„Globalizacja” kontra życie

„Skoro handel ignoruje narodowe granice, a wytwórca domaga się, by rynkiem zbytu był cały świat, jego narodowa flaga musi za nim podążać, a zamykane przed nim państwowe drzwi muszą zostać roztrzaskane, nawet jeśli przy okazji dojdzie do pogwałcenia suwerenności niechętnych krajów. Nie można przeoczyć żadnego użytecznego zakątka świata lub pozwolić na to, by pozostał niewykorzystanym”. Prezydent USA Woodrow Wilson (1907)

W dokumencie Departamentu Stanu USA z 1948 analityk George F. Kennan kreśli powojenną strategię Stanów Zjednoczonych. Mocarstwo jest w posiadaniu połowy bogactw naturalnych świata, choć liczebność jego obywateli stanowi zaledwie 6% populacji globalnej. Głównym celem polityki zagranicznej będzie utrzymanie tej rozbieżności. Ażeby tego dokonać, należy odstawić na bok mgliste i idealistyczne slogany o demokracji i prawach człowieka. Zostaną one wykorzystane w celach propagandowych. Należy trzymać się koncepcji tzw. „czystej siły” (ang. pure force). Każda część Ziemi będzie pełnić określoną funkcję w systemie, nad którym niekwestionowaną, niepodzielną władzę sprawują USA.

Firma McDonald’s nie może dobrze prosperować bez firmy McDonnell Douglas, producenta samolotu F-15”. Korespondent z Białego Domu Thomas Friedman, trzykrotny laureat Nagrody Pulitzera (1999)

We fragmencie wywiadu z 2016 roku profesor John McMurtry odsłania prawdziwe oblicze cywilizacji zachodniej zarządzanej przez system, który ukrywa się pod maską „globalizacji” i „humanitarnego” interwencjonizmu militarnego.

The Ecologist: O czym nie mówią opinii publicznej zachodnie media?

John McMurtry: Naczelnym obowiązkiem mediów jest ukrywanie. Ogólnie rzecz biorąc, środki masowego przekazu w różnych kulturach pełnią rolę systemów propagandowych, które służą ich właścicielom lub kontrolerom. Zachodnie media są światowym liderem w wyciszaniu najistotniejszego problemu, z jakim konfrontują się wszystkie narody na Ziemi – niszczenia systemów podtrzymujących planetarne życie przez transnarodową korporacyjną globalizację. Wspominają jedynie o „ociepleniu klimatu”, nie zaś o destabilizacji ziemskich cyklów życia na każdym poziomie. Promują wyłącznie „rozwiązania” zapewniające rynkowy wzrost – jak wiadomo, żadne z nich nie działa.

Nikt nie mówi o dowodzonej przez USA „globalizacji” jako o podłożu zaburzeń. Żadna praca badawcza czy analiza nie określa wspólnej przyczyny spazmów wielkiego wymierania, zanieczyszczenia oceanów, upadku łowisk we wszystkich akwenach i prowadzonej ponad granicami państw szaleńczej grabieży surowców naturalnych.

I jest to głębszy mechanizm przyczynowy niż nawet samo imperium USA. Ponadnarodowe przepływy pieniężne coraz bardziej pochłaniają i zatruwają wszystko, co istnieje; nawet zarządzane przez partię komunistyczną Chiny nie mają już czym oddychać i dewastują ekosystemowy fundament ludzkiego życia.

Zachodnie media są wiodącymi narzędziami PR tej inwazji i imperatywu wzrostu, które są bezgranicznie destrukcyjne dla życia i faszystowskie we wszystkich swoich formach. Media nigdy nie defniują finansowego faszyzmu, zatem niewykrytym pozostaje światowy potop prywatnych sekwencji pieniężnych oraz wykładnicze pomnażanie towarów i odpadów publicznych.

Czas antenowy w mediach korporacyjnych wypełniają tylko pojedyncze, odseparowane problemy, spektakle o rywalizacji i reklamy systemu. Płaszczyzna wspólnotowego życia ludzkości i uniwersalne potrzeby są odfiltrowywane. „Reformy” oznaczają więcej komercjalizacji i bankowych wywłaszczeń.

Podstawowe prawo korporacyjnej globalizacji jest niezaprzeczalne, ale stanowi tabu. Cokolwiek przeciwstawia się korporacyjnemu rynkowi transnarodowemu jako kosmicznemu silnikowi dobrobytu ludzkości uznawane jest za wrogie i tępione w każdym kolejnym państwie.

Metody te obejmują zarówno bombardowanie infrastruktury socjalnej w krajach słowiańskich i arabskich, jak i uciszanie i odwracanie niezaprzeczalnych faktów ujawniających kłamstwa systemu. Na poziomie produktywnym nie pojawiła się żadna alternatywa dla zasilanej surowcami, tratującej życie lokomotywy wzrostu. Media odrzucają każdą propozycję transformacji gospodarczej jako niedorzeczną.

W tym bezgranicznym chaosie korporacyjnej globalizacji – który aktualnie demontuje nawet infrastrukturę socjalną Unii Europejskiej, by spłacić duże banki i zubożyć robotników – środki masowego przekazu usuwają wszystko, co pozwala ułożyć w całość układankę o zbiorczej katastrofie rozgrywającej się na płaszczyźnie społecznej i ekologicznej.

Nie identyfikuje się żadnego realnego zagrożenia dla zbiorowego życia – konstruuje się wrogów, którzy wskutek mutacji przeobrażają się z jednego orwellowskiego obiektu nienawiści w następny. Wspólny kapitał życia, od którego zależy nasze oddychanie, zaspokajanie pragnienia i łaknienia, a także biologiczna różnorodność, bezpieczeństwo społeczne i wiedza, nie istnieje nawet w sferze wyobrażeń.

Czy polityka rządów w Europie i USA jest sprzeczna z interesami ich własnych narodów?

Przed „interesem narodowym” jest interes wspólnego, wielopokoleniowego życia obywateli. Jednak zasady tej nigdy nie znajdziesz w mediach masowych, oficjalnych deklaracjach, a nawet wydawnictwach akademickich.

Zazwyczaj znaczenie jest odwrócone – na przykład Stany Zjednoczone aranżują wojny, które wyniszczają społeczeństwa w Iraku, Afganistanie, Libii, Ukrainie i Syrii. Powtarza się twierdzenia, że wszystkie podyktowane są „interesem narodowym USA” i „bezpieczeństwem globalnym”, ale te wielkie, wierutne kłamstwa są jedynie zaklęciami bezkarnej władzy.

W rzeczywistości każde społeczeństwo zaangażowane w te konflikty jest niszczone, ze społeczeństwem najeźdźcy włącznie. Kiedy w świecie islamskim roztrzaskuje się strukturę życia społecznego, w Stanach następuje jej równoległe wydrążenie. Pod warstwą kłamstw zalega mroczna prawda – nieprzerwany eko-mord najbiedniejszych ludzi i warunków ich życia na wszystkich kontynentach, który przynosi zyski transnarodowej partii pieniądza. Próżno by szukać wyjątków.

Mamy tu do czynienia z faktem określającym świat, o którym nie donoszą ani państwowe, ani korporacyjne media. Zamiast tego kierują naszą uwagę na „terrorystów zagrażających cywilizowanemu światu”. W ten sposób Stany Zjednoczone i ich sojusznicy dokonują projekcji własnego terroru na ofiary, które stawiają opór, lub na skonstruowane przez siebie twory dżihadu, które siejąc wojny domowe, pozwalają im dzielić i rządzić z zewnątrz.

Dlatego nieprzerwane amerykańskie bombardowania jakimś cudem omijają w kolejnych krajach linie zaopatrzenia w ropę naftową warunkujące przetrwanie Państwa Islamskiego – mianowanego Wcieleniem Zła, które jest faktycznie finansowane, zbrojone i sterowane przez Arabię Saudyjską, Katar i Turcję. O tych poczynaniach sojuszników doskonale wie Centralna Agencja Wywiadowcza.

Terroryści” stworzeni przez walczący z nimi system to kolejny orwellowski absurd. Służy za pretekst do militarnej blokady i eksploatowania społeczeństw USA-UE przez ponadnarodowe korporacje, czyli faktyczny globalny terroryzm, przenikający granice i kultury.

Rozważmy dziwaczne zwroty akcji w ramach wielkiego kłamstwa „ochrony Wolnego Świata i jego sojuszników”. Turcja zarządzana autorytarnie przez Erdogana – którego syn zarabia miliony na sprzedaży ropy skradzionej przez ISIS – zestrzeliła rosyjski samolot śledzący chronione przez Turcję kolumny ciężarówek ISIS, a bombarduje wyłącznie Kurdów, jedynych lokalnych bojowników w prowadzonych przez USA wojnach w Iraku i Syrii.

Wszystko zdaje się być pogmatwane, dopóki nie rozpoznamy podbudowy całości – tego samego podstawowego wzoru. Nazwy, kultury, a nawet przywódcy niewiele znaczą. Korporacyjni bogacze zawsze stają się bogatsi, podczas gdy ludzie i ich środowisko są coraz intensywniej okradani w imię „bezpieczeństwa” i „wolności”.

Mimo to związek między zachodnimi rządami siły militarnej i terrorem finansowym – czyli NATO i duże banki podążające za Wall Street – nigdy nie jest identyfikowany, bez względu na to, jak bardzo wyzyskuje obywateli wiodących społeczeństw Zachodu.

Despotyczni „technokraci”, którzy przypominają roboty, posługują się terrorem wyłudzania bazującym na kontroli finansowej i likwidują programy socjalne, by ściągnąć haracz. Siły zbrojne NATO są czekającym na wezwanie egzekutorem. Wszelkie przejawy oporu bombardowane są w samej Europie – wcześniej w Jugosławii, teraz na Ukrainie. Fakty zbrodni wojennych giną pośród oskarżeń, którymi zasypuje się wyznaczonego wroga, zwykle byłego sojusznika.

Jednoczesne plądrowanie amerykańskich i unijnych populacji przez tę samą oś wojskowo-finansową utrzymywaną przez skarb państwa pozostaje nierozpoznawalne. Jednakże systemowe wymuszenia, prawa korporacji wypierające prawa narodów i przemoc NATO nie osiągnęłyby swoich celów bez wsparcia.

Wszechobecna, toksyczna propaganda wymierzona w niesubordynację, agenci i siły specjalne „na zawołanie” oraz morze dolarów na łapówki dla miejscowych faszystów, by krzyczeli o nadużyciach i zagrożeniach – każda z tych składowych uczestniczy w realizacji ostatecznego, niewidocznego zamierzenia: poddania całego publicznego bogactwa ponadnarodowej kontroli finansowej i multiplikacji instrumentów wywłaszczania. Taka jest natura globalnego faszyzmu finansowego, którego nie wykrywa publiczny radar.

Nawet kontrakty terminowe na żywność i wodę narodów świata są kupowane przez Wall Street i spółkę za pieniądze amerykańskiej Rezerwy Federalnej. Nowotworowa penetracja sfery publicznej i ludzkiego życia nie ma końca.

Czy Zachód jest podzielony przeciwko sobie?

Bez względu na to, w którym kraju mieszkasz, nieustająca wojna jest wbudowana w ten system wykładniczych sekwencji finansowych. Choć oszałamiające marnotrawienie życia i zasobów publicznych trwa nieprzerwanie, jego potrzeby stale rosną. Tak jest od czasu kadencji Reagana i Thatcher, które lewica nadal absurdalnie maskuje jako „neoliberalne”, co jest oznaką kluczenia w gąszczu mylących kategorii. Pozwala ono na kontynuowanie destrukcji na całym świecie. Podział ten nie doczekał się jeszcze zrozumienia.

Podobnie jak mafia w skali mikro, faszyzm finansowy nakazuje obywatelom płacić lub doświadczyć konsekwencji życiowego bankructwa. W istocie nie ma innego sposobu na utrzymanie systemu przymusowego wyzysku na każdym poziomie, nawet jeśli zinterpretuje się go jako „globalizację”.

Kluczem jest głoszenie tego, co stanowi przeciwieństwo „wolności” i „dobrobytu”. Funkcję tę pełni sektor public relations. Pod tym względem system nie ma sobie równych. Bez kamuflażu zaawansowanych technik PR-u nie mógłby trwać.

Inwazja i grabieże suwerennych państw na rzecz ponadnarodowych, nieograniczonych prywatnych zysków nosi nazwę „wzrostu gospodarczego”. Pożera on równocześnie świat „rozwijający się” i „rozwinięty”. Każda płaca, podatek, dostęp do środków przetrwania jest teraz zagrożony, a żądania kolejnych korporacyjnych przywilejów i praw nie ustają. Fundamentalny podział na Zachodzie i na Wschodzie wygląda tak: życie społeczeństw kontra ponadnarodowe drapieżnictwo finansowe.

Jak ktoś cieszący się pełnią władz umysłowych może wierzyć w „wolny świat”? W swoim zasięgu jest on totalitarny – na przykład amerykańska władza wykonawcza, ustawodawcza i sąd najwyższy są bezpośrednio lub pośrednio kontrolowane przez partię pieniądza. Pod względem funkcjonalnym armia USA jest sprzężona z transnarodową władzą bankowo-korporacyjną i mediami masowymi.

Globalny faszyzm finansowy potępia przemoc, tymczasem wszędzie stosuje terror. „Neoliberalizm” jak ulał pasuje do tej maski public relations. Ukrywa on konflikt między życiem i przyszłością ludzi a systemowym wymogiem ciągłego niszczenia. Mnożenie prywatnego popytu na pieniądze i nielimitowanych sekwencji finansowych traktuje się jako formę „liberalizmu” – tak naprawdę pierwotnej filozofii Johna Stuarta Milla i Johna Deweya, którzy byli umiarkowanymi socjalistami.

Zatem niejednoznaczny slogan zaciera absolutny konflikt między wspólnym, żywotnym interesem społeczeństwa a pozbawioną granic faszystowską władzą finansową.

Z pewnością nie jest liberalnym i nie przynosi korzyści podatnikom amerykańskim codzienne wpłacanie 2 miliardów dolarów na konto korporacyjnej, wojennej machiny terroru USA – niezrównanie dochodowego, quasi-monopolistycznego globalnego biznesu i egzekutora systemu eksterminacji życia. Mimo to nawet zbankrutowana Grecja czerpie z publicznych pieniędzy, by spłacić zagraniczne banki, za którymi stoi NATO – ponadnarodowy egzekutor, gotowy zdławić wszelki społeczny opór wobec ukrytej inwazji.

W czasie gdy miliony uchodźców uciekają z bombardowanych państw, gdzie toczą się wyreżyserowane „wojny domowe”, nieprzerwane cięcia wydatków socjalnych, które są „niezbędne, by zmniejszyć rządowe koszty”, spychają coraz więcej obywateli Zachodu na egzystencjalny margines. Trendy te wspólnie naciskają na systemy podtrzymujące życie społeczne. Konsekwentnie osłabiany fundament zaplecza socjalnego państw kruszeje pod tym ciężarem.

Powtórzę raz jeszcze: nie można zaprzeczyć absolutnemu podziałowi pomiędzy wspólnym, żywotnym interesem społeczeństwa i DNA systemu konsumującego organizację i warunki życia na każdym poziomie. Nie rozpoznaje tego żadna kategoria.

Zachodni twórcy strategii politycznej nie zapewnili młodzieży przyszłości. Jaką wagę ma ta klęska?

Być może jedną z największych nikczemności systemu jest niezauważalny sposób, w jaki poświęcił on życie młodszych pokoleń.

Tworzenie młodemu człowiekowi odpowiednich warunków, by mógł rozwijać się jako istota ludzka i pogłębiać swoje zrozumienie, nie przynosi zysków. Coraz większe prywatne profity generuje eksploatowanie małoletnich jako konsumentów napędzających popyt, a także jako taniej siły roboczej. Potężni i kontynuujący swoją ekspansję globalni producenci śmieciowej żywności, brutalnej rozrywki i selfie-dyrdymałów mają wspólną cechę: ich byt zależy od ludzi młodych będących bezmyślnymi maszynkami do wydawania pieniędzy.

Tak oto kolejne pokolenia stają się legionem coraz bardziej uzależnionych konsumentów, którzy zużywając coraz więcej korporacyjnych towarów, degradują warunki ludzkiego życia. Jedynym kryterium wartości jest maksymalizacja korporacyjnej sprzedaży i zysków „inwestorów”. Nawet leżące w kojcu niemowlęta poddaje się świadomemu warunkowaniu w ramach cyklu uzależniania od śmieci, który propaguje się jako „wzrost tworzący miejsca pracy”.

Poinformowani obywatele biją na alarm w reakcji na dziecięcą epidemię otyłości, znęcania się nad słabszymi, złej kondycji fizycznej i zaburzeń koncentracji uwagi. Lecz wzór ogólny pozostaje przesłonięty. Młodzi są warunkowani przez wszechogarniający rynek apetytów i niepewną, pozbawioną znaczenia przyszłość. Zawody i profesje służące życiu eliminuje się wszędzie, by „zaoszczędzić pieniądze”. Studenci są konsumentami pakietów edukacyjnych – oferują je korporacyjne zarządy uczelni, a ich mnogość ma prowadzić słuchaczy do kredytowego zniewolenia.

Przy szczuplejących środkach utrzymania depresja młodzieży staje się normą. Długoterminowa demoralizacja zapuszcza korzenie, podczas gdy jej systemowa przyczyna jest poza zasięgiem zrozumienia.

Zakazanie zachodnich idei, ubrań czy muzyki nie rozwiąże problemu. Choroba jest poważniejsza i atakuje każdy poziom organizacji życia. Jedyną prawdą jest to, co można sprzedać. Jedyna konkurencja sprowadza się do tego, kto szybciej obniży koszt samego życia i zwiększy ilość spieniężanych produktów. Sekwencje finansowe nastawione na tryb „więcej” unicestwiają samo Stworzenie. Ponad 90% wydobytych zasobów w ciągu kilku tygodni zamienia się w odpady.

Ta globalna patologia zagraża młodzieży na całym świecie. Piętnowanie „stylu życia Zachodu” uderza jedynie w symptomy. Tak, należy zabronić sprzedaży tego, co według ustaleń naukowych jest szkodliwe – od niezdrowej żywności po rozrywkę pełną ekstremalnej przemocy.

Pozory etniczne nie stanowią problemu. Mają za zadanie odwracać uwagę, wprowadzać w błąd. Istnieje konieczność przywrócenia prymatu uniwersalnych życiowych potrzeb kolejnych pokoleń ludzkości i ich ekologicznego żywiciela. Właśnie na tym wspólnym podłożu życia spotykają się nauka i religia, a Wschód i Zachód łączą się ponad różnicami. Młodzi tego pragną.

Różnice kulturowe wywołują ignorancję – to pierwszy poziom problemu. Ale fałszywa propaganda kultywuje nienawiść. Na długo zanim pojawiła się islamofobia, wyhodowany przez USA „antykomunizm” zamordował miliony w Wietnamie, Indonezji i Ameryce Łacińskiej.

Wcześniej amerykańskie korporacje ponadnarodowe wspierały europejski nazizm przeciwko „komunistycznemu zagrożeniu”, czyli – po odkodowaniu – przeciwko wszystkiemu, co stoi na drodze ponadnarodowego faszyzmu korporacyjnego, budującego system wiecznej wojny… który wciąż rośnie.

Po pokonaniu faszystowskich Niemiec i Japonii, militarna machina USA, kierowana przez importowanych nazistowskich partnerów, których nigdy nie zidentyfikowano i nie skazano, dokonywała globalnych pogromów o rozmiarach ludobójstwa. Tak zwani „komuniści” byli szkalowani, prześladowani i zwalczani nawet tam, gdzie ich nie było – ten globalny holokaust zabił dziesiątki milionów ludzi, a podobną liczbę pozbawił godnej egzystencji.

Krótko mówiąc, podstawą amerykańskiej ideologii jest wyznaczony wróg – każdy, kto przeciwstawia się korporacyjnej globalizacji. Eksterminacja Indian była pierwszym etapem. Islamafobia to kolejna wariacja na ten sam temat.

John McMurtry jest emerytowanym profesorem filozofii na Uniwersytecie w Guelph w Kanadzie. Zajmuje się filozofią polityki, ekonomii, edukacji, literatury, historii i środowiska. Jego prace opublikowano w ponad 150 książkach i czasopismach badawczych. Był wielokrotnie nagradzany za swój wybitny wkład w nauki humanistyczne i społeczne, a także za działalność na rzecz ochrony społeczności i środowiska naturalnego. Najbardziej znanym dziełem autora jest „Nowotworowe stadium kapitalizmu” (The Cancer Stage of Capitalism).

Tłumaczenie: exignorant

Reklamy
Opublikowano Gospodarka, finanse, surowce i energia, Imperialne wojny, militaryzm i terror państwowy, Kluczowe badania

Masakra w Strefie Gazy: Humanitaryzm liberałów to fikcja

Mój lęk budzi to, że przerażające trendy, które pojawiły się w (przedwojennej) Europie, zaczynają uwidaczniać się obecnie w samym Izraelu. W związku ze wspomnieniami o Holokauście najbardziej niepokoi uświadomienie, iż oznaki odrażających procesów, które miały miejsce w Europie, a zwłaszcza w Niemczech, 70, 80 i 90 lat temu, rozpoznajemy pośród nas w 2016 roku. Według mnie Holokaust musi skłonić do głębokiej refleksji na temat odpowiedzialności naszego przywództwa i jakości naszego społeczeństwa. Musi ona doprowadzić do powtórnej, fundamentalnej analizy naszego postępowania wobec ‚innych’. Najprostsze jest zastraszanie i nawoływanie do wojny. Najprostsze jest okrucieństwo, amoralność i bigoteria”.

Generał dywizji Yair Golan, zastępca szefa Sztabu Generalnego armii Izraela (Dzień pamięci o Holokauście, 2016)

W dniu 30 marca 2018 na palestyńskich Terytoriach Okupowanych rozpoczęły się obchody „Dnia ziemi”. Przed 42 laty izraelscy żołnierze zabili sześciu młodych ludzi protestujących w Galilei przeciwko izraelskiej polityce wysiedlania Palestyńczyków z ich historycznych krain, aby zrobić miejsce dla osiedli żydowskich. Tegoroczne manifestacje upamiętniające to zdarzenie są częścią planowanej sześciotygodniowej społecznej mobilizacji, która zakończy się 15 maja, w 70. rocznicę „Dnia Nakby”, czyli katastrofy. W 1948 roku około 750 000 Palestyńczyków zostało wyrzuconych z domów po oficjalnym utworzeniu państwa Izrael. Protesty i wiece pod nazwą „Wielkiego Marszu Powrotu” odbywają się w Strefie Gazy, na Zachodnim Brzegu Jordanu, a także w Izraelu. Pochody solidarności są organizowane na całym świecie.

Izraelskie wojsko strzela w tym roku do nieuzbrojonych palestyńskich demonstrantów. Zginęły już 32 osoby, ponad 1 400 odniosło rany. Prawie połowa ofiar to nastoletnia młodzież.

Artykuł Mehdi Hasana z The Intercept, 2 kwietnia 2018.

Skoro koncepcję interwencji inspirują uniwersalne prawa człowieka, dlaczego ludzie, którzy określają siebie mianem liberalnych interwencjonistów, nigdy nie pisną nawet słówka o interwencji w obronie Palestyńczyków?”

Pytanie to zadałem Bernardowi-Henri Lévy’emu, francuskiemu filozofowi, pisarzowi i orędownikowi liberalnego (inaczej humanitarnego) interwencjonizmu, w moim programie z 2013 roku.

Zazwyczaj elokwentny intelektualista miał poważne problemy z udzieleniem odpowiedzi na to pytanie. Sytuacja w Palestynie „nie jest taka sama” jak w Syrii i „nie ma tam dobrych ludzi po jednej stronie i złych po przeciwnej”, odparł. O Izraelskich Siłach Obronnych (IDF) powiedział kiedyś, że „nigdy nie widział tak demokratycznej armii, która zadaje sobie tyle moralnych pytań”.

Przypomniałem sobie o tej rozmowie w miniony weekend, gdy oglądałem z przerażeniem, jak „demokratyczna armia” Izraela strzela do nieuzbrojonych palestyńskich demonstrantów na granicy Gazy. Ile „moralnych pytań” zadawali sobie izraelscy snajperzy, zastanawiałem się, zanim zastrzelili z zimną krwią uchodźców z Gazanu za to, że odważnie domagali się powrotu do swoich domów w obrębie Zielonej Linii?

Izraelscy snajperzy.

W piątek IDF postrzeliły ostrą amunicją ponad 1 000 osób. Śmierć poniosło 17 z nich. Jednak rzecznik IDF chełpił się tym, że izraelskie oddziały „przybyły przygotowane” i „wszystko przebiegło precyzyjnie. Wiemy, w co trafiła każda kula”. W niedzielę agresywny minister obrony Izraela Avigdor Lieberman zdecydowanie odrzucił apele Unii Europejskiej i Organizacji Narodów Zjednoczonych o niezależne śledztwo w sprawie użycia przemocy i stanowczo stwierdził, iż „żołnierze zasługują na pochwałę”.

Żeby było jasne: wojska izraelskie będą nadal mordować i okaleczać Palestyńczyków, podczas gdy rząd izraelski gwarantuje, że ich działania będą bezkarne. Gdzie jest głośny sprzeciw liberalnych interwencjonistów z Zachodu? Gdzie jest pan Lévy, kiedy setki Palestyńczyków stają się tarczami strzelniczymi w 2018 roku?

Gdzie są nawoływania byłego premiera Wielkiej Brytanii Tony’ego Blaira – który w swoim przemówieniu wygłoszonym w 1999 roku w Chicago bronił koncepcji „sprawiedliwej wojny”, a „doktrynę społeczności międzynarodowej” uczynił kluczowym mottem liberalnych interwencjonistów – do wprowadzenia „zakazu lotów” nad Strefą Gazy? Dlaczego ów żałobnik i gościnny mówca podczas pogrzebu Ariela Szarona nie ma nic do powiedzenia na temat rosnącej liczby pogrzebów palestyńskich?

Gdzie jest moralne oburzenie byłej amerykańskiej ambasador przy ONZ Samanthy Power – słynnej zwolenniczki interwencji humanitarnych, nagrodzonej Pulitzerem za książkę „Problem z piekła rodem”, na kartach której ubolewała nad bezczynnością USA w Rwandzie – na samą liczbę bezbronnych Palestyńczyków, których zabito i raniono w ostatnich dniach? Autorka znajduje chwilę, by na Twitterze podzielić się fotografiami słonia i lwiątka, ale nie ma czasu na kilkuzdaniowe oświadczenie o przemocy w Gazie?

Gdzie jest żądanie kanadyjskiego akademika i polityka Michaela Ignatieffa – który niegdyś był jednym z najdonośniejszych głosów na rzecz doktryny tzw. „odpowiedzialności za ochronę” – dotyczące rozmieszczenia sił pokojowych na Terytoriach Okupowanych?

Gdzie są pełne sprawiedliwego gniewu artykuły redakcyjne Nicholasa Kristofa z New York Timesa, Richarda Cohena z Washington Post, czy Davida Aaronovitcha z The Times of London żądające podjęcia konkretnych kroków przeciwko osobom naruszającym prawa człowieka w szeregach IDF?

Gdzie jest odezwa byłej amerykańskiej sekretarz stanu i zagorzałej interwencjonistki Madeleine Albright w sprawie nałożenia gospodarczych i finansowych sankcji na państwo Izrael? Ani słowa o embargu na broń? Nic o zakazie podróży premiera Binjamina Netanjahu, ministra obrony Liebermana i szefa sztabu IDF, generała broni Gadiego Eizenkota?

Ich milczenie jest ogłuszające – i mówi bardzo wiele. Wygląda na to, że Palestyńczycy zostali tak dalece odczłowieczeni, że nie zasługują na humanitarną interwencję. Ich krew jest tania. Ich los jest pozbawiony znaczenia. Ich zabójcy są naszymi przyjaciółmi. I to liczy się najbardziej.

Czy powinniśmy być zaskoczeni? Nie po raz pierwszy członkowie liberalnej brygady interwencyjnej bezwstydnie zignorowali tragiczną śmierć niewinnych Palestyńczyków.

Przed rozpoczęciem „Drugiej Intifady”, w marcu 2001 roku, kiedy w Palestynie szybko rosła liczba ofiar śmiertelnych, Rada Bezpieczeństwa ONZ zaproponowała rezolucję, która „ustanowiłaby odpowiedni mechanizm ochrony palestyńskiej ludności cywilnej obejmujący obecność obserwatorów ONZ” na obszarze Terytoriów Okupowanych. Jednak Stany Zjednoczone, reprezentowane przez administrację George’a W. Busha, zawetowały tę rezolucję. Jaka była reakcja amerykańskich liberałów? Nikt nie otworzył ust.

Latem 2014 roku izraelskie siły powietrzne – po raz trzeci w ciągu sześciu lat – uderzyły w Strefę Gazy, zrzucając bomby na szkoły, szpitale i budynki mieszkalne, zabijając ponad 1 500 palestyńskich cywilów – w tym 500 dzieci. Jakie było stanowisko sekretarz stanu Hillary Clinton (która później poparła wprowadzenie „zakazu lotów” nad Syrią i tym samym zniszczenie kraju)? „Hamas sprowokował kolejny atak”, zaś „Izrael ma prawo do obrony”. Jaka była reakcja jej ideologicznych koleżanek i kolegów? Większość liberałów nabrała wody w usta.

Rok 2018: 17 zabitych i 1 400 rannych. Internet obiegają nagrania, w których izraelscy żołnierze – uzbrojeni i finansowani przez amerykańskich podatników – strzelają w plecy uciekającym Palestyńczykom. Na Twitterze i innych platformach ponownie próżno szukać komentarzy liderów Partii Demokratycznej. Swój opór liberalni demokraci rezerwują dla administracji Trumpa i tzw. alternatywnej prawicy (ang. AltRight), a nie dla najdłuższej, nielegalnej wojskowej okupacji na świecie.

Ta moralna ślepota, na którą cierpi tak wielu liberałów i postępowców w Stanach Zjednoczonych, nigdy nie przestaje mnie zadziwiać i budzić mojego obrzydzenia. Jak pisze izraelski pisarz i ekonomista Abraham Gutman: „Ten martwy punkt jest tak wyraźny, że stworzył zupełnie nowy typ postępowca – PWP, czyli Progresywny-z-Wyjątkiem-Palestyny. PWP jest przerażony nominacją Jeffa Sessionsa na prokuratora generalnego, ale skłonny jest argumentować za zniuansowanym poparciem dla rządu Izraela, w którego skład wchodzi Ayelet Shaked; pani minister sprawiedliwości w opublikowanym na Facebooku artykule nazywa palestyńskie dzieci ‚małymi wężami’.

Takie są realia. PWP głośno potępi bigoterię i natywizm Partii Republikańskiej w Stanach Zjednoczonych oraz nieprzerwaną segregację i rasizm na Dalekim Południu, jednocześnie odwracając wzrok od bezczelnego rasizmu rządu Izraela i praktykowanego przezeń apartheidu na Terytoriach Okupowanych.

PWP zwalcza Trumpa i jego wojowniczych sługusów, ale oklaskuje na baczność Netanjahu lub uśmiecha się szeroko na wspólnych fotografiach z Liebermanem – chociaż podobieństwa między administracjami Trumpa i Netanjahu doczekały się wszechstronnego udokumentowania.

PWP, który jest dumnym wyznawcą liberalnego interwencjonizmu, poprze wojskowe interwencje niemal w każdym miejscu na Ziemi z wyłączeniem Terytoriów Okupowanych. Jego serce krwawi dla Syryjczyków, Libijczyków, Afgańczyków, Irakijczyków, Ruandyjczyków, mieszkańców Kosowa, ale nie dla Palestyńczyków.

Nie przeprowadzam tu ćwiczenia z zakresu „tu quoque”; chodzi mi o zwrócenie uwagi na rażące podwójne standardy i moralną hipokryzję. W kwestii palestyńskiej liberalni interwencjoniści, którzy są „Progresywni-z-Wyjątkiem-Palestyny”, czerpią z podręcznika Trumpa, gdy cynicznie obwiniają „obie strony” za przemoc. Twierdzą, że śmierć palestyńska jest konsekwencją „starć” i „konfrontacji”. Tymczasem rzeczywistość jest taka, że jedna strona jest okupantem, a druga okupowanym; jedna strona ma rakiety i karabiny maszynowe, a druga ma kamienie i proce; jedna strona zabija, a druga umiera.

Nie ma innego wniosku: nieustająca, rażąca odmowa liberalnych interwencjonistów z Zachodu, by wyrazić konieczność zapewnienia ochrony okupowanym Palestyńczykom przed przemocą finansowaną przez państwo, przypomina o tym, jak moralnie zbankrutowany i cynicznie hipokryzyjny jest chwyt „liberalnej interwencji”.

Badanie przeprowadzone przez Fundusz Organizacji Narodów Zjednoczonych na rzecz Dzieci (UNICEF) ustaliło, że w latach 1991-1998 w wyniku sankcji nałożonych na Irak przez USA i Wielką Brytanię doszło do 500 000 „dodatkowych” zgonów irackich dzieci w wieku poniżej pięciu lat. Reporterka amerykańskiej stacji TV skonfrontowała z tą kwestią Madeleine Albright, panią ambasador USA przy ONZ, pytając ją, „Czy warto było zapłacić tę cenę?”. Albright odpowiedziała, „Uważamy, że cena była tego warta”.  → Czytaj dalej

Tłumaczenie: exignorant

Opublikowano Imperialne wojny, militaryzm i terror państwowy

Skorumpowani idioci prowadzą świat ku zagładzie (aktualizacja: 17.04.2018)

Artykuł Paula Craiga Robertsa, Asystenta Sekretarza Skarbu USA ds. Polityki Gospodarczej za prezydentury Ronalda Reagana i przewodniczącego Instytutu Ekonomii Politycznej.

Gdybyś był(a) prezydentem Francji lub premierem Wielkiej Brytanii, czy pozwolił(a)byś szalonym kryminalistom z Waszyngtonu wciągnąć cię w konflikt zbrojny z Rosją?

Nie sądzę. Ja też bym na to nie przystał. Zatem co się dzieje z Macronem i May? Co się dzieje z rządami Francji i Wielkiej Brytanii? Co się dzieje z francuskimi i brytyjskimi mediami? Czytałem ostatnio, że były premier Wielkiej Brytanii Tony Blair jest teraz wart 100 milionów dolarów – otrzymał wypłatę za okłamanie rządu Wielkiej Brytanii i społeczeństwa, aby poparły inwazję reżimu George’a W. Busha na Irak. Czy Macronowi i May obiecano to samo?

Kompletnie bezsensownym jest, by włodarze Wielkiej Brytanii i Francji uczynili swoje kraje celem odwetu potęgi militarnej, przed którym nie zdołają się obronić. Kompletnie bezsensownym jest, by ich narody i media siedziały cicho, podczas gdy francuski prezydent i brytyjska premier stwarzają zagrożenie nie tylko dla Francji i Wielkiej Brytanii, lecz także dla całej Europy. Co się dzieje z Unią Europejską? Na Starym Kontynencie panuje milczenie, podczas gdy świat spychany jest na skraj samounicestwienia. To nie ma sensu.

Mieszkańcy Ghuty, tamtejsi lekarze i rosyjscy eksperci, którzy przybyli na miejsce zdarzenia, donoszą, że nie ma żadnych oznak ataku chemicznego. Syryjczycy nie użyli broni chemicznej przeciwko ludności cywilnej, którą wyzwolili. Amerykańscy najemnicy, przepędzeni z przedmieścia Damaszku przez armię syryjską, nie przeprowadzili operacji spod znaku „fałszywej flagi”. Innymi słowy, zamach jest mistyfikacją.

Ażeby nie dopuścić do potwierdzenia tego faktu przez niezależne śledztwo, Waszyngton zawetował rezolucję Rady Bezpieczeństwa ONZ o wysłaniu neutralnych ekspertów celem zbadania zarzutu o atak chemiczny. Dlaczego Waszyngton miałby zapobiec dochodzeniu, które dowiodłoby trafności sformułowanego przezeń sądu? Oczywistym jest, iż Waszyngton nie chce dopuścić do obalenia fałszywych oskarżeń. Nie ma więc wątpliwości, że zarzut Waszyngtonu jest fabrykacją wykorzystywaną jako pretekst, by zmusić Rosję do walki lub zaakceptowania hegemonii USA na Bliskim Wschodzie.

A gdyby nawet doszło do ataku chemicznego? Jakie znaczenie dla ofiar ma broń – kule, bomby, rakiety czy gaz – którą je zabito? Dlaczego zastosowanie środków chemicznych uznaje się za gorsze od użycia pocisków Hellfire? Dlaczego istnieje zgoda na to, by Stany Zjednoczone i Izrael wysadzały w powietrze szkoły, szpitale, wesela, pogrzeby, targowiska, domy pełne kobiet i dzieci, zaś powszechne oburzenie wywołuje mordowanie ludzi chemikaliami? Dlaczego warto jest rozpocząć III wojnę światową wskutek fikcyjnego lub prawdziwego ataku chemicznego?

Amerykanie – w większości ludzie nie mający bladego pojęcia o tym, co się wokół nich dzieje – są nieświadomi, że przestępczy rząd w Waszyngtonie ryzykuje ich życiem. A jeżeli Rosjanie nie blefują i nie nadstawią drugiego policzka, nie wycofają się? Co się stanie, jeśli Rosja siłą odpowie na siłę?

Dlaczego tylko kilka witryn internetowych zadaje to pytanie?

Wielką Brytanię i Francję odwiedził ostatnio (miesiąc temu i kilka dni temu) Muhammad bin Salman, książę saudyjski i następca tronu. Sprezentował kontrakty na miliardy dolarów (Londynowi podpisane umowy przyniosą ponad 100 miliardów, Paryż zadowoli się 18 miliardami). Arabia Saudyjska głodzi i masakruje Jemeńczyków z pomocą obu krajów, Waszyngtonu i innych sojuszników z Zachodu; jest jednym z głównych inicjatorów syryjskiej wojny (obok Izraela, Turcji i USA) i sponsorem frakcji terrorystycznych, które prowadzą ten konflikt w jej imieniu.

Robert Fisk z The Independent, legenda dziennikarstwa śledczego i ekspert od Bliskiego Wschodu, był pierwszym zachodnim reporterem, który pojawił się na miejscu rzekomego ataku chemicznego w Dumie. Nie towarzyszyli mu ani oficjele syryjscy, ani Rosjanie. W podziemnej klinice – miejscu, gdzie sfilmowano ofiary – nie odkrył żadnych śladów świadczących o skażeniu gazem bojowym. Dr Assim Rahaibani, lekarz w niej praktykujący, ujawnił, że niewydolność oddechową ludzi przebywających w dusznym, zapylonym tunelu upozorowano na skutki działania substancji chemicznej. „Oglądasz ludzi cierpiących na niedotlenienie, a nie na zatrucie gazem”, wyjaśnił Rahaibani. Jego przyczyną były duże ilości pyłu, którym wypełniły się podziemne przejścia i piwnice, powiedział dziennikarz. Tamtego dnia bombardowanie sił syryjskich i lotnictwa rosyjskiego wzbiło mnóstwo odłamków. Wiele osób miało problemy z oddychaniem. Członek „Białych Hełmów” po prostu zaczął krzyczeć o ataku przed obiektywami kamer i wszyscy wpadli w panikę. Doniesienia zostały potwierdzone niezależnie przez Pearsona Sharpa z One America News Network, który szczegółowo zrelacjonował swoje rozmowy z urzędnikami, lekarzami, a także cywilami. Wielu przechodniów, wybranych losowo na ulicach Dumy, nie słyszało o żadnym ataku. Inni nie mieli wątpliwości, że jest on mistyfikacją fanatyków z Dżajsz al-Islam. Wypowiedzi personelu szpitala, w tym naocznych świadków, pokryły się z ustaleniami raportu brytyjskiego dziennikarza.

Fisk poinformował również, że „Białe Hełmy” opuściły Dumę z dżihadystami w autobusach rządowych zmierzających do prowincji Idlib.

„Opowieść o Dumie nie jest zatem jedynie opowieścią o gazie – którego w tym przypadku prawdopodobnie nie było. Traktuje ona o tysiącach osób, które w zeszłym tygodniu nie zdecydowały się na ewakuację w autobusach w towarzystwie bandytów, z którymi musiały żyć przez wiele miesięcy jak troglodyci, by przetrwać. Wczoraj dość swobodnie przechadzałem się po mieście z parą syryjskich przyjaciół, aparatem fotograficznym i notatnikiem – bez żołnierzy, policjantów czy ochroniarzy śledzących moje kroki. Czasem musiałem pokonać 6-metrowe wały, przypominające usypane z ziemi ściany. Widok obcokrajowców sprawia mieszkańcom radość, a jeszcze bardziej raduje ich kres oblężenia. Twarze większości ludzi rozjaśnia uśmiech; oczywiście nie wszystkie lica można zobaczyć, ponieważ zaskakująca liczba kobiet Dumy przyodziana jest w czarny hidżab”.

Prasa Wielkiej Brytanii przyznała Robertowi Fiskowi nagrody „Dziennikarza Roku” (dwukrotnie) i „Korespondenta Zagranicznego Roku” (siedmiokrotnie). „Wiele o naszych mediach mówi fakt, że jeden z najwybitniejszych żyjących brytyjskich dziennikarzy zatrudniany jest tylko przez The Independent, gazetę, którą zmarginalizowano, podczas gdy mistrzów pokroju Johna Pilgera w ogóle usunięto z nurtu głównego”, napisał Craig Murray, brytyjski dyplomata.

Wpis powiązany tematycznie: „Incydent w Ghucie”

Tłumaczenie: exignorant

Opublikowano Imperialne wojny, militaryzm i terror państwowy

Incydent w Ghucie

Koniec marca 2018 roku. W korytarzach władzy Izraela, Arabii Saudyjskiej, Turcji, USA, Wielkiej Brytanii, Francji i pozostałych państw sprzymierzonych” panuje atmosfera konsternacji. W Ghucie, obszarze strategicznym dla planu zmiany reżimu” w Syrii, upada zlokalizowany w miejscowości Duma ostatni bastion „bojowników o wolność” wspieranych, promowanych i finansowanych przez Rijad, Tel Awiw, Ankarę, Waszyngton, Londyn, Paryż i innych. Przedmieścia Damaszku znajdujące się od 6 lat pod kontrolą „rebeliantów” miały być wykorzystane do ofensywy na stolicę. Tymczasem siły demokratyczne” w liczbie około 30 000 przegrywają i po negocjacjach z syryjskim rządem i rosyjskimi rozjemcami zostają wywiezione na północ kraju.

W przeddzień całkowitego wyzwolenia Ghuty ma miejsce „atak chemiczny”.

Rok temu:

Reuters, 30 marca 2017

Priorytetem USA w Syrii nie jest już „usunięcie al-Asada”

Strategia dyplomatyczna Stanów Zjednoczonych wobec Syrii nie koncentruje się już na tym, aby Baszar al-Asad, prezydent kraju, został odsunięty od władzy, powiedziała Nikki Haley, ambasador USA przy ONZ, sygnalizując odejście od początkowego i publicznego stanowiska administracji Obamy w kwestii losu syryjskiego przywódcy.

CNN, 4 kwietnia 2017

W rzekomym ataku gazowym w Syrii zginęły dziesiątki osób

Światowi przywódcy wyrazili we wtorek wstrząs i oburzenie w związku z doniesieniami o domniemanym ataku chemicznym w północno-zachodniej Syrii, który zabił dziesiątki cywilów. Jeden z brytyjskich oficjeli zasugerował, iż incydent stanowi zbrodnię wojenną.

CNBC, 7 kwietnia 2017

Trump rozpoczyna atak na Syrię 59 pociskami Tomahawk

W czwartek wieczorem amerykańskie wojsko zaatakowało lotnisko rządowe w Syrii 59 rakietami Tomahawk.

CNN, 10 kwietnia 2017

Amerykańska wysłanniczka Nikki Haley mówi, że zmiana reżimu syryjskiego jest nieunikniona

Ambasador Stanów Zjednoczonych przy ONZ Nikki Haley powiedziała CNN, że pozbawienie władzy prezydenta Syrii Baszara al-Asada jest priorytetem, potwierdzając tym samym niezwykły zwrot w postawie administracji Trumpa wobec przywódcy.

Rok później:

CNN, 29 marca 2018

Trump mówi, że USA „już wkrótce” wycofają się z Syrii

Prezydent Donald Trump powiedział w czwartek, że USA „już wkrótce zaczną wycofywać się z Syrii”. Kilka godzin wcześniej Pentagon podkreślił potrzebę pozostania w kraju w najbliższej przyszłości.

26 marca 2018 generał Joseph L. Votel, szef Centralnego Dowództwa Sił Zbrojnych Stanów Zjednoczonych, w swoim wystąpieniu w senacie USA potwierdził, że rząd Syrii wygrywa wojnę.

Fox News, 7 kwietnia 2018

Atak gazem trującym zabija w Syrii co najmniej 40 osób, mówią aktywiści i ratownicy

Trujący atak gazowy, do jakiego doszło w sobotę w kontrolowanym przez rebeliantów mieście niedaleko stolicy Syrii, zabił co najmniej 40 osób, o czym donoszą aktywiści, ratownicy i pomocnicy medyczni.

BBC, 10 kwietnia 2018

Atak chemiczny w Syrii: Trump deklaruje zdecydowaną reakcję

Prezydent USA Donald Trump obiecał „zdecydowaną” reakcję na rzekomy atak chemiczny w Syrii, podczas gdy zachodni przywódcy deliberują nad podjęciem działań. „Mamy wiele opcji militarnych”, powiedział dziennikarzom. Dodał, że decyzja zapadnie „wkrótce”.

Miesiąc temu:

Rosja mówi, że Stany Zjednoczone planują zaatakować Damaszek, zapowiada reakcję militarną [Reuters, 13.03.2018]

Armia rosyjska poinformowała we wtorek, że jest w posiadaniu informacji, iż Stany Zjednoczone planują zbombardować siedzibę rządu w Damaszku pod spreparowanym pretekstem. Dowództwo zareaguje militarnie, jeśli akcja zbrojna zagrozi życiu rosyjskich obywateli.

Walerij Gierasimow, szef Sztabu Generalnego, powiedział, że Moskwa wie o przygotowywanym przez okupantów wschodniej Ghuty ataku chemicznym przeciwko ludności cywilnej, za który obwiniona zostanie armia syryjska. Dodał, że Stany Zjednoczone zamierzają wykorzystać tę prowokację jako usprawiedliwienie swojego uderzenia na dzielnicę rządową w pobliskim Damaszku, gdzie przebywają rosyjscy doradcy wojskowi, rosyjska żandarmeria i rosyjscy obserwatorzy nadzorujący rozjem. „W przypadku zagrożenia życia naszych żołnierzy, rosyjskie wojsko zastosuje środki odwetowe przeciwko użytym pociskom i wyrzutniom rakiet”, stwierdził w oświadczeniu Gierasimow.

W dniu 12 marca 2018 armia syryjska odkryła wytwórnię broni chemicznej w wyzwolonym spod okupacji terrorystów rejonie wschodniej Ghuty.

Terroryści planują ataki chemiczne [TASS, 6.04.2018]

Dżabhat an-Nusra (grupa wyjęta spod prawa w Rosji) i Wolna Armia Syrii planują ataki chemiczne za pomocą chloru na obszarach znajdujących się pod ich kontrolą, w tym w dzielnicy Al-Balad w Daraa, ostrzegł w piątek szef rosyjskiego centrum pojednania stron konfliktu w Syrii, generał dywizji Jurij Jewtuszenko.

„Przywódcy Dżabhat al-Nusry i Wolnej Armii Syrii, którzy działają wspólnie, planują eksplozje prowizorycznych ładunków chemicznych zawierających chlor na kilku obszarach znajdujących się pod ich kontrolą, w tym Al Balad w Daraa”, powiedział. Informacje o przygotowaniach do prowokacji na południu Syrii, w tym o użyciu chemicznych środków bojowych, przekazała grupa Jaish Ahrar Al-Ashair, która przeszła na stronę rządową. Jewtuszenko dodał: „Bojownicy planują sfotografować i sfilmować skutki działania broni chemicznej i je upublicznić, zaś winę za śmierć cywilów zrzucić na wojska rządowe, co tym samym usprawiedliwi ich własne działania mające na celu zakłócenie zawieszenia broni w Daraa”. Sprzęt do audio-wizualnego utrwalenia ataków chemicznych jest już na miejscu, w toku są również inne przygotowania, dodał.

Cztery dni później zachodni nadawcy nurtu głównego zaprezentowali nagrania mające świadczyć o zamachu w Dumie (wschodnia Ghuta). Jest to obszar okupowany przez Dżajsz al-Islam, czyli „Armię islamu” (podgrupa Frontu an-Nusra, syryjskiego przedstawicielstwa Al-Kaidy, sponsorowana bezpośrednio lub pośrednio m.in. przez Arabię Saudyjską, Katar i Wielką Brytanię). Materiał filmowy z domniemanego miejsca zdarzenia dostarczyły Białe Hełmy.

Sekretarz obrony USA o atakach chemicznych w Syrii: Nie ma żadnych dowodów na winę al-Asada [Newsweek, 8.02.2018]

W swoim oświadczeniu sekretarz obrony James Mattis przyznał, że USA nie mają „żadnych dowodów” na to, że syryjski rząd uderzył sarinem, zakazanym środkiem drgawkowo-paralitycznym, we własnych obywateli. Departament Obrony i Agencja Wywiadu Obronnego uznają ataki w Ghucie (2013) i Chan Szajchun (2017) za sprawy nierozwiązane.

Wcześniej Amerykanie bezpodstawnie oskarżyli prezydenta al-Asada o spowodowanie obu tragedii – w drugim przypadku winę przypisali również Rosji – wykorzystali je do wzmocnienia narracji „al-Asad jest sprawcą” i usprawiedliwienia bombardowań, których celem byli żołnierze i obiekty wojskowe Syrii.

Poważni, doświadczeni eksperci ds. broni chemicznej tacy jak Hans Blix, Scott Ritter, Gareth Porter i Theodore Postol wyrażali swoje wątpliwości co do „oficjalnych” zapewnień o wykorzystaniu sarinu przez syryjski rząd. Analitycy skupili się na technicznych aspektach ataków i stwierdzili, że nie są one zgodne z użyciem państwowej broni wysokiej jakości uzbrojonej w sarin.

Na przykład w Ghucie bojowy środek trujący przeniosły rakiety domowej roboty preferowane przez powstańców. W przypadku Chan Szajchun Biały Dom powołał się w swoim memorandum na zeznania „Białych Hełmów”. Członków tej organizacji sfilmowano na miejscu zdarzenia w towarzystwie ofiar – mimo bezpośredniego kontaktu z osobami skażonymi sarinem, nie zdradzali oni żadnych objawów zatrucia. Co więcej, tych samych aktorów sfilmowano, kiedy ubrani w kombinezony do ćwiczeń z udziałem broni chemicznej krzątali się wokół rzekomego „punktu uderzenia” w Chan Szajchun. Okoliczności te czynią ich zeznania (i próbki) co najmniej podejrzanymi. Kombinezon treningowy nie zapewnia żadnej ochrony – ludzie ci byliby martwi, gdyby weszli w kontakt z autentycznym wojskowym sarinem.

Badaczka Carla Del Ponte nie była w stanie wypełnić swojego mandatu w ramach Wspólnego Mechanizmu Dochodzeniowego ONZ w Syrii – wycofała się w proteście przeciwko Stanom Zjednoczonym, ponieważ urzędnicy USA nie zgodzili się na wyczerpujące zbadanie zarzutu, że to „rebelianci” (dżihadyści) – sprzymierzeni z Waszyngtonem we wspólnym wysiłku obalenia prezydenta al-Asada – sięgnęli po broń chemiczną. Do drugiego ataku doszło akurat w momencie, gdy na terenie Syrii przebywał oddział śledczy ONZ. Fakt ten sugeruje, iż włodarze kraju za nim nie stoją. Zdrowy rozsądek podpowiada, że wybraliby inną porę, by skorzystać z zakazanej broni, którą wcześniej zgodzili się zniszczyć.  Z taktycznego punktu widzenia gazowanie dzieci i cywilów nie miałoby najmniejszego sensu. […]

Seymour Hersh, weteran dziennikarstwa śledczego i laureat nagrody Pulitzera, przeprowadził szczegółowe dochodzenia w sprawie zamachów. Wyniki opublikowano 19 grudnia 2013 w London Review of Books i 25 czerwca 2017 w Die Welt. W obu przypadkach autor odkrył, że nie istniały żadne solidne informacje, które łączyłyby rząd Syrii z wydarzeniami w Ghucie i Chan Szajchun.

W 2013 roku reporter wszedł  w posiadanie treści tajnego briefingu amerykańskiej Agencji Wywiadowczej Departamentu Obrony (Defense Intelligence Agency – DIA), który stwierdził, iż terroryści z Frontu an-Nusra mają komórkę produkującą sarin. Według DIA była to „najbardziej zaawansowana operacja od czasu przygotowań Al-Kaidy do ataków z 11 września 2011”. Okazało się, że inne grupy ekstremistów również dysponują zdolnością produkowania sarinu, którą nabyły dzięki pomocy Turcji. Analiza próbek gazu zebranych po tragedii w Ghucie, dokonana przez specjalistów z Porton Down w Wielkiej Brytanii, wykazała, że nie pochodził on z arsenału rządu syryjskiego.

W 2017 roku Biały Dom zignorował ważne raporty wywiadowcze. Hersh potwierdził relację rosyjskich władz, które wyjaśniły, iż w Chan Szajchun Syryjskie Siły Powietrzne wzięły na cel spotkanie wysokich rangą dżihadystów. Bombardowania wtórne trafiły w „magazyn terrorystów”, co doprowadziło do rozproszenia niebezpiecznych substancji chemicznych. Rosjanie przekazali Syryjczykom pocisk manewrujący precyzyjnego rażenia – co było ewenementem – a dowództwo syryjskie powierzyło misję najlepszemu pilotowi.

Amerykanom przekazano szczegóły operacji – rosyjski plan uzyskał najwyższą możliwą ocenę społeczności wywiadowczej. Mimo to Stany Zjednoczone w odwecie zaatakowały 7 kwietnia 2017 bazę lotnictwa syryjskiego w al-Shajrat. Gdy prezydent podjął decyzję o wystrzeleniu 59 pocisków samosterujących Tomahawk, jeden z oficerów wywiadu USA powiedział kolegom: Nasze działania nie mają sensu. Wiemy, że nie było żadnego ataku chemicznego. Rosjanie są wściekli, bo dysponujemy faktami i znamy prawdę. Chyba nie miało żadnego znaczenia, czy wybierzemy Clinton, czy Trumpa”.

Zwierzchnik sił zbrojnych USA nie potrzebował asysty agentów wywiadu rozkaz ostrzału rakietowego wydał na podstawie dwóch filmów zamieszczonych na YouTube.

Chłopiec protestuje przeciwko wojnie w Jemenie, o której media milczą.

Państwowe i korporacyjne media bez dowodów uzyskanych w wyniku śledztwa – co stało się już normą orwellowskiego świata, w którym żyjemy – wskazują dyżurnych winnych kolejnego, rzekomego ataku chemicznego w Ghucie.

Źródłem ich informacji jest organizacja terrorystyczna „Armia islamu” – syryjska Al-Kaida po kosmetyce wizerunkowej zachodnich specjalistów od public relations. Nazywana na łamach polskiej prasy drużyną „umiarkowanych bojowników”, użyła broni chemicznej przeciwko Kurdom w Aleppo, zamyka i torturuje w podziemnych „więzieniach nawrócenia” tysiące ludzi, zamierza wprowadzić w Syrii prawo szariatu i poddać eksterminacji szyitów i alawitów. Cierpienie dzieci widoczne na przekazanych przez nią kadrach służy za automatyczne potwierdzenie wiarygodności zarzutów. Epatowanie nim pełni dwie inne role: zwiększa oglądalność i uniemożliwia krytyczną analizę. Nikt nie przedstawia kontekstu. Nikt nie zadaje pytań.

Odbiorcy mają bez dyskusji dać wiarę opowieści o tym, jak rząd Syrii w ostatnim starciu o przedmieścia stolicy, w przededniu przesądzonego wyzwolenia ostatniego miasta Ghuty spod kilkuletniej, brutalnej okupacji islamskich fanatyków, postanowił uderzyć pojedynczym pociskiem z ładunkiem chemicznym w pojedynczy budynek i tym samym wydrzeć porażkę z paszczy zwycięstwa zniweczyć lata walki, poświęcenie społeczeństwa i sojuszników.

W 2012 roku Barack Obama obiecał, że zaatakuje państwo syryjskie, jeśli administracja prezydenta Baszara al-Asada użyje broni chemicznej przeciwko rebeliantom lub nawet jeśli do użycia takiej broni będzie się przygotowywał”. Waszyngton uzyskałby pożądany pretekst – nie musiałby już usprawiedliwiać swojej nielegalnej obecności na terytorium Syrii „walką” z Państwem Islamskim i mógłby przejść do wprowadzenia „strefy zakazu lotów” i realizacji faktycznego celu swojej misji: „zmiany reżimu” i zniszczenia kolejnego wielokulturowego kraju. W odpowiedzi na tę groźbę rząd przystał na rosyjską propozycję zlikwidowania swojego arsenału broni chemicznej. Proces, który przeprowadziła amerykańska korporacja Veolia na zlecenie Organizacji ds. Zakazu Broni Chemicznej (OPCW), zakończono 4 stycznia 2016.

Należy zadać sobie kilka pytań. Czy włodarze Syrii mają skłonności samobójcze? Kto korzysta na atakach chemicznych? Komu zależy na eskalacji i przedłużeniu wojny, którą ma szansę wkrótce zakończyć triumfująca strona rządowa? Kto zyskałby na rozbiciu państwa syryjskiego i pogrążeniu regionu Bliskiego Wschodu w całkowitym chaosie (ryzykując wybuch III wojny światowej)?

Odpowiedzi nie udzielą systemowi „inżynierowie zgody”, którzy w popularnych publikacjach i stacjach udają dziennikarzy. Powtarzając niezweryfikowane oskarżenia i twierdzenia, które zdemaskowano jako cyniczne kłamstwa; usprawiedliwiając militarne agresje w imię osobistych przywilejów, uległości wobec władzy i reklamodawców, osoby te przyczyniły się do imperialnych ludobójstw [m.in.] w Iraku, Libii, Syrii i Jemenie.

Dan Rather, który był przez 24 lata podporą CBS News powiedział mi: ‚W każdej redakcji informacyjnej w Ameryce panował strach – strach przed utratą pracy… strach przed otrzymaniem etykietki braku patriotyzmu lub innej’. Rather mówi wprost, że wojna ‚czyni z nas stenografów’; gdyby dziennikarze kwestionowali mistyfikacje, które doprowadziły do wojny w Iraku, zamiast je potęgować, do inwazji by nie doszło”, napisał w eseju Dlaczego wojny nie są relacjonowane uczciwie?” John Pilger.

Znani z telewizyjnych i radiowych anten stenografowie kompleksu militarno-przemysłowo-finansowo-medialnego mogą stać się współodpowiedzialni za to, co uchodziło za niewyobrażalne. Budując mity„rosyjskiego zagrożenia i „syryjskich bojowników o wolność i demokrację wypracowali społeczne przyzwolenie na autodestrukcyjną, otwartą agresję USA, NATO, Izraela, Arabii Saudyjskiej, Kataru i innych na Syrię. Jeżeli do niej dojdzie i potrwa przez kilka dni, szybko zainicjuje natarcie na Liban i planowaną od dawna napaść na Iran. Pojawi się wówczas widmo nieuchronnej konfrontacji zbrojnej z Rosją i Chinami. 

Wpisy o konflikcie syryjskim: „Geneza wojny w Syrii”, „Syria: Kilka niehumanitarnych przyczyn potencjalnej ‚interwencji’”, Syria: Wojna nie-domowa”, „Imperialna manipulacja humanitaryzmem”, „Tymczasem na Bliskim Wschodzie”, „Wróciłam z Syrii…

Wpisy powiązane tematycznie: „Upadek Jemenu przedsmakiem tego, co nadchodzi” , „Chronologia zabójstwa Kaddafiego, „Szara eminencja i marsz ku wojnie

Opracował: exignorant

Opublikowano Imperialne wojny, militaryzm i terror państwowy

Anatomia neokolonialnego zamachu stanu

Edward Bernays

Edward Bernays jest zarówno architektem systemu kontrolowania populacji krajów Zachodu poprzez konsumpcjonizm na kredyt, jak i ojcem współczesnej propagandy – public relations & marketingu. Stany Zjednoczone zawdzięczają mu również strategię „zmiany reżimu”, z której korzystają od ponad 60 lat. Jej powstanie przybliżył w swojej dokumentalnej serii Adam Curtis.

W latach 50. XX wieku Edward Bernays mieszkał w Nowym Jorku. Był najbardziej wpływowym ekspertem z zakresu public relations w Ameryce – dziedziny, którą wynalazł – i doradcą większości najpotężniejszych korporacji i polityków, w tym prezydenta Dwighta Eisenhowera. Podobnie jak jego wuj Zygmunt Freud, Bernays był przekonany, że istotami ludzkimi rządzą siły irracjonalne. Zatem jedynym sposobem na okiełznanie opinii publicznej było podłączenie się pod jej nieświadome pragnienia i obawy. Bernays twierdził, iż zamiast próbować zmniejszyć przesadny strach obywateli przed komunizmem, należy go podsycać i nim manipulować – uczynić zeń zimnowojenną broń. „Racjonalne argumentowanie było daremne”, mówi Ann Bernays, córka Edwarda. „Mój ojciec rozumiał, że grupy dają się łatwo sterować, że są one bardzo plastyczne. Możesz wykorzystać najgłębsze pragnienia lub lęki ludzi do własnych celów. Nie sądzę, by uważał, iż przedstawiciele publiki mają zdolność rzetelnej oceny sytuacji. Nazywał ich głupolami. Był przeświadczony, że mogą entuzjastycznie zagłosować na niewłaściwego człowieka lub zapragnąć czegoś niewłaściwego, dlatego trzeba nimi pokierować. Określał to mianem ‚inżynierii zgody’. Używał jej, by zmusić tłum do dokonania określonych wyborów”.

Jednym z głównych klientów Bernaysa była gigantyczna korporacja United Fruit. Posiadała ona rozległe plantacje bananów w Gwatemali i Ameryce Środkowej. Przez dziesięciolecia kontrolowała interes dzięki zaprzyjaźnionym dyktatorom. Proceder był znany pod nazwą „republika bananowa”. Ale w 1950 roku na prezydenta kraju wybrano młodego oficera, pułkownika Jacobo Árbenza Guzmána. Obiecał wyborcom pozbawić firmę United Fruit władzy nad krajem, a trzy lata później ogłosił, iż przejmie znaczną część jej ziemi i odda Gwatemalczykom. To pożądane przez naród posunięcie oznaczało katastrofę dla korporacji, która zwróciła się do Bernaysa o pomoc w pozbyciu się reformatora. „Bernays zrozumiał, że popularny, demokratycznie wybrany rząd, który podjął działania korzystne dla ludzi, w oczach Amerykanów musi prezentować się jako bezpośrednie – bliskie nawet w sensie geograficznym – zagrożenie dla amerykańskiej demokracji i amerykańskich wartości”, wyjaśnia Larry Tye, dziennikarz Boston Globe. Tymczasem Arbenz tak naprawdę był socjaldemokratą bez jakichkolwiek powiązań z Moskwą.

Propagandysta postanowił przeobrazić go w „czerwoną zarazę”. Zaczął więc od zorganizowania wycieczki do Gwatemali dla wpływowych dziennikarzy. Niewielu z nich miało pojęcie o kraju lub jego polityce. Na miejscu czekały na nich liczne rozrywki i spotkania z wyselekcjonowanymi gwatemalskimi politykami, którzy „uświadomili” przyjezdnych, że Arbenz jest marionetką Kremla. Podczas gdy goście zwiedzali kraj, w stolicy doszło do gwałtownej antyamerykańskiej demonstracji. Wielu pracowników United Fruit nie miało wątpliwości, że zorganizował ją sam Bernays. Stworzył też fikcyjną „niezależną” agencję informacyjną (Middle America Information Bureau). Za jej pośrednictwem bombardował amerykańskie media komunikatami prasowymi o moskiewskim planie wykorzystania Gwatemali jako przyczółka do najazdu na Amerykę. [Kronika filmowa „The Big Picture” straszyła widzów słowami:] „Po inauguracji Jacobo Arbenza w 1951 roku jego gwatemalski reżim staje się coraz bardziej komunistyczny. Komuniści pojawiają się w kongresie, zajmują wysokie stanowiska w rządzie, kontrolują główne komitety, organizacje robotnicze i rolnicze, narzędzia propagandy. Stoją oni na czele wieców przeciwko sąsiednim krajom i Stanom Zjednoczonym”.

Zupełną nowością w strategii Bernaysa było to, że ‚czerwone zagrożenie’ sprowadził w naszą bliską okolicę – do Gwatemali”, kontynuuje Tye. ”Po raz pierwszy zobaczyliśmy ‚czerwonych’ działających zaledwie kilkaset kilometrów od Nowego Orleanu, a Eddie Bernays przekonał nas, że stanowią prawdziwe zagrożenie. Na naszym podwórku miała się zadomowić sowiecka placówka”. Lecz Bernays nie tylko próbował oczernić administrację Arbenza, był również częścią tajnego spisku. Prezydent Eisenhower zgodził się, że Ameryka powinna potajemnie obalić rząd w Gwatemali. CIA otrzymała zielone światło na przeprowadzenie zamachu stanu. We współpracy z United Fruit agencja wyszkoliła i uzbroiła armię „rebeliantów”, znalazła nowego lidera narodu – pułkownika Carlosa Castillo Armasa. Agentem CIA odpowiedzialnym za nadzór operacji był Howard Hunt, włamywacz z afery Watergate. „Chcieliśmy rozpętać kampanię terroru, aby przerazić Arbenza i jego oddziały, tak jak niemieckie bombowce Stuka przeraziły ludność Holandii, Belgii i Polski na początku II wojny światowej i sprawiły, że wszyscy zostali sparaliżowani”, wspomina Hunt. Samoloty pilotowane przez CIA zrzucały bomby na Gwatemalę, a Edward Bernays kontynuował atak propagandowy na łamach amerykańskiej prasy. Ustawiał percepcję ludności kraju, ażeby w inwazji zobaczyła wyzwolenie Gwatemali przez bojowników o wolność i demokrację.

Bernays w pełni rozumiał, że zamach stanu nastąpi, gdy pozwolą na to warunki – odpowiednie nastawienie społeczeństwa i prasy. On je stworzył. Był w tym biegły. Przekształcał rzeczywistość i urabiał opinię publiczną posługując się niedemokratyczną manipulacją”, dodaje Tye. W dniu 27 czerwca 1954 pułkownik Arbenz uciekł z kraju, zaś Armas przybył jako nowy przywódca. Po kilku miesiącach Gwatemalę odwiedził wiceprezydent Richard Nixon. Podczas happeningu zaaranżowanego przez etatowych specjalistów United Fruit do spraw public relations pokazano stosy literatury marksistowskiej, które „znaleziono” w pałacu prezydenckim. „Po raz pierwszy w historii świata doszło do obalenia komunistycznego rządu przez naród”, powiedział Nixon. „Gratulujemy wam i mieszkańcom Gwatemali, którzy udzielili swojej pomocy. Jesteśmy pewni, że pod waszym przywództwem, wspieranym przez ludzi, których setki spotkałem w trakcie wizyty, Gwatemala wkroczy w nową erę dobrobytu i wolności. Dziękuję bardzo za tę wystawę pamiątek po gwatemalskim komunizmie”.

Fragment wystąpienia dr. Michaela Parenti:

Funkcją państwa bezpieczeństwa narodowego – na które składa się Biały Dom, Departament Stanu, Departament Obrony, Centralna Agencja Wywiadowcza, Wywiad Wojskowy, Kolegium Połączonych Szefów Sztabu i inne instytucje – jest uczynienie świata bezpiecznym dla 500 najbardziej dochodowych przedsiębiorstw z listy magazynu Fortune. Historia polityki zagranicznej USA po II wojnie światowej jest nieprzerwanym ciągiem krwawych, represyjnych interwencji w imieniu najbogatszych. Liderzy Stanów Zjednoczonych wygłaszają płomienne przemówienia o swoim oddaniu demokracji, tymczasem państwo bezpieczeństwa narodowego odegrało główną rolę w obaleniu (kilkudziesięciu) demokratycznych, reformatorskich rządów. Chciały one prowadzić niezależną politykę gospodarczą, przejąć kontrolę nad własnymi bogactwami naturalnymi, zadbać o redystrybucję dochodów. Zastąpiono je dyktatorskimi, faszystowskimi, wojskowymi reżimami. Nowi włodarze oddając swoje rynki, surowce i siłę roboczą Amerykanom, zapewniali: ‚Zapraszamy, chłopaki. Wszystko należy do was. Kiedy gawiedź zacznie się buntować i organizować, użyjemy wyszkolonych przez was szwadronów śmierci i oddziałów wojska. Wystarczy, że zaopiekujecie się mną, moim bratem José i kilkoma właścicielami ziemskimi. Nie musicie przejmować się bezpieczeństwem pracy, minimalną pensją, ochroną środowiska, przestrzeganiem praw konsumenta i zakazem pracy dzieci. To wolny rynek w wolnym świecie. Swoim obywatelom mówcie, że bronicie naszej demokracji, wolnych wyborów etc.’”.

Miliony zabitych, zniszczone lokalne ekosystemy w „republikach bananowych” i państwach-klientach – stale rosnący koszt „bezcennego” Amerykańskiego [Zachodniego] stylu życia, ekonomicznej ekspansji globalnego kapitału.

Opracował: exignorant

Opublikowano Imperialne wojny, militaryzm i terror państwowy

W imię cywilizacji i zbawienia

Leopold II, król Belgii.

Skalę kolonialnych zbrodni cywilizacji zachodniej i spowodowanego przez nią cierpienia oddaje słowo „bezmiar”. Tylko w Ameryce Północnej europejska inwazja pozbawiła życia kilkadziesiąt milionów rdzennych mieszkańców kontynentu.

Nieliczni przedstawiciele Zachodu mają świadomość tych faktów: „Większa część historii rasowej przemocy została wymazana z pamięci publicznej. Kontroluje ją biały człowiek – zwycięzca. Dopóki tak pozostanie, mit o moralnej wyższości białej rasy będzie utrzymywany, a historyczne fakty nie zostaną ujawnione w pełni i wpisane do narodowego sumienia Ameryki, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Belgii, Portugalii, Francji, Niemiec i innych krajów”.

W latach 1885-1908 belgijski król Leopold II podporządkował Kongo. Swoją domenę nazwał Wolnym Państwem Kongo. Kiedy ją ustanawiał, zapewnił sobie ratyfikację ze strony Ameryki i najważniejszych narodów Europy. Był błyskotliwy i ambitny. Stworzył doskonały aparat propagandy, który przekonał wszystkich, że jest szalonym filantropem gotowym poświęcić fortunę w imię edukowania „dzikusów”. Tymczasem „wykorzystał ich silne dłonie i szerokie barki, aby wypełnić swoje statki skarbami Afryki”. Zniewalając cały naród uczynił zeń maszynę do generowania zysków. Na kości słoniowej i kauczuku zbudował prywatne imperium.

Rządy terroru Leopolda II zabiły około 10 milionów Kongijczyków. Monarcha ostatecznie został zmuszony do przekazania kontroli nad Kongo rządowi belgijskiemu. Oczywiście okrucieństwo trwało nadal. System przymusowej pracy pozostał bez mian. Był zbyt dochodowy. Dopiero na początku lat 20. XX wieku urzędnicy belgijscy zorientowali się, że populacja autochtonów kurczy się w zawrotnym tempie. Ażeby nie zabrakło rąk do pracy, zabójczy model wymagał skorygowania. „Pamiątką” ludobójczej eksploatacji są podziwiane dzisiaj przez turystów architektoniczne atrakcje Brukseli.

Realizację morderczego planu ułatwiło Leopoldowi II zaangażowanie misjonarzy. Oto list, jaki do nich wystosował w 1883 roku:

Wielebni, Ojcowie i Drodzy Rodacy.

Zadanie, które daję Wam do wypełnienia, jest bardzo delikatne i wymaga wiele taktu. Z pewnością udajecie się [do Afryki], aby ewangelizować, ale Wasza ewangelizacja musi przede wszystkim inspirować interesy Belgii. Głównym celem naszej misji w Kongo nie jest uczyć czarnuchów, aby poznali Boga – tę wiedzę już posiadają. Posłuszni są Mungu, Nzambi, Nzakombie; nie mam pojęcia komu jeszcze.

Wiedzą, że zabijanie, sypianie z cudzą żoną, kłamanie i obrażanie jest złe. Miejcie odwagę to przyznać – nie będziemy uczyć ich tego, co już wiedzą. Waszą kluczową rolą jest ułatwienie pracy administratorom i fabrykantom, co oznacza, że będziecie interpretować Ewangelię w taki sposób, w jaki najlepiej będzie chronić Wasze interesy w tej części świata. Mając na względzie ów cel, należy dopilnować, aby nasze dzikusy czuły niechęć do bogactwa, które zalega w ich ziemi. Nie mogą nim się zainteresować – staną się wówczas morderczą konkurencją, która pewnego dnia zapragnie Was obalić.

Znajomość Ewangelii pozwoli Wam odnaleźć treści, które nakażą i zachęcą Wasze owieczki do umiłowania ubóstwa: „Szczęśliwi ubodzy, bowiem to oni posiądą niebo” lub „Trudno bogatemu wejść do królestwa Bożego”. Musicie zachować dystans i sprawić, aby nie darzyli szacunkiem niczego, co ośmieliłoby ich do okazania nam lekceważenia. Odnoszę się tu do ich systemu mistycznego oraz skłonności do samoobrony, których rzekomo nie chcą porzucić – zrobicie wszystko, co w Waszej mocy, by zniknęły.

Wasze działania będą skoncentrowane głównie do młodszych, bowiem zaniechają rewolty, kiedy rekomendacja kapłana będzie sprzeczna z naukami ich rodziców. Dzieci muszą nauczyć się słuchać tego, co zaleca misjonarz, który jest ojcem ich duszy. Musicie bezwzględnie domagać się całkowitego ich podporządkowania i posłuszeństwa, unikać w szkołach rozwoju ducha, uczyć dzieci czytania, a nie rozumowania.

Oto, moi Drodzy Patrioci, tylko część zasad, które należy zastosować. W książkach, które będą Wam przekazane na zakończenie konferencji, odnajdziecie wiele innych. Ewangelizujcie czarnuchów tak, aby na zawsze pozostali poddanymi Białych kolonizatorów – aby nigdy nie powstali przeciwko narzuconym ograniczeniom. Każdego dnia recytujcie: „Błogosławieni, którzy płaczą, ponieważ królestwo Boże do nich należy”.

Fragment odezwy władcy:

Nauczcie czarnuchów, aby zapomnieli o swoich bohaterach i wielbili wyłącznie naszych. Wprowadźcie system spowiedzi, który uczyni Was dobrymi detektywami piętnującymi każdego czarnego o świadomości odmiennej od tej reprezentowanej przez decydenta.

Przez dziewięć miesięcy trzymajcie kobiety czarnuchów pod kluczem, aby pracowali dla nas za darmo. Za każdym razem, kiedy składacie wizytę w ich wioskach, zmuście ich, aby na znak uznania płacili Wam kozami, drobiem lub jajami. Zmuście ich do płacenia podatku na każdej niedzielnej mszy. Pieniądze na rzecz ubogich wykorzystajcie do budowy centrów wymiany handlowej.

Działalność misyjna – cywilizowanie przez chrystianizację – była kluczowym instrumentem kolonialnych podbojów. W społeczności zakonników nie brakowało młodych idealistów, których umysły poddano indoktrynacji w klasztorach. Byli elitom Zachodu bardzo potrzebni. Wykonywali swoją misję z pasją, przekonaniem, poświęceniem. Nie mieli wątpliwości, że robią coś autentycznie szlachetnego. Ratują pogan. Szerzą „dobrą nowinę”. Tymczasem stanowili szpicę armii bezwzględnych zdobywców.

Voltaire napisał: „Ci, którzy potrafią sprawić, że uwierzysz w rzeczy absurdalne, mogą cię nakłonić, abyś dopuścił się rzeczy potwornych”.

Opracował: exignorant

Opublikowano Imperialne wojny, militaryzm i terror państwowy

Mordując dyplomację (aktualizacja: 7.04.2018)

Może się okazać, że to rzeczywiście Rosja stoi za atakiem chemicznym (w Salisbury). Jednak na tę chwilę państwo brytyjskie nie ma konkretnych podstaw, aby przyjąć to za pewnik. Co oznacza, że państwo brytyjskie już zdecydowało, że niezależnie od dowodów chce wytyczyć ścieżkę prowadzącą do wzmożenia wrogości wobec Rosji. To źle wróży”. Nafeez Ahmed

Boris Johnson, minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii.

Artykuł Dmitra Orlova z 16 marca 2018.

Karol von Clausewitz wypowiedział słynny aforyzm: „Wojna jest jedynie kontynuacją polityki innymi środkami”. W wielu przypadkach bywa to prawdą, ale sporadycznie uchodzi za szczęśliwy rezultat. Nie wszyscy przepadają za polityką, ale gdy możliwy jest wybór między polityką a wojną, większość ludzi przy zdrowych zmysłach bez wahania wskaże politykę, która, choć nierzadko pełna złośliwości i skażona korupcją, zwykle ma mniej zabójczy charakter. W stosunkach między krajami polityka znana jest jako dyplomacja i stanowi sztukę formalną, opartą na konkretnym zestawie instrumentów powstrzymujących wybuch konfliktu zbrojnego. Obejmują one otwarte kanały komunikacji do budowy zaufania i szacunku, praktyki poszukiwania wspólnej płaszczyzny porozumienia, wysiłki zmierzające do zdefiniowania scenariuszy korzystnych dla obu stron, a także narzędzia do egzekwowania porozumień.

Dyplomacja jest przedsięwzięciem profesjonalnym, podobnie jak medycyna, inżynieria czy prawo, i potrzebuje wysokiego poziomu wykształcenia specjalistycznego. W odróżnieniu od innych zawodów pomyślne posługiwanie się dyplomacją wymaga skupienia większej uwagi na kwestiach związanych ze sposobem bycia: dyplomata musi być uprzejmy, ujmujący, przystępny, elegancki, skrupulatny, zrównoważony… jednym słowem, dyplomatyczny. Oczywiście w utrzymaniu dobrych, konstruktywnych relacji z danym państwem istotne jest również biegłe posługiwanie się jego językiem, rozumienie jego kultury i znajomość jego historii. Wyjątkowe znaczenie ma szczegółowa wiedza z zakresu historii stosunków dyplomatycznych obu krajów, ponieważ pozwoli ona zachować ich ciągłość i umożliwi wykorzystanie minionych osiągnięć. Wszechstronnie zgłębiony temat dotychczasowych, wzajemnych traktatów, konwencji i porozumień jest absolutną koniecznością.

Ludzie myślący trzeźwo wybiorą politykę zamiast wojny, a normalne (czyli kompetentnie zarządzane) narody wybiorą dyplomację zamiast wojowniczości i konfrontacji. Wyjątkiem są te państwa, które nie mogą liczyć na wygraną w grze dyplomatycznej z powodu dotkliwego deficytu kompetentnych dyplomatów. Najpewniej zaczną dokazywać wskutek frustracji, podkopując tym samym autorytet międzynarodowych instytucji, które w założeniu miały trzymać je z dala od kłopotów. Wówczas bardziej wykwalifikowani partnerzy mają za zadanie zawrócić delikwentów znad przepaści. Nie zawsze jest to możliwe, zwłaszcza, gdy rzeczeni amatorzy nie są w stanie ocenić ryzyka, które podejmują uderzając na oślep w swoich dyplomatycznych odpowiedników z zagranicy.

Jeśli rozejrzymy się w poszukiwaniu takich partacko zarządzanych narew, bezzwłocznie zauważymy dwa jaskrawe przykłady: Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię. Nie lada wyzwaniem byłaby identyfikacja momentu w historii, w którym reprezentantem USA był prawdziwie profesjonalny sekretarz stanu. Przyjmijmy bezpieczną datę 20 stycznia 1977, dzień ustąpienia ze stanowiska Henry’ego Kissingera.

Od tamtego czasu amerykańska dyplomacja była, w mniejszym lub większym stopniu, ciągiem fantastycznych wręcz wpadek. Na przykład już w 1990 roku April Glaspie, ambasador USA w Iraku, powiedziała Saddamowi Husseinowi: „Nie mamy zdania na temat konfliktów arabsko-arabskich takich jak wasz spór graniczny z Kuwejtem”. W efekcie iracka inwazja na Kuwejt dostała zielone światło i zainicjowała kaskadę wydarzeń, która doprowadziła do obecnego smutnego status quo w regionie. Kolejną wybitną postacią była Hillary Clinton, której jedyne referencje sprowadzały się do fałszywej szlacheckości wynikającej z małżeństwa z byłym prezydentem, i która wykorzystywała pozycję sekretarza stanu, by powiększyć swój majątek za pomocą różnych zmyślnych kantów.

Na niższych szczeblach korpusu dyplomatycznego gros ambasadorostw trafiało do osób bez wykształcenia i doświadczenia; osób, które wykazały się umiejętnością zbierania funduszy na rzecz aktualnego rezydenta Białego Domu oraz wprawą we wszelakich rozgrywkach partyjnych. Nieliczni w tym gronie potrafią nawiązać znaczący dialog ze swoimi zagranicznymi odpowiednikami. Niemal każdy ma problem z właściwym odczytaniem programowego oświadczenia z kartki papieru przekazanej przez podwładnych.

W międzyczasie brytyjski establishment stopniowo ulega rozkładowi na swój niepowtarzalny post-imperialny sposób. Jego nadzwyczajny związek z USA oznacza, że nie ma on powodu, by utrzymywać niezależną politykę zagraniczną – zawsze gra drugie skrzypce wobec Waszyngtonu. Od zakończenia II wojny światowej Wielka Brytania – podobnie jak Niemcy – stanowi terytorium okupowane przez Stany Zjednoczone; pozbawiona pełnej suwerenności, pozwoliła, by jej nieużywane organy międzynarodowe stopniowo zanikły. Zaletą tego rozwiązania jest to, iż umożliwiło ono upadek Imperium Brytyjskiego w zwolnionym tempie – najdłuższy rozkład w historii imperiów.

Resztki kompetencji, jakie zostały, spotkał ostateczny uwiąd w trakcie tymczasowego brytyjskiego flirtu z Unią Europejską – rozstanie partnerów ma nastąpić z końcem przyszłego roku – podczas którego ze strzępami suwerenności Wielkiej Brytanii rozprawiło się podpisanie traktatu, a lwią część kwestii dotyczących zarządzania międzynarodowego przejęli biurokraci mianowani przez Brukselę. A teraz, pod koniec tego długotrwałego procesu degeneracji i dekompozycji, w roli ministra spraw zagranicznych mamy błazna o nazwisku Boris Johnson. Jego równie dyletancka szefowa Theresa May niedawno uznała za słuszne, aby bardzo głośno i bardzo publicznie naruszyć wytyczne Konwencji o broni chemicznej, której Wielka Brytania jest sygnatariuszem.

Rekapitulując, Theresa May stwierdziła, iż pewien mieszkający w Wielkiej Brytanii, rosyjsko-brytyjski szpieg został otruty bronią chemiczną wyprodukowaną w Rosji, i następnie dała rosyjskim władzom 24 godziny na wyjaśnienie sytuacji w satysfakcjonujący ją sposób. Rosja także podpisała Konwencję o broni chemicznej (Chemical Weapons Convention – CWC) i w jej ramach zniszczyła do 27 września 2017 cały swój arsenał: 39 967 ton substancji o charakterze bojowym. Przy tej okazji Ahmet Üzümcü, ambasador i Dyrektor Generalny Organizacji ds. Zakazu Broni Chemicznej (Organization for the Prohibition of Chemical Weapons – OPCW), powiedział: „Sfinalizowanie zweryfikowanego zniszczenia rosyjskiego programu broni chemicznej jest kamieniem milowym w realizacji celów Konwencji o zakazie broni chemicznej. Gratuluję Rosji i wyrażam uznanie dla wszystkich jej ekspertów, którzy uczestnicząc w tym procesie wykazali się profesjonalizmem i poświęceniem”. (1) Stany Zjednoczone nie pozbyły się jeszcze swoich zapasów; zamiast dotrzymać zobowiązań narzuconych przez Konwencję, wolą trwonić biliony dolarów na bezużyteczne systemy obrony balistycznej.

Oto dokładny zestaw uchybień Theresy May. Zgodnie z artykułem CWC Wielka Brytania zobowiązana była przekazać Rosji próbkę substancji wykorzystanej w zamachu wraz ze wszystkimi dowodami ujawnionymi podczas dochodzenia. Następnie traktat daje Rosji 10 dni na udzielenie odpowiedzi. Tymczasem May nie dostarczyła żadnych dowodów i nakazała złożyć wyjaśnienia najpóźniej po upływie doby. Kiedy Rosja formalnie zażądała wglądu w materiał dowodowy, wniosek odrzucono. Możemy tylko zgadywać, dlaczego tak się stało, ale rozsądnym jest przypuszczenie, że dowodów po prostu nie ma, ponieważ:

Według May środkiem paralityczno-drgawkowym był „nowiczok”, opracowany w ZSRR. Ażeby go zidentyfikować, eksperci brytyjscy musieli być w posiadaniu jego próbki. Skoro ani Związek Radziecki, ani Rosja nigdy go nie eksportowały, należy założyć, iż został on zsyntetyzowany w Wielkiej Brytanii. Formuła substancji i lista prekursorów są własnością publiczną, jako że opisał je w swojej książce autor „nowiczoka” – naukowiec, który wyemigrował z Rosji do Stanów Zjednoczonych. W związku z tym brytyjscy specjaliści pracujący w laboratorium Porton Down (2) byli w stanie stworzyć próbkę samodzielnie. Tak czy inaczej, nie można ustalić, w jakim kraju zsyntetyzowano zabójczy środek; jego rosyjskiego pochodzenia nie da się udowodnić. (3)

Oznajmiono, że ofiary – pan Skripal i jego córka (4) – zostały otrute „nowiczokiem” w restauracji. Niby w jaki sposób? Śmiercionośny potencjał tego czynnika jest tak ogromny, że jego litr uwolniony do atmosfery nad Londynem zabiłby większość mieszkańców metropolii. Rozbicie fiolki i wlanie jej zawartości do talerza z obiadem uśmierciłoby zamachowca, pozostałych gości i personel restauracji. Na wszystkim, z czym substancja weszłaby w kontakt, pojawiłyby się żółte plamy, zaś ludzie przechadzający się po najbliższej okolicy narzekaliby na osobliwy, gryzący zapach. Osoby otrute natychmiast doświadczyłyby paraliżu, a zgon nastąpiłby w ciągu kilku minut – nikt nie znalazłby ich na ławce w pobliskim parku. (5) Potem przyszłaby kolej na ewakuację całej miejscowości. Ekipa przebrana w kosmiczne skafandry zamieniłaby lokal gastronomiczny w betonowy sarkofag, który zostałby późnej potraktowany – i zniszczony – wysoką temperaturą. Nic podobnego nie miało miejsca. (6)

Z uwagi na powyższe wiadome i niewiadome wydaje się mało prawdopodobne, aby opis zdarzeń prezentowany przez brytyjskie media i rząd Theresy May pokrywał się ze stanem faktycznym. Powinniśmy więc być gotowi na przetestowanie zakresu, w jakim jest on fikcją literacką. Nie dostarczono żadnych fotografii ofiar. Jedna z nich – córka pana Skripala Julia – jest obywatelką Federacji Rosyjskiej, niemniej Brytyjczycy odmówili konsulatowi dostępu do poszkodowanej. A teraz okazuje się, iż scenariusz zdarzenia, z gazowym atakiem z udziałem „nowiczoka” włącznie, spopularyzował telewizyjny serial produkcji amerykańsko-brytyjskiej pt. „Strike Back”. (7) Jeśli posłużył on za inspirację, to z pewnością zabieg ten był nader wydajny; po cóż się głowić, kiedy wystarczy pospolity plagiat.

Mamy tu do czynienia zaledwie z jednym (i z pewnością nie ostatnim) z serii morderstw oraz przyjętych za pewnik – acz wątpliwych – samobójstw popełnionych przez byłych i aktualnych obywateli rosyjskich na terenie Wielkiej Brytanii. Te makabryczne zdarzenia mają wspólne, charakterystyczne wyróżniki: użycie egzotycznej substancji jako środka, brak dostrzegalnych motywów, absencja wiarygodnego śledztwa i błyskawiczny, skoordynowany wysiłek, aby winę przypisać Rosji. (8) Będziemy na bezpiecznym gruncie, jeśli założymy, iż każdy, kto udaje, że wie, co dokładnie zaszło, kłamie. Znalezieniem odpowiedzi na pytanie o motyw takich łgarstw powinni zająć się psychiatrzy.

W obliczu niedorzecznych twierdzeń pożądany jest zdrowy sceptycyzm. Jak dotąd mamy jedynie domniemane podwójne morderstwo, nieznany motyw, (9) „problematyczną” metodę, ponad 140 milionów podejrzanych (każdy, kto jest Rosjaninem?) i publiczne oświadczenia, które są niczym więcej, jak teatrem politycznym. Jeżeli chodzi o reperkusje, to rząd Wielkiej Brytanii niewiele może Rosji zrobić. Wydalono kilkudziesięciu rosyjskich dyplomatów (Rosja pewnikiem się zrewanżuje); tego lata rodzina królewska nie uświetni swoją obecnością Pucharu Świata w piłce nożnej (co nie jest wielką stratą); poza tym wygłaszane są pozbawione znaczenia, mętne groźby.

Jednakże wszystko to jest nieistotne. Dla dobra całego świata (dawne) wielkie mocarstwa, zwłaszcza te nuklearne – USA i Wielka Brytania – powinny być zawiadywane z odrobiną profesjonalizmu. Demonstracja ich niekompetencji niepokoi najbardziej. Proces niszczenia instytucji publicznych w obu krajach trwa już od dawna i prawdopodobnie jest on nieodwracalny. Ale my możemy przynajmniej odmówić dawania wiary temu, co nosi znamiona prowokacji i konfabulacji, domagać się postępowania zgodnego z prawem międzynarodowym i nie ustawać w zadawaniu pytań, dopóki nie otrzymamy odpowiedzi. (10)

Przypisy tłumacza:

(1) Fragment artykułu Nafeeza Ahmeda [Insurge Intelligence, 13.03.2018]:

Raporty Organizacji ds. Zakazu Broni Chemicznej (OPCW) na temat Rosji potwierdzają, że agencja nie znalazła żadnych dowodów na istnienie aktywnego rosyjskiego programu „nowiczok”. OPCW nie zgadza się z niejasnymi amerykańskimi i brytyjskimi zarzutami, że Federacja Rosyjska nie wykazała wszystkich swoich zapasów broni chemicznej i zakładów produkcyjnych. Brak wiarygodności anglo-amerykańskiej krytyki procesu unieszkodliwienia rosyjskiej broni chemicznej szczegółowo opisał Instytut Stosunków Międzynarodowych Clingandaela. Raport tego cieszącego się nieposzlakowaną opinią ośrodka badawczego, współfinansowany zresztą przez Unię Europejską, oskarżył USA o przyjęcie mało pomocnego, upolitycznionego stanowiska wobec kwestii rosyjskiej broni chemicznej, a także o hipokryzję, ponieważ kraj opóźnia wywiązanie się z własnych obowiązków i pomija mechanizmy OPCW. Innymi słowy, Waszyngton nie zgłosił swoich obaw za pośrednictwem OPCW. Dlaczego? Jednym z możliwych wyjaśnień jest to, że obszedł tym sposobem międzynarodowy proces weryfikacji, dzięki któremu sprawa „nowiczoków” mogła być właściwie zbadana i oceniona. Pozwoliło to Stanom Zjednoczonym i Wielkiej Brytanii utrzymywać bez jakichkolwiek dowodów, że Rosja nie przestrzega Konwencji o broni chemicznej i że nadal dysponuje nieujawnionymi zapasami „nowiczoków” oraz zdolnością ich użycia. Jednak to właśnie amerykańska odmowa poruszenia problemu za pośrednictwem OPCW oznacza, iż podobne sprawy mogą być bezterminowo uznawane za nierozstrzygnięte. W skrócie, ani USA, ani Wielka Brytania nie przedstawiły faktów podważających proces weryfikacji OPCW dotyczący zlikwidowania arsenału rosyjskiej broni chemicznej.

(2) Miejscowość Salisbury, gdzie doszło do incydentu, znajduje się w odległości zaledwie 12 kilometrów od Porton Down – rządowego laboratorium, gdzie nadal produkowana jest i testowana broń chemiczna (m.in. VX i gaz musztardowy).

W 2016 roku dziennik The Independent opisał nowe badania historyczne, które odkryły, że podczas „zimnej wojny” brytyjski rząd „wykorzystał nieświadomych obywateli jako króliki doświadczalne do testów broni biologicznej i chemicznej, czyniąc to na większą skalę, niż wcześniej sądzono”. „Setki tysięcy zwykłych Brytyjczyków” stało się celem 750 tajnych operacji – „biologicznych i chemicznych ataków z samolotów, statków i pojazdów drogowych”.

Amerykański rejestr kontraktów federalnych ujawnił, że agencja Pentagonu ds. redukcji zagrożenia obronnego (Defense Threat Reduction Agency – DTRA) wydała w ostatnim dziesięcioleciu co najmniej 70 milionów dolarów na eksperymenty wojskowe w Porton Down, w tym testy śmiercionośnych wirusów i środków chemicznych.

(3) Prace nad środkami bojowymi z rodziny „nowiczoków” prowadził Związek Radziecki, głównie w Uzbekistanie. W 1999 roku eksperci wojskowi USA pomogli w zlikwidowaniu tamtejszego laboratorium, zabezpieczeniu próbek etc. Informowała o tym BBC, która w swoich aktualnych relacjach nie kwestionuje twierdzenia szefowej rządu – wygłoszonego w parlamencie i ONZ – że jedynie Rosjanie mieli kontakt z „nowiczokami”.

Pod rządami Borysa Jelcyna, który wygrał swoją drugą kadencję dzięki bezpośredniej tajnej interwencji Zachodu, rosyjski rząd oświadczył, że nie gromadzi „nowiczoków”. Właśnie dlatego Jelcyn nie zgłosił wówczas ich istnienia na mocy Konwencji o broni chemicznej – zapasy już nie istniały, zauważa Nafeez Ahmed.

Nie jest też prawdą, iż tylko Rosja potrafi wyprodukować „nowiczoki”. Pod koniec 2016 roku irańscy naukowcy we współpracy z Organizacją ds. Zakazu Broni Chemicznej postanowili zbadać, czy możliwe jest stworzenie „nowiczoków” z dostępnych na rynku składników. Próba zakończyła się „sukcesem” – zsyntetyzowano całą serię środków. Wyniki włączono do bazy danych o broni chemicznej.

Dyrektor generalny ośrodka Porton Down poinformował 4 marca 2018, że analiza gazu bojowego z rodziny „nowiczoków” nie ustaliła jego pochodzenia. Natomiast David Collum, profesor chemii organicznej na Uniwersytecie Cornella, uświadomił opinię publiczną, iż substancję, o której mowa, są w stanie stworzyć jego studenci. „Wyzwaniem byłoby nie zrobić sobie krzywdy w trakcie procesu syntetyzacji, ale zdolność tę posiada wiele laboratoriów państwowych, uczelnianych i korporacyjnych. Jeżeli ktoś mówi, że substancja musi pochodzić z Rosji, jest skończonym łgarzem”, ostrzegł badacz i dodał: „Gdyby zapytano innych chemików organicznych, potwierdziliby oni prostotę tych związków i absurdalność rozpowszechnianych twierdzeń”. Niestety, media państwowe i korporacyjne bezkrytycznie opublikowały artykułowane przez rząd zarzuty – nie uznały za właściwe zapytać o zdanie żadnego z profesorów chemii organicznej w Wielkiej Brytanii.

(4) Siergiej Skripal, cel ataku, był pułkownikiem rosyjskiego wywiadu wojskowego. Na początku lat 90. zwerbował go agent brytyjskiego wywiadu wojskowego (MI6). Swoją działalność szpiegowską na rzecz Wielkiej Brytanii kontynuował po przejściu na emeryturę w 1999 roku. Rosjanie zdemaskowali go dopiero w 2004 roku. Dwa lata później usłyszał wyrok: 18 lat więzienia. W 2010 roku razem z innymi agentami został włączony do wymiany szpiegów między Stanami Zjednoczonymi a Rosją. Schronienia udzieliła mu Wielka Brytania. Zameldował się pod własnym nazwiskiem w Salisbury. Po śmierci żony i syna (oboje zmarli z przyczyn naturalnych) jedyną bliską krewną, z którą utrzymuje kontakt, jest córka Julia mieszkająca w Rosji.

(5) Amerykańskie Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom (Center for Disease Control and Prevention – CDC) nazywało gaz bojowy VX „najsilniejszym ze wszystkich chemicznych środków bojowych”. „Nowiczok” jest 5-8 razy bardziej zabójczy niż VX. Symptomy otrucia pojawiają się po upływie od 30 sekund do 2 minut. Zgon następuje nawet po kontakcie z nieskończenie małą ilością. W przypadku VX śmiertelna dawka to już 25-30 miligramów (10 miligramów, jeśli substancja znajdzie się na skórze). Gdyby napastnik był w rękawiczkach, to i tak zabiłyby go opary. Specjaliści z rządowego laboratorium Porton Down w Wielkiej Brytanii potwierdzili, że działania „nowiczoków” nie powstrzyma żadne znane antidotum. 

Agencja Reutersa podała 6 marca 2018, że stan zdrowia Siergieja i Julii Skripal zaatakowanych najbardziej śmiercionośnym gazem bojowym świata  uległ raptownej poprawie”, co zwiastuje ich rychły powrót do zdrowia.

(6) Lekarka, która przez 30 minut udzielała pomocy nieprzytomnej Julii Skripal – o czym opowiedziała BBCnie padła ofiarą zatrucia chemicznym środkiem bojowym. „Tylko troje pacjentów ma symptomy poważnego zatrucia. U żadnej innej osoby z Salisbury ich nie wykryto”, potwierdził na łamach The Daily Times Steven Davies, specjalista w zakresie ratownictwa medycznego zatrudniony w szpitalu rejonowym w Salisbury.

(7) Emisja szóstego sezonu serialu „Strike Back: Retribution”, w którym przewija się wątek rosyjskiego naukowca uśmiercającego wrogów „nowiczokiem”, zakończyła się na Wyspach Brytyjskich 28 lutego 2018; widzowie amerykańscy obejrzą ostatni odcinek 6 kwietnia 2018.

(
8) Alexander Mercouris przypomina:

W 2006 roku w Wielkiej Brytanii huczało od twierdzeń, że polon, którym otruto Aleksandra Litwinienkę, to związek szalenie drogi, mógł być wyprodukowany jedynie w Rosji i właśnie tam został on namierzony. Tezy te, głoszone przez blisko dekadę, powszechnie traktowano jako dowód winy rosyjskich władz. Publiczne śledztwo wykazało, iż każda z nich jest nieprawdziwa: liczni, powołani przez sąd eksperci potwierdzili, że polon nie jest aż tak kosztowny, nie wytwarza się go wyłącznie w Rosji, a ustalenie miejsca pochodzenia jego próbki jest naukowo niemożliwe.

Fragment artykułu Mary Dayevski [The Independent, 7.03.2018], w którym autorka porównuje sprawy Aleksandra Litwinienki i Siergieja Skripala:

W Rosji Litwinienko walczył ze zorganizowaną przestępczością; był raczej oficerem wywiadu kryminalnego niż szpiegiem w konwencjonalnym sensie. Uciekł z kraju po zadenuncjowaniu swoich skorumpowanych szefów i wystąpił o azyl w Wielkiej Brytanii. Pierwszym krajem, do którego się zwrócił, były Stany Zjednoczone – informacji, jakie zaoferował, Amerykanie nie uznali za wystarczająco cenne. W przeciwieństwie do Skripala zaczął pracować dla MI5/6 dopiero po przyjeździe na Wyspy Brytyjskie i nawet wtedy miał trudności z dostaniem się na listę płac. Wdowa Marina wciąż walczy o to, by agencje wywiadowcze wypłacały emeryturę lub uznały obowiązek objęcia jej jako żony agenta opieką. Zabrzmi to okrutnie, ale wydaje się, iż po śmierci Litwinienko był dla Wielkiej Brytanii bardziej użyteczny – jako totem nikczemności Rosji – niż za życia. […] Dochodzenie przeprowadzono osiem lat po śmierci Litwinienki – skandaliczne opóźnienie w kraju, który promuje się jako modelowy przykład rządów prawa. Do tego czasu (nie poparty dowodami) konsensus już dawno zdążył się skrystalizować dzięki potężnej kampanii propagandowej. W rzeczywistości śledztwo ujawniło, że sformułowane przez Litwinienkę na łożu śmierci oskarżenie wymierzone w Putina było wymysłem innych osób, ale ten „nieistotny” szczegół utonął w informacyjnym szumie. Największym defektem przebiegu śledztwa było jednak to, że najważniejszych dowodów nie przedstawiono na jawnym posiedzeniu sądu, nie usłyszeli ich także prawnicy – tylko sędzia. Były to dowody brytyjskich służb wywiadowczych. W ten sposób dochodzimy do wspólnego mianownika spraw Litwinienki i Skripala – i kilku innych niewyjaśnionych zgonów rosyjskich zesłańców: udziału wywiadu Wielkiej Brytanii. […] Jeśli chcesz poznać fakty, trudność polega na tym, że w chwili, gdy w sprawę angażują się agencje wywiadowcze, temat maskowany jest pewnego rodzaju zasłoną, która może go zniekształcać lub ukrywać. Praktycznie każda konkluzja tego dochodzenia jest do pewnego stopnia przesłonięta. Jednak w kolejnych, powtarzanych wersjach opowieści o śmierci Litwinienki w ogóle się o to nie dba. Nie wtajemniczeni w to, co wiedział wywiad, znamy dużo mniej niż całą prawdę. Wiele „jak” i „dlaczego” pozostaje bez wyraźnego odzewu. Pocieszającym byłoby sądzić, iż sprawy Litwinienki i Skripala będą się różnić także pod tym względem i że zatryumfuje nowa otwartość. Ale nie mogę powiedzieć, że na to liczę.

Śmierć Aleksandra Litwinienki pozostaje jedną z nierozwiązanych spraw brytyjskiego wymiaru sprawiedliwości.

(9) Wypowiedź Annie Machon, byłej agentki brytyjskiego kontrwywiadu (MI5):

(Siergiej Skripal) zdradzał swój kraj przez 10 lat. Jako człowiek MI6 miał przekazać nazwiska innych agentów rosyjskich działających w Europie. Zdemaskowano go, osądzono i skazano na więzienie. Potem został ułaskawiony przez Federację Rosyjską. Puszczono go wolno w ramach wymiany szpiegów z USA w 2010 roku (była wśród nich Anna Chapman). Rosjanie wiedzieli doskonale, jakimi informacjami dysponował. Z pewnością poddano go wyczerpującym przesłuchaniom. Gdyby stanowił dalsze zagrożenie, nie opuściłby aresztu i nie cieszyłby się wolnością przez długie lata. Oczywiście po przybyciu na Wyspy przez wiele dni odpowiadał na pytania oficerów wywiadu brytyjskiego. Dopiero wówczas mógł powrócić do normalnego życia. Wiódł je otwarcie, pozostając pod ochroną naszego wywiadu, która najwyraźniej zawiodła. Kluczowe pytanie brzmi: Z kim pracował, z kim utrzymywał kontakty przez 8 lat? Odpowiedź może naprowadzić na ślad sprawcy ataku. Motyw zemsty państwa rosyjskiego po prostu nie ma sensu.

(10) Fragment artykułu Nafeeza Ahmeda [Insurge Intelligence, 13.03.2018]:

Rząd brytyjski zdaje się być nie zainteresowany agencjami innych państw posiadającymi zaplecze i umiejętność wykorzystania środków bojowych o działaniu paralityczno-dragwkowym. Podobnie postępują Stany Zjednoczone. Według Craiga Murray’a, byłego brytyjskiego ambasadora USA w Uzbekistanie – a wcześniej długoletniego dyplomaty Ministerstwa Spraw Zagranicznych, który pracował w Afryce, Europie Wschodniej i Azji Środkowej – sama Wielka Brytania ma własny, zaawansowany program „nowiczoków”: „Grupa środków paralityczno-drgawkowych o nazwie ‚nowiczok’ – luźna nazwa zbioru czynników bojowych, które opracował Związek Sowiecki 50 lat temu – prawie na pewno została przeanalizowana i odtworzona przez laboratorium Porton Down. Takie jest jego przeznaczenie. Produkowano tam broń chemiczną i biologiczną z intencją jej wykorzystania. Dzisiaj tworzona jest w niewielkich ilościach w celu zapewnienia skutecznej obrony i antidotum. Po upadku ZSRR rosyjscy chemicy upublicznili wiele informacji na temat tych substancji. Jedynym państwem, które zawsze produkuje bardzo podobną broń, jest Izrael”. Gabinet Theresy May nie chce objąć dochodzeniem Porton Down, nawet po to, by wykluczyć możliwość, że ‚stracił kontrolę’ nad częścią swoich rezerw. Amerykanie także mieli okazję, by zapoznać się z „nowiczokami” – i potencjalnie odtworzyć je w celach obronnych – gdy demontowali sowieckie laboratorium w Uzbekistanie w 1999 roku. Zdaniem Murray’a rozsądnie byłoby kręgiem podejrzeń objąć także Izrael – z powodów przytoczonych przez rząd: „Izrael jest w posiadaniu środków paralityczno-drgawkowych. Izrael ma Mosad, którego umiejętności w przeprowadzaniu zagranicznych zamachów są nieprzeciętne. Premier twierdziła, że reprezentowana przez Rosję skłonność do zabijania za granicą stanowi szczególny powód, by z góry założyć jej winę. Cóż, Mossad ma jeszcze większą skłonność do zabójstw zagranicznych. I podczas gdy mam poważny problem z identyfikacją przyczyny, która skłoniłaby Rosję do poważnego pogorszenia własnej reputacji na arenie międzynarodowej, to w przypadku Izraela widzę wyraźną motywację, by jak najdotkliwiej zaszkodzić reputacji Rosji. Rosyjskie działania w Syrii w zasadniczy sposób podważyły pozycję Izraela w Syrii i Libanie”. (Zamach na Siergieja Skripala zbiega się z wyzwalaniem wschodniej Ghuty przez wojska syryjsko-arabskie i rosyjskie spod sześcioletniej okupacji dżihadystów – kontrola frakcji terrorystycznych nad tym dystryktem Damaszku miała kluczowe znaczenie dla strategicznych planów Izraela, ponieważ znajduje się tam punkt obrony przeciwlotniczej Syrii; przyp.tłum.)

Opracowanie: exignorant

Opublikowano Imperialne wojny, militaryzm i terror państwowy