Rządy idiotów

Esej Chrisa Hedgesa.

Kiedy przedśmiertne spazmy wstrząsają konającą cywilizacją, prym wiodą idioci. Zidiociali generałowie prowadzą niekończące się, niemożliwe do wygrania wojny, które zbankrutowały naród. Zidiociali ekonomiści domagają się obniżenia podatków dla bogatych i cięć świadczeń socjalnych dla ubogich, a swoje prognozy wzrostu gospodarczego formułują w oparciu o mit. Zidiociali przemysłowcy zatruwają wodę, glebę i powietrze, redukują zatrudnienie i płace. Zidiociali bankierzy grają napompowanymi przez siebie bańkami finansowymi i wpędzają obywateli w miażdżące długi. Zidiociali dziennikarze i publiczni intelektualiści udają, że despotyzm to demokracja. Zidiociali funkcjonariusze wywiadu organizują zagraniczne zamachy stanu, aby mnożyć enklawy bezprawia, które zamieniają się w wylęgarnie rozwścieczonych fanatyków. Zidiociali wykładowcy, ekspercii specjaliści posługują się niezrozumiałym żargonem i zajmują ezoterycznymi teoriami, które umacniają pozycję przywódców i usprawiedliwiają ich politykę. Zidiociali artyści i producenci tworzą fantastyczne widowiska pełne seksu i przemocy.

Istnieje dobrze znana, kontrolna lista punktów gwarantujących wymarcie. Odhaczamy każdy z nich.

Idioci znają tylko jedno słowo – więcej. Nie są skrępowani przez zdrowy rozsądek. Łapczywie gromadzą bogactwo i surowce, podczas gdy ludzie tracą środki do życia, a infrastruktura ulega rozkładowi. Swoją uprzywilejowaną egzystencję wiodą w dobrze strzeżonych kompleksach, gdzie pomiędzy kolejnymi porcjami czekoladowego tortu wydają rozkazy ataków rakietowych. Państwo postrzegają jako projekcję swojej próżności. Rzymianie, Majowie, Francuzi, Habsburgowie, Osmanie, Romanowowie, Wilhelmina, Pahlawi i rosyjskie dynastie upadły, ponieważ kaprysy i obsesje rządzących idiotów stały się prawem. Donald Trump jest twarzą naszego zbiorowego zidiocenia. Jest on tym, co kryje się za maską naszej deklarowanej obyczajności i racjonalności – bełkoczącym, narcystycznym, krwiożerczym megalomanem. Wysyła armie i floty przeciwko ziemskim nieszczęśnikom, beztrosko ignoruje niedolę katastrofalnej zmiany klimatu, plądruje w imieniu globalnych oligarchów, a nocą zasiada bezmyślnie przed telewizorem i otwiera swoje piękne konto na Twitterze. Oto nasza wersja rzymskiego cesarza Nerona, który przeznaczał ogromne sumy z pańswowego skarbca na uzyskanie magicznych mocy; chińskiego cesarza Qin Shi Huanga, który finansował regularne ekspedycje na mityczną wyspę nieśmiertelnych, by zdobyć eliksir życia wiecznego; rosyjskich królewiąt i monarchów, którzy czytali z kart tarota i uczęszczali na seanse spirytystyczne, gdy naród dziesiątkowała wojna, a na ulicach rodziła się rewolucja.

„Ubu Trump”, Mr. Fish

Obecny moment historyczny kreśli koniec długiej, smutnej opowieści o chciwości i mordach białych ras. W przedstawieniu finałowym musieliśmy zwymiotować groteskową postać pokroju Trumpa. Europejczycy i Amerykanie spędzili pięć stuleci na dokonywaniu podbojów i grabieży, eksploatowaniu i zanieczyszczaniu Ziemi w imię postępu. Wykorzystali swoją przewagę technologiczną, aby zbudować najbardziej wydajne maszyny do zabijania, wycelowane we wszystko i wszystkich, a zwłaszcza w kultury rdzenne, które stanęły im na drodze. Skradli bogactwo i zasoby naturalne planety. Wierzyli, że ta orgia krwi i złota nigdy się nie skończy. Wierzą w to nadal. Nie rozumieją, że mroczna etyka nieustannej imperialistycznej ekspansji skazuje na zakładę wyzyskiwanych i wyzyskiwaczy. Nawet teraz, gdy stoimy na krawędzi wyginięcia, brakuje nam inteligencji i wyobraźni, by wyzwolić się z pęt przeszłości. Im intensywniej pulsują sygnały ostrzegawcze – rosnące temperatury, globalne krachy finansowe, masowe migracje, wojny bez końca, umierające ekosystemy, nieokiełznana korupcja elit władzy – tym chętniej słuchamy cyników lub idiotów, którzy powtarzają znaną nam mantrę: to, co sprawdziło się w przeszłości, sprawdzi się w przyszłości, a postęp jest gwarantowany. Dowody są odrzucane, bo przeszkadzają w realizowaniu naszych pragnień. Korporacje i miliarderzy, którzy zamienili wiele industrialnych miast Ameryki w rdzewiejące, toksyczne pustkowia, płacą coraz mniejsze podatki. Regulacje prawne są eliminowane, by wskrzesić złotą epokę, której nigdy nie było. Na terenach publicznych mnożą się wiertnie naftowe i gazowe, chociaż emisje dwutlenku węgla to wyrok śmierci dla naszego gatunku. Nikt nie zwraca uwagi na malejące zbiory, niszczone przez fale upałów i susze. Wojna jest najważniejszym interesem państwa kleptokratycznego.

Kiedy w 1940 r. rosła potęga europejskiego faszyzmu, a na horyzoncie majaczyła wojna światowa, Walter Benjamin pisał:

Obraz Klee pt. Angelus Novus przedstawia anioła, który wygląda jakby chciał oddalić się od czegoś, co sam nieprzerwanie kontempluje. Ma wpatrzone oczy, otwarte usta, rozpostarte skrzydła. Tak wyobrażamy sobie anioła historii. Jego twarz zwrócona jest ku przeszłości. Tam, gdzie my dostrzegamy łańcuch zdarzeń, on widzi katastrofę, która z kolejnych ruin tworzy stos i rzuca mu go pod nogi. Anioł chciałby zostać, obudzić umarłych i poskładać w całość to, co zdruzgotano. Ale w Raju szaleje burza; wiatr uderza w skrzydła tak gwałtownie, że anioł nie może ich złożyć. Wichura nieubłaganie pcha go w przyszłość, do której odwrócony jest tyłem, tymczasem leżący przed nim stos gruzu rośnie ku niebu. Tę burzę nazywamy postępem.

Myślenie magiczne nie ogranicza się do wierzeń i praktyk kultur przednowoczesnych. Definiuje ono ideologię kapitalizmu. Przewidywaną sprzedaż zawsze można osiągnąć. Zyski zawsze można poprawić. Wzrost jest nieunikniony. Niemożliwe jest zawsze możliwe. Społeczeństwa ludzkie, które poddają się dyktatom rynku, trafią do kapitalistycznego raju. To tylko kwestia właściwej postawy i techniki. Zapewnia się nas, że kiedy kapitalizm kwitnie, my kwitniemy razem z nim. Połączenie jaźni z kapitalistycznym kolektywem pozbawiło nas mocy sprawczej, kreatywności, zdolności do autorefleksji i autonomii moralnej. Miarą naszej wartości nie jest niezależność lub charakter, tylko standardy materialne – bogactwo osobiste, marka, status i awans zawodowy. Nadano nam formę poskromionego i uległego kolektywu. Masowy konfromizm jest charakterystyczny dla państw totalitarnych i autorytarnych. Żyjemy w disneyowskiej krainie szczęśliwych myśli i pozytywnego nastawienia. A kiedy myślenie magiczne nie przynosi oczekiwanego rezultatu, akceptujemy diagnozę, że przyczyna tkwi w nas. Musimy mieć więcej wiary. Musimy sobie wyobrazić, czego chcemy. Musimy postarać się bardziej. Ustrój nigdy nie zawodzi. To my go zawiedliśmy.

Wszystkie nasze systemy informacji – od guru samopomocy i Hollywood po monstra polityczne – sprzedają nam to samo cudowne panaceum na każdą dolegliwość. Pozostajemy ślepi na zbliżający się upadek. Nasze wycofanie się w urojenia jest okazją dla szarlatanów, którzy mówią nam to, co chcemy usłyszeć. Myślenie życzeniowe, które promują, jest formą infantylizmu. Dyskredytuje ono fakty. Rzeczywistość zostaje wyparta przez nieustępliwy i bezpodstawny optymizm.

Połowa kraju żyje w ubóstwie, nasze wolności są nam odbierane, zmilitaryzowana policja morduje na ulicach nieuzbrojonych obywateli, obsługujemy największy w historii system więziennictwa i zabójczą machinę wojenną. Wszystkie te prawdy są skrzętnie ignorowane. Trump uosabia istotę zepsutego, zbankrutowanego intelektualnie i niemoralnego świata. Jest on naturalnym jego wyrazem – królem idiotów. My jesteśmy jego ofiarami.

Chris Hedges: krytyk społeczny, ekspert z zakresu polityki i społeczeństw obu Ameryk i Bliskiego Wschodu. Jako dziennikarz, pisarz i korespondent wojenny (spędził 20 lat w 50 krajach Ameryki Centralnej, Afryki, Bliskiego Wschodu i Bałkanów) otrzymał wiele nagród m.in. Pulitzer Prize (Nagroda Pulitzera) oraz Global Award for Human Rights Journalism (Globalna Nagroda za dziennikarstwo w obronie praw człowieka) przyznawaną przez Amnesty International. Wybrane książki: „What Every Person Should Know About War” („Co każda osoba powinna wiedzieć o wojnie”), „American Fascists: The Christian Right and the War on America” („Amerykańscy faszyści: Chrześcijańska prawica i wojna z Ameryką”), „Empire of Illusion: The End of Literacy and the Triumph of Spectacle” („Imperium iluzji: Koniec piśmienności i triumf widowiska”), „Days of Destruction, Days of Revolt” („Dni zniszczenia, dni rewolty”), „America: The Farewell Tour” („Ameryka: Pożegnalny objazd”).

Pozostałe artykuły autora.

Tłum. exignorant

Reklamy
Opublikowano Gospodarka, finanse, surowce i energia, Imperialne wojny, militaryzm i terror państwowy

Nagła zmiana klimatu: Nowe źródła ogromnych emisji metanu w Arktyce wschodniej

Podczas wyprawy arktycznej na pokładzie statku badawczego Akademik M. Keldysh naukowcy znaleźli nowe źródła emisji metanu, o czym poinformował serwis prasowy Ministerstwa Edukacji i Nauki Rosji.

Eksperci donoszą, że topnienie podwodnej i brzegowej wiecznej zmarzliny Oceanu Arktycznego uwalnia ogromne ilości CH4 i CO2, które wywierają wpływ na system klimatyczny planety. Badacze natrafili na rozległy obszar mórz Arktyki wschodniej, gdzie trwają duże emisje gazów cieplarnianych, czytamy w komunikacie resortu. Zauważyli również, iż w rejonach odkrytych wcześniej metan wydobywa się teraz o wiele intensywniej. Nowe źródła emisji pojawiły się niedawno – jeszcze kilka lat temu ich obecności nie stwierdzono. Zdaniem specjalistów fakt ten świadczy o postępującym w anormalnie szybkim tempie rozpadzie wiecznej marzłoci. Proces potwierdziły obserwacje pól wycieków – z oceanicznego dna tryskają tam fontanny bąbelków CH4. Średnica pola Podkowazwiększyła się wielokrotnie od 2014 r.

Wschodni Arktyczny Szelf Syberyjski

Jednostka Akademik M. Keldysh zawinęła do portu w Archangielsku 25 października 2018 r. Zespół uczonych z czołowych rosyjskich instytucji naukowych w ciągu 35 dni przeprowadził kompleksowe analizy biogeochemiczne, geofizyczne i geologiczne. Morza Arktyki wschodniej składają się na największy i najpłytszy szelf Wszechoceanu, który zawiera znaczne złoża ropy, węgla i gazu ziemnego – głównie metanu.

Wpis powiązany tematycznie: Arktyczny metan: Zignorowane dowody emisji

Tłum. exignorant

Opublikowano Klimat

Priorytety mrocznego ekologa

Fragment eseju Paula Kingsnortha, pisarza i poety.

Jakie poczynania nie byłyby w tym momencie historii stratą mojego czasu? Sformułowałem pięć wstępnych odpowiedzi.

Pierwsza: Wycofanie się.

Zdecyduj się na nie, a wiele osób nazwie cię „defetystą”, „czarnowidzem” lub stwierdzi, że „wypaliłeś się”. Będą cię przekonywać, że twoim obowiązkiem jest praca na rzecz sprawiedliwości klimatycznej, pokoju na świecie i położenia kresu innym, wszechobecnym potwornościom. Będą przypominać, że „walka” zawsze jest lepsza od „rezygnacji”. Zignoruj ich i zanurz się w pradawnej praktycznej i duchowej tradycji wycofania ze zmagań. Wycofaj się bez cynizmu, z mentalnością poszukiwacza. Wycofaj się, wycisz i poczuj intuicyjnie, co jest dobre dla ciebie i przyrody. Wycofaj się, ponieważ odmowa udziału w zgodnym popychaniu machiny przemysłowej – odmowa dociskania pedału gazu – jest głęboko moralnym stanowiskiem. Wycofaj się, gdyż działanie nie zawsze jest skuteczniejsze od jego braku. Przyjrzyj się dokładniej swojemu światopoglądowi: kosmologii, paradygmatowi, założeniom, kierunkowi podróży. Wycofanie się zapoczątkuje prawdziwą zmianę.

Druga: Ochrona życia nie-ludzkiego.

Rewizjoniści nie przestaną nas upominać i trwać w błędnym przekonaniu, iż dzikość umarła, przyroda stanowi własność człowieka, a Postęp jest Bogiem. Choć obszary dzikiej różnorodności jeszcze istnieją, niebawem mogą zniknąć. Imperium „człowieka rozumnego” jest największym zagrożeniem dla ziemskiego życia. Czy da się temu zaradzić praktycznie? Jeżeli cię na to stać, może kupisz ziemię i przywrócisz jej naturalny stan; może pozwolisz swojemu ogrodowi zakwitnąć bez ingerencji; może zaczniesz udzielać się w grupie ochrony środowiska lub założysz własną; może swoim ciałem zablokujesz drogę buldożerom; może wykorzystasz swoje zdolności, aby zapobiec zniszczeniu kolejnego dzikiego zakątka. Jak wytyczysz i zabezpieczysz przestrzeń, w której nie-ludzka przyroda złapie oddech? W jaki sposób dasz jej przejawom szansę, by wymknęły się naszemu zbiorowemu apetytowi?

Trzecia: Zabrudzenie rąk.

Zakorzeń się w czymś – w jakiejś pracy, w jakimś miejscu. Podnieś kosę lub inne narzędzie. Oddaj się zajęciu na otwartej przestrzeni, w otoczeniu sił, nad którymi nie masz kontroli. Odejdź od laptopa, wyrzuć smartfon. Ucz się lub nabieraj wprawy w obcowaniu z innymi. Tylko w ten sposób dowiesz się, co jest rzeczywiste; przekonasz się, co ma swoją wagę i znaczenie.

Czwarta: Powtarzanie wszem wobec i każdemu z osobna, że przyroda ma wartość przyrodzoną.

Posiadają ją wszystkie formy życia. Pamiętaj, że jesteś jedną z nich. Jeśli chcesz nazywać to „ekocentryzmem” lub „głęboką ekologią”, nie wzbraniaj się przed tym. Jeśli chcesz nadać temu inne miano, masz do tego prawo. Jeśli źródłem swojej inspiracji chcesz uczynić społeczności plemienne, poszukaj ich. Jeśli uważasz ten pomysł za nazbyt ckliwy, po prostu spójrz w niebo. Posiedź na trawie, dotknij pnia, wybierz się na spacer po wzgórzach, przekop ogródek, przyglądaj się temu, co znalazłeś w ziemi. Nie kryjąc zachwytu, spróbuj zrozumieć, czym do cholery może być to, co nazywamy życiem. Doceń je i miej wyłącznie litość lub pogardę dla tych, którzy mówią ci, że wartość trzeba z niego wydobywać i eksploatować.

Piąta: Tworzenie bezpiecznych enklaw.

Najbliższe lata zakwestionują naszą wiedzę i wyobrażenia o postępie, o tym, kim jesteśmy w odniesieniu do świata przyrody. Przez glob przetacza się fala wielkiego wymierania, a zaawansowane technologie podważają nasze rozumienie człowieczeństwa. Trwający upadek infrastruktury społecznej i gospodarczej, jak również organizacji planetarnego życia, unicestwi to, co cenimy. W tym kontekście zadaj sobie pytanie: Jakim dysponujesz potencjałem, aby zachować to, co ma wartość – istoty, umiejętności, rzeczy, miejsca? Czy potrafisz pracować samodzielnie lub z innymi, aby stworzyć strefy lub sieci wzajemnych powiązań, które byłyby schronieniem przed szalejącą burzą?

W powyższych paragrafach rozmawiałem z samym sobą. Gdy myślę o tym, co nadchodzi i jakie działania mogę podjąć z determinacją i dozą radości, wymienione propozycje zdają się mieć największy sens. Jeżeli nie odczuwasz teraz rozpaczy, nie żyjesz w pełni. Jednak poza nią musi być coś jeszcze; coś, co jej towarzyszy – nasz współwędrowiec. Takie jest moje podejście. Właśnie tak rozwijam osobistą filozofię na ponurą porę. Założenia tej mrocznej ekologii nie ocalą świata. Niektórzy twierdzą, że jego uratowanie jest możliwe. To przed nimi należy ten świat ratować.

Neo-ekolodzy utrzymują, że cywilizację, przyrodę i ludzi można „ocalić” wyłącznie poprzez wykorzystanie biotechnologii, biologii syntetycznej, energii jądrowej, geoinżynierii i innych techno-nowinek. Równie entuzjastyczną aprobatę okazują rynkom. Z upodobaniem przyczepiają ceny drzewom, jeziorom, krokodylom, lasom deszczowym i ujęciom wód, ponieważ są one źródłem tzw. usług ekosystemowych, które można kupić i sprzedać, oszacować i zsumować. Metodę naukową otaczają czcią niemal religijną: wszystko, co ważne, potrafimy zmierzyć, a roszczenia bez załączonych numerków spokojnie odrzucimy. Takim „pragmatyzmem” wykluczono z debaty każdą interwencję ratunkową opartą na moralności, emocjach, intuicji, więzi duchowej lub podstawowych ludzkich odruchach.

Przekaz neo-ekologów nie jest niczym nowym. To po prostu kolejny wariant wellsowskiego techno-optymizmu, który ponad sto lat temu obiecywał nam róg obfitości. To nic innego, jak trącąca myszką opowieść o Wielkiej Nauce, Wielkiej Technologii i Wielkich Pieniądzach, przefiltrowana przez internet i przyozdobiona świętoszkowatymi proklamacjami o ratowaniu ubogich i nakarmieniu świata. Ronald Wright zdefiniował „pułapkę postępu” – krótkoterminową poprawę społeczną lub technologiczną, która w dłuższej perspektywie okazuje się być krokiem wstecz. Świadomość tego faktu przychodzi w chwili, gdy jest już za późno na zmianę obranego kursu, lub nie przychodzi w ogóle. Każde ulepszenie naukowo-technologiczne rodzi nowe problemy, które wymagają nowych ulepszeń. Każde z tych udoskonaleń sprawia, że społeczeństwo staje się większe, bardziej złożone, bardziej destrukcyjne dla nie-ludzkich form życia i bardziej podatne na zawalenie pod własnym ciężarem. Propozycje neo-ekologów są próbą uwolnienia nas z pułapek postępu, w których uwięzili nas ich poprzednicy.

Tłumaczenie: exignorant

Opublikowano Poza nadzieją

Nagła zmiana klimatu wyniszczy ziemskie życie

Praca badawcza zamieszczona 13 listopada 2018 r. w Scientific Reports wykazała, że spowodowane nagłą zmianą klimatu wymieranie gatunków roślin i zwierząt może doprowadzić do „efektu domina”, który unicestwi życie na Ziemi. W scenariuszu takiego przypadku organizmy zależne od innych skazanych na zagładę gatunków wyginą w wyniku procesu zwanego współwymieraniem. Analiza ustaliła, iż wzrost średniej globalnej temperatury o 5°C/6°C wystarczy, by pozbawić planetę większości życia. Nasze badanie pokazuje, że nawet najbardziej odporne gatunki ostatecznie znikną, gdy zabraknie gatunków mniej odpornych, od których zależy ich przetrwanie, powiedział główny autor, Giovanni Strona.

Naukowcy z Włoch i Australii stworzyli symulacje 2000 wirtualnych Ziem – sieci połączonych ze sobą gatunków roślin i zwierząt. Korzystając z zaawansowanego modelowania, poddali je działaniu destrukcyjnych zdarzeń o zasięgu globalnym, w tym ekstremalnej zmianie środowiskowej, uderzeniu asteroidy i wojnie nuklearnej. Podczas gdy każde z nich może być katastrofalne, rezultaty ujawniły, że ocieplenie klimatu wywołuje najgorsze możliwe „kaskady” wymierania – nawet nuklearna zima nie ma takiego potencjału niszczenia. Prof. Corey Bradshaw z Uniwersytetu Flinders, współautor przełomowej analizy, wyjaśnił, że szacunki spowodowanej zmianą klimatu utraty gatunków są zaniżone aż dziesięciokrotnie, ponieważ nie uwzględniają współwymierań. Pomijanie efektu domina sprawia, że prognozy konsekwencji zmiany klimatu są nierealistyczne i niezwykle optymistyczne, dodał.

Fragment streszczenia odkryć:

Pomimo swojej prostoty, nasz model przyniósł wyniki odpowiadające zjawiskom w świecie rzeczywistym. Na przykład niemal całkowita zagłada życia, jaka towarzyszyła Wielkiemu wymieraniu w permie, była związana ze wzrostem średniej temperatury globalnej o ~6°C w ślad za erupcjami wulkanicznymi. Nawet kiedy pominiemy oczywistą odmienność obecnej fauny i flory (którą wykorzystaliśmy jako odniesienie, by przypisać wirtualnym gatunkom prawdopodobne ekologicznie granice odporności), nasze symulacje pokazują, że skok temperatury o podobną wartość wywołałby napędzany współwymieraniem upadek różnorodności biologicznej świata. […]

Wyblakłe koralowce.

Staje się coraz bardziej oczywiste, że interakcje biotyczne nie tylko warunkują powstanie i utrzymanie bioróżnorodności, lecz także rozbudowują złożone sieci, co sprawia, iż utrata jednego gatunku może spowodować zniknięcie większej liczby gatunków (proces znany jako współwymieranie) i doprowadzić do nieoczekiwanej, nagłej transformacji systemów, a nawet ich całkowitego upadku. […] Współwymieranie sprowadza się do oczywistego wniosku, że konsument nie może przeżyć bez swoich zasobów. Ponieważ interakcje między zasobami i konsumentami w systemach przyrodniczych (np. sieciach pokarmowych) są zorganizowane jako różne hierarchiczne poziomy złożoności (np. troficzne), oznacza to, iż usunięcie zasobów może wywołać kaskadowe (oddolne) wyginięcie konsumentów na poziomach wyższych. […]

Szereg badań opartych na danych z symulacji i realnego świata ujawnił, że utraty gatunków są przyczyną współwymierań, co ma swoje potwierdzenie w niepokojącym, nienaturalnym tempie obecnego zanikania populacji i całych gatunków. W miarę jak ekstremalne naciski będą prowadzić społeczności biologiczne ku upadkowi, nawet najbardziej odporne gatunki nieuchronnie padną ofiarą synergii między czynnikami sprawczymi wyginięcia. Co więcej, współwymierania są często uruchamiane na długo przed zupełną zagładą gatunku, tak więc nawet wahania liczebności populacji danego gatunku wystarczą, by spowodować lokalne wyginięcia innych zależnych od niego gatunków.

Wielkie wymieranie miało miejsce 252,2 miliona lat temu. Zabiło 90% ogółu gatunków morskich i lądowych – od ślimaków i małych skorupiaków po wczesne formy jaszczurek i płazów.

Współwymierania wyniszczają planetarne życie podczas ekstremalnych zmian środowiskowych. Analizy opublikowane 29 maja 2015 r. w The Anthropocene Review i 4 stycznia 2016 w Nature Geosciences dowiodły, że tempo dzisiajszych zmian środowiskowych nie ma precedensu w zapisie geologicznym sięgającym co najmniej 500 milionów lat.

 Raport Living Planet z 2016 r. podał, że globalne populacje dzikich zwierząt zmniejszą się o dwie trzecie przed 2020 r.

Międzynarodowa Agencja Energetyczna (International Energy Agency) zapowiada skok temperatury Ziemi o co najmniej 6°C przed 2050 r. Zgodnie z raportem z 27 października 2017 analitycy koncernu Shell i BP spodziewają się, że do połowy wieku glob będzie cieplejszy o 5°C. Z kolei badacze, którzy uwzględniają wpływ dodatnich sprzężeń zwrotnych i śledzą wydarzenia w Arktyce, za prawdopodobny uznają wzrost średniej temperatury planety o około 10°C w ciągu ośmiu lat.

Opracował: exignorant

Opublikowano Klimat, Wymieranie gatunków

Dno oceaniczne rozpada się

Antropogeniczne emisje dwutlenku węgla zakwaszają ocean w tak zawrotnym tempie, że jego dno ulega rozpadowi.

Według badania opublikowanego 29 października 2018 r. w Proceedings of the National Academy of Sciences proces ten uruchamia dodatnie sprzężenie zwrotne – przyspiesza ono zakwaszenie oceanu, które zabija już gatunki kluczowe dla życia morskiego (m.in. koralowce) i zaburza równowagę wszystkich ekosystemów oceanicznych podtrzymujących ludzką egzystencję. Nasza praca potwierdza, że staliśmy się siłą geologiczną wywierającą wpływ na system Ziemi w stopniu porównywalnym z superwulkanem lub uderzeniem meteorytu, powiedział Olivier Sulpis, badacz planetarny na Uniwersytecie McGilla i główny autor analizy.

Doszło do zaburzenia fundamentalnej reakcji chemicznej utrzymującej wartości pH we Wszechoceanie na poziomach sprzyjających życiu.

Na dnie oceanu zalega węglan wapnia, czyli kalcyt. Kiedy łączy się on z dwutlenkiem węgla i wodą, w wynikłej reakcji powstają jony wapnia i jony wodorowęglanowe. Dlatego na przestrzeni dziesiątek tysięcy lat następuje redukcja zakwaszenia wód. W przypadku gdy wprowadzone zostaną dodatkowe miliardy ton CO2, reakcje te zaczynają być zasilane ogromnymi ilościami kalcytu, co sprawia, iż dno oceanu dosłownie się rozpuszcza. Obecnie węglanu wapnia jest za mało, zaś dwutlenku węgla za dużo. Ta dysproporcja potęguje więc zakwaszenie. Szybkość, z jaką emitujemy CO2, znacznie przekracza tempo, w jakim wykorzystuje go węglan wapnia.

Rozwój najważniejszych gatunków morskiego łańcucha pokarmowego, chociażby koralowców, jest precyzyjnie dostrojony do określonego zakresu skali pH. Jego zmiana, która utrzymuje się przez dłuży czas, sprawia, że organizmy morskie, takie jak ryby, bakterie czy mięczaki, po prostu nie mogą przetrwać.

Ostatnim razem, gdy panował porównywalny z dzisiejszym stan zakwaszenia oceanów, wymarło 96% podwodnego życia.

Jaka jest aktualna skala zniszczeń? W północno-zachodniej części Oceanu Atlantyckiego, sąsiadującej z Europą, w niektórych lokalizacjach dno morskie uległo dezintegracji w 40%–100%. Najgorsza sytuacja panuje w północno-zachodnim Atlantyku, ponieważ prądy oceaniczne gromadzą w tam niewyobrażalne koncentracje dwutlenku węgla wytworzonego przez cywilizację przemysłową.

Badanie zamieszczone 2 marca 2012 r. w Science odkryło, że obecne tempo zakwaszenia oceanów jest najszybsze co najmniej od 300 milionów lat. Z kolei raport przedstawiony 30 stycznia 2016 r. w Global Biogeochemical Cycles ujawnił, iż od 2006 r. Atlantyk wchłonął 50% więcej dwutlenku węgla niż dekadę wcześniej. Wielu naukowców uważało, że zakwaszenie oceanów nie będzie stanowić problemu aż do 2050/2060 r. Przyszłość dzieje się teraz, stwierdził Chris Langdon, profesor biologii morskiej w Szkole Nauk Morskich i Atmosferycznych im. Rosenstiela przy Uniwersytecie Miami.

Wpisy powiązane tematycznie.

Opracował: exignorant

Opublikowano Klimat, Oceany, Wymieranie gatunków

„Zatrważające badanie” : Tempo ocieplenia Ziemi jest o wiele szybsze, niż szacowano

Na powstrzymanie wywołanej przez ludzi zmiany klimatu jest za późno, ponieważ zmiana ta już nastąpiła. Prof. Ian Lowe, Interdyscyplinarne Studia nad Nauką, Technologią i Społeczeństwem

Globalne ocieplenie znajduje się w bardziej zaawansowanym stadium, niż wskazywały na to dotychczasowe ustalenia. Zatrważająca praca badawcza, opisana 31 października 2018 r. w Nature, odkryła, że na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci oceany świata pochłonęły znacznie większą ilość atmosferycznego ciepła, niż szacowano.

Zdawało się nam, że choć produkujemy mnóstwo dwutlenku węgla, to wartość ocieplenia zarówno w oceanie, jak i w atmosferze jest relatywnie niska, powiedziała Laure Resplandy, specjalistka w dziedzinie nauk o Ziemi z Uniwersytetu Princeton i główna autorka przełomowej analizy, przeprowadzonej przez ekspertów ze Stanów Zjednoczonych, Chin, Francji i Niemiec. Byliśmy w błędzie. Planeta nagrzewa się intensywniej. Nie dostrzegaliśmy tego ukrytego faktu, ponieważ nasze pomiary były niepoprawne. W ciągu ostatniego ćwierćwiecza Wszechocean gromadził rokrocznie 10–70% więcej ciepła. Ujawniona różnica stanowi znaczną porcję dodatkowej energii zatrzymywanej przez ziemski system klimatyczny – może nawet ośmiokrotnie przewyższać roczne zużycie energii przez cywilizację przemysłową.

Jednoznaczne określenie rzeczywistego tempa ogrzewania wód oceanicznych było problemem, gdyż dostępne zestawy danych pomiarowych cechowała niekompletność i niespójność. Naukowcy po raz pierwszy opracowali wysoce precyzyjną metodę wykrywania temperatury: zmierzyli objętość m.in. tlenu i dwutlenku węgla, który w ostatnich dekadach „uciekł” z morskiej toni do atmosfery. Kiedy wody oceanu nagrzewają się, część zawartych w nich gazów trafia do atmosfery, wyjaśniła dr Resplandy. Oto prosta analogia, którą często się posługuję: pozostawiona na słońcu puszka z napojem musującym ostatecznie straci swoje „bąbelki”.

Wbrew wcześniejszym kalkulacjom antropogeniczne emisje gazów cieplarnianych wygenerowały więcej ciepła. A skoro te same ich koncentracje odpowiadają za wyższą wartość ocieplenia, to klimat Ziemi wykazuje nieporównanie większą wrażliwość na CO2. Ponadto raptowne ogrzanie oceanów przyspieszy wzrost poziomu morza (wskutek tzw. rozszerzalności termicznej), uderzy w kluczowe lokalizacje planety (m.in. rafy koralowe, tropiki oraz pokrywy lodowe Grenlandii i Antarktydy) i zredukuje stężenia tlenu dostępnego dla podwodnych ekosystemów, czego konsekwencje przewidzieć nietrudno. 

Oczywiście ciepło zmagazynowane w oceanach powróci do atmosfery, ponieważ cyrkulacja, która kontroluje proces jego pochłaniania i uwalniania, sprawi, iż będzie ono emitowane przez wieleset lat.

Raport o stanie klimatu z 2014 r., bazujący na dociekaniach 413 uczonych z 58 krajów, stwierdził, iż ocieplenia oceanów nie da się zatrzymać w żaden sposób, a jego skutki będą odczuwalne przez wiele stuleci. W badaniu opublikowanym rok później na łamach Nature Climate Change niemieccy eksperci dowiedli, że nawet oczyszczenie atmosfery z ogromnych ilości CO2 nie uratowałoby Wszechoceanu  pozostałyby on cieplejszy i bardziej zakwaszony przez tysiące lat.

Ocieplenie mórz tworzy mechanizm zabijania, który nie ma sobie równych w historii Ziemi. Wielkie asteroidy, promieniowanie gamma, trzęsienia ziemi, tsunami, wulkanizm – żadne z tych zjawisk nie zdołało wyniszczyć planetarnego życia w stopniu, w jakim dokonywał tego wzrost temperatury wód oceanicznych.

Wpisy powiązane tematycznie: „IPCC w krainie La La”

Opracował: exignorant

Opublikowano Klimat

Nieznana wojna

W listopadzie minie kolejna rocznica historycznego zdarzenia, o którym nie ma pojęcia większość wyznawców chrześcijaństwa w wersji rzymskokatolickiej.

W opracowaniu wykorzystany został fragment artykułu Daniela Kovalika, wykładowcy Uniwersytetu w Pittsburghu i prawnika specjalizującego się w obronie praw człowieka.

15 września 2011 r. napisałem do księdza Kuriakose Bharanikulangary, pierwszego doradcy Misji Stałego Obserwatora Stolicy Apostolskiej przy Organizacji Narodów Zjednoczonych.

W liście wyraziłem swoje zaniepokojenie faktem, że w Kolumbii mordowani są księża katoliccy i inne osoby duchowne – od 1984 r. dokonano 79 zabójstw. Potwierdziłem swoje przekonanie, iż ten zamach na Kościół stanowi państwową strategię polityczną zarówno Kolumbii, jak i Stanów Zjednoczonych, które przekazują tamtejszej armii miliardy dolarów i postrzegają każdy zorganizowany ruch na rzecz sprawiedliwości społecznej w Ameryce Łacińskiej jako zagrożenie dla swojego gospodarczego prymatu w regionie.

Nie jestem w tej opinii osamotniony, ponieważ podzielają ją od wielu lat inni klerycy kolumbijscy. Należy do nich ojciec Javier Giraldo, któremu przesłałem kopię korespondencji. Duchowny podziękował mi za list i przyznał: Pańska interpretacja odzwierciedla mój pogląd na tę kwestię. Jeżeli chodzi o Stolicę Apostolską, to odpowiedziała milczeniem – prawdopodobnie dlatego, że nie zgadza się z moimi obawami o los ofiar.

Ktoś jeszcze od lat mówi i pisze na ten temat. Mam na myśli Noama Chomsky’ego, przyjaciela i stronnika ojca Giraldo. Profesor skontaktował się ze mną po lekturze mojego artykułu o sytuacji duszpasterzy w Kolumbii. Zaledwie ułamek opinii publicznej wie o wojnie, jaką Stany Zjednoczone prowadzą z Kościołem od czasu Soboru Watykańskiego II, przypomniał uczony. Był on „herezją”, ponieważ po raz pierwszy od panowania cesarza Konstantyna próbował zainicjować powrót Kościoła do nauk Ewangelii. Jak pan się orientuje, donoszę o tym od dawna. Większość ludzi zatyka uszy.

Realia tej wojny uświadomiłem sobie w pełni dopiero po wysłuchaniu fascynującego wykładu z 2009 r., w którym Noam Chomsky przybliżył publiczności zgromadzonej w auli Uniwersytetu Columbii zdarzenia znane niewielu mieszkańcom „rozwiniętego świata”.

Noam Chomsky

Oto cytaty z wystąpień profesora:

Thomas Carothers, który brał udział w programach „wzmocnienia demokracji” za prezydentury Ronalda Reagana, zanalizował poczynania przywódców Stanów Zjednoczonych. Uczony ustalił, iż za każdym razem są one „schizofreniczne”. Biały Dom wspiera dążenia demokratyczne tylko wtedy, gdy są one zgodne ze strategicznymi i gospodarczymi zamierzeniami elit finansowych i przemysłowych. Takie podejście obowiązywało w przypadku państw satelickich ZSRR, ale nie stosuje się go wobec krajów będących klientami USA.

Dramatycznym potwierdzeniem tej perspektywy był listopad 1989 r. Świętowano wówczas upadek Muru Berlińskiego określany jako „tryumf miłości i odejścia od przemocy”. Tylko nieliczni obserwatorzy odnotowali zdarzenie, do którego doszło tydzień później: 16 listopada w Salwadorze szwadron śmierci wtargnął na teren uniwersytetu i zamordował sześciu czołowych intelektualistów latynoamerykańskich, jezuickich księży – Ignacia Ellacuríę, Ignacia Martín-Baró, Segundo Montesa, Juana Ramóna Moreno, Joaquína Lópeza i Amando Lópeza, wraz z ich gosposią i jej szesnastoletnią córką – Elbą i Celiną Ramos. Sprawcy należeli do elitarnego batalionu Atlacatl, chluby salwadorskiej armii kierowanej przez Departament Obrony Stanów Zjednoczonych; do kraju zabójcy przyjechali prosto z zajęć w Szkole Specjalnych Działań Wojennych im. Johna Fitzgeralda Kennedy’ego (JFK Special Warfare School) w Fort Bragg. Rozkaz stracenia, ujawniony w 2009 r., wydali oficerowie sztabu armii krajowej.

„Atlacatl” i jego kohorty pisały krwawą historię Salwadoru lat 80. Swoje dzieło zaczęły w 1980 r. od likwidacji arcybiskupa Óscara Romero, znanego jako „głos uciszonych”. Zamachowcy otworzyli ogień podczas sprawowanej przez niego mszy. Była to jedna z odsłon kampanii terroru obejmującej swoim zasięgiem całą Amerykę Łacińską; rozpętana przez Waszyngton, miała zniszczyć Kościół Ewangelii. Egzekucja na jezuickich intelektualistach była jej finałem – śmiertelnym ciosem zadanym ruchowi Teologii Wyzwolenia, który usiłował wskrzesić chrześcijaństwo.

W 1962 r. Sobór Watykański II zapoczątkował nową erę w dziejach Kościoła katolickiego, napisał teolog Hans Kung. Papież Jan XXIII podjął próbę przywrócenia Kościołowi jego wczesnych korzeni. Przez pierwszych 300 lat istnienia chrześcijaństwa jego wyznawcy dawali świadectwo radykalnego pacyfizmu Ewangelii, za co byli systematycznie tępieni. Charakter religii zmieniła deklaracja Konstantyna z 324 r., zgodnie z którą Kościół katolicki stał się oficjalnym Kościołem Cesarstwa Rzymskiego. Krzyż, który był symbolem cierpienia biednych i wzgardzonych, przyozdobił tarcze imperialnych oprawców. Ta „rewolucja”, wyjaśnia Kung, w niespełna sto lat przeobraziła „Kościół prześladowanych” w „Kościół prześladujących”. Bezpośrednią konsekwencją tej transformacji były liczne zbrodnie instytucji: m.in. krucjaty, inkwizycja hiszpańska, współpraca z nazistami i faszystami. 

Sobór Watykański II

Po Soborze Watykańskim II nastał czas przewartościowań: na całym świecie Kościół przystąpił do krytycznej oceny swoich poczynań. W Ameryce Łacińskiej przybrało to formę Teologii Wyzwolenia, która zaadaptowała przesłanie papieża o powrocie do „preferencyjnego traktowania ubogich” i która wezwała do wspierania inicjatyw na rzecz sprawiedliwości społecznej (w imieniu robotników, bezrolnych chłopów i rdzennej ludności), a także aktywnego sprzeciwu wobec faszystowskiej władzy wojskowej i dominacji korporacyjnej.

Filozofię sformułowali teolodzy latynoscy w Rio de Janeiro w 1964 r. Kolejne konferencje odbyły się w czerwcu i lipcu 1965 r. w Hawanie, Bogocie i Cuernavace. Brazylia stała się kolebką nowego ruchu. Zaczęły tam powstawać chrześcijańskie „społeczności bazowe”, które wkrótce rozprzestrzeniły się po całym kontynencie. W ślad za apelem o odrodzenie Kościoła księża, zakonnice i aktywiści świeccy zanieśli przesłanie Ewangelii do ubogich, zjednoczyli ich we wspólnotach, zainspirowali do podjęcia starań o polepszenie dotychczasowej, rozpaczliwej egzystencji.

Reakcja przywództwa USA była natychmiastowa. Elity Stanów Zjednoczonych nie mogły przyglądać bezczynnie rosnącej popularności ruchu religijnego, który zagrażał ich ekonomicznej i militarnej hegemonii. Władze w Waszyngtonie szybko przystąpiły do jego zgładzenia poprzez przemoc. Watykan przyłączył się do czystki w inny sposób: po śmierci Jana XXIII cenzurował, usuwał, a nawet pozbawiał święceń księży i biskupów opowiadających się za Kościołem Ewangelii.

Ofensywa przeciwko Teologii Wyzwolenia rozpoczęła się w Brazylii. W 1964 r. administracja Lyndona Johnsona obaliła demokratycznie wybranego prezydenta João Goularta. Przewrót odbył się zgodnie z planem opracowanym wcześniej przez Johna F. Kennedy’ego i jego brata, Roberta. Zainstalowany reżim wojskowy stworzył pierwsze w regionie państwo bezpieczeństwa narodowego w stylu neonazistowskim. Wspierane zbrojnie i taktycznie przez Waszyngton, przetrwało do 1985 r. Zwolenników wrogiej filozofii junta uczyniła głównym celem bezwzględnych ataków. Szkoleni w USA oficerowie torturowali i zabijali kapłanów, przedstawicieli społeczności religijnych i świeckich.

Fala represji o skali i brutalności nie miającej precedensu od czasów konkwisty ogarnęła kolejne państwa (m.in. Urugwaj, Gwatemalę, Chile, Argentynę, Salwador i Nikaraguę). Podczas prowadzonej przez administrację Reagana wojny terrorystycznej – nazywanej w Białym Domu „wojną z terroryzmem” – masowe tortury i mordy pozbawiły życia setki tysięcy osób.

„Męczennicy Salwadoru”

Nie jest tajemnicą, kto ponosi odpowiedzialność za tę rzeź i powstrzymanie procesu odnowy Kościoła Ewangelii w Ameryce Łacińskiej. Szkoła Ameryki Północnej i Południowej (School of the Americas – SOA), przemianowana w 2000 r. na Instytut Współpracy na rzecz Bezpieczeństwa Półkuli Zachodniej (Western Hemisphere Institute for Security Cooperation – WHINSEC) z siedzibą w Fort Benning w stanie Georgia, z dumą informuje w swoich materiałach promocyjnych, że armia USA pomogła „pokonać Teologię Wyzwolenia”, w czym asystował jej popierający plutokrację Watykan.

To bezlitosne stłumienie „herezji” wprawionej w ruch przez Sobór Watykański II znajduje swoje niezrównane literackie odzwierciedlenie w przypowieści o Wielkim Inkwizytorze zawartej w „Braciach Karamazow” Fiodora Dostojewskiego.

Rzecz dzieje się w Sewilli w „najstraszniejszym okresie Inkwizycji”. Niespodzianie na ulicach miasta pojawia się Jezus Chrystus, cicho, skrycie, a jednak, co dziwne, wszyscy Go rozpoznają i nie mogąc mu się oprzeć, garną się do Niego. Wielki Inkwizytor rozkazuje strażnikom, aby go pojmali i poprowadzili do więzienia. Tam oskarża Chrystusa o to, że jego obecność przeszkadza w realizacji wielkiego dzieła wytrzebienia wywrotowych idei wolności i wspólnoty. Nie podążamy za Tobą, upomina Jezusa, lecz za Rzymem i mieczem Cezara. Chcemy być wyłącznymi władcami Ziemi, aby nauczyć słabe i nikczemne masy, że ich wyswobodzenie nadejdzie tylko wtedy, gdy wyrzekną się swojej wolności i podporządkują nam. Wtedy będą cisi, pełni trwogi i szczęśliwi. Zatem jutro muszę Cię spalić. Ostatecznie Inkwizytor łagodnieje i wypuszcza aresztanta, aby ten mógł przepaść w ciemnych zaułkach miasta.

Zabójcy ze Szkoły Ameryki Północnej i Południowej – latynoamerykańscy oficerowie – nie praktykowali takiego miłosierdzia.

21 lutego 1990 r. w Kongresie USA wystąpił Václav Havel, bohater Europy Wschodniej. W swoim przemówieniu nie skomentował ani śmierci swoich jezuickich kolegów-intelektualistów, których rozstrzelano zaledwie trzy miesiące wcześniej, ani tragicznego losu mieszkańców Ameryki Łacińskiej. Stany Zjednoczone nazwał „obrońcą wolności”, za co dostał owację na stojąco.

Podczas obchodów dwudziestej rocznicy masakry w Salwadorze na Uniwersytecie Bostońskim głos zabrał Jon Sobrino, jezuita i teolog wyzwolenia. Najgorszym aspektem tego mordu jest to, że jego ofiarami były również niewinne kobiety, powiedział. Są one symbolem ukrzyżowanych populacji terytoriów kontrolowanych przez USA.

Wojna z obrońcami Kościoła Ewangelii trwa nadal.

W swojej książce „Szkoła skrytobójców” („School for Assassins”) z 1999 r. Jack Nelson-Pallmeyer ujawnił, iż w trakcie 75% ćwiczeń odbywających się w Szkole Ameryki Północnej i Południowej symulowano egzekucję księdza lub innego członka wspólnoty religijnej (w rolę skazanych na eliminację wcielał się kapelan armii USA).

USA wspierają militarnie 73% dyktatur świata.

Wpis powiązany tematycznie: „Religijny ekstremizm w służbie kapitału”

Opracował: exignorant

Opublikowano Imperialne wojny, militaryzm i terror państwowy