Największe wyzwanie

Autorem poniższego eseju jest Roy Scranton, amerykański pisarz i poeta. W 2002 r. zaciągnął się do Armii USA. Przez czternaście miesięcy służył w Iraku. O swoim wojennym doświadczeniu napisał: „Byłem czynnikiem historycznym w ogromnym, nikczemnym przedsięwzięciu, którym była okupacja Iraku. Sprzedałem się za dumę, z jaką wypełniałem swoje żołnierskie obowiązki, i za krwawe pieniądze, które opłaciły moje czesne”. Jego najnowsza książka nosi tytuł „Jesteśmy skazani na zagładę. Co teraz?” (We’re Doomed. Now What?, 2018).

Kiedy przekraczałem granice Iraku tuż po inwazji w 2003 r., miałem wrażenie, że wjeżdżam w przyszłość. Nasz konwój był w ruchu przez cały dzień i noc. Mijaliśmy punkty kontrolne armii i dymiące szkielety wozów pancernych. W stalowym błękicie świtu z pustyni wynurzył się Bagdad niczym wizja piekła: płomienie lizały niebo sine szczytami rafineryjnych wież – cyklopowych monumentów, które pęczniały oparte o horyzont – a zrujnowane wiadukty opadały na zdruzgotane przedmieścia, zbombardowane fabryki i wąskie starożytne ulice.

Bomby spadały na Bagdad w blasku dnia i w mroku nocy. Oglądałeś to w telewizji, słuchałeś tego w radiu, obserwowałeś to z dachu i poziomu ulicy: żołnierze i cywile ze spalonymi kończynami, połamani przez bryły żelbetu, ich wnętrzności wylewające się na chodnik; rozerwane ściany budynków mieszkalnych i koszarów. Baasiści i islamiści, komuniści i demokraci, sklepikarze, krawcy, robotnicy, pielęgniarki, nauczyciele – wszyscy szukający schronienia w ciemnych norach, w których czekała na nich śmierć. Wielu z nich umarło – niektórzy powoli, wskutek chorób i infekcji, inni szybko, w rozbłyskach światła, w plątaninie stali i chmurach pyłu, zmiażdżeni przez największą armię świata. „Szokując i trwożąc” rozpętaliśmy koniec świata w mieście liczącym sześć milionów ludzi. Infrastruktura przestała funkcjonować: chaos i samowola zawładnęły dostawami wody i energii, ruchem ulicznym, handlem i bezpieczeństwem. Świecka klasa średnia metropolii ginęła w uścisku gangsterów, spekulantów, fundamentalistów i żołdaków. Rząd upadał, mury rosły, wytyczano plemienne granice i ustalano brutalne hierarchie.

Byłem szeregowcem. Ten obcy, kruchy świat miał być moim nowym domem. Nie wiedziałem, jak długo w nim przetrwam. Dwa i pół roku później, po bezpiecznym powrocie do Fort Sill w Oklahomie, myślałem, że mi się udało. Potem zobaczyłem, jak huragan Katrina uderzył w Nowy Orlean. Tym razem to pogoda wywołała „szok i trwogę”, ale obserwowałem pandemonium znane mi z Bagdadu. Po wylądowaniu 82 Brygada Powietrznodesantowa przejęła strategiczne punkty i patrolowała ulice, gdzie obowiązywał de facto stan wojenny. Moja jednostka była gotowa do interwencji na wypadek zamieszek. Ponura przyszłość, której doświadczyłem w stolicy Iraku, dopadła mnie w rodzinnych stronach. Przyczyną nie był terroryzm i broń masowego rażenia. Paraliż i rozpad cywilizacji spowodowała zniszczona infrastruktura. System nie zdołał wytrzymać takiego wstrząsu.

Ta przyszłość już nadeszła. Nie unikniemy załamania sieci rolniczych, żeglugowych i energetycznych [od których zależy globalna gospodarka], wymierania [które ogarnęło biosferę] i naszego gatunkowego wyginięcia. Żyjemy w nowej epoce nazywanej antropocenem, ponieważ Homo sapiens stał się siłą geologiczną i gwałtownie zmienił kondycję Ziemi. Największe wyzwanie, jakie niesie to wydarzenie, identyfikują te oto pytania: Co znaczy „być człowiekiem”? Co znaczy „żyć”? Jakie znaczenie ma moje życie w obliczu śmierci? Jakie znaczenie ma pojedyncze życie w świetle agonii cywilizacji globalnej i całego gatunku? Jak mogę dokonać sensownych wyborów w cieniu niechybnego końca? Próżno by szukać logicznych czy empirycznych odpowiedzi. Są to dylematy filozoficzne par excellence. Wielu myślicieli, w tym Cyceron, Montaigne, Karl Jaspers i Simon Critchley, argumentowało, iż studiowanie filozofii jest w istocie uczeniem się sztuki umierania. Jeżeli to prawda, to wkroczyliśmy w najbardziej filozoficzną erę w dziejach. Musimy nauczyć się, jak umierać nie jako jednostki, lecz jako cywilizacja.

Huragan Maria z 2017 r. zabił w Puerto Rico tysiące ludzi (fot. Karl Vick)

Uczenie się umierania nie jest rzeczą prostą. W Iraku sama idea budziła we mnie przerażenie. Bagdad postrzegałem jako miejsce szalenie niebezpieczne, chociaż statystyka zapewniała o moim bezpieczeństwie. Snajperzy brali nas na cel, byliśmy ostrzeliwani pociskami moździerzowymi, autostrady faszerowano improwizowanymi ładunkami wybuchowymi. Jednak moje ciało osłaniał trudny do spenetrowania pancerz, naszym oddziałem opiekował się świetny medyk, a wszyscy należeliśmy do najpotężniejszej armii w historii świata. Prawdopodobieństwo, że wrócę do swoich bliskich było duże. Być może odniosę rany, ale przeżyję. Mimo tej świadomości moje codzienne przejazdy pośród zgliszcz zmaltretowanego miasta były spojrzeniem w ciemne pustkowie przyszłości. Dla żołnierza śmierć jest przyszłością, którą przydziela mu jego zawód, napisała Simone Weil w swoim niezwykłym studium wojny pt. „Iliada, czyli poemat o sile”. Jednakże natura opiera się koncepcji śmierci jako przyszłości. Gdy doświadczenie wojny uwidoczni możliwość utraty życia, którą niesie ze sobą każda chwila, nasze myśli nie mogą podróżować przez kolejne dni nie napotykając oblicza śmierci. To oblicze odbijało się w moim lustrze, a jego spojrzenie niemal mnie sparaliżowało.

Pomogły mi słowa zalecenia zaczerpniętego z „Hagakure”, podręcznika samuraja z XVIII w. pióra Yamamoto Tsunetomo: Medytacji nad nieuchronną śmiercią winniśmy oddawać się codziennie. Zamiast obawiać się swojego końca, uznałem go i oswoiłem. Każdego ranka wyobrażam sobie, iż zostałem wysadzony w powietrze przez przydrożną minę, zastrzelony przez snajpera, strawiony przez ogień, przejechany przez czołg, rozszarpany przez psy, schwytany i ścięty, zabity przez dyzenterię. Zanim opuściłem bazę, powtarzałem sobie, że nie muszę się martwić, bo jestem trupem. Praktykując odpowiednie nastawienie za dnia i w nocy, możesz uzyskać wolność – żyj tak, jakby twoje ciało było już martwe, radził Tsunetomo. Przez służbę w Iraku przebrnąłem medytując o kresie swojej egzystencji. Kiedy opuściłem Irak i wróciłem do Stanów, zdawało mi się, że zostawiłem tę przyszłość za sobą. Koszmarne pokłosie huraganów szybko wyprowadziło mnie z błędu. Teraz patrzę w naszą przyszłość w antropocenie i widzę zalany Manhattan, zamieszki żywnościowe i uchodźców klimatycznych. Widzę 82 Brygadę strzelającą do szabrowników. Widzę przerwane dostawy prądu, rozbite porty, wycieki z elektrowni jądrowych i pandemie. Widzę Bagdad. Widzę obcy, kruchy świat – nasz nowy dom.

Ludzka psyche w sposób naturalny buntuje się przeciwko wyobrażeniu własnego końca. Dawne cywilizacje podobnie maszerowały na oślep ku katastrofie, ponieważ człowiek wierzy, że jutro zawsze będzie przypominać dzisiaj. Myślenie o prowadzonym stylu życia, chwili obecnej czy panującym porządku rzeczy jako niestabilnym i ulotnym uchodzi za coś nienaturalnego. Nasze dzisiejsze działania globalne świadczą o powszechnym przekonaniu, iż możemy powielać dotychczasowe wzory postępowania w nieskończoność: spalać ropę naftową, zatruwać morza, trzebić gatunki, pompować do atmosfery węgiel, ignorować ostrzeżenia i mechanicznie wysyłać niekończące się tweety w naszym pulsującym, cyfrowym imaginarium. Rzeczywistość zmiany klimatu będzie coraz częściej zakłócać nasze fantazje o wiecznym wzroście, permanentnych innowacjach i niewyczerpanej energii, tak jak rzeczywistość śmiertelności zakłóca naszą pospolitą wiarę w trwanie bez końca.

Największy problem związany ze zmianą klimatu nie dotyczy ewakuacji mieszkańców wybrzeży czy planowania wojny o wodę; nie da się go rozwiązać zakupem auta hybrydowego, wyłączaniem klimatyzacji lub podpisaniem międzynarodowego traktatu. Otóż jest nim zrozumienie, że cywilizacja już zgasła. Im rychlej skonfrontujemy się z tą perspektywą, tym wcześniej zdamy sobie sprawę, iż żadne z podejmowanych starań nas nie ocali. Tylko wtedy bezzwłocznie i ze śmiertelną pokorą zabierzemy się za ciężką pracę przystosowywania się do nowych realiów. Wybór jest czytelny. Możemy udawać, że jutro będzie kopią wczoraj, pomijać przygotowania na ciosy kolejnych kataklizmów i coraz bardziej rozpaczliwie inwestować w model egzystencji, który jest nie do utrzymania. Możemy też nauczyć się traktować każdy dzień jak śmierć wszystkiego, co go poprzedziło i tym samym uzyskać wolność, by bez lęku i przywiązania do rezultatu stawić czoła bolączkom zabójczej teraźniejszości.

Jeśli chcemy nauczyć się żyć w antropocenie, najpierw musimy nauczyć się w nim umrzeć.

Tłumaczenie: exignorant

Reklamy
Opublikowano Poza nadzieją

Nagła zmiana klimatu: Antarktyda topnieje trzy razy szybciej niż pięć lat temu

Autorzy analizy opublikowanej 13 czerwca 2018 r. w Nature alarmują, że Antarktyda topnieje trzy razy szybciej niż 5 lat temu. W latach 1992-2011 traciła średnio 84 miliardy ton lodu rocznie. Od 2012 r. zjawisko przyspieszyło do ponad 241 miliardów ton. Wysunięta najdalej na południe pokrywa lodowa kontynentu jest głównym wskaźnikiem zmiany klimatu. Na przestrzeni ćwierćwiecza zniknęły 3 biliony ton lodu – ta rozpuszczona ilość to odpowiednik akwenu o głębokości dwóch metrów i powierzchni 1 400 000 kilometrów kwadratowych.

Ustalenia są rezultatem kolejnej oceny, której co kilka lat dokonują naukowcy współpracujący z NASA i Europejską Agencją Kosmiczną. Ich misją jest sporządzenie wyczerpującego obrazu lądolodu Antarktydy i Grenlandii. Eksperci z zewnątrz uznali pracę za autorytatywną. W przeciwieństwie do poprzednich analiz, opartych na pomiarach pojedynczych, zespół przygląda się utracie lodu na 24 różne sposoby: korzysta z 10-15 satelitów, instrumentów naziemnych i powietrznych, jak również symulacji komputerowych.

Antarktyda Zachodnia topnieje od spodu.

W warunkach naturalnych lód Antarktydy nie ulega redukcji”, powiedział Andred Shepherd z Uniwersytetu Leeds w Anglii, główny autor badania. Dominującą przyczyną topnienia jest cieplejsza woda, która penetruje od dołu. Ocieplenie Oceanu Południowego wiąże się ze zmianą kierunku wiatrów, za co odpowiada ogrzana atmosfera. „Myślę, że powinniśmy być zaniepokojeni”, przyznała Isabella Velicogna z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Irvine, jeden z 88 współautorów raportu. „Wydarzenia toczą się szybciej, niż się spodziewaliśmy”. Polarne czapy lodowe zmniejszały się raptowniej w ciągu ostatnich 25 lat niż podczas minionych 10 000 lat. Ponad 70% zaobserwowanego topnienia miało miejsce na Antarktydzie Zachodniej, której część „znajduje się w stanie upadku”, stwierdził Ian Joughin z Uniwersytetu Waszyngtońskiego, członek ekipy badawczej.

Kevin Lister z Instytutu Klimatycznego w Waszyngtonie (Climate Institute), który przygotował dla ONZ sprawozdanie o warunkach panujących na biegunach, uważa, że zmiana klimatu „jest zasadniczo nieodwracalna, ponieważ istnieją mocne dowody na to, iż efekty ogrzewania wzmacniających się, dodatnich sprzężeń zwrotnych są większe od wzrostu koncentracji [atmosferycznego] CO2”. Dan Fagre, ekolog ze Służby Geologicznej USA (US Geological Survey – USGS) i dyrektor projektu Zmiana Klimatu w Ekosystemach Górskich (Climate Change in Mountain Ecosystems Project), zapytany o globalny wpływ ocieplenia na kriosferę, odpowiedział: „To coś niesamowitego. To nuklearna eksplozja przeobrażeń geologicznych. Tempo jest niewiarygodnie gwałtowne i przekracza zdolność do normalnej adaptacji. Docisnęliśmy gaz do dechy i zdjęliśmy ręce z kierownicy”. Twila Moon, badaczka z Narodowego Centrum Danych Śniegu i Lodu (National Snow and Ice Data Center), podsumowała: „Sytuacja jest tragiczna”.

Opracowanie: exignorant

Opublikowano Klimat

IPCC w krainie La La

Instytucje „systemu operacyjnego” cywilizacji przemysłowej zerwały kontakt z rzeczywistością. Dramatycznym tego przykładem jest raport Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (Intergovernmental Panel on Climate Change – IPCC) przygotowany przez 91 autorów i recenzentów z 40 krajów, opublikowany 8 października 2018 r. IPCC to organ ONZ, który dokonuje syntezy odkryć z zakresu klimatologii.

Kilka dni przed ogłoszeniem wyników Paul Beckwithbadacz systemu klimatycznego planety, ekspert od nagłych zmian klimatycznych (paleoklimatologia) i wykładowca na Uniwersytecie Ottawskim (klimatologia) – podzielił się taką oto refleksją: Nowy raport IPCC zaskoczy wiele osób opisem poważnej sytuacji, ale wzorem poprzednich edycji nie powie do końca, jaka jest rzeczywistość. Ludzie nie dowiedzą się z niego, co tak naprawdę się dzieje. Autorzy prześwietlają każdą linijkę tekstu, roztrząsają wydźwięk każdego słowa i sprzeczają się, jak mocnych sformułowań mogą użyć. Wyobraź sobie obrady komitetu, który o tym decyduje. Czy to nie absurdalne? Cały proces tworzenia dokumentu jest niedorzeczny i popsuty. Jaki sens ma publikowanie go co 5-7 lat? Potrzebujemy aktualizacji co miesiąc, by uzyskać faktyczny obraz tempa przeobrażeń i dać decydentom szansę na przygotowanie stosownej reakcji. Tymczasem prezentowane wnioski są spóźnione. Od lat apeluję o podjęcie działań naprawczych. Raporty powinny być opracowywane rokrocznie. Nie muszą mieć tysięcy stron. Wystarczy, że skoncentrują się na tym, co uległo zmianie od ostatniego wydania. Mogą przedstawiać chociażby wyniki badań, które dowodzą, że coś przebiega szybciej, niż oczekiwano. Opinia publiczna nie przywiązuje do sprawozdań IPCC większej wagi, ponieważ po ich upublicznieniu – i kilku prasowych artykułach – każdy wraca do rutyny i zbiorowego udawania, że mamy czas, wszystko jest w porządku etc. Jesteśmy świadkami nagłej zmiany klimatu. Powinniśmy ogłosić globalny stan wyjątkowy.

Oczywiście IPCC podał formułę remedium na łagodną, liniową zmianę klimatu: bezzwłoczne wyczarowanie nowego systemu energetycznego oraz przemysłu technologii wysysających dwutlenek węgla z atmosfery. O finansowanie tych inwestycji, bezprecedensowych w dziejach cywilizacji, zadba wzrost gospodarczy. Nawet gdyby miały one rację bytu, ich realizacja nie opuściłaby sfery fantazji.

Zielonej rewolucji energetycznej nie będzie. Mimo zwiększających się nakładów na energię „odnawialną”, na przestrzeni ostatnich 20 lat nie nastąpiła praktycznie żadna korekta proporcji koszyka paliwowego. Udział paliw niekopalnych był w 2017 r. nawet mniejszy niż dwie dekady lat temu. Wykorzystanie syntezy termojądrowej do powszechnego generowania energii sieciowej mogłoby nastąpić dopiero w XXII w.

Przy obecnym tempie, w jakim wdrażane są alternatywne źródła zasilania, transformacja systemu energetycznego zajęłaby prawie cztery stulecia.

Odpowiednia technologia i globalna infrastruktura, które pozwoliłyby uzyskać tzw. „emisje ujemne”, czyli usunąć dwutlenek węgla z atmosfery (CDR – Carbon Dioxide Removal) lub wychwycić go i poddać sekwestracji (CCS – Carbon Capture and Sequestration), nie istnieją i nie powstaną w krótkim terminie.

Techniki inżynierii klimatycznej nie uporałyby się nawet z liniową zmianą klimatu. Do takiej konkluzji doszła Amerykańska Narodowa Akademia Nauk (raport z 10 lutego 2015) i Europejska Interdyscyplinarna Ocena Inżynierii Klimatycznej (raport z 16 lipca 2015). Zastosowanie metod zarządzania promieniowaniem słonecznym (SRM – Solar Radiation Management), czyli odbicia promieniowania słonecznego z powrotem w kosmos, spowodowałoby globalną klęskę nieurodzaju: praca badawcza zamieszczona 8 sierpnia 2018 w Nature wykazała, iż SRM nie wyeliminuje zagrożenia, jakim dla rolnictwa i bezpieczeństwa żywnościowego jest ocieplenie ziemskiej atmosfery.

Nowy, oplatający Ziemię przemysł CDR+CCS+SRM musiałby być kilkakrotnie większy od obecnego przemysłu paliw kopalnych. Jego zbudowanie wymagałaby zużycia niebywałej ilości energii (niedostępnej ze względu na naciski deflacyjne i termodynamiczny upadek ropy naftowej), pochłonęłaby mnóstwo zasobów naturalnych – z wodą włącznie – i uwolniła niezliczone miliardy ton CO2.

Kompletne odłączenie PKB (tj. wzrostu gospodarczego) od eksploatacji surowców naturalnych i masowej destrukcji ekosystemów jest w skali globalnej niewykonalne – nawet w optymalnych warunkach. Tak brzmi jednoznaczny wyrok sformułowany na podstawie badań empirycznych przeprowadzonych m.in. przez ONZ.

Cywilizacja przemysłowa wiecznego wzrostu jest silnikiem cieplnym. Ten niezaprzeczalny fakt udowodniła analiza oparta na prawach termodynamiki. Emisje dwutlenku węgla będą przyspieszać, gdyż systemowe zużycie energii „jest dzisiaj wynikiem przeszłej produktywności gospodarczej społeczeństwa”. W 2017 r. wzrosły one o 2%. Wstępne dane pokazują, że kolejny rekord padnie w 2018 r.

Raport o stanie klimatu z 2014 r., bazujący na dociekaniach 413 uczonych z 58 krajów, stwierdził, iż ocieplenia oceanów nie da się zatrzymać, a jego skutki będą odczuwalne przez wiele stuleci. W badaniu opublikowanym rok później na łamach Nature Climate Change niemieccy eksperci dowiedli, że nawet oczyszczenie atmosfery z ogromnych ilości CO2 nie uratowałoby Wszechoceanu  pozostałyby on cieplejszy i bardziej zakwaszony przez tysiące lat. Ocieplenie mórz ostatecznie tworzy mechanizm zabijania, który nie ma sobie równych w historii Ziemi. Wielkie asteroidy, promieniowanie gamma, trzęsienia ziemi, tsunami, wulkanizm – żadne z tych zjawisk nie zdołało wyniszczyć planetarnego życia w stopniu, w jakim dokonywał tego wzrost temperatury wód oceanicznych.

IPCC przekazał opinii światowej, iż Ziemia ogrzała się od epoki przedprzemysłowej o 1°C, zaś cywilizacja globalna ma czas – mniej więcej 12 lat – oraz możliwości, by „ograniczyć rozmiary katastrofy klimatycznej”; zatrzymać dalszy wzrost średniej temperatury planety i zapobiec przekroczeniu pułapu groźnego (1,5°C) i katastrofalnego (2°C). Zapewnienia te są kłamliwe.

W swoim inauguracyjnym raporcie z 1990 r. IPCC za początek rewolucji industrialnej przyjął 1750 r. Pierwsze szacunki globalnego ocieplenia obejmowały okres od połowy XVIII w. do lat 80. XX w. W najnowszej ocenie pomiarowym punktem wyjścia uczyniono 1880 r. Dzięki temu „nieuczciwemu” zabiegowi naukowcy zespołu zapewniają społeczeństwa, że dotychczasowa eskalacja globalnego ocieplenia osiągnęła 1°C. Tak naprawdę średnia temperatura planety przekroczyła limit 1,5°C w lutym 2016 r.

Pułapem niebezpiecznym jest w istocie 1°C. Grupa Doradcza Narodów Zjednoczonych ds. Gazów Cieplarnianych ostrzegła w 1990 r., iż wzrost temperatury powyżej 1°C może wywołać szybkie, nieprzewidywalne i nieliniowe reakcje [tj. dodatnie sprzężenia zwrotne], które mogą prowadzić do rozległych uszkodzeń ekosystemu”. Punkty krytyczne zostały przekroczone: literatura badawcza zidentyfikowała do tej pory kilkadziesiąt aktywnych, wzmacniających się nawzajem dodatnich sprzężeń zwrotnych. Potęgują one ocieplenie, wytrącają cyrkulacje klimatyczne ze stanu równowagi. Gdy te symptomy stają się zauważalne, jest już za późno, by je cofnąć. Świadczą one o wykładniczej, nagłej zmianie klimatu. Koncepcja tego niszczycielskiego fenomenu – rozgrywającego się na przestrzeni lat lub dekad – jest dobrze znana z zapisów paleoklimatycznych. IPCC całkowicie ją zignorował. Dlaczego? Powodem jest to, że nie potrafimy modelować nagłych zmian klimatu. Może wydawać się wręcz niewyobrażalne, że te decydujące przeobrażenia zostały pominięte w polityce klimatycznej, ale właśnie tak działa kultura konsensusu naukowego”, wyjaśnia Bruce Melton.

W czerwcu 1989 r. Program Środowiskowy ONZ alarmował, że „rządy mają 10 lat na rozwiązanie problemu efektu cieplarnianego, zanim wymknie się ludzkiej kontroli”.

Badacze, którzy uwzględniają wpływ dodatnich sprzężeń zwrotnych i śledzą wydarzenia w Arktyce, za prawdopodobny uznają wzrost średniej temperatury planety o około 10°C w ciągu ośmiu lat. Oto składowe ich kalkulacji:

1. W lutym 2016 średnia temperatura Ziemi przekroczyła średnią z 1900 r. o 1,62°C.
2. Ustalono, że od 1750 r. do 1900 r. wartość średniej temperatury globalnej wzrosła o 0,3°C.
3. Dwutlenek węgla wyemitowany w okresie 2016-2026 może podwyższyć temperaturę globalną o co najmniej 0,5°C.
4. Zanik maskującego efektu aerozoli przemysłowych, będące konsekwencją załamania gospodarki, może dodać 2,5°C.
5. Zmiany albedo w Arktyce – m.in. spowodowane topnieniem lodu morskiego – mogą być odpowiedzialne za kolejne 1,6°C.
6. Emisje metanu z dna Oceanu Arktycznego mogą ogrzać atmosferę o 1,1°C.
7. Dodatnie sprzężenie zwrotne pary wodnej może dołożyć 2,1°C.
8. Pozostałe dodatnie sprzężenia zwrotne mogą podnieść poziom ocieplenia o 0,3°C.

Międzynarodowa Agencja Energetyczna (International Energy Agency) zapowiada skok temperatury o co najmniej 6°C przed 2050 r. Według doniesień z 27 października 2017 analitycy koncernu Shell i BP spodziewają się, że do połowy wieku Ziemia będzie cieplejsza nawet o 5°C. Dokumenty firmowe pozyskane podczas nagrodzonego Pulitzerem dochodzenia dziennikarskiego ujawniły, iż w latach 70. i 80. przemysł naftowy dysponował najlepszymi modelami klimatycznymi – przewyższały one symulacje opracowane przez społeczność naukową.

Co dla planety i jej mieszkańców oznacza gwałtowne – trwające lata lub dziesięciolecia – ocieplenie o 4°C?

Clive Hamilton, autor książki „Requiem dla gatunku: Dlaczego opieramy się prawdzie o zmianie klimatu”, wspomina: Nikt nie chciał myśleć, koncentrować uwagi na konsekwencjach świata cieplejszego o 4°C. Było to zbyt przerażające. I nikt o tym nie mówił. Po pewnym czasie kilkoro naukowców powiedziało: ‚Zorganizujmy konferencję i porozmawiamy na ten temat’. Spotkanie odbyło się w Oksfordzie i wziąłem w nim udział. Podczas dyskusji panowało coś w rodzaju tłumionego emocjonalnego napięcia. Wyjątkiem były przerwy na kawę. Skorzystałem więc z okazji, by dopaść kilkoro uczestników i zapytać: ‚Wiecie, że spekulujemy, ale co tak naprawdę sądzicie o tej sytuacji?’ Jeden z nich po prostu na mnie spojrzał i odparł: ‚Mamy przej…ne’”.

Jeżeli szczery rozmówca jest biologiem ewolucyjnym, badającym zależności między klimatem i przetrwaniem gatunków, to w swoim krótkim stwierdzeniu zawarł następujące przesłanie: Większość złożonego życia planety wyginie, w tym Homo sapiens. Wszyscy jesteśmy w hospicjum.

Wpis powiązany tematycznie: Krótka historia bezpiecznego limitu

Opracowanie: exignorant

Opublikowano Klimat

Nagła zmiana klimatu: Górna warstwa gleb arktycznych przestaje zamarzać

W opracowaniu wykorzystano fragment artykułu National Geographic z 12 września 2018 r.

Nikita Zimow, podobnie jak jego ojciec Siergiej, kieruje stacją badawczą, która śledzi zmianę klimatu na raptownie ocieplającym się Dalekim Wschodzie Rosji. Kiedy profesor prowadził ekologiczne zajęcia terenowe ze studentami na północy Syberii, natknął się na niepokojące oznaki, że skuta lodem ziemia rozmraża się o wiele wcześniej, niż powinna. Studenci pobrali próbki gleby w lasach modrzewiowych i na pokrytych mchem pagórkach znajdujących się 320 kilometrów na północ od kręgu polarnego.

W kwietniu Zimow powierzył asystentom wykonanie dodatkowych odwiertów celem potwierdzenia rezultatów wcześniejszej analizy. Podczas penetrowania podłoża okazało się, że faktycznie ma ono strukturę gęstego błota. Naukowiec był oszołomiony. Położona nad Kołymą miejscowość Czerskij, lokalizacja operacji badawczej, to jedno z najzimniejszych miejsc na planecie – nawet późną wiosną tamtejszy grunt podpowierzchniowy powinien być zamrożony.

Każdej zimy w wielu rejonach Arktyki górna, aktywna warstwa gleby lodowacieje. Pod nią zalega wieczna zmarzlina [permafrost, wieczna marzłoć] – część skorupy ziemskiej, która od wielu mileniów nie doświadczyła topnienia. Jednak obszar, na którym temperatury mogą spaść do -30°C, nawiedziły w tym sezonie wyjątkowo obfite opady śniegu. Jego warstwa podziałała jak koc, który zatrzymał nadmiar ciepła pod powierzchnią. Zespół Zimowa ustalił, iż odcinki o głębokości ponad 0,7 metra, które zazwyczaj zamarzają przed świętami Bożego Narodzenia, pozostały brejowate przez całą zimę. Po raz pierwszy grunt izolujący głęboką marzłoć arktyczną nie przeszedł w stan zamrożenia w porze zimowej.

Blisko 20 kilometrów w dół rzeki od miejsca, w którym pracownicy Zimowa rozpoczęli swoje wiercenia, Mathias Goeckede, naukowiec Wydziału Biogeochemii Instytutu Maxa Plancka, każdego lata spędza kilka tygodni na Syberii. Uczony dokonuje tam pomiarów wymiany węgla między ziemią a atmosferą. Dane, które zebrał, pokazują, że w ciągu ostatnich pięciu lat grubość śniegu wzrosła w przybliżeniu dwukrotnie. W tym samym okresie temperatury na głębokości ponad 30 centymetrów skoczyły o około 5°C.

Tysiące kilometrów dalej prof. Władimir Romanowskij z Uniwersytetu Alaski w Fairbanks, dyrektor globalnego programu obserwacji permafrostu, odnotował podobny trend. Nadzorowany przez eksperta monitoring obejmuje rozległe powierzchnie Ameryki Północnej – szczegółowe zapisy pochodzą sprzed ćwierćwiecza, a w niektórych przypadkach są nawet starsze. „Przed rokiem 2014 całkowite zamrożenie warstwy aktywnej następowało w połowie stycznia”, wyjaśnia ekspert. „Przez ostatnie cztery sezony jego termin przesunął się na koniec lutego, a nawet marca. Tempo ocieplenia jest niewiarygodne”.

Podczas tegorocznej zimy w Fairbanks spadło wyjątkowo dużo śniegu i po raz pierwszy w historii warstwa aktywna gleby w dwóch punktach obserwacyjnych w ogóle nie zamieniła się w lód. Konsekwencje tego procesu są natychmiastowe. Po rozmrożeniu drobnoustroje rozkładają materiał organiczny i emitują gazy cieplarniane. Teraz może to trwać przez cały rok – nie tylko w lecie. Poza tym wieczna marzłoć zostaje wystawiona na działanie większej ilości ciepła, dzięki czemu ona również zaczyna topnieć i uwalniać dwutlenek węgla i metan.

Syberia z lotu ptaka

Tegoroczna kondycja aktywnej warstwy gruntów obnaża ograniczenia globalnych modeli klimatycznych. Wyrafinowane programy komputerowe, które prognozują przyszłe scenariusze zmiany klimatu – wykorzystywane często przez decydentów rządowych – zwyczajnie nie mogą uchwycić poważnych przeobrażeń zachodzących w permafroście. „Modele nie radzą sobie z przemianami na skalę krajobrazową, które prowadzą do szybkiej transformacji (dotyczą one typów gleby, roślinności powierzchniowej, topniejącego śniegu i lodu, przepływu wody, czyli wszystkiego, co przyspiesza dezintegrację zmarzliny), powiedział David Lawrence, modelarz podziemnych zlodowaceń w Narodowym Centrum Badań Atmosferycznych w Boulder. „Kiedy symulujemy te zjawiska, istnieje wiele procesów, których modele po prostu nie obejmują. Tymczasem zwielokrotniają one transfer ciepła”, przyznał Daniel Fortier, profesor geografii z Uniwersytetu w Montrealu. „Wszystko dzieje się szybciej, niż się spodziewaliśmy”. Trwające już topnienie wiecznej marzłoci miało rozpocząć się dopiero za kilkadziesiąt lat.

Postscriptum

Wieczna zmarzlina pokrywa około 25% półkuli północnej. Wzrost średniej temperatury Ziemi o 2°C powyżej poziomu sprzed epoki przemysłowej wystarczy, by na przestrzeni dekad roztopić ją w 40% i uwolnić do atmosfery wiele miliardów ton węgla. „Marzłoć zawiera około 1 000 gigaton węgla (1,1 biliona ton), powiedziała Sarah Chadburn z Uniwersytetu w Exeter.

W badaniu opublikowanym 7 marca 2016 w Environmental Research Letters, ekspercka ocena sformułowana przez blisko 100 arktycznych naukowców wykazała, że nie pojawią się czynniki mogące zrównoważyć emisje gazów cieplarnianych z permafrostu. Nie istnieje żadne „lokalne” rozwiązanie problemu. „Nie zdołamy przechwycić węgla uwalnianego na powierzchni 10 milionów kilometrów kwadratowych, powiedziała Maria Belke-Bria, członkini francuskiego zespołu z Krajowego Centrum Badań Naukowych, który pracuje na Archipelagu Arktycznym. 

Laboratorium Napędu Odrzutowego NASA poinformowało 21 czerwca 2016 r., że rosnące emisje gazów cieplarnianych w Arktyce mogą pozostać niewykrytymi. Naukowcy nie monitorują zmian koncentracji dwutlenku węgla podczas długich miesięcy zimowych na znacznym obszarze kontynentu.

Rosyjskie ministerstwo ostrzega przed nadchodzącą środowiskową apokalipsą wywołaną przez zmianę klimatu [Moscow Times, 6.09.2018]

Rosyjskie Ministerstwo Zasobów Naturalnych i Środowiska opublikowało 3 września 2018 r. raport, w którym maluje apokaliptyczną przyszłość kraju ze względu na zmianę klimatu. Autorzy ostrzegają przed epidemiami, śmiertelnymi upałami, suszami, pożarami, powodziami, zaburzeniami dostaw energii i wody, wypadkami spowodowanymi przez zniszczoną infrastrukturę. Jeszcze dwa lata temu doradcy klimatyczni Kremla zapewniali, że kraj skorzysta ekonomicznie na łagodnym, liniowym wzroście temperatur – np. otwarte przez cały rok wody Arktyki umożliwiają swobodną żeglugę i tym samym pomnożenie wymiany handlowej. Przyspieszające tempo zmiany klimatu kazało zrewidować wstępne prognozy.

Liczący 900 stron dokument ujawnia, że w latach 2016-2017 liczba zgonów spowodowanych katastrofami ekologicznymi zwiększyła się w Rosji 11-krotnie, temperatury rosną dwa razy szybciej od średniej światowej, koncentracje dwutlenku węgla, metanu i podtlenku azotu osiągnęły w 2017 r. rekordowy poziom (za ten bezprecedensowy od co najmniej 800 000 lat wynik odpowiada wzrost gospodarki i populacji), pod względem emisji gazów cieplarnianych Rosja plasuje się na czwartym miejscu, tuż za Chinami, Stanami Zjednoczonymi i Indiami. Badacze rosyjscy mają 95% pewność, że to działalność człowieka odpowiada za globalne ocieplenie obserwowane od połowy XX wieku.

Więcej o wiecznej zmarzlinie we wpisach: Ocieplenie ziemskiej atmosfery przyspiesza, Dodatnie sprzężenia zwrotne klimatu uruchomione przez silnik cieplny cywilizacji przemysłowej

Opracowanie: exignorant

Opublikowano Klimat

Tyrania nadziei

Trzecia część rozmowy ze Stephenen Jenkinsonem, nauczycielem, pisarzem, aktywistą duchowym, rzeźbiarzem, muzykiem i rolnikiem.

Nadzieja zatrudnia wyrafinowaną firmę PR. W ponurym momencie, w którym przyszło nam żyć, nadzieję się mnoży. Jesteś zobligowany do tego, by być pełnym nadziei. Uchodzi to za warunek podjęcia jakichkolwiek działań. Przyjrzyjmy się zatem, co tak naprawdę robi z nami kultywowanie nadziei. Nie mam na myśli jej treści, tylko skutki praktykowania nadziei ogólnej, jakiej jesteśmy podporządkowani w stopniu niemal nieuleczalnym.

Posłużę się analogią ekonomiczną. Istnieje pojęcie hipoteki. W języku angielskim określa je słowo mortgage. Jego pierwszy człon oznacza śmierć, zaś drugi porcjowanie lub gradient czegoś. A więc hipoteka to najwyraźniej śmierć w planie ratalnym. Zasadniczym następstwem hipotecznej pułapki jest obowiązek rezygnacji z części dzisiejszych wydatków, ponieważ musisz spłacać swoje zobowiązanie. Gdy twoje wyrzeczenia potrwają dostatecznie długo, wejdziesz w posiadanie nieruchomości. Innymi słowy, obciążenie hipoteką z zasady nastawia wrogo wobec egzystowania teraz. Nawet chwila obecna jest obciążona hipoteką przez wzgląd na jakąś możliwą przyszłość – zagwarantowaną w wymiarze ekonomicznym. Wystarczy przenieść to rozumienie kredytu hipotecznego na pole nadziei, by zdać sobie sprawę, że nadzieja funkcjonuje tak samo.

Szukałem najlepszego sposobu na to, by mogli to odczuć uczestnicy moich zajęć. Pytałem ich: Czy siedzicie teraz pełni nadziei, że siedzicie? Rysująca się na twarzach konsternacja świadczyła o tym, że moje zapytanie uznano za bezsensowne. Na pewnym poziomie taka konkluzja jest słuszna. Ten rodzaj nonsensu stanowi obowiązkowe uświadomienie. Z definicji nadzieja „rozgrywa się” w teraźniejszości, ale tak naprawdę każe z niej zrezygnować na rzecz czegoś, co zawsze znajduje się w przyszłości.

Przez wiele lat pracowałem z ludźmi umierającymi. Ich moralnym obowiązkiem było angażowanie się w projekt nadziei wespół z obłąkanymi kibicami – rodziną i przyjaciółmi. Wszyscy razem: przywołujmy dobre myśli o łąkach zielonych, bo kres egzystencji nie jest pewnikiem. Nadzieja pomaga ukrzyżować zakończenia – to one mają cierpieć i zostawić nas w spokoju. Każdy, kto sądzi, że przesadzam, za krótko nad tą kwestią dumał. Nie był też świadkiem tego, co bycie pełnym nadziei wyrządza ludziom, którzy i tak umrą. Ta straszliwa choroba nie przynosi niczego dobrego, a jej rezultatem jest spotęgowana samotność, bo wyrasta z założenia, iż nadzieja jest afirmacją życia. Kiedy zastanowisz się nad tym przez pięć sekund, uzmysłowisz sobie, że jedyną częścią życia, którą afirmuje nadzieja, jest potencjalne życie bez granic i końca. Czy ktoś mi łaskawie powie, gdzie ono jest? Na Zachodzie ssiemy ten cycek od dawna, czego konsekwencją jest marniejący świat.

Bankructwo nadziei staje się czynnikiem koniecznym, by rozpocząć praktykowanie żalu. Nikt nie jest skazany na to, by na przemian doświadczać wyłącznie pełni nadziei lub beznadziei. Wokół nas trwa handel dwoma wariantami tej samej przypadłości: pełnia nadziei i beznadzieja to różne wersje Coca-Coli na półce hipermarketu. Tym właśnie są i niczego nie zmieniają, bez względu na to, na którą z nich cierpimy. Czym innym jest bycie wolnym od nadziei. Dotknęła cię nadzieja i eksperymentowałeś z beznadzieją. Coś się zdarzyło i straciłeś obie, nie praktykujesz żadnej z nich. Gdy nadzieja i beznadzieja zostaną wyczerpane, będzie mogła pojawić się zdolność do bycia wolnym od nadziei. Nie mówię tu o jakimś wyższym statusie. Po prostu nadzieja nie będzie już potrzebna, by żyć dalej.

W obliczu tego, co nadchodzi – tego, co już się zaczyna – przebudzeni dorośli muszą być w stanie trwać bez nadziei i domagania się gwarancji, że dzięki podejmowanym staraniom wszystko się jakoś ułoży. Jeżeli takiej zdolności nie posiadasz, to znaczy, że wciąż jesteś siedmiolatkiem spodziewającym się nagrody za dobre zachowanie.

Nie mam pojęcia, jaki będzie finał, lecz zamierzam trwać. Niektórzy uznają taką postawę za definicję odwagi. Myślę, że zasługuje ona na bardziej udręczoną charakterystykę.

Samuel Beckett, wielki irlandzki pisarz, nawiązuje do tej kwestii w tytule jednej ze swoich książek: „Nie mogę ciągnąć dalej, będę ciągnął dalej”. Interpretując te słowa pobieżnie odczytamy je tak: nie mogę ciągnąć dalej; pociągnę dalej. Znów mamy do czynienia z pełnią nadziei i beznadzieją. Ale autor mówi coś innego: nie mogę ciągnąć dalej; będę ciągnął dalej. Zastąpię tytuł sformułowaniem i narażę znakomitą literaturę na zdeprecjonowanie: Choć nie jestem do tego zdolny, w burzliwych czasach mam obowiązek ciągnąć dalej. Jeśli zaaprobujesz ten stan rzeczy, wówczas uprzytomnisz sobie, iż niezdolność, by ciągnąć dalej nie uczyni przyszłości bardziej przewidywalną niż ewentualna zdolność. Żadne z nich nie wyklucza tego, co jeszcze może się zdarzyć. Jednak skala trudności, z jakimi się konfrontujesz, oznacza, że niezdolność, by ciągnąć dalej i rezygnacja na własne ryzyko stają się czymś realnym. I nie są one niepowodzeniem, w sensie moralnym lub innym, czy też upadkiem. Są one czymś prawdziwym.

Trzeba odwagi, by wiedzieć, że nadszedł moment, w którym nie możesz ciągnąć dalej. Beckett przypomina, że w naszym życiu przychodzi czas, kiedy ciągniemy dalej, mimo że nie jesteśmy do tego zdolni. Nie musimy wybierać między tymi dwiema rzeczywistościami – towarzyszą nam obie. Początek katastrofy, jaką teraz rozpoznajemy, domaga się zrobienia użytku z obu tych umiejętności. Nie musimy między nimi wybierać i udawać, że po kilkakrotnym obejrzeniu komedii „Choć goni nas czas” wiemy, jak przedostać się na drugą stronę bycia pokonanym. Po drugiej stronie nie ma niczego. Zostałeś pokonany – jesteś pokonanym. Tak długo i kompleksowo rujnowaliśmy to, co podtrzymywało naszą gatunkową egzystencję, że bycie pokonanym już się zaczęło. Sytuacja, która nie podlega negocjacjom. Zastępy polityków mogą zabiegać o twój głos twierdząc, iż znowu uczynią coś wielkim i wspaniałym. Nie ma powrotu do „znowu”. Dorośli o tym wiedzą. W tej wiedzy bezsprzecznie mieszka odwaga. Tyle tylko że pozbawiona jest obietnicy: Będę dyskretnie odważny i wszystko rozwinie się pomyślnie.

Stephen Jenkinson zrewolucjonizował pojmowanie śmierci w Kanadzie i Ameryce Północnej. Jako dyrektor programu badań w jednym z czołowych kanadyjskich szpitali oraz adiunkt na znanej kanadyjskiej uczelni medycznej, prowadził konsultacje na rzecz opieki paliatywnej i hospicjów. Przez wiele lat pracował z osobami umierającymi i ich rodzinami. Dzisiaj prowadzi Orphan Wisdom Schooldom nauczania i uczenia się głębokiego życia i tworzenia kultury zakorzenionej w historii, czerpiącej z mądrości przodków, ludów rdzennych. Stephen ukończył Uniwersytet Harvarda (teologia) i Uniwersytet w Toronto (praca społeczna).

Tłumaczenie: exignorant

Opublikowano Poza nadzieją

Globalna bańka zadłużenia pęka

Eksperci ostrzegają, że kolejny kryzys finansowy już się rozpoczął i będzie gorszy niż krach z 2008 roku”. Niepokój podziela Claudio Borio, główny ekonomista Banku Rozrachunków Międzynarodowych (BIS) – banku centralnego bankierów centralnych. O widmie „globalnej paniki finansowej” alarmuje też Międzynarodowy Fundusz Walutowy (IMF). 

Fragment artykułu Charlesa Hugh Smitha, analityka finansowego.

Uwagę mediów skupia giełda papierów wartościowych – doniesienia o jej wynikach przekazywane są codziennie. Większe znaczenie ma rynek obligacji. Najważniejsze są jednak warunki panujące na rynku walutowym.

Waluty krajów rozwijających się – m.in. Wenezueli, Turcji, Brazylii, Argentyny i Sudanu – znajdują się w stanie całkowitego upadku. Mamy do czynienia z wydarzeniem, które nie jest czymś normalnym.

Pożyczanie i drukowanie pieniędzy tworzy iluzję wypłacalności. Praktyka ta prowadzi nieuchronnie do kryzysu walutowego, ponieważ inwestorzy i handlowcy tracą zaufanie do danej waluty jako środka przechowywania wartości – znika wiara, że w przyszłym miesiącu jej siła nabywcza będzie taka sama lub większa niż dzisiaj.

Równoczesne spadki kursu tak wielu walut oznaczają, iż globalny system finansowy ulega szybkiej dezintegracji. Jest to objaw śmiertelnej choroby. Kondycja waluty świadczy o stanie zdrowia gospodarki – przekazuje informacje o bilansach handlowych, poziomach zadłużenia, stopach procentowych, polityce banku centralnego, polityce fiskalnej itd.

Globalny system finansowy jest wysoce zintegrowany, aczkolwiek fakt ten nie usprawiedliwia obserwowanego krachu. Zgodnie z przedstawianym powszechnie wyjaśnieniem słabość walut przypomina grypę: gdy złapie ją jedna z nich, wkrótce zarazi inne. Formułowanie podobnej diagnozy wprowadza w błąd. Tak naprawdę jesteśmy świadkami pęknięcia bezprecedensowej, pompowanej przez ostatnią dekadę, globalnej bańki zadłużenia i aktywów. W pierwszej kolejności ucierpią państwa z astronomicznymi długami. Rozprawią się z nimi albo spadki na giełdzie, albo załamanie notowań walut.

Są to jedynie symptomy choroby systemowej, którą wywołały działania „naprawcze” z minionych dziesięciu lat – ekspansja zadłużenia i spekulacyjne śrubowanie cen aktywów. Praktycznie nikt nie śmie przyznać, że to one uczyniły system finansowy świata jeszcze bardziej podatnym na upadek niż w 2008 r.

Cena ropy właśnie przekroczyła 80 dolarów za baryłkę. Pułap ten ma już destabilizujący wpływ na globalną gospodarkę. Dane z ostatnich 40 lat wyraźnie pokazują, że w czasie recesji szczytowa cena ropy to 60 dolarów za baryłkę, natomiast w okresie wzmożenia aktywności gospodarczej plasuje się poniżej 40 dolarów. Kolejne skoki cenowe, wywołane chociażby sytuacją na Bliskim Wschodzie, gwarantują recesję, która przyspieszy pęknięcie rekordowej bańki zadłużenia świata.

Tłumaczenie: exignorant

Opublikowano Gospodarka, finanse, surowce i energia

ONZ: „Zielony wzrost” jest nieosiągalny

Oczyszczony z eufemizmów fragment artykułu z magazynu Foreign Policy.

Globalny wzrost gospodarczy i towarzysząca mu konsumpcja niszczą biosferę Ziemi, czego konsekwencją jest trwające szóste wielkie wymieranie planetarne i nagła zmiana klimatu.

W odpowiedzi na dramatyczne doniesienia naukowców wielu strategów politycznych zaczęło promować ideę „zielonego wzrostu”. Ich zdaniem wystarczy inwestować w wydajniejsze technologie i odpowiednio motywować sferę biznesu, aby gospodarki krajowe mogły rosnąć dalej i jednocześnie zmniejszać swój niezrównoważony wpływ na świat przyrody. Z perspektywy technicznej celem jest osiągnięcie „oddzielenia” PKB (ang. decoupling) od całkowitego zużycia zasobów naturalnych Ziemi. Ta definicja ONZ sprawia wrażenie eleganckiego rozwiązania katastrofalnego problemu. Jednak nowe ustalenia badawcze dowodzą, iż nadzieje z nim wiązane są płonne: „zielony wzrost” nie będzie spodziewanym panaceum, ponieważ w rzeczywistości jest on niemożliwy.

Zielony wzrost” stał się modnym hasłem w 2012 r. na Konferencji Narodów Zjednoczonych w sprawie Zrównoważonego Rozwoju, która odbyła się w Rio de Janeiro. W okresie przygotowań poprzedzającym to wydarzenie Bank Światowy, Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju oraz Program Środowiskowy ONZ opracowały raporty promujące „zielony wzrost”. Dzisiaj stanowi on priorytetowe dążenie w ramach zrównoważonego rozwoju USA. Niestety, tę obietnicę oparto na myśleniu życzeniowym. Od czasu obrad w Rio trzy kompleksowe badania empiryczne sformułowały identyczną konkluzję: nawet w optymalnych warunkach kompletne odłączenie PKB od eksploatacji surowców naturalnych jest w skali globalnej po prostu niewykonalne.

Zespół pod kierownictwem Moniki Dittrich przedstawił pierwsze ustalenia już w 2012 r. Opracowany przez uczonych, wyrafinowany model komputerowy pokazał, co się stanie z wykorzystaniem zasobów, gdy wzrost gospodarczy zachowa obecną trajektorię i będzie przyspieszał w tempie około 2-3% rocznie. Stwierdzono, iż konsumpcja m.in. ryb, zwierząt gospodarskich, lasów, metali, minerałów i paliw kopalnych wzrosłaby z 70 miliardów ton rocznie w 2012 r. do 180 miliardów ton w 2050 r. Wartość zrównoważona to mniej więcej 50 miliardów ton (granicę tę cywilizacja przemysłowa przekroczyła w 2000 r.). Model posłużył do sprawdzienia kolejnego hipotetycznego scenariusza, zgodnie z którym każde państwo natychmiast wprowadza najlepsze praktyki efektywnego gospodarowania surowcami naturalnymi. Wynik uległ poprawie: ich zużycie wyniosłoby 93 miliardy ton w 2015 r. Wciąż byłaby to ilość znacznie przekraczająca aktualny apetyt cywilizacji.

W 2016 r. inni analitycy przetestowali jeszcze bardziej fantastyczne założenie: wszystkie kraje świata godzą się wykroczyć daleko poza zakres najlepszych praktyk. Autorzy ćwiczenia przyjęli, że specjalny podatek podniósłby globalną cenę (emitowanego) węgla z 50 do 236 dolarów za tonę, zaś innowacje technologiczne podwoiłyby wydajność w pożytkowaniu zasobów. Rezultat był porównywalny z ustaleniami Dittrich: 95 miliardów ton. O zupełnym oderwaniu PKB od nadmiernej eksploatacji przyrody nie ma więc mowy.

W ubiegłym roku głos w debacie zabrał Program Środowiskowy ONZ – niegdyś jeden z głównych entuzjastów teorii „zielonego wzrostu”. W swojej symulacji ustalił cenę węgla na poziomie 573 dolarów za tonę, dodał podatek od wydobycia i wyczarował błyskawiczne innowacje technologiczne, stymulowane agresywnym wsparciem ze strony rządów. Wynik? Pożeralibyśmy sezonowo 132 miliardy ton surowców przed 2050 r. To odkrycie jest bardziej druzgocące od wcześniejszych, ponieważ naukowcy uwzględnili „efekt odbicia”, wskutek którego poprawa wydajności obniża ceny na rynkach towarowych i powoduje wzrost popytu, tym samym eliminując niektóre korzyści.

Należy pamiętać, iż w każdej z trzech prac badawczych punktem wyjścia były nierealne przesłanki. Dzisiaj znajdujemy się daleko od narzucenia jakiegokolwiek globalnego podatku od emisji dwutlenku węgla (o kilkuset dolarach za tonę nie wspominając), zaś efektywność wykorzystywania zasobów naturalnych raptownie maleje.

Najbardziej energiczne wysiłki nie odseparują wzrostu gospodarczego od destrukcyjnej grabieży Ziemi, a wymieranie gatunków i zmiana klimatu będą postępować wykładniczo.

Wpis powiązany tematycznie: „Raport o stanie planety: Od 1970 roku skonsumowaliśmy ponad połowę ziemskiej różnorodności życia

Tłumaczenie: exignorant

Opublikowano Kluczowe badania, Upadek biosfery