Religijny ekstremizm w służbie kapitału

Depesza z Indonezji André Vltcheka – dziennikarza śledczego, filmowca i powieściopisarza, który relacjonował wojny i konflikty w kilkudziesięciu krajach Ameryki Łacińskiej, Oceanii, Azji i Afryki.

Kiedy książę Arabii Saudyjskiej Mohammed bin Salman udzielał wywiadu dziennikowi Washington Post, oświadczył, że to właśnie zachodni establishment zachęcał i zachęca jego kraj do propagowania wahabizmu – skrajnie ortodoksyjnej odmiany sunnickiego islamu – na całym świecie. Wypowiedź spotkała się z milczeniem przytłaczającej większości środków masowego przekazu na Zachodzie, jak również w Egipcie i Indonezji. Ci, którzy ją przeczytali, byli przekonani, że zostanie szybko sprostowana przez dwór w Rijadzie. Tak się nie stało.

Nie wszystko, co wyartykułował następca tronu, doczekało się opublikowania na łamach Washington Post (ambasada saudyjska pozwoliła na wydrukowanie wybranych fragmentów rozmowy), ale to, co faktycznie na nie trafiło, wystarczyłoby do obalenia reżimów w Indonezji, Malezji czy Brunei. Oczywiście w „normalnych okolicznościach” – gdyby ich ludność nie była całkowicie zindoktrynowana i zaprogramowana, i gdyby rządzący nie wspierali i nie tolerowali najbardziej agresywnej, szowinistycznej i rytualistycznej (w przeciwieństwie do intelektualnej lub duchowej) formy religii.

Między wierszami książę zasugerował, że prowadząc swoją „ideologiczną batalię” z państwami socjalistycznymi, Zachód swoim partnerem uczynił sunnicki islam w ekstremalnym wydaniu, by zniszczyć wszelkie postępowe, antyimperialistyczne i egalitarne aspiracje krajów zdominowanych przez społeczność muzułmańską. Bin Salman potwierdził, że podczas „zimnej wojny” zachodni sojusznicy nawoływali monarchię saudyjską do inwestowania w meczety i medresy za oceanem. Wraz z rozprzestrzenianiem się wahabizmu upadały kolejne państwa, opanowane przez ignorancję, fanatyczną gorliwość i strach. Sparaliżowane populacje, chociażby Indonezji po 1965 r. czy Iraku po inwazji w 2003 r., nie były w stanie przywrócić minionej ery i udać się w stronę tolerancyjnego sekularyzmu – czyli wznowić trendu, który w nieodległej przeszłości był tak naturalny dla ich kultury.

Wahabici [króla Arabii Saudyjskiej Ibn Sauda] są surowi, nietolerancyjni, dobrze uzbrojeni i rządni krwi. Za swój obowiązek i zasadę wiary uznają zabicie wszystkich, którzy reprezentują odmienne poglądy, jak również zniewolenie swoich żon i dzieci. Kobiety są uśmiercane w wahabickich wioskach po prostu za wychodzenie na ulicę. […] Mój podziw dla [Ibn Sauda] był głęboki z powodu jego niezachwianej lojalności wobec nas. Premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill

Ibn Saud i Winston Churchill.

Za narodzinami wahabizmu stoją Brytyjczycy i jeden z najbardziej radykalnych, fundamentalistycznych i uwstecznionych kaznodziejów wszech czasów – Muhammad ibn Abd al-Wahhab. Istota przymierza i dogmatu wahabicko-brytyjskiego jest niezwykle prosta: „Przywódcy religijni zaszczepiają ludziom straszliwy, irracjonalny lęk, by w konsekwencji zmusić ich do posłusznego podporządkowania. Nie dopuszcza się żadnej krytyki religii, nie kwestionuje konserwatywnej i archaicznej interpretacji jej świętych tekstów. Po takim uwarunkowaniu ludzie przestali występować przeciwko feudalistycznemu i kapitalistycznemu uciskowi; bezwiednie zaakceptowali plądrowanie surowców naturalnych przez lokalnych i zagranicznych panów. Próby zbudowania bardziej sprawiedliwego społeczeństwa zostały brutalnie powstrzymane ‚w imię islamu’, ‚w imię Boga’”.

Oczywiście w następstwie tej strategii imperialiści i rodzime elity poprawiają stan swoich bankowych kont kosztem zubożałych i oszukanych milionów obywateli. Tylko nieliczni w tych zdewastowanych, skolonizowanych krajach uświadamiają sobie, że wahabizm nie służy ani duchowości, ani ludziom; sprzyja zachodnim interesom i karmi chciwość. Tak dzieje się obecnie w Indonezji i innych okupowanych przez Zachód państwach, m.in. w Iraku i Afganistanie. Jeżeli dojdzie do rozbicia jedności Syrii, ten świecki i zorientowany socjalnie naród zostanie zmuszony do obrania tego samego, zabójczego kierunku. Syryjczycy mają tego świadomość, ponieważ są ludźmi wykształconymi. Widzą też, co zaszło w Libii i Iraku, i z pewnością nie chcą podzielić ich losu. Zachód i jego saudyjscy wasale zaatakowali państwo syryjskie i jego mieszkańców za pośrednictwem wahabickich terrorystów.

Mimo obłudnej sekularnej retoryki, opracowanej z myślą o miejscowej konsumpcji, plutokraci Zachodu unikają otwartego krytykowania swojego brutalnego i anty-ludzkiego potomstwa – koncepcji, która pożarła już i zrujnowała zarówno królestwo Arabii Saudyjskiej, jak i Indonezję. W rzeczywistości zachodni liderzy starają się przekonać świat, że oba kraje są „normalne” – Indonezję nazywają nawet „demokratyczną” i „tolerancyjną”. Jednocześnie konsekwentnie antagonizują prawie wszystkie świeckie lub względnie świeckie narody. Wystrczy wymienić Syrię, Afganistan, Iran (przed przeprowadzonym przez CIA zamachem stanu z 1953 r.), Irak i Libię. Każdy z nich doświadczył okrutnej napaści.

Dzisiejszy charakter Arabii Saudyjskiej, Indonezji i Afganistanu jest bezpośrednim rezultatem zarówno zachodnich „interwencji”, jak i prania umysłów. Wszczepiony tam wahabizm z jednej strony nadaje temu „projektowi” islamskie zabarwienie, z drugiej uzasadnia bilionowe „wydatki obronne” na tak zwaną „wojnę z terroryzmem” (przypomina ona azjatycki staw wędkarski, do którego wrzuca się ryby, by je potem wyławiać po uiszczeniu stosownej opłaty).

Obecność księcia tronu Arabii Saudyjskiej [Mohammeda bin Salmana] jest zaszczytem. Łącząca nas więź prawdopodobnie nigdy nie była silniejsza – doskonale się rozumiemy. Naprawdę jesteśmy wielkimi przyjaciółmi, wielkimi przyjaciółmi. Prezydent USA Donald Trump

Donald Trump i Mohammed bin Salman.

Różne powody decydują o tym, że Zachód domaga się posłuszeństwa, a nawet uległości ze strony swoich państw-klientów i neo-kolonii. Arabia Saudyjska jest ważnym trofeum ze względu na posiadane pokłady ropy naftowej i strategiczne położenie w regionie. Władcy saudyjscy dokładają wszelkich starań, by zadowolić swoich panów w Londynie i Waszyngtonie poprzez realizację najbardziej agresywnej prozachodniej polityki zagranicznej. Afganistan jest „ceniony”, ponieważ jego strategiczna lokalizacja może pozwolić nie tylko na zastraszenie, a nawet zaatakowanie Iranu i Pakistanu, lecz także na przerzucenie fanatycznych ruchów muzułmańskich do Chin, Rosji i byłych republik radzieckich z Azji Środkowej. Wymordowanie co najmniej miliona Indonezyjczyków w latach 1965-66 „było konieczne” do zainstalowania skorumpowanej, turbo-kapitalistycznej kliki, która zagwarantowała swobodny, nieprzerwany, często nieopodatkowany przepływ bogactw naturalnych (początkowo nieprzebranych, a teraz szybko szczuplejących) do Ameryki Północnej, Europy, Japonii i Australii.

W Indonezji i Arabii Saudyjskiej nie ma absolutnie nic „normalnego”. Potrzeba zapewne całych pokoleń, by przywrócić tym krajom przynajmniej namiastkę „normalności”. A na rozpoczęcie tego procesu widoków nie ma. Główna przyczyna intelektualnej stagnacji i braku oporu jest oczywista: zahipnotyzowani obywatele nie potrafią rozpoznać brutalnej rzeczywistości, która ich otacza. Zostali „uspokojeni”. Wmówiono im, że socjalizm jest równoznaczny z nikczemnym, nielegalnym i „grzesznym” ateizmem. Dlatego islam po zmodyfikowaniu przez zachodnich i saudyjskich demagogów został „wysłany na bitwę” przeciwko bardziej sprawiedliwemu i egalitarnemu urządzeniu świata.

Ponad 500 000 cywilów zostało zabitych w wyniku ludobójstwa rdzennych mieszkańców Papui [od lat 60. XX w., kiedy rząd Stanów Zjednoczonych wsparł najazd Indonezji, ponieważ postanowił zapewnić amerykańskim korporacjom dostęp do lasów i bogactw mineralnych kraju]. Tysiące innych zostało zgwałconych, torturowanych, uwięzionych lub „zaginęło” po aresztowaniu. Odmawia się podstawowych praw człowieka, a Papuasi żyją w ustawicznym strachu. Kampania Uwolnić Papuę Zachodnią

Wahabicka wersja islamu ostentacyjnie broni dzikiego kapitalizmu, jak również intelektualnego i twórczego upadku zainfekowanych nią krajów. Zachód toleruje zdegenerowaną władzę, groteskowy brak usług socjalnych, a nawet ludobójstwa i holokausty – najpierw zgładziły one samych Indonezyjczyków, potem autochtonów Timoru Wschodniego, a obecnie bezbronne dzieci, kobiety i mężczyzn z Papui. I nie chodzi jedynie o akceptację tych masakr i kampanii eksterminacyjnych – polityczna, finansowa i przemysłowa arystokracja Zachodu bierze w nich udział. Tymczasem dziesiątki milionów wyznawców wahabizmu codziennie wypełniają meczety, gdzie bezrefleksyjnie uczestniczą w mechanicznych rytuałach. Wahabizm jest efektywny – sprzyja firmom wydobywczym i bankom z siedzibami w Londynie i Nowym Jorku. Sprzyja władcom oraz ich poplecznikom.

W Indonezji po sfinansowanym przez zachodni kapitał, wojskowym zamachu stanu w 1965 r., który zniszczył Komunistyczną Partię Indonezji (KPI) i przekazał ster rządów agresywnie prorynkowemu reżimowi, sytuacja pogarsza się z zatrważającą przewidywalnością, konsekwencją i szybkością. Choć o dyktatorze Suharto – zachodnim, faszystowskim „implancie” – mówiono, że był „podejrzliwy wobec islamu”, to faktycznie posługiwał się na swoim archipelagu wszystkimi wielkimi religiami. Używał ich z niebywałą precyzją i tragicznym skutkiem. Zakazem objął każdy lewicowy i postępowy „-izm”, ruch, formę sztuki, myśl. Zdelegalizował posługiwanie się językiem chińskim. Na banicję skazał ateizm. Indonezja błyskawicznie dołączyła do kolumny państw wyznaniowych.

W jednym z najbardziej monstrualnych ludobójstw XX w. zginął co najmniej milion Indonezyjczyków. Faszystowska dyktatura generała Suharto osiągała swoje polityczne cele regularnie grając kartą islamską. W swojej książce The New Rulers of The World John Pilger napisał: „W pogromach, jakich dokonywano w latach 1965-66, generałowie Suharto często wykorzystywali grupy islamistyczne. Atakowały one komunistów i każdego, kto stanął im na drodze. Wyłonił się wzorzec; ilekroć armia chciała utwierdzić swoje polityczne zwierzchnictwo, posługiwała się islamistami – popełniane przez nich akty przemocy i sabotażu uznawano za sekciarskie, co usprawiedliwiało konieczną wojskową ‚interwencję’”.

Doskonały przykład” współpracy między morderczą dyktaturą i radykalnym islamem. Po ustąpieniu Suharto kontynuowano fundamentalistyczną interpretację religii monoteistycznych. Arabia Saudyjska i wahabizm odgrywały coraz większą rolę. Podobnie zresztą jak chrześcijaństwo, głoszone m.in. przez radykalnych prawicowych wygnańców z Chin i ich następców. Dawniej świecka i progresywna Indonezja pogrążyła się w zacofaniu i bigoterii wahabitów i zielonoświątkowców.

Postępowy muzułmański duchowny Abdurrahman Wahid (znany w Indonezji pod pseudonimem Gus Dur) podzielił się ze mną swoimi przemyśleniami: „Większość Indonezyjczyków nie myśli dzisiaj o Bogu i ogranicza się do odprawiania rytuałów. Gdyby Stwórca zstąpił na Ziemię i powiedział im, że ich rozumienie islamu jest błędne, zostałby zignorowany”. Gus Dur przejrzał intencje i zidentyfikował wszystkie machinacje władzy. Kapłan nie ma wątpliwości, że zamach bombowy na Hotel Marriott w Dżakarcie w 2003 r. zorganizowały indonezyjskie siły bezpieczeństwa. Islamiści wykonywali rozkazy politycznych szefów militarnego reżimu, ukrywającego się za parawanem „wielopartyjnej demokracji”.

Wycinka lasu na Sumatrze.

W kraju, który został okradziony z bogactw, tożsamości, kultury i przyszłości, najważniejsza jest religia. Ludziom po prostu nie pozostało już nic innego. Panuje nihilizm, cynizm, korupcja i bandytyzm. Miasta pozbawione są teatrów, galerii, kin studyjnych, parków, transportu publicznego, a nawet chodników. W tych koszmarnych ośrodkach, rzuconych „rynkom” na pożarcie, pustkę bez trudu wypełniają regresywne i chciwe wyznania. Konsekwencje ich prymatu są przewidywalne.

Bezwarunkowa kapitulacja wobec religii doprowadziła do ślepej akceptacji autodestrukcyjnego kapitalizmu, zachodniego imperializmu i jego propagandy. Kreatywność i pluralizm intelektualny zostały wyeliminowane. Indonezja, czwarte najludniejsze państwo świata, nie ma żadnych naukowców, architektów, filozofów i artystów o randze międzynarodowej. Jej gospodarkę napędza niepohamowana eksploatacja niegdyś dziewiczych regionów takich jak Sumatra, Indonezyjskie Borneo (Kalimantan) czy okupowana zachodnia część Papui. Skala środowiskowych zniszczeń jest wręcz monumentalna (próbuję ją uchwycić w dwóch filmach dokumentalnych i książce). Świadomość stanu rzeczy, nawet wśród ofiar, jest minimalna lub zerowa.

W miejscowości Surabaya natknąłem się w galerii handlowej na tłumne zgromadzenie protestanckich chrześcijan. Tysiące osób ogarnął trans – wznosiły one okrzyki, patrzyły w sufit. Kaznodziejka krzyczała do mikrofonu: „Bóg kocha bogatych, dlatego są oni bogaci! Bóg nienawidzi ubogich, i dlatego są oni ubodzy!”. Von Hayek, Friedmann, Rockefeller, Wahab i Lloyd George nie zdefiniowaliby swoich „ideałów” równie wnikliwie.

W maju 2018 r. w Indonezji członkowie grup terrorystycznych wszczęli więzienne zamieszki, wzięli zakładników, po czym zamordowali strażników. Gdy bunt został stłumiony, kilka eksplozji wstrząsnęło wschodnią Jawą. Kościoły i komendy policji stanęły w płomieniach. Zginęli ludzie. Do przeprowadzenia zamachów zabójcy wykorzystali członków swoich rodzin, nawet dzieci. Dowodzący operacją faktycznie czerpali z doświadczeń indonezyjskich bojowników wyeksportowanych wcześniej do Syrii. Tych terrorystów i morderców zatrzymał i deportował rząd w Damaszku. Wielu „weteranów” syryjskiej rzezi jest teraz na własnym terenie, gdzie prowokują i „inspirują” swoich współobywateli. Historia się powtarza – indonezyjskie kadry dżihadystów, które walczyły przeciwko prospołecznej, świeckiej władzy w Afganistanie, powróciły do ojczyzny, by zabić tysiące cywilów w Poso, Ambon i innych regionach.

Indonezyjscy ekstremiści zyskali światową sławę, ponieważ są legionistami Zachodu – prowadzą jego wojny m.in. w Afganistanie, Syrii, na Filipinach. Rosną też ich wpływy lokalne. Nie wolno publicznie wspominać o jakichkolwiek społecznych reformach. Spotkania obywatelskie są przerywane, uczestnicy bici, posłowie zastraszani jako „komuniści”. Postępowy i niezwykle popularny gubernator Dżakarty Ahok najpierw przegrał wybory, a potem został postawiony przed sądem i skazany na więzienie pod fałszywym zarzutem „obrazy islamu”. Czym ubliżył? Oczyszczaniem toksycznych rzek Dżakarty, budową sieci transportu publicznego i poprawą jakości życia zwykłych ludzi. Z perspektywy wahabizmu i zachodniego reżimu globalnego były to działania wyraźnie „antyislamskie”.

Indonezja jest obecnie jedną z najbardziej prężnych demokracji Azji-Pacyfiku, która zachowała stabilność polityczną i stała się bezpiecznym krajem o średnim dochodzie. Bank Światowy

Radykalny islam indonezyjski budzi strach. Zdobywa kolejne przyczółki, ponieważ prawie nikt nie ma odwagi, by otwarcie go zakwestionować. Wkrótce zniewoli całe społeczeństwo. Zachód odpowiada na to „polityczną poprawnością”. Po prostu „nieuprzejmie” jest krytykować indonezyjską, a nawet saudyjską postać islamu. W ten sposób okazuje się „szacunek” ludziom i ich „kulturze”. Jednak strategia ta nie chroni ani Saudyjczyków, ani Indonezyjczyków, tylko sam Zachód – jego manipulacje i politykę niekończącej się ekspansji.

Podczas gdy dogmaty ciemiężców stają się coraz bardziej niewzruszone, pożary trawią ostatki indonezyjskich lasów. Międzynarodowe korporacje dokonują szaleńczej grabieży. Religie, faszystowski reżim i zachodni zdobywcy maszerują ramię w ramię. Zmierzają w stronę całkowitego upadku państwa indonezyjskiego. Zmierzają ku agonii i cierpieniu, które nadejdą wówczas, gdy wszystko zostanie wycięte i wydobyte. Tak samo zgodnie kroczył niegdyś wahabizm z brytyjskimi „zdobywcami”. Z tą różnicą, że Saudowie odkryli ogromne złoża ropy naftowej, które utrzymują ich dynastię i klasę średnią podwładnych.

Indonezja i inne kraje nie mają i nie będą miały tyle szczęścia. To urocze, że książę Arabii Saudyjskiej Mohammed bin Salman (jeden z głównych architektów zbrodni w Jemenie; przyp. tłum.) wyjaśnił sytuację. Ale kto go usłyszał? Dla mieszkańców Indonezji jego oświadczenia są już spóźnione. Nie obudziły one nowej świadomości, nie wznieciły powstania. Ich zrozumienie wymaga podstawowej wiedzy historycznej. A przynajmniej zdolności logicznego myślenia. W podbitych państwach panuje jej bolesny deficyt.

Indonezja będzie niezmiennie podążać za panem Wahhabem i zachodnimi architektami rozgrywającej się tragedii. Rytualne intonacje i stare melodie z Ameryki Północnej będą nadal wypełniać ciszę. Nie zrodzą się żadne wątpliwości. Nie nadejdą żadne zmiany. Nie wybuchnie rewolucja. I kiedy nie pozostanie już nic, wśród tlących się ruin i toksycznych bagien być może rozwiną się pierwsze, skromne korzenie przebudzenia i sprzeciwu.

W ramach kontraktu podpisanego w maju 2017 Stany Zjednoczone w ciągu dekady mają dostarczyć Arabii Saudyjskiej broń o wartości 350 miliardów dolarów. USA wspierają militarnie 73% dyktatur świata.

W Jemenie trwa najgorszy kryzys humanitarny na Ziemi. Od 2015 roku koalicja Arabii Saudyjskiej (Egipt, Maroko, Jordania, Sudan, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Kuwejt, Katar, Bahrajn, Dżibuti, Erytrea i Somalia), wspierana bezpośrednio przez Stany Zjednoczone i NATO, dowodzona przez byłych oficerów armii USA, Australii i Wielkiej Brytanii, prowadzi krwawe oblężenie najbiedniejszego kraju na świecie – celowo głodzi Jemeńczyków. Użycie głodu jako broni jest zbrodnią wojenną. Jemeńskie dziecko umiera co 10 minut z powodu niedożywienia, epidemii cholery lub odniesionych ran. Już teraz głoduje 8,4 miliona ofiar, zaś 18 milionów nie ma dostępu do czystej wody i potrzebuje pomocy humanitarnej. 70% żywności kraju i większość humanitarnego wsparcia trafia do odciętego od świata kraju przez port w Hodeidah. 13 czerwca 2018 saudyjska koalicja rozpoczęła atak na to miasto. ONZ ostrzega, że zamknięcie portu wskutek przedłużających się walk lub zniszczenia infrastruktury może doprowadzić w bieżącym roku do głodowej śmierci 18,4 miliona ludzi.

Tłumaczenie: exignorant

Reklamy
Opublikowano Imperialne wojny, militaryzm i terror państwowy

Nagła zmiana klimatu uśmierca najstarsze drzewa Afryki

Minionej dekady w Afryce miało miejsce „zdarzenie o bezprecedensowym wymiarze” – śmierć dziewięciu z 13 najstarszych i najokazalszych przedstawicieli pospolitego gatunku baobabu. Udokumentowali ją i opisali 11 czerwca 2018 na łamach Nature Plants badacze z Uniwersytetu Babeş-Bolyai w Rumunii.

Od 2005 r. uczeni regularnie odwiedzali Zimbabwe, Namibię, RPA, Botswanę i Zambię. Rejestrując stan zdrowia drzew, zestawiając dane na temat ich obwodów, objętości, wzrostu i wieku, uczeni stali się świadkami zgonów większości roślin. Ich zdaniem nie są one przypadkiem, tylko dowodem na wyłaniający się wzorzec, którego źródłem jest zmiana klimatu. Afryka wykazuje szczególną wrażliwość na konsekwencje globalnego ocieplenia. Kontynent nawiedzają coraz dłuższe, coraz intensywniejsze upały i susze. Zaburzenie klimatu wywiera już widoczny wpływ na tamtejszą roślinność.

Baobab afrykański.

Baobab jest najbardziej długowiecznym drzewem kwitnącym. Występuje na afrykańskich sawannach i w tropikach, gdzie został specjalnie sprowadzony. Jego gałęzie przypominają powykręcane korzenie, które zdają się sięgać nieba. Gatunek często magazynuje wodę, rodzi owoce i zapewnia schronienie dzikim zwierzętom – ptaki w nim gniazdują, a małe ssaki kryją się w jego koronie przed drapieżnikami.

Naukowcy zamierzali ustalić, w jaki sposób baobaby uzyskują swoje imponujące rozmiary (wysokość i obwód mogą przekraczać nawet 30 m). Podczas analizy próbek wykorzystali metodę datowania radiowęglowego. Okazało się, iż pień wyrasta nie z jednego, lecz z wielu rdzeni. Stąd jego wyjątkowa odporność. Spalony lub pozbawiony kory regeneruje się i rośnie dalej. Gdy obumiera, gnije od środka i zapada się, pozostawiając po sobie kopczyk splątanych włókien. Nic więc dziwnego, że ta legendarna roślina może przeżyć nawet 3000 lat.

Za naszego życia trwa zagłada drzew mających od 1100 do 2500 lat”, mówi Adrian Patrut, współautor badania. „Proszę wyobrazić sobie wstrząs, który stał się naszym udziałem. Odwiedzaliśmy monumentalne baobaby, cieszące się dobrym zdrowiem. Po kilku latach zastaliśmy je martwe. Ze statystycznego punktu widzenia jest praktycznie niemożliwe, aby tyle sędziwych drzew umarło w tak krótkim czasie z przyczyn naturalnych. Oglądanie ich śmierci jest szokujące, dramatyczne i bardzo smutne”.

Opracowanie: exignorant

Opublikowano Klimat, Wymieranie gatunków

Kampania na rzecz oswobodzenia Juliana Assange’a

Blog exignoranta dołącza się do apelu Johna Pilgera.

W czerwcu 2018 minie sześć lat od chwili, gdy Julian Assange został zmuszony do schronienia się w ambasadzie Ekwadoru w Londynie. Departament Sprawiedliwości USA miał złożyć wniosek do brytyjskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych o jego ekstradycję do Stanów Zjednoczonych. Następnie sędzia Sądu Okręgowego USA utajnił zarzuty wobec Juliana i WikiLeaks. W międzyczasie potwierdzono, iż wielka ława przysięgłych w stanie Wirginia przygotowała szereg potencjalnych „zarzutów” przeciwko założycielowi WikiLeaks.

Najbardziej prawdopodobnym jest posądzenie o „szpiegostwo” oparte na wygasłym prawie z okresu I wojny światowej, które służyło do karania osób odmawiających służby wojskowej ze względu na przekonania. Julian nie jest Amerykaninem; nie „zdradził” żadnego kraju. Jego „przestępstwem” było wolne dziennikarstwo i publikowanie, chronione przez Konstytucję Stanów Zjednoczonych – dokument, którego nienaruszalność najwyraźniej porzucono. Organizacja WikiLeaks zajmuje się tym, czym dawno temu zajmował się New York Times i Washington Post – ujawnia prawdę o drapieżnych wojnach i machinacjach skorumpowanej elity. W odpowiedzi na tę prawdę zimnowojenna fantazja znana jako afera „Russiagate” próbuje przedstawić Juliana – a tym samym każdego dziennikarza – jako „szpiega”.

CNN i reszta mediów nie powiedzą Ci, że najwyżsi rangą oficerowie wywiadu amerykańskiego przyznali pod przysięgą, że ich agencje nie znalazły najmniejszego dowodu na związek Assange’a lub WikiLeaks z Rosją. Status Juliana jako uchodźcy politycznego na mocy Konwencji z 1951 r. ma pełne poparcie Organizacji Narodów Zjednoczonych, której Grupa Robocza ds. Arbitralnych Zatrzymań domaga się, by zaprzestano tych prześladowań. Grupa Robocza – jeden z najwyższych na świecie autorytetów w dziedzinie prawa międzynarodowego – przeprowadziła własne śledztwo, w którym uczestniczył rząd brytyjski, i jednomyślnie rozstrzygnęła je na korzyść Juliana.

ONZ wzywa Wielką Brytanię, aby respektując Konwencję, przyznała Assange’owi prawo do bezpiecznego opuszczenia ambasady. Chociaż jego kondycja zdrowotna uległa pogorszeniu, Julian nie udał się do szpitala na prześwietlenie, ponieważ może zostać zaaresztowany. Od Wielkanocy odosobnienie przybrało postać ekstremalną; według Human Rights Watch pobyt w ambasadzie „coraz bardziej przypomina uwięzienie”. Julianowi nie wolno nawiązywać i utrzymywać jakichkolwiek kontaktów; odmawia mu się dostępu do telefonu i Internetu, nikt nie może go odwiedzać. Obecny prezydent Ekwadoru Lenín Moreno buduje wraz ze swoim rządem nową, pełną uległości relację ze Stanami Zjednoczonymi i wyraźnie stara się utrudnić azylantowi życie do tego stopnia, by całkowicie zamilkł lub wyszedł z ambasady i wpadł prosto w ręce czyhającej na niego policji. Wniosek USA o ekstradycję skazałby wówczas Juliana na więzienne piekło, jakiego doświadczyła Chelsea Manning. Były prezydent Ekwadoru Rafael Correa, którego gabinet udzielił Julianowi azylu politycznego, nazwał sposób traktowania dziennikarza „torturami”.

Wśród wielu, którzy mają się za lewicowców, panuje milczenie. Jest nim Julian Assange. Fałszywe oskarżenia i oszczerstwa, jakie usłyszał, okazały się być dziełem politycznych wrogów. Julian został zrehabilitowany jako człowiek, który zdemaskował system prowadzący ludzkość na zatracenie. Sfilmowany mord na niewinnych ludziach w Iraku, dzienniki wojenne z Iraku i Afganistanu, materiały „Cablegate”, dokumenty o działaniach wymierzonych w Wenezuelę, korespondencja Johna Podesty – to tylko kilka burz nagiej prawdy, jakie przetoczyły się przez stolice bezwzględnej władzy. Absurdy afery „Russiagate”, zmowa skorumpowanych mediów i obłuda systemu prawnego, prześladującego tych, którzy mówią prawdę, nie były w stanie powstrzymać WikiLeaks. Wrogowie ci jeszcze nie wygrali, nie zniszczyli nieugiętego człowieka. Tylko milczenie dobrych ludzi pozwoli im zwyciężyć. Julian Assange potrzebuje Twojego wsparcia i Twojego głosu. Teraz bardziej niż kiedykolwiek musimy stanąć w obronie sprawiedliwości i wolności słowa.

Fundacja „Odwaga” (Courage Foundation) prosi wszystkich zainteresowanych, by wzięli udział w manifestacjach: 17 czerwca 2018 o godz. 13.00 na Placu Ratuszowym w Sydney i 19 czerwca 2018 w godz. 18.00-20.00 przed ambasadą Ekwadoru w Londynie.

Opublikowano Imperialne wojny, militaryzm i terror państwowy

Gospodarka wojny permanentnej

Struktura ekonomii politycznej Stanów Zjednoczonych zamieniła demokrację w maskaradę i uczyniła wojnę nieuniknioną. Traktuje o niej fragment artykułu Noama Chomsky’ego z 3 grudnia 2015.

Sformułowanie terminu „gospodarka wojny permanentnej” przypisywane jest Charlesowi Wilsonowi, dyrektorowi generalnemu koncernu General Electric, który pod koniec II wojny światowej ostrzegł, że Stany Zjednoczone nie mogą powrócić do modelu gospodarki obywatelskiej i muszą trzymać się „gospodarki wojny permanentnej” – w połowie planowej, zarządzanej głównie przez szefów korporacji, nastawionej na produkcję wojskową.

O szkodliwych skutkach podporządkowania dużej części gospodarki produkcji militarnej obszernie pisał prof. Seymour Melman. Nie wspomniał jednak o bardzo istotnym wymiarze zagadnienia. Wielki biznes wiedział doskonale, że wydatki społeczne mogą poradzić sobie z katastrofami rynkowymi, a także zastąpić wydatki na armię. Artykuł opublikowany 12 lutego 1949 r. w Business Week wskazał ich poważny „minus”: mają efekt demokratyzujący i prowadzą do redystrybucji bogactwa, podczas gdy nakłady na wojskowość są prezentem dla korporacji, ich stabilnym zabezpieczeniem, i wykluczają udział społeczeństwa. Ludziom zależy na szpitalach i szkołach, ale jeśli potrafisz „cholernie ich wystraszyć”, jak zalecał senator Arthur Vandenberg, skulą się pod parasolem władzy i zaufają swoim przywódcom, którzy priorytetem uczynią zakup odrzutowców, bombowców, pocisków, czołgów itp.

Co więcej, wielki biznes doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że sektor technologiczny nie zdoła przetrwać w gospodarce opartej na konkurencyjnej, wolnej przedsiębiorczości. „Rząd musi pełnić rolę wybawcy”, wyjaśniała prasa branżowa. Podobne rozważania doprowadziły do decyzji o prymacie wydatków militarnych nad społecznymi. Należy pamiętać, iż „wydatki militarne” w dużym stopniu obejmują też prace badawczo-rozwojowe (ang. research and development – R&D). Praktycznie cała „nowa gospodarka” wykorzystuje tę przykrywkę wojskową, aby finansowe ryzyko i koszty zrzucić na społeczeństwo, a zyski sprywatyzować, często po wielu dziesięcioleciach. Dotyczy to m.in. elektroniki, telekomunikacji, Internetu, satelitów, przemysłu lotniczego (stąd turystyka jako największy „przemysł usługowy”), konteneryzacji (stąd współczesny handel), maszyn sterowanych komputerowo. Podobnie jest w gałęziach przemysłu bazujących na biologii, choć podaje się inne preteksty.

Tymczasem finansiści i ekonomiści lubią prawić o tym, że wszystkie powyższe zdobycze są hołdem złożonym wielkiemu duchowi przedsiębiorczości i wyborom konsumenckim wolnego rynku. Krótko mówiąc, „gospodarka wojny permanentnej” pełni zarówno funkcję ekonomiczną, jak i czysto wojskową. Obie konsekwencje – bezprecedensowa potęga militarna i zaawansowana gospodarka przemysłowa – w naturalny sposób tworzą kluczowe mechanizmy planowania polityki zagranicznej, w dużej mierze mającej na celu zapewnienie wspieranemu przez państwo sektorowi korporacyjnemu swobodnego, globalnego dostępu do rynków i surowców naturalnych oraz uniemożliwienie innym państwom podejmowania działań na rzecz niezależnego rozwoju.

Cytat z książki Noama Chomsky’ego pt. „Rekwiem dla Amerykańskiego marzenia” z 2017 r.

Fikcyjna demokracja

Martin Gilens, jeden z wiodących politologów, przeprowadził ważne badania nad związkiem między stanowiskiem opinii publicznej a treścią polityki publicznej [w USA], opierając się na danych sondażowych. Jest to kwestia względnie łatwa do przestudiowania – politykę po prostu obserwujesz, zaś punkt widzenia opinii publicznej znasz z przeprowadzanych często ankiet.

W jednej z analiz Gilens sięgnął wraz z innym cenionym politologiem Benjaminem Page’m po blisko 1,700 decyzji politycznych i porównał je ze zdaniem obywateli oraz zapatrywaniami sfery biznesu. Naukowcy ujawnili, że polityka nie koreluje ze stanowiskiem opinii publicznej, natomiast jest ściśle skorelowana z interesami korporacyjnymi. W kolejnej pracy wykazał, iż mniej więcej 70% społeczeństwa [amerykańskiego] nie ma żadnego wpływu na politykę – równie dobrze mogłoby mieszkać w innym kraju. Wpływ na politykę publiczną zwiększa się wraz z rosnącym poziomem dochodów i zamożności – bogaci zasadniczo otrzymują to, czego się domagają. Dane sondażowe nie są dostatecznie doprecyzowane, aby można było wejrzeć poza 10% najbogatszych obywateli, co wprowadza w błąd, gdyż rzeczywista władza koncentruje się w ułamku 1%. Gdyby jednak dochodzenie posunęło się dalej, jego ustalenia byłyby oczywiste: bogacze dostają dokładnie to, czego chcą, ponieważ to oni wszystkim zarządzają.

Wpisy powiązane tematycznie: „Globalizacja kontra życie”, „Niekończąca się wojna”, „Wojna to przekręt”, „Rekordowe globalne wydatki na zbrojenia w 2017 r.”.

Tłumaczenie: exignorant

Opublikowano Imperialne wojny, militaryzm i terror państwowy

Rekordowe zadłużenie świata w 2017 r. (uzupełnienie: 17.06.2018)

Operacja ratowania gospodarki globalnej trwa już blisko dekadę. Z każdym kolejnym rokiem bodziec fiskalny powinien maleć, ponieważ sytuacja makroekonomiczna rzekomo ulega poprawie. Tymczasem w 2017 r. System Rezerwy Federalnej, Europejski Bank Centralny i Bank Japonii wydrukowały największą porcję waluty od 2008 r. – ponad 2,5 biliona dolarów. Prezesi uspokajają, że wszystko jest w porządku, ale ich poczynania wskazują na stan alarmowy. Nawet Robert Shiller, laureat Nobla w dziedzinie ekonomii, przyznaje, że obecna „cisza przed burzą” nie pozwala mu zasnąć. Analitycy, którzy od 2011 r. zapowiadają „korektę” na giełdzie papierów wartościowych, są „zaskoczeni, zaszokowani i zaniepokojeni” faktem, iż nadal do niej nie doszło. Swoje prognozy nieuniknionego krachu formułowali w oparciu o obowiązujące zasady i przepisy. Bankierzy centralni nieoczekiwanie postanowili je złamać, by podtrzymać iluzję wzrostu. Jednak ich monetarny i społeczny eksperyment podlega prawom fizyki, których zmienić nie zdołają.

Cytat z artykułu Nomi Prins analityczki finansowej i byłej członkini kadry kierowniczej banków Goldman Sachs i Lehman Brothers – z 26 kwietnia 2018.

Moje badanie ujawniło sposób, w jaki banki centralne i potężne instytucje finansowe wspólnie manipulują globalnymi rynkami [od 2008 r.]. Główne banki centralne wystawiły sobie czek in blanco na wskrzeszenie problematycznych banków, zakup obligacji rządowych, hipotecznych i korporacyjnych, a nawet akcji (przypadek Japonii i Szwajcarii). Nie musiały tłumaczyć opinii publicznej, gdzie trafiają te fundusze i w jakim celu. Ich polityka rozpieszczania banków prywatnych i korporacji, prowadzona pod pozorem niesienia pomocy prawdziwej gospodarce, napompowała bańkę spekulacyjną.

Utrzymywanie zerowego oprocentowania i kupowanie obligacji przez banki centralne w USA, Europie i Japonii stanowi skoordynowany wysiłek, który maskuje potencjalną niestabilność finansową największych krajów i banków prywatnych. To z kolei tworzy bańki aktywów, których pęknięcie wywoła jeszcze większy kryzys. Znajdujemy się dzisiaj blisko krawędzi przepaści finansowej. Ryzyko, jakie niesie ze sobą postępowanie banków prywatnych, istnieje nadal, aczkolwiek podmioty te rozrosły się bardziej niż w latach 2007-2008 i operują w przestrzeni znacznie większego zadłużenia.

Podsumowanie wywiadu z Janisem Warufakisem, doktorem ekonomii, który od 27 stycznia do 6 lipca 2015 r. pełnił funkcję ministra finansów Grecji podczas decydującej fazy kryzysu zadłużenia kraju.

Janis Warufakis był jednym z liderów inicjatywy, którą nazywa „ucieczką z więzienia” – podjętej przez grecki naród, nieudanej próby wyrwania się z zabójczego cyklu zadłużenia i oszczędności fiskalnych, który wypatroszył państwo opiekuńcze i wyniszczył społeczeństwo. Ekonomista ostrzega, że choroba Grecji rozprzestrzeniła się wszędzie, tylko znajduje się na różnym poziomie zaawansowania. W kryzysie tym nigdy nie chodziło o poczynania pojedynczego, nieodpowiedzialnego państwa, którego rząd był rozrzutny, zaś obywatele chcieli mieć wszystko za darmo. Po krachu w 2008 r. charakter systemu finansowego strefy euro praktycznie nie dał Grekom wyboru. Podczas negocjacji w 2015 r. resort Warufakisa nie chciał kolejnego „pakietu ratunkowego”, czyli niemożliwej do spłacenia pożyczki – był zatem bardziej odpowiedzialny pod względem fiskalnym niż europejscy mediatorzy i architekci późniejszego porozumienia. Grecka rebelia została zdławiona z powodów politycznych, ponieważ groziła obnażeniem prowadzonej gry pozorów i podkopaniem wiarygodności całego porządku gospodarczego.

Prawdziwe mechanizmy funkcjonowania świata są ukrywane za pośrednictwem fałszywych narracji, rozpowszechnianych w sferze publicznej. Warufakis opisał je w książce Adults in the Room z 2017 r. – potwierdził, że kapitalizm zdechł w 2008 r. i cała zachodnia gospodarka to jeden wielki szwindel, którego skala jest miliony razy większa od wyobrażeń i ambicji Berniego Madoffa, autora niesławnej piramidy. Mamy do czynienia z globalną manipulacją opartą na manewrowaniu zadłużeniem, które przesłania systemowe pęknięcia. Doktor określa obecny twór mianem „bankrucji”, ponieważ ogromne, zbankrutowane lub będące na krawędzi bankructwa instytucje finansowe panują nad resztą społeczeństwa. Ludzie nimi zarządzający doskonale rozumieją, że całe to „przedsięwzięcie” jest oszustwem skazanym na druzgocącą klęskę. Mówią o tym otwarcie podczas spotkań odbywających się za zamkniętymi drzwiami. Po prostu próbują utrzymać domek kart. Dzierżą władzę, choć jednocześnie pozostają bezsilni.

Fragment artykułu Stevena St. Angelo – niezależnego analityka rynków finansowych i metali szlachetnych – z 4 czerwca 2018.

Stany Zjednoczone i światowe gospodarki dławią się ogromnym zadłużeniem. Mimo iż Wall Street i media finansowe głównego nurtu informacyjnego w swoich racjonalizacjach interpretują gwałtowny wzrost długu jako zwyczajny koszt prowadzenia działalności gospodarczej, to kruszejący fundament systemu zwiastuje katastrofę gospodarczą.

Oczywiście może do niej nie dojść w bieżącym czy nawet przyszłym roku, ale sytuacja ulega pogorszeniu w sposób wykładniczy. Tak więc tłum, który kibicuje rosnącym wartościom akcji, obligacji i nieruchomości, będzie usatysfakcjonowany do momentu, gdy silnik gospodarki zostanie zniszczony całkowicie.

Tak, całkowicie. W prezentowanej analizie brakuje jednego drobiazgu – energii. Typowy współczesny ekonomista przygląda się rynkom globalnym niczym dziecko, które czeka, aż wróżka-zębuszka wymieni mu ząb na 20 dolarów. Eksperci nurtu głównego obserwują siły rynkowe, procenty i wartości zapisane na kartce papieru lub wyświetlone na monitorze. Kiedy aktywność gospodarcza zaczyna wygasać, próbują znaleźć przyczynę i przepisać lekarstwo. Zestaw rozwiązań obejmuje drukowanie pieniędzy, zwiększanie zadłużenia, zmianę stóp procentowych lub poziomu opodatkowania.

W podręczniku ekonomisty nie ma wzmianki o tym, co począć z energią. Zakłada się, że będzie dostępna zawsze i wszędzie, a jeżeli pojawią się jakiekolwiek zakłócenia podaży, wówczas z problemem upora się cena. Ze względu na nieobecność zagadnienia energii w programie nauczania studiów ekonomicznych zawód ten jest absolutną farsą.

Niestety nawet bardziej oświeceni uczniowie austriackiej szkoły ekonomii nie rozumieją termodynamiki wartości. Zamiast niej wykłada się tylko wpływ podaży i popytu na cenę. A jest on wyłącznie krótkoterminowy. Głównym czynnikiem decydującym o cenie większości usług, towarów, surowców, metali i energii jest koszt produkcji. Podaż i popyt sprawiają jedynie, że cena oscyluje wokół linii trendu kosztu produkcji.

Według Instytutu Finansów Międzynarodowych (Institute of International Finance – IIF) globalny dług osiągnął w 2017 r. rekordowy poziom 237 bilionów dolarów. W minionym sezonie był on niższy o 21 bilionów dolarów. Porównajmy ten wynik ze wzrostem PKB świata o 3,9 biliona dolarów w 2017 r. (z 75,4 biliona dolarów w 2016 r. do 79,3 biliona dolarów w 2017 r.). Gdy 21 bilionów dolarów nowego zadłużenia globalnego dzielimy przez 3,9 biliona dolarów światowego wzrostu PKB, okazuje się, że na każdego nowego dolara PKB przypada 5,4 dolara nowego zadłużenia. Chociaż wartości na wykresie sugerują, iż rośnie ono coraz szybciej, to w skali roku występują wahania. Na przykład w okresie 2000–2009 było wyższe niż w latach 2010–2017.

Roczne odsetki od 237 bilionów dolarów światowego długu muszą być horrendalne. Nie mam pojęcia, jakie jest średnie oprocentowanie tego zadłużenia, ale nawet jeżeli przyjmiemy powściągliwe 2%, to otrzymamy kwotę 4,7 biliona dolarów. Czy świat mógł sobie pozwolić na zapłacenie 4,7 biliona dolarów odsetek, skoro wzrost globalnego PKB wyniósł w zeszłym roku tylko 4 biliony dolarów? Przedstawiam proste założenia. Jeśli globalne zadłużenie rośnie, to samo dzieje się z kosztem jego obsługi. Kiedy oprocentowanie długu zaczyna konkurować z globalnym wzrostem PKB, pojawia się poważny problem. W najbliższych latach spadek EROI i termodynamika wyczerpywania się ropy naftowej zredukują PKB świata.

Niektórzy analitycy metali szlachetnych są przeświadczeni, że gospodarka Stanów Zjednoczonych znowu zacznie rosnąć: trzeba tylko pozwolić, by skorumpowany (i zbankrutowany) system bankowy upadł, a po bolesnym okresie przejściowym z pewnością nadejdzie ożywienie gospodarcze. Nic podobnego nigdy nie nastąpi. Dlaczego? Wielu komentatorów w mediach alternatywnych i w społeczności metali szlachetnych nie rozumie sytuacji energetycznej. Wzorem ekonomistów popełniają ten sam błąd – analizują rynki i prognozują ich przyszłość nie biorąc pod uwagę energii.

Dekady ekspansji zadłużenia i lewarowania ostatecznie doprowadzą do implozji systemu. Moment ten jest coraz bliżej.

Nawet częściowe załamanie gospodarki świata wywrze natychmiastowy wpływ na klimat. Aerozole przemysłowe blokują faktyczną wartość antropogenicznego ocieplenia Ziemi. Analiza opublikowana 20 maja 2013 przez Journal of Geophysical Research: Atmospheres dowiodła, że wystarczy zaledwie 35-procentowa redukcja globalnych emisji aerozoli – wywołana upadkiem gospodarczym jednego z motorów globalizacji (USA, Europy lub Chin) – aby średnia temperatura planety podniosła się o dodatkowy 1°C. Krytyczny próg ocieplenia zostałby przekroczony w ciągu kilku tygodni.

Wpisy powiązane tematycznie: „Termodynamiczny upadek ropy naftowej, „Studium globalnego upadku systemowego”, „Granice wzrostu: Jak mamy zareagować?”.

Tłumaczenie: exignorant

Opublikowano Gospodarka, finanse, surowce i energia

Najgorszy błąd ludzkości

Fragment artykułu Jareda Diamonda – m.in. antropologa, biologa ewolucyjnego, biogeografa i badacza upadków cywilizacji.

Nauka dokonała dramatycznej korekty naszego gatunkowego autoportretu malowanego próżnością i poczuciem wyższości. Astronomia nauczyła nas, że Ziemia nie jest centrum wszechświata, lecz jednym z miliardów ciał niebieskich. Od biologów dowiedzieliśmy się, że nie jesteśmy osobnym, wyjątkowym tworem Boga, tylko ewoluowaliśmy i ewoluujemy wraz z milionami innych gatunków. Teraz archeologia burzy święte przekonanie o tym, że ostatni milion lat ludzkiej historii jest w istocie długą opowieścią o postępie. Ostatnie odkrycia przekonują, iż wprowadzenie rolnictwa, rzekomo stanowiącego najważniejszy krok ku lepszemu życiu, było pod wieloma względami katastrofą, po której nigdy nie zdołaliśmy się pozbierać. Wraz z rolnictwem nadeszła era nierówności społecznej, nierówności płci, chorób i despotyzmu.

Pogląd progresywistyczny głosił, że nasza egzystencja uległa poprawie 10 000 lat temu, gdy porzuciliśmy zbieractwo i łowiectwo. Do niedawna archeolodzy musieli testować tę hipotezę w sposób pośredni. Ku powszechnemu zdumieniu wyniki nie przyniosły spodziewanego jej potwierdzenia. Oto przykład testu pośredniego: czy łowcy-zbieracze z XX wieku są naprawdę w gorszej sytuacji od rolników? Kilkadziesiąt rozsianych po całym świecie grup ludzi „prymitywnych”, takich jak Buszmeni z Kalahari, wciąż realizuje model życia naszych protoplastów. Okazuje się, że mają dużo wolnego czasu, śpią długo i pracują nieporównanie mniej niż ich sąsiedzi-rolnicy. Na zdobycie pożywienia plemię Buszmenów poświęca tygodniowo 12–19 godzin, z kolei koczownikom Hadza wystarczy maksymalnie 14 godzin. Zapytany, dlaczego nie naśladuje szczepów zajmujących się uprawą, jeden z Buszmenów odparł: Dlaczego mielibyśmy to robić, skoro na świecie jest mnóstwo orzechów mongongo?.

Podczas gdy rolnicy koncentrują się na uprawach bogatych w węglowodany (m.in. ryż i ziemniaki), menu dzisiejszych myśliwych-zbieraczy, na które składają się dzikie rośliny i zwierzęta, zapewnia więcej białka i lepszą równowagę innych substancji odżywczych. Jedno z badań ujawniło, iż Buszmeni spożywają 2 140 kalorii i 93 gramy białka dziennie, czyli dawkę wyższą od zalecanej osobom o podobnej posturze. Jako że Buszmeni konsumują około 75 różnych, dziko rosnących roślin, nie grozi im śmierć głodowa, która dotknęła chociażby setki tysięcy irlandzkich rolników i ich rodzin w latach 40. XIX wieku (Wielki głód ziemniaczany).

Plemię Dessana (autor: D. Lazar).

Codzienność ocalałych, współczesnych łowców-zbieraczy nie jest bynajmniej okropna i brutalna, mimo że rolnicy zepchnęli ich na jedne z najbardziej nieprzystępnych obszarów świata. Jednak byt społeczności zbieracko-łowieckich, które od tysięcy lat mają kontakt ze społeczeństwami rolniczymi, nie mówi nam o warunkach, jakie panowały przed rewolucją rolną. Według perspektywy progresywistycznej odnoszącej się do odległej przeszłości żywot ludzi niecywilizowanych polepszył się, gdy zrezygnowali ze zbieractwa na rzecz rolnictwa. Archeolodzy analizują prehistoryczne wysypiska śmieci i potrafią określić datę tego przejścia oddzielając szczątki dzikiej fauny i flory od pozostałości roślin i zwierząt udomowionych.

Jak można wydedukować stan zdrowia prehistorycznych producentów śmieci i tym samym bezpośrednio zweryfikować trafność poglądu progresywistycznego? Udzielenie odpowiedzi na to pytanie stało się możliwe dopiero w ostatnich latach, częściowo dzięki nowym technikom paleopatologii – nauce, która studiuje ślady chorób znalezione w prochach starożytnych ludów. W okolicznościach sprzyjających paleopatolog ma dzisiaj do dyspozycji równie bogaty materiał do studiowania, co zwykły patolog. Na przykład zmumifikowane ciała znalezione na pustyniach w Chile były tak dobrze zachowane, że ich autopsja ustaliła, w jakiej były kondycji w chwili śmierci. Natomiast odchody dawno zmarłych Indian, którzy mieszkali w suchych jaskiniach w Nevadzie, zbadano na obecność pasożytów.

Zwykle jedynym dostępnym materiałem badawczym są ludzkie szkielety. Pozwalają one na wyciągniecie zadziwiająco wielu wniosków. Przede wszystkim kościec ujawnia płeć, wagę i przybliżony wiek denata/denatki. Gdy szkieletów jest wiele, co nie zdarza się często, zestawia się tabele umieralności, takie jak te, które firmy ubezpieczeniowe wykorzystują do obliczania spodziewanej długości życia i ryzyka śmierci. Paleopatolodzy mogą też obliczyć tempo wzrostu (w oparciu o pomiar kości osób w różnym wieku), dokonać przeglądu uzębienia pod kątem defektów szkliwa (oznaki niedożywienia w dzieciństwie) i rozpoznać blizny pozostawione na kościach przez niedokrwistość, gruźlicę, trąd i inne przypadłości.

Paleopatolodzy odczytali ze szkieletów historyczne różnice we wzroście ludzi. Szkielety myśliwych-zbieraczy z Grecji i Turcji pokazują, że pod koniec epok lodowcowych mężczyźni mierzyli średnio 180 cm, zaś kobiety 170 cm. Po wprowadzeniu rolnictwa doszło do gwałtownego spadku tych wartości – w 3000 roku p.n.e. mężczyźni mieli średnio 160 cm wzrostu, a kobiety 150 cm. Odwrócenie trendu nastąpiło bardzo wolno przed nadejściem czasów klasycznych, ale współcześni Grecy i Turcy nie odzyskali przeciętnego wzrostu swoich odległych przodków.

Kolejnym przykładem paleopatologii stosowanej jest analiza szkieletów indiańskich z kurhanów w dolinach rzek Illinois i Ohio. W pobliżu miejscowości Dickson Mounds archeolodzy wykopali około 800 egzemplarzy, które przedstawiają obraz zmian zdrowotnych, jakie zaszły ok. 1150 roku, kiedy kultura zbieracko-łowiecka ustąpiła miejsca intensywnej kultywacji kukurydzy. Badania George’a Armelagosa i jego kolegów z Uniwersytetu Massachusetts odkryły, że ci wcześni rolnicy zapłacili wysoką cenę za nowy styl życia. W porównaniu ze zbiorowościami poprzedników zajmujących się łowiectwem i zbieractwem w ich szeregach było 50% więcej uszkodzeń szkliwa, czterokrotnie więcej przypadków anemii wskutek deficytu żelaza (świadczy o nim choroba kości o nazwie hiperostoza), trzykrotnej więcej zmian chorobowych kości (były one konsekwencją chorób zakaźnych) i zwyrodnień kręgosłupa (prawdopodobnie spowodowała je ciężka praca fizyczna). W epoce przed-rolniczej ludzie żyli dłużej niż w społecznościach rolniczych. Tak więc stres żywieniowy i choroby zakaźne wywierały poważny wpływ na zdolność przetrwania.

Co najmniej trzy powody wyjaśniają, dlaczego rolnictwo było szkodliwe dla zdrowia. Po pierwsze łowcy-zbieracze mieli urozmaiconą dietę, natomiast wcześni rolnicy żywili się jedną lub kilkoma roślinami skrobiowymi. Tanie kalorie były uzyskiwane kosztem złego odżywiania. (Dzisiaj tylko trzy wysoko-węglowodanowe rośliny – pszenica, ryż i kukurydza – dostarczają większość kalorii konsumowanych przez gatunek ludzki, ale każda z nich wykazuje niedobór niezbędnych do życia witamin lub aminokwasów.) Po drugie rolnikom zagrażał głód, gdyż byli zależni od ograniczonej liczby roślin uprawnych – wystarczyło, że klęska nieurodzaju spustoszyła jedną z nich. Po trzecie rolnictwo skłoniło ludzi do tłoczenia się w jednym miejscu i formowania większych społeczności, które często prowadziły handel z obcymi społecznościami, co sprzyjało rozprzestrzenianiu pasożytów i chorób zakaźnych. Epidemie nie mogły zaistnieć, gdy populacje miały małą liczebność, były rozproszone, mobilne i obozowały tymczasowo. Gruźlica i biegunka musiały czekać na pojawienie się rolnictwa, zaś odra i dżuma na powstanie miast.

Poza niedożywieniem, głodem i epidemiami uprawa roli przyniosła kolejne przekleństwo ludzkości: głębokie podziały klasowe. Myśliwi-zbieracze nie gromadzą pokarmu i nie posiadają żadnych skoncentrowanych jego źródeł (np. sadów i stad krów) – spożywają dzikie rośliny i zwierzęta, które zdobywają każdego dnia. Dlatego nie mogą wyłonić się królowie czy jakakolwiek klasa pasożytów społecznych, która tuczy się żywnością przejętą od innych. Ciesząca się dobrym zdrowiem, bezproduktywna elita mogła postawić siebie ponad dręczonymi przez choroby masami wyłącznie w społeczeństwach rolniczych. Szkielety z greckich grobowców w Mykenach z ok. 1500 roku p.n.e. sugerują, że rodziny królewskie raczyły się bardziej urozmaiconym jadłem niż poddani, ponieważ ich członkowie byli wyżsi o 10 cm i mieli lepsze uzębienie (przeciętnie jeden ubytek lub brakujący ząb zamiast sześciu). Wśród chilijskich mumii z ok. 1000 roku p.n.e. elitę wyróżniały nie tylko ornamenty i złote spinki do włosów, lecz także czterokrotnie mniejsza liczba chorobowych zmian kostnych. Podobne kontrasty w żywieniu i zdrowiu utrzymują się nadal w skali globalnej.

Rolnictwo sprzyjało nierównościom między płciami. Uwolnione od konieczności transportowania swoich dzieci (narzuconej przez bytowanie koczownicze) i pozostające pod presją regularnej prokreacji (podyktowanej potrzebą zapewnienia dodatkowych rąk do pracy w polu), chłopki rodziły częściej od kobiet z plemion zbieracko-łowieckich, co w konsekwencji poważnie osłabiało ich odporność. Na przykład u żeńskich mumii chilijskich częściej niż u męskich występują ślady wskazujące na przebycie choroby zakaźnej.

Kobiety w społeczeństwach rolniczych wykorzystuje się też jako zwierzęta juczne. W Nowej Gwinei często widywałem je, jak zataczają się pod ciężarem warzyw i drewna opałowego, tymczasem mężczyźni chodzą bez balastu. Kiedy byłem tam na wyprawie ornitologicznej, zaoferowałem, że zapłacę kilku miejscowym chłopom za przeniesienie ekwipunku z lądowiska do obozu w górach. Najwięcej ważył 50-kilogramowy worek ryżu, który przywiązałem do słupa i przydzieliłem zespołowi czterech męskich tragarzy. Dopiero gdy do nich dołączyłem, zorientowałem się, że mężczyźni nieśli lekkie ładunki, a filigranowa kobieta taszczyła ryż – była lżejsza od worka, który podtrzymywała przepaską oplatającą jej czoło i skronie.

Zatem rolnictwo stworzyło zamożne elity, a byt zdecydowanej większości ludzi uległ znacznemu pogorszeniu. Zamiast bezkrytycznie akceptować progresywistyczną linię programową, zgodnie z którą wybraliśmy rolnictwo, ponieważ było to dla nas ze wszech miar korzystne, musimy zapytać, jak wpadliśmy w tę pułapkę. Jedną z odpowiedzi jest maksyma „siła w liczbie”. Rolnictwo mogło utrzymać więcej osób, choć było to równoznaczne z obniżeniem jakości życia. (Gęstość zaludnienia łowców-zbieraczy sporadycznie przekracza jedną osobę na 25 kilometrów kwadratowych; u rolników jest 100 razy większa.) Po części dlatego, że pole zasiane rośliną jadalną dostarczy więcej pokarmu niż las, gdzie rośliny jadalne są rozproszone. Poza tym myśliwi-zbieracze muszą wydawać potomstwo w odstępach czteroletnich – uśmiercając noworodki lub stosując różne formy antykoncepcji – ponieważ matka nosi dziecko do chwili, gdy będzie ono wystarczająco samodzielne, by nadążyć za dorosłymi. Kobiety żyjące na roli nie mają takich ograniczeń i mogą zachodzić w ciążę co dwa lata.

Pod koniec epok lodowcowych gęstość zaludnienia myśliwych-zbieraczy powoli rosła. Plemiona stawały przed dylematem: nakarmić dodatkowych współplemieńców plonami eksperymentalnych upraw lub szukać sposobu na ograniczenie swojej liczebności. Niektóre grupy zdecydowały się na pierwsze rozwiązanie, bo nie dostrzegły ciemnych stron rolnictwa i dały się uwieść przelotnej obfitości zbiorów, którą cieszyły się, dopóki popyt nie przerósł zwiększonej podaży pożywienia. Takie społeczności przepędzały lub zabijały łowców-zbieraczy, ponieważ setka niedożywionych rolników poradzi sobie z jednym zdrowym myśliwym. Rozsądne szczepy, które nie porzuciły tradycji, zostały usunięte ze wszystkich obszarów, które chcieli przejąć rolnicy.

Warto w tym miejscu przypomnieć o dyżurnym zarzucie, że archeologia jest luksusem, zajmuje się odległą przeszłością i nie edukuje teraźniejszości. Archeolodzy badający narodziny rolnictwa zrekonstruowali kluczowy etap, w którym popełniliśmy najgorszy błąd w historii naszego gatunku. Zmuszeni do wyboru między ograniczaniem populacji a próbą zwielokrotnienia produkcji żywności, sięgnęliśmy po to drugie i zafundowaliśmy sobie głód, wojnę i tyranię. Styl życia praktykowany przez łowców-zbieraczy był najbardziej udanym i długowiecznym w dziejach Homo sapiens.

Badanie opublikowane 17 marca 2017 w czasopiśmie The Lancet ustaliło, że najzdrowsi ludzie mieszkają obecnie w lasach Boliwii i są członkami plemienia łowców-zbieraczy Tsimane.

Żyzny Półksiężyc: pustynia w Iraku.

Skrót wywiadu z ekolożką.

Rolnictwo jest fundamentem cywilizacji. To organizacja warunków życia, która nie miała przyszłości. Rasa ludzka uzależniła się od niego całkowicie (za wyjątkiem kilkudziesięciu ostatnich plemion myśliwych-zbieraczy).

Rolnictwo w ujęciu zasadniczym: bierzemy połać ziemi, usuwamy wszystko, co na niej żyje (z bakteriami włącznie), a potem uprawiamy z myślą o ludzkim użytkowaniu. Jest to równoznaczne z czystką biotyczną. Miliony organizmów, które powinny tu żyć, nie mają gdzie się podziać. Następuje masowe wymieranie. Zamiast dzielić Ziemię z innymi istotami, których większość wykonuje pracę podtrzymującą planetarne życie, rozmnażamy się bez opamiętania. Dlatego od 10 000 lat nasza populacja powiększa się nieprzerwanie.

Dewastujemy przy tym wierzchnią warstwę gleby, czyli podstawę lądowego życia. Nasze istnienie zawdzięczamy górnym 15 centymetrom gruntu i stabilnemu klimatowi. Około 80% spożywanych przez nas kalorii dostarczają uprawy. Gleba kopalna jest wynikiem procesu przebiegającego wiele stuleci. Jeden sezon kultywacji pszenicy, kukurydzy czy soi zużywa glebę, która powstawała przez 2 000 lat.

Przed swoim oknem mamy skrawek ziemi porośnięty trawą. Chcemy zamienić go w ogródek. Co robimy? Usuwamy murawę. Nie możemy tak po prostu sypnąć nasionami i liczyć na to, że coś się wydarzy. Nasiona roślin udomowionych nie poradzą sobie z trawą, która jest niemal niezniszczalna. Będziemy kopać kilkakrotnie, by się jej pozbyć. Kiedy podłoże zostanie „oczyszczone”, zasiejemy naszą wymarzoną roślinę jednoroczną – sałatę, pomidor itp. W przyszłym sezonie już się nie odrodzi. Tylko rośliny wieloletnie mogą rosnąć przez 2 000/3 000 lat (np. sekwoje).

Obie rodziny roślin są absolutnie niezbędne. Pełnią odmienne funkcje. Korzenie roślin wieloletnich penetrują głęboko, kruszą skały. W ten sposób udostępniają selen, magnez i żelazo reszcie mieszkańców planety. Odpowiadają więc za recyrkulację minerałów – transportują je na powierzchnię. Bez tego procesu nasze życie dobiegłoby końca. Rośliny jednoroczne są płytko ukorzenione, a ich przeznaczeniem jest wydanie dużego owocu z nasionami. 

Długie korzenie roślin wieloletnich uzupełniają zasoby wód gruntowych. Każda odnoga jest ważna. Kiedy przejdą opady, deszczówka nie może wniknąć głęboko w glebę, „podróżuje” więc kanałami systemu korzeni. Kiedy społeczność życia potrzebuje jej latem (w porze suchej), pompują wodę w górę i utrzymują wszystkich przy życiu. Trzecia ważna rola roślin wieloletnich: tworzą osłonę gruntów. Las i preria przykrywają ziemię. Dochodzi tam do rozkładu materii roślinnej. Bez tej ochrony gleba po prostu umiera: słońce ją praży, deszcz zbija, wiatr rozdmuchuje. Ostatecznie zamienia się w pył.

Roślin jednorocznych jest w mnóstwo. Wniosek: przyroda lubi oportunistów. Klęski żywiołowe (pożar, powódź, trzęsienie lub osunięcie ziemi) obnażają glebę. Sytuacja kryzysowa. Baza życia jest zagrożona. Rośliny jednoroczne korzystają z okazji, że katastrofa wytrzebiła ich wieloletnich konkurentów – aktywizują się. Przez rok lub dwa „bandażują” ziemię, po czym ustępują pola lasom i trawom, które zabliźniają powstałe rany.

Odkąd zajmujemy się rolnictwem, stan klęski żywiołowej ma charakter permanentny. Ażeby dać szansę roślinom jednorocznym, musimy wykarczować las, oczyścić ziemię i dokonać zasiewu. Destrukcja lasów i traw na całym świecie zapewnia dominację monokultur. To wojna z żywym światem, który nie chce być monokulturą. Ziemia chroni glebę, życie nie poddaje się. Wszystkie rośliny i zwierzęta pragną odzyskać i zachować swój dom. A my nie pozwalamy im na powrót. Nie składamy broni.

Właśnie tym jest rolnictwo. Nie rozpoznajemy jego prawdziwego oblicza, ponieważ od prawie 10 000 lat egzystujemy w społeczeństwie agrarnym. Pojawiło się ono w rejonie Mezopotamii. Ekspansja monokultur stopniowo objęła Europę, Amerykę Południową i pozostałe obszary Ziemi. Koniec tego „epizodu” nadszedł w latach 50. XX wieku – wyniszczyliśmy górny, próchniczy poziom gleby. Od tamtej pory konsumujemy paliwa kopalne: w uprzemysłowionym świecie w jednej kalorii żywności jest 10 kalorii energii węglowodorowej.

Żywot cywilizacji trwa maksymalnie 2 000 lat. Upadek następuje z chwilą pogorszenia jakości podłoża uprawnego. Spójrzmy na współczesny Irak, czyli kolebkę rolnictwa. U początków cywilizacji był to Żyzny Półksiężyc. Dzisiaj pokrywają go kamienie i piach. Wszystkie rejony świata, gdzie rodziło się rolnictwo, podzieliły ten los.

Ziemia utraciła już 90% lasów i 99% prerii. Obdarliśmy ją ze skóry i spowodowaliśmy wielkie wymieranie gatunków. Z kolei wydobycie kopalin przyniosło osobny horror – zmianę klimatu.

Finał karczowania lasów i osuszania mokradeł jest zawsze taki sam: śmierć.

Wpisy powiązane tematycznie: „Łowcy-zbieracze i mitologia rynku”Badanie: Człowiek cywilizowany zgładził 83% dzikich ssaków i 50% roślin Ziemi”, „Nowa era niedoborów żywności – echo upadłych cywilizacji”.

Opracował: exignorant

Opublikowano Upadek cywilizacji, Wymieranie gatunków

Badanie: Człowiek cywilizowany zgładził 83% dzikich ssaków i 50% roślin Ziemi

Wpis na podstawie artykułu z 21 maja 2018.

Przełomowy pomiar ciężaru ziemskiego życia ujawnił, że gatunkiem wywierającym największy wpływ na biosferę jest Homo sapiens. Miarą tej „supremacji” jest eksterminacja przyrody. Chociaż licząca 7,6 miliarda osobników ludzkość stanowi zaledwie 0,01% wszystkich żywych organizmów, to od zarania cywilizacji zdołała zgładzić 83% dzikich ssaków i 50% roślin.

Badanie zamieszczone 21 maja 2018 w Proceedings of the National Academy of Sciences po raz pierwszy oszacowało wagę każdej z klas żywych istot i obaliło niektóre od dawna przyjęte założenia. Bakterie rzeczywiście są wszechobecne – ich udział w mozaice życia to 13% – ale dominują rośliny, które tworzą 82% całej materii organicznej. Wszystkie inne gatunki, od owadów po grzyby, ryby i zwierzęta, składają się na 5% biomasy Ziemi. Kolejną niespodzianką jest to, że stworzenia oceaniczne to zaledwie 1% planetarnej rodziny. Zdecydowana większość mieszkańców „błękitnej kropki” występuje na lądzie, choć jej ósmą część stanowią bakterie znajdujące się pod powierzchnią.

Nowa analiza ustaliła również, że zbiorowość ptaków składa się w 70% z drobiu hodowlanego. W przypadku ssaków obraz jest jeszcze bardziej ponury – 60% to zwierzęta gospodarskie, głównie bydło i świnie, 36% to ludzie, a tylko 4% to dzikie zwierzęta. „Oszałamiający wynik”, powiedział prof. Ron Milo z Instytutu Naukowego Weizmanna w Izraelu (The Weizmann Institute of Science), główny autor pracy badawczej. „W filmach przyrodniczych widzimy ogromne stada różnorodnych ptaków, a my stwierdziliśmy, że tych udomowionych jest nieporównanie więcej”.

Spowodowana działalnością rolniczą, wycinką drzew i „zagospodarowaniem” destrukcja naturalnych siedlisk jest przyczyną trwającego już szóstego wielkiego wymierania planetarnego. Połowa ziemskich zwierząt została wytrzebiona w ciągu ostatnich 50 lat. Pełny zakres niewyobrażalnego zaniku ziemskiego życia naukowcy określili poprzez porównanie nowych szacunków z sytuacją, jaka panowała przed nadejściem rolnictwa, a później rewolucji przemysłowej. Przetrwała jedna szósta dzikich ssaków – np. trzy wieki wielorybnictwa pozostawiły w oceanach tylko jedną piątą ssaków morskich.

Wpisy powiązane tematycznie: „Badania: Trwa szóste planetarne wymieranie wywołane przez człowieka cywilizowanego”, „Bateria chemicznej energii Ziemi jest na wyczerpaniu”, „Badanie: Wymarcie gatunków morskich przed rokiem 2048”, „Raport o stanie planety: Od 1970 roku skonsumowaliśmy połowę ziemskiej różnorodności życia”, „Autor ‚śladu ekologicznego’: Człowiek zepchnął dziką przyrodę i siebie na krawędź istnienia”.

Opracował: exignorant

Opublikowano Wymieranie gatunków