Nowe śmiertelne choroby i zmiana klimatu

Epidemia koronawirusa, która zmusiła władze Chin do odcięcia komunikacyjnego dostępu do kilkudziesięciu milionów ludzi i zamknięcia 70 000 kin, wstrząsnęła już rynkami finansowymi na całym świecie. Jak doniósł 23 stycznia 2020 r. Guardian, wśród inwestorów wzbierają obawy, że może ona być „czarnym łabędziem” – niespodziewanym zdarzeniem, które wykolei „zwalniającą” globalną gospodarkę. Mamy do czynienia z jeszcze jednym potencjalnym czynnikiem sprawczym dezintegracji systemowej.

Według oficjalnych informacji miejscem pierwszego zarażenia był miejski targ żywnościowy w Wuhan. Na tego rodzaju rynkach ludzie mają kontakt z żywymi i martwymi zwierzętami – psami, kurami, świniami, wężami, cywetami czy nietoperzami. Ponieważ kwitnie na nich nielegalny handel dziką zwierzyną, wirusy mają wyjątkową okazję, by przenieść się z fauny na populację ludzką.

Nowe śmiertelne choroby i zmiana klimatu

Poprawiony przekład artykułu Sonii Shah opublikowanego na blogu po raz pierwszy w 2014 r.

Mamy tyle nauki, tyle technologii. Przyjmuje się zatem założenie, że powinniśmy być zdolni bez problemu kontrolować wirusy. Zakażenie HIV uświadomiło mi, jak dalece nieprawdziwe jest to złudzenie. Żyjemy na krawędzi. Słowa Alice Welbourne, nosicielki wirusa HIV.

Kiedy spoglądamy w górę na korony drzew miejskiego tropiku w Azji Południowej, Australii lub Afryki równikowej, nasz wzrok często spotka się z miriadami nietoperzy owocowych zwisających z gałęzi niczym futrzane stalaktyty. Jako że ich lasy są równane z ziemią przez buldożery, wypalane przez rolników lub degradowane przez ekstremalną suszę, stworzenia te coraz częściej nawiedzają wspólnoty ludzkie – przystosowują się do życia w sadach i pośród drzew owocowych w miastach, gospodarstwach rolnych i na przedmieściach, które zastąpiły ich naturalne siedliska. Wraz z nietoperzami przybywają choroby rozprzestrzeniające się wśród ludzi. Kolejne badana wykazują, iż ich mikroby – czynniki chorobotwórcze przenoszące się ze zwierząt na ludzi – szerzą się szybciej z powodu zmiany klimatu i wylesiania.

Nieprzerwana deforestacja lasów deszczowych Afryki odpowiada za wzrost liczby takich spotkań, ponieważ zmusza ona ludzi do przeprowadzki w najbliższe sąsiedztwo zarażonych nietoperzy. Z uwagi na fakt, iż utrata habitatów niszczy wiele gatunków zwierząt łownych będących źródłem dziczyzny, biedni mieszkańcy wiosek zintensyfikowali swoje polowania na gatunki ocalałe. W 2007 r. lokalni myśliwi z Kongo wybili przy użyciu strzelb tysiące nietoperzy owocowych. Wsie „dosłownie tonęły” w ociekających krwią zwłokach tych ssaków. W rezultacie 260 mieszkańców zaraziło się zabójczym wirusem Ebola, który przedostał się do organizmów ludzi za pośrednictwem krwi i płynów ustrojowych. W sumie zmarło 186 osób. Badacze z Gabonu i Kongo ustalili, że ofensywę Eboli poprzedziła masowa migracja nietoperzy owocowych do miejscowości dotkniętych późniejszą epidemią. Kiedy zaburzasz równowagę, przyspieszasz przejście patogenów z dzikich zwierząt na inwentarz lub ludzi, mówi Jonathan Epstein, epidemiolog weterynaryjny i ekspert ds. zdrowia publicznego organizacji Wildlife’s Trust.

Inne związane z nietoperzami epidemie śmiertelnych chorób ogarnęły przed 2009 r. regiony Malezji i Bangladeszu. Ich powodem były zmiany wzorców pogodowych i sposobów użytkowania gruntów. Osady ludzkie i rolnictwo pochłaniają coraz więcej obszarów leśnych. Wzrost temperatury i nietypowe cykle opadów zwiększyły zasięg zagrożenia ze strony chorób przenoszonych przez owady – zjawisko to nasila się ze względu na postępujące ocieplenie Ziemi oraz wędrówki insektów na wyższe poziomy i szerokości geograficzne. Naukowcy podążający śladem wpływu zmiany klimatu na ludzkie zdrowie odkryli, że ataki cholery korelują z wahaniami powierzchniowej temperatury morza, a ogniska biegunki pojawiają się wtedy, gdy słupek rtęci wskazuje wysokie wartości. Potwierdzono też związek między pogodą a malarią, który jest tak silny, iż epidemie można przewidzieć za pomocą prognoz meteorologicznych.

Międzyrządowy Zespół do spraw Zmiany Klimatu (IPCC) poinformował, że rejon Afryki Zachodniej, w którym jest najwięcej przypadków zapalenia opon mózgowych, uległ znacznemu powiększeniu wskutek zmiany klimatu i ekspansji upraw. Malaria zadomowiła się na wyżynach coraz cieplejszej Afryki Wschodniej. Uczeni z Uniwersytetu Stanforda zaobserwowali, że wyniszczenie tysięcy hektarów peruwiańskich lasów tropikalnych stworzyło nowe siedliska komarów i stało się przyczyną setek tysięcy zarażeń – na początku lat 90. XX w. odnotowywano ich mniej niż 150 rocznie. Od stuleci ludzie „łapią” drobnoustroje chorobotwórcze od zwierząt i owadów; odrę dostaliśmy od kóz, a malarię od komarów. Jednak w ostatnim czasie tempo tego przeskakiwania patogenów – inaczej „chorób odzwierzęcych” – znacznie przyspieszyło. Transmisja filowirusa (czy koronawirusa) z nietoperzy na ludzi ilustruje złożoność fenomenu rozprzestrzeniania się tych chorób i jego ścisłego związku z antropogenicznym zaburzeniem klimatu i dewastacją przyrody.

Nietoperz owocowy.

Pospolity kontakt nietoperza z człowiekiem nie wystarczy, by mogła wybuchnąć epidemia. Mamy do czynienia z kaskadą zdarzeń z udziałem nietoperzy, małp i ludzi. Napędza je nienormalny klimat, tłumaczy Pierre Formenty, specjalista ze Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Według przeprowadzonej przez NASA analizy satelitarnych danych meteorologicznych ogniska Eboli mają związek z ulewami występującymi po okresie intensywnej suszy. Bardzo suche warunki spowalniają kwitnienie niektórych drzew owocowych. Po obfitych opadach porażone drzewa w końcu wydają owoce, a liczne gatunki zwierząt – w tym nietoperze pteropusy i małpy – przystępują do wspólnej uczty. Mnóstwo gatunków skupionych pod owocującym drzewem stwarza drobnoustrojom doskonałą okazję, by zmienić nosiciela. Ostatecznie wirus może stosunkowo łatwo „wprowadzić się” do człowieka.

Naukowcy udowodnili, że przybycie nowych plag (m.in. wirusa Nipah, który zabija 70% zarażonych; hantawirusowego zespołu płucnego, który zabija 37% zarażonych, gorączki Zachodniego Nilu, która zabija 8%/10% zarażonych) jest determinowane przez nowe realia pogodowe ocieplającego się świata. Należy spodziewać się narodzin kolejnych chorób. Żadna wyrafinowana metoda diagnostyczna ani opieka medyczna oparta na najnowszych technologiach nie uratuje nas przed patogenami, które z definicji powodują choroby o nieznanym pochodzeniu. Problem polega na tym, że spośród blisko miliona wirusów przenoszonych przez kręgowce – czyli potencjalnych zagrożeń odzwierzęcych – opisano dotychczas zaledwie 2 000. Nadzór zdrowia dzikiej przyrody, który mogłyby zapewnić wczesne ostrzeganie o „podróżujących” odzwierzęcych czynnikach chorobotwórczych, jest minimalny, zwłaszcza tam, gdzie kontakt między dzikimi gatunkami i ludźmi jest najczęstszy.

Na szczęście większość „wtargnięć” mikroorganizmów do nowych gatunków ma łagodne następstwa – kończy się niepowodzeniem, zniszczeniem przez reakcję immunologiczną lub niezdolnością mikroba do prawidłowego rozwoju. Nieliczne zmienią się w ludzkie patogeny, stwierdza James Mills, ekolog medyczny z Centrum Kontroli Chorób. Rzeczywista liczba zgonów spowodowanych przez takie czynniki chorobotwórcze jest śladowa. Starzy, dobrze znani zabójcy, tacy jak chociażby malaria, nie mają konkurencji. Mimo to potencjalne zagrożenie związane z przystosowaniem się nowych wirusów do egzystowania w nowym środowisku – ludzkim organizmie – jest niepodważalne. Wystarczy, że sztuka ta uda się tylko jednemu z nich. Kiedy w 1930 r. kameruńskie szympansy po raz pierwszy zaraziły ludzi lentiwirusem w Leopoldville, szybko rozwijającym się kolonialnym mieście Afryki, ofiar było niewiele. Patogen przeobraził się wkrótce w formę skutecznie żerującą na ludzkości. Wywoływana przezeń choroba AIDS zabiła do tej pory około 32 miliony osób.

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Tłum. exignorant

Opublikowano Klimat

Ruch lotniczy i zmiana klimatu

Regularnie dowiadujemy się o nowych sposobach, na które cywilizacja przemysłowa przypieczętowała los mieszkańców Ziemi. Branża lotnicza należy do najbardziej niszczycielskich składowych tego silnika cieplnego. Okazało się, iż jej obecne rozmiary w pełni wystarczą, by rozprawić się z większością planetarnego życia. Dodam tylko, że poniższe ustalenia naukowe nie mają nic wspólnego z nie popartą dowodami teorią spiskową o oplatającej glob pajęczynie „smug chemicznych” snutej rzekomo na rozkaz elit przez odrzutowce. Normalna eksploatacja samolotów jest czymś zdecydowanie groźniejszym.

Według raportu Międzynarodowego Zrzeszenia Przewoźników Powietrznych (International Air Transport AssociationIATA) w 2017 r. odbyło się 36,8 miliona lotów komercyjnych. Po wliczeniu aktywności lotnictwa prywatnego, biznesowego i wojskowego wynik wzrósł do 50 milionów rocznie.

Smugi kondensacyjne pozostawiane przez samoloty utrzymują się w atmosferze maksymalnie przez kilka godzin. Jednak ich występowanie jest już tak powszechne, że ocieplają one klimat o wiele bardziej niż całkowita ilość dwutlenku węgla wydalona przez branżę lotniczą od początku jej istnienia. Ulrike Burkhardt i Lisa Bock z Instytutu Fizyki Atmosfery w Niemczech potwierdzili, iż zjawisko przybiera na sile. To poważny problem, że generowane przez statki powietrzne ocieplenie nie związane z CO2 jest większe od ocieplenia, za jakie odpowiadają lotnicze emisje CO2, powiedziała Bock. Ten kluczowy fakt nie jest uwzględniany w prognozach zmiany klimatu.

Samoloty spalają paliwo i zostawiają za sobą ślad w postaci spalin i sadzy. Na dużych wysokościach para wodna często skrapla się na cząstkach sadzy i zamarza, przez co tworzy chmurę pierzastą cirrus, która w zależności od temperatury i wilgotności powietrza może przetrwać przez minuty lub godziny. Chmury mogą chłodzić (odbijają niektóre promienie słoneczne z powrotem w kosmos) lub ogrzewać (blokują część ciepła emitowanego przez powierzchnię Ziemi). Naturalne cienkie cirrusy i smugi kondensacyjne wywołują efekt ocieplenia netto. Dochodzenie badawcze zamieszczone 27 czerwca 2019 r. na łamach Atmospheric Chemistry and Physics odkryło, że chmury pierzaste powstałe wskutek pracy silników odrzutowych mają dostateczny potencjał, by doprowadzić do katastrofalnego przegrzania Ziemi.

Turbulencja.

Niestety, istnieje jeszcze jedno zagrożenie egzystencjalne związane z lotnictwem. Badanie poddane recenzji naukowej, streszczone 12 grudnia 2019 r. w Earth and Science Open Archive, zidentyfikowało kolejny czynnik sprawczy zmiany klimatu, o którym praktycznie nie wspomina prasa fachowa i popularna. Autorzy stwierdzili, iż oprócz gazów cieplarnianych zaburzenie klimatu napędzają też zmiany wzorców globalnej cyrkulacji atmosferycznej. Przyczyniają się do nich wiry wywołane turbulencjami, które są konsekwencją wzmożonego komercyjnego ruchu lotniczego. Ponieważ ruch ten jest wysoce skoncentrowany na najczęściej przemierzanych trasach, duże wiry tworzone przez samoloty przekształciły się w półtrwały obieg atmosferyczny mający znaczny wpływ na zatrzymywanie i uwalnianie ciepła przez atmosferę. Nie jest wykluczone, że zmiany te decydują w pewnym zakresie o sposobie, w jaki atmosfera traci wodę. Uczeni ostrzegają, iż omówiony w ich analizie czynnik związany z normalną eksploatacją silników odrzutowych może zagrozić całemu życiu na Ziemi, nie tylko populacji ludzkiej.

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Oprac. i tłum. exignorant

Opublikowano Klimat

Przekroczone punkty krytyczne i sygnał nagłej zmiany klimatu

Najbardziej „ostrożne” i spóźnione w swoich konkluzjach placówki badawcze zaczynają nazywać znane od lat Czytelnikom bloga symptomy gwałtownego, nieodwracalnego i zabójczego dla ziemskiego życia zaburzenia klimatu, którego jesteśmy świadkami.

Grupa wiodących naukowców ostrzegła 27 listopada 2019 r. na łamach Nature, że ponad połowa punktów krytycznych klimatu zidentyfikowanych dziesięć lat temu jest już „aktywna”. Doprowadzi to do utraty lasów deszczowych Amazonii i wielkich lądolodów Antarktydy i Grenlandii, które doświadczają mierzalnych i bezprecedensowych przeobrażeń znacznie wcześniej, niż oczekiwano. „Kaskada zmian” wywołana globalnym ociepleniem zagraża ludzkim cywilizacjom. Piętrzą się dowody na to, że procesy te są połączone ze sobą o wiele bardziej, niż się spodziewano. „Efekt domina” staje się rzeczywistością. Niewyobrażalny poziom osiąga nie tylko presja, jaką cywilizacja przemysłowa wywiera na Ziemię. Musimy przyznać, że zaniżyliśmy ryzyko spowodowania nieodwracalnych zmian, które sprawiają, iż planeta zaczyna samodzielnie potęgować globalne ocieplenie, powiedział Johan Rockström, współautor badania i dyrektor Instytutu Badań nad Wpływem Klimatu w Poczdamie. Dziewięć przekroczonych punktów krytycznych obejmuje arktyczny lód morski, lądolód Grenlandii, lasy borealne, wieczną zmarzlinę, Atlantycką Południkową Cyrkulację Wymienną, lasy deszczowe Amazonii, koralowce ciepłowodne, lądolód Antarktydy Zachodniej i obszary Antarktydy Wschodniej. Możliwe, że przekroczyliśmy próg kaskady sprzężonych ze sobą punktów krytycznych, powiedział prof. Tim Lenton, dyrektor Instytutu Systemów Globalnych Uniwersytetu Exeter.

Do tej pory klimatolodzy tłumaczyli, iż pogoda i klimat to dwie różne rzeczy. Klimat wyłania się w dłuższej perspektywie, podczas gdy pogoda jest tym, co obserwujemy w perspektywie krótkoterminowej. A skoro lokalne warunki pogodowe są zmienne, w danym miejscu może przez krótki czas panować ekstremalne zimno pomimo długoterminowego trendu ocieplenia Ziemi. Krótko mówiąc, lokalne warunki pogodowe mogą maskować długoterminową zmianę klimatu globalnego. Zespół pod kierownictwem prof. Reto Knuttiego z Politechniki Federalnej w Zurychu przeprowadził nową analizę pomiarów i modelowania temperatury. Jej wyniki opublikowano 2 stycznia 2020 r. w Nature Climate Change. Naukowcy odkryli, że dawny paradygmat, w którym pogoda nie jest tym samym, co klimat, przestał istnieć. W kontekście planetarnych wzorców przestrzennych wyraźny sygnał (nagłej) zmiany klimatu jest już obecny w codziennych danych pogodowych takich jak temperatura powierzchniowa i wilgotność powietrza.

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Tłum. exignorant

Opublikowano Klimat

Najdłuższa wojna, najdłuższe kłamstwo

Fragment artykułu Dariusa Shahtahmasebi.

Dziennik Washington Post uzyskał dostęp do 2 000 stron notatek z wywiadów przeprowadzonych przez organy rządowe z ponad 400 generałami, żołnierzami, dyplomatami i innymi urzędnikami bezpośrednio zaangażowanymi w trwającą blisko dwie dekady amerykańską wojnę w Afganistanie. Wewnętrzne dokumenty ujwaniły, iż oficjele USA kłamali mówiąc o poczynionych postępach, nie rozumieli okupowanego kraju nawet na podstawowym poziomie i ukrywali niepodważalne dowody na to, że konfliktu nie można wygrać.

« Byliśmy pozbawieni fundamentalnego zrozumienia Afganistanu – nie wiedzieliśmy, co robimy. Nie mieliśmy najmniejszego pojęcia, czego się podejmujemy. Douglas Lute, trzygwiazdkowy generał armii, „car” Afganistanu za prezydentury George’a H. Busha i Baracka Obamy. »

Zafundowany Afgańczykom koszmar kosztował niemal bilion dolarów. Większość pieniędzy trafiła do „kontrahentów” w Stanach Zjednoczonych. Duże sumy przekazano skorumpowanym afgańskim urzędnikom, którzy zainwestowali je m.in. w nieruchomości w Dubaju. Publiczni funkcjonariusze USA zarzekali się, iż nie tolerują łapownictwa. W wywiadach przyznali, że przymykali oko na bezkarny proceder plądrowania, jakim trudnili się lokalni dygnitarze – ich sojusznicy. Przy cichym przyzwoleniu amerykańskich sponsorów gabinet premiera Hamida Karzaia w ciągu kilku lat „przeorganizował się w kleptokrację”. Niewiele środków otrzymali zwykli ludzie. Trwoniono je na projekty, których kraj nigdy nie będzie w stanie utrzymać. W kontekście wszechobecnej przemocy, korupcji i marnotrawstwa nie dziwi fakt, że popularność i wpływy talibów rosną.

« Dlaczego uczyniliśmy talibów swoimi wrogami, skoro zaatakowała nas Al-Kaida? Dlaczego chcieliśmy pokonać właśnie ich? System jako zbiorowość nie jest zdolny do wykonania kroku wstecz i zakwestionowania podstawowych założeń. Jeffrey Eggers, emerytowany oficer Navy SEALs, doradca administracji George’a H. Busha i Baracka Obamy. »

Jedną z wyróżniających się statystyk jest ta, która dotyczy nielegalnego handlu opium. Przed 2001 r. talibowie praktycznie go wyeliminowali. Dzisiaj 80% światowej podaży narkotyku pochodzi z Afganistanu. W tej ekspansji nie przeszkodziły programy zwalczania upraw (rachunek: 9 miliardów dolarów) i całkowita inwigilacja obywateli (Agencja Bezpieczeństwa Narodowego USA [National Security Agency – NSA] przechwytuje niemal każdą ich rozmowę telefoniczną!).

Pogrzeb 30 afgańskich pracowników rolnych – ofiar ataku amerykańskiego drona.

Podobnie jak pozostałe interwencje militarne Departamentu Obrony USA w ramach Globalnej Wojny z Terroryzmem, napaść na Afganistan była oparta na łgarstwach i wypaczeniach. Wypada tu przytoczyć słynną wypowiedź Marjorie Cohn, prezes Narodowej Gildii Prawniczej: Karta ONZ to traktat ratyfikowany przez USA, a zatem jest częścią obowiązującego w Stanach Zjednoczonych prawa. Zgodnie z zapisami ujętymi w karcie dane państwo może użyć siły zbrojnej przeciwko innemu krajowi wyłącznie celem samoobrony lub za zgodą Rady Bezpieczeństwa. Żaden z tych warunków nie został spełniony przed najazdem USA na Afganistan. Talibowie nie zaatakowali nas 11 września 2001 r. Uczyniło to 19 mężczyzn – 15 z nich to obywatele Arabii Saudyjskiej. Ani Stanom Zjednoczonym, ani innemu państwu członkowskiemu ONZ nie zagrażał żaden atak ze strony Afganistanu. Rada nie upoważniła USA lub jakiegokolwiek innego kraju do użycia siły wojskowej przeciwko Afganistanowi. Wojna Stanów Zjednoczonych w Afganistanie jest nielegalna.

Mimo że tak przedstawiała się sytuacja w 2001 r., wojna była kontynuowana bez przeszkód przez dwie dekady. W tym czasie Afgańczykom zgotowano piekło. W lutym 2010 r., podczas nocnej akcji żołnierzy NATO w wiosce zlokalizowanej w prowincji Paktia zginęło siedmiu cywilów, w tym dwie kobiety w ciąży. Propagandyści sojuszu usiłowali przedstawić tę zbrodnię jako ofensywę na kompleks budynków będący „siedliskiem bojowników”. Brytyjski reporter Jerome Starkey udowodnił, że narracja ta od początku była fałszem. Posiadłość będąca celem operacji należała do antytalibskiego policjanta przeszkolonego przez armię/wywiad USA. Jego rodzina celebrowała nadanie imienia nowonarodzonemu synowi. Zacierając ślady egzekucji na bezbronnych ludziach, żołnierze amerykańscy nożami wydłubali kule z ciał ciężarnych kobiet. Podobne mordy są na porządku dziennym.

Spośród 775 000 żołnierzy USA, którzy do tej pory służyli w Afganistanie, 2 300 powróciło do domu w metalowych trumnach. Swoimi kontyngentami wsparli Amerykanów nie tylko sojusznicy natowscy, lecz także tzw. państwa nastawione pokojowo takie jak Nowa Zelandia – jej wiarusi również są oskarżeni o popełnienie zbrodni wojennych.

« Każda wartość danych została zmieniona, aby przedstawić możliwie najlepszy obraz sytuacji. Na przykład ankiety, które były całkowicie niewiarygodne, miały wzmacniać przekonanie, że wszystko, co robiliśmy, było właściwe. Przypominaliśmy rożek lodów liżący sam siebie. Bob Crowley, pułkownik armii, starszy doradca ds. przeciwdziałania powstaniu okupowanej ludności w latach 2013–2014. »

W odpowiedzi na rewelacje o najdłuższej wojnie w dziejach Ameryki Kongres USA nagrodził „osiągnięcia” Pentagonu podwyższeniem jego rekordowego budżetu o 22 miliardy dolarów. Głosowanie miało miejsce kilka godzin po demaskatorskiej publikacji Washington Post. Wojna była i jest przekrętem. Jej główny cel stanowi transfer pieniędzy podatników na konta grup interesów. Aby usprawiedliwić tę kradzież, politycy, dowódcy wojskowi (i posłuszne im media) rozmyślnie wprowadzają opinię publiczną w błąd.

Lojalni stenografowie

Komentarz Teda Ralla karykaturzysty, satyryka politycznego, dziennikarza i pisarza.

Dokumenty o Afganistanie” są jaskrawym przykładem wierutnego kłamstwa mającego postać przemilczenia. Tak, nasi przywódcy wojskowi i cywilni okłamali nas w sprawie Afganistanu. Ale nie byliby w stanie rozpowszechniać swoich morderczych konfabulacji bez wsparcia organizacji medialnych – lojalnych stenografów. Pracownicy prasowych potentatów takich jak Washington Post i New York Times nie są użytecznymi idiotami szerzącymi prowojenną propagandę. Ludzie ci skwapliwie cenzurowali osoby, które usiłowały powiedzieć wyborcom prawdę o naszym nielegalnym wkroczeniu do Afganistanu. Wszystkie głosy przeciwne wojnie usunięto z amerykańskich mediów korporacyjnych.

Kwestia Afganistanu nie była dla mnie przelotnym kaprysem. Napisałem setki esejów i narysowałem setki karykatur wzywających do położenia kresu temu szaleństwu. Nie opuszczało mnie poczucie osamotnienia. Nawet Demokraci entuzjastycznie popierali wojnę w Afganistanie, nazywając ją wojną słuszną; „głupotą” była według nich tylko inwazja na Irak.

Afganistan odwiedziłem kilkakrotnie. Podróżowałem samodzielnie jako niezależny reporter. Napisałem pierwszą książkę o inwazji USA na Afganistan, jedyną książkę o afgańskiej polityce rurociągów naftowych, jedną z książek analizujących kraj w szerszym kontekście Azji Środkowej, a także książkę porównującą kondycję Afganistanu w chwili zapowiadanego przez Obamę wycofania wojsk – kolejne kłamstwo – z sytuacją, jaka panowała na początku wojny. Co było moją nagrodą za to, że miałem rację, a inni byli w błędzie? Setki gróźb śmierci. Zerwanie kontraktów przez redakcje gazet i magazynów, które ze mną współpracowały. Trudno dzisiaj uwierzyć, że w 2004 r. George W. Bush był popularny i porównywany do Winstona Churchilla. Był to rok, w którym „liberalne” dzienniki New York Times i Washington Post zaprzestały zamieszczania moich prac.

Media popularne i recenzenci zignorowali moje książki. Redaktorzy odesłali mnie z kwitkiem. Producenci nie zaprosili mnie do telewizji. Każdy, kto przeciwstawiał się wojnie, został wykluczony. Samego Afganistanu nie przemilczano. Stał się przedmiotem niezliczonych analiz i artykułów opiniotwórczych w prasie amerykańskiej – wszystkie były prowojenną propagandą. Na antenie radiowej i na wizji regularnie rozbrzmiewały opowieści o wojnie. Snuli je dyżurni emerytowani generałowie, byli oficerowie CIA i podżegacze wojenni. Krytyków ani przeciwników amerykańskiego interwencjonizmu nie poproszono, by podzielili się swoimi przemyśleniami z czytelnikami, słuchaczami i widzami.

Nie zmieniło się nic. Ilekroć pojawia się „kryzys” w polityce zagranicznej, nigdy nie przeczytasz, nie usłyszysz ani nie zobaczysz kogoś, kto jest całkowicie przeciwny udziałowi USA. Jego/jej głos na pewno nie pojawi się na stronach Washington Post. Zatem 18 lat za późno, dziesiątki tysięcy unicestwionych istnień ludzkich za późno i bilion dolarów za późno media w końcu zawstydzają zastęp szumowin w garniturach i mundurach. Dużą część winy powinny jednak zarezerwować dla siebie.

Komentarz FAIR.org, organizacji analizującej przekaz medialny nadawców korporacyjnych.

Gazety takie jak Washington Post potrzebują „dostępu” do oficjalnych źródeł, z kolei amerykańscy urzędnicy potrzebują korporacyjnych mediów, by propagować preferowaną interpretację polityki zagranicznej USA w celu manipulowania opinią publiczną. Ta wzajemna relacja wyjaśnia, dlaczego „Dokumenty o Afganistanie” potwierdzają, jak ważną rolę w oszukiwaniu obywateli odegrał sam Washington Post. Nawet w swoich relacjach o ujawnionych materiałach redakcja dziennika mimo wszystko argumentuje, że administracja Donalda Trumpa „nie powinna porzucać Afganistanu w pośpiechu”. Jednym słowem zaleca kontynuowanie okupacji. Nikt z dziennikarzy nie skorzystał z doskonałej okazji, by wyciągnąć merytoryczny wniosek, iż podstęp jest stałym aspektem polityki zagranicznej USA, który nie dotyczy jedynie najazdów militarnych, jakie zdewastowały Wietnam, Irak czy Afganistan. Nikt nie podważył też światopoglądu, który „obiecującym” nazywa prognozowany wzrost liczby zabitych („wrogich”) ludzi w „zwycięskich” wojnach.

Jeff Bezos – właściciel Washington Post i Amazonu, najbogatszy człowiek świata™ i jedna z twarzy cywilizacji śmierci, ma kontrakt z Pentagonem. Multimiliarder zamierza tę współpracę zacieśnić i rozszerzyć.

W latach 2002–2014 w operacji o kabaretowej nazwie Enduring Freedom (pol. Niezłomna wolność) Międzynarodowych Sił Wsparcia Bezpieczeństwa w Afganistanie uczestniczyło ponad 28 tysięcy polskich żołnierzy i pracowników armii. Ogólny koszt tej najemniczej misji sztab generalny szacuje na nieco ponad 6 miliardów złotych. Zginęło w niej 44 wojskowych.

Wpisy powiązane tematycznie: Jak przegrać wojnę (z terroryzmem), której nie było, Wojna zachodnich koncernów zbrojeniowych przeciwko dzieciom, Nieznana statystyka ofiar bez wartości, Kronika techno-wojny

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Oprac. i tłum. exignorant

Opublikowano Imperializm, militaryzm i [neo]kolonializm

Nagła zmiana klimatu w Tasmanii

Skrót raportu Washington Post z 27 grudnia 2019 r.

Pożar, którego nie widać

Zanim ocean dostał gorączki i doświadczył temperatur, których nikt wcześniej nie odnotował, los gigantycznych, starożytnych wodorostów Australii był przesądzony. Rodney Dillon przekonał się o tym kilka lat temu. Pewnego dnia założył mokry skafander i zanurkował w Zatoce Trumpeter, by upolować swój ulubiony przysmak: ślimaka morskiego zwanego abalone. Płynąc pośród lasu wodorostów, zauważył, że zmieniły kolor. Po wyjściu z wody skontaktował się z uczonym z Uniwersytetu Tasmanii. Powiedziałem: „Kolego, nasze wodorosty umierają. Musisz rzucić na nie okiem”.

Kiedy zmiana klimatu dotarła na kraniec świata”, wodorosty kwitnące w chłodnych wodach ucierpiały jako pierwsze. W ciągu minionych dekad tempo ocieplenia oceanu otaczającego Tasmanię, najbardziej wysunięty na południe stan Australii, który jest „bramą na Biegun Południowy”, było prawie czterokrotnie wyższe w porównaniu ze średnią globalną. Zginęło ponad 95% wodorostów – żywych wieżowców o długości niemal 30 metrów, będących habitatem jednych z najrzadszych morskich stworzeń na świecie. Od pierwszych zapisów historycznych te zielone olbrzymy rosły wzdłuż skalistego wschodniego wybrzeża Tasmanii. Teraz trzymają się skrawka w pobliżu Southport – południowego skraju wyspy, gdzie woda jest nieco zimniejsza.

Morze Tasmana znajduje się już powyżej „progu ocalenia”. Prawie jedna dziesiąta planety ogrzała się od początku rewolucji przemysłowej (1750 r.) o ponad 3°C. Nagły wzrost temperatury spowodowany przez cywilizację industrialną radykalnie przekształcił część Ziemi. Dwa z najintensywniejszych podwodnych upałów, jakie kiedykolwiek zarejestrowano, uderzyły w ostatnim czasie jeden po drugim. W 2015–2016 r. temperatury wód między Tasmanią a Nową Zelandią przekroczyły normę o 3°C. Obszar rozgrzany do 2°C był ponad siedem razy większy od samej Tasmanii, wyspy wielkości Irlandii. Dawniej podobne zjawiska trwały w regionie maksymalnie dwa miesiące. Wspomniana fala gorąca utrzymała się cztery razy dłużej.

Umierające wodorosty.

Gwałtowne ocieplenie zabija nie tylko wodorosty. Gatunki ciepłowodne ratują się migracją na dalekie południe do miejsc, które jeszcze kilka lat temu by je uśmierciły. Strojniki, jeżowce, zooplankton, a nawet drobnoustroje z cieplejszej północy zadomowiły się w pobliżu bieguna południowego. Z kolei gatunki lokalne żyjące w wodach zimnych, takie jak ryby żabnicokształtne, nie mają dokąd uciec. Nie mogą już egzystować między dolnym krańcem Tasmanii a Antarktydą. To geograficzna pułapka klimatyczna, powiedział Craig Johnson, który kieruje centrum ekologii i bioróżnorodności w instytucie Uniwersytetu Tasmanii. Zwierzęta morskie występujące wyłącznie w Australii – kangury rdzawoszyje i podwodne koale – wkrótce wymrą. Los ten podzieli wiele innych organizmów. Ta historia nie ma szczęśliwego zakończenia.

Nagłówek Sydney Morning Herald określił warunki panujące w stolicy Australii mianem „apokaliptycznych”. Mieszkańcy duszą się od dymu. Koalicja lekarzy i klimatologów ogłosiła stan zagrożenia dla zdrowia publicznego. Pożary buszu nadeszły wraz rekordowym skwarem, który w stanie Wiktoria zatrzymał się na pięć dni. Piątek przed Bożym Narodzeniem był najcieplejszym dniem grudnia – stacja meteorologiczna w Horsham zarejestrowała 47,9°C. Jednak tragedia rozgrywająca się pod wodą jest znacznie gorsza od holokaustu, jaki ogarnia ląd. Po prostu większość z nas jej nie widzi. Cayne Layton, pracownik naukowy tasmańskiego Instytutu Badań Morskich i Antarktycznych, wyjaśnił, że w 1950 r. wodorosty pokrywały ponad 9 milionów metrów kwadratowych. Dzisiaj żyją na 500 000 metrów. To piękne, ale delikatne rośliny. Aby przetrwać, potrzebują chłodnej, czystej, bogatej w składniki odżywcze wody. Ich siedliska tracą każdą z tych niezbędnych właściwości. Proces ciągle przyspiesza.

Badanie, które oszacowało, iż 95% wielkich wodorostów zostało zabitych przez ocieplenie i zanieczyszczenia, opublikowano 10 lat temu. Od tamtej pory sytuacja uległa pogorszeniu. Lasy podwodne są równie ważne jak lądowe. Wystarczy wyobrazić sobie, jak wyglądałby krajobraz bez drzew, by zrozumieć, co się dzieje w świecie podwodnym pozbawionym wodorostów, powiedział Layton.

W trzeciej dekadzie grudnia 2019 r. obszar Oceanu Spokojnego na wschód od Nowej Zelandii był cieplejszy od średniej o ponad 6°C. Całkowita powierzchnia tego podwodnego inferna była większa od Egiptu – wynosiła ok. 1 080 000 kilometrów kwadratowych. Dwa lata temu upały morskie rozgrzały Nową Zelandię o rekordową wartość – średnia temperatura była latem wyższa od normy o ponad 3°C, a na wybrzeżu kraju pojawiły się tropikalne ryby.

Wpis powiązany tematycznie: Oceany ocieplają się szybciej, niż sądzono, W ciągu trzech lat czas trwania podwodnych upałów wydłużył się trzykrotnie

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Tłum. exignorant

Opublikowano Klimat

Weterynarz o realiach nagłej zmiany klimatu w Australii

Relacja doktor Gundi Rhoades z 26 grudnia 2019 r.

W Inverel byki nie są zdolne do rozmnażania. Stają się bezpłodne z powodu przegrzania jąder. Przez upały klacze nie zachodzą w ciążę, a prosięta i cielęta są ofiarami poronień.

Moja praca tak bardzo się zmieniła. W normalnych warunkach badałbym całe stada, ale już tego nie robię. Zwierzęta gospodarskie zostały sprzedane. Liczba samców rozpłodowych jednego z moich klientów zmniejszyła się z 2 000 do zera.

Dawniej pomagałam rolnikom, którzy podporządkowali swoje dorosłe życie hodowlom kontynuowanym od 80 lat. Zatrzymali przy sobie garstkę zwierząt. Nie mieli serca się z nimi rozstać. Wydając duże kwoty na paszę, bankrutują. Bydło, które sprzedawano za tysiące, teraz wycenia się na 70 dolarów za sztukę. Likwidacja zbyt chudej krowy kosztuje ranczera 130 dolarów.

Wszystko poszło na marne. Padoki są gołe, tamy suche, trawa krucha i brązowa. Region został pozbawiony życia. Od 22 lat jestem lekarzem weterynarii w niegdyś prężnie rozwijającym się mieście w północnej części Nowej Południowej Walii. Potęgowane przez zmianę klimatu upały, susze i pożary buszu zamieniły to miejsce w piekło na Ziemi.

Skala ekstremalnych zdarzeń pogodowych nie ma precedensu. W 20 minut spada nawet 8 centymetrów deszczu. Te ulewy przypominają bomby. Są tak gwałtowne, że znajomy hodowca stracił wszystkie swoje ogrodzenia, a jego tamę zamuliło – musiał użyć koparki, by usunąć błoto.

Na nieruchomościach większości tutejszych rolników nie pozostało nawet źdźbło trawy. Warstwę gleby uprawnej rozwiały wiosną i latem straszliwe wiatry. Właśnie doświadczyliśmy najgorętszych dni w historii. A teraz nie mogę otworzyć okien, bo od dymu pieką mnie oczy i krtań.

Susza w Nowej Południowej Walii.

Przez wiele dni obserwowałam, jak otaczający nas busz zapala się jak chrust na rozpałkę. Moją przychodnię zalała fala ewakuowanych psów, kotów, kóz i koni. Rozpaczliwie potrzebują wody i pożywienia. Obserwowanie wpływu suszy na dziką przyrodę jest rozdzierające. Ludzie codziennie przynoszą nam koale, lotopałanki, oposy, kakadu i kangury. Najciężej znoszę widok niedźwiadków, które umierają z pragnienia. Udaje się nam ocalić jedynie część pacjentów.

Miasto jest zrujnowane. Moja praktyka lekarska skurczyła się o połowę. Co mam począć bez zwierząt, którym zapewniałam opiekę? Tyrałam dzień i noc, by zbudować przyszłość mojej rodziny. Kto zechce odkupić dom i placówkę weterynaryjną w regionie, gdzie bydło przestaje się rozmnażać wskutek 40-stopniowego skwaru? Dzieje się to na czarnej, upieczonej ziemi. Mam 53 lata. Czy potrafię zacząć od nowa?

Zmiana klimatu to moja codzienność. Nie cierpię w tym samym stopniu, co moi przyjaciele, klienci i bezradne zwierzęta. Jako specjalista coraz bardziej martwię się stanem całego świata. Zdarzają się tygodnie, kiedy po prostu płaczę. To cholernie boli. Miewam też chwile, kiedy ogarnia mnie wściekłość i zaczynam przeklinać. Nigdy wcześniej tego nie robiłam.

Według wstępnych szacunków w pożarach australijskich lasów zginęło w ciągu ostatnich miesięcy 2019 r. około 480 milionów zwierząt, w tym prawie 8 000 niedźwiadków koala (jedna trzecia populacji). Ekolodzy z Uniwersytetu Sydney poinformowali 27 grudnia 2019 r., że od września niszczycielski ogień zabija pośrednio lub bezpośrednio ssaki, ptaki i gady. Pożary płoną tak intensywnie i przemieszczają się tak szybko, że śmiertelność zwierząt żyjących na drzewach jest znaczna. Ogień wciąż zajmuje duży obszar i prawdopodobnie nigdy nie znajdziemy ich ciał, powiedział na przesłuchaniu komisji parlamentu Nowej Południowej Walii Mark Graham, ekolog z Rady Ochrony Przyrody.

Rozległych zniszczeń doświadczają rezerwaty przyrody z listy światowego dziedzictwa UNESCO. Do 15 stycznia 2020 r. spłonęło 80% obszaru Gór Błękitnych i 50% Lasów Gondwana – najbardziej rozległych subtropikalnych lasów deszczowych na Ziemi, które istnieją od ery dinozaurów.

Liczba dzikich zwierząt, które padły ofiarą katastrofalnych pożarów, wzrosła do ponad 1 miliarda. Chris Dickman, profesor ekologii z Uniwersytetu Sydney, powiedział 7 stycznia 2020 r., że wynik podany wcześniej był poważnie zaniżony, ponieważ dotyczył tylko obszaru Nowej Południowej Walii i nie uwzględniał pewnych gatunków z uwagi na brak danych o populacjach. Pierwotna liczba – 480 milionów – obejmowała ssaki, ptaki i gady, bo dysponujemy informacjami o zagęszczeniu ich populacji. Szacunek ten nie jest już aktualny. Przy obecnym zasięgu pożarów w Nowej Południowej Walii statystyka ofiar wzrosła do ponad 800 milionów. Niestety, ona też nie odzwierciedla stanu faktycznego. Po wliczeniu nietoperzy, żab i bezkręgowców straty bez żadnych wątpliwości przekraczają 1 miliard. Nawet tę liczbę należy uznać za umniejszającą skalę tragedii, ostrzegł uczony. Ekosystemy nie mogą istnieć bez motyli, pająków i dżdżownic, które dbają o zapylanie, roznoszenie nasion, zdrowie gleb i recykling składników odżywczych. Stanowią też niezastąpione źródło pożywienia dla ogromnej liczby torbaczy, ptaków i ponad 90% jaszczurek. Nie sposób precyzyjnie oszacować, jak wiele bezkręgowców zginęło do tej pory, ale niewątpliwie są to setki miliardów. Dla niektórych gatunków oznacza to nieuchronne wymarcie, wyjaśnił profesor Dickman.

Nic dziwnego, że środowisko życia zanika w Australii w szalonym tempie: 2019 był najcieplejszym rokiem w historii tego kraju. Rządowe Biuro Meteorologii podało 2 stycznia 2020 r., że średnia temperatura odnotowana w ciągu minionych 12 miesięcy była wyższa od średniej z 1750 r. (początek rewolucji przemysłowej) o ponad 2,5°C!

Wpis powiązany tematycznie: Nagła zmiana klimatu w Australii

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Tłum. exignorant

Opublikowano Klimat

Zestawienie aktualizacji: październik/listopad 2019 r.

Raport Pentagonu z 2003 r.: Globalny kataklizm wywołany ‚nagłą zmianą klimatu’ prawdopodobny w ciągu 20 lat:

W lutym 2018 r. Dan Coats, dyrektor Wywiadu Narodowego USA (National Intelligence), który stoi na czele Wspólnoty Wywiadowczej (Intelligence Community), ostrzegł Kongres Stanów Zjednoczonych przed skutkami nagłej zmiany klimatu.

Nagła zmiana klimatu w Australii:

Mapa pożarów: 21.12.2019.

Pożary buszu w Nowej Południowej Walii i Queensland uwolniły od sierpnia do grudnia 250 milionów ton dwutlenku węgla – prawie połowę całkowitych rocznych emisji gospodarki Australii. Spłonęło już dużo więcej obszarów i domów niż podczas najgorszego sezonu zagrożenia pożarowego w historii. Tymczasem żywioł nie wygasa, powiedział Greg Mullins, były Komisarz Straży Pożarnej i Ratownictwa w Nowej Południowej Walii. Podczas mojej służby byłem świadkiem, jak Australia staje się miejscem coraz bardziej suchym, gorącym i nawiedzanym przez coraz intensywniejsze ekstremalne zjawiska pogodowe, dodał urzędnik.

Według danych zbieranych i aktualizowanych przez badaczy z Australii Zachodniej w dniu 20 grudnia 2019 r. pożary znajdowały się w pobliżu każdego większego miasta kraju.

Maskujący efekt aerozoli jest większy, niż sądzono. Modele klimatu znacznie zaniżają tempo globalnego ocieplenia:

Kolejne badanie potwierdza, że maskujący efekt aerozoli został zaniżony ponad dwukrotnie

Zależność między aerozolami (cząstkami stałymi) a efektem chłodzenia Ziemi, jaki powodują poprzez formowanie chmur, jest ponad dwukrotnie silniejsza, niż sądzono wcześniej. Oznacza to, że modele, które prognozują szybkie ocieplenie Ziemi w wyniku nawet częściowej redukcji koncentracji aerozoli, najlepiej odzwierciedlają realia zmiany klimatu. Takie są wnioski badania zamieszczonego 27 listopada 2019 r. w Nature Communications, przeprowadzonego przez uczonych z holenderskiego Instytutu Badań Kosmicznych SRON, Imperial College w Londynie i Uniwersytetu w Lipsku.

Od lat 70. jest wiadomo, że zawieszone w powietrzu cząstki stałe mogą tworzyć chmury, które odbijają więcej światła niż chmury powstające w „czystej” atmosferze. Aerozole przemysłowe są bardzo dobre w tworzeniu kropelek wody, wyjaśnił Otto Hasekamp, główny autor pracy badawczej. W swojej analizie naukowcy wykorzystali nową metodę, opracowaną przez SRON w oparciu o dane z francuskiego satelity POLDER. Dzięki niej udało się określić nie tylko ilość, wielkość i kształt cząstek aerozoli, lecz także ich przydatność jako jąder kondensacji. Uzyskany w ten sposób obraz związku między aerozolami a powodowanym przez nie chłodzeniem jest dokładniejszy niż kiedykolwiek.

W swoim Piątym Raporcie upublicznionym w 2013 r. Międzyrządowy Zespół ds. Zmiany Klimatu ONZ (IPCC) podkreślił znaczenie ówczesnych wyników satelitarnych, które ujawniły słaby wpływ aerozoli na chmury. Tymczasem wiele modeli pokazuje silny efekt, powiedział Hasekamp. Ustaliśmy, iż efekt ten jest faktycznie ponad dwa razy silniejszy, niż wskazują na to szacunki IPCC. Spadek emisji cząstek stałych do atmosfery jest nieunikniony. Oznacza to, że (średnia) temperatura Ziemi będzie rosła szybciej, bo chłodzenie częściowo zniknie. Biorąc pod uwagę różne prognozy klimatyczne, właśnie te bazujące na modelach ‚pesymistycznych’, które zakładają spotęgowanie globalnego ocieplenia, są bardziej prawdopodobne, dodał uczony.

Jak bardzo może przyspieszyć szóste wymieranie planetarne?:

Dane z 2019 r. pokazują, że koncentracje metanu w Arktyce osiągnęły rekordowe poziomy. Laboratorium Badań nad Systemem Ziemi Narodowej Służby Oceanicznej i Atmosferycznej USA (NOAA) przedstawiło kolejne dowody, które potwierdzają wcześniejszą hipotezę, iż w regionie arktycznym dojdzie do katastrofalnych emisji metanu wskutek rozmrożenia wiecznej zmarzliny lądowej i rozpadu hydratów tworzących dno płytkich szelfów kontynentalnych. W sierpniu 2019 r. obserwatorium w Barrow (Alaska) odnotowało wartość stężenia CH4 przekraczającą 2040 ppb (części na miliard). Ten alarmujący wynik nie ma precedensu.

Międzynarodowy zespół naukowców prognozuje, że El Niño pojawi się w 2020 r. Prawdopodobieństwo tego zdarzenia wynosi około 80%, powiedział Hans Joachim Schellnhuber, dyrektor Instytutu Badań nad Konsekwencjami Klimatu w Poczdamie.

Badanie: Cywilizacja przemysłowa jest silnikiem cieplnym:

Antropogeniczne emisje podtlenku azotu (N2O) – gazu cieplarnianego 300 razy silniejszego od dwutlenku węgla – rosną szybciej, niż się spodziewano. Badanie zamieszczone 18 listopada 2019 r. w Nature Climate Change ustaliło, iż kraje Azji Wschodniej i Ameryki Południowej odpowiadają za większą część tego wzrostu. Podtlenek azotu jest uwalniany podczas stosowania nawozów azotowych i naturalnych. Mniejsze jego źródło stanowi spalanie paliw kopalnych i biopaliw. Przesadne nawożenie sprawia, że jego nadmiar „wycieka” z systemu jako amoniak, podtlenek azotu lub jako rozpuszczalne azotany, przenikające do gleb, a następnie do wód gruntowych. Od dziesięcioleci jest wiadomo, że do atmosfery trafia coraz więcej N2O. Jednak od 2009 r. odnotowujemy gwałtowne przyspieszenie tego procesu, powiedział Pep Canadell, dyrektor wykonawczy Global Carbon Project i autor nowej analizy. Większość krajów podaje wartość swoich emisji podtlenku azotu zgodnie z metodologią Międzyrządowego Zespołu ds. Zmiany Klimatu (IPCC). Podejście to zakłada liniową zależność między ilością zastosowanego nawozu azotowego a późniejszymi emisjami N2O, wyjaśnił dr Canadell. Korzystając po raz pierwszy z danych atmosferycznych, pokazujemy, że związek [liniowy] nie istnieje w tych regionach świata, gdzie praktykuje się nadmierne użycie nawozów. Gdy przekroczy ono ilość odpowiadającą potrzebom roślin, następuje ewidentny wykładniczy wzrost emisji podtlenku azotu.

Nagła zmiana klimatu: „Szalone tempo” topnienia wiecznej zmarzliny w Arktyce kanadyjskiej:

Przyspieszające topnienie wiecznej zmarzliny na obszarach arktycznych uwalnia rtęć, która przedostaje się do dróg wodnych, gleby i powietrza. Według naukowców z Uniwersytetu New Hampshire proces ten może spowodować przeobrażenie rtęci w bardziej mobilne i toksyczne jej formy, które uderzą w ludzi i dziką przyrodę zarówno w Arktyce, jak i poza nią. W swoim badaniu opublikowanym 14 października 2019 r. w Geochemical Perspectives Letters uczeni przyjrzeli się realokacji rtęci, czyli jej ruchowi z uprzednio skutych lodem gleb do otaczających środowisk, na północ od koła podbiegunowego (Abisko, Szwecja). Analiza odkryła, iż zmiana krajobrazu spowodowana ociepleniem znacznie zwiększa poziom metylortęci, groźnej neurotoksyny. Autorzy ostrzegają, że jej migracja nie ograniczy się do dalekiej północy i dotrze do innych obszarów – przenoszona przez wodę i wiatr pokonuje bardzo duże odległości. Ze względu na swoje własności metylortęć może stosunkowo łatwo przedostać się do łańcucha pokarmowego, a siła jej destrukcyjnego oddziaływania wzrasta poprzez bioakumulację w wyższych jego ogniwach.

Dodatnie sprzężenia zwrotne klimatu uruchomione przez silnik cieplny cywilizacji przemysłowej:

85. Postępujące zakwaszenie Oceanu Spokojnego u wybrzeży Japonii północnej zwiększa tempo naturalnej produkcji podtlenku azotu (N2O) – gazu cieplarnianego niszczącego warstwę ozonową. Taki wynik przyniosło badanie przeprowadzone przez naukowców z Tokijskiego Instytutu Technologicznego i Japońskiej Agencji Technologii i Nauk Morskich i Ziemskich. Jego szczegóły opublikowano 11 listopada 2019 r. w Nature Climate Change. Rosnące emisje dwutlenku węgla (CO2) powodują spadek pH oceanów. Jeśli ten trend zakwaszenia utrzyma się, wskaźnik generowania N2O w tej części Pacyfiku może na przestrzeni dekad wzrosnąć o 185–491%. Nasza analiza stanowi kolejny dowód na to, że wzrost koncentracji CO2 zaburza naturalne cykle biogeochemiczne, które są bardzo wrażliwe na zmiany środowiskowe, powiedział Florian Breider, główny autor pracy i szef Centralnego Laboratorium Środowiskowego Politechniki Federalnej w Lozannie.

Degradacja lasów nie poddawanych wylesianiu uwalnia ponad 600% więcej CO2, niż sądzono [Scientific American, 8.11.2019]

Badanie opublikowane 30 października 2019 r. w Science Advances odkryło, że w latach 2000–2013 degradacja lasów tropikalnych, których nie poddano wylesianiu, uwolniła o 626% więcej dwutlenku węgla więcej, niż sądzono. Oznacza to, iż tzw. lasy nienaruszone magazynują dużo więcej węgla w żywej materii, martwym drewnie i glebach. Ten „pochłaniacz”, obejmujący też w mniejszym stopniu łąki, usuwa z atmosfery aż jedną czwartą CO2 uwalnianego rokrocznie przez cywilizację przemysłową.

Analiza milionów hektarów obszarów tropikalnych ujawniła ponury fakt: samo uszkodzenie lasu wywołane pożarem, wybiórczą wycinką drzew i suszą wystarczy, by zatracił on swoją zdolność do pochłaniania węgla. Wynik kalkulacji był sześciokrotnie gorszy od szacunków konwencjonalnych, które uwzględniały jedynie wylesianie. Pojedynczy przypadek poważnych szkód prowadzi do strat węglowych trwających przez dziesięciolecia. Poza potęgowaniem ocieplenia klimatu, szkody powodują też zanik różnorodności biologicznej, osłabiają ochronę zlewni, zaburzają wzory opadów i niszczą całe kultury. Obserwowany w czasie badania obszar lasu nienaruszonego został uszkodzony w ponad 7%. Trend znacznie przyspieszył w ostatnich latach. Planuje się zbudowanie dodatkowych 25 milionów kilometrów dróg, a globalne zapotrzebowanie na drewno, minerały i żywność rośnie wykładniczo. Ofiarą są nie tylko tropiki – w strefie umiarkowanej pozostało niewiele nietkniętych lasów. Nawet w północnej strefie borealnej kurczą się one w błyskawicznym tempie.

Nowa era niedoborów żywności – echo upadłych cywilizacji:

Wyniszczające upały nawiedzą równocześnie najważniejsze regiony rolnicze świata

W badaniu opublikowanym 9 grudnia 2019 r. w Nature Climate Change naukowcy ostrzegli, że nawet liniowa zmiana klimatu wywołałaby fale upałów, które uderzyłyby jednocześnie w kilka głównych regionów produkujących zboża. Konsekwencją tego zdarzenia byłyby niedobory żywności i zamieszki. Nieurodzaj w jednej części świata – np. spowodowany klęską żywiołową – był dotychczas równoważony przez import z innych obszarów, gdzie poziom zbiorów był normalny, powiedział Dim Coumou, profesor nadzwyczajny z Wolnego Uniwersytetu w Amsterdamie i pracownik Instytutu Badań nad Wpływem Klimatu w Poczdamie. Jednak zmiana wzoru wiatrów prądu strumieniowego, krążących wysoko nad powierzchnią Ziemi, w połączeniu z coraz wyższymi temperaturami, wywołanymi przez globalne ocieplenie, zagraża uprawom w wielu regionach, uznawanych za najważniejsze dla stabilnego zaopatrzenia świata w żywność. Najbardziej narażony na skoki temperatur jest zachód Ameryki Północnej, Europy, Rosji i Ukrainy, które razem produkują około jednej czwartej podstawowych zbóż takich jak pszenica, kukurydza, soja i ryż. W naszej analizie pokazaliśmy, że za każdym razem, gdy prąd strumieniowy zaczyna falować, wywiera negatywny wpływ na zbiory w tych regionach, dodał Coumou. Do zapowiadanej, równoczesnej, globalnej klęski nieurodzaju dojdzie szybciej wskutek przyspieszającej nagłej zmiany klimatu.

W ocieplającym się świecie roślinność wielu regionów Ziemi zużywa coraz więcej wody, co przyspiesza wysuszanie gleb

Badanie zamieszczone 4 listopada 2019 r. w Nature Geoscience odkryło, że nawet wskutek liniowej zmiany klimatu rośliny w dużej części Ameryki Północnej, Eurazji, Ameryki Środkowej i Południowej zużywałyby więcej wody niż dotychczas i tym samym zmniejszyłyby jej dostępność dla zwierząt, w tym ludzi. Jednak zjawisko będzie miało bardziej ekstremalną postać, ponieważ trwa nagła zmiana klimatu. Jego skutki są już odczuwalne na gęsto zaludnionych obszarach Stanów Zjednoczonych i Europy. W środowisku klimatologów panowało przekonanie, że rośliny zapewnią rozległym regionom planety większą ilość wody. Dlaczego? Otóż wraz ze wzrostem koncentracji dwutlenku węgla w atmosferze flora ogranicza swoje zużycie wody. Wynika to z faktu, iż przy większym stężeniu CO2 rośliny mogą fotosyntetyzować z częściowo zamkniętymi szparkami (tzw. aparat szparkowy znajduje się w liściach). Proces zmniejsza zapotrzebowanie roślin na wodę lądową. Jednak nowa analiza wykazała, że w przypadku większości średnich szerokości geograficznych reakcja roślin na zmianę klimatu doprowadzi do wysuszenia ziemi. Około 60% globalnego strumienia wody trafia z lądu do atmosfery za pośrednictwem roślin. Przypominają one słomkę. Połączone skutki zmiany poziomu ocieplenia klimatu i stężenia dwutlenku węgla zwiększą jej rozmiar. W środkowych szerokościach geograficznych rośliny pozostawią mniej wody w glebach i strumieniach. Nie zniwelują tego ani dodatkowe opady deszczu, ani lepsza wydajność roślinności pod względem wykorzystywania wody. Modele klimatyczne nie odzwierciedlają tej rzeczywistości.

Globalne niedobory wody i ich konsekwencje:

Zaopatrzenie w wodę pochodzącą z gór, które w połowie zaspokaja pragnienie cywilizacji, staje się coraz bardziej nieprzewidywalne, ponieważ wyższe temperatury topią lodowce, zmieniają wzory opadów i poziomy rzek. Na niektórych obszarach, takich jak Alpy, dodatkowa woda z lodowców powoduje gwałtowne powodzie, natomiast kurcząca się pokrywa śnieżna, chociażby w Andach, wywołuje susze. Jesteśmy żałośnie nieprzygotowani na trwającą zmianę. Nasza infrastruktura zbudowana w XIX i XX w. w górach i w dole rzek jest dostosowana do klimatu, który już nie istnieje, powiedział John Pomeroy z kanadyjskiego Uniwersytetu Saskatchewan.

Badania: Katastrofalny wpływ cywilizacji przemysłowej na Amazonię:

Atmosfera Amazonii wysycha

Badanie NASA odkryło, że od 20 lat atmosfera spowijająca las deszczowy Amazonii wysycha, przez co zwiększa zapotrzebowanie na wodę i naraża ekosystemy na pożary i susze. Trend jest wynikiem działalności człowieka. Naukowcy z Laboratorium Napędu Odrzutowego (Jet Propulsion Laboratory – JPL) przeanalizowali dane naziemne i satelitarne z minionych dekad pod kątem ilości wilgoci obecnej w atmosferze oraz potrzebnej do nawodnienia systemu lasów deszczowych. Zauważyliśmy, że na przestrzeni dwóch ostatnich dziesięcioleci powietrze stało się bardziej suche, a zapotrzebowanie na atmosferyczną wodę wzrosło, powiedział Armineh Barkhordarian z JPL, główny autor badania zamieszczonego 25 października 2019 r. w Scientific Reports. Porównując ten trend z wynikami modelowania zmienności klimatu na przestrzeni tysięcy lat, ustaliliśmy, że zmiana suchości atmosfery znacznie wykracza poza to, czego można oczekiwać od naturalnej zmienności klimatu. Za połowę zjawiska odpowiadają podwyższone poziomy gazów cieplarnianych. Reszta jest wynikiem wypalania lasów pod uprawy i wypas bydła. Kombinacja tych praktyk ociepla klimat Amazonii.

Kiedy las płonie, uwalnia do atmosfery cząstki zwane aerozolami – wśród nich jest czarny węgiel, powszechnie nazywany sadzą. Podczas gdy jasne lub półprzezroczyste aerozole odbijają promieniowanie, ciemniejsze aerozole pochłaniają je. Kiedy czarny węgiel absorbuje ciepło promieni słonecznych, powoduje ocieplenie atmosfery; może również zaburzać proces powstawania chmur deszczowych i innych. Lasy deszczowe generują nawet 80% własnych opadów, szczególnie w porze suchej. To delikatne systemy – bardzo wrażliwe na zmiany temperatury i wilgotności powietrza. Mamy do czynienia z kwestią podaży i popytu. Gdy temperatury powietrza rosną, a jego wilgotność maleje, drzewa muszą transpirować (tzn. wydzielać wodę przez liście), aby się schłodzić i wprowadzić więcej pary do atmosfery. Niestety, gleba nie ma dodatkowej wody dla drzew, powiedział Sassan Saatchi z JPL. Nasze badanie ujawniło, że popyt rośnie, a podaż maleje. Jeśli stan ten się utrzyma, las nie będzie w stanie przetrwać.

Destrukcja Amazonii może przekroczyć punkt krytyczny w 2021 r. [The Guardian, 23.10.2019]

Gwałtowna ekspansja wylesiania w połączeniu z niszczycielską polityką rządu i prezydenta Brazylii Jaira Bolsonaro może sprawić, że w 2021 r. amazoński las deszczowy nieodwracalnie przekroczy „punkt krytyczny” – przestanie wytwarzać wystarczającą do przetrwania ilość deszczu, zacznie zamieniać się w sawannę i uwolni do atmosfery miliardy ton węgla, które dodatkowo ogrzeją Ziemię i zaburzą wzorce pogodowe w Ameryce Południowej. Ostrzeżenie pojawiło się w raporcie opublikowanym w październiku 2019 r. przez Monicę de Bolle z amerykańskiego Instytutu Ekonomii Międzynarodowej. Administracja Bolsonaro planuje ekspansję wydobywczą nawet na terenie objętych ochroną rezerwatów, zamieszkiwanych przez społeczności tubylcze. Rolnicy z Amazonii wspierają rządowe ataki na agencje ochrony środowiska. Minister środowiska układa się z drwalami i górnikami, podczas gdy liczba pożarów i rozmiary wycinki rosną w zastraszającym tempie. Narodowy Instytut Badań Kosmicznych Brazylii (INPE) poinformował, że w sierpniu 2019 r. wylesianie skoczyło o 222% w porównaniu z sierpniem 2018 r.

Utrzymanie tegorocznych trendów gwarantuje, iż Amazonia spadnie w przepaść w 2021 r. Szacuje się, że wylesianie zwiększy się czterokrotnie z około 18 000 kilometrów kwadratowych w 2019 r. do prawie 70 000 kilometrów kwadratowych w 2021 r. Mam nadzieję, że autorka raportu jest w błędzie. Jeśli ma rację, to można mówić o końcu świata, przyznał Carlos Nobre, jeden z wiodących brazylijskich klimatologów i starszy badacz Instytutu Studiów Zaawansowanych Uniwersytetu São Paulo. Z kolei Thomas Lovejoy, amerykański biolog ochrony przyrody i wykładowca Uniwersytetu George’a Masona w Fairfax, powiedział, że prognoza może się spełnić, ponieważ globalne ocieplenie, szalona ekspansja wylesiania i pożarów stworzyły „negatywną synergię”, która przyspiesza destrukcję Amazonii. Uczony podkreślił, że sygnałem ostrzegawczym są susze, jakie od pewnego czasu regularnie nawiedzają las.

Bezcenna Amazonia balansuje na krawędzi funkcjonalnego zniszczenia, a my wraz z nią, napisali 20 grudnia 2019 r. na łamach Science Advances Thomas Lovejoy z Uniwersytetu im. George’a Masona i Carlos Nobre z Uniwersytetu São Paulo, którzy od dekady badają największy las deszczowy Ziemi. Dzisiaj znajdujemy się dokładnie w momencie przeznaczenia: przekraczamy punkt krytyczny, stwierdzili uczeni.

Nagła zmiana klimatu: Rozpad lądolodu Grenlandii przyspiesza:

Zanik pokrywy lodowej Grenlandii postępuje coraz gwałtowniej: badanie opublikowane 15 października 2019 r. w Geophysical Research Letters ujawniło, iż najstarszy i najgrubszy lód Arktyki topnieje tam dwa razy szybciej niż młody. Przez lata naukowcy sądzili, że lądolód grenlandzki, drugi co do wielkości rezerwuar słodkiej wody na świecie, będzie „ostatnim obszarem lodu” – miejscem, które jako ostatnie straci lód całoroczny. Wcześniejsza analiza, zamieszczona 7 maja 2019 r. w Proceedings of National Academy of Sciences, odkryła, że potężne pokłady lodu Grenlandii topnieją latem dwa razy szybciej niż dziesięć lat temu, a od 1998 r. nie powstaje już nowy lód. Trend sugeruje, iż zimy stały się zbyt ciepłe, by podtrzymać ten proces.

Tragikomedia inżynierii klimatycznej:

Technologie wychwytywania dwutlenku węgla przynoszą więcej szkód niż pożytku [Phys.org, 25.10.2019]

Badanie przeprowadzone przez Marka Z. Jacobsona z Uniwersytetu Stanforda, opublikowane 21 października 2019 r. w Energy and Environmental Science, odkryło, że technologie wychwytywania dwutlenku węgla przynoszą więcej szkód niż pożytku. Różne scenariusze [łagodzenia zmiany klimatu] opracowano przy założeniu, że technologia wychwytywania CO2 znacznie zmniejszy emisje węgla. Jednak moja analiza wykazała, iż robi to w minimalnym stopniu, za to poważnie zwiększa zanieczyszczenie powietrza, powiedział Jacobson, profesor inżynierii lądowej i środowiska, a także starszy pracownik Instytutu Środowiskowego Stanforda Woodsa. W swojej analizie autor wykorzystał powszechnie dostępne dane z elektrowni zaopatrzonej w urządzenia wychwytujące węgiel oraz zakładu, który bezpośrednio usuwa węgiel z atmosfery. W obu przypadkach proces zasilany był prądem generowanym przez gaz ziemny.

Uczony obliczył poziom redukcji CO2 netto i całkowity koszt wychwytywania dwutlenku węgla, uwzględniając energię elektryczną potrzebną do uruchomienia sprzętu wychwytującego węgiel, spalanie i emisje wynikające ze zużycia tej elektryczności. W przypadku elektrowni węglowej składową kalkulacji były też emisje upstream z wycieków, spalania, wydobycia i transportu paliwa (węgla lub gazu ziemnego). Według dotychczasowych szacunków, które obejmowały wyłącznie węgiel wychwytywany podczas produkcji energii w samej elektrowni, z pominięciem emisji upstream, technologia miała zapobiegać wprowadzeniu do atmosfery 85-90% CO2.

Kiedy Jacobson wyliczył wszystkie emisje tych zakładów, zamienił je na odpowiednik dwutlenku węgla i porównał z szacunkami standardowymi. Okazało się, iż w obu przypadkach sprzęt wychwycił średnio równowartość 10-11% CO2 wyemitowanego w ciągu 20 lat. Praca badawcza objęła również społeczne następstwa wychwytywania dwutlenku węgla – w tym zanieczyszczenie powietrza, potencjalne problemy zdrowotne, koszty ekonomiczne i ogólny wkład w zmianę klimatu – które były zbliżone lub gorsze od eksploatacji zwykłych elektrowni, napędzanych paliwami kopalnymi i niewychwytujących węgla, i gorsze niż pozostawienie węgla w powietrzu.

Wymarcie gatunków morskich przed rokiem 2048:

Oceany tracą oddech

Podczas oenzetowskiej konferencji klimatycznej COP25 w Madrycie eksperci ostrzegli, że oceany tracą tlen w niespotykanym dotąd tempie – mnożą się „strefy wód martwych”, a setki innych obszarów doświadczają niebezpiecznych spadków jego koncentracji. Przyczyną jest nagła zmiana klimatu i intensywne praktyki rolnicze. Trend uderza szczególnie w gatunki dużych ryb. Wiele ważnych ekosystemów znajduje się już na skraju upadku. „Strefy wód martwych”, w których tlenu po prostu nie ma, w ciągu ostatniego półwiecza zwiększyły swoją liczebność czterokrotnie. Z kolei obszarów, gdzie tlen ma niebezpiecznie niski poziom, jest dzisiaj 700 – w 1960 r. było ich 45. Autorzy raportu z Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody podkreślili, że niektóre rejony oceanów zawierają naturalnie mniej tlenu, co czyni je szczególnie podatnymi na uszkodzenia spowodowane jego niedoborami.

Systemy życia Ziemi w stanie szybkiego zanikania:

Obszary chronione nie redukują destrukcyjnego wpływu cywilizacji przemysłowej na przyrodę

Obszary chronione obejmują obecnie trochę ponad 20 milionów kilometrów kwadratowych, czyli około 15% powierzchni Ziemi. Badanie opublikowane 28 października 2019 r. w Proceedings of National Academy of Sciences odkryło, że szybkie ich rozprzestrzenienie w ramach 11 Celu Planu Strategicznego dla Różnorodności Biologicznej doprowadziło do ustanowienia wielu takich obszarów, które w ogóle nie zmniejszają antropogenicznej presji na planetarne życie. Naukowcy z Uniwersytetu Cambridge zebrali dane z 152 krajów, aby sprawdzić w jakim zakresie władze redukują negatywny wpływ działalności gospodarczej na bioróżnorodność. Analiza objęła 12 315 obszarów chronionych. Okazało się, iż w ciągu ostatnich 15 lat na ich większości doszło do znacznego pogorszenia sytuacji. Szybkie wyznaczenie nowych obszarów chronionych, podyktowane chęcią osiągnięcia globalnych celów strategicznych, raczej nie powstrzyma przyspieszającego wymierania gatunków, przyznał Jonas Geldmann z Instytutu Badań nad Ochroną Przyrody, główny autor badania. Najbardziej oszałamiające jest to, że w Ameryce Południowej, Azji Południowo-Wschodniej i Afryce Subsaharyjskiej naciski będące bezpośrednim skutkiem ekspansji cywilizacji przemysłowej, zwłaszcza przekształcanie przyrody w użytki rolne, były największe właśnie na obszarach chronionych.

Chiny mają plan:

Według oficjalnych danych Ministerstwa Środowiska i Ekologii (sic) Chin w 2018 r. kraj wrzucił do wód przybrzeżnych rekordową w tym dziesięcioleciu ilość odpadów: 200,7 miliona metrów sześciennych. W 2017 r. było ich mniej o 27%. Resort dodał, że większość śmieci trafiła do delt Jangcy i Rzeki Perłowej, gdzie znajdują się główne strefy przemysłowe wschodniego wybrzeża Chin.

Węgiel ponownie priorytetem Chin [Financial Times, 25.11.2019]

Vincent Yu, zastępca dyrektora generalnego chińskiego koncernu Yingli Solar, skarży się, że interesy idą kiepsko. Od dwóch lat odczuwamy ogromną presję. Subsydia na projekty związane z energią słoneczną zostały zmniejszone, powiedział Yu. Według jego szacunków wartość mocy dodanej przez energetykę słoneczną w 2019 r. będzie w Chinach niższa o 40% w porównaniu z 2017 r. – osiągnęła wówczas swój szczyt (53 gigawatów). Yingli był największym na świecie producentem paneli słonecznych w 2012 i 2013 r. Od 2016 r. firma zalega ze spłatą zobowiązań. Mimo że nadal wytwarza panele słoneczne, jej fabryki generują straty, a najcenniejszym majątkiem jest posiadana ziemia. Yingli to najbardziej znana ofiara zmiany strategii rządowej, której skutki odczuwa cały sektor energii odnawialnej kraju – niegdyś światowy lider branży. Chińskie inwestycje w tzw. czystą energię gwałtownie maleją – z 76 miliardów dolarów w pierwszej połowie 2017 r. do 29 miliardów dolarów w pierwszej połowie 2019 r. Chiny są też największym na świecie budowniczym nowych elektrowni węglowych. Międzynarodowa Agencja Energetyczna (IEA) podała, że w 2018 r. chińskie emisje dwutlenku węgla osiągnęły rekordowo wysoki poziom – odpowiadały za ponad połowę globalnego ich wzrostu związanego z wytwarzaniem elektryczności.

Bloomberg New Energy Finance poinformował, iż chińskie emisje CO2 będą w 2019 r. wyższe o około 3% niż w 2018 r. Inwestycje kraju w odnawialne źródła energii spadły w pierwszej połowie 2019 r. o 39%. Pięć lat temu, kiedy gospodarka rosła w szybkim tempie, Pekin uznawał politykę ochrony środowiska za podstawę transformacji gospodarczej, polegającej na stopniowym odchodzeniu od energochłonnego przemysłu ciężkiego. Dzisiaj gospodarka rośnie najwolniej od 30 lat. W ramach inicjatywy „Jeden Pas, Jeden Szlak” banki państwowe przeznaczyły ponad 30 miliardów dolarów na uruchomienie zagranicznych elektrowni opalanych węglem. Li Keqiang, premier Chin, w zeszłym miesiącu potwierdził, że węgiel znowu jest priorytetem. Kraj pozostaje największym jego producentem. Wielu analityków uważa, iż decydują o tym z jednej strony względy bezpieczeństwa energetycznego, a z drugiej konieczność pobudzania aktywności  gospodarczej tańszą energią.

Ostatnia ofensywa przeciwko obrońcom życia:

Zapisy COP21 (tzw. porozumienia paryskiego) z 2015 r. gwarantujące prawa człowieka, prawo do zdrowia oraz prawa ludności tubylczej zostały usunięte z oficjalnych dokumentów COP25, Konferencji Stron Ramowej Konwencji ws. Zmian Klimatu, która odbyła się 2–13 grudnia 2019 r. w Madrycie.

Rekordowe globalne wydatki na zbrojenia:

Według raportu opublikowanego 9 grudnia 2019 r. przez sztokholmski Międzynarodowy Instytut Badań nad Pokojem stu największych światowych producentów broni i kontrahentów wojskowych zaksięgowało w 2018 r. rekordowe zyski. Całkowita sprzedaż opiewała na sumę 420 miliardów dolarów. W 2017 r. była niższa o 4,6%. W porównaniu z 2002 r. była wyższa aż o 47%. Ze względu na brak „wiarygodnych danych” analiza nie objęła Chin. O tak znacznym wzroście podaży zdecydowały wyniki pięciu korporacji amerykańskich. Firmy europejskie zwiększyły swój zbyt tylko o 0,7% – jego łączna kwota to 102 miliardy dolarów. Wytwórcy rosyjscy odnotowali spadek o 0,4% – zeszłoroczna sprzedaż zamknęła się w kwocie 36,2 miliarda dolarów. 27 największych potentatów branży pochodzi z Europy – liderami w tej grupie są Wielka Brytania i Francja. Listę 100 najważniejszych koncernów zbrojeniowych dopełniają Izrael, Indie, Korea Południowa, Japonia, Turcja, Australia, Kanada i Singapur.

Rekordowe zadłużenie świata:

Według nowego raportu opublikowanego 21 listopada 2019 r. przez Międzynarodowy Instytut Finansów (International Institute of Finance – IIF) globalny dług osiągnął w pierwszej połowie 2019 r. rekordowo wysoki poziom. Wzrost zadłużenia o 7,5 biliona dolarów napędzały w tym okresie Stany Zjednoczone i Chiny. IIF podał, że ogólna suma zobowiązań świata to 250,9 biliona dolarów. Do końca 2019 r. z pewnością przekroczy 255 bilionów. Chiny i USA odpowiadały za ponad 60% tego skoku. Podobnie bezprecedensową wartość miał dług rynków wschodzących: 71,4 biliona dolarów USD (220% PKB). Rekordowo niskie stopy procentowe banków centralnych ułatwiają przedsiębiorstwom i państwom zaciąganie coraz większych pożyczek. Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) ostrzega przed zadłużeniem korporacyjnym wysokiego ryzyka. Prawie 40% (około 19 bilionów dolarów) długu korporacyjnego USA, Chin, Japonii, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Francji, Włoch i Hiszpanii jest zagrożonych niewypłacalnością spowodowaną przez globalną zapaść gospodarczą. Bankierzy centralni zwyczajowo nie podzielają zaniepokojenia. Prezes Systemu Rezerwy Federalnej (FED) Jerome Powell powiedział, że nie widzi żadnych baniek, ani bezpośrednich niebezpieczeństw związanych z deficytem idącym w biliony dolarów. Podobnych słów przed krachem 2007–2008 użył ówczesny szef FED-u Ben Bernanke.

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Oprac. exignorant

Opublikowano Aktualizacje