Pandemia przyspieszy upadek gospodarki globalnej

Analiza Gail Tverberg z 31 marca 2020 r. Autorka jest badaczką energii i gospodarki. Jako aktuariuszka zajmowała się do 2007 r. modelowaniem finansowym branży ubezpieczeniowej. Ze względu na swoje doświadczenie zagadnienia energetyczne rozpatruje z innej perspektywy niż większość analityków. Publikuje artykuły naukowe i jest częstym prelegentem na konferencjach międzynarodowych.

Gospodarki nie podniosą się po kwarantannie

Zaprzestanie aktywności gospodarczej zapobiega rozprzestrzenianiu się COVID-19. Jednak po wyłączeniu gospodarki niezwykle trudno jest przywrócić jej funkcjonowanie do dawnego poziomu. Im dłużej trwa paraliż, tym poważniejszym staje się problem. Głównym powodem, dla którego gospodarki będą miały trudności z ruszeniem z miejsca, jest to, że gospodarka światowa była w bardzo złym stanie przed uderzeniem koronawirusa.

Zachowanie dystansu społecznego podczas epidemii sprawdziło się w 1918–1919. Od tamtej pory model gospodarczy uległ przeobrażeniu. Według mojej analizy w 2020 r. gospodarka świata nie wytrzyma dłuższych przestojów. Ceny licznych towarów (w tym ropy, miedzi i litu) spadną i będą zbyt niskie dla producentów, co zaburzy płynność ich podaży. Z kolei zerwane łańcuchy dostaw mogą doprowadzić do ograniczenia lub całkowitego braku dostępu do wielu produktów. Trendy te mogą przyspieszyć upadek globalny.

Poniżej opisuję wybrane przyczyny moich obaw.

[1] Gospodarka to samoorganizujący się system, który może rosnąć tylko w odpowiednich warunkach. Spowodowane przedłużającym się przestojem unieruchomienie dużej liczby przedsiębiorstw i likwidacja odpowiadających im stanowisk pracy bez wątpienia wywrze szkodliwy wpływ na gospodarkę.

Ilustr. nr 1. „Patyczki Leonarda” – gospodarka sieciowa i jej różne elementy (od lewej: podatki, płace, pracownicy, państwa, firmy, rządy, konsumenci, produkty energetyczne, przepisy prawa i ceny).

Gospodarka to samoorganizujący się system sieciowy, który rośnie w sprzyjających okolicznościach. Próbowałam to wyjaśnić na ilustracji nr 1. Przedstawia ona zabawkę budowlaną. Rozwój gospodarki przypomina wznoszenie wielowarstwowej struktury.

Dokładny skład gospodarki zmienia się nieustannie. Powstają nowe firmy; nowi konsumenci dorastają i podejmują pracę. Rządy egzekwują prawa związane z poborem podatków i redystrybucją bogactwa. Konsumenci decydują, które produkty nabędą, w oparciu o wartość swoich wynagrodzeń, ceny towarów, dostępność kredytu i stopę jego oprocentowania. Do produkcji towarów i usług wykorzystywane są różne surowce.

W tym samym czasie znikają niektóre podmioty. Większe przedsiębiorstwa kupują mniejsze; klienci umierają lub przenoszą się. Zbędne artykuły są wycofywane. Wnętrze kopuły pustoszeje.

Zamknięcie na dłuższy czas mnóstwa firm przyniesie negatywne skutki:

> Mniej towarów będzie wytwarzanych; mniej usług będzie świadczonych.

> Wielu pracowników dostanie zwolnienia czasowe lub definitywne. Nie będą dysponować środkami na zakup dóbr i usług. Wielu bezrobotnych będzie zalegać z czynszem i nie poradzi sobie z regulowaniem innych zobowiązań.

> Zwolnieni pracownicy nie będą w stanie płacić podatków. W konsekwencji rządy państwowe i regionalne zmniejszą swoje wydatki socjalne i inne.

> Jeżeli podaż towarów i usług spadnie, to samo spotka popyt. Następstwem będą bardzo niskie ceny surowców takich jak ropa naftowa i miedź.

> Producenci, linie lotnicze i branża turystyczna najpewniej wpadną w spiralę kurczenia się, co dodatkowo zwiększy liczbę zwolnień pracowników.

> Zerwane łańcuchy dostaw będą poważną komplikacją. Przykłady: brak części z Chin doprowadził do zamknięcia fabryk samochodów na całym świecie; samoloty nie mają wystarczającej pojemności ładunkowej – dotychczas transport części dóbr odbywał się za pośrednictwem lotów pasażerskich, których liczba została zredukowana.

Skutki przedłużającego się braku aktywności ekonomicznej będą coraz bardziej destabilizujące. Jest to jednoznaczne z usunięciem kilku elementów z ilustracji nr 1. Marginesy – np. przechowywanie części zamiennych w magazynach – mogą pełnić rolę bufora tylko przez pewien czas. Pozostałe obszary gospodarki stopniowo utracą zdolność do wzajemnego zachowania równowagi. A że gospodarka była w złej formie przed wprowadzonymi przestojami, może dojść do jej załamania.

[2] Gospodarka światowa przekroczyła granice dostępności surowców jeszcze przed epidemią. W takim samym położeniu znalazły się dawne gospodarki, które upadły. Koronawirus popycha gospodarkę globalną ku upadkowi.

Przekroczenie granic dostępności surowców oznacza, iż „cywilizacja przemysłowa wyszła poza limit pojemności środowiskowej planety”. Zbiorowość zamieszkująca daną okolicę nie może zapewnić sobie pożywienia i drewna opałowego, ponieważ jej powiększająca się populacja/konsumpcja nie dysponuje już niezbędną ilością zasobów – gruntów ornych, energii słonecznej, zwierząt pociągowych i technologii.

Niemałe grono naukowców zajmowało się badaniem upadków. W książce Secular Cycles (tyt. pol. Świeckie cykle) autorzy Peter Turchin i Siergiej A. Niefiedow przybliżają przykłady ośmiu upadłych gospodarek rolnych. Na ich bazie opracowałam ilustrację nr 2:

Ilustr. nr 2. Wykres na podst. „Świeckich cykli” P.  Turchina i S.A. Nefedova. Przebieg upadku: wzrost populacji (100+ lat), stagflacja (50-60 lat), kryzys/upadek (20-50 lat).

Gospodarki rosną przez wiele lat, zanim liczebność ich populacji nie wykroczy poza pojemność środowiskową zajmowanego terenu. Następnie wchodzą w fazę stagflacji, podczas której wzrost liczby ludności i PKB spadają. Piętrzące się zadłużenie staje się bolączką, podobnie jak pogłębiająca się przepaść w sferze wynagrodzeń i zamożności.

Ostatecznie nadchodzi kryzys permanentny. Problemy okresu stagflacji ulegają wówczas znacznemu spotęgowaniu (nierówność płac i bogactwa; zadłużanie się osób o niskich dochodach). Zachodzą zmiany prowadzące do gwałtownej redukcji PKB i populacji. Szaleją konflikty o surowce. Osłabiane gospodarki są atakowane z zewnątrz.

Ponadto przy wysokim poziomie nierówności płac i bogactwa rządzącym coraz trudniej jest ściągać podatki. Bywa że dochodzi do obalenia rządów wskutek wzbierającego niezadowolenia społecznego. W pewnych przypadkach rząd po prostu upada (patrz: ZSRR w 1991 r.).

Co ciekawe, epidemie również pojawiają się na etapie schyłkowym. Eksplozja demograficzna sprawia, iż ludzie żyją bliżej siebie, co zwiększa ryzyko rozprzestrzenienia patogenów. Osoby o niskich zarobkach nie odżywiają się zdrowo. W rezultacie ich osłabiony układ immunologiczny nie radzi sobie z chorobami zakaźnymi. Częścią procesu upadku jest nierzadko wymarcie części ludności wskutek choroby zakaźnej.

Patrząc wstecz na ilustrację nr 2 wnioskuję, że obecny cykl gospodarczy zapoczątkowała około 1800 r. intensywna eksploatacja paliw kopalnych. W fazę stagflacji gospodarka globalna weszła w latach 70. XX w. – wtedy po raz pierwszy załamało się zaopatrzenie w ropę naftową. Wielka recesja 2008–2009 znaczy początek schyłku gospodarki światowej w obecnym cyklu. Jeśli moja ocena jest trafna, należy spodziewać się pandemii, wojen i innych katastrof.

Świat zderzył się z granicami wzrostu przed pokłosiem kwarantanny. Można założyć, że będzie nim szybszy spadek produkcji per capita. Nie jest wykluczone, że tu i ówdzie po zniesieniu zakazów obywatele spróbują obalić rządy.

[3] Pojemność środowiskowa Ziemi jest „zwiększana” przez dostawy energii. Główną barierą od 2014 r. są zbyt niskie ceny ropy dla koncernów wydobywczych. Epidemia pogarsza tę tendencję.

Gospodarka globalna konfrontuje się z problemem niedoboru surowców, który przejawia się niskimi cenami towarów i nadmierną dysproporcją zarobków i zamożności.

Większość ekonomistów nie odkryła, że z punktu widzenia fizyki gospodarki są strukturami rozpraszającymi. Te samoorganizujące się systemy rozrastają się (przynajmniej) przez pewien czas. Huragany (zasilane energią z ciepłej wody) i ekosystemy (zasilane światłem słonecznym) są innymi przykładami struktur rozpraszających. Ludzie także są strukturami rozpraszającymi – zasila nas energia czerpana z żywności. Gospodarki potrzebują wkładów energetycznych zasilających procesy, które kojarzymy z generowaniem PKB (rafinacja metali i transport towarów). Elektryczność jest formą energii.

Energia może być wykorzystana do obejścia deficytów wybranych surowców naturalnych. Gdy brakuje wody pitnej, produkty energetyczne można wykorzystać do budowy zakładów odsalania. Gdy brakuje fosforytów do nawożenia, produkty energetyczne pomogą w pozyskaniu tych skał z trudno dostępnych miejsc.

Wzrost zużycia energii nie tylko dobrze koreluje ze wzrostem gospodarki globalnej: wydaje się warunkować wzrost PKB, co sugeruje, iż to właśnie on pozwala na ten wzrost.

Ilustr. nr 3. Wzrost światowego PKB (linia niebieska) a wzrost zużycia energii (linia czerwona) na podst. danych BP (Przegląd Statystyczny z 2018 r.) i Banku Światowego.

Ekonomiści często nie dostrzegają faktu, że wydobycie koniecznej ilości paliw kopalnych (lub wszelkiego rodzaju surowców) stwarza dwustronny dylemat cenowy. Ceny muszą być:

1. Wystarczająco wysokie dla korporacji wydobywczych, aby zapewnić im zysk po odliczeniu podatków.

2. Wystarczająco niskie dla konsumentów, aby było ich stać na kupienie produktów wytworzonych dzięki tym surowcom.

Większość ekonomistów uważa, iż niewystarczająca podaż produktów energetycznych podniesie ich ceny. Tymczasem sytuacja w gospodarce sieciowej wydaje się być dokładnie odwrotna. Niewystarczająca podaż energii oznacza nadmierną nierówność płac i bogactwa. Powoduje ona, że ceny surowców są zbyt niskie dla firm wydobywczych. Ostatnio ceny ropy WTI oscylowały w granicach 20 dolarów za baryłkę (ilustr. nr 4).

Ilustr. nr 4. Dzienna cena ropy WTI na podst. danych EIA (okres od 3.01.2011 do 3.01.2020).

Kwestia niskich cen surowców dotyczy w istocie przystępności cen. Dobra takie jak samochody, domy z ogrzewaniem i klimatyzacją, czy podróże wakacyjne są poza zasięgiem osób o niskich uposażeniach. W rzeczywistości mogą one mieć trudności z zapewnieniem sobie regularnych posiłków. Wydatki ludzi bogatych nie równoważą braku wydatków ludzi biednych, ponieważ bogacze dysponują pieniędzmi inaczej. Kupują też usługi takie jak planowanie podatkowe i prywatna edukacja dzieci. Wymagają one proporcjonalnie mniejszego zużycia surowców.

Problem niskich cen towarów staje się szczególnie dotkliwy w krajach je eksportujących. Producenci mają trudności z wypłaceniem uposażeń pozwalających robotnikom na prowadzenie godziwej egzystencji. Ponadto rządy nie są w stanie ściągnąć podatków niezbędnych do sfinansowania świadczonych obywatelom usług (np. transport publiczny). Ta kombinacja może wzniecić protesty obywateli grożące obaleniem rządów.

[4] Rządy i banki centralne nie zdołają naprawić wszystkiego.

Rządy mogą przekazać obywatelom czeki, aby zapewnić im dostateczne kwoty na nabycie artykułów spożywczych. Zabieg ten może utrzymać cenę produktów żywnościowych na satysfakcjonującym producentów poziomie. Jednak zerwane łańcuchy dostaw mogą powodować niedobory. Przykład: jajka nie dotrą do sklepów bez kartonów.

Banki centralne mogą przejąć rolę nabywców różnych aktywów, w tym obligacji czy nawet akcji. W ten sposób poradzą sobie z utrzymaniem rozsądnie wysokich cen na giełdzie papierów wartościowych. Jeżeli wykorzystają wymaganą liczbę trafionych sztuczek, być może uda im się sztuka zachowania wysokich cen mieszkań i gospodarstw.

Banki centralne mogą również pójść na rękę rządom i utrzymać niskie – a nawet ujemne w trybie krótkoterminowym – stopy procentowe. Ratingi kredytowe przedsiębiorstw, których rentowność spadła, prawdopodobnie zostaną obniżone. Koszty spłacania odsetek pójdą w górę – także w przypadku, gdy kredytobiorcy uznawani za bardziej wypłacalnych pozostaną ze względnie niskim oprocentowaniem.

Jednym z obszarów, w którym rządy i banki centralne cierpią na praktyczną bezradność, są niskie ceny surowców używanych przez przemysł – m.in. ropy naftowej, gazu ziemnego, węgla, miedzi i litu. Są one przedmiotem handlu międzynarodowego, zatem wsparcie finansowe powinno objąć cały rynek światowy. Jedną ze strategii mających podnieść ceny byłby zakup i przechowanie dużych ich ilości. Jest to podejście niepraktyczne, ponieważ nikt nie ma dość przestrzeni magazynowej.

Innym rozwiązaniem byłaby próba stymulowania globalnego popytu na dobra i usługi. (Wytworzenie tych dóbr i usług pochłonęłoby większą ilość surowców, a zatem podniosłoby ich ceny.) Zrealizowanie tego założenia wiązałoby się z przekazaniem funduszy ubogim obywatelom Indii, Bangladeszu i Nigerii. Osoby te mogłyby wówczas pozwolić sobie na kupienie aut, mieszkań i innych produktów. Wysyłanie czeków wyłącznie uczestnikom własnej gospodarki nie byłoby wystarczające. Jest mało prawdopodobne, że Stany Zjednoczone i Unia Europejska podejmą się takiego zadania.

Ludzie, którzy na jakiś czas stracą pracę, będą zalegać z płatnościami – np. czynszem i ratami za samochód. Nie zdecydują się na nabycie nowego pojazdu lub telefonu, gdyż uzyskana pomoc pokryje jedynie wydatki na artykuły pierwszej potrzeby. Ich sprawunki będą szczupleć. Popyt na większość dóbr nie wzrośnie.

Ten brak popytu utrudni firmom uzyskanie dawnego, opłacalnego pułapu produkcji po wznowieniu działalności. Dlatego zatrudnienie i sprzedaż będą niskie, mimo stopniowego rozruchu gospodarki. Chiny borykają się już z tym problemem. The Wall Street Journal informuje, że gospodarka państwa podnosi się powoli i chwiejnie; jednym z symptomów jest brak zatrudnienia dla absolwentów szkół wyższych.

[5] Istnieje duże prawdopodobieństwo, że problem COVID-19 nie ulotni się nawet wtedy, gdy gospodarkom uda się „spłaszczyć” krzywą zachorowań.

Spłaszczenie” krzywej zachorowań ma uchronić szpitale i inne placówki opieki medycznej przed przepełnieniem. Oznacza to, że odporność stadna budowana jest powoli, co grozi powstaniem nowych ognisk epidemii. Można zatem spodziewać się, że wraz ze zniesieniem izolacji społecznej COVID-19 ponownie nawiedzi te same lokalizacje. Schemat znamy z przeszłości: epidemia grypy hiszpanki przetoczyła się przez świat trzykrotnie w 1918–1919. Druga fala była najbardziej zabójcza.

Analiza przeprowadzona przez badaczy z Harvardzkiej Szkoły Zdrowia Publicznego (Harvard School of Public Health) stwierdziła, iż pandemia koronawirusa może powracać falami aż do 2022 r., a później sezonowo. Perspektywa kolejnych cykli dystansowania społecznego jest realna:

Pojedynczy okres zachowywania dystansu społecznego nie będzie wystarczający, aby powstrzymać epidemię COVID-19 przed nadwyrężeniem wydolności służby zdrowia w zakresie intensywnej opieki nad chorymi, ponieważ w każdym rozważanym scenariuszu po zakończeniu tego kresu pozostaje dość podatnej na zakażenie ludności, by nastąpiło wznowienie transmisji wirusa, która spowoduje epidemię nadwyrężającą wspomnianą wydolność.

Nawet jeśli za kilka tygodni będzie wyglądało na to, że problem COVID-19 został rozwiązany, powrót epidemii może nastąpić za kilka miesięcy. Przez tę niepewność przedsiębiorstwa nie będą skłonne inwestować w nowe przedsięwzięcia. Nie zatrudnią dodatkowych pracowników. Emeryci nie kupią biletów na statki wycieczkowe. Konsumenci raczej nie zapomną, że samoloty są potencjalnym miejscem przenoszenia choroby.

Wnioski

Gospodarka światowa była blisko krawędzi przed atakiem COVID-19. Różnice w poziomach wynagrodzeń i bogactwa stanowiły już poważny problem. Lokalne populacje sprzeciwiały się obecności i dalszemu napływowi imigrantów m.in. ze względu na topniejące szanse na zatrudnienie. W kilkudziesięciu państwach wybuchły protesty – wyzwalaczem było niezadowolenie z sytuacji gospodarczej.

Kwarantanna tymczasowo eliminuje demonstracje, ale z pewnością nie poprawia panujących warunków ekonomicznych. Wręcz przeciwnie – wyłączenie gospodarek pomnoży zastępy biednych i bezrobotnych. Co więcej, niezależnie od sum wpompowanych w system przez banki centralne, zredukuje ona całkowitą ilość dostępnych towarów i usług. Wielu ludzi faktycznie zubożeje.

Zaraz po zakończeniu kwarantanny okaże się, że gospodarka globalna jest w gorszej kondycji niż wcześniej. Kiedy firmy wznowią działalność, możemy spodziewać się rozlewu i nasilenia niepokojów społecznych i podziałów politycznych. Niektóre rządy upadną bez popychania, inne zostaną obalone. Obawiam się, że gospodarka światowa znajdzie się bardzo blisko upadku ogólnego.

Niestety, powyższy artykuł nie uwzględnił kluczowych następstw pary zjawisk, które są najważniejsze z punktu widzenia przetrwania ludzkości i planetarnego życia – nagłej (nieodwracalnej) zmiany klimatu i wielkiego wymierania gatunków, nazywanego w literaturze badawczej „biologiczną zagładą”. Po „czarnym łabędziu” (pandemia) nadleci „zielony”.

Według raportu Banku Rozrachunków Międzynarodowych (Bank of International Settlements – BIS) opublikowanego w styczniu 2020 r. katastrofa klimatyczna, określana też mianem „zielonego łabędzia”, doprowadzi do upadku globalnego systemu finansowego. Podobnie jak w przypadku „czarnego łabędzia”, kataklizm nastąpi praktycznie bez ostrzeżenia. Autorzy przyznają, iż światowe banki centralne nie dysponują środkami, które byłyby w stanie uporać się z serią kryzysów wywołanych zmianą klimatu. Nie można się od nich ubezpieczyć ani przed nimi zabezpieczyć. Różnica między „zielonym” a „czarnym łabędziem” sprowadza się do tego, że ten pierwszy z całą pewnością nadejdzie. Zdarzenie to jest nieporównanie poważniejsze niż większość systemowych kryzysów finansowych: stanowi egzystencjalne zagrożenie dla ludzkości, ostrzegł raport. BIS to organizacja złożona z 60 banków centralnych świata, w tym Rezerwy Federalnej USA i Europejskiego Banku Centralnego. Krótko mówiąc, najpotężniejsze instytucje finansowe alarmują, iż nowy globalny kryzys finansowy wywołany zmianą klimatu uczyni banki centralne i organy nadzoru finansowego bezsilnymi.

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Tłum. exignorant

Opublikowano Gospodarka, finanse, surowce i energia

Nagła zmiana klimatu: Globalne ocieplenie przekroczyło poziom 2°C

Analiza Sama Carany z Arctic News.

Ciąg dalszy wpisu Badanie: Wzrost średniej temperatury Ziemi o 2°C będzie katastrofą.

Bazowy punkt pomiaru

Ażeby oszacować, o jaką wartość wzrosła średnia temperatura Ziemi, trzeba posłużyć się punktem bazowym, czyli odniesieniem do okresu lub momentu czasowego, który przyjmiemy za początek pomiaru. Porozumienie paryskie z 2015 r., zawarte podczas Konferencji ONZ w sprawie zmiany klimatu, ustaliło, iż jest nią epoka preindustrialna.

Międzyrządowy Zespół ds. Zmiany Klimatu (International Panel on Climate Change – IPCC) w swoim sprawozdaniu specjalnym z 2018 r. pt. Globalne ocieplenie o +1,5°C punktem bazowym uczynił przedział 1850–1900, mimo że za początek rewolucji przemysłowej powszechnie uważa się 1750 r. Nawet w Raportach IPCC prezentowane są wartości wymuszania radiacyjnego wywołanego przez cywilizację od 1750 r.

Światowa Organizacja Meteorologiczna (World Meteorological Organization – WMO) także opracowuje roczne raporty, publikowane w Biuletynie Gazów Cieplarnianych, które dotyczą aktualnych poziomów m.in. dwutlenku węgla (CO2) i metanu (CH4) w odniesieniu do 1750 r. Rząd Stanów Zjednoczonych podobnie uznaje ten rok za start industrialnego ogrzewania klimatu.

Odniesienia do 1750 – IPCC (na górze), rząd USA (po lewej), WMO (po prawej).

Istnieją liczne przykłady i argumenty, które przemawiają za 1750 r. jako punktem bazowym. Dlatego niniejsza analiza prześledzi wzrost temperatury począwszy od połowy XVIII w.

Dostosowanie danych do punktu bazowego 1900

Dane Narodowej Agencji Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej (National Aeronautics and Space Administration – NASA) pokazują, że anomalia temperatury w lutym 2020 r. była o +1,26°C wyższa od przyjętego przez tę instytucję punktu bazowego 1951–1980. Obranie innego okresu referencyjnego wymaga dostosowania danych.

Poniżej: zniekształceniom spowodowanym krótkoterminowymi zmiennościami, takimi jak aktywność wulkaniczna, plamy słoneczne i zjawisko El Niño, pozwala zapobiec trend wielomianowy, który dodatkowo umożliwia obliczenie wymaganej korekty.

Anomalie temperaturowe z 1951-1980 [NASA; bez korekty, z trendem wielomianowym].

Poniżej: trend wielomianowy oparty na danych NASA z 1880–2020. NASA stosuje przedział bazowy 1951–1980, tj. dane stanowią odnotowane w nim anomalie. W 1900 r. temperatura była o +0,28°C niższa niż w 1951–1980.

Anomalie temperaturowe z 1951-1980 [NASA; korekta +0.28C, z trendem wielomianowym].

Innymi słowy, stosując 1900 jako punkt bazowy, należy skorygować dane o +0,28°C. Poniżej: różnica między lutym 2020 a 1951–1980 i lutym 2020 a 1885–1915 wynosi +0,28°C.

Różnica między lutym 2020 vs. 1951-1980 a lutym 2020 vs. 1885-1915 wynosi +0.28°C [NASA].

Poniżej: inny sposób obliczenia niezbędnej poprawki. Różnica między 1951–1980 a 30-letnim okresem ogniskującym się na 1 stycznia 1900 r. to +0,28°C.

Różnica między 1951-1980 a okresem 30-letnim zogniskowanym na 1 stycznia 1900 wynosi +0.28°C [NASA].

Dostosowywanie danych do punktu bazowego 1750

Przyjęcie 1750 r. za bazowy punkt pomiaru wiąże się z kolejną korektą.

Średnia temperatura Ziemi w 1951–1980 wynosiła +14°C. Według przedstawionego powyższej trendu temperatura w 1900 r. miała wartość +13,72°C. Działalność człowieka przemysłowego spowodowała już znaczne ocieplenie przed 1900 r. Między 1750 r. a 1900 r. doszło do ogrzania atmosfery o +0,3°C. Przekłada się to na +13,42°C w 1750 r.

Gdy okres bazowy 1951–1980 zastąpimy 1750 r., otrzymamy konieczną poprawkę +0,58°C (0,28°C + 0,3°C). Liczby NASA potwierdzają, iż anomalia temperatury w lutym 2020 r. znalazła się +1,26°C powyżej średniej z 1951–1980. Jeśli cofniemy się w czasie do 1750 r., otrzymamy faktycznie +1,84°C.

Temperatury oceanu

Można założyć, że poziom ocieplenia jest jeszcze wyższy. NASA posługuje się temperaturami powierzchni morza, tymczasem bardziej sensowne jest uwzględnienie temperatury powietrza panującej tuż nad nią. Dlaczego? Podawane temperatury powierzchni lądu nie są rzeczywistymi temperaturami gleb lub skał. Ich wartość rejestruje się 2 metry nad ziemią – w tej przestrzeni przebywają ludzie.

Badanie z 2018 r. [Nature Geoscience, 13 marca 2018] ustaliło, iż temperatury odczytywane nad powierzchnią oceanu mogą być wyższe od powierzchniowych o +0,1°C.

Badanie z 2019 r. [Nature, 17 lipca 2019] podobnie potwierdziło, że temperatury powietrza nad oceanami są wyższe. Po prawej: Linia czarna (temperatury powietrza nad powierzchnią); linia granatowa (temperatury samej powierzchni); linia niebieska (brak kompletnych danych).

Anomalie polarne

Oszacowanie wzrostu temperatur, jakiego na przestrzeni lat doświadczyła Arktyka, nie jest rzeczą prostą. Prawdziwy poziom ocieplenia powierzchni Oceanu Arktycznego może być nieuchwytny w przypadku, gdy dokonuje się wyłącznie pomiarów dryfującego paku morskiego. Obszary skute do niedawna lodem mogły zmienić się w wody otwarte.

Co więcej, problemem jest ograniczona dostępność danych, zwłaszcza gdy cofniemy się do 1750 r. Poniżej: kolorem szarym oznaczono dane niedostępne. Ten brak może prowadzić do pominięcia ocieplenia stref polarnych i zastąpienia go np. wyliczeniami korzystającymi ze średnich wartości globalnych.

Różnica między 1951-1980 a okresem 30-letnim zogniskowanym na 1 stycznia 1900 wynosi +0.28°C [NASA].

Uwzględnienie anomalii polarnych jest kwestią kluczową, ponieważ tamtejszy wzrost temperatur jest gwałtowny. Poniżej: anomalie temperatury zestawione przez Światową Organizację Meteorologiczną (World Meteorological Organization – WMO). Arktyka ogrzała się zdecydowanie bardziej od pozostałych części świata, dlatego tamtejsze temperatury są tak istotną składową globalnego wzrostu temperatury. Pożądane jest zatem uzupełnienie luk anomaliami polarnymi o wyższych wartościach.

Anomalie temperatury powietrza przy powierzchni od 1981-2010 do 2019 [WMO]

Według badania z 2019 r. [Geophysical Research Letters, 25 czerwca 2019] brakujące dane sprawiły, iż globalne ocieplenie zostało zaniżone o +0,1°C. A zatem do niniejszej kalkulacji trzeba dodać +0,1°C.

Całkowity wzrost średniej temperatury Ziemi od epoki preindustrialnej

Po zsumowaniu powyższych poprawek otrzymujemy +0,78°C. Przypomnę, że z pomiarów NASA wynika, iż anomalia temperaturowa w lutym 2020 r. znalazła się +1,26°C powyżej średniej z 1951–1980. Oznacza to, iż od 1750 r. planeta została ogrzana o +2,04°C.

W lutym 2020 r. osiągnięty został katastrofalny poziom 2°C.

Długoterminowe i krótkoterminowe trendy wzrostu temperatur – oparte na danych NASA i skorygowane zgodnie z powyższą analizą – wyszły poza pułap +2°C w porównaniu z epoką przedprzemysłową.

Złożona przez polityków w Paryżu w 2015 r. deklaracja zatrzymania globalnego ocieplenia na poziomie niższym od 1,5°C i 2°C była pusta.

Poniżej: trend wielomianowy z 2010–2022, obliczony na podstawie danych z 2009–02.2020. W styczniu 2021 r. możemy być świadkami przekroczenia +3°C.

Temperatury powietrza nad oceanem, wyższe anomalie polarne [NASA 2009-02.2020; korekta +0.78C (od 1750), z trendem wielomianowym].

Eksperci meteorologiczni prognozują, iż w 2020 r. temperatury Ziemi będą ekstremalnie wysokie, ponieważ sygnał wywołanej przez człowieka zmiany klimatu jest teraz równie silny, jak ten, za który odpowiadają potężne siły przyrody takie jak El Niño, powiedział 2 marca 2020 r. Petteri Taalas, sekretarz generalny WMO.

Nawet bez naturalnych fluktuacji ponadprzeciętne wartości temperatur powierzchni morza – rejestrowane w regionach tropikalnych i poza nimi – intensywnie rozgrzeją ląd.

Nagły skok temperatur może zostać zasilony zanikaniem maskującego efektu aerozoli wskutek spadku aktywności przemysłowej – załamanie gospodarcze przyspiesza za sprawą pandemii SARS-CoV-2.

Powyższe czynniki spotęgują dodatnie sprzężenia zwrotne. Dlatego do 2026 r. średnia temperatura planety może przekroczyć granicę 5–6°C.

Służba Zmiany Klimatu Copernicus Unii Europejskiej (C3S) podała 5 marca 2020 r., że średnia temperatura w grudniu 2019 r., styczniu i lutym 2020 r. była w Europie wyższa od średniej z 1981–2010 aż o +3,4°C – czyli przekroczyła średnią z 1750 r. o ponad +4°C. Poprzedni rekord padł w 2015-16 i był niższy o +1,4°C. Mamy do czynienia ze wzrostem nieliniowym: nowe regionalne rekordy klimatyczne zazwyczaj „poprawiają” poprzednie „tylko” o ułamek stopnia.

Wpisy powiązane tematycznie.

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Tłum. exignorant

Opublikowano Klimat

Zestawienie aktualizacji: grudzień/marzec 2020 r.

Aktualizacje COVID-19

Globalne niedobory wody i ich konsekwencje:

Skutki nadmiernej eksploatacji wód podziemnych są bardziej katastrofalne, niż sądzono

Odkryto kolejną, spowodowaną przez człowieka katastrofę ekologiczną. Rozgrywa się pod naszymi stopami.

Rolnictwo zużywa około 70% wody wypompowywanej z podziemnych warstw wodonośnych świata. Miasta wykorzystują pozostałe 30%. Ekspansja przemysłu sprawia, iż opróżnianie tych rezerwuarów przebiega dużo gwałtowniej od tempa, w jakim są one uzupełniane przez przyrodę. Co więcej, sytuację pogarsza nagła zmiana klimatu.

Jak się okazuje, na drodze ku katastrofie pojawiają się liczne skutki uboczne. W badaniu opublikowanym 25 grudnia 2019 r. stwierdzono, iż redukcja gruntowych zasobów wodnych powoduje też spadek poziomu strumieni i rzek. Wody powierzchniowe są równie ważne jak warstwy wodonośne – od nich zależy produkcja żywności i energii. Nowe odkrycie pokazuje, że kondycja planetarnych systemów wodnych jest o wiele gorsza, niż sądzono.

Zlewnie to obszary, na których strumienie i rzeki – zasilane deszczem i wodami roztopowymi – wpływają do wspólnego, większego akwenu. Ich integralną częścią są wody podziemne. Wszystkie te systemy są połączone, mówi Betsy Otto, dyrektor globalnego programu wodnego w Światowym Instytucie Zasobów (World Resource Institute – WRI). Kiedy pompujesz wody gruntowe, czerpiesz je także ze strumieni dopływowych, które wpadają do wód powierzchniowych. Pobierasz wodę z rzeki. Jason Morrison, prezes Instytutu Pacyficznego (Pacific Institute), który jest współautorem analizy, dodaje: Nadmierna eksploatacja wód podziemnych to jeden z cichych dramatów. Jej skutki są poważniejsze, niż nam się wydawało. Przypominamy Kojota z animacji o Strusiu Pędziwiatrze, któremu tylko się zdaje, że wciąż biegnie – w rzeczywistości wisi nad przepaścią i przebiera nogami w powietrzu.

Nowa praca badawcza jest przełomowa, gdyż koncentruje się na wpływie, jaki na zlewnię wywiera proces intensywnego wydobywania wody z ziemi. Autorzy zdefiniowali krytyczne progi: 1) zmniejszony przepływ strumienia przez co najmniej trzy oddzielne miesiące, dwa lata z rzędu; 2) przepływ, który nie jest w stanie utrzymać ekosystemu przy życiu. Krytyczne progi zostały przekroczone w wielu zlewiskach. Ważnym odkryciem jest ustalenie, iż stosunkowo niewielka ilość wody pozyskana z warstwy wodonośnej – zaledwie pół metra – może prowadzić do utraty strumienia, wyjaśnia Yoshihide Wada, dyrektor programu wodnego w Międzynarodowym Instytucie Analiz Systemów Stosowanych (International Institute for Applied Systems Analysis). To zaskakujące, ponieważ w wielu regionach taki półmetrowy lub metrowy spadek poziomu wód gruntowych jest już faktem.

Nawet tam, gdzie wyczerpywanie podziemnych warstw wodonośnych stanowi zagrożenie egzystencjalne lub gospodarcze, rządy praktycznie nie reagują, zauważa Upmanu Lall, dyrektor Centrum Wodnego Columbii (Columbia Water Center) w Nowym Jorku. Najgorsza wiadomość jest taka, że szacunki dotyczące szybkości wyczerpywania wód gruntowych i oddziaływania tego procesu na wody powierzchniowe „prawdopodobnie są zbyt optymistyczne”. Innymi słowy, naukowcy przyznają, iż podobnie jak w przypadku opracowanych przez ONZ szacunków tempa globalnego ocieplenia, niebezpieczeństwa związane z wyczerpaniem wód podziemnych zostały znacznie zaniżone.

Dodatnie sprzężenia zwrotne klimatu uruchomione przez silnik cieplny cywilizacji przemysłowej:

86. Badanie opublikowane 8 stycznia 2020 r. w Nature ustaliło, że topnienie lodu morskiego na Oceanie Arktycznym przyspiesza rozpad wiecznej zmarzliny i uwalnianie dwutlenku węgla do atmosfery. Byliśmy zaskoczeni odkryciem, że topnienie permafrostu nie tylko pokrywało się z okresami najintensywniejszego ocieplenia Ziemi; było ono znacznie bardziej prawdopodobne, gdy wody Arktyki były wolne latem od lodu, powiedział Gideon Henderson z Uniwersytetu Oxfordzkiego. To odkrycie dotyczące przeszłych zachowań wiecznej marzłoci sugeruje, że spodziewana w niedalekiej przyszłości utrata arktycznego paku morskiego przyspieszy jej dezintegrację, dodał uczony. Według naukowców wywołany zanikiem lodu morskiego napływ wilgoci prawdopodobnie zwiększa pokrywę śnieżną na Syberii, która izolując podłoże od zimowego chłodu, potęguje zjawisko topnienia wiecznej zmarzliny.

Badanie: Cywilizacja przemysłowa jest silnikiem cieplnym:

Raport opublikowany w 2019 r. przez Rainforest Action Network, BankTrack, Indigenous Environmental Network, Oil Change International, Sierra Club i Honor the Earth – zatwierdzony przez ponad 160 organizacji na całym świecie – ujawnił, że od chwili przyjęcia paryskiego porozumienia klimatycznego w 2015 r. 33 banki globalne przekazały koncernom wydobywczym 1,9 biliona dolarów. Roczna kwota finansowania odnotowała wzrost po 2016 r. Z tej oszałamiającej puli aż 600 miliardów dolarów trafiło do 100 firm, które prowadzą najbardziej agresywną ekspansję paliw kopalnych. Ustalenia pokazują, iż praktyki biznesowe głównych banków – racjonalne z punktu widzenia gospodarczego modelu cywilizacji przemysłowej nieustającego wzrostu – są ślepe na rozgrywającą się katastrofę klimatyczną.

Naukowcy spodziewali się dużego obniżenia poziomu koncentracji fluorowęglowodoru HFC-23 w atmosferze, ponieważ Indie i Chiny, dwa główne źródła tego potężnego gazu cieplarnianego, poinformowały w 2017 r., że prawie całkowicie wyeliminowały jego emisje. Jednak badanie zamieszczone 21 stycznia 2020 r. w Nature Communications stwierdziło, iż do 2018 r. stężenie HFC-23 – stosowanego w lodówkach, inhalatorach i klimatyzatorach – nie spadło, ale wzrosło w rekordowym tempie. Trend trwa od dziesięcioleci. Okazuje, że nie udało się go zatrzymać. Uczeni są tym faktem zaskoczeni i zaniepokojeni. Wywrze on negatywny wpływ na klimat i Protokół montrealski – międzynarodowy traktat, którego celem była naprawa cienkiej, stratosferycznej warstwy ozonowej. Czynniki chłodnicze z grupy HFC miały być panaceum na dziurę ozonową powstałą nad Antarktydą w latach 80. XX w. Zastąpiły one setki substancji chemicznych stosowanych w aerozolach, które zubożały ozon chroniący Ziemię przed szkodliwymi promieniami słonecznymi. Tymczasem jedna tona emisji HFC-23 odpowiada uwolnieniu ponad 12 000 ton dwutlenku węgla. Oznacza to, iż w latach 2015–2017 nie udało się zapobiec wprowadzeniu do atmosfery ilości fluorowęglowodoru będącej równowartością rocznych emisji CO2 Hiszpanii.

Nowy mechanizm wymierania planetarnego:

Rosnące zakwaszenie Oceanu Spokojnego rozpuszcza skorupy larw krabów

Naukowcy odkryli, że krab Dungeness, jeden z najbardziej cenionych przez cywilizację gatunków, zaczyna słabnąć, ponieważ jego larwy zdradzają już symptomy negatywnego wpływu rosnącej gwałtownie kwasowości Pacyfiku. Badanie opublikowane 22 stycznia 2020 r. w piśmie akademickim Science of the Total Environment – sfinansowane przez Narodową Służbę Oceaniczną i Atmosferyczną USA – odkryło, że nadmierne zakwaszenie oceanu rozpuszcza zewnętrzny szkielet larw kraba, co ogranicza ich skuteczność w podtrzymywaniu wzrostu mięśni i sprawia, że organizmy te stają się bardziej podatne na ataki drapieżników. Niższe poziomy pH pomogły również zdestabilizować mechanoreceptory larw, co zwiększa niebezpieczeństwo utraty ważnych funkcji sensorycznych i behawioralnych. Naukowcy postawili hipotezę, iż nieprawidłowe wzorce zachowań zaobserwowane u różnych gatunków skorupiaków – spowolnione ruchy, wydłużony okres poszukiwań pożywienia przy mniejszym udziale dotyku, a także upośledzona zdolność pływania – mogą być spowodowane podwyższoną kwasowością wód oceanicznych. Biorąc pod uwagę, jak ważną rolę odgrywają te zwierzęta w ekosystemie morskim, ich osłabienie może mieć katastrofalne skutki. Tymczasem praca badawcza uczonych z Uniwersytetu Stanowego w Portland, zamieszczona w styczniu 2020 r. w Limnology and Oceanography Letters, wykazała, że mikroplastik zaburza proces rozmnażania krabów piaskowych, które poszukują żywności poprzez filtrowanie ziarenek piasku. Kraby piaskowe są pokarmem ryb, ptaków i ssaków morskich.

Nagła zmiana klimatu: Rozpad wiecznej zmarzliny rozpoczął się ponad 70 lat wcześniej, niż przewidywał to raport zespołu ONZ:

Zakładano, że proces topnienia wiecznej zmarzliny arktycznej będzie przebiegał stopniowo, zaś ludzkość zdoła na czas zredukować emisje dwutlenku węgla, aby zapobiec powstaniu samonapędzającego się, błędnego koła topnienia lodu i ocieplania planety. Niestety, badanie opublikowane 3 lutego 2020 r. w Nature Geoscience stwierdziło, iż prognozy dotyczące ilości węgla uwalnianej poprzez powolne i równomierne rozmrażanie podłoża Arktyki pomijają zjawisko nagłego rozpadu skutej lodem gleby, które czasem następuje w ciągu kilku dni. Obejmie ono nawet 20% wiecznej marzłoci i wyemituje o ∼50% więcej gazów cieplarnianych, niż prognozowano. Zmarzlina zawiera skały, glebę, piasek i czysty lód. Zalegająca w niej obfitość węgla to pozostałość po życiu, które kiedyś kwitło na dalekiej północy. Ta materia – szczątki roślin i zwierząt, a także drobnoustroje – nigdy nie uległa całkowitemu rozkładowi i była zamrożona przez wiele tysięcy lat. Marzłoć rozciąga się na obszarze o łącznej powierzchni Kanady i Stanów Zjednoczonych (∼20 milionów kilometrów kwadratowych) – zawiera ∼1500 miliardów ton węgla, czyli dwa razy więcej niż obecne jego koncentracje atmosferyczne i trzy razy więcej niż całkowita jego ilość wyemitowana od początku industrializacji. Obecne modele klimatyczne nie uwzględniają możliwości szybkiej dezintegracji wiecznej zmarzliny oraz emisji gazów, która będzie jej następstwem. Nagłe rozmrażanie jest szybkie i dramatyczne, powiedziała Merritt Turetsky, główny autor pracy badawczej i kierownik Instytutu Badań Arktycznych i Alpejskich w Boulder. Lasy stają się jeziorami w ciągu miesiąca, osuwiska tworzą się bez ostrzeżenia, a niewidzialne wycieki metanu połykają skutery, dodała uczona.

Jak bardzo może przyspieszyć szóste wymieranie planetarne?:

Naukowcy NASA przeprowadzający Eksperyment Arktycznej Wrażliwości Borealnej (Arctic Boreal Vulnerability Experiment – AboVE) wykorzystali w 2017 r. samoloty wyposażone w nowej generacji spektrometr, aby w podczerwieni zobrazować 30 000 kilometrów kwadratowych arktycznego krajobrazu. Wysoce wyspecjalizowany przyrząd nie zawiódł. Wykryliśmy 2 miliony aktywnych wyrzutów metanu, którego koncentracje przekraczały 3 000 części na milion, powiedział Clayton Elder z Laboratorium Napędu Odrzutowego w Pasadenie, główny autor badania opublikowanego 10 lutego 2020 r. w Geophysical Research Letters. Od czasu przeprowadzonych obserwacji sytuacja ulega dalszemu pogorszeniu: w 2018 r. i 2019 r. Arktyka ponownie doświadczyła rekordowych temperatur zarówno zimą, jak i latem. Ponadto wyniki ujawniły pewną prawidłowość: źródła metanu znajdowały się nie dalej niż 40 metrów od akwenów takich jak jeziora i strumienie.

Autorzy badania opublikowanego 3 stycznia 2020 r. w Geophysical Research Letters przedmiotem swojego dochodzenia uczynili chmury i ich znaczenie dla klimatu Ziemi. Uczeni stwierdzili, iż podwojenie atmosferycznych koncentracji dwutlenku węgla w stosunku do poziomu bazowego z 1750 r., który wynosił 280 ppm (części na milion), przyczyni się do utraty chmur i tym samym przyspieszy dodatnie sprzężenia zwrotne i znacznie ociepli Ziemię w krótkim czasie. Warunki te są już faktem: odpowiednik CO2 łącznych stężeń gazów cieplarnianych w powietrzu przekracza już 560 ppm (przy uwzględnieniu metanu i tlenku azotu).

Okazuje się, że El Niño nie jest już konieczny, by przyspieszyć wymieranie planetarne. Eksperci meteorologiczni prognozują, że temperatury w 2020 r. będą ekstremalnie wysokie. Miesiące, w których panują warunki neutralne ENSO (oscylacja południowa), są już cieplejsze niż w przeszłości, ponieważ (nagła) zmiana klimatu powoduje wzrost temperatur powietrza, powierzchni morza i głębi oceanów, powiedział 2 marca 2020 r. Petteri Taalas, sekretarz generalny Światowej Organizacji Meteorologicznej (World Meteorological Organization – WMO). Sygnał wywołanej przez człowieka zmiany klimatu jest teraz równie silny, jak ten, za który odpowiadają potężne siły przyrody takie jak El Niño. Oznacza to, że nawet bez tego zjawiska ponadprzeciętne wartości temperatur powierzchni morza – odnotowywane w regionach tropikalnych i poza nimi – intensywnie rozgrzeją ląd.

Nagła zmiana klimatu przyspieszyła: „Szalone tempo” zanikania lodu morskiego Antarktydy po 2014 r.:

Według Globalnego Systemu Prognoz (Global Forecast System – GFS) Narodowych Centrów Prognoz Środowiskowych (National Centers for Environmental Prediction – NCEP) 24 grudnia 2019 r. na Antarktydzie padł dzienny rekord topnienia. Objęło ono około 15% powierzchni kontynentu. Dane pochodzą z Modèle Atmosphérique Régional (MAR), modelu stosowanego w badaniach meteorologicznych i klimatycznych. Xavier Fettweis, klimatolog z belgijskiego Uniwersytetu w Liège, który opublikował wyniki, powiedział, że od listopada 2019 r. produkcja wody jest o 230% wyższa od średniej. To kolejny rekord. Tuż przed rozpoczęciem sezonu topnienia zaobserwowaliśmy załamanie prądu strumieniowego Antarktydy, poinformował uczony.

Na Antarktydzie po raz pierwszy zarejestrowano temperaturę powyżej 20°C. Kolejna oznaka zdestabilizowanego systemu klimatycznego Ziemi. Rekordową wartość 20,75°C odczytali 9 lutego 2020 r. na wyspie Seymour brazylijscy naukowcy. Zdarzenie potwierdza trend obserwowany w regionie, który ogrzał się od epoki przedindustrialnej o ∼3°C.

Według najbardziej kompletnej z dotychczasowych analiz, przeprowadzonej przez 89 naukowców z 50 organizacji międzynarodowych i opublikowanej 11 marca 2020 r., polarne czapy lodowe Grenlandii i Antarktydy topnieją sześć razy szybciej niż w latach 90. W 2010–2019 średnia roczna utrata lodu wyniosła 475 miliardów ton. Uczeni stwierdzili, że takie tempo pokrywa się z najczarniejszym scenariuszem ocieplenia klimatu opracowanym przez Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC). Wyniki wyprowadzono z danych z 26 ekspedycji badawczych i 11 misji satelitarnych, które śledziły zmieniającą się objętość, prędkość przepływu i masę lądolodów.

Nowa era niedoborów żywności – echo upadłych cywilizacji:

Badanie przeprowadzone przez naukowców z Uniwersytetu Nowojorskiego (NYU) i brytyjskiej Służby Antarktycznej wykazało, że masywna pokrywa lodowa zwana „lodowcem dnia zagłady” topi się szybciej, niż sądzili eksperci. Uczeni wwiercili się w lodowiec Thwaites położony w Antarktydzie Zachodniej na głębokość 60 metrów, aby zmierzyć temperatury na „linii uziemiającej”, gdzie lód styka się z oceanem. Okazało się, iż temperatura wody znajduje się 2ºC powyżej wartości zamarzania. Odkrycie ma ogromne implikacje dla globalnego wzrostu poziomu morza, napisał 29 stycznia 2020 r. David Holland z NYU. W ciągu kilku dekad lodowiec Thwaites stracił 600 miliardów ton lodu – w ostatnich latach tempo procesu przyspieszyło do 50 miliardów ton rocznie. Lód unosi się na wysokość ponad 1,5 kilometra od morskiego dna i zapada w morze z prędkością ponad 3 kilometrów rocznie. To naprawdę bardzo zła sytuacja. Lodowiec utraci swoją stabilność, dodał Holland.

Ocean magazynuje znacznie więcej ciepła niż atmosfera. Głębokie morze otaczające Antarktydę gromadzi energię cieplną, która ogrzałaby powietrze o 200ºC. Międzynarodowa grupa badawcza pod przewodnictwem uczonych ze Szwecji zgłębiła fizykę prądów oceanicznych w pobliżu lodowców dryfujących u wybrzeży Antarktydy. Pomiary wskazują na wzrost tempa topnienia, szczególnie w pobliżu niektórych części Antarktydy i Grenlandii. Prawdopodobnie zjawisko to jest powiązane z ciepłymi, słonymi prądami oceanicznymi, które krążąc wokół szelfu kontynentalnego, topią lód od spodu, wyjaśniła Anna Wåhlin, główny autor badania opublikowanego 26 lutego 2020 r. w Nature i profesor oceanografii na Uniwersytecie w Göteborgu. Odkryliśmy niezwykle ważne sprzężenie zwrotne. Szelf lodowy stanowi swoją najlepszą ochronę przed wtargnięciem ciepłej wody. Kiedy lód staje się cieńszy, ciepło oceaniczne wpływa i topi szelf, który kurczy się jeszcze bardziej. To niepokojące, ponieważ szelfy lodowe zmniejszają już swoją objętość wskutek globalnego ocieplenia powietrza i oceanów, wyjaśniła Céline Heuzé, klimatolog na Wydziale Nauk o Ziemi Uniwersytetu w Göteborgu.

Pożegnanie z „klimatyzatorem Ziemi”:

Badanie opublikowane 8 stycznia 2020 r. w Nature ustaliło, że zanikanie lodu morskiego na Oceanie Arktycznym przyspiesza rozpad wiecznej zmarzliny i uwalnianie dwutlenku węgla do atmosfery. Byliśmy zaskoczeni odkryciem, że topnienie permafrostu nie tylko pokrywało się z okresami najintensywniejszego ocieplenia Ziemi; było ono znacznie bardziej prawdopodobne, gdy wody Arktyki były wolne latem od lodu, powiedział Gideon Henderson z Uniwersytetu Oxfordzkiego. To odkrycie dotyczące przeszłych zachowań wiecznej marzłoci sugeruje, że spodziewana w niedalekiej przyszłości utrata arktycznego paku morskiego przyspieszy jej dezintegrację, dodał uczony. Według naukowców wywołany utratą lodu morskiego napływ wilgoci prawdopodobnie zwiększa pokrywę śnieżną na Syberii, która izolując podłoże od zimowego chłodu, potęguje zjawisko topnienia wiecznej zmarzliny.

Naukowcy z Instytutu Oceanograficznego Scrippsów Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego obliczyli w 2019 r., że utrata tego, co pozostało z letniego lodu morskiego Arktyki i jego zdolności do odbijania energii słonecznej z powrotem w kosmos, byłaby równoznaczna z dodaniem jednego biliona ton dwutlenku węgla do atmosfery, w której jest już 2,4 biliona ton tego gazu wyemitowane przez cywilizację od początku epoki przemysłowej. Odpowiada to w przybliżeniu 25 latom aktualnych globalnych emisji CO2.

Badania: Trwa szóste wielkie wymieranie planetarne wywołane przez człowieka cywilizowanego:

Tempo wymierania roślin jest co najmniej setki razy wyższe od historycznej normy

Fragment komentarza współautorów badania opublikowanego 22 sierpnia 2019 r. w Current Biology: Jesteśmy częścią międzynarodowego zespołu, który ostatnio przeanalizował wymarcie 291 roślin. Przyjrzeliśmy się, dlaczego i kiedy wyginęły; zbadaliśmy, jak wyjątkowe były poszczególne gatunki. Uzbrojeni w te informacje, postanowiliśmy dociec, jakie są różnice między wymieraniem na obszarach o bogatej i uboższej różnorodności biologicznej. Zgodnie z oczekiwaniami odkryliśmy, że te pierwsze tracą gatunki szybciej i w większej liczbie. Rolnictwo i urbanizacja są ważnymi czynnikami powodującymi wymieranie. Potwierdzamy ogólne przeświadczenie, iż destrukcja siedlisk to główna przyczyna większości wyginięć. Szczególnie narażone są wieloletnie rośliny zielne, takie jak trawy. Wykazujemy, iż tempo wymierania było wyższe od historycznej normy nawet 350 razy. Inni naukowcy spekulowali, że w ciągu kolejnych dekad będzie ją przekraczać kilka tysięcy razy. Bioróżnorodność ucierpi wskutek zmiany klimatu. Obecne szacunki wymierania roślin należy bez cienia wątpliwości uznać za rażąco zaniżone. Oznaki są wyraźne i jednoznaczne. Gdy przyjmiemy, iż rok kalendarzowy odpowiada 4,5-miliardowej historii Ziemi, okaże się wówczas, że życie wyewoluowało mniej więcej w czerwcu, dinozaury pojawiły się w okolicach Bożego Narodzenia, zaś antropocen (inaczej epoka ‚człowieka przemysłowego’; przyp. tłum.) rozpoczął się w ciągu ostatniej milisekundy przed Nowym Rokiem. Tempo wymierania, które w tak krótkim czasie zdążyło setki razy wyprzedzić historyczną normę, to katastrofa dla przyszłości planety.

Weterynarz o realiach nagłej zmiany klimatu w Australii:

Nic dziwnego, że środowisko życia zanika w Australii w szalonym tempie: 2019 był najcieplejszym rokiem w historii tego kraju. Rządowe Biuro Meteorologii podało 2 stycznia 2020 r., że średnia temperatura odnotowana w ciągu minionych 12 miesięcy była wyższa od średniej z 1750 r. (początek rewolucji przemysłowej) o ponad 2,5°C!

Rozległych zniszczeń doświadczają rezerwaty przyrody z listy światowego dziedzictwa UNESCO. Do 15 stycznia 2020 r. spłonęło 80% obszaru Gór Błękitnych i 50% Lasów Gondwana – najbardziej rozległych subtropikalnych lasów deszczowych na Ziemi, które istnieją od ery dinozaurów.

Liczba dzikich zwierząt, które padły ofiarą katastrofalnych pożarów, wzrosła do ponad 1 miliarda. Chris Dickman, profesor ekologii z Uniwersytetu Sydney, powiedział 7 stycznia 2020 r., że wynik podany wcześniej był poważnie zaniżony, ponieważ dotyczył tylko obszaru Nowej Południowej Walii i nie uwzględniał pewnych gatunków z uwagi na brak danych o populacjach. Pierwotna liczba – 480 milionów – obejmowała ssaki, ptaki i gady, bo dysponujemy informacjami o zagęszczeniu ich populacji. Szacunek ten nie jest już aktualny. Przy obecnym zasięgu pożarów w Nowej Południowej Walii statystyka ofiar wzrosła do ponad 800 milionów. Niestety, ona też nie odzwierciedla stanu faktycznego. Po wliczeniu nietoperzy, żab i bezkręgowców straty bez żadnych wątpliwości przekraczają 1 miliard. Nawet tę liczbę należy uznać za umniejszającą skalę tragedii, ostrzegł uczony. Ekosystemy nie mogą istnieć bez motyli, pająków i dżdżownic, które dbają o zapylanie, roznoszenie nasion, zdrowie gleb i recykling składników odżywczych. Stanowią też niezastąpione źródło pożywienia dla ogromnej liczby torbaczy, ptaków i ponad 90% jaszczurek. Nie sposób precyzyjnie oszacować, jak wiele bezkręgowców zginęło do tej pory, ale niewątpliwie są to setki miliardów. Dla niektórych gatunków oznacza to nieuchronne wymarcie, wyjaśnił profesor Dickman.

Naukowcy ustalili, że pożary buszu strawiły na przełomie 2019 i 2020 r. co najmniej 21% lasów Australii – wynik, który nie ma precedensu w skali globalnej. W badaniu, którego wyniki pojawiły się 24 lutego 2020 r. w Nature Climate Change, zanalizowano powierzchnię lasów spalonych rokrocznie na każdym kontynencie w ciągu ostatnich 20 lat. Dla większości kontynentów i typów lasów ten odsetek powierzchni całkowitej wynosił 4–5%. Wyjątkiem były tropikalne i subtropikalne suche lasy liściaste w Azji i Afryce – spłonęły one w 8–9%. Autorzy podkreślili, iż rekord, który padł w Australii, jest zaniżony, ponieważ opierał się na danych niekompletnych: nie uwzględniał ostatnich tygodni przed zakończeniem sezonu, a także skutków pożogi, jaka nawiedziła w tym samym czasie Tasmanię.

Naukowcy ostrzegali, że kiedy w Australii w końcu spadną deszcze, zmyją zwęglone resztki i gruzy do rzek, zapór i oceanu, co zabije dziką przyrodę i zanieczyści rezerwuary zaopatrujące w wodę duże miasta. Przez kilka miesięcy popiół, sadza i poczerniałe liście drzew kauczukowych gromadziły się wzdłuż linii brzegowych. Te szczątki pochodziły z pożogi, jaka ogarnęła ogromne obszary na południowym wschodzie kontynentu. Należały do nich także zlewnie. Właśnie tam deszcz rozpoczyna swoją lądową podróż ku rzekom, jeziorom i zaporom. Ta katastrofa ekologiczna, która nie ma precedensu w historii Australii, uderzy w ekosystemy przybrzeżne i rzeczne. Zaburzenia o takiej skali najpewniej wywrą negatywny wpływ na różnorodność biologiczną. Jestem bardzo zaniepokojony potencjalnym spustoszeniem ekosystemów słodkowodnych, powiedział Ross Thompson z Uniwersytetu Canberry. Ze względu na destrukcyjność pożarów – krajobrazy spłonęły niemal doszczętnie – poważny problem pojawi się wraz z nadejściem opadów. Nic nie powstrzyma tych ogromnych zanieczyszczeń przed spłynięciem do naszych zlewni, dodał Ricky Spencer z Uniwersytetu Zachodniego Sydney w Nowej Południowej Walii (NSW).

Zlewnia w Nowej Południowej Walii.

Burzowa pogoda, która w pierwszej dekadzie lutego 2020 r. spowodowała chaos i zniszczenia na wschodzie Australii, nie zakończyła panującej tam suszy. Gleby są tak odwodnione – w niektórych miejscach nie padało od trzech, a nawet pięciu lat – że powrót pożądanej wilgotności wymagałby nieustannych opadów przez cały rok. Hydrologowie uważają, iż potop, który ugasił wiele pożarów, oznacza, że nadeszła zapowiadana przyszłość: miasta są zalewane, zaś obszary wiejskie walczą z nieustającą i coraz bardziej intensywną suszą. Profesor Ashish Sharma z Uniwersytetu Nowej Południowej Walii powiedział, że potężne ulewy wypaczają obraz sytuacji: mieszkańcy miast widząc, jak gromadząca się na twardych powierzchniach woda powoduje podtopienia i niszczy mienie, odnoszą mylne wrażenie, iż obszary wiejskie równie intensywnie odczuwają wpływ nawałnic. W ślad za ostatnimi ulewami – w niektórych regionach były one najcięższe od niepamiętnych czasów – w większości dotkniętych suszą miast Nowej Południowej Walii zaobserwowano „znikomy” wzrost poziomu wody w zaporach, ponieważ większość deszczówki spłynęła do rzek, stwierdził rzecznik WaterNSW, spółki zarządzającej zasobami wodnymi stanu. Pomimo napędzanych zmianą klimatu ekstremalnych deszczów, Sharma i jego zespół przewidują, że nie nadążą one za wzrostem temperatur. Umiarkowane i częste opady, stanowiące „fundament całkowitego zaopatrzenia w wodę”, nie przestaną zanikać.

Ukrywanie „granic wzrostu” przez finansowych iluzjonistów dobiegło końca:

Według Światowego Przeglądu Energetycznego BP w 2019 r. popyt Chin na energię spadł do 1,1% rocznie, czyli jednej piątej zapotrzebowania z ostatnich 22 lat (5,9%). Oznacza to, że oficjalna statystyka rządu sztucznie zawyża poziom wzrostu PKB.

Szefowa Międzynarodowego Funduszu Walutowego (International Monetary Fund – IMF) ostrzegła 17 stycznia 2020 r., że globalna gospodarka może ponownie pogrążyć się w Wielkim Kryzysie spowodowanym nierównością ekonomiczną i niestabilnością sektora finansowego. Przemawiając w Instytucie Ekonomii Międzynarodowej im. Petersona w Waszyngtonie, Kristalina Georgieva powiedziała, że nowe badanie MFW porównujące obecną gospodarkę z „ryczącymi latami dwudziestymi XX w.”, które zakończyły się krachem w 1929 r., ujawniło, iż podobny trend już się rozpoczął.

Globalna bańka zadłużenia pęka:

Według raportu Banku Rozrachunków Międzynarodowych (Bank of International Settlements – BIS) opublikowanego w styczniu 2020 r. katastrofa klimatyczna, określana też mianem „zielonego łabędzia”, doprowadzi do upadku globalnego systemu finansowego. Podobnie jak w przypadku „czarnego łabędzia”, kataklizm nastąpi praktycznie bez ostrzeżenia. Autorzy przyznają, iż światowe banki centralne nie dysponują środkami, które byłyby w stanie uporać się z serią kryzysów wywołanych zmianą klimatu. Nie można się od nich ubezpieczyć ani przed nimi zabezpieczyć. Różnica między „zielonym” a „czarnym łabędziem” sprowadza się do tego, że ten pierwszy z całą pewnością nadejdzie. Zdarzenie to jest nieporównanie poważniejsze niż większość systemowych kryzysów finansowych: stanowi egzystencjalne zagrożenie dla ludzkości, ostrzegł raport. BIS to organizacja złożona z 60 banków centralnych świata, w tym Rezerwy Federalnej USA i Europejskiego Banku Centralnego. Krótko mówiąc, najpotężniejsze instytucje finansowe alarmują, iż nowy globalny kryzys finansowy wywołany zmianą klimatu uczyni banki centralne i organy nadzoru finansowego bezsilnymi.

Cywilizacja i nierówność społeczna:

W 2019 r. przez prawie jedną czwartą krajów przetoczyła się fala protestów. Nowe badanie szacuje, iż liczba ta wzrośnie w 2020 r. Na świecie jest 195 państw, jeśli uwzględnimy Watykan i Palestynę. Według indeksu z 2019 r. w 47 z nich pojawiły się lub spotęgowały niepokoje społeczne. Model danych opublikowany 16 stycznia 2020 r. przez Verisk Maplecroft prognozuje wykładniczy skok z 47 do 75 państw. Analitycy z Wielkiej Brytanii podkreślają, że 2019 r. nie był „jednorazową erupcją” i trend utrzyma się w przyszłości.

Ocieplenie ziemskiej atmosfery przyspiesza:

W dniu 10 lutego 2020 r. koncentracje dwutlenku węgla w atmosferze po raz kolejny osiągnęły rekordowy poziom: Laboratorium Mauna Loa na Hawajach podało, że średnia dzienna ich wartość wyniosła 416,08 ppm.

Katastrofa w Zatoce Meksykańskiej:

Badanie przeprowadzone przez uczonych ze Szkoły Nauk Morskich i Atmosferycznych im. Rosenstiela (Uniwersytet Miami) odkryło, że po eksplozji na platformie wiertniczej Deepwater Horizon w 2010 r. trująca ropa rozprzestrzeniła się daleko poza granice śladu powierzchniowego, który zarejestrowały satelity. Zespół naukowców połączył techniki modelowania transportu nafty z danymi teledetekcyjnymi i próbkowaniem wody, aby uzyskać kompleksowy obraz wycieku. Okazało się, iż ta jego część, której nie wykryło obrazowanie satelitarne, jest ogromna i wysoce toksyczna dla fauny morskiej. Po wybuchu ropa przedostawała się do Zatoki Meksykańskiej przez 87 dni – najpierw dotarła do szelfu Florydy Zachodniej, brzegów Teksasu i archipelagu Florida Keys, a potem Prąd Zatokowy zaniósł ją aż do szelfu Florydy Wschodniej. Szczegóły analizy zostały opublikowane 12 lutego 2020 r. w Science Advances.

Sprint cywilizacji przemysłowej ku samozniszczeniu od 70 lat mierzony jest „tykaniem” hipotetycznego Zegara Zagłady (Doomsday Clock). Północ oznacza moment naszego gatunkowego wymarcia. Sędziami mierzącymi czas są uczeni z Biuletynu Naukowców Atomowych (Bulletin of Atomic Scientists). W dniu 23 stycznia 2020 r. Rachel Bronson, prezes BAS, ustawiła wskazówkę 100 sekund przed północą – najbliżej godziny kataklizmu globalnego od 1953 r., kiedy to Stany Zjednoczone i Związek Radziecki zdetonowały pierwsze bomby wodorowe. W swojej ocenie zagrożenia naukowcy uwzględnili przyspieszającą katastrofalną zmianę klimatu, rosnące prawdopodobieństwo użycia broni nuklearnej i innych destrukcyjnych technologii.

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Oprac. exignorant

Opublikowano Aktualizacje

Ostrzeżenie z Włoch

Post zamieszczony na Twitterze 9 marca 2020 r. przez Jasona Van Schoora, specjalistę w dziedzinie anestezjologii i intensywnej terapii. Korespondencja od jego przyjaciela szanowanego konsultanta ds. intensywnej terapii, który przebywa aktualnie w północnych Włoszech.

Odczuwam presję, by jak najszybciej podzielić się z Tobą najświeższymi informacjami o tym, co dzieje się we Włoszech. Chcę także udzielić Ci rady, co powinieneś zrobić.

Zacznijmy od tego, że Lombardia jest najbardziej rozwiniętym regionem kraju i dysponuje wyjątkowo dobrym systemem opieki zdrowotnej. Pracuję nie tylko we Włoszech, lecz także w Wielkiej Brytanii i Australii. Nie mamy do czynienia z państwem tzw. Trzeciego Świata. Obecną sytuację trudno jest sobie wyobrazić. Liczby niczego nie wyjaśniają.

Zachorowania na COVID-19 przytłoczyły nasze szpitale. Placówki wykorzystują 200% swojej mocy przerobowej. Wszelkie rutynowe procedury zostały zawieszone. Wszystkie sale operacyjne zmieniono w sale intensywnej terapii (OIT). Inne nagłe przypadki, takie jak urazy czy udary, są przekierowywane lub pozostawiane bez odpowiedniej asysty. Wielu pacjentów z poważną niewydolnością oddechową ma dostęp jedynie do maski tlenowej. Chorzy w wieku powyżej 65 lat lub młodsi ze współistniejącymi przypadłościami nie są nawet poddawani ocenie przez specjalistów z OIT – po podłączeniu do tlenu nikt nie interweniuje, gdy dochodzi do zatrzymania pracy serca.

Personel robi, co może, ale zaczyna chorować i jest wyczerpany emocjonalnie. Podczas rozmów telefonicznych moi przyjaciele-lekarze płaczą. Widzą umierających ludzi, którym mogą zaoferować jedynie tlen. Ortopedom i patologom wręcza się broszurę i wysyła do obsługi aparatów do wentylacji nieinwazyjnej (WN). ZATRZYMAJ SIĘ, PRZECZYTAJ OSTATNIE ZDANIE RAZ JESZCZE I POMYŚL.

Na różnych obszarach obserwowaliśmy w odstępie tygodniowym identyczny bieg wypadków. Za parę tygodni poniższy wzór może powtórzyć się wszędzie:

1) Kilka potwierdzonych zachorowań na COVID-19. Pierwsze łagodne środki zapobiegawcze. Komunikaty, by unikać Oddziału Ratunkowego. Ludzie nadal gromadzą się, udzielają towarzysko. Wszyscy mówią, by nie panikować.

2) Kilka przypadków umiarkowanej i poważnej niewydolności oddechowej, które wymagają zastosowania rury dotchawicznej. Regularny dostęp do Oddziału Ratunkowego zostaje znacznie zredukowany. Wszystko prezentuje się bez zarzutu.

3) Mnóstwo pacjentów z umiarkowaną niewydolnością oddechową. Ich stan z czasem ulega pogorszeniu. Najpierw po brzegi wypełnia się OIT, potem sale WN. Pojawiają się niedobory urządzeń CPAP, a nawet tlenu.

4) Personel zaczyna chorować. Coraz trudniejsze staje się zapewnienie pełnej obsady na każdej zmianie. Śmiertelność rośnie gwałtownie – także wskutek innych schorzeń, którymi nie można zająć się w adekwatny sposób.

Nie obawiaj się bardzo surowych środków zapewniających bezpieczeństwo. Jeśli rząd tego nie zrobi, przynajmniej postaraj się zapewnić bezpieczeństwo rodzinie. Twoi bliscy, którzy mieli nowotwór, chorują na cukrzycę lub są po przeszczepie, nie uzyskają pełnej pomocy, nawet jeśli są młodzi. Mówiąc o zapewnieniu im bezpieczeństwa, mam na myśli to, że nie będziesz zajmował się nimi osobiście; sam zdecydujesz, kto i jak to zrobi.

Nikt nie będzie bezpieczny, jeżeli nie potraktuje sytuacji z należytą powagą. Naprawdę mam nadzieję, że u Ciebie nie będzie tak źle, jak tutaj, ale radzę, byś się na to przygotował.

Przyjmowani do włoskich szpitali pacjenci, którzy cierpią na COVID-19, są coraz młodsi

Typ chorych ulega zmianie, powiedział 14 marca 2020 r. Luca Lorini, szef anestezjologii i intensywnej terapii szpitala w Bergamo w północnych Włoszech. Są teraz nieco młodsi, mają od 40 do 45 lat, a ich przypadki charakteryzują się wyższym poziomem komplikacji. Osoby te zachorowały sześć lub siedem dni temu i kurowały się w domach. Ich stan zaczął się pogarszać, dodał doktor. Według oficjalnych danych z ubiegłego tygodnia 12% ludzi przyjętych na oddział intensywnej terapii mieści się w przedziale wiekowym od 19 do 50 lat. Około 52% stanowią pacjenci mający od 51 do 70 lat. Reszta przekroczyła 70 lat. Zgodnie z doniesieniami lokalnych mediów do ośrodków służby zdrowia w Lombardii trafiają ostatnio w stanie ciężkim nosiciele COVID-19 w wieku od 25 do 50 lat.

Nawet jeśli dane te są wstępne, fakt, iż hospitalizacji i interwencji na intensywnej terapii wymaga w porównaniu z początkową falą zachorowań więcej młodych ludzi, można interpretować jako zjawisko naturalne, powiedział Pierluigi Lopalco, profesor z Uniwersytetu w Pizie. Pierwsze ogniska zarażeń pojawiły się w pobliżu szpitali, gdzie przebywają głównie seniorzy, oraz w małych miasteczkach. Wirus rozprzestrzenił się i podróżuje już po całym kraju. Obecnie bardziej narażone na infekcję są osoby młodsze, które nie zaprzestały kontaktów towarzyskich i nie zachowują dystansu społecznego, wyjaśnił uczony.

Wpisy powiązane tematycznie: Koronawirus utrzymuje się dłużej i przemieszcza dalej, Koronawirus i ślepy optymizm, Epidemia, utrata zaufania i łańcuchy dostaw

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Tłum. exignorant

Opublikowano Cywilizacja

Plaga w cieniu plagi

Raport AXIOS z 9 marca 2020 r.

Szarańcza zaatakowała Afrykę Wschodnią, Bliski Wschód i Azję Południową. Według Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (Food and Agriculture Organization – FAO) ta największa od dziesięcioleci plaga naraża setki milionów ludzi na głód. Pustynna szarańcza, której chmury składają się z około 80 milionów osobników na kilometr kwadratowy, jest wyjątkowo żarłoczna. Miliony będą głodować, pisze Robert Rotberg, dyrektor-założyciel Programu Konfliktów Wewnątrzpaństwowych (Intrastate Conflits Program) w harvardzkiej Szkole im. Kennedy’ego.

W ciągu jednego dnia insekty konsumują ilości pszenicy, jęczmienia, sorgo lub kukurydzy, które wykarmiłyby 35 000 ludzi. Natomiast roje o rozmiarach miast mogą zjadać 1,8 miliona ton metrycznych roślinności dziennie, co wystarczy, by wyżywić 81 milionów osób. Naloty początkowo ogarnęły Kenię, Etiopię i Somalię. Teraz FAO śledzi podobny rozwój sytuacji w 15 krajach. Szarańcza przemieszcza się pasem o szerokości setek mil; od Sudanu Południowego (na zachodzie) po Pakistan (na wschodzie). W Afryce Wschodniej, gdzie trzy lata ekstremalnych susz i powodzi zamieniły w gehennę życie 25 milionów mieszkańców kontynentu, władze prowadzą skoordynowaną akcję spryskiwania pestycydami. Zdaniem ekspertów skala inwazji wykracza poza lokalny potencjał jej zwalczania. Światowe Forum Ekonomiczne podało, iż stada owadów pokonują w 24 godziny odległość nawet 150 kilometrów.

Pomimo swojej nazwy szarańcza pustynna mnoży się intensywnie po okresach obfitych opadów, które stymulują bujne kwitnienie roślinności na zazwyczaj suchych siedliskach Afryki i Bliskiego Wschodu. Naukowcy tłumaczą, że główną przyczyną plagi był wydłużony okres deszczowej aury – na przestrzeni minionych 18 miesięcy ulewy i cyklony uderzały w Afrykę Wschodnią i Półwysep Arabski z niespotykaną regularnością i siłą. Ostatnie burze były związane z Dipolem Oceanu Indyjskiego – ten wyjątkowo wyraźny gradient temperatury przyczynił się również do niszczycielskich pożarów buszu w Australii.

Rosnące temperatury powierzchni morza zasilają nawałnice. Nagła zmiana klimatu odpowiada za dominację wzorców cyrkulacji, które przygotowują grunt pod transoceaniczne katastrofy. Jeżeli cyklony będą powracać coraz częściej, ostrzega Keith Cressman, starszy prognostyk ds. szarańczy w FAO, to Róg Afryki doświadczy jeszcze gwałtowniejszej ekspansji szarańczy. Najgorsze może dopiero nadejść. Jesienne deszcze, wyjaśnia uczony, sprawiły, iż zapanowały skrajnie nienormalne i niebezpieczne warunki – skutecznie umożliwiły pojawienie się co najmniej dwóch nowych pokoleń szkodnika. Cressman obawia się, że do czerwca 2020 r. liczba szarańczy zwiększy się 400-krotnie, co doprowadzi do rozległego spustoszenia upraw i pastwisk. Chodzi o zgranie czasowe, wyjaśnia analityk. Większość zasiewów odbywa się w Afryce Wschodniej na początku pierwszej pory deszczowej – w marcu lub kwietniu. Gdy rolnicy będą gotowi do siania, narodzi się nowa generacja rojów.

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Tłum. exignorant

Opublikowano Klimat

Koronawirus utrzymuje się dłużej i przemieszcza dalej

Artykuł South China Morning Post z 9 marca 2020 r.

Rządowi epidemiolodzy z Chin ustalili, że koronawirus, który wywołuje COVID-19, może pozostawać w powietrzu przez co najmniej 30 minut i przebyć dystans nawet 4,5 metra, czyli większy od „bezpiecznej odległości” zalecanej przez służby zdrowia na całym świecie. Naukowcy dowiedzieli się również, że patogen jest w stanie przetrwać kilka dni na powierzchni, na którą spadają kropelki oddechowe, co zwiększa ryzyko transmisji, ponieważ nieświadomi zagrożenia ludzie mogą jej dotknąć, a następnie potrzeć twarz. Całkowity czas przetrwania SARS-CoV-2 zależy od czynników takich jak temperatura i rodzaj powierzchni; np. w warunkach 37°C wirus zdoła utrzymać się od 2 do 3 dni na szkle, tkaninie, metalu, plastiku lub papierze.

Odkrycia te, dokonane przez grupę ekspertów z prowincji Hunan, podważają treść komunikatów organów ds. zdrowia publicznego, które uczulają, by ludzie zachowywali „bezpieczny dystans” 1–2 metrów. Najnowsza analiza dotyczyła lokalnego zarażenia, do którego doszło 22 stycznia 2020 r. podczas noworocznego szczytu komunikacyjnego. Chory pasażer, znany jako „A”, wsiadł do autokaru rejsowego i usiadł w drugim rzędzie od tyłu. Władze krajowe miały dopiero ogłosić epidemię kryzysem narodowym, dlatego „A” nie miał założonej maski, podobnie zresztą jak kierowca i większość osób podróżujących tym 48-miejscowym pojazdem.

Można potwierdzić, że w zamkniętym, klimatyzowanym środowisku dystans transmisji nowego koronawirusa przekracza odległość powszechnie uznawaną za wystarczającą, napisali specjaliści w artykule opublikowanym 6 marca 2020 r. w Practical Preventive Medicine. Realnym jest ryzyko, że patogen będzie unosił się w powietrzu nawet po opuszczeniu pomieszczenia przez nosiciela. Uczeni ostrzegli, że koronawirus może przetrwać ponad 5 dni w ludzkich ekskrementach i płynach ustrojowych. Badanie potwierdza, jak ważne jest mycie rąk i noszenie masek w miejscach publicznych, gdyż SARS-CoV-2 potrafi przyczepić się do cząstek aerozolu.

Hu Shixiong z Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom w Hunan, główny autor pracy badawczej, powiedział, że materiał z monitoringu pokazał, iż pacjent „A” nie wchodził w interakcje z innymi osobami podczas czterogodzinnej jazdy. Zanim autobus zatrzymał się w następnym mieście, wirus zdążył przenieść się na siedmiu innych pasażerów. Kilkoro z nich było oddalonych od „pacjenta zero” o ∼4,5 metra. Gdy wszyscy zarażeni wysiedli, kolejna grupa podróżnych wsiadła ∼30 minut później. SARS-CoV-2 skutecznie zaatakował nowego pasażera, siedzącego w pierwszym rzędzie.

Testy przeprowadzone przez naukowców z Uniwersytetu w Princeton, Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles i Narodowego Instytutu Zdrowia wykazały, że nowa forma koronawirusa – przyczyna wybuchu pandemii – może przetrwać w powietrzu przez kilka godzin. Wyniki opublikowane 9 marca 2020 r. przez medRxiv dowodzą, iż SARS-CoV-2 zachowuje swoją aktywność w powietrzu „do 3 godzin w postaci aerozolu”, a także na plastiku i innych powierzchniach, na których potrafi przetrwać nawet 3 dni. Okazuje się, że ludzie mogą zostać zarażeni chorobą COVID-19 bez bezpośredniego kontaktu z nosicielem. Badanie poddawane jest recenzji naukowej.

Autorzy badania zamieszczonego 17 marca 2020 r. w New England Journal of Medicine podali, że SARS-CoV-2 był wykrywalny przez maksymalnie 4 godziny na miedzi, od 48 do 72 godzin na plastiku i stali nierdzewnej oraz do 24 godzin na tekturze.

Opublikowana w The Journal of Hospital Infection analiza 22 badań, których przedmiotem były koronawirusy – m.in. SARS, MERS i HCoV – ujawniła, że mogą one przetrwać na nieożywionych powierzchniach – takich jak metal, szkło i plastik – do 9 dni.

Koronawirus utrzymuje się w pokojach i toaletach, ale unieszkodliwiają go środki dezynfekujące

Artykuł The Straits Times z 6 marca 2020 r.

Badanie przeprowadzone przez Narodowe Centrum Chorób Zakaźnych i Narodowe Laboratoria DSO Singapuru wykazało, że pacjenci z SARS-CoV-2 intensywnie roznoszą go po swoich sypialniach, łazienkach i ubikacjach. Potwierdza to potrzebę regularnego czyszczenia powierzchni dotykowych, umywalek i muszli klozetowych – ażeby unieszkodliwić wirusa, należy każdego dnia dwukrotnie umyć powierzchnie i podłogi powszechnie stosowanym preparatem dezynfekującym. Analiza opublikowana 3 marca 2020 r. w Journal of the American Medical Association potwierdziła, iż skażenie najbliższego otoczenia to ważny czynnik w transmisji choroby.

Singapurscy uczeni przyjrzeli się przypadkom trzech pacjentów przetrzymywanych w izolatkach na przełomie stycznia i lutego br. W ciągu dwóch tygodni w pomieszczeniach pięciokrotnie pobrano próbki: w pokoju pacjenta, który miał tylko kaszel, odbyło się to przed dezynfekcją, zaś u pozostałych, którzy mieli ostry kaszel z wydzieliną i gorączkę, tuż po niej. Mimo wyraźnej różnicy w przebiegu choroby, pierwszy pacjent zanieczyścił 13 z 15 testowanych miejsc, w tym krzesło, poręcz łóżka, szklane okno, podłogę i włączniki światła. Patogen znajdował się też w toalecie – w zlewie, na klamce i muszli klozetowej – co dowodzi, iż stolec może stanowić drogę przenoszenia.

Wymazy z wywietrzników także dały wynik dodatni – zainfekowane wirusem kropelki najwyraźniej mogą unosić się w strumieniach powietrza i osadzać na otworach wentylacyjnych. Dwa pokoje przetestowane po sprzątaniu były wolne od SARS-CoV-2. Wyniki sugerują, że pomieszczenia, w których przebywamy, to potencjalny środek transmisji koronawirusa, i potwierdzają konieczność ścisłego przestrzegania higieny zarówno samego otoczenia, jak i rąk, napisali autorzy.

Wpisy powiązane tematycznie: Koronawirus i ślepy optymizm, Epidemia, utrata zaufania i łańcuchy dostaw, Nowe śmiertelne choroby i zmiana klimatu

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Tłum. exignorant

Opublikowano Ziemia

Punkt krytyczny: Amazonia pochłania ∼50% mniej węgla niż dwie dekady temu

Badanie oparte na najbardziej miarodajnych obserwacjach odkryło, że jedna piąta Amazonii emituje więcej dwutlenku węgla, niż absorbuje. Wyniki trwających dekadę pomiarów gazów cieplarnianych pokazały, iż ∼20% lasu deszczowego stało się źródłem CO2 netto. Jeden z ważniejszych lądowych „pochłaniaczy” węgla, który spowalniał tempo globalnego ocieplenia, zamienia się w jego źródło o wiele szybciej, niż prognozowały to modele komputerowe.

Przez ostatnie 10 lat zespół naukowców pod kierownictwem prof. Luciany Gatti z brazylijskiego Narodowego Instytutu Badań Kosmicznych (National Institute for Space Research – INPE), latał co dwa tygodnie nad różnymi częściami dorzecza Amazonki i za pomocą specjalnych czujników śledził poziomy koncentracji gazów cieplarnianych. Okazało się, że południowo-wschodni rejon lasu nie tylko stracił już zdolność do magazynowania węgla, lecz także przeobraził się w jego strumień. Z każdym rokiem jest coraz gorzej, przyznała uczona. I nie ma znaczenia, czy dany sezon jest mokry czy suchy: w 2017–18 r. odnotowano sporo opadów, jednak trend utrzymał się.

Zdewastowany las deszczowy.

Carlos Nobre, wiodący ekspert ds. stanu lasów deszczowych, który analizuje interakcje między biosferą i atmosferą w Instytucie Badań Zaawansowanych Uniwersytetu São Paulo, określił ustalenia mianem bardzo niepokojących”, ponieważ zidentyfikowały one symptom przekroczenia ważnego punktu krytycznego. W latach 80. i 90. XX wieku Amazonia była bardzo skutecznym pochłaniaczem węgla – ściągała z atmosfery dwa miliardy ton CO2 rocznie. Dzisiaj potencjał ten może być okrojony o 1–1,2 miliarda ton, wyjaśnił Nobre. Niestety, podany szacunek – liczba będąca odpowiednikiem trzyletnich emisji Wielkiej Brytanii – nie uwzględnia ilości dwutlenku węgla uwalnianej przez coraz intensywniejsze pożary i wylesianie. To ostatnie miało w drugiej połowie ubiegłego roku najwyższą wartość od co najmniej 2006 r. System satelitarny DETER INPE pokazał, iż w 2019 r. obszar zniszczony przez deforestację był niewiele mniejszy od powierzchni Wenezueli.

W czerwcu 2016 r. monitoring ujawnił, że cała Amazonia emitowała więcej CO2, niż go pochłaniała. Bujna roślinność zamiast redukować tempo atmosferycznej akumulacji węgla pochodzącego ze spalania paliw kopalnych, przyspieszyła je. Dokonane przez Obserwatorium Kopernika powierzchniowe pomiary CO2 ustaliły, iż nad znacznymi obszarami Amazonii stężenia wahały się od 500 ppm do 800 ppm. Podobne skoki zarejestrowano w zalesionych regionach Afryki Zachodniej. Kombinacja warunków suchych i rozprzestrzeniającego się ognia wypompowuje węgiel z roślin i gleb. Równikowe lasy przestają funkcjonować jako kluczowe pochłaniacze węgla.

Wpisy o lasach. Więcej informacji o kondycji pozostałych planetarnych pochłaniaczy dwutlenku węgla w opracowaniu: Dodatnie sprzężenia zwrotne klimatu uruchomione przez silnik cieplny cywilizacji przemysłowej.

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Tłum. exignorant

Opublikowano Klimat, Lasy