Tymczasem na Bliskim Wschodzie

Porcja faktów i spekulacji byłego oficera wywiadu na temat geopolitycznej gry w „najgorętszym” regionie świata. W poniższym artykule próżno szukać nawiązań do takich błahostek, jak zmiana klimatu i szybkie zanikanie środowiska życia ludzi mieszkających na Bliskim Wschodzie (m.in. ONZ ostrzega, że przed rokiem 2025 stu milionom Egipcjan skończy się woda).

19 listopada 2017

Wojna w Syrii dobiega końca.

Krótkie podsumowanie tego, co wydarzyło się w Syrii i na Bliskim Wschodzie w ciągu ostatnich kilku lat.

Pierwotny plan strategów USA i Izraela polegał na obaleniu prezydenta Syrii Baszszara al-Assada i zastąpieniu go fanatykami Takfiri (występują pod różnymi nazwami: Daesh, al-Kaida, al-Nusra, ISIS). Jego zrealizowanie pozwoliłoby osiągnąć następujące cele:

 Zniszczyć silne, świeckie państwo arabskie wraz z jego strukturą polityczną, armią i służbami bezpieczeństwa.

 Spowodować chaos w Syrii, co usprawiedliwiłoby stworzenie przez Izrael „strefy bezpieczeństwa” na Wzgórzach Golan i dalej na północ.

 Wywołać wojnę domową w Libanie poprzez rzucenie fanatyków Takfiri przeciwko Hezbollahowi. Podczas rzezi możliwe byłoby wyznaczenie kolejnej „strefy bezpieczeństwa”, tym razem w Libanie.

Zapobiec powstaniu szyickiej osi Iran-Irak-Syria-Liban.

 Rozczłonkować Syrię wzdłuż linii etnicznych i religijnych.

 Utworzyć Kurdystan – kraj, który posłużyłby za narzędzie w dalszej konfrontacji z Turcją, Syrią, Irakiem i Iranem.

 Uczynić Izrael niekwestionowanym, najważniejszym pośrednikiem/mediatorem na Bliskim Wschodzie – Arabia Saudyjska, Katar, Oman, Kuwejt i inne państwa musiałyby konsultować z Tel Awiwem każdy projekt gazociągu lub rurociągu naftowego.

 Stopniowo odizolować Iran, podjąć próbę obalenia rządu; ostatecznie zaatakować kraj przy pomocy szerokiej regionalnej koalicji sił.

Wyeliminować centrum władzy szyickiej na Bliskim Wschodzie.

Plan był ambitny. Przywódcy Izraela byli przeświadczeni, że Waszyngton zapewni zasoby niezbędne do jego wdrożenia. Został on jednak zniweczony dzięki bardzo wysokiej skuteczności nieformalnego, potężnego sojuszu między Rosją, Iranem, Syrią i Hezbollahem.

Rząd Izraela jest w panice. Państwo syryjskie przetrwało, a jego siły zbrojne i bezpieczeństwa są teraz w znacznie lepszej kondycji niż przed rozpoczęciem wojny (na początku konfliktu były bliskie klęski, lecz po drodze dokonały korekt i usprawnień, zaś w krytycznym momencie z odsieczą przyszedł im Iran i Hezbollah, które dosłownie „łatały dziury” w linii frontu i „gasiły pożary” w lokalnych punktach zapalnych; teraz Syryjczycy wyzwalają po kolei wszystkie swoje miasta).

Nie dość że Syria zdołała się wzmocnić, to jeszcze teren całego kraju znaczony jest obecnością Irańczyków i członków Hezbollahu.

W Libanie panuje porządek i względny spokój – nawet podjęta ostatnio przez Saudyjczyków próba porwania premiera Sada al-Haririego nie przyniosła spodziewanych rezultatów.

Syria nie ulegnie dezintegracji, a Kurdystan nie zmaterializował się. Miliony wysiedlonych uchodźców wracają do swoich domów.

Izrael i USA są wielkimi przegranymi. Istnieje obawa, że w obliczu tej geopolitycznej katastrofy, w obliczu skutecznego oporu, przyjmą typową dla siebie postawę: jeśli nie możesz czegoś kontrolować, zniszcz to.

Pora na spekulację.

Saudyjczycy wraz z liderami innych państw Zatoki Perskiej wspominali w przeszłości o rozpętaniu piekła w Syrii i wiemy, że monarchia Saudów interweniowała i interweniuje w Bahrajnie i Jemenie. Jeśli chodzi o Izraelczyków, to lista ich dotychczasowych, całkowicie nielegalnych wypraw militarnych jest tak długa, że możemy bezpiecznie założyć, iż będą oni zamieszani w każdy plan dalszego destabilizowania regionu.

Głównym praktycznym problemem włodarzy Izraela i Arabii Saudujskiej jest to, że dysponują kiepskimi armiami. Czy są one kosztowne? Tak. Czy są zaawansowane technologicznie? Bezsprzecznie. Tym niemniej ich jedyną specjalnością jest masakrowanie bezbronnych cywilów. Zaangażowane w działania wojenne wymierzone w poważnych przeciwników, takich jak Irańczycy czy bojownicy Hezbollahu, nie mają szans. Proszę sobie wyobrazić, jak frustrująca musi być świadomość, że mimo lojalności i wsparcia Waszyngtonu, mimo miliardów dolarów zainwestowanych w wyposażenie i szkolenie żołnierzy, szyici są górą. I za każdym razem, gdy próbujesz „dać im nauczkę”, to właśnie ty wracasz do domu pobity i próbujesz wyciszyć echa swojej porażki. To bardzo bolesne. Szyici muszą więc za to zapłacić.

Po pierwsze celem nie będzie pokonanie Hezbollahu czy Iranu. Izraelczycy wiedzą, że ani oni, ani tym bardziej Saudyjczycy, nie są w stanie im zagrozić. Ich zamysł może być mniej subtelny: wywołać konflikt i wymusić uczestnictwo Stanów Zjednoczonych. Armia USA nie  wygra z Iranem. Jej dowódcy robią wszystko, by wyperswadować neokonserwatystom wojnę (tylko dlatego na razie do niej nie doszło). Z perspektywy Izraela jest to nie do przyjęcia, zatem rozwiązanie jest proste: zmusić Pentagon do udziału w wojnie, której tak naprawdę nie chce. Główną intencją amerykańsko-izraelskiego ataku byłoby „jedynie” wyrządzenie dotkliwych szkód.

Sprawa jest względnie nieskomplikowana: zainspiruj inwazję Arabii Saudyjskiej na Liban i/lub Iran, obserwuj, jak przegrywają, a potem wrzuć machinę propagandową na najwyższy bieg i wyjaśnij przeciętnemu widzowi, że Iran jest zagrożeniem dla regionu, a Saudyjczycy bronią się przed agresją. A jeśli to nie wystarczy, zmobilizuj amerykańskich kongresmenów, by wyjaśnili obywatelom swojego kraju, iż Stany Zjednoczone muszą „poprowadzić Wolny Świat” przeciwko „irańskiej agresji” w „obronie jedynej demokracji w Bliskim Wschodzie” – mają „obowiązek” powstrzymać Irańczyków przed „przejęciem saudyjskich pól naftowych” itd. W międzyczasie Izrael zaoferowałby Arabii dane wywiadowcze (czytaj: dane dotyczące potencjalnych celów).

Czy dojdzie do starcia?

Prawda jest taka, że władze w Izraelu i rezydenci Domu Saudów są przyparci do muru i zdesperowani. Nie udało się im w ostatnim dziesięcioleciu powstrzymać wzrostu znaczenia Iranu. Niedawna nieudana próba podporządkowania sobie maleńkiego Kataru świadczy o erozji wpływów i wiarygodności obu krajów.

Jestem przekonany, że ostatnie podróże premiera Binjamina Netanjahu i saudyjskiego króla do Moskwy są częścią wysiłków zmierzających do wysondowania rosyjskiej reakcji na „interwencję”. Przypuszczam, iż Władimir Putin dał obu panom jasno do zrozumienia, że Rosja nie pozostanie bierna. Oczywiście jej pole manewru jest mocno ograniczone. Dopóki rosyjscy żołnierze nie zostaną zaatakowani bezpośrednio, Rosja nie może włączyć się do wojny w jawny, formalny sposób – byłoby to zbyt niebezpieczne. Dowództwo podjęłoby inne ważne kroki. Rosjanie szybko przekazaliby informacje wywiadowcze i utworzyli zintegrowaną, irańsko-rosyjską sieć obrony powietrznej.

Nie mam wątpliwości, że przygotowania do uderzenia na Iran są w toku. Na szczęście nie jest kwestią przesądzoną, czy do niego dojdzie. Izraelczycy i Saudyjczycy mają w zwyczaju formułować groźby, przybierać złowrogie pozy, z których nic nie wynika. Pod tą buńczucznością kryje się zrozumienie, iż Iran jest potężnym i wyrafinowanym przeciwnikiem. Nikt nie zapomniał, co się stało, gdy Irańczycy stali się celem napaści wspieranej przez Stany Zjednoczone, Związek Radziecki, Francję, Wielką Brytanię i innych. Iran był wówczas dużo słabszy, ale długa i straszliwa wojna nie doprowadziła do jego kapitulacji. Wręcz przeciwnie. Saddam nie żyje, Irańczycy w mniejszym lub większym stopniu kontrolują Irak. Konflikt z Iranem nie jest dobrym pomysłem, zwłaszcza w sytuacji, gdy nie istnieje zdefiniowana wizja „zwycięstwa”. Atak byłby po prostu szaleństwem. Miejmy nadzieję, że Izraelczycy i Saudyjczycy nie są na tyle obłąkani, by go przeprowadzić.

Tłumaczenie: exignorant

Reklamy
Opublikowano Imperialne wojny, militaryzm i terror państwowy

Ostrzeżenia dla (głuchej) ludzkości

Artykuł z 27 marca 1989.

Jeżeli nie zostaną powstrzymane destrukcyjne praktyki industrialne, ludzkość nie przetrwa dłużej niż 40 lat, ostrzegł w Auckland jeden z czołowych brytyjskich ekspertów ds. środowiska naturalnego.

Autor i wykładowca Edward Goldsmith, który przemawiał na konferencji „Living Earth” (ang. „Żyjąca Ziemia”), skierował do uczestników następujące słowa: „W ciągu ostatnich 40 lat dokonaliśmy aktu większego zniszczenia niż podczas całej, wcześniejszej obecności człowieka na Ziemi. Polityka gospodarcza i przemysłowa spowodowała najstraszliwszą erozję gleby, deforestację oraz przeobrażenie warstwy ozonowej i klimatu. Nie przeżyjemy 5% lub 6% wzrostu temperatury, ani 20% redukcji warstwy ozonowej, tymczasem wszystko, co robimy, nieuchronnie zmierza w tym kierunku. Kontynuacja dzisiejszej polityki gospodarczej doprowadzi jedynie do unicestwienia rasy ludzkiej”.

Goldsmith apeluje, by ogłosić globalny stan wyjątkowy, zmniejszyć zużycie energii o 70-80%, zatrzymać projekty budowlane powodujące wylesianie, zaś ludzi młodych zaangażować do sadzenia drzew – naturalnych pochłaniaczy dwutlenku węgla.

Zdaniem [uczestniczących w spotkaniu] naukowców bez obudzenia nowego ducha współpracy i wspólnoty gatunkowi Homo sapiens grozi wymarcie. Jest wielce prawdopodobne, że Ziemia zreorganizuje swoje systemy, aby pozbyć się zanieczyszczeń, efektu cieplarnianego i czynników powodujących zubożenie warstwy ozonowej. Planeta przetrwałaby, ludzkość – niekoniecznie.

Według badaczy kluczem do naszego ocalenia może być teoria zwana hipotezą Gai. „Gaja” to klasyczne greckie słowo oznaczające Ziemię. Hipotezę tę opracował dr James Lovelock, który w ramach amerykańskiego programu kosmicznego szukał śladów życia na Marsie. Zasugerował on, iż Ziemia jest złożonym organizmem, z leżącą u jego podstaw relacją pomiędzy każdym gatunkiem i systemem. Rasa ludzka to składowa całości i planeta prawdopodobnie znajduje się już w fazie przejścia do innego stanu, w którym nie zdołamy uniknąć śmierci.

Dr Warwick Fox, pracownik naukowy centrum badań środowiskowych na Uniwersytecie Tasmanii, wyjaśnił, że cykle geologiczne, chemiczne i biologiczne Ziemi są nierozerwalnie ze sobą splecione i przedstawiciele świata nauki muszą postrzegać planetarny system jako pojedynczy organizm. W przekonaniu prof. John Morton ludzkość najwyraźniej poniesie klęskę: „Musimy zadać sobie pytanie, czy Gaja w końcu straci cierpliwość i zainicjuje swoją transformację, ażeby ocaleć, przy okazji czyniąc jeden ze swoich gatunków, ludzkość, zbędnym”. Naukowcy podkreślili, iż za każdym razem, kiedy funkcjonowanie globalnego organizmu zostało zaburzone, po pewnym czasie dochodziło do przekroczenia krytycznego progu i system przestawiał się na zupełnie inne tory.

Gatunek ludzki wprowadził w ubiegłym stuleciu tak wiele zakłóceń, że trudno jest precyzyjnie określić, kiedy Ziemia osiągnie swój krytyczny próg i przejdzie w odmienny stan. „To obosieczny miecz. Igramy z ogniem majstrując przy wysoce uporządkowanym systemie. Na przestrzeni minionego wieku nie traciliśmy czasu – majstrowaliśmy zapamiętale”, przypomniał dr Fox.

Praca specjalistów prowadzących badania biologiczne i mikrobiologiczne zaczyna generować dowody na trafność hipotezy Gai. Michael Crofoot, analityk symbiozy mikrobiologicznej, wytłumaczył, że praktycznie wszystkie rośliny lądowe mają symbiotyczną relację z grzybami trzymającymi się ich korzeni. Grzyby te dostarczają wodę i składniki odżywcze. Zakres tej pomocy oszołomił badaczy lasów. „Cztery lata temu starannie kontrolowane eksperymenty wykazały, iż wspólnoty roślin dzielą się azotem i innymi związkami poprzez grzyby mikoryzowe przyczepione do ich korzeni”, powiedział Crofoot. „Ktoś zwrócił uwagę, że w tym przypadku drzewo stanowiło przedłużenie grzybów. Oznacza to, że las jest w rzeczywistości jednym żywym organizmem. To najlepszy fizyczny dowód na prawdziwość hipotezy Gai. To niesamowita lekcja, którą mogliśmy opanować dopiero teraz, kiedy jesteśmy na łożu śmierci”.

W tym samym roku…

…w czerwcu, dr Noel Brown, dyrektor Programu Środowiskowego ONZ, alarmował: Rządy mają 10 lat na rozwiązanie problemu efektu cieplarnianego, zanim wymknie się ludzkiej kontroli”.

Trzy lata później…

18 listopada 1992, około 1 700 naukowców z całego świata oraz większość laureatów Nagrody Nobla w dziedzinie nauk ścisłych i przyrodniczych podpisało dokument zatytułowany „Ostrzeżenie naukowców dla ludzkości”: „Działania ludzi wyrządzają poważne i często nieodwracalne szkody środowisku i krytycznym zasobom. Wiele z naszych obecnych praktyk poważnie zagraża przyszłości, której pragniemy dla ludzkiego społeczeństwa oraz królestw roślin i zwierząt – mogą one zmienić żywy świat w takim stopniu, że nie będzie on zdolny utrzymać życia w sposób, jaki znamy. Fundamentalne zmiany są pilne, o ile chcemy uniknąć kolizji, jaką wywoła nasz obecny kurs.

Dwadzieścia pięć lat później…

13 listopada 2017, blisko 15 tys. naukowców ze 184 krajów podpisało kolejne wspólne ostrzeżenie dla ludzkości. Nawiązuje ono do przesłania z 1992, które sygnowało wówczas swoim podpisem 1 700 naukowców stowarzyszonych wokół Związku Zaniepokojonych Naukowców (Union of Concerned Scientists). Tekst nowego apelu został opublikowany na łamach BioScience. W liście otwartym skierowanym do ludzkości jego autorzy przestrzegają przed negatywnymi konsekwencjami działań ludzi, które mogą być zgubne dla nich samych. Jak zauważają, w ciągu 25 lat, jakie minęły od poprzedniego apelu, nie podjęto żadnych zdecydowanych działań zaradczych i sytuacja znacznie się pogorszyła.

Cztery lata temu…

…naukowcy z Uniwersytetu Hawajskiego dokonali niepokojącego odkrycia, którym podzielili się 9 października 2013 na łamach Nature: eskalacja intensywności i częstotliwości wskazuje na to, że antropogeniczna zmiana klimatu gwałtownie popycha system klimatyczny w stronę „nowej normalności”, która całkowicie odbiega od stanu, jaki panował przez minione 150 lat.

Opracował: exignorant

Opublikowano Kluczowe badania

Anegdota o optymizmie

Jim Stockdale

Podczas wojny w Wietnamie ponad sześciuset pojmanych amerykańskich pilotów zamknięto w obozach na terenie Hanoi i jego okolic. Po pewnym czasie Wietnamczycy z północy „wyeksmitowali” jedenastu najbardziej opornych wichrzycieli i liderów z niesławnej twierdzy Hanoi Hilton. Przeniesiono ich do straszliwego Alcatraz, gdzie dali się poznać jako „Gang z Alcatraz”.

W Stanach Zjednoczonych trzy żony więźniów zapoczątkowały ogólnokrajowy ruch, aby zwrócić uwagę opinii publicznej na sytuację jeńców. Batalia, jaką stoczyły te odważne kobiety z obojętnością rządowych polityków w Hanoi i Waszyngtonie, miała szczęśliwe zakończenie: mężczyźni powrócili bezpiecznie do domu w 1973 roku.

Jednym z nich był Jim Stockdale, pilot, jeniecki przywódca i późniejszy admirał marynarki wojennej. Jego maszynę zestrzelono 9 września 1965 roku. W niewoli poddawano go torturom fizycznym i mentalnym. Głodował przez dwa lata. Kiedy strażnicy zorientowali się, że woli umrzeć niż współpracować – pokaleczył sobie twarz, kiedy próbowano ją wykorzystać do celów propagandowych – przestali go dręczyć.

Jak znalazł odwagę, by wytrzymać tak długą gehennę?

Nie wątpiłem, że jakoś przetrwam, a samo doświadczenie okaże się najważniejszym w moim życiu”, odparł Stockdale.

Komu się nie udało?

Optymistom. To oni mówili, ‚Damy radę. Uwolnią nas przed Bożym Narodzeniem’. Boże Narodzenie przyszło i minęło. ‚Uwolnią nas przed Wielkanocą’. Wielkanoc nadeszła i minęła. Wykończyło ich złamane serce”.

To bardzo ważna lekcja”, kontynuuje weteran. „Nigdy nie wolno ci pomylić przekonania, że ostatecznie sobie poradzisz, z dyscypliną konfrontacji z najbardziej brutalnymi faktami rzeczywistości, bez względu na to, jakie one są.”

Opracował: exignorant

Opublikowano Poza nadzieją

Cywilizacji przemysłowej kończy się piasek

Mamy świadomość, że naturalne zasoby Ziemi nie są nieograniczone. O ile jednak wielu z nas zwraca uwagę, by nie marnować wody, o tyle niewielu wie, że podobnej troski wymaga… piasek. Jego nadmierna eksploatacja to poważne zagrożenie dla całego świata. → Czytaj dalej

Krótka prelekcja Denisa Delestraca, autora filmu dokumentalnego Sand Wars (Wojny o piasek), wygłoszona w Barcelonie 27 listopada 2013.

Recycling szkła receptą na ocalenie oceanów i lasów?

Fragment aktualizacji wpisu „Badanie: Fragmentacja wyrokiem śmierci dla lasów i ich mieszkańców”:

Bezprecedensowy program budowy dróg finansowany jest przez agresywne banki rozwoju, które nie są zainteresowane ochroną świata przyrody, ostrzegł jeden z największych autorytetów w dziedzinie ekologii. Na całym świecie ma powstać 25 milionów kilometrów nowych utwardzonych dróg; to wystarczy, aby okrążyć Ziemię 600 razy. Blisko 90 proc. tych nawierzchni pojawi się w krajach rozwijających się. […]

Cywilizacja przemysłowa już teraz zużywa w każdym sezonie 15 miliardów ton piasku.

Według ekonomicznych prognoz – nie uwzględniających upadku globalnej gospodarki wskutek niedoborów podstawowych surowców oraz ekologicznego/klimatycznego chaosu – do roku 2050 w miastach miałyby zamieszkać dodatkowo 2 miliardy ludzi. 75% niezbędnej do ich przyjęcia infrastruktury po prostu nie istnieje. Natomiast realizacja planowanych do 2050 projektów energii „odnawialnej” wymagałaby zużycia 30 miliardów ton piasku rocznie. Trwałość tych instalacji nie przekracza 25 lat, zatem w każdym sezonie do roku 2080 niezbędne byłoby wykorzystanie 50 miliardów ton tego budulca.

Opracowanie: exignorant

Opublikowano Gospodarka, finanse, surowce i energia

Niszczycielski mit: „Samolubny gen”

Fragmenty eseju Jeremy’ego Lenta.

W mojej książce The Patterning Instinct zgłębiłem mylne mniemania, które doprowadziły do naszego obecnego kryzysu cywilizacji, popularyzując dwa spośród najbardziej szkodliwych. Pierwsze stanowi idea, iż nad wszystkimi żywymi organizmami kontrolę sprawują samolubne geny, zaś ludzie są w związku z tym egoistami. Innym nieporozumieniem jest stanowisko, iż przyroda jest jedynie bardzo skomplikowaną maszyną. Niezliczeni naukowcy wykazali fundamentalny fałsz obu tych przekonań. Pomimo to są one powszechnie przyjmowane jako zasada wiary przez tę samą inteligencję, która odrzuca absurdy monoteizmu – i służą za usprawiedliwienie najbardziej destrukcyjnych działań naszej cywilizacji.

Samolubny gen” to lipna nauka i fatalna ekonomia

Od czasu opublikowania Samolubnego genu Richarda Dawkinsa w 1976 roku miliony ludzi rozumieją ewolucję jako wynik wzajemnej rywalizacji genów, które dążą zawzięcie do własnej replikacji. Bezlitosna konkurencja postrzegana jest jako siła oddzielająca ewolucyjnych zwycięzców od przegranych. Nawet altruizm interpretuje się jako wyrafinowaną formę sobkowskiego zachowania, której używają organizmy, by skuteczniej propagować swoje geny. „Starajmy się uczyć hojności i altruizmu”, sugeruje Dawkins, „ponieważ rodzimy się egoistami”.

Ta brutalna opowieść stała się podwaliną współczesnej ekonomii, która argumentuje, że istoty ludzkie są motywowane własnym interesem, a ich zbiorowe, wyrachowane poczynania przynoszą społeczeństwu najlepsze rezultaty. Doprowadziło to do ogólnie akceptowanej, pseudo-naukowej racjonalizacji kapitalistycznego leseferyzmu wykorzystującej sprzeniewierzone pojęcie „przetrwania najsilniejszych”, ażeby uzasadnić eksploatację ubogich przez bogate korporacje.

Jednak w ostatnich dziesięcioleciach błędność tej historyjki udowodniono na każdym poziomie narracji. Idea Dawkinsa o „samolubnym genie”, choć uchodząca za fakt w popularnej wyobraźni, została wyczerpująco zdyskredytowana jako uproszczone wyjaśnienie ewolucji. W jej miejsce biolodzy rozwinęli o wiele bardziej wyrafinowany pogląd na ewolucję jako serię złożonych, wzajemnie powiązanych systemów, w których gen, organizm, wspólnota, gatunek i środowisko oddziałują na siebie przez różne okresy czasu.

Współczesna biologia oferuje nowe spojrzenie na przyrodę – nie widzi w niej pola bitwy „samolubnych genów”, rywalizujących o prymat, lecz splot sieciowych systemów dynamicznie optymalizujących na rozmaitych poziomach ewolucyjnej selekcji. Zdrowie ekosystemów zależy od precyzyjnie zsynchronizowanej interakcji wielu odmiennych gatunków. Wykryto, że leśne drzewa komunikują się ze pośrednictwem złożonej sieci, która utrzymuje ich kondycję zdrowotną. Natomiast w kwestii przyrodzonej natury ludzkiej nowe pokolenie naukowców wskazuje zdolność do współpracy, a nie do konkurowania, jako definiującą nas cechę.

Jak ujęła to wybitna biolożka Lynn Margulis: „Życie nie podbiło świata walką, lecz za sprawą sieci powiązań”. W przeciwieństwie do racjonalizowania leseferyzmu za pomocą „samolubnego genu” uznanie sieciowej kooperacji jako kluczowego komponentu długowiecznych ekosystemów może zainspirować nowe sposoby konstruowania technologii i organizacji społecznej z myślą o ludzkim rozwoju.

Urojenie: „Przyroda jest maszyną”

Od czasów Rewolucji naukowej w XVII w. spojrzenie na przyrodę jako skomplikowaną maszynę, zaproponowane po raz pierwszy przez Hobbesa i Kartezjusza, rozprzestrzeniło się na całym świecie, sprawiając, że ludzie przestali traktować je w kategoriach metafory i nabrali błędnego przeświadczenia, iż przyroda rzeczywiście jest maszyną.

Richard Dawkins był odpowiedzialny za popularyzację zaktualizowanej wersji tego kartezjańskiego mitu pisząc, że „życie to tylko bajty cyfrowych informacji. To nie jest metafora, to szczera prawda. Deszcz dyskietek nie uczyniłby jej bardziej oczywistą”. Otwórz dowolny magazyn popularnonaukowy, a ujrzysz geny opisywane jako programiści „kodujący” pewne cechy, zaś umysł omawiany jako „oprogramowanie” dla „sprzętu”, czyli ciała, które jest „uzwojone” w określony sposób. Dzięki Dawkinsowi i jego zwolennikom ten wypaczony obraz przyrody–maszyny stał się wszechobecny, dał korporacjom moralne prawo do traktowania Ziemi jako źródła surowców do plądrowania, skłonił techno-wizjonerów do szukania nieśmiertelności w umyśle załadowanym do pamięci komputera i zainspirował technokratów, by ze zmianą klimatu uporać się poprzez zastosowanie geoinżynierii.

Biolodzy identyfikują immanentne reguły życia, które kategorycznie odróżniają je od nawet najbardziej skomplikowanej maszyny. Żywych organizmów nie można podzielić, tak jak komputera, na „sprzęt” i „oprogramowanie”. Biofizyczny skład neuronu jest nieodłącznie związany z jego obliczeniami: informacja nie istnieje poza swoją materialną konstrukcją.

Na przestrzeni ostatnich dekad analitycy systemów przeobrazili nasze rozumienie życia pokazując, iż jest ono zorganizowanym, samoregenerującym się kompleksem, który niczym fraktal rozbudowuje się i stale zwiększa swoją skalę – od pojedynczej komórki do systemu globalnego. Każda składowa świata przyrody jest dynamiczna, a nie statyczna, zaś zjawiska biologiczne opierają się precyzyjnym prognozom.

Ta nowa koncepcja życia prowadzi nas do rozpoznania wewnętrznej współzależności wszystkich żywych systemów, w tym ludzi. Podsuwa podbudowę zrównoważonej przyszłości, w której technologia jest wykorzystywana nie po to, by grabić lub modyfikować przyrodę, tylko by się do niej dostroić i tym samym nadać życiu większe znaczenie, stymulować jego rozkwit.

Mit redukcjonizmu i fałszywy wybór, który nam oferuje

Richard Dawkins i jego wyznawcy ponoszą odpowiedzialność za wciśnięcie ludziom myślącym okrutnego mitu: po odrzuceniu urojeń monoteizmu jedyną poważną alternatywą pozostaje wiara w świat bezwzględny, samolubny i ostatecznie bez znaczenia. Ich idee zrodziła szczególna forma myśli naukowej znana jako redukcjonizm, która utrzymuje, iż każdy aspekt naszego świata, nawet najbardziej oszałamiający, jest „niczym innym” jak wyłącznie mechanicznym ruchem cząstek działających przewidywalnie na siebie nawzajem.

Ostatnie odkrycia z zakresu teorii złożoności i biologii systemów wytyczają drogę ku nowej koncepcji połączonego Wszechświata, który charakteryzuje zarówno naukowa ścisłość, jak i głębokie znaczenie. W tym rozumieniu związki między rzeczami są często ważniejsze niż same rzeczy. Poprzez akcentowanie elementarnych zasad, które odnoszą się do wszystkich żywych istot, zrozumienie to pomaga nam urzeczywistniać wewnętrzną współzależność z całą przyrodą i służy za filozoficzną podstawę zrównoważonego rozwoju. Nie prowadzimy niekończącej się walki pod dyktando samolubnych genów, jesteśmy faktycznie częścią sieci znaczenia łączącej ludzkość ze światem przyrody.

Wpis powiązany tematycznie: „Z kart ideowego skryptu gatunkowych samobójców” 

Australian National UinversityNiszczone przez cywilizację planetarne życie stabilizuje ziemską atmosferę [Discovery News, 22.01.2016]

W nowej pracy badawczej opublikowanej w czasopiśmie Astrobiology astronomowie z Australijskiego Uniwersytetu Narodowego (ANU) rozważali kwestię braku oznak pozaziemskiego życia i zrozumieli, że młode, nadające się do zamieszkania planety mogą bardzo szybko utracić swą stabilność. To, co kiedyś było życiodajną oazą, w okamgnieniu przeobraża się w piekielną cieplarnię lub zamrożone pustkowie.

„Większość wczesnych środowisk planetarnych jest niestabilna. Ażeby wyprodukować możliwą do zamieszkania planetę, formy życia muszą regulować emisje gazów cieplarnianych, takich jak woda i dwutlenek węgla, celem utrzymania stabilnej temperatury powierzchni,” powiedział Aditya Chopra, główny autor badania.

W przeciwieństwie do Ziemi większość światów najprawdopodobniej nie odnajdzie tej równowagi i ostatecznie zostanie ugotowana przez gwałtowny efekt cieplarniany (wzorem Wenus) lub zamrożona przez zanikającą atmosferę (wzorem Marsa). Życie często nie będzie miało dość szczęścia, by wygrać wyścig z fluktuacjami środowiska i stać się czynnikiem stabilizującym.

Ziemia, która miała szczęście zaistnieć w odpowiedniej odległości od stabilnej gwiazdy, zrodziła życie, a ono pomogło ustabilizować jej atmosferę podczas trwającej 4 miliardy lat planetarnej ewolucji.

„Życie na Ziemi prawdopodobnie odegrało główną rolę w stabilizacji klimatu planety,” stwierdził Charley Lineweavera, współautor z ANU.

„Odpowiedź na pytanie, dlaczego nie znaleźliśmy jeszcze oznak istnienia pozaziemskich organizmów może mieć mniej wspólnego z prawdopodobieństwem powstania życia lub inteligencji, a więcej ze sporadycznymi przypadkami szybkiego powstawania biologicznej regulacji sprzężeń zwrotnych na powierzchniach planet,” wyjaśnił Chopra.

Jeśli życie nie dostaje szansy na ustabilizowanie swojej biosfery, skazane jest na zagładę.

Ziemia wraz ze złożonymi, wzajemnymi oddziaływaniami i zależnościami cykli sprzężeń zwrotnych stworzyła swoisty superorganizm. Całość zawartego w biosferze życia ma do odegrania ważną rolę w jej ewolucji.

Obecnie pojedyncza, inteligentna forma życia wyłoniła się jako siła dominująca, zaburzając i eksploatując naturalne cykle planety. Ludzka cywilizacja przemysłowa spowodowała nieodwracalne zmiany w naszej delikatnej biosferze – poprzez nieubłagane emisje gazów cieplarnianych, będące wynikiem procesów industrialnych i zapotrzebowania energetycznego, wytrąciła z równowagi systemy Ziemi.

Tłumaczenie: exignorant

Opublikowano Kluczowe badania, Upadek biosfery

Badanie: Wzrost średniej globalnej temperatury o 2°C będzie katastrofą

W Bonn trwa 23. szczyt klimatyczny, który nie zmieni kierunku, w jakim podąża silnik cieplny Cywilizacji Przemysłowej. W relacjach ze spotkań i obrad raczej nikt nie przywoła poniższych ustaleń badawczych.

Źródło: The Guardian, 3 grudnia 2013

Panel wybitnych klimatologów alarmuje, iż ograniczenie globalnego ocieplenia do 2°C, limit uzgodniony przez rządy świata, nie pozwoli uniknąć najbardziej katastrofalnych skutków zmiany klimatu.

W nowym badaniu zespół międzynarodowych ekspertów pod przewodnictwem profesora Jamesa Hansena odkrył, iż najniebezpieczniejsze konsekwencje ocieplenia Ziemi – wzrost poziomu morza, topnienie arktycznego lodu, ekstremalne warunki pogodowe – przyspieszą gwałtownie wraz ze wzrostem średniej globalnej temperatury o 1°C. Po osiągnięciu pułapu 2°C będzie po prostu za późno, powiedział Hansen. „Argumentujemy, że 2°C są bardzo niebezpiecznym celem. Społeczeństwo powinno dokonać ponownej oceny poziomów niebezpieczeństwa, przy uwzględnieniu skutków, które już obserwujemy,” dodał.

Badanie zamieszczone 3 grudnia 2013 w poddanym recenzji naukowej czasopiśmie PLOS One reprezentuje jak dotąd najbardziej publiczną interwencję Hansena w świecie polityki klimatycznej od chwili przejścia na emeryturę i opuszczenia Instytutu Studiów Kosmicznych Goddarda NASA w 2013 roku.

Nowa praca badawcza to synteza wiedzy 17 specjalistów ds. klimatu i polityki klimatycznej z Wielkiej Brytanii, Australii, Francji, Szwecji, Szwajcarii i Stanów Zjednoczonych, która przedstawia zgubne efekty ogrzania planety o 2°C – wartość zaakceptowaną przez ONZ i światowych liderów. Swoje konkluzje eksperci wyprowadzili z licznych dowodów, w tym szybkiego zanikania lodu morskiego Arktyki, lodowców górskich, pokrywy lodowej Grenlandii i Antarktydy, szybkiej ekspansji gorących, suchych stref subtropikalnych, szybkiego zwielokrotnienia susz i pożarów oraz szybkiej utraty raf koralowych z powodu zakwaszenia i ocieplenia oceanów.

Poważnym problemem jest to, że społeczność międzynarodowa była daleka od uzgodnienia nawet tej nieodpowiedniej granicy, powiedział profesor Jeff Sachs, dyrektor Instytutu Ziemi Uniwersytetu Columbia i współautor analizy. „W tej chwili całkowicie z nim się rozmijamy,” ostrzegł.

W 2013 roku ocieplenie globu znajdowało się poniżej 1°C. W ciągu trzech lat osiągnęło poziom około 1.5°C (1.8°C w lutym 2016). Za początek pomiaru przyjmuje się rok 1750, zgodnie z wytycznymi Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu. Ten oszałamiający, wykładniczy skok temperatury w doniesieniach prasowych nie wygląda równie dramatycznie, ponieważ podwane są wartości niższe. Uzyskuje się je w prosty  sposób: wystarczy za pomiarowe punkty wyjścia przyjąć okresy 1880–1910, 1951–1980 i 1951–1980. Przesuwanie dat nie ma jednak wpływu na zachowanie biosfery, która reaguje gwałtownie w sposób przewidziany przez badaczy. Zwiększa się częstotliwość, długość i intensywność ektremalnych zdarzeń pogodowych. Próg 2°C planeta przekroczy w najbliższych latach. Nie pozostaje nic innego, jak tylko przygotować się na uderzenie.

Średnia temperatura Ziemi jest obecnie wyższa o 1.5°C w porównaniu z epoką przedindustrialną. Zgodnie z wielomianowym trendem przekroczenie 2°C może nastąpić przed rokiem 2021. Wykres na podstawie danych lądowych i morskich NASA z okresu 1880-październik 2017; dodano 0.59°C – wartość wzrostu temperatury w latach 1750-1880. [Sam Carana, Arctic News]

Publikowane oświadczenia konsensusu klimatycznego nie uwzględniają nagłej zmiany klimatu. Powodem jest to, że nie potrafimy jej modelować, chociaż dysponujemy dostatecznymi dowodami na występowanie gwałtownych (nieliniowych) zmian klimatycznych w prehistorii. Może wydawać się wręcz niewyobrażalne, że te najważniejsze przeobrażenia zostały pominięte w polityce klimatycznej, ale tak właśnie działa kultura konsensusu naukowego.” Bruce Melton, artykuł z 15 kwietnia 2017

Konfrontujemy się z nagłą zmianą klimatu Ziemi. Doświadczamy jej mniej więcej od 2010 roku.” Dr Jim Salinger, główny autor z nagrodzonego Noblem w 2007 Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu, wypowiedź z listopada 2015

Dobrowolna redukcja emisji CO2 ze strony największych państw – która oczywiście nie nastąpi – nie powstrzymałaby dalszego wzrostu atmosferycznych koncentracji gazów cieplarnianych:

Do dwóch molekuł dwutlenku węgla, które wprowadzamy do atmosfery, sprzężenia zwrotne dodają kolejne trzy. To bardzo niepokojące, ponieważ dodatnie sprzężenia zwrotne zaczynają być czynnikiem, który dominuje w procesie ocieplenia. Prof. Peter Wadhams, dyrektor Grupy ds. Fizyki Oceanu Polarnego Wydziału Matematyki Stosowanej Uniwersytetu Cambridge, wypowiedź z 10 czerwca 2016

Praca badawcza opublikowana 1 września 2016 w piśmie Weather wykazała, że w 2006 roku wegetacja planety osiągnęła szczyt absorpcji atmosferycznego dwutlenku węgla. Od tego czasu zdolność roślinności do pochłaniania CO2 raptownie spada. Według Jamesa Currana, współautora badania i byłego szefa szkockiej Agencji Ochrony Środowiska, jest to pierwszy dowód na to, iż przekraczamy krytyczny punkt nieodwracalnej zmiany klimatu. Wiadomość ta zaszokowała środowisko naukowe. Wcześniejsze szacunki zakładały, że swój maksymalny poziom konsumpcji dwutlenku węgla rośliny osiągną najwcześniej w 2030. Tymczasem nastąpiło to 10 lat temu. W samym 2014 redukcja absorpcji CO2 była równowartością rocznych emisji Chin. „W przyszłym sezonie spadek może już odpowiadać połączonym emisjom Chin i Australii,” wyjaśnia Curran. „Każdego roku jest gorzej.” Zdaniem badacza wegetacja straciła apetyt na dwutlenek węgla ze względu na konsekwencje globalnego ocieplenia – susze, upały i pożary. „Nadejdzie moment, w którym rośliny i drzewa przestaną pochłaniać CO2 i biosfera stanie się wyłącznie jego emitorem,” dodał Curran.

Badanie zamieszczone 1 grudnia 2016 w Nature zidentyfikowało kluczowe sprzężenie zwrotne klimatu: ocieplenie Ziemi wywołane przez cywilizację industrialną sprawia, że gleby wydychają węgiel. Proces ten znany jest jako „kompostowa bomba”. Mikroorganizmy glebowe na ogół konsumują węgiel, a następnie uwalniają CO2 jako produkt uboczny. Duże obszary planety – od Alaski i północnej Kanady po Europę Północną i rozległe połacie Syberii – były wcześniej zbyt zimne, aby oddychanie gleb mogło tam zaistnieć. Wzrost temperatur spowodował, iż teraz wprowadzają one do atmosfery znacznie większe niż kiedykolwiek ilości dwutlenku węgla i metanu. Nawet przy natychmiastowym wstrzymaniu wszystkich cywilizacyjnych emisji gazów cieplarnianych, gleby nadal będą uwalniać co najmniej taką samą ilość CO2 i CH4, jaką wytwarzał przemysł paliw kopalnych w połowie XX wieku. Można śmiało powiedzieć, że globalne ocieplenie przekroczyło punkt bez powrotu i nie możemy już odwrócić jego skutków,” powiedział dr Thomas Crowther, główny autor pracy. „Nasza analiza przedstawia empiryczne dowody potwierdzające od dawna wyrażaną obawę, iż wzrost temperatur stymuluje proces utraty glebowego C na rzecz atmosfery, co napędza dodatnie sprzężenie zwrotne klimatu, które przyspieszy planetarne ocieplenie w XXI wieku,” napisali badacze. To z kolei może oznaczać, że wszelkie starania ludzi mające ograniczyć emisje nie wystarczą, bo otacza nas zewsząd inne ich źródło – sama Ziemia.”

W czerwcu 2016 monitoring pokazał, że Amazonia emitowała więcej CO2 niż go pochłaniała. Bujna roślinność zamiast redukować tempo atmosferycznej akumulacji węgla pochodzącego ze spalania paliw kopalnych, przyspieszyła je. Dokonane przez Obserwatorium Kopernika powierzchniowe pomiary CO2 ustaliły, iż nad znacznymi obszarami Amazonii wartości koncentracji wahały się od 500 ppm do 800 ppm – były prawie dwukrotnie wyższe od średniej globalnej. Podobne skoki stężeń CO2 zarejestrowano w zalesionych regionach Afryki Zachodniej.

Wzrost drzew w lasach deszczowych uległ od 1980 roku redukcji o jedną trzecią, podczas gdy pobór netto dwutlenku węgla spadł o połowę. Analiza uczonych Uniwersytetu w Leeds ujawniła, że po raz pierwszy w historii emisje ze spalania paliw kopalnych w Ameryce Łacińskiej były wyższe od poziomu absorpcji dwutlenku węgla przez amazońskie lasy. Dawniej pochłaniały one około 2 miliony ton CO2 rocznie. Uczeni wyrażają obawę, że może to być trend globalny.

Badanie przedstawione 6 czerwca 2017 w Proceedings of the National Academy of Sciences odkryło, że tropikalne lasy torfowe są już źródłami emisji dwutlenku węgla netto i przyspieszają wzrost temperatur Ziemi.

Najnowocześniejsze podejście do pomiaru zmian gęstości leśnego węgla pomogło stwierdzić, iż powszechne wylesianie, degradacja i zaburzenia sprawiły, że tropikalne lasy uwalniają więcej CO2 niż przechwytują, czyli przestały pełnić rolę pochłaniacza węgla netto. Wynik opublikowano 28 września 2017 w Science.

Badanie Uniwersytetu Kolorado w Boulder, opublikowane 3 sierpnia 2016 w Geophysical Research Letters, ustaliło, że spowodowane zmianą klimatu wcześniejsze topnienie śniegu skraca okres absorpcji dwutlenku węgla przez subalpejskie lasy. Zaśnieżone okresowo obszary leśne stanowią kluczowy naziemny pochłaniacz CO2. Ocieplenie zmniejsza głębokość pokrywy śnieżnej podczas chłodniejszych okresów sezonowego cyklu temperatur. Topnienie zaczyna się więc wcześniej, a panujące w jego trakcie niższe temperatury spowalniają fotosyntezę i tym samym redukują zdolność drzew do pochłaniania dwutlenku węgla. Osłabi to znacznie wkład tych lasów w kompensowanie cywilizacyjnych emisji CO2 i przyspieszy ocieplenie planety.

Lasy Ziemi zostały poszatkowane przez globalną cywilizację na około 50 milionów części. Łączna długość ich obrzeży odpowiada jednej trzeciej dystansu dzielącego planetę od Słońca. Jak się okazuje, fragmentacja jest o wiele bardziej destrukcyjna, niż sądzono dotychczas: zwiększa roczne emisje CO2 aż o 31% (340 milionów ton węgla). Uzyskany wynik, zamieszczony 17 marca 2017 w Nature Communications, opiera się na zachowawczych założeniach. Fragmentacja odgrywa zatem ważną rolę w globalnym cyklu węglowym,” powiedział Andreas Huth z Centrum Hemholtza, współautor analizy. „Zjawisko to nie jest w ogóle uwzględniane w raportach Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC).”

Tropikalne bagienne lasy torfowe, pokrywające niegdyś duże połacie Azji Południowo-Wschodniej i innych obszarów, pełniły rolę ważnych pochłaniaczy, które pomagały w usuwaniu dwutlenku węgla z atmosfery. Ekosystemy te znikają w szybkim tempie z powodu wycinki i projektów odwadniania przygotowujących grunt pod plantacje. Badanie przeprowadzone m.in. przez naukowców Instytutu Technologicznego w Massachusetts (MIT) i opisane 6 czerwca 2017 w Proceedings of the National Academy of Sciences odkryło, że globalne ocieplenie zmienia wzory opadów deszczu, co potencjalnie zniszczy nawet zalesione torfowiska, których jeszcze nie odwodniono. Lasy torfowe są już źródłami emisji CO2 netto i przyspieszają wzrost temperatur Ziemi.

Inna międzynarodowa praca badawcza, opublikowana 27 marca 2017 w Nature Climate Change, ustaliła, iż lasy odgrywają ważniejszą rolę w chłodzeniu niemal wszystkich regionów Ziemi, niż wskazywały na to wcześniejsze ustalenia. Wykracza ona daleko poza absorpcję dwutlenku węgla. Drzewa wpływają na klimat poprzez regulację wymiany wody i energii pomiędzy powierzchnią planety i atmosferą.

Rezultaty pracy badawczej opublikowanej 1 lutego 2016 w Journal of Geophysical Research: Biogeosciences potwierdzają, że literatura naukowa nareszcie dogania rzeczywistość dramatycznej sytuacji: Nasze wyniki sugerują, iż ekosystem subarktycznej tundry odchodzi od swojej historycznej funkcji jako pochłaniacz C (węgla) i zamienia się w źródło C.”

W międzynarodowym badaniu, opublikowanym 14 marca 2016 w Nature Geoscience, zespół naukowców z północnych regionów świata wykazał, że wieczna zmarzlina topnieje szybciej, niż się spodziewano – nawet na najzimniejszych obszarach.

Wieczna marzłoć – gleba, która w przeszłości była zamarznięta przez cały rok – pokrywa jedną czwartą powierzchni półkuli północnej. Praca badawcza opisana 10 kwietnia 2017 w Nature Climate Change wykazała, że jest ona bardziej wrażliwa na zmianę klimatu, niż sądzono dotychczas. Wzrost temperatury o 2°C powyżej poziomu sprzed epoki przemysłowej wystarczy, by na przestrzeni dekad roztopić zmarzłoć w 40% i uwolnić do atmosfery wiele miliardów ton węgla. „Zmarzlina zawiera około 1.000 gigaton węgla (1.1 biliona ton),” powiedziała Sarah Chadburn z Uniwersytetu w Exeter, główna autorka badania. Topnienie zmarzliny prowadzi do dramatycznych przeobrażeń ekosystemów, oznacza też destrukcję wzniesionych na niej budynków, dróg i innej infrastruktury. Proces ten jest już w toku na większości obszarów Arktyki.

Badanie opublikowane 15 lipca 2017 w Advances in Climate Change Research wykazało, że ocieplenie globu o 1.5°C oznacza topnienie od 21 do 25.5% północnej wiecznej zmarzliny. Proces trwa i będzie przyspieszał z każdą dodatkową 0.1°C – im szybciej kumulują się atmosferyczne koncentracje gazów cieplarnianych, tym szybciej przebiega proces dezintegracji zmarzłoci.

Zespół naukowców ze Szwecji, Danii i Finlandii przeprowadził eksperymenty terenowe, które dowiodły, że topnienie wiecznej zmarzliny w Arktyce wprowadzi do atmosfery ogromne ilości tlenku azotu. W badaniu opublikowanym 23 maja 2017 w Proceedings of the National Academy of Sciences autorzy stwierdzili, iż może ono wywrzeć znacznie większy wpływ na przyspieszenie wzrostu średniej temperatury planety, niż wskazywały na to wcześniejsze, błędne szacunki. Naukowcy wiedzą, że tlenek azotu jest potężnym gazem cieplarnianym, ale nie wzbudzał on szczególnego zainteresowania ze względu na niski poziom dotychczasowych emisji. Jednak stan ten ulegnie zmianie, ponieważ w szybko topniejącej arktycznej zmarzłoci zalegają duże pokłady NO. Wcześniejsze analizy wykazały, iż tlenek azotu zatrzymuje słoneczne ciepło 300 razy skuteczniej od dwutlenku węgla. Poza tym gaz ten utrzymuje się w atmosferze przez 110 lat, a kiedy ulega rozpadowi, zabiera ze sobą ozon.

Badanie przeprowadzone przez naukowców brazylijskiego Centrum na rzecz Energii Nuklearnej w Rolnictwie ujawniło druzgocący fakt, który dotyczy Amazonki. Otóż emitowany przez rzekę dwutlenek węgla praktycznie odpowiada ilości tego gazu cieplarnianego pochłanianej przez amazoński las deszczowy. Wyniki analizy opublikowano 21 marca 2017 w czasopiśmie Frontiers in Marine Science.

Badanie Politechniki Federalnej w Lozannie (EPFL), zamieszczone 8 maja 2017 w piśmie naukowym Ecosystems, po raz pierwszy zmierzyło wpływ zmiany klimatu na strumienie alpejskie. Wyniki są niepokojące: po łagodnej zimie, z mniejszą ilością śniegu, strumienie uwalniają więcej dwutlenku węgla, niż pochłaniają. Alpy doświadczyły w ostatnich latach redukcji opadów. Od dekady było wiadomo, że tamtejsze strumienie, jeziora i rzeki wprowadzają do atmosfery duże ilości CO2. Dopiero nowa analiza była w stanie wykazać, iż alpejskie cieki wodne stały się w tym czasie emiterami netto CO2. Zadaniem naukowców postępujące ocieplenie planety nasili to zjawisko.

Obserwacje przeprowadzone na Oceanie Południowym w 1994 ustaliły, że jego powierzchnia ma mało tlenu, dużo węgla i jest bardzo mocno zakwaszona. Były to skutki potężnego upewllingu, który teraz jest stałą cechą akwenu. Pochłaniając duże ilości dwutlenku węgla, Ocean Południowy zwalniał tempo globalnego ocieplenia. Jednak wstępne dane z 2016 sugerują, że upwelling może ograniczać absorpcję CO2. Naukowcy są w posiadaniu narzędzi, które po raz pierwszy pozwalają im rejestrować ten proces niemal w czasie rzeczywistym, zwłaszcza zimą. „Widzimy trafiające do atmosfery strumienie CO2, które są o wiele większe niż szacowaliśmy,” powiedział Jorge Sarmiento, oceanograf z Uniwersytetu Princeton. „To dość oszałamiające,” dodała Alison Gray, główna autorka badania. Oznacza to, że Ocean Południowy jest potencjalnie znacznie słabszym pochłaniaczem węgla, niż zakładano.”

Konkluzja badania przedstawionego 17 maja 2017 w Earth’s Future: sadzenie drzew na dużą skalę w celu magazynowania atmosferycznego dwutlenku węgla nie zdoła zneutralizować rosnących przemysłowych emisji tego gazu cieplarnianego. Plantacje musiałaby być tak rozległe, że zlikwidowałyby większość naturalnych ekosystemów lub znacznie zmniejszyły produkcję żywności. Nawet gdybyśmy przeznaczyli 100% użytków rolnych pod projekty zalesiania, średnia temperatura globu zmniejszyłaby się do końca stulecia jedynie o 0.45°C. Zatem ponowne zalesienie połowy gruntów rolnych świata spowodowałoby spadek jej wartości o 0.25°C.

Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC) w raporcie z 27 września 2013 przyznał, że postępujące globalne ocieplenie jest nieodwracalne bez geoinżynierii czyli technologii ze świata baśni.

Opracowanie: exignorant

Opublikowano Klimat, Kluczowe badania

Relacja z nagłej zmiany klimatu

Fragment wywiadu zarejestrowanego w czerwcu 2017. Zanim nadszedł „piekielny wrzesień”. Zanim rozszalały się huragany i burze tropikalne: Don, Emily, Eugene, Fernanda, Greg, Hilary, Irvin, Franklin, Gert, Harvey, Jova, Kenneth, Irma, Hose, Katia, Lee, Maria, Lidia, Otis, Max, Norma, Pilar…

Transkrypcja:

Keith Schneider, kierownik redakcji Circle of Blue:

Od blisko 10 lat podróżuję jako reporter. Odwiedziłem sześć kontynentów. Byłem w tym czasie świadkiem, jak zmiana klimatu zakłóca wzory burz, opadów deszczu i śniegu, czyli to wszystko, co nazywamy cyklami hydrologicznymi.

Najbardziej dramatycznym tego dowodem jest sytuacja wodna. Z jednej strony mamy problem upałów, z drugiej problem zaopatrzenia w wodę.

Relacjonowałem ogromne powodzie, które całkowicie zniszczyły zapory elektrowni wodnych w indyjskich Himalajach. Widziałem, jak doszczętnie wysychały ogromne rezerwuary. Chociażby słodkowodne systemy chłodzenia w elektrowniach węglowych w USA. Obserwowałem na całym globie, jak susze zdewastowały lokalne sektory rolnictwa.

Te hydrologiczne katastrofy wywołane zmianą klimatu uderzają w strategiczne miejsca na Ziemi, gdzie uprawiamy większość naszego pożywienia i generujemy większość energii z paliw kopalnych. Jest to potężne zaburzenie w tych sektorach – ekologiczne, polityczne i gospodarcze. Byłem jego bezpośrednim świadkiem.

Kiedy ktoś mówi, że zmiana klimatu to mit, odpowiadam: ‚Pozwól, że cię zabiorę w parę miejsc i wtedy powiesz mi, czy zmiana klimatu jest mitem’. To rzeczywistość, która wpływa na życie niezliczonych milionów ludzi.

Przez miesiąc przebywałem w południowych Indiach. W Chennai* nad Zatoką Bengalską. To szóste największe miasto w Indiach. W ciągu ostatnich 18 miesięcy uderzyły w nie: tajfun, najgorsza od 140 lat susza, a także powódź, która zabiła 400 osób. Nigdy wcześniej nic podobnego nie miało miejsca. Tamtejszy rejon jest strefą wysokiej energii karmiącej burze. Wody Zatoki są ciepłe, dlatego tajfuny, susze i powodzie należą do typowych, powracających zjawisk. Jednak nigdy wcześniej metropolia nie doświadczyła takich wstrząsów meteorologicznych, do jakich doszło na przestrzeni minionych 18 miesięcy. Władze miasta, które przeżywało ekonomiczny bum, obawiają się, że kolejne klęski żywiołowe zrujnują reputację Chennai jako centrum biznesu.

Nie jest to jedyna taka lokalizacja. Zalany Nowy Jork, zalany Nowy Orlean. Nasz główny region rolniczy w Kalifornii jest na ‚intensywnej terapii’ wskutek czteroletniej suszy.

Dzieje się to w każdym zakątku Ziemi.

Ludzkość mogła spotkać się z podobnymi wydarzeniami u zarania dziejów, lecz nie oglądała ich odkąd istnieją nasze cywilizacje.

* Miasto Chennai zostało zalane ponownie na początku listopada 2017.

Tłumaczenie: exignorant

Opublikowano Klimat