fotel „prezydenta” objął gen. Augusto Pinochet. Stany Zjednoczone pomogły mu w skonsolidowaniu faszystowskiej władzy: udzieliły pomocy ekonomicznej i militarnej, wsparły go dyplomatyczne, a CIA stworzyła i wyszkoliła słynącą z okrucieństwa tajną policję DINA. Konwersując ze świeżo zainstalowanym sojusznikiem, sekretarz stanu USA nie krył zadowolenia z przebiegu wypadków w Chile. „Jak wiesz, odnosimy się z aprobatą wobec tego, co robisz”, zapewnił rozmówcę. „Chcemy ci pomóc. Wyświadczyłeś Zachodowi ogromną przysługę”. Dyktator przygotował grunt pod swoją kilkudziesięcioletnią „kadencję” rozwiązując parlament, wprowadzając zakaz istnienia partii politycznych, delegalizując związki zawodowe. W ciągu siedemnastu lat podlegli mu oficerowie aparatu bezpieczeństwa zamordowali i poddali torturom wiele tysięcy Chilijczyków – w tym kobiety i dzieci.

Za swoją służbę przywódca chilijskiej junty został sowicie wynagrodzony przez Biały Dom. Jego rodzina zgromadziła miliony dolarów na rachunkach bankowych w USA i za granicą. Dochodzenie dziennikarzy New York Timesa ujawniło, że brudne pieniądze Pinochetów prał waszyngtoński Riggs Bank, gdzie trafiały prowizje za usługi świadczone innym państwom (w tym USA) i dochody z lukratywnej prywatyzacji przedsiębiorstw narodowych. Ustalenia te potwierdziło śledztwo komisji senackiej.

Augusto Pinochet wymknął się sprawiedliwości i uniknął kary – po aresztowaniu w 1998 r. uznano, że jest „niezdolny umysłowo, by bronić się podczas procesu”. Zmarł w grudniu 2006 r. w wieku 91 lat.

Epilog

Przewrót wojskowy w Chile oznaczał likwidację Projektu Cybersyn. Infrastrukturę informatyczną zniszczono, uczestników aresztowano, a prof. Stafford Beer musiał ratować się ucieczką. Według analityków systemowych powstrzymane zostały narodziny nowego modelu gospodarczego, który prawdopodobnie zainspirowałby światową rewolucję w projektowaniu, nauce i demokracji. Nie dowiemy się, czy przedłużyłby żywot ludzkości, spowolnił zmianę klimatu i wymieranie gatunków. Wiemy jedynie, że w latach 70. elity kontrolujące wielki kapitał i machinę przemysłowo-militarną miały ostatnią szansę, by porzucić samobójczy paradygmat „wzrostu gospodarczego”. Nie skorzystały z tej okazji, ponieważ musiałyby równocześnie zrezygnować ze swojej hegemonii.

Imperialnemu procesowi neokolonializmu i plądrowania globu – przejmowania gospodarek i rynków, eksploatacji „surowców naturalnych” i pracy ludzkiej – nie wolno się przeciwstawiać. Nie było i nie ma zgody na alternatywny porządek społeczno-ekonomiczny wykluczający prymat klasy inwestorów. W jej interesie było i jest utrzymanie niereformowalnego i racjonalnego (z punktu widzenia maksymalizacji zysków) systemu, który ostatecznie zetrze planetę w pył.

Opracowanie: exignorant

Opublikowano Imperialne wojny, militaryzm i terror państwowy

Globalna produkcja plastiku rośnie wykładniczo

Stowarzyszenie handlowe PlasticsEurope ustaliło, że w latach 2006–2016 roczna globalna produkcja tworzyw sztucznych wzrosła z 245 do 348 milionów ton – odpowiednik łącznego ciężaru 2 289 473 samolotów pasażerskich Boeing 747. W 2017 r. jej tempo było wyższe o 3,9%. W sezonie poprzedzającym poziom wzrostu wyniósł 4,0%, natomiast dwa lata temu miał wartość 3,5%. Zapotrzebowanie na same tworzywa termoplastyczne – w tym najbardziej powszechne ich rodzaje, takie jak PET (obecny w butelkach na wodę), polipropylen, polietylen i PCW, zwiększało się o 4,7% rocznie w okresie 1990–2017. „Czy trend utrzyma się w nadchodzących latach? Możemy założyć, że tak się stanie”, powiedział Herve Millet, kierownik ds. technicznych i nadzoru w PlasticsEurope. „Powody, które przyspieszają produkcję plastiku na całym świecie, nie znikną z dnia na dzień. Rozwój przemysłu tworzyw sztucznych idzie w parze z rozwojem gospodarczym”, dodał. Im bardziej rośnie gospodarka, tym więcej tworzyw sztucznych wykorzystuje się w budownictwie, rozwoju infrastruktury, przemyśle elektrycznym i elektronicznym oraz transporcie. W krajach rozwijających się istnieje duże zapotrzebowanie na plastikowe opakowania jednorazowe. Nawet w Europie, gdzie kampanie przeciwko ich używaniu są szczególnie energiczne, opakowania stanowią 40% konsumpcji.

Wiodącym producentem i eksporterem tworzyw sztucznych są Chiny. Obecnie mają aż 29% udział w rynku, który na przestrzeni zaledwie dekady skoczył o 15%. Potentaci europejscy, amerykańscy i japońscy dominują w fabrykowaniu specjalistycznych tworzyw sztucznych, stosowanych m.in. w budownictwie, motoryzacji i medycynie. Nowe polimery zasilają też przemysł lotniczy i kosmiczny, wchodzą w skład obuwia sportowego. Pierre Gadrat, który kieruje działem chemicznym i materiałowym francuskiej firmy konsultingowej Alcimed, z entuzjazmem stwierdził, że dynamika sektora nie maleje.

Amerykańska Rada Chemii (American Chemistry Council), organizacja handlowa, przyznała 26 grudnia 2017, że koncerny wydobywające paliwa kopalne, chociażby Exxon i Shell Chemical, zainwestowały ponad 180 miliardów dolarów w budowę fabryk tworzyw sztucznych, które w ciągu najbliższej dekady zapewnią 40% wzrost produkcji. Raport potwierdza ustalenia opublikowane 5 grudnia 2017 przez Centrum na rzecz Międzynarodowego Prawa Ekologicznego (Center for International Environmental Law – CIEL), które pokazały, iż branża wiedziała od lat 70., że jej produkty zamieniają światowe oceany w toksyczną breję, i przez dziesięciolecia zwalczała przepisy mające jedynie ograniczyć kryzys zanieczyszczenia.

W 2020 r. wartość globalnego rynku tworzyw sztucznych ma wynieść ponad 654 miliardy dolarów. Waga dryfujących w oceanach odpadów z tworzyw sztucznych wkrótce będzie większa od wagi zasobów rybnych. Recykling, petycje online i marsze protestacyjne nie powstrzymają plastikowego tsunami. Uczyni to wyłącznie upadek cywilizacji przemysłowej.

Opracował: exignorant

Opublikowano Wymieranie gatunków

Chiny mają plan

Przywrócimy spokój, harmonię i piękno przyrody. Zbudujemy ekologiczną cywilizację, która przyniesie korzyści kolejnym pokoleniom”. Xi Jinping, Sekretarz Generalny Komunistycznej Partii Chin

Tylko w Chinach możliwe jest zainspirowanie tak ogromnego projektu jak Jeden Pas, Jeden Szlak i przystąpienie z wigorem do jego realizacji. […] Chiny istotnie mogą pomóc we współkształtowaniu pożądanego oblicza przyszłości, ograniczając piętrzące się globalne zagrożenia i ryzyko wielkiej katastrofy, daleko wykraczającej poza obszar ekonomiczny”. Prof. Grzegorz Kołodko, „najczęściej cytowany na świecie polski ekonomista”

Prof. William F. Laurance, australijski biolog ochrony środowiska, autor ośmiu książek i ponad 600 prac i artykułów badawczych, podzielił się 28 marca 2017 i 22 maja 2018 swoimi spostrzeżeniami na temat „zielonych” ambicji Chin.

Jedwabny szlak zniszczenia

Pod względem skali chiński „Jeden Pas, Jeden Szlak” (Belt and Road – BRI) miażdży wszystkie dotychczasowe przedsięwzięcia cywilizowanej ludzkości z zakresu „zagospodarowania terenu”. Zgodnie z zatwierdzonym planem jest to komplet 7 000 projektów infrastrukturalnych i wydobywczych o wartości 8 bilionów dolarów, rozproszonych w ponad 70 krajach. Swoim zasięgiem BRI ma objąć połowę planety – od Azji i Afryki po Europę i Południowy Pacyfik – i tym samym wywrzeć dramatyczny wpływ na każdy aspekt człowieczej działalności. Biorąc pod uwagę różnorodność biologiczną i środowisko naturalne, „wyczyn” ten będzie najgorszą rzeczą, jaka spotkała planetę na przestrzeni minionych czterdziestu lat. Wiem, o czym mówię – wraz z koleżankami i kolegami widzieliśmy w tym okresie niejedno przerażające wydarzenie w Amazonii, Afryce, Azji i na Pacyfiku.

BRI spotęguje antropogeniczne zaburzenie klimatu poprzez niewyobrażalne zmiany w sposobie użytkowania gruntów, wylesianie i emisje gazów cieplarnianych w następstwie prac przemysłowych, transportowych i budowlanych. Nowe drogi i pozostałe obiekty zapewnią dostęp do dziewiczych obszarów, które zostaną wykarczowane, przekopane, strawione przez płomienie, poddane spekulacjom rynkowym itd. Nastąpi utrata i degradacja siedlisk rodzimych, w tym lasów. Magazynują one w swojej biomasie miliardy ton węgla i wypompowują duże ilości pary wodnej. Generując opady, niezbędne dla wzrostu roślinności i ograniczania pożarów, i tworząc chmury, odbijające znaczną część energii słonecznej z powrotem w kosmos, redukują wartość globalnego ocieplenia.

Mapa BRI.

Spycharka BRI wyruszy wgłąb wielu najbogatszych w węgiel ekosystemów, szczególnie w regionach tropikalnych i subtropikalnych południowej, centralnej i południowo-wschodniej Azji, na południowym Pacyfiku i w Afryce równikowej. Najpoważniejsze spustoszenie wywołają budowy, które pochłaniają beton, metale, minerały i wiele innych surowców. Beton to jeden z najdroższych w wymiarze energetycznym i węglowym produktów wytwarzanych przez ludzi. Chińczycy szacują, że jego zużycie będzie większe niż w przypadku wszystkich dotychczasowych projektów infrastrukturalnych świata. Poszukiwania piasku zdewastują liczne systemy przybrzeżne i rzeczne.

Po przekopaniu mnóstwa „zielonej propagandy” nie dostrzegam w BRI niczego, co pozwoliłoby na osiągnięcie deklarowanych celów klimatycznych. Z pewnością Chińczycy nie poniosą żadnej odpowiedzialności za emisje uwolnione wskutek działań innych państw – nawet gdy to ich dłoń będzie uderzać siekierą lub włączać betoniarkę. Główne, szerokie korytarze BRI przebiegną przez 1739 „Ważnych obszarów ptactwa” lub „Kluczowych obszarów bioróżnorodności”, a także przez 46 z „200 najważniejszych globalnych ekoregionów”. Dla biologa jest to oszałamiająca lista – przedstawia najbogatszą biologicznie strefę na Ziemi. Jest na niej zbyt wiele godnych wyliczenia miejsc, ale nazwę tylko kilka z nich – zagrożone lasy równikowe Półwyspu Malajskiego, lasy Mjanmy, ekosystemy Himalajów, zanikające lasy tropikalne na Borneo i Sumatrze, megafauna Kotliny Konga.

Dwie dekady „ekspansji globalnej”

Przez ostatnie 35 lat pracowałem w Amazonii, Afryce oraz regionie Azji i Pacyfiku. Zajmowałem się głównie lasami tropikalnymi, bioróżnorodnością i czynnikami sprawczymi użytkowania gruntów i zmiany klimatu.

Na całym świecie, praktycznie na każdym kontynencie, Chiny wydobywają surowce naturalne, spalają zasoby energetyczne, realizują operacje rolnicze i infrastrukturalne – budują drogi, linie kolejowe, zapory wodne, kopalnie. Przedsięwzięcia o niewiarygodnym rozmachu powodują bezprecedensową destrukcję ekosystemów i różnorodności biologicznej. Ich szybkie tempo nie spada, mimo niedawnego spowolnienia chińskiej gospodarki. W krajach rozwijających się powstają plany kolejnych gigantycznych inicjatyw.

Międzynarodowa pogoń za surowcami naturalnymi rozpoczęła się na dobre w 1999 r., kiedy chińska „Strategia ekspansji globalnej” zliberalizowała politykę inwestycyjną i wprowadziła odpowiednie bodźce finansowe, by zapewnić zagraniczne inwestycje i kontrakty. Imponujące rezerwy walutowe oraz oficjalne błogosławieństwo przewodniczącego Denga Xiaopinga, zawarte w słowach „uzyskanie bogactwa przynosi chlubę”, sprawiły, że międzynarodowe inwestycje Chin – oraz ich oddziaływanie na świat przyrody – odnotowały gwałtowny wzrost.

W latach 2004-2014 chiński Bank Eksportowo-Importowy przeznaczył blisko 10 miliardów dolarów na wschodnioafrykańskie koleje, w których budowę zaangażowane były chińskie korporacje. Chińczycy partycypują w kosztach i wykonaniu sieci kolejowych w Kenii i Ugandzie, których odnoga ma przebiegać przez Park Narodowy Nairobi. Nawet w odległym wnętrzu Kotliny Kongo chińskie koncerny są mocno zaangażowane w operacje komunikacyjne, górnicze i wycinkę lasów – byłem tego świadkiem w Kamerunie i Demokratycznej Republice Konga. Chiny proponują również położenie 5 000 kilometrów torów, które przecięłyby na wskroś Amerykę Południową – penetracja terenów zalesionych i sawann umożliwiłaby transportowanie soi, drewna i innych towarów na wybrzeże Pacyfiku, skąd trafiłyby one do Azji.

Wielka Tama Odrodzenia w Etiopii.

Chiny są dominującym inwestorem i budowniczym zapór wodnych. Wiele z nich powstaje w biologicznie zróżnicowanych regionach, gdzie budowle hydrotechniczne i obsługujące je dojazdy i linie energetyczne otwierają dostęp do nowych terenów pod „zagospodarowanie”. Chiny planują, sponsorują lub konstruują główne zapory w Afryce. Należy do nich Wielka Etiopska Tama Odrodzenia, której uruchomienie nastąpi w niebawem. Konsorcjum chińskich firm uczestniczy w przetargu na zaporę Grand Inga na rzece Kongo – będzie to seria tam tworząca największą hydroelektrownię na Ziemi. Chociaż prace inżynieryjne mogą zostać zainaugurowane jeszcze w tym roku, DRK jak dotąd nie przeprowadziła żadnych badań szacujących skutki ekologiczne. Na własnym podwórku Chińczycy wznoszą 20 kolosalnych zapór na Mekongu, które zredukują bioróżnorodność i łowiska w Laosie, Kambodży i Wietnamie – krajach położonych w dole rzeki.

Szczegółowy raport przygotowany przez Global Canopy Program, brytyjską grupę badawczą, ujawnił, że chińskie firmy i organizacje finansowe są w czołówce sprawców wylesiania tropików. Chiny konsumują ogromne ilości drewna z nielegalnych wyrębów i podejmują spóźnione kroki zmierzające do zatrzymania jego napływu na rynki lokalne. W zachodniej Afryce trwa przestępczy wyrąb drzew palisandrowych, napędzany wysokim popytem w Chinach. Jeszcze gorzej jest w całym regionie Azji i Pacyfiku, gdzie nadmierna eksploatacja lasów rodzimych, obejmująca obszar od Syberii po Wyspy Salomona, karmi chińskich klientów.

Żadne państwo nigdy nie zmieniło planety na równie dużą skalę, w tak krótkim terminie i z taką determinacją. Trudno jest znaleźć zakątek rozwijającego się świata, w którym Chiny nie odpowiadają za dramatyczne przeobrażenie miejscowego środowiska. Według przeprowadzonej przez Bank Światowy analizy chińscy inwestorzy zagraniczni i przedsiębiorstwa biorą na cel biedniejsze kraje, ponieważ nie obowiązują w nich restrykcyjne przepisy ochrony przyrody, dzięki czemu mogą one pełnić funkcję „rajów dla zanieczyszczeń”.

Chińskie ministerstwa opublikowały w bieżącym dziesięcioleciu serię „zielonych dokumentów” opisujących wzniosłe wytyczne środowiskowe i społeczne dla korporacji narodowych. Rząd przyznaje, że z ich wdrażaniem jest kiepsko, ale nie dostrzega w tym własnej winy. Zamiast tego podkreśla, iż firmy posiadają dużą autonomię, zatem odpowiedzialność za stan rzeczy spoczywa na krajach, które nie kontrolują ich z należytą skrupulatnością. Rażące wykroczenia środowiskowe są tolerowane, ponieważ chińskie koncerny działające za granicą są szalenie dochodowe.

Krajowa sytuacja ekologiczna jest nie mniej krytyczna. Stopień zatrucia powietrza, wody i gleby w aglomeracjach takich jak Pekin, Szanghaj czy Xingtai należy do najgorszych na planecie. Rozległe tereny wschodnich i centralnych Chin stały się terytoriami tak toksycznymi, że panujące warunki zagrażają wszystkim żywym organizmom. Chińscy przywódcy i naukowcy przyznają, iż tamtejsza różnorodność biologiczna doznała wielkich strat.

W ostatnim czasie nastąpiła zmiana lidera w światowej klasyfikacji krajów wprowadzających do atmosfery rekordowe ilości węgla: Chiny wyprzedziły Stany Zjednoczone [z wyjątkiem Pentagonu; przyp. tłum.] i aktualnie wytwarzają dwa razy więcej gazów cieplarnianych niż USA. Przodują też w emisjach niebezpiecznych zanieczyszczeń powietrza takich jak dwutlenek siarki i tlenek azotu. Prawdą jest, że Chiny inwestują w nowe technologie wiatrowe i słoneczne, ale nieporównanie więcej funduszy przeznaczają na pozyskiwanie ropy i węgla, generowanie energii wodnej i jądrowej.

Fragment artykułu z International Viewpoint.

Niereformowalny system gospodarczy

Chińskie miasto-widmo.

Richard Smith, historyk ekonomiczny, napisał: „Polityczno-gospodarczy system Chin charakteryzują czynniki wzrostu – potrzeba maksymalizacji wzrostu gospodarczego, wykraczającego poza jakąkolwiek racjonalność rynkową, a także potrzeba maksymalizacji zatrudnienia i konsumpcjonizmu – które są bardziej potężne i samobójcze ekologicznie niż ‚normalny’ kapitalizm w wydaniu zachodnim. Czynniki te są odpowiedzialne za irracjonalny ‚ślepy wzrost’, ‚ślepą produkcję’ i niekontrolowane zanieczyszczenie. I chociaż przewodniczący Xi opisał je jako ‚bezsensowny rozwój kosztem środowiska’, to nie jest on w stanie ich zmienić”.

Dynamika kapitalistyczna jest już silnie zakorzeniona w chińskiej gospodarce i przybiera na intensywności z każdym rokiem. Kierownictwo partii komunistycznej zmieniło rolę rynku z „podstawowej” na „decydującą” w trakcie kluczowego plenum Komitetu Centralnego w 2013 r. Ciągłość obranego kursu została ustalona na kongresie partii w październiku 2017 r., na którym ponownie zaakcentowano „rozstrzygającą rolę” rynku.

Chiny pożerają najwięcej surowców przemysłowych na świecie, co jest funkcją obłąkańczego tempa inwestycji kraju. Marnotrawstwo obejmuje też artykuły konsumpcyjne. Planowane ograniczenie trwałości produktów wymknęło się spod kontroli, produkcji nie determinuje rozsądne zapotrzebowanie: wznoszona jest bezużyteczna infrastruktura, która przybiera postać „miast-widm”; budynki są wyburzane po kilku dekadach; duże urządzenia (lodówki, pralki etc.) psują się i rozpadają po upływie paru sezonów.

Reformy rynkowe zachęcają do zbędnych inwestycji, które będą kontynuowane w zawrotnym tempie. Do 2030 r. Chiny mają zamiar oddać do użytku powierzchnię mieszkalną dla 3,4 miliarda ludzi. Dziennik Shanghaist podał, że „samorządy lokalne planują 3 500 nowych obszarów miejskich”, i uznał tę strategię za „lekką przesadę”. Pojedynczy projekt o nazwie „Nowy Obszar Xionganu” po ukończeniu będzie trzy razy większy od Nowego Jorku.

Taki system nie uczyni swoim priorytetem ochrony przyrody. Chińska gospodarka sweatshopowa opiera się na montowaniu / składaniu produktów z części tworzonych gdzie indziej – komponenty są nadsyłane z całego świata, a produkt końcowy jest eksportowany. Transport warunkujący funkcjonowanie globalnych łańcuchów produkcyjnych / dostawczych generuje zanieczyszczenia i potęguje globalne ocieplenie. Wszystkie bodźce rynkowe skłaniają Chiny do zwiększania udziału w zaburzaniu klimatu, dlatego Pekin nie przyczyni się do odwrócenia trendów prowadzących ku nieuchronnemu upadkowi ekosystemów planety.

Oczywiście winni są nie tylko Chińczycy. Zachodnie korporacje międzynarodowe z entuzjazmem przeniosły swoje fabryki do Azji, z kolei zachodni kapitał ułatwił realizację zatrzęsienia chińskich projektów. Bank Światowy udzielił pożyczek na Zaporę Trzech Przełomów, która przesiedliła 1,3 miliona ludzi. Budowę wsparły również fundusze z Kanady, Francji, Niemiec, Szwajcarii, Szwecji i Brazylii.

Wynik badania opublikowanego 14 maja 2018 w Nature.

Przenoszenie emisji CO2

Chiny – podobnie jak wcześniej Europa i Ameryka Północna – przenoszą swoje emisje dwutlenku węgla. Kraj w coraz większym zakresie żywi i ubiera swoją coraz liczniejszą klasę średnią produktami importowanymi z Bangladeszu, Wietnamu i innych państw, których gospodarki zasilane są paliwami kopalnymi. Stabilizacja poziomu lokalnej produkcji CO2 może zostać osiągnięta jedynie kosztem innych narodów – ich emisje odnotują znaczny wzrost, co będzie konsekwencją zaspokojenia apetytów 1,4 miliarda chińskich konsumentów. Na przykład Bangladesz musiałby zwiększyć swoje emisje nawet trzykrotnie w latach 2015-2030.

W 2013-2015 r. w Chinach nastąpił spadek udziału węgla w generowaniu prądu, ale w tym samym okresie azjatyckie państwa rozwijające się odnotowały wzrost jego spalania o 10%. Ilość CO2 uwolnionego przez Bangladesz i Wietnam podczas produkcji tekstyliów i ubrań importowanych przez Chiny zwiększyła się odpowiednio o 175% i 236% w ciągu zaledwie siedmiu lat. Koncentracje dwutlenku węgla zawarte w artykułach wytwarzanych i eksportowanych przez Chiny zmniejszyły się w tym czasie jedynie o około 30%. Analiza wykazała, iż przenoszenie emisji nie ma związku z polityką klimatyczną. Chińskie gałęzie przemysłu po prostu redukują w ten sposób wydatki związane z wynagradzaniem siły roboczej, nieruchomościami lub przestrzeganiem przepisów dotyczących ochrony środowiska.

Opracował: exignorant

Opublikowano Gospodarka, finanse, surowce i energia, Upadek biosfery