Wielkie milczenie

Esej Clive’a Hamiltona z 4 maja 2017.

Na liczącej 4.5 miliarda lat Ziemi, po 200.000 lat istnienia współczesnych ludzi, dotarliśmy do nowego punktu w historii: antropocenu. Zmiana spadła na nas z dezorientującą prędkością. Jest to rodzaj transformacji, której pełna akceptacja przychodzi po dwóch, trzech lub czterech pokoleniach.

Nasi najlepsi naukowcy mówią nam, że rozgrywa się katastrofa, że systemy podtrzymujące planetarne życie są niszczone na sposoby, które zagrażają naszemu przetrwaniu. Jednak w obliczu tych faktów postępujemy tak, jak dotychczas.

Większość obywateli ignoruje lub bagatelizuje ostrzeżenia; wielu intelektualistów oddaje się myśleniu życzeniowemu; niektóre wpływowe głosy obwieszczają, że nic się nie dzieje, a badacze celowo wprowadzają nas w błąd. Tymczasem dowody krzyczą, iż staliśmy się na tyle potężni, by wkroczyć w nową i niebezpieczną epokę geologiczną, którą definiuje ludzki ślad odciśnięty na globalnym środowisku – tak duży i aktywny, iż pod względem wpływu na funkcjonowanie systemu Ziemi nie ustępuje wielkim siłom przyrody.

Ta dziwaczna sytuacja, w której mamy dość siły, by zmienić bieg wydarzeń na Ziemi, lecz nie potrafimy skorygować własnego zachowania, stoi w sprzeczności z każdym współczesnym przekonaniem o naturze człowieka. Niektórzy poczytują za absurd sugestię, jakoby ludzkość mogła wyzwolić się z pęt historii i zapisać w głębokim czasie jako potęga geologiczna. Ich zdaniem ludzie są zbyt mizerni, aby zmienić klimat, zatem niedorzeczną jest sugestia, iż jesteśmy w stanie zmienić geologiczną skalę czasu. Inni ewolucję Ziemi zaliczają do sfery boskiej, tak więc wzmianka o tym, że ludzie mogą zastąpić wszechmocnego, nie tylko jawi się impertynencją, ale wręcz bluźnierstwem.

Wielu intelektualistów z kręgu nauk społecznych i humanistycznych nie przyjmuje do wiadomości, że badacze planetarni mają do powiedzenia coś, co mogłoby wpłynąć na ich rozumienie świata, ponieważ „świat” składa się wyłącznie z ludzi wchodzących w interakcję z innymi ludźmi, a przyroda to jedynie pasywna dekoracja, z której powinniśmy czerpać do woli.

Dominująca w naukach społecznych i humanistycznych orientacja „tylko dla ludzi” jest wzmacniana przez nasze całkowite zanurzenie w obrazach rzeczywistości pochodzenia medialnego, zachęcających nas do postrzegania kryzysu ekologicznego jako widowiska, które odbywa się poza bańką naszej egzystencji.

Prawdą jest, iż uzmysłowienie skali tego, co się dzieje, wymaga nie tylko przebicia bańki, lecz także poznawczego przestawienia się na „myślenie o Ziemi w kategoriach systemowych” – tj. pojmowaniu planety jako pojedynczego, złożonego, dynamicznego systemu. Jedną sprawą jest zaakceptowanie prawdy, że oddziaływanie człowieka objęło swoim zasięgiem cały krajobraz, oceany i atmosferę, zupełnie inną jest zrozumienie, że poczynania naszego gatunku zaburzają funkcjonowanie Ziemi jako złożonej, dynamicznej, stale ewoluującej całości, złożonej z niezliczonych, zazębiających się procesów.

Zastanów się nad zdumiewającym faktem: posiadając wiedzę o cyklach, które rządzą rotacją Ziemi, z kątem nachylenia osi włącznie, paleoklimatolodzy są zdolni przewidzieć ze znaczną pewnością, że następna epoka lodowcowa nadejdzie za 50.000 lat. Jednakże z uwagi na to, iż dwutlenek węgla utrzymuje się w atmosferze przez tysiąclecia, spowodowane przez człowieka cywilizowanego w XX i XXI wieku globalne ocieplenie powstrzyma przybycie najbliższego zlodowacenia  i być może następnego, które spodziewane jest za 130.000 lat.

Skoro ludzka aktywność potrafi na przestrzeni stulecia lub dwóch nieodwracalnie przeobrazić planetarny klimat na dziesiątki tysięcy lat, wypadałoby zaprzestać myślenia o historii i analizie społecznej jako dziedzinach zamkniętych w hermetycznym światku ludzkich spraw.

Jak powinniśmy zrozumieć alarmujące realia, że mnogość dowodów naukowych na temat antropocenu, toczącego się wydarzenia o niewyobrażalnej skali, była niedostateczna, aby sprowokować uzasadnioną i adekwatną reakcję?

U wielu osób akumulacja faktów na temat zaburzeń ekologicznych ma efekt odurzający, który uwidacznia się w powszechnym stosunku wobec kryzysu systemu Ziemi, zwłaszcza wśród opiniodawców i liderów politycznych. Niektórzy otworzyli się na pełne znaczenie antropocenu, przekraczając ów próg w drodze stopniowego, coraz bardziej niepokojącego procesu asymilacji dowodów lub po uświadomieniu, które przebija się nagle z wielką siłą w odpowiedzi na niepozorne zdarzenie, bądź informację.

Poza granicami środowiska naukowego nieliczni zaznajomieni z planetarną sytuacją czują, że zachodzi coś niewyobrażalnie wielkiego, że konfrontujemy się z perspektywą kompletnej ruiny lub jakąś formą wybawienia.

Największą tragedią jest dzisiaj brak poczucia tragedii. Obojętność, jaką gros populacji demonstruje wobec patologicznej kondycji systemu Ziemi, można przypisać porażce rozumu lub psychologicznym słabościom; niemniej wydaje się to niewystarczające, by wyjaśnić, dlaczego znajdujemy się na skraju otchłani.

Jak możemy rozumieć żałosną klęskę współczesnego myślenia, aby poradzić sobie z tym, co nas obecnie spotyka? Kilka lat po zrzuceniu drugiej bomby atomowej Kazuo Ishiguro napisał powieść o mieszkańcach Nagasaki, w której nie wspomina się o bombie, choć jej cień pada na każdego. Cień antropocenu również pada na nas wszystkich.

Mimo to księgarnie zaopatrywane są regularnie w tomy z różnymi wersjami przyszłości świata, kreślonymi przez naszych wiodących intelektualistów z lewa i prawa, w których o kryzysie ekologicznym praktycznie się nie wspomina. Autorzy piszą o ekspansji Chin, zderzeniu cywilizacji i maszynach, które przejęły kontrolę nad światem – wizje te są skomponowane i przedstawione tak, jakby klimatolodzy w ogóle nie istnieli. Są to prognozy przyszłości, z których usunięto dominujące fakty – futurolodzy uwięzieni w anachronicznej przeszłości. Tym jest wielkie milczenie.

Słyszałem o uroczystym obiedzie, w którym uczestniczył jeden z najwybitniejszych psychoanalityków w Europie. Autorytet dyskutował żarliwie na każdy temat, lecz kiedy podniesiono kwestię zmiany klimatu, zaniemówił. Nie miał nic do powiedzenia. Dla większości inteligencji przewidywania badaczy planetarnych jawią się tak absurdalnymi, że można je bezpiecznie zignorować.

Prawdopodobnie intelektualna kapitulacja stała się tak kompletną, ponieważ siły, które zgodnie z pokładaną w nie nadzieją miały uczynić świat bardziej cywilizowanym – wolności osobiste, demokracja, dobra materialne, potęga technologiczna – w rzeczywistości torują drogę samozniszczeniu. Siły, którym powierzyliśmy nasze ocalenie, pożrą nas.

Ten i ów rozładowuje napięcie poprzez odrzucenie dowodów, czyli oświecenia. Reakcja innych polega na deprecjonowaniu głosów nawołujących do uznania niebezpieczeństwa jako przejawów utraty wiary w ludzkość – jakby obawa o los Ziemi była po prostu romantyczną iluzją lub przesądnym uwstecznieniem.

A badacze Ziemi nie przestają nas prześladować – podążają za nami niczym lamentujące zjawy, podczas gdy my, żyjący w pośpiechu, odwracamy się od czasu do czasu z irytacją, aby pomachać krucyfiksem Postępu.

Clive Hamilton australijski pisarz i intelektualista. Od 2008 roku wykłada etykę publiczną na Uniwersytecie Charlesa Sturta w Canberze. Z wykształcenia jest ekonomistą i znawcą sztuki. Wybrane książki: „Fetysz wzrostu” (Growth Fetish, 2003), „Zamożność” (Affluenza, współautor: Richard Dennis, 2005), „Uciszając sprzeciw” (Silencing Dissent, pod redakcją Sarahy Maddison, 2007), „Requiem dla gatunku: Dlaczego opieramy się prawdzie o zmianie klimatu” (Requiem for a Species: Why we resist the truth about climate change, 2010) i „Nieprzejednana Ziemia: Los ludzi w antropocenie” (Defiant Earth: The fate of humans in the Anthropocene, 2017).

Tłumaczenie: exignorant

Reklamy
Opublikowano Kluczowe badania, Poza nadzieją

Prośba

Drogie Czytelniczki / Drodzy Czytelnicy,

Po raz pierwszy od 7 lat zwracam się do Was z prośbą o pieniężne wsparcie. Przyczyną jest pogorszenie stanu zdrowia. Przede mną długa pooperacyjna rehabilitacja. Nie czerpię korzyści z reklam pojawiających się na blogu. Używam bezpłatnej wersji platformy wordpress. Będę wdzięczny za przekazanie nawet symbolicznej kwoty. Osobom, które wpłacą min. 200 zł, chciałbym zaoferować opcjonalny prezent w postaci autorskiej grafiki/fotografii [wybrana z poniższej galerii pozycja trafi do ofiarodawcy jako wydruk na płótnie w formacie 50 cm x 70 cm].

Wszystkich zainteresowanych udzieleniem pomocy proszę o kontakt mailowy – ex_ignorant@op.pl. Dziękuję.

exignorant

01

02

03

04

05

06

07

08

09

10

11

12

13

Opublikowano Wspomóż exignoranta

Upadek gospodarki przemysłowej: symptomy, przyczyny i skutki

Rozmowa z Gail Tverberg, badaczką energii i gospodarki. Jako aktuariuszka zajmowała się do roku 2007 modelowaniem finansowym branży ubezpieczeniowej. Ze względu na swoje doświadczenie zagadnienia energetyczne rozpatruje z innej perspektywy niż większość analityków. Pisze regularnie na swojej witrynie OurFiniteWorld.com. Publikuje również artykuły naukowe i jest częstym prelegentem na konferencjach międzynarodowych. → Czytaj dalej
Opublikowano Gospodarka, finanse, surowce i energia, Upadek cywilizacji

Nagła zmiana klimatu

Najnowsza literatura badawcza, dane i obserwacje dowodzą, że zmiana klimatu Ziemi nie przebiega już w sposób stopniowy, lecz wkroczyła w fazę określaną mianem „nagłej”. W poniższych komentarzach Paul Beckwith, badacz systemu klimatycznego planety i wykładowca Uniwersytetu w Ottawie (Ontario), przybliża w skrócie potwierdzające ten fakt symptomy i formułuje własne prognozy w oparciu o wyłonione na przestrzeni ostatnich dekad trendy. → Czytaj dalej

Opublikowano Klimat

Kryzys koreański: Odrzucona propozycja

Wypowiedź Noama Chomsky’ego z maja 2017.

Obecna administracja [w Waszyngtonie] jest szalenie nieprzewidywalna. Trump prawdopodobnie nie ma pojęcia, co zrobi za pięć minut, zatem prognozowanie posunięć z dużą dozą pewności jest dosłownie niemożliwe. Niemniej wątpię, by doszło do ataku [na Koreę Północną]. Powód jest bardzo prosty: uderzenie – konwencjonalne czy nawet nuklearne – sprowokowałoby bombardowanie artyleryjskie Seulu. To największe miasto Korei Południowej, położone tuż przy granicy, zniknęłoby z mapy, a wraz z nim wielu amerykańskich żołnierzy. Nie jestem technicznym ekspertem, ale z lektury stosownych materiałów wynika, że nie istnieje w tym wypadku żaden mechanizm obronny.

Ponadto Korea Północna mogłaby w odwecie ostrzelać amerykańskie bazy w tej części świata, w których stacjonują duże kontyngenty amerykańskich sił zbrojnych. Przykładem jest Japonia. Bastiony te ległyby w gruzach. Korea Północna byłaby skończona, podobnie jak większość regionu. Mimo to kraj nie pozostałby dłużny – jego kontratak najprawdopodobniej miałby charakter automatyczny. Generałowie McMaster i Mattis są tego świadomi. Nie wiemy jednak, jak duży mają posłuch.

Najważniejsze pytanie brzmi: czy jest jakiś sposób na rozwiązanie tego problemu? Pojawiło się wiele propozycji: sankcje; nowy system obrony przeciwrakietowej, który stanowi poważne zagrożenie dla Chin i spowoduje wzrost napięć; rozmaite pogróżki militarne; „przypadkowe” wysyłanie lotniskowca The Vinson ku brzegom Korei Północnej – jednostka zmierzała akurat w przeciwnym kierunku, ale to nieistotny szczegół.

Jest jeszcze jedna propozycja, którą zignorowano. Wspomina się o niej sporadycznie. Ma ona względnie nieskomplikowany charakter. Przypomnę, że celem jest nakłonienie Korei Północnej do zawieszenia systemów broni i rakiet. Tak więc jedna z propozycji wiąże się z zaakceptowaniem oferty strony przeciwnej. Otóż Chiny i Korea Północna zaproponowały zastopowanie północnokoreańskich systemów rakietowych i broni jądrowej. USA z miejsca odmówiły. Winą za to nie można obarczyć wyłącznie Trumpa. Obama postąpił tak samo. Złożono mu tę samą ofertę, bodajże w 2015 roku. Powodem natychmiastowego jej odrzucenia był warunek quid pro quo: w zamian Stany Zjednoczone miały zakończyć organizowanie niebezpiecznych manewrów przy granicach Korei Północnej, które za kadencji Trumpa odbywają się z udziałem samolotów B-52 zdolnych do przenoszenia broni jądrowej.

Amerykanie zbyt dobrze tego nie pamiętają, lecz wśród mieszkańców Korei Północnej wciąż żywe są wspomnienia z nieodległej przeszłości, kiedy to ich państwo zostało dosłownie zrównane z ziemią przez amerykańskie pociski. Nie pominięto żadnego celu. Namawiam wszystkich do zapoznania się z oficjalnymi historiami wojskowymi z łamów Air Quarterly Review. Opisują one te zdarzenia bardzo obrazowo, z dbałością o detale. Autorzy piszą: „Wyczerpaliśmy cele. Co możemy zrobić?” Cóż, postanowiliśmy zburzyć ogromne zapory. To poważna zbrodnia wojenna. W Norymberdze skazywano za to sprawców na śmierć przez powieszenie. Relacje z bombardowań tych budowli są wręcz ekstatyczne, pełne egzaltacji i triumfalizmu. Uwolnione rezerwuary wody wdzierały się w doliny niszcząc uprawy ryżu, od których zależy przetrwanie Azjatów. Fakty te opatrzono mnóstwem rasistowskich komentarzy. Ażeby mieć pełne wyobrażenie, trzeba to naprawdę przeczytać.

Koreańczycy z Północy nie muszą tego robić. Oni to przeżyli. Zatem gdy nad ich granicami przelatują fortece B-52, czemu towarzyszą inne ćwiczenia militarne, są tym zaniepokojeni. Dziwni ludzie. I nie zaprzestają prac nad rozbudową potencjału nuklearnego, który uważają za ewentualny środek odstraszania mogący uchronić reżim – i tym samym kraj – przed zniszczeniem. Nie ma to nic wspólnego ze zdaniem, jakie masz na temat samego rządu. Być może jest to najgorsza władza w historii ludzkości. W porządku. Jednakże nie zmienia to istniejących faktów.

Tłumaczenie: exignorant

Opublikowano Imperialne wojny, militaryzm i terror państwowy

Syria: Wojna nie-domowa

W kolejnym odcinku programu ON CONTACT, wyemitowanym 15 kwietnia 2017, gośćmi autora Chrisa Hedgesa Max Blumenthal i Ben Norton – dziennikarze dochodzeniowi piszący o wydarzeniach na Bliskim Wschodzie. Głównym tematem rozmowy jest wojna w Syrii i konsekwencje polityki interwencjonizmu prowadzonej przez USA i NATO.

Kontekst: plan neokonserwatystów [link], wojna z terroryzmem [link], wojna w Syrii [link, link, link], Libii [link] i Jemenie [link], Państwo Islamskie [link, link], sytuacja klimatyczna [link], wodna [link], żywnościowa [link] i energetyczna [link].

Transkrypcja wywiadu:

Chris Hedges: Witam w ON CONTACT. W dzisiejszym programie dyskutujemy o prowadzonej w USA kampanii na rzecz interwencji zbrojnej w Syrii. Moimi gośćmi są dziennikarze Max Blumenthal i Ben Norton.

Ben Norton: Wydarzenia te zdestabilizują region na lata, a ich echa będą wybrzmiewać przez dekady.

Max Blumenthal: Jeżeli dojdzie do całkowitego rozpadu Syrii, będziemy świadkami spuszczenia ze smyczy najgorszego monstrum.

Chris Hedges: Wojna otwiera Puszkę Pandory. Wyzwolone zło nie poddaje się kontroli. Inwazja Afganistanu miała rzekomo rozprawić się z Al-Kaidą. Blisko 16 lat później jesteśmy wplątani w skazaną na porażkę batalię z talibami. Zdawało się nam, że możemy wkroczyć do Iraku, zbudować tam demokrację na wzór zachodni i osłabić regionalną pozycję Iranu. Fragmentacja kraju dokonana przez zwalczające się frakcje uczyniła Iran dominującym muzułmańskim narodem Bliskiego Wschodu, zaś zdewastowany Irak przestał istnieć jako jednolite państwo. Wyruszyliśmy do Syrii, aby pozbawić władzy Baszara al-Asada. Następnie przystąpiliśmy do bombardowania islamskich fanatyków, którzy chcą go obalić. Przenieśliśmy „wojnę z terroryzmem” do Libii, Syrii i Jemenu, aby zdławić regionalny opór. Stworzyliśmy nowe upadłe państwa i enklawy bezprawia. Próżnię wypełniły siły dżihadu, które chcemy pokonać. Roztrwoniliśmy oszałamiającą kwotę 4.9 biliona dolarów na śmierć, zniszczenie i bezmyślność. Tymczasem obywatele USA ubożeją, a zmiana klimatu zagraża przetrwaniu naszego gatunku.

W studiu są ze mną Max Blumenthal i Ben Norton. Max jest autorem bestsellera „New York Timesa” pt. „Republikańska Gomora”, a także „Goliata”, jednego z najlepszych portretów współczesnego Izraela. Pisze dla portalu AlterNet. Ben również publikuje w AlterNet. Wcześniej współpracował z Salon.com. Komentuje politykę zagraniczną USA i wydarzenia na Bliskim Wschodzie. Wspiera ruchy w obronie sprawiedliwości ekonomicznej i społecznej.

Max, zacznijmy od ciebie. Po uderzeniu rakietowym na syryjską bazę wojskową, przeprowadzonym przez administrację Trumpa, nie przedstawiono praktycznie żadnego kontekstu. Tymczasem nasze kampanie domagające się interwencji mają długą historię. Wystarczy wspomnieć atak chemiczny z 2013 roku. Proszę, abyś osadził te zdarzenia we właściwym kontekście.

Max Blumenthal: Po pierwsze niezwykle intrygujący był termin ataku. Nastąpił on akurat w chwili, gdy dyplomaci spotkali się w Brukseli, aby omówić odbudowę Syrii. To temat zakazany. Syryjska opozycja bezwarunkowo sprzeciwia się takim dyskusjom, dopóki nie dojdzie do usunięcia władz kraju. Rakiety wystrzelono zaledwie klika dni po tym, jak Biały Dom oficjalnie cofnął wieloletnią politykę nawoływania do zmiany rządu w Syrii. W tym samym czasie armia państwa wygrywały kolejne bitwy z dżihadystami z Tahrir al-Sham, głównej koalicji opozycyjnej, która jest po prostu przemianowaną Al-Kaidą. Przeprowadzenie tak ohydnego ataku przez siły rządowe nie miałoby sensu, ponieważ byłby to powrót do punktu wyjścia, czyli „czerwonej linii” wytyczonej w 2013 roku przez Baracka Obamę, który ostrzegł, że odpowiedzią USA na użycie broni chemicznej będzie interwencja militarna. „Czerwona linia” była tworem syryjskiej opozycji, jej lobbystów w Waszyngtonie oraz aparatu bezpieczeństwa narodowego USA, który wręcz pożąda odsunięcia włodarzy Syrii. Jest to następna po Iraku odsłona planu neokonserwatystów. Nie próbuję przypisać rebeliantom winy za tę tragedię. Zważywszy kontekst, jej okoliczności są zwyczajnie bardzo podejrzane.

Chris Hedges: Należy wyraźnie podkreślić, że nie było w tej sprawie niezależnego śledztwa i żadnych dowodów.

Ben Norton: Organizacja ds. Zakazu Broni Chemicznej (OPCW) nie wskazała winowajców. Zaraz po ataku Staffan de Mistura, wysłannik ONZ ds. Syrii, zorganizował konferencję prasową i powiedział, że nie ma pewności co do przebiegu zdarzenia, a śledztwa jeszcze nie wszczęto. Stany Zjednoczone i sojusznicy pospiesznie wyciągnęli wnioski. Oczywiście historia formułowanych przez nich, ewidentnie fałszywych oskarżeń jest długa. Nie ma żadnego międzynarodowego potwierdzenia tych zarzutów.

Chris Hedges: Pisałeś na temat „Białych Hełmów”. Wyjaśnij, kim są i dlaczego pełnią rolę jednego z najpotężniejszych narzędzi propagandowych, którym posługuje się opozycja, promując „eksmisję” syryjskiego rządu. Jak zauważyłeś w swoich reportażach, „Białe Hełmy” zostały „przygarnięte” przez neokonserwatystów dążących do dalszej ekspansji wojny w Syrii.

Max Blumenthal: Ażeby to zrozumieć, musimy powrócić do roku 2012.

Chris Hedges: Wytłumacz nam, kim są.

Max Blumenthal: Nazywa się ich „obroną cywilną Syrii”, ale nie reprezentują syryjskiego państwa. Działają wyłącznie na terenach zajmowanych przez rebeliantów. Faktycznie są to jednostki służb ratunkowych ekstremistów powiązanych z Al-Kaidą. Obecnie ich działania koncentrują się m.in. na Idlib.

Chris Hedges: Idlib to miasto, w które uderzono.

Max Blumenthal: Idlib jest pod kontrolą Dżabhat al-Nusra, czyli de facto syryjskich oddziałów Al-Kaidy. Opozycyjni dżihadyści panują tam niemal niepodzielnie. Członkowie „Białych Hełmów” zdobyli Oscara, bo liberałowie byli niepocieszeni faktem, iż mimo nominacji, nie dano im Nobla.

Chris Hedges: Oscar za najlepszy dokument.

Max Blumenthal: Film wyprodukowany przez Netflix, który posłużył „Białym Hełmom” za instrument propagandowy. Wielu z nich należy do paramilitarnych grup dżihadystów, takich jak Dżabhat al-Nusra, lub salafitów, przykładem jest Ahrar al-Sham. Zostało to udokumentowane. „Białe Hełmy” pojawiły się nawet w propagandowych klipach Państwa Islamskiego (ISIS) z porwanymi dziennikarzami, m.in. Johnem Cantile. Skąd się wzięły „Białe Hełmy”? Wszystko zaczęło się w 2012 roku. Amerykańska brać ekspercka i aparat bezpieczeństwa narodowego byli przekonani, że Asada można usunąć, tak jak podczas Arabskiej wiosny wyeliminowano Kadafiego i innych liderów. Za pośrednictwem Agencji Rozwoju Międzynarodowego (US AID) zaczęli na terytorium rebeliantów budować cywilną infrastrukturę. Wschodnie Aleppo było pierwsze. Islamiści zajęli je siłą, a nie na drodze protestów. Waszyngton zaczął pompować tam pieniądze, aby stworzyć służby cywilne rebeliantom. Sądzono, że zastąpią gabinet Asada. Miała to być wyłącznie sunnicka technokracja w stylu Bractwa Muzułmańskiego. Sprawy potoczyły się inaczej. Asad odpowiedział na ciosy, a „czerwona linia” nie spowodowała interwencji, ponieważ Obama był przerażony widmem destabilizacji, która ogarnęłaby Syrię po wyeliminowaniu rządu. Potem byliśmy świadkami wzmocnienia aparatu propagandy. Departament Stanu przyznał 25 milionów dolarów na kamery we wschodnim Aleppo. Zasilił budżet brytyjskich organizacji informacyjnych, m.in. „Syria Deeply” i „Radio Fresh”. Uhonorowano „dziennikarzy”, którzy faktycznie nimi nie są. Przykładem jest Hadi Abdullah nagrodzony przez Reporterów bez Granic. To propagandysta Al-Kaidy, który drwił z pojmanych żołnierzy syryjskich i brał udział w atakach dżihadystów na osiedla mieszkaniowe. Nikt się nie przejmował i nie sprawdzał, kim są odbiorcy finansowego wsparcia. „Białe Hełmy” dostały od US AID co najmniej 23 miliony dolarów. Wyposażeni w kamery filmowali pokłosie nalotów. Bez jakiegokolwiek kontekstu. Nie było sposobu na ustalenie szczegółów danego zdarzenia. Chodzi o to, że relacje CNN lub innych korporacyjnych nadawców z terytorium rebelii są materiałem dostarczonym przez „Białe Hełmy”. W Idlib ściśle współpracują z Al-Kaidą. Zatem USA, Ministerstwo spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii, które przekazało 15 milionów funtów „Białym Hełmom”, oraz Katar zapewniają administrację cywilną Al–Kadzie. Bezdyskusyjnie. To ogromny skandal. W przekazywaniu pieniędzy pośredniczy waszyngtońska korporacja Chemonics. Pomoc dostarczana jest przez Turcję. Całą operację nadzoruje brytyjski najemnik James Le Mercier, który na tym krwawym konflikcie zbije fortunę.

Chris Hedges: Porozmawiajmy o interwencji. Zrzucenie 59 rakiet Tomahawk nie jest  bynajmniej jej początkiem. Powiedz nam też, dlaczego wspomniane przez Maxa zasoby są rozdawane radykalnym grupom dżihadzkim.

Ben Norton: Wszyscy zadają pytanie, czy dojdzie do interwencji USA w Syrii. Ważne jest, byśmy sobie uświadomili, że Waszyngton interweniuje tam od dawna, nie tylko przez 6 minionych lat – od początku wojny. Dokumenty ujawnione przez Wikileaks pokazują, że już w połowie ubiegłej dekady USA destabilizowały kraj, potęgując napięcia na tle etnicznym, podgrzewając nastroje sekciarsko-religijne. Widzieliśmy ich eksplozję w trakcie wojny. Naturalnie USA i ich sojusznicy kontynuują ten proces. Należy zdać sobie sprawę, że sprzymierzeńcy Stanów Zjednoczonych w tym konflikcie to Arabia Saudyjska – ekstremistyczna, teokratyczna monarchia absolutna, która postrzega szyitów jako niewiernych – Turcja, kolejne państwo z coraz bardziej represyjnym ustrojem, i Katar, następna monarchia o charakterze sekciarskim. Według oficjalnych dokumentów i zapisów najpóźniej w 2012 roku USA wspierały już w Syrii rebeliantów dążących do zlikwidowania rządu. Można przeczytać ówczesne raporty, doniesienia Reutera i innych agencji. Z dostępnych materiałów rządowych wynika, że przed 2013 rokiem, możliwe że wcześniej, CIA przesyłała broń rebeliantom, głównie w Turcji i Jordanii.

Chris Hedges: Część arsenału pochodziła z Libii. Przerzucano ją przez Turcję.

Ben Norton: Bezsprzecznie. Po natowskiej kampanii destabilizacji i zmiany rządów w Libii w 2011 roku region pogrążył się w chaosie i gros tamtejszej broni trafiło do rąk dżihadystów w Syrii i innych krajach.

Max Blumenthal: Na przykład do Boko Haram [w Nigerii].

Ben Norton: Właśnie. Do ludobójczych grup, z Państwem Islamskim na czele. Państwo Islamskie jest w posiadaniu dużej liczby wyprodukowanych na Zachodzie środków bojowych przejętych od rebeliantów. Proszę zrozumieć, że USA od lat zbroją i szkolą rebeliantów mających pozbyć się syryjskich władz. W pewnym momencie CIA wydawała na nich miliard dolarów, czyli każdy z piętnastu dolarów swojego budżetu.

Chris Hedges: Zapewnia się nas, że są to tzw. „umiarkowani” rebelianci.

Ben Norton: We wrześniu 2015 roku podczas przesłuchań Komisji Senackiej ds. Sił Zbrojnych zastępca Szefa Sztabu Naczelnego Dowództwa Armii USA przyznał, że Stany Zjednoczone wydały 500 milionów dolarów na wyszkolenie setek tysięcy umiarkowanych rebeliantów do walki z Państwem Islamskim w Syrii. Okazało się, że było ich 60. Po wylądowaniu na miejscu uciekli i dołączyli m.in. do Dżabhat al-Nusry, syryjskiej Al-Kaidy. Ostatecznie rezultatem tego projektu za 500 milionów było 4 lub 5 umiarkowanych rebeliantów. Pół miliarda z podatkowej kasy zafundowało 4 lub 5 umiarkowanych bojowników.

Chris Hedges: Skoro projekt jest tak oczywistą porażką, dlaczego jest kontynuowany?

Ben Norton: Z kilku powodów. Pamiętajmy, że wiele z tych działań wymierzonych jest w Iran. Kraj ten wspiera syryjski rząd od lat. Jeżeli chodzi o „zmianę reżimu”, to Iran jest celem numer jeden. Wystarczy zapoznać się z oświadczeniem gen. Wesley’a Clarka o planie obalenia włodarzy 7 krajów w 5 lat. Iran zawsze stanowił „wisienkę na torcie”. Irak był częścią tej strategii. Zniszczono Libię i teraz Syrię. Na szczycie tej listy jest Iran. Bill Kristal i jego neokonserwatywni towarzysze mówią o tym otwarcie. Po ataku Trumpa na rząd Syrii napisał na Twitterze, że to Iran jest główną nagrodą i musimy ją zdobyć. Poza Iranem jest też Hezbollah. Wróg numer jeden Izraela – pokonał go w dwóch wojnach – wspiera rząd Syrii.

Chris Hedges: Podejmiemy ten wątek za chwilę. Po przerwie powrócimy do rozmowy z Maxem Blumenthalem i Benem Nortonem.

Witam ponownie w ON CONTACT. Oto ciąg dalszy wywiadu z Maxem Blumenthalem i Benem Nortonem, którzy piszą dla portalu AlterNet. Jaki jest cel, Max? Ben przedstawił obraz marnotrawstwa zasobów, katastrofalnej klęski, która mimo wszystko trwa nieprzerwanie.

Max Blumenthal: Media próbują sprowadzić wszystko do jednej, demonizowanej osoby. Syria to nie tylko Asad, to rząd państwa. Na obszarach Syrii przezeń administrowanych mieszka 18 milionów ludzi. Na terenach kontrolowanych przez rebeliantów znajdują się tylko dwa miliony obywateli. Tę mozaikę różnych grup etnicznych spaja aparat rządowy, który zapewnia środki publiczne. Bezspornie jest to państwo skrajnie totalitarne. Chodzi to, by rozbić to państwo bez względu na konsekwencje. Zostało już rozbite pod wieloma względami. Skąd wziął się kryzys uchodźców? Kryzys uchodźców jest rezultatem tej wojny. Konflikt jest podtrzymywany poprzez dostawy rakiet przeciwczołgowych TOW. Są one najważniejszą bronią wykorzystywaną przez rebeliantów w atakach na syryjskie kolumny pancerne. Pociski te pozwoliły im zająć i utrzymać terytoria. Broń tę dostarcza Raytheon. Spójrzmy na akcje koncernu: od dnia pierwszych dostaw w 2011 roku ich wartość stale rośnie. Raytheon to także największy producent rakiet Cruise. Wojna w Syrii to świetny interes dla przemysłu zbrojeniowego. Administracja Trumpa jest kolekcją generałów i bankierów z Goldman Sachs. Elementy anty-interwencyjne odsunięto na bok. Obowiązuje strategia przedłużania kaźni, dezintegracji kraju, w którym nie ma bazy wojskowej USA; którego stosunki gospodarcze ze Stanami i Europą są marginalne; który jest sprzymierzony z Iranem i Rosją. Jest to część planu zniszczenia postkolonialnych państw arabskich, który w swoim dokumencie „Zerwanie stosunków” wysunęli neokonserwatyści. Gen. Wesley Clark skarżył się przed inwazją na Irak, że jest to składowa szerszego planu obalenia rządów 7 krajów w 5 lat. Mamy do czynienia z jego kontynuacją. Liberałowie, a nawet niektórzy przedstawiciele lewicy, przyklaskują temu projektowi, nazywając go „interwencją humanitarną”. To zatrważające. Spójrzmy na Libię. Kraj roztrzaskano. Jego zasoby zostały zagrabione. Najbardziej skorzystali na tym Francuzi. USA wzięły broń z państwowych składów i przesłały ją do Syrii, co nasiliło kryzys uchodźców. Libia stała się głównym punktem przerzutowym uchodźców do Europy. Kryzys zwiększył popularność skrajnej prawicy i jest bezpośrednio odpowiedzialny za Brexit. I nikt o tych konsekwencjach nie mówi. Orędownicy wojny w Libii nawet nie wspomną, że zdestabilizowali cały region i Afrykę. W wyniku napływu libijskiej broni w samej Nigerii wysiedlony został milion ludzi. Jeżeli dojdzie do całkowitego rozpadu Syrii, będziemy świadkami spuszczenia ze smyczy najgorszego monstrum – ideologia, która dominuje w Idlib, rozprzestrzeni się. Właśnie dlatego o tym mówimy. Jesteśmy jednym z nielicznych progresywnych portali, który porusza tę kwestię. Przyjrzeliśmy się dokładnie konsekwencjom i katastrofalnemu rezultatowi kontrrewolucji krajów Zatoki Perskiej wymierzonej w Arabską wiosnę. I jesteśmy przerażeni tym, co może się wydarzyć.

Chris Hedges: Kontrrewolucji propagowanej też przez Izrael.

Max Blumenthal: Pora sprzeciwić się najgorszym elementom naszego aparatu bezpieczeństwa narodowego, które odpowiadają za każdą porażkę polityki zagranicznej USA co najmniej od czasu zamachów z 11 września 2001. To one po zniszczeniu Iraku umożliwiły utworzenie Państwa Islamskiego. Reszta progresywnych mediów milczy, a ludzie muszą wiedzieć, co ich czeka.

Chris Hedges: Pomówmy o Idlib. Wspólnie napisaliście artykuł o tamtejszych warunkach. Co tam się dzieje?

Ben Norton: W Idlib nie ma reporterów. Nie możemy uzyskać bezpośredniego wglądu w wydarzenia. Informacje przekazywane są przez rebeliantów zdominowanych przez ekstremistów z Al-Kaidy, czy kolaborujących z nią salafi-dżihadystów z Ahrar alSham. Na miejscu jest garstka zachodnich korespondentów. Niektórych uprowadziły wymienione grupy terrorystyczne, a nawet Państwo Islamskie. W Idlib prym wiedzie Dżabhat al-Nusra, bo tylko ona jest w stanie nawiązać walkę z syryjską armią. Jej członkowie przeprowadzają ataki samobójcze. To ekstremiści, których motywacją jest ideologia dżihadu. Są tam grupy salafickie narzucające zasady państwowe wzorowane na talibach. Joshua Landis – jeden z najwybitniejszych badaczy Syrii, który w odróżnieniu od medialnych „gadających głów” mieszkał tam przez lata i analizę syryjskiego konfliktu rozpoczął przed 2011 rokiem, kiedy nagle na antenie TV pojawili się „eksperci” od „zmiany reżimu” – określił system rządów rebelii w Idlib mianem talibanizacji. W szkołach obowiązuje segregacja płciowa, a na ścianach wiszą portrety Osamy bin Ladena. Nikt nie przyznaje, że religijne i etniczne mniejszości zostały w Idlib wytrzebione. Druidom, chrześcijanom i przedstawicielom innych mniejszości, którzy nie uciekli, przystawiono do skroni pistolet i zmuszono do przejścia na salafizm. Tę odmianę islamskiego fundamentalizmu wyznają państwa Zatoki Perskiej, zwłaszcza Arabia Saudyjska. Rola Saudów w krzewieniu tej ideologii na całym świecie od wielu dekad, przy niezachwianym wsparciu USA, jest przemilczana. W Indonezji finansowane przez Arabię szkoły masowo produkują zwolenników Państwa Islamskiego. Jak prezentuje się ideologia obywateli Państwa Islamskiego w syryjskiej Ar-Rakce? Drukują państwowe podręczniki saudyjskie i dają je swoim dzieciom. Wszyscy powtarzają, że Idlib to kontrolowany przez rebeliantów „obszar wolności”. Nikt nie zauważa faktu, że skonstruowano tam reżim, który przypomina wspierany przez USA w latach 80. afgański odpowiednik. Przeżywamy to ponownie. Stany Zjednoczone pomogły stworzyć talibów i Al-Kaidę poprzez pomoc udzieloną mudżahedinom w latach 80. w Afganistanie. Od lat robimy to samo w Syrii wespół z partnerami takimi jak Arabia Saudyjska, której rządy już teraz wyglądają identycznie – teokratyczna monarchia absolutna, która ścina głowy na ulicy. Wszyscy to ignorują. Powtarza się w kółko frazesy o „wspieraniu dążenia do wolności i demokracji”. Ale oficjalną rebelię trapi indolencja, nie radzi sobie bez asysty Turków na północy. Faktyczni, niezależni rebelianci w Syrii środkowej są fanatycznymi wyznawcami salfi-dżihadu, a nie „bojownikami o wolność”.

Chris Hedges: Jak wykazaliście, media, z CNN na czele, wyniosły propagandystów tych grup do statusu rzeczników.

Max Blumenthal: Ben napisał znakomity artykuł o Bilalu Abdulu Karemie. Ten Amerykanin z Dubaju jakimś sposobem znalazł się na syryjskim polu bitwy u boku rebeliantów. To bodaj jedyny Amerykanin, który pracuje na życzenie syryjskiej franczyzy Al-Kaidy. Bardzo osobliwa postać. W swoich filmowych relacjach, zamieszczanych na podejrzanej witrynie informacyjnej, konsekwentnie przedstawia konflikt w Syrii jako wojnę religijną. Lansuje kleryków. Wielu z nich pochodzi z Arabii Saudyjskiej. W wywiadach mających format programu CBS „60 minutes” złorzeczą na szyitów. Nawołują do ludobójstwa. Potem Bilal staje przed kamerą i jest tym przyjaznym równiachą, który oprowadza cię po strefie rebeliantów i opowiada o ucisku, jakiego doświadczali. CNN nie tylko zaprosiła go jako „niezależnego” dziennikarza – podpisała z nim kontrakt na współpracę! To niesamowite. Jedna z największych mistyfikacji i operacji psychologicznych, jakie widziałem. Inną sprawą, którą się pomija, jest ideologia rebeliantów. Ben już nadmienił, że pochodzi ona z Arabii Saudyjskiej. Personel ideologiczny indoktrynuje młodych ludzi, którzy są wysiedleńcami lub uchodźcami, w ekstremistycznym, wahabickim kontekście. Zapewniają go tacy jegomoście jak Abdallah al-Muhaysini. Prawie w ogóle o nim się nie słyszy. Jest to Abu Bakr al-Baghdadi rebeliantów. Urodził się w prowincji Al-Kasim w Arabii Saudyjskiej, uczęszczał do tej samej szkoły, co Abdulaziz al-Omari, jeden z egzekutorów zamachu z 11 września 2001. Komisja badająca atak na WTC nazwała tę uczelnię „fabryką terroru”. Proszę obejrzeć jego filmy. W jednym z nich – wyprodukowanym przez „Jihad’s Callers”, sieć, której używa do pozyskiwania funduszy od prywatnych ofiarodawców w Katarze, Kuwejcie i Arabii Saudyjskiej – pojawia się w obozie dla uchodźców w północnej Syrii. Obóz podlega Turcji, zatem władze kraju wiedziały o jego obecności. Stoi przed kilkoma setkami młodych mężczyzn, których zniszczyła wojna, i mówi: „Kto chce zabijać szyitów?”. Zabiera wszystkich do namiotu, gdzie wspólnie się modlą, po czym daje im broń, za chwilę wsiadają do autobusu, który zabiera ich do Idlib. To odrażające.

Chris Hedges: Zanim skończymy rozmowę, powiedzcie mi, jakie są szersze geopolityczne konsekwencje tego konfliktu.

Ben Norton: Katastrofalne. Wydarzenia te zdestabilizują region na lata, a ich echa będą wybrzmiewać przez dekady. Podobnie jak wojna w Afganistanie. Naprawdę powinniśmy studiować konflikty z historii lub inwazję na Libię. W 2011 roku państwo libijskie zostało zniszczone i wiele osób, które temu kibicowały, teraz nawołuje do powtórki w Syrii. Nie przestają wspierać ekstremistów, którzy rosną w siłę.

Chris Hedges: Istnieje różnica, ponieważ w przeciwieństwie do Libii Syria ma sojuszników: Rosję i Iran. Jakie będą skutki podtrzymywania tej polityki?

Ben Norton: Może ona doprowadzić do III wojny światowej. Od lat jest to bardzo poważny problem. Hillary Clinton domagała się wprowadzenia strefy zakazu lotów nad Syrią. Podczas przemówienia sponsorowanego przez bankierów Goldman Sachs w 2013 roku przyznała, że posunięcie to „zabije wielu Syryjczyków i doprowadzi do bezpośredniego zaangażowania sił USA i NATO”. Zaraz po objęciu prezydentury Trump rozmawiał z królem Arabii Saudyjskiej Salamanem i zgodził się na wprowadzenie „bezpiecznych stref”. Teraz zbombardował syryjski rząd. Może to potencjalnie doprowadzić do „gorącej” wojny z Rosją i Iranem, która byłaby katastrofą.

Chris Hedges: Czego chcą neokonserwatyści?

Max Blumenthal: Chcą „gorącej” wojny. Bill Kristol powiedział: „Nagrodą jest Iran”. Jeśli przyjrzymy się atmosferze panującej w Stanach, przekonamy się, że liberałowie przeciwni Trumpowi używają języka neokonserwatystów. Histerię wymierzoną w Rosję wzniecili ludzie pokroju Kristola. Do czego to wszystko prowadzi? Do wojny. Ciągle słyszymy mantrę o rosyjskim hakowaniu jako „akcie wojny”, na który musimy odpowiedzieć. Uważam, że rozkaz zbombardowania syryjskiej bazy wydany przez Trumpa jest fazą wstępną tej odpowiedzi. W konsekwencji destrukcja Libii i Syrii zwiększyła na Zachodzie poparcie dla skrajnej prawicy, która była przeciwna tym interwencjom, podczas gdy liberałowie nabrali wody w usta. To jej przedstawiciele są przeciwni kryzysowi uchodźców, który pomogły stworzyć centro-lewicowe rządy udzielające poparcia tym „wojnom zastępczym”. Interwencjonizm jest pożywką dla skrajnej prawicy.

Ben Norton: Skrajna prawica winę za to wszystko przypisuje niewłaściwym zbiorowościom-kozłom ofiarnym. Wskazuje islam reprezentowany przez 1.6 miliarda muzułmanów. Wskazuje samych uchodźców. Problemem są wojny finansowane przez Zachód i jego sojuszników, m.in Arabię Saudyjską, która wspiera grupy salafitów. Stany Zjednoczone podsycają te konflikty w pełni świadomie. Mamy opublikowane przez Wikileaks oficjalne dokumenty, które pokazują, że Arabia Saudyjska i Katar, oddani sojusznicy USA, pomagali na starcie Państwu Islamskiemu. Mamy dokumentację Departamentu Stanu z 2009 roku, która potwierdza, że Arabia Saudyjska i przedstawiciele jej elit są największymi stronnikami Al-Kaidy, talibów i innych grup ekstremistycznych na całym świecie. USA pozostają z nimi w nieprzerwanej relacji sojuszniczej. Jest to część strategii zimnowojennej, w myśl której niszczy się jakikolwiek przejaw sprzeciwu na Bliskim Wschodzie. Dzisiaj obserwujemy jej destrukcyjne skutki.

Chris Hedges: I jest to również bardzo intratny biznes. Dziękuję wam. Moimi gośćmi byli Max Blumenthal i Ben Norton.

Powstanie Państwa Islamskiego zaszczepiło dumę i dało poczucie siły wielu sunnitom upokorzonym przez okupację USA. Zdemaskowało niedołężne i skorumpowane elity władzy, które sprzedały się Waszyngtonowi. Jest ono dowodem, że wojska Zachodu nie są niezwyciężone. Grupy te będą zmuszone do odwrotu, ale nie znikną. Buntownicy nie złożą dobrowolnie broni, dopóki Stany Zjednoczone nie zakończą swojej okupacji Bliskiego Wschodu. Konflikty, które rozpoczęliśmy, są skomplikowane, pod ich powierzchnią toczone są liczne „wojny zastępcze”: w tym nasza wojna z Rosją, Turcji z Kurdami czy Arabii Saudyjskiej z Iranem. Cywile w Afganistanie, Iraku, Syrii, Libii i Jemenie są ludzkimi „stratami towarzyszącymi”. Rzeź trwa od blisko 16 lat i ustanie dopiero wtedy, gdy wyczerpana machina wojenna USA wycofa się regionu. Zanim to nastąpi, swoje życie straci wielu niewinnych.

Dziękuję za uwagę. Znajdą nas państwo na rt.com/oncontact. Do zobaczenia w przyszłym tygodniu.

Tłumaczenie: exignorant

Opublikowano Imperialne wojny, militaryzm i terror państwowy

Cywilizacja i nierówność społeczna (aktualizacja: 20.06.2017)

Fragmenty wywiadu z profesorem Walterem Scheidelem z 19 kwietnia 2017.

Według raportu organizacji Oxfam, opublikowanego w styczniu 2017, bogactwo ośmiu mężczyzn jest obecnie równowartością łącznego „dorobku” połowy najbiedniejszych przedstawicieli rasy ludzkiej. Obserwujemy niepohamowany wzrost nierówności ekonomicznej.

Z szerszego spojrzenia na historię wyłania się wyraźny wzór, w którym okresy zmniejszającej się nierówności stanowią wyjątek, a sytuacja dzisiejsza jest faktycznie powrotem do normy. Walter Scheidel, profesor Uniwersytetu Stanforda, argumentuje w swojej opublikowanej wiosną 2017 książce, że spadek nierówności następuje ostatecznie z wyjątkowo nieprzyjemnych powodów.

Autor tomu „The Great Leveler” zanalizował cywilizacje od czasów starożytnych do współczesności. Podczas swojego dochodzenia odkrył, iż społeczeństwa stają się z czasem coraz bardziej nierówne pod względem dostępu do dóbr materialnych, zaś za wyrównanie dysproporcji zawsze odpowiadają katastrofy – wojna, rewolucja lub epidemia. Praca badawcza zawiera szokujące lekcje dotyczące charakteru tego zjawiska i jego znaczenia dla naszej przyszłości.

Walter Scheidel: Przez większą część historii nierówność społeczna rośnie lub utrzymuje się na wysokim poziomie. Drastyczne spadki następują rzadko. Pod tym względem świat współczesny jest środowiskiem typowym. W szeregu krajów nierówność wzrasta lub osiągnęła już bardzo wysoki poziom.

Rozwój rolnictwa to siła napędowa nierówności społecznej.

Jeśli jesteś łowcą-zbieraczem – a był nim każdy człowiek po zakończeniu ostatniej epoki lodowcowej – żyjesz skromnie, lecz naturę masz bardzo egalitarną. Łowcy-zbieracze nie produkują i nie posiadają dużo – ich dzieci otrzymują w spadku niewiele.

Kiedy wyłania się cywilizacja – hodowla zwierząt gospodarskich systemem stadnym – ludzie zaczynają wytwarzać więcej dóbr materialnych. Tworzą też instytucje, prawa i zwyczaje regulujące stan posiadania, własność prywatną i warunki dziedziczenia. Normy te pozwalają przekazywać dobytek przyszłym pokoleniom. Jeżeli poczekasz dostatecznie długo, niemal automatycznie doprowadzi to do wzrostu nierówności, chyba że zaistnieje agresywny opór.

Często zapobiega mu inna siła, którą jest państwo. Rządy przeważnie wzmacniają tendencję ku postępującej nierówności w dochodach. Klasy wyższe, które są sprzymierzone z władzą, uzyskują nieuczciwą przewagę i wykorzystują innych.

Przez ostatnich 200 lat, zwłaszcza na Zachodzie, mamy również siły rynkowe – tak język ekonomii określa inwestycje kapitałowe w handel, bankowość i inne sektory. I znowu stosunkowo nieliczna grupa ludzi ma sposobność, by czerpać nieproporcjonalne korzyści.

Czynnikami redukującymi nierówność są wojny, rewolucje i epidemie.

Historia pełna jest wojen, ale ich większość nie przywraca równowagi w dystrybucji dochodów i bogactwa. Tak naprawdę fenomen ten pojawił się w XX wieku. Po raz pierwszy wojny toczone są na taką skalę, że do armii wciela się znaczną liczbę mężczyzn, a sama mobilizacja obejmuje cywilów obojga płci.

Po raz pierwszy w dziejach zdolności produkcyjne państwa narodowego umożliwiają rządowi transformację wyników gospodarczych w czasie kryzysu. Ażeby pozyskać środki na sfinansowanie konfrontacji zbrojnej, rząd drastycznie podnosi podatki – w latach 40. minionego stulecia poziom opodatkowania najbardziej majętnych obywateli wyniósł ponad 90%. W wielu krajach wojna powoduje ogromną fizyczną destrukcję kapitału, zasobów mieszkaniowych i fabryk.

Bogatsi tracą sporo. Pracownicy niewykwalifikowani są w lepszej sytuacji, ponieważ zwiększa się popyt na ich pracę, a powszechny pobór prowadzi do pełnego zatrudnienia i zwyżki płac. Następuje zbieg właściwych okoliczności, który w znaczący sposób ogranicza nierówność społeczną w Stanach Zjednoczonych, Europie, Japonii i innych państwach zaangażowanych w te konflikty.

Drugim czynnikiem są rewolucje komunistyczne, które w przypadku Rosji i Chin są pochodną I i II wojny światowej. Rewolucjoniści komunistyczni przejmują i nacjonalizują aktywa, grunty i przemysł. Powstaje gospodarka planowana, z ustalonymi zarobkami i cenami. W rezultacie w systemach tych pozostają nieduże nierówności.

Są to jednak bardzo gwałtowne wydarzenia. Życie tracą dziesiątki milionów ludzi. A względna równość utrzymuje się tylko wtedy, gdy systemy trwają. Po upadku ZSRR nierówność wzrosła w Rosji dwukrotnie w ciągu zaledwie kilku lat. Liberalizacji gospodarki chińskiej w latach 80. towarzyszył ogromny wzrost zarówno aktywności ekonomicznej, jak i nierówności.

Ostatnie dwa czynniki były bardziej powszechne w historii przedwspółczesnej. Jednym z nich jest upadek, na przykład cywilizacji Majów czy imperium rzymskiego. Jeśli wcześniejsze państwo tworzyło lub wzmacniało nierówność, wówczas jego dezintegracja ma odwrotny skutek. Klasa rządząca zostaje osłabiona lub – w przypadkach skrajnych – znika całkowicie.

Na końcu zestawienia są rozległe epidemie, takie jak „czarna śmierć” w późnośredniowiecznej Europie. Kiedy pandemia zabija dużą część populacji, nie ubywa wówczas gruntów i kapitału, jedynie pracowników, co z kolei wzmaga zapotrzebowanie na siłę roboczą i podwyższa płace. Biedni są mniej biedni, bogaci są mniej bogaci. Dzieląca ich majątkowa przepaść ulega spłyceniu, aczkolwiek tylko na czas trwania pomoru. Kiedy przyrost naturalny zaczyna na nowo nabierać tempa, popyt na pracę maleje, nierówność wzrasta i na przestrzeni kilku wieków wszystko wraca do punktu wyjścia.

Pokojowe sposoby niwelowania różnic społecznych, takie jak demokracja, edukacja i reforma rolna, nie są już tak skuteczne.

Nie oznacza to bynajmniej, że nie wywierają one żadnego wpływu. Gdybyśmy nie mieli dziś w USA czegoś na kształt demokracji społecznej, a także redystrybucji dochodów i masowej edukacji, warunki byłyby nieporównanie gorsze. Jeżeli poszukujesz jednak sposobu na niebagatelną redukcję nierówności, zapis historyczny pokazuje, że same rozwiązania pokojowe niewiele mogą zmienić. Nie odnajdziemy epizodów wyrównywania, które nie są związane z jakimś straszliwym zaburzeniem.

Po II wojnie światowej uprzemysłowione gospodarki po raz pierwszy wprowadziły demokratyczny system rządów i powszechny dostęp do edukacji. Rozsądnym było więc założenie, iż poważna nierówność społeczna nigdy nie powróci. I okazało się to nieprawdą, ponieważ umocniły się inne trendy. Rozwój technologii, globalizacja czy starzenie się społeczeństw rzeczywiście wskazują na dalszy wzrost nierówności.

Badanie: Globalna nierówność jest znacznie gorsza, niż szacowano [The Independent, 16.06.2017]

Dotychczasowe, oficjalne szacunki nierówności ekonomicznej uwzględniały tylko te pieniądze, które figurują w ogólnodostępnej ewidencji. Jednak ostatnie przecieki dokumentów pochodzących z potajemnych jurysdykcji, takich jak Panama i Szwajcaria, pozwoliły stworzyć dokładniejszy, globalny obraz procederu uchylania się od podatków. Okazało się, że uprawiają go głównie najzamożniejsi obywatele. Ekonomiści Annette Alstadssel, Niels Johannesen i Gabriel Zucman odkryli, iż najbogatsza 0.01% populacji Norwegii, Szwecji i Danii nie płaciła średnio 30% należnych podatków. Wśród pozostałych obywateli wartość ta wyniosła zaledwie 3%. Według autorów badania skala zjawiska musi być znacznie większa w wielu innych krajach, gdzie prawo regulujące kwestię ujawniania informacji podatkowych jest zdecydowanie mniej restrykcyjne.

Opracowanie: exignorant

Opublikowano Kluczowe badania