„Nie byliśmy w stanie sobie tego wyobrazić…”

Obecna szybkość topnienia lodu na Antarktydzie i Grenlandii pokrywa się już z najbardziej ponurą prognozą opracowaną przez globalnych naukowców. Eksperci z brytyjskiego Uniwersytetu w Leeds i duńskiego Instytutu Meteorologicznego opublikowali 31 sierpnia 2020 r. na łamach Nature Climate Change badanie, które wykazało, że najczarniejszy scenariusz, przed którym ostrzegał Międzyrządowy Zespół ds. Zmiany Klimatu (IPCC), staje się rzeczywistością. Tempo, w jakim topnieją lądolody, przyspieszyło w ostatnich latach bardziej, niż byliśmy to sobie w stanie wyobrazić, przyznał dr Tom Slater, główny autor analizy. Wyprzedza ono wskazania modeli klimatycznych, które służą nam za drogowskaz. Uczeni ostrzegają, iż skutki obserwowanego trendu mogą być „katastrofalne” nawet w ciągu najbliższych dwóch dekad.

Przewidziane nadejście Atlantydy

Fragment książki „Koniec lodu” Dahra Jamaila w przekładzie Aleksandry Paszkowskiej (wyd. „Krytyka polityczna”, 2020).

Następnego ranka udaję się na główny kampus Uniwersytetu Miami w Coral Gables, by spotkać się z doktorem Haroldem Wanlessem, profesorem i dyrektorem tamtejszego Wydziału Geologii. Jako posiadacz licencjatu z geologii w Princeton, tytułu magistra nauk Uniwersytetu Miami w dziedzinie geologii morza oraz tytułu doktora Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa w dziedzinie nauk o Ziemi i innych planetach, Wanless jest najodpowiedniejszą osobą, by całościowo przedstawić obraz zaburzenia klimatu. Obecnie siedemdziesięcioletni profesor śledził poziom mórz przez całą swoja karierę. W jego biurze siadamy przy stole zarzuconym książkami i segregatorami. Na ścianie wiszą zdjęcia z wycieczki na grenlandzki lądolód. Zaczynam od tego, że właśnie spotkałem się z Kirtmanem i Mowrym i poznałem ich ogląd sytuacji. Wanless mi przerywa:

Sami to schrzaniliśmy – mówi. – Kopnęliśmy w kalendarz. Spadliśmy w przepaść. To niewiarygodne, ale 93,4 procent wyprodukowanego przez nas ciepła wchłonęły oceany, z czego połowę od zaledwie 1997 roku. Gdybyśmy tylko to zatrzymali w latach 80., kiedy już wiedzieliśmy, że jest problem, byłby on mniejszy co najmniej o połowę. (…) Czy nie powinniśmy myśleć: „O Boże, co myśmy narobili”? 

Wanlessa, który od tak długiego czasu obserwuje te zmiany ze złego na gorsze, szokuje beztroskie nastawienie ogółu. Te ponure słowa są niczym wiadro zimnej wody, ale jednocześnie orzeźwiające jak powiew świeżego powietrza. Słysząc prawdę w społeczeństwie zanurzonym na różnej głębokości samooszukiwania, złe wiadomości witam z ulgą. Przy czym dostrzegam ironię sytuacji.

Wanless podsuwa mi diagram pokazujący, że prognozy IPCC dotyczące wzrostu poziomu oceanów są zaniżone, ponieważ niedoszacowują ilości topniejącego lodu na Grenlandii i w Antarktydzie.

Ogrzewanie się oceanów ma znaczny udział w ich prognozach, Grenlandia – niewielki, natomiast Antarktyda rzekomo odpowiada za maleńką ilość podnoszenia się poziomu mórz. To błąd. W ocenie z 2007 roku popełnili taki sam. W IPCC toczą się gry polityczne, a modelujący nie potrafią zajrzeć głębiej, niż pokazuje model. IPCC wykorzystuje informacje wyłącznie z publikacji recenzowanych, które już są przestarzałe o cztery czy pięć lat, a do tego dochodzą jeszcze trzy lata prac redakcyjnych, więc tak naprawdę dane te mają dziesięć lat opóźnienia. A ja patrzę na coś, co dzieje się dziś.

Harold Wanless

Wanless uważa, że IPCC uprawia „naukę konsensusu”. Chodzi mu o to, że instytucja zawsze sprowadza wszystko do najmniejszego wspólnego mianownika, czyli że osoba prezentująca najniższe prognozowane wartości spycha w dół wartość wszystkich pozostałych prognoz. Ludzie, którzy chcą zaniżać przewidywania, zawsze wywierają wpływ na ocenę, bagatelizując powagę sytuacji.

Poziom mórz rośnie szybciej, niż wskazywałyby na to modele, ponieważ modele nie biorą pod uwagę większości sprzężeń zwrotnych, które obserwujemy w przypadku topnienia lodu.

Dodatnie sprzężenia zwrotne w klimacie to jak zaklęty krąg; w tym przypadku przyspieszenie tendencji. Jak powiedział Dan Fagre: im bardziej tak jest, tym bardziej tak jest.

Wanless opowiada mi o tym, co widział w czasie swojej wycieczki na Grenlandię pięć lat wcześniej. Powierzchnia lodu ciemnieje tam na wysokości 2000 metrów nad poziomem morza i wyżej, ponieważ topnieje, a do tego osiadają na niej sadza i inne cząsteczki z atmosfery, doprowadzając do wchłaniania jeszcze większych ilości ciepła.

Grenlandia jest pełna takich sprzężeń – mówi Wanless, podając przykład wody z topnienia, która przelewa się w głąb pokrywy lodowej i ogrzewa ją jeszcze od środka. – Różnica jest taka jak między twardym masłem prosto z lodówki a miękkim, nietrzymanym w lodówce. Wszystko płynie jeszcze szybciej, a im szybciej płynie, tym szybciej pęka i tym bardziej topnieje.

Jeśli mam wieki kawał lodu, którego stopienie zajęłoby tysiąc lat, mogę go mocno połamać, a wtedy stopnieje w dwadzieścia.

Już w 2012 roku ogrzewające się wody oceaniczne „podpływały głęboko pod Grenlandię i topiły ją od spodu”.

Wanless bardzo krytycznie podchodzi do przewidywań NOAA, ponieważ nawet w najświeższych najgorszych scenariuszach podniesienia się poziomu mórz o dwa i pół metra do 2100 roku nie uwzględniła ona wystarczająco dużej ilości wody z topniejących lodowców ani „efektów wszystkich innych sprzężeń zwrotnych”.

Prawda jest taka, że za każdym razem, kiedy wydają ważne oświadczenie, zawierają w nim większe liczby – komentuje Wanless. – A wtedy te wcześniejsze skrajne prognozy nagle stają się średnimi. (…)

Wanless wyjaśnia, jak po ostatniej epoce lodowcowej, która skończyła się jakieś 11 700 lat temu, poziomy mórz wzrosły w serii gwałtownych skoków w miarę ocieplania się klimatu i niszczenia lądolodu. (…) Objętość lodu zmniejszyła się już w tempie o dekady szybszym, niż wskazywały na to modele. Tłumaczy, że już w 2002 roku doszliśmy do ubytków w lodzie przewidywanych na 2050 rok, a więc polarna pokrywa lodowa również stopnieje szybciej, niż wcześniej sądzono.

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Oprac. exignorant

Opublikowano Klimat

Raport „Żyjąca Planeta 2020”: Upadek ekosystemów, bez których ludzkość nie przetrwa, gwałtownie przyspiesza

Ssaki, ptaki, płazy, gady i ryby wymierają, a wraz z nimi znika bezpieczeństwo zapewniane przez ekosystemy podtrzymujące egzystencję ludzi. Tak brzmi konkluzja raportu Żyjąca Planeta 2020 (Living Planet Report 2020) opracowywanego co dwa lata przez World Wildlife Fund (WWF) i Towarzystwo Zoologiczne w Londynie (Zoological Society of London).

Publikacja z 10 września 2020 r. ujawniła, że w latach 1970–2016 społeczności kręgowców zmniejszyły się średnio o ponad dwie trzecie 68%. W niektórych częściach świata sytuacja jest znacznie gorsza. W Ameryce tropikalnej populacje zwierząt odnotowały w tym okresie spadek o 94%. Z kolei w wodach słodkich i ich pobliżu globalna redukcja wyniosła aż 84%.  Za połowę tej katastrofy odpowiada destrukcja siedlisk lądowych i wodnych (określana mianem „zagospodarowania”). Kolejne przyczyny to nadmierne połowy i łowy, zanieczyszczenia przemysłowe i inne, zmiana klimatu i gatunki inwazyjne.

Tym razem autorzy nie próbowali łagodzić przekazu: cywilizacja przemysłowa jest winna szkód, których tempo i ogrom nie mają historycznego precedensu. W ciągu ostatniej dekady nauka powiedziała nam wyraźnie, iż tylko nienaruszone systemy naturalne i ekosystemy mogą zapewnić nam to, czego potrzebujemy każdego dnia: czyste powietrze i wodę, stabilny klimat i zapylanie, żywność i zdrowe gleby do jej produkcji. Nasz indeks pokazuje, że bardzo szybko unicestwieniu ulega istotny ich składnik, powiedziała Rebecca Shaw, główna ekspertka z WWF, która stała na czele grupy sporządzającej analizę.

Dowody na wyniszczanie różnorodności biologicznej są jednoznaczne. Użyłem tego słowa rozmyślnie. Chcę mieć pewność, że każdy to zrozumie: „jednoznaczne” znaczy „absolutnie pewne” lub „nie pozostawiające żadnych wątpliwości”, wyjaśnił Robert Wilson, autor jednego z pierwszych rozdziałów raportu i były lider zarówno Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu ONZ (IPCC), jak i Międzyrządowej Platformy o Różnorodności Biologicznej i Ekosystemach ONZ (IPBES).

Żyjąca Planeta 2020 mówi o stanie, jaki panował w niedalekiej przeszłości. Jak wygląda teraźniejszość? W edycji z 2014 r. naukowcy poinformowali, iż w 1970–2010 Ziemia straciła 52% swojej bioróżnorodności. Najnowsze ustalenia objęły lata 1970–2016, a to oznacza, że w 2011–2016 zanikło dodatkowych 16%. Pięciolecie minione, które nie stało się jeszcze przedmiotem analizy, było najbardziej zabójczym dla planetarnego życia w holocenie: fale rekordowego ciepła i pożarów przetaczały się regularnie przez Wszechocean i ląd; cywilizacja przemysłowa pobiła rekordy niszczenia i zanieczyszczania poprzez stałe zwiększanie wydobycia i konsumpcji surowców naturalnych. W przedziale 2016–2020 różnorodność biologiczna mogła zmaleć o więcej niż 16%.

Autorzy raportu WWF alarmują, że ginąca bioróżnorodność stanowi takie samo zagrożenie egzystencjalne, jak zmiana klimatu. Wzorem innych instytucji nie wspominają o tym, iż zaburzenie systemu klimatycznego ma już postać nagłą i nieodwracalną, o czym świadczy chociażby przekroczenie większości planetarnych punktów krytycznych – definiujących równowagę między życiem a śmiercią – czy uruchomienie wielu dodatnich sprzężeń zwrotnych. Oba zjawiska łączy kluczowa zależność: badanie zamieszczone 21 stycznia 2016 r. w Astrobiology potwierdziło, że różnorodność biologiczna odegrała główną rolę w stabilizacji klimatu planety. Biosfera doświadcza zatem podwójnego uderzenia, które przesądza o jej losie.

Przeczytaj koniecznie: Badanie: Bateria chemicznej energii Ziemi jest na wyczerpaniu, Ocalić, czyli zniszczyć.

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Tłum. i oprac. exignoarnt

Opublikowano Klimat, Wymieranie gatunków

Naukowcy „wstrząśnięci” zachowaniem koralowców

Badanie opublikowane 3 marca 2020 r. w Scientific Reports odkryło, że korale kamienne, które zapewniają pożywienie i schronienie dla prawie jednej czwartej wszystkich mieszkańców Wszechoceanu, przygotowują się na wymieranie. Międzynarodowy zespół ekspertów zidentyfikował dynamiczne reakcje odpowiadające zachowaniom tych organizmów sprzed 66 milionów lat. Należy do nich zadomowienie w głębokich wodach, rozmieszczenie kosmopolityczne, niesymbiotyczne związki z algami, tworzenie pojedynczych lub małych kolonii, budowanie odporności na blaknięcie oraz ewolucyjny zwrot w stronę dominacji osobników rozwijających się wolniej.

Naukowcy sięgnęli po Czerwoną Listę Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody (IUCN) z zapisami kopalnymi (szkieletami korali) z okresu obejmującego ostatnie 250 milionów lat. Dzięki niej mogli porównać wymieranie kredowe z wymieraniem dzisiejszym. Widok korali wykazujących te same cechy co podczas ostatniej wielkiej zagłady gatunków jest niezwykle przerażający, przyznał prof. David Gruber, biolog morski z Uniwersytetu Miejskiego Nowego Jorku. Niektóre korale przygotowują się do skoku przez granicę wyginięcia, podczas gdy my wciskamy gaz do dechy. Analiza przypomina, że naczelne nie są wyposażone w zdolności, które pozwoliłby im zwiększyć szanse na przetrwanie.

Samotny koral.

Koralowce, które przeżyły kataklizm globalny, nie były budowniczymi znanych nam, niezwykle różnorodnych raf tropikalnych, tylko małymi, samotnymi organizmami, rosnącymi wolno na dużych głębokościach, powiedział Gal Dishon, biolog morski z Instytutu Oceanografii Scrippsów i główny autor pracy. Uczonych przygnębił fakt, iż odradzanie się raf  po masowym wymieraniu trwało od 2 do 10 milionów lat. Wiadomość, jaką przekazują nam koralowce, jest wstrząsająca, powiedział Gruber. Tę wyjątkowo wrażliwą grupę stworzeń morskich należy postrzegać jako faktyczny odpowiednik kanarka w kopalni.

Wielkie wymieranie planetarne w holocenie, którego przyczyną jest cywilizacja przemysłowa, przyspiesza – już w 2014 r., przed rozpoczęciem najgorętszego od milionów lat pięciolecia, gatunki ginęły 1 000 razy szybciej od normy (Conservation Biology, 2014 r.). Obserwowane tempo zmian środowiskowych nie ma precedensu w dziejach Ziemi (Nature Geoscience, 2016 r.): oceany nigdy wcześniej nie ocieplały się tak szybko, jak obecnie (Advances in Atmospheric Sciences, 2020 r.); nie ulegały tak gwałtownemu zakwaszeniu (Science, 2012 r.); nie były zanieczyszczone m.in. plastikiem (Environmental Pollution, 2020 r.) i hałasem (Ocean and Coastal Management, 2015 r.). Najlepiej poinformowani znawcy przedmiotu znowu są zaskoczeni i porażeni zachowaniem gatunku, który nie snując techno-fantazji o niepodleganiu fizycznym prawom przyrody, reaguje naturalnie na warunki panujące w realnym, śmiertelnie chorym świecie.

Przeczytaj koniecznie: Nagła zmiana klimatu: Agonia Wielkiej Rafy Koralowej.

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Oprac. exignorant

Opublikowano Klimat, Oceany, Wymieranie gatunków

Technologia naprawcza

Badanie, które doczeka się opublikowania w grudniu 2020 r. na łamach Science of the Total Environment, stwierdziło, że urządzenia zbierające odpady z powierzchni oceanów nie mają żadnych szans nawet na częściowe uporanie się z katastrofą skażenia akwenów plastikiem.

Analiza porównująca szacunkowe ilości obecnych i przyszłych odpadów z potencjałem technologii czyszczących pokazała, iż zaangażowane środki nie przyniosą zauważalnej poprawy. Uczeni z Uniwersytetu Exeter, Centrum Badań nad Tropikami Morskimi im. Leibniza, Instytutu Badań nad Dziką Przyrodą im. Leibniza, Uniwersytetu Jacobs i organizacji Making Oceans Plastic Free skoncentrowali się na śmieciach pływających, ponieważ śmieci zatopione, które stanowią większość zanieczyszczeń, są trudne lub niemożliwe do usunięcia (mikroplastik i nanoplastik).

W ostatnim czasie media publikują optymistyczne artykuły o prywatnych inicjatywach wyławiania nieczystości z rzek i oceanów. Jedną z nich jest Ocean Cleanup. Przedsięwzięcie to obiecuje uporać się w ciągu 20 lat z Pacyficzną Plamą Śmieci. Odpady zgarnięte przez 600-metrowe bariery mają zostać poddane recyklingowi lub spalone na lądzie. Badacze postanowili dowiedzieć się, jaki byłby rezultat, gdyby 200 takich urządzeń działało bez przestojów przez 130 lat – do 2150 r. W scenariuszu tym redukcja zanieczyszczenia wyniosłaby ∼5%.

Dr Jesse F. Abrams z Instytutu Systemów Globalnych (Global Systems Institute) oraz Instytutu Nauk o Danych i Sztucznej Inteligencji (Institute for Data Science and Artificial Intelligence) przy Uniwersytecie Exeter zmuszony był przyznać, że technologia nie posprząta toksycznego „bałaganu” i wiązanie z nią nadzieje są płonne. Nawet gdybyśmy byli w stanie zebrać wszystkie dryfujące w oceanie większe kawałki plastiku – co jest niewykonalne – recykling byłby wyjątkowo trudny, bo wiele z nich zostało już zdegradowanych lub zanieczyszczonych biologicznie. Zakopanie ich skaziłoby glebę, zaś spalenie wprowadziłoby do atmosfery dodatkowy dwutlenek węgla, wyjaśnił uczony.

Ocean Cleanup.

Przewidywane efekty zastosowania pojedynczych czy też seryjnych urządzeń czyszczących są bardzo skromne w porównaniu z ogromem plastiku, który nieprzerwanie trafia do Wszechoceanu, powiedział dr Sönke Hohn z Centrum Badań nad Tropikami Morskimi im. Leibniza. Poza tym wykonanie i utrzymanie sprzętu jest stosunkowo drogie w przeliczeniu na jednostkę usuniętego plastiku. Skoro duże plastikowe przedmioty przedostają się do oceanów drogą rzeczną, teoretycznie można byłoby zatrzymać je za pomocą specjalnych zapór. Jednak ze względu na znaczenie głównych rzek dla żeglugi światowej wykorzystanie tego rozwiązania na dużą skalę nie wchodzi w rachubę.

Raport pt. Plastik – katastrofa globalna z 19 lutego 2019 r. ujawnił, że tysiące związków chemicznych wchodzących w skład plastiku i innych tworzyw sztucznych zaburza funkcjonowanie układu hormonalnego, co może doprowadzić do „wyginięcia ludzkości i innych organizmów”. Tymczasem potentaci naftowi zwiększają ich produkcję w odpowiedzi na nieuchronny spadek popytu na paliwa. ExxonMobil, Shell i Saudi Aramco inwestują dziesiątki miliardów dolarów w nowe zakłady. Światowe Forum Ekonomiczne poinformowało na początku 2020 r., iż ambicją branży jest jak najszybsze podwojenie podaży plastiku.

Jako wolontariusz posprzątałem ponad 120 walijskich plaż. W ciągu czterech lat usunąłem z nich – indywidualnie i w grupie – co najmniej pięć ton nieczystości. Postanowiłem to zakończyć. Powodów jest wiele. Przegrywamy, a raczej przegraliśmy. Kiedy zaczynałem, szacowano, że rokrocznie do oceanów trafia 8 000 ton plastiku, a 5,5 biliona kawałków zanieczyszcza ich wody. Teraz liczby te wynoszą odpowiednio 10 000 ton i 50 bilionów (dane nieaktualne zaniżone; przyp. tłum.). Tego ogromu nie da się już wyłowić. Przedstawiciele rządów i wielkiego biznesu nie potraktowali problemu poważnie. Oceany świata są martwe, albo ich śmierć nastąpi wkrótce. (…) Z ciężkim sercem rozstaję się z koleżankami i kolegami. Mam troje dzieci. Zbyt wiele weekendów spędziły bez ojca, któremu się wydawało, że walczy z czymś, co może pokonać. Oczywiście nie zamierzam zaprzestać zbierania śmieci – schylę się po nie podczas każdej wyprawy w plener, zwierzył się 23 czerwca 2019 r. Alan Cookson, 46-letni aktywista ekologiczny ruchu Surferzy Przeciwko Ściekom.

Organizacja Circle Economy podała w raporcie ze stycznia 2020 r., że gospodarka globalna wrzuca do biosfery ponad 60 miliardów ton odpadów rocznie (mają postać stałą, płynną i gazową). Każdy inżynier, influencer, celebryta, technokrata, dziennikarz ekologiczny czy aktywista środowiskowy, który zapewnia, że twory postępu technologicznego zdołają pozbierać i zneutralizować tę zabójczą, idącą w tysiące miliardów ton spuściznę cywilizacji przemysłowej, oszukuje się, ulega złudzeniu, ma ograniczoną wiedzę lub/i brakuje mu wyobraźni. Może też zwyczajnie kłamać, by zachować swoje przywileje. Wdrażanie tzw. technologii naprawczych, podobnie jak ustanawianie tzw. bezpiecznych limitów, w żadnym wypadku nie uzdrawia sytuacji ogólnej – uspokaja nieświadomą opinię publiczną, by dochodowa, destrukcyjna działalność mogła być kontynuowana.

Przeczytaj koniecznie: Plastikowa planeta.

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Oprac. exignorant

Opublikowano Pułapka technologiczna

Zestawienie aktualizacji: lipiec/sierpień 2020 r.

Dodatnie sprzężenia zwrotne klimatu uruchomione przez silnik cieplny cywilizacji przemysłowej:

Fotosynteza roślin subtropikalnych wygasa

96. Naukowcy z Uniwersytetu Queensland ustalili, że wraz ze wzrostem temperatur spada tempo, w jakim rośliny pochłaniają dwutlenek węgla. Przez trzy lata autorzy badania opublikowanego 28 lipca 2020 r. w Journal of Geophysical Research: Biogeosciences dokonywali bezpośrednich pomiarów poziomu absorpcji CO2 przez rośliny w subtropikalnych ekosystemach przybrzeżnych na wschodzie Australii. Prof. Hamish McGowan ze Szkoły Nauk o Ziemi i Środowisku UQ (School of Earth and Environmental Sciences) powiedział: Stwierdziliśmy, iż optymalny, „zdrowy” dla produkcji fotosyntetycznej zakres temperatur (24,1–27,4°C) był przekraczany regularnie (przez 14–59,2% czasu), zwłaszcza w miesiącach letnich. Odkrycie nas zaszokowało i zaniepokoiło; rośliny w tych regionach po prostu nie są już w stanie pochłaniać węgla w takim samym stopniu, co dawniej. Zespół analityków zmierzył też szybkość samej fotosyntezy. Wyniki były równie alarmujące. Po wyjściu poza wspomniane spektrum temperatur zdolność roślin do absorbowania węgla doświadcza katastrofalnego spadku, wyjaśnił uczony. Mamy dowody obserwacyjne na to, że uaktywnia się szalenie niebezpieczna pętla dodatniego sprzężenia zwrotnego, która rozgrzewa Ziemię jeszcze bardziej. Problem potęguje wpływ zmiany klimatu na opady w ekosystemach subtropikalnych. Podczas gdy dalsze ocieplenie zintensyfikuje deszcze w niektórych regionach tropikalnych, w strefach podzwrotnikowych i śródziemnomorskich nastąpi ich redukcja. Doprowadzi to nieuchronnie do ograniczenia rozwoju drzew i zwiększenia ich śmiertelności. W konsekwencji potencjał tych obszarów do sekwestracji dwutlenku węgla zmniejszy się nawet bardziej. Większość obecnych modeli klimatycznych nie uwzględnia tych niuansów, przyznał prof. McGowan.

Lasy tropikalne szybko tracą zdolność do pochłaniania węgla:

Gleby lasów tropikalnych uwolnią katastrofalnie większą ilość CO2, niż przewidywano

Naukowcy odkryli niedoszacowane wcześniej źródło emisji gazów cieplarnianych: górny metr gleby lasów tropikalnych ogrzany eksperymentalnie o 4°C (co odpowiada temperaturze powietrza wyższej o 3°C) wyemitował o 55% więcej dwutlenku węgla, niż zakładano. Zanim ludzkość zaczęła obciążać atmosferę zanieczyszczeniem węglowym poprzez spalanie paliw kopalnych, dopływ i odpływ CO2 z gleby – jeden z kluczowych elementów złożonego obiegu węgla na Ziemi – pozostawał mniej więcej w stanie równowagi. Innymi słowy, gazy cieplarniane uwalniane przez posusz i rozkładające się liście były usuwane przez mikroorganizmy żywiące się tą materią. Badanie zamieszczone 12 sierpnia 2020 r. w Nature to kolejny dowód na to, że zmiana klimatu zaburza tę równowagę. Węgiel znajdujący się w glebach tropikalnych jest bardziej wrażliwy na ocieplenie, niż sądzono dotychczas, powiedział Andrew Nottingham ze Szkoły Nauk o Ziemi (School of Geosciences) przy Uniwersytecie w Edynburgu, główny autor analizy. Nawet niewielki wzrost oddychania gleb lasów tropikalnych może wywrzeć ogromny wpływ na stężenie CO2 w atmosferze, a tym samym klimat globalny, dodał uczony.

Ilość dwutlenku węgla wydalanego każdego roku przez gleby świata jest do 10 razy większa, niż cywilizacyjne emisje gazów cieplarnianych. Zaledwie jeden procent nierównowagi (w dopływie i odpływie CO2) odpowiadałby około 10% antropogenicznych emisji tego gazu, zauważył Eric Davidson z Centrum Nauk o Środowisku (Center for Environmental Science) przy Uniwersytecie Maryland. Ekstrapolacja bazująca na nowym odkryciu dała porażający wynik: gdyby wszystkie gleby tropikalne ogrzały się przez okres dwóch lat o 4°C, wprowadziłyby do atmosfery 65 miliardów ton węgla, co odpowiada około 240 miliardom ton CO2. To ponad sześć razy więcej niż obecne roczne emisje cywilizacji przemysłowej, podkreślił Nottingham. Liczba ta może być zaniżona, ponieważ w naszym eksperymencie utrata węgla utrzymała się po upływie dwóch lat. Poza tym nie uwzględniliśmy głębszych pokładów węgla, zalegających poniżej dwóch metrów. Do tej pory drzewa i oceany konsekwentnie pochłaniały blisko połowę nadwyżki dwutlenku węgla generowanego wskutek działalności człowieka cywilizowanego. Jednak w lasach i oceanach zaczynają już pojawiać się oznaki „zmęczenia” CO2.

Ocieplenie ziemskiej atmosfery przyspiesza:

Ostatnie cywilizacyjne emisje CO2 są dziesięć razy większe od emisji, do jakich doszło w okresach międzylodowcowych

Nowa technologia opracowana przez ekspertów z Uniwersytetu Bern pozwoliła na dokładne zrekonstruowanie dawnych koncentracji dwutlenku węgla. Wysoka rozdzielczość pomiarów rdzenia lodu wydobytego na Antarktydzie ujawniła skład atmosfery Ziemi sprzed 330 000–450 000 lat. Naukowcy porównali skoki stężeń CO2, do jakich doszło w okresach międzylodowcowych, z nieprzerwanym wzrostem emisji tego gazu, których źródłem jest cywilizacja przemysłowa. Naturalne skoki atmosferycznych koncentracji CO2 zachodziły prawie dziesięć razy wolniej od ich wzrostu zarejestrowanego w ciągu ostatniej dekady, powiedział Christoph Nehrbass-Ahles, główny autor badania opublikowanego 21 sierpnia 2020 r. w Science.

Nowa era niedoborów żywności – echo upadłych cywilizacji:

Nagła zmiana klimatu uderza w rolnictwo

Rodzina Flores uprawia palmy daktylowe od trzech pokoleń. Marco, właściciel gospodarstwa San Marcos, twierdzi, że od kilku lat obserwuje duże zmiany temperatur i warunków pogodowych. Jest bardziej sucho niż kiedyś, mówi nawiązując do ziemi, którą jego ojciec kupił w kalifornijskiej dolinie Coachella ponad 55 lat temu. Wcześniej poziom wilgotności był o wiele wyższy. Takich warunków nie lubi jego 300 daktylowców. Bywa, że nie spada nawet kropla deszczu. Zmiana klimatu z pewnością wywiera na nie swój negatywny wpływ. Podobne obawy są wyrażane w każdym zakątku planety. Zmiana klimatu uderza już w rolnictwo i zdolności rolników, przyznaje Paul Minehart z Syngenta Group, globalnej firmy zajmującej się innowacjami w tym sektorze gospodarki. Z badania przeprowadzonego przez jego zespół wynika, iż 72% rolników z całego świata martwi się zauważalnym wpływem zmiany klimatu na plony. Zaczęły się pojawiać nieprzewidywalne wzorce pogodowe, wyjaśnia Minehart. Należą do nich nietypowe, ekstremalne susze i powodzie. Jeszcze jeden narastający problem stanowią spowodowane upałami niedobory pracowników najemnych. Nikt tak naprawdę nie chce pracować w takich warunkach. Ludzie odchodzą, dodaje Marco.

Gatunki ryb i bezkręgowców zanikają na całym świecie

W bezprecedensowym badaniu zamieszczonym 9 lipca 2020 r. w Estuarine, Coastal and Shelf Science naukowcy z Uniwersytetu Kolumbii Brytyjskiej, Centrum Badań Morskich im. Helmholtza GEOMAR i Uniwersytetu Australii Zachodniej oszacowali biomasę (tzn. wagę danej populacji w wodzie) ponad 1 300 populacji ryb i bezkręgowców. Okazało się, że liczba globalnie spożywanych gatunków doświadczyła zauważalnych i bardzo poważnych spadków. Aż 82% zanalizowanych populacji znajduje się poniżej poziomów, które mogą zapewnić maksymalne, zrównoważone połowy (87 populacji nie miało nawet 20% wymaganej biomasy). Oznacza to, iż rybacy łowią coraz mniej ryb i bezkręgowców, chociaż robią to dłużej i intensywniej. Uczeni zastosowali metody szacowania zasobów CMSY i BSMY, bazując na szczegółowych danych ekosystemu morskiego z lat 1950–2014 zrekonstruowanego przez Sea Around Us.

Pandemia osłabiła globalne bezpieczeństwo żywnościowe

Organizacja Narodów Zjednoczonych zdefiniowała cztery filary światowego bezpieczeństwa żywnościowego: dostępność, dostęp, wykorzystanie i stabilność. Analitycy ostrzegają, że globalna zapaść gospodarcza pogłębiona przez pandemię SARS-CoV-2 zagraża każdemu z nich. W badaniu opublikowanym 31 lipca 2020 r. w Science uczeni z Międzynarodowego Instytutu Badań nad Polityką Żywnościową (International Food Policy Research Institute – IFPRI) szczegółowo opisali, w jaki sposób pandemia osłabia globalne bezpieczeństwo żywnościowe. W wielu częściach świata kwarantanny podyktowane koniecznością opanowania lokalnych epidemii zakłóciły rynek pracy, zagrażając łańcuchowi dostaw oraz stabilności rynków rolno-spożywczych. Niedobory siły roboczej wpływają zarówno na podaż, jak i na popyt. Bez wystarczającej liczby pracowników gospodarstwa, zakłady przetwórcze i sieci dystrybucyjne nie mogą uprawiać, zbierać i dostarczać żywności wszędzie tam, gdzie jest potrzebna. Z kolei bezrobotni często nie dysponują środkami na zakup wartościowego pożywienia dla siebie i rodziny.

Autorzy ostrzegają, że piętrzące się problemy ekonomiczne prowadzą do niedożywienia i niedoborów mikroelementów, co sprawia, iż społeczności, które już wcześniej doświadczały tych patologii, stały się jeszcze bardziej podatne na choroby. Zgodnie z szacunkami ONZ ogłoszonymi 28 lipca 2020 r. konsekwencje pandemii zabijają 10 000 więcej małych dzieci miesięcznie, ponieważ mniejsze gospodarstwa są odcięte od rynków, a wioski od zaopatrzenia żywnościowego i pomocy medycznej. Niedożywienie, które objawia się wiotkimi kończynami i rozdętymi brzuszkami, dotyka co miesiąc aż 550 000 więcej dzieci niż dotychczas. Inne konsekwencje takie jak chudnięcie i spowolnienie wzrostu prowadzą do trwałych defektów fizycznych i psychicznych. Z kolei raport agencji ONZ – Organizacji do spraw Wyżywienia i Rolnictwa (Food and Agriculture Organisation – FAO) i Światowego Programu Żywnościowego (World Food Programme – WFP) upubliczniony 18 lipca 2020 r. podał, że w nadchodzących miesiącach 25 krajów położonych w Afryce, Azji i Ameryce Południowej doświadczy wyniszczającego głodu wskutek pandemii.

Pożegnanie z „klimatyzatorem Ziemi”:

Tempo nagłej zmiany klimatu i topnienia lodu morskiego w Arktyce zostało zaniżone

Badanie zamieszczone 29 lipca 2020 r. w Nature Climate Change z opóźnieniem potwierdziło, że lód morski Arktyki topi się znacznie szybciej, niż zakładano, bo trwa nagła zmiana klimatu. Naukowcy z Uniwersytetu w Kopenhadze i innych instytucji alarmują też, że modele klimatyczne nie uwzględniają gwałtownego wzrostu temperatur, który miał miejsce w ciągu ostatnich 40 lat. Nasze analizy warunków Oceanu Arktycznego pokazują, iż wyraźnie zaniżamy tempo wzrostu temperatury atmosfery tuż nad poziomem morza, który ostatecznie spowodował, że pak morski skurczył się gwałtowniej, niż się spodziewaliśmy, wyjaśnia Jens Hesselbjerg Christensen z Instytutu im. Nielsa Bohra (Uniwersytetu Kopenhaski), współautor analizy. Do tej pory modele klimatyczne przewidywały, że średnia temperatura w Arktyce będzie rosła powoli i stabilnie. W miesiącach letnich zmiana zachodzi tak nagle, że lód morski prawdopodobnie zniknie szybciej, niż wskazuje na to większość dotychczasowych prognoz, dodaje Christensen.

Nagła zmiana klimatu: Rozpad wiecznej zmarzliny rozpoczął się ponad 70 lat wcześniej, niż przewidywał to raport zespołu ONZ:

Poziom emisji CO2 z wiecznej zmarzliny został zaniżony 

Badanie zamieszczone 20 lipca 2020 r. w Nature Geoscience ujawniło, że obecne i przyszłe emisje dwutlenku węgla (CO2) z wiecznej zmarzliny zostały zaniżone o kilkadziesiąt miliardów ton, ponieważ w szacunkach nie uwzględniono roli, jaką w metabolizmie mikroorganizmów i uwalnianiu węgla odgrywają korzenie roślin. Uczeni z Uniwersytetu Umea przyjrzeli się procesowi zwanemu efektem pobudzającym, który występuje wówczas, gdy korzenie przyspieszają aktywność mikrobów glebowych. Według bardzo ostrożnych projekcji do końca stulecia zjawisko wprowadzi do atmosfery co najmniej 40 miliardów ton CO2. Korzenie karmią mikroorganizmy cukrem wykorzystywanym m.in. do dekompozycji większej ilości materii organicznej. Okazuje się, iż oddychanie mikrobiologiczne gleby zostaje w ten sposób przyspieszone aż o 12%. O efekcie wiedzieliśmy od lat 50. XX w., ale nie mieliśmy pojęcia, że ta interakcja ekologiczna o niewielkiej skali wywiera znaczny wpływ na globalny obieg węgla, wyjaśniła współautorka analizy Frida Keuper z francuskiego Państwowego Instytutu Badawczego ds. Rolnictwa, Żywności i Środowiska.

Badania: Trwa szóste wielkie wymieranie planetarne wywołane przez człowieka cywilizowanego:

Niesporczak.

Niezniszczalny” gatunek nie przetrwa nagłej zmiany klimatu

Niesporczaki występują w środowiskach wodnych na całym świecie. Nie mają problemu z przystosowywaniem się do życia w głębokim oceanie, na dużej wysokości lub w temperaturze poniżej zera. Tolerują promieniowanie jonizujące i rentgenowskie. Nie straszna im kosmiczna próżnia czy kontakt z wszelkiego rodzaju chemikaliami, które zabiłyby każdą inną istotę ziemską. Mimo że mają mniej niż milimetr długości, są praktycznie niezniszczalne. Ze względu na tę niesamowitą wytrzymałość zostały zaliczone do grona ekstremofili – organizmów zdolnych do egzystowania w prawdziwie ekstremalnych warunkach. Okazuje się, że niesporczaki mają jedną słabość. Według badania zamieszczonego 9 stycznia 2020 r. w Scientific Reports doświadczają szybkiego uwiądu pod wpływem ciepła. Woda rozgrzana do 37,8°C zabija je w ciągu doby. Autorzy uważają, że mistrzowie przetrwania mogą wyginąć wskutek zmiany klimatu.

Temperatury „mokrego termometru” regularnie przekraczają poziom zagrażający zdrowiu i życiu ludzi:

Rząd Indii rozmyślnie ignoruje śmiertelne ofiary coraz częstszych i coraz intensywniejszych upałów

W Indiach do zgonów spowodowanych udarem cieplnym zalicza się tylko zgłoszone i potwierdzone medycznie przypadki bezpośredniego wystawienia na działanie promieni słonecznych. Pomijana jest śmierć będąca następstwem wysokiej temperatury otoczenia. Oznacza to, iż w czasie, gdy wysokie wartości mokrego termometru regularnie zabijają obywateli, instytucje państwowe nie odnotowują tego faktu – statystyki ofiar śmiertelnych pokazują niewielki procent trendu. Poza tym Indie nie uznają coraz częstszych i coraz intensywniejszych fal upałów za katastrofę, co skutecznie odcina zjawisko od rządowego funduszu reagowania na kryzys. W latach 2013– 2019 kraj doświadczał średnio 114 dni ekstremalnych upałów rocznie.

Weterynarz o realiach nagłej zmiany klimatu w Australii:

Masowe wyginięcie zwierząt w Australii było większe, niż szacowano

Według raportu z 28 lipca 2020 r. rekordowe pożary w Australii w 2019 i 2020 r. zabiły lub ciężko doświadczyły prawie trzy miliardy zwierząt. Dane nie są kompletne – nie obejmują chociażby insektów. Dokument opracowany przez naukowców z kilku australijskich uniwersytetów ujawnił, iż zginęło lub ucierpiało 2,46 miliarda gadów, 180 milionów ptaków, 143 miliony ssaków i 51 milionów żab. Organizmy, które zdołały uciec przed płomieniami, mają niewielkie szanse na przetrwanie z powodu braku pożywienia, schronienia i ochrony przed drapieżnikami. Aż 100 zagrożonych rodzimych gatunków roślin i zwierząt straciło ponad połowę swojego siedliska, co w perspektywie oznacza dużo większe straty.

Badania: Katastrofalny wpływ cywilizacji przemysłowej na Amazonię:

Brazylijski Narodowy Instytut Badań Kosmicznych (INPE) podał 10 sierpnia 2020 r., że od 1 sierpnia 2019 r. do 31 lipca 2020 r. wycięto 9 205 kilometrów kwadratowych lasów deszczowych – to wzrost o 33% w porównaniu z tym samym okresem w sezonie 2018/19. W swoim komentarzu organizacja World Wildlife Fund poinformowała, że w pierwszych dwóch dniach sierpnia 2020 r. wylesianie w brazylijskiej Amazonii było aż 55% większe niż w roku ubiegłym. Trend deforestacji zwiększa również liczbę niszczycielskich pożarów – już w pierwszej połowie 2020 r. padły kolejne rekordy.

Nagła zmiana klimatu: Tempo topnienia Grenlandii w 2019 r. było prognozowane na 2070 r.:

W 2019 r. pokrywa lodowa Grenlandii zmniejszyła się o bezprecedensowe 532 miliardy ton. (Poprzedni rekord padł w 2012 r. i był mniejszy o 15%.) Odpowiada to dodatkowym trzem milionom ton wody wpływającym codziennie do Wszechoceanu w tempie sześciu basenów olimpijskich na sekundę. Cielące się lodowce i potoki przecinające lądolód wyspy stanowiły największą składową (aż 40%) globalnego wzrostu poziomu mórz w 2019 r. Liczby te zostały opublikowane 20 sierpnia 2020 r. w Nature Communications Earth & Environment. Trend pokrywa się z najczarniejszym scenariuszem globalnego ocieplenia opracowanym przez Międzyrządowy Zespół ds. Zmiany Klimatu (Intergovernmental Panel on Climate Change – IPCC). Całkowite roztopienie pokrywy Grenlandii podniosłoby oceany o siedem metrów, ale już mniej niż jedna trzecia tej wartości uczyniłaby strefę przybrzeżną – zajmowaną dziś przez setki milionów ludzi – nienadającą się do zamieszkania.

Na uratowanie Grenlandii jest za późno

Prawie 40 lat danych satelitarnych z Grenlandii pokazało, że lodowce zmniejszyły się tak bardzo, że nawet gdyby globalne ocieplenie miało cudownie zatrzymać się dzisiaj, pokrywa lodowa nie przestałaby się kurczyć. Odkrycie zamieszczone 13 sierpnia 2020 r. w Nature Communications Earth and Environment potwierdziło, iż lądolód Grenlandii przekroczył punkt krytyczny: każdego roku opady śniegu nie są już w stanie uzupełnić strat wywołanych cieleniem się i topnieniem. Naukowcy ustalili, że w latach 80. i 90. istniała równowaga między akumulacją śniegu i zanikaniem lodu, dzięki czemu pokrywa wyspy zachowywała swoją stałą objętość. Mierzymy puls pokrywy lodowej – ile lodu zrzucają lodowce na obrzeżach lądolodu – który przyspiesza latem. Widzimy, że jego wartość nie zmieniała się do momentu, gdy na przestrzeni 5–6 lat – około 2000 r. – nastąpił duży wzrost ilości lodu trafiającego do oceanu, powiedziała Michaela King z Centrum Badań nad Regionami Polarnymi i Klimatem im. Byrda (Polar and Climate Research Center), główna autorka analizy.

Jak bardzo może przyspieszyć szóste wymieranie planetarne?:

Kilkadziesiąt milionów lat temu doszło do nagłej erupcji metanu z dna Oceanu Arktycznego

Badanie opublikowane 1 lipca 2017 r. w Geological Society of America Bulletin potwierdziło, że podczas globalnego ocieplenia, które miało miejsce 110 milionów lat temu, z Oceanu Arktycznego w krótkim czasie wydostały się duże ilości metanu. Nagła erupcja to bardzo ważny precedens w kontekście trwającej nagłej zmiany klimatu – do podobnego zdarzenia może dojść obecnie. Odkrycia dokonano na Ellef Ringnes w odległej Wysokiej Arktyce. 55 milionów lat temu, przed zniknięciem dinozaurów, wyspa ta znajdowała się głęboko pod wodą. Gdy hydraty zaczęły topnieć, doszło do emisji CH4. Ujścia gazu pozostawiły ślady w postaci ponad 130 wzniesień – przetrwały do dziś wraz ze skamieniałościami życia, które pojawiło się wokół wycieków. Musiało nastąpić gwałtowne uwolnienie metanu do akwenu, wyjaśnił Steve Grasby, geochemik, który odwiedzał Ellef Ringnes w latach 2009–2011. Starsze i młodsze skały nie noszą jego znamion. Zatem musiały wtedy zaistnieć sprzyjające warunki. Udokumentowane rozmrażanie hydratów zbiegło się z okresem ocieplenia po wybuchu wulkanu, który wprowadził do atmosfery chmurę dwutlenku węgla. Ziemia przeszła wówczas z klimatu zimnego do ciepłego, wyjaśnił Grasby. Widzimy więc, że to nagłe i krótkotrwałe wyrzuty metanu pokrywają się z okresem ocieplenia klimatu Ziemi.

Nagła zmiana klimatu: Antarktyda topnieje trzy razy szybciej niż pięć lat temu:

Wyciek metanu na Antarktydzie

Naukowcy opisali 22 lipca 2020 r. w Proceedings of the Royal Society B pierwszy aktywny wyciek metanu z dna morskiego na Antarktydzie. Odkryli również, iż drobnoustroje, które konsumują ten potężny gaz cieplarniany, były nieobecne przez pięć lat, a gdy już się pojawiły, ich liczba była niewystarczająca, by zapobiec ucieczce metanu do atmosfery. Modele klimatu nie zawierają tego opóźnienia w swoich aktualnych kalkulacjach. Zakłada się, że wokół Antarktydy pod dnem morskim zalegają ogromne ilości CH4. Ogrzewająca oceany zmiana klimatu może zdestabilizować te pokłady. Zdaniem ekspertów widmo emisji jest „niezwykle niepokojące”. Przyczyna odkrytego wycieku na razie pozostaje tajemnicą. Nurkowie zauważyli go zupełnie przypadkowo w 2011 r. Ich powrót stał się możliwy dopiero w 2016 r. Po szczegółowych obserwacjach przystąpiono do prac laboratoryjnych. Opóźnienie w konsumpcji metanu jest odkryciem najważniejszym, powiedział Andrew Thurber z Uniwersytetu Oregonu, który kierował zespołem badawczym. To zła wiadomość. Mimo że mikroby wznowiły ją po pięciu sezonach, gaz nadal bardzo szybko wydobywał się z dna morskiego. Prof. Jemma Wadham z Uniwersytetu Bristolskiego, przyznała, że Antarktyda i jej pokrywa lodowa to wielkie czarne dziury w naszym rozumieniu ziemskiego obiegu metanu.

Plastikowa planeta:

Zawartość plastiku w Oceanie Atlantyckim jest wielokrotnie większa od szacowanej wcześniej

Według analizy opisanej 18 sierpnia 2029 r. w Nature Communications w Atlantyku znajduje się co najmniej 10 razy więcej plastiku, niż wskazywały na to dotychczasowe szacunki. Dr Katsiaryna Pabortsava z Narodowego Centrum Oceanografii (National Oceanography Centre – NOC), powiedziała: Wcześniej nie mogliśmy zrównoważyć obserwowanej masy plastiku pływającego z masą, która trafiła do oceanu od 1950 r. Dotychczasowe dochodzenia nie mierzyły koncentracji mikroplastików „niewidzialnych”, znajdujących się pod powierzchnią akwenu. Nasze badanie jako pierwsze objęło cały Atlantyk – od Wielkiej Brytanii po Falklandy. Prof. Richard Lampitt z NOC, współautor pracy, dodał: Jeśli przyjmiemy, że stężenie mikroplastików, które odnotowaliśmy na głębokości około 200 metrów, jest takie samo dla wód sięgających samego dna, których średnia głębokość to około 3 000 metrów, wówczas Ocean Atlantycki może zawierać około 200 milionów ton odpadów należących do polimerów syntetycznych. To znacznie więcej niż zakładano do tej pory (12–21 milionów ton).

Rozkład mikroplastików na nanoplastiki przebiega w oszałamiającym tempie

Naukowcy z Kolegium Uniwersyteckiego w Cork (University College Cork – UCC) odkryli, że mikroplastiki (kawałki <5 milimetrów) unoszące się w akwenach słodkowodnych są rozkładane w zawrotnym tempie na nanoplastiki (kawałki <1 mikrometra, czyli co najmniej pięć tysięcy razy mniejsze) przez bezkręgowca o nazwie Gammarus duebeni. Do tej pory sądzono, iż motorem rozkładu tworzyw sztucznych są przede wszystkim bardzo powolne procesy zachodzące w środowisku morskim – np. oddziaływanie promieni słonecznych lub fal, które trwa przez lata lub dziesięciolecia. Tymczasem bardzo rozpowszechniony organizm, zamieszkujący m.in. irlandzkie strumienie, jest w stanie rozbić mikroplastiki w ciągu zaledwie kilku godzin. Należy on do grupy kiełży występujących na całym świecie w wodach słodkich i słonych. Alarmujące wyniki badania, które opublikowano 30 lipca 2020 r. w Scientific Reports, są istotne z punktu widzenia wpływu tworzyw sztucznych na planetarne życie. Chociaż mikrodrobiny plastiku potrafią utkwić w jelitach ptaków morskich i ryb, nowe odkrycie sugeruje, iż nanoplastiki mogą bez trudu przenikać do komórek i tkanek, czego skutki są znacznie trudniejsze do przewidzenia. Uczeni są bardzo zaniepokojeni faktem, że tak pospolity bezkręgowiec tak szybko wytwarza ogromne ilości nanoplastików. Jest on bardzo ważnym składnikiem ekosystemów. Żywią się nim ryby i ptaki, dlatego nanoplastiki mogą w ten sposób przedostawać się do łańcuchów pokarmowych, powiedziała dr Alicia Mateos-Cárdenas z Instytutu Badań nad Środowiskiem (Environmental Research Institute), główna autorka analizy.

„Niepokojący” poziom koncentracji toksyn i chemikaliów wchodzących w skład plastików w organizmach martwych delfinów i wielorybów

Delfiny i wieloryby znalezione na plażach w południowo-wschodnich Stanach Zjednoczonych miały wysoki poziom toksyn, w tym rtęci i chemikaliów znajdujących się w plastiku. Naukowcy, którzy opisali swoje odkrycie w badaniu zamieszczonym 5 sierpnia 2020 r. we Frontiers in Marine Science, określają mianem „niepokojących” nowe dane na temat wpływu zanieczyszczenia środowiska na ssaki morskie. Delfiny spożywają te same owoce morza, co ludzie, powiedziała Annie Page-Karjian z Instytutu Oceanografii (Harbor Branch Oceanographic Institute) w Fort Pierce na Florydzie. Inne wykryte szkodliwe substancje to triklosan – środek przeciwbakteryjny stosowany w produktach konsumenckich takich jak mydło i pasta do zębów – atrazyna i herbicyd. Analizie poddano tkankę 83 delfinów i wielorybów, które zostały wyrzucone przez fale na brzeg między Karoliną Północną a Florydą południową w latach 2012–2018. Jedenaście gatunków przebadano pod kątem 17 toksyn. W niektórych przypadkach poziomy rtęci były najwyższe na świecie. To naprawdę szokujące, przyznał Justin Perrault, dyrektor badań Centrum Życia Morskiego w Loggerhead (Loggerhead Marinelife Center) i współautor pracy.

Analiza laboratoryjna, której wyniki zostały ogłoszone 17 sierpnia 2020 r. na spotkaniu Amerykańskiego Towarzystwa Chemicznego (American Chemical Society – ACS), potwierdziła obecność składników plastiku w głównych organach filtrujących osób zmarłych. Naukowcy odkryli je w 47 próbkach tkanek pobranych z płuc, wątroby, śledziony i nerek. Materiał dostarczyło Centrum Badań Chorób Neurodegeneracyjnych im. Bannerera (Banner Neurodegenerative Disease Research Center), które w ramach badań m.in. nad chorobą Alzheimera utworzyło bank mózgów i ciał dawców. W każdym zbadanym narządzie wykryliśmy chemikalia pochodzące z plastików, powiedział Rolf Halden, dyrektor Centrum Bioprojektowania na rzecz Inżynierii Zdrowia Środowiska Naturalnego (Biodesign Center for Environmental Health Engineering) przy Uniwersytecie Arizony. Od dawna istnieje obawa, że nie tylko mogą być one przyczyną cukrzycy i otyłości, lecz także prowadzić do zaburzeń seksualnych i bezpłodności. Penetrując główne narządy, mikroplastiki stają się rakotwórczymi czynnikami drażniącymi, do których zalicza się chociażby azbest, wyjaśnił Halden. Nie zawsze tym, co wyrządza spustoszenie jest chemia. Bywa, że robią to ciała obce znajdujące się w naszych organizmach, dodał. Wiemy, że wdychanie azbestu wywołuje stany zapalne, których następstwem może być nowotwór. Całkowite zabezpieczenie się przed wchłanianiem mikroplastików jest niemożliwe. Uczeni z Uniwersytetu i Uniwersytetu Queensland wykryli je ostatnio w owocach morza – ostrygach, krewetkach, kalmarach, krabach i sardynkach – o czym napisali w raporcie zamieszczonym 9 lipca 2020 r. w Environmental Science and Technology.

Naukowcy odkryli, że unoszące się w powietrzu mikrodrobiny plastiku pochodzące z zanieczyszczeń drogowych nie tylko trafiają do oceanów świata, lecz także zwiększają tempo topnienia lodu Arktyki. Konkluzja te została przedstawiona 14 lipca 2020 r. w Nature Communications. Po raz pierwszy udało się określić, ile mikroplastików z opon i klocków hamulcowych rozpraszają i osadzają prądy powietrza. Około jedna trzecia, czyli około 50 000 ton, kończy każdego roku we Wszechoceanie. Szacunkowy zakres 40 000–100 000 ton faktycznie można porównać z 65 000 ton, jakie z nurtem rzek przedostaje się do oceanów. Transport atmosferyczny – źródło, którego wpływ jest poważnie zaniżany lub pomijany całkowicie – zanieczyszcza mikroplastikami największe akweny w stopniu podobnym, co transport rzeczny, wyjaśnił Nikolaos Evangeliou z Norweskiego Instytutu Badań nad Powietrzem (Institute for Air Research) i główny autor badania. Większość emisji, za które odpowiada intensywny ruch drogowy, generuje Ameryka Północna, Europa Północna i Azja Południowo-Wschodnia. Symulacje pokazały, że globalne wzorce pogodowe przenoszą znaczny ich procent do Arktyki. Opadające na śnieg i lód ciemne cząstki plastiku zmniejszają powierzchnię, która odbija promienie słoneczne, absorbują ciepło i przyspieszają topnienie.

Chiny mają plan:

Autorzy badania opublikowanego 14 lutego 2020 r. we Frontiers in Earth Science przeprowadzili najbardziej dogłębną analizę międzypływowych terenów podmokłych Chin, bazując na archiwach danych teledetekcyjnych z obserwacji satelitarnych. Okazało się, że między 1970 a 2015 r. ich powierzchnia zmniejszyła się o 37,62%. Konsekwencją procesu zanikania, który przebiega dwa razy szybciej niż średnia światowa, jest postępująca utrata niezastąpionych usług, jakie świadczą te ekosystemy: ochrony przed falami sztormowymi, oczyszczania z zanieczyszczeń, a także sekwestracji dwutlenku węgla. Za tę środowiskową katastrofę odpowiada gwałtowna ekspansja gospodarki i populacji w regionach przybrzeżnych. Międzypływowe równiny i tereny podmokłe są pod bezprecedensową presją ze względu na ingerencję człowieka i wzrost poziomu morza. Ze względu na realizowany plan „rozwoju” tych obszarów i preferowaną przez chiński rząd „błękitną gospodarkę”, destrukcja regionów przybrzeżnych nasila się.

Badanie: Systemy życia Ziemi w stanie szybkiego zanikania:

Pierwsza globalna analiza, której wyniki zamieszczono 22 maja 2020 r. w Conservation Letters, odkryła, że na obszarach chronionych ma powstać 509 zapór (14% wszystkich budowanych lub planowanych na najbliższe dwie dekady). Liczba ta jest niepokojąca. Rzeki są fundamentem ekosystemów, powiedziała Michele Thieme z WWF, główna autorka badania. Naukowcy nanieśli aktualne lokalizacje projektów zestawione przez Globalne Obserwatorium Zapór (Global Dam Watch) na mapy ze Światowej Bazy Danych Obszarów Chronionych (World Database on Protected Areas). Dzięki Globalnej Bazie Danych o Rezerwuarach i Zaporach (Global Reservoir and Dam Database – GranD) zespół zidentyfikował ponadto 1 249 dużych zapór, które znajdują się już w obrębie obszarów chronionych.

Zabić Zielonych!:

W 2019 r. zamordowano na całym świecie co najmniej 212 obrońców planetarnego życia. Według raportu Global Witness z 29 lipca 2020 r. ubiegły rok był najbardziej śmiertelnym w historii dla ludzi próbujących powstrzymać niszczenie ekosystemów. Nieco ponad połowa potwierdzonych zabójstw – odpowiednio 64 i 43 – miała miejsce w Kolumbii i na Filipinach. Większość pozostałych zbrodni popełniono w Brazylii, Meksyku, Hondurasie i Gwatemali. Rzeczywista liczba zabitych jest wyższa – wielu przypadków się nie zgłasza lub klasyfikuje fałszywie, zwłaszcza w Afryce. Około 40% ofiar stanowili rdzenni mieszkańcy. Co dziesiątej egzekucji dokonano na kobiecie. Za atakami stoi przede wszystkim agrobiznes i branża wydobywcza – naftowa, gazowa i górnicza, powiedziała Rachel Cox z Global Witness. Tłem bezwzględnych morderstw jest powszechne zastraszanie i nękanie. Przemoc seksualna i kampanie oszczerstw są nagminnie wykorzystywane, by uciszyć aktywistki. Praktyki te zgłaszane są sporadycznie.

Skutki zdrowotne COVID-19 będą znacznie gorsze od spodziewanych:

Brytyjscy neurolodzy opublikowali 8 lipca 2020 r. w Brain szokujące szczegóły swojej analizy, które pokazują, że SARS-CoV-2 może powodować poważne uszkodzenie mózgu – nawet u rekonwalescentów i pacjentów z łagodnymi objawami. Jest ono wykrywane bardzo późno lub wcale. Autorzy zdiagnozowali u dziewięciu chorych na COVID-19 ostre rozsiane zapalenie mózgu i rdzenia (ADEM) – wywierając wpływ na osłonki mielinowe nerwów w mózgu i rdzeniu kręgowym, powoduje ono degeneracyjne zniszczenie ośrodkowego układu nerwowego. Z kolei badanie zamieszczone 30 lipca 2020 r. w Brain, Behaviour and Immunity wykazało, że 55% osób, które były hospitalizowane z powodu COVID-19, zmaga się co najmniej z jednym zaburzeniem psychicznym. Eksperci z kliniki San Raffaele w Mediolanie stwierdzili, iż spośród 402 monitorowanych przez miesiąc pacjentów 28% cierpi na zespół stresu pourazowego, 31% ma depresję, 42% doświadcza stanów lękowych, 40% nie sypia, a 20% przyznaje się do zachowań obsesyjno-kompulsyjnych.

Fragment raportu Boston.com z 27 lipca 2020 r.: Niemieccy lekarze porównali wyniki rezonansu magnetycznego 100 osób, które przeszły COVID-19, z obrazami MRI 100 osób, które nie zostały zainfekowane SARS-CoV-2. Dwie trzecie pacjentów wyzdrowiało w domu, a średni wiek badanych wynosił 49 lat. Po upływie ponad dwóch miesięcy w sercach 78 zakażonych pojawiły się zmiany strukturalne. Aż u 76 z nich biomarker sygnalizował uszkodzenie typowe dla zawału, zaś u 60 stwierdzono oznaki zapalenia mięśnia sercowego. Ci stosunkowo młodzi, zdrowi ludzie zachorowali na wiosnę, mówi Valentina Puntmann z pracowni rezonansu. Wielu z nich właśnie wróciło z urlopu w górach. Nie przypuszczali, że z ich sercem stało się coś złego. W przypadku wielu pacjentów COVID-19 może być przyczyną późniejszej niewydolności tego organu – przewlekłej, postępującej przypadłości, która zmniejsza jego zdolność pompowania krwi. Jest zbyt wcześnie, by stwierdzić, czy wykryte defekty są trwałe, ale kardiolodzy wyrażają swoje głębokie zaniepokojenie. Pacjenci odwiedzający mój gabinet skarżą się: Mam 31 lat, do niedawna biegałem i ćwiczyłem bez ograniczeń, a teraz odczuwam kołatanie serca, kiedy przechodzę przez ulicę i dostaję zadyszki, kiedy wchodzę na drugie piętro, mówi Matthew Tomey, kardiolog z nowojorskiej Szkoły Medycznej Icahn.

Relacja News Express z 6 sierpnia 2020 r.: Według raportu przedstawionego 5 sierpnia 2020 r. przez Uniwersytet Wuhanu aż 90% pacjentów wyleczonych z COVID-19 ma uszkodzone płuca, zaś 5% ponownie przechodzi kwarantannę, ponieważ wyniki testu na obecność koronawirusa dały wynik dodatni. Grupa badawcza kierowana przez Zhiyonga Penga, dyrektora oddziału intensywnej terapii w renomowanej klinice w Wuhanie, od kwietnia kontroluje stan 100 pacjentów, którzy wyzdrowieli. Pierwsza część tego rocznego programu monitoringu została zakończona w lipcu. Średni wiek pacjentów objętych analizą to 59 lat. Niektórzy ozdrowieńcy potrzebowali asysty aparatu tlenowego nawet po trzech miesiącach od chwili wypisania ze szpitala, powiedział Tengxiao Liang, lekarz i wykładowca Uniwersytetu Medycyny Chińskiej w Pekinie. Ponadto potwierdzono, iż przeciwciała chroniące przed SARS-CoV-2 zniknęły u 10% chorych.

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Oprac. exignorant

 

Opublikowano Aktualizacje

Nagła zmiana klimatu: „Przerażające zdjęcia” z bieguna północnego

Fragment artykułu The Barents Observer z 20 sierpnia 2020 r.

Ekspedycja udostępnia przerażające zdjęcia z bieguna północnego

Zdjęcia z bieguna północnego wykonane 19 sierpnia 2020 r. przez uczestników MOSAiC pokazują dramat nagłej zmiany klimatu. Lód morski uległ dezintegracji – jest słaby, pokryty mnóstwem tzw. kałuż roztopowych. Wody są częściowo otwarte, a po wieloletnim paku nie ma nawet śladu.

Wyprawa MOSAiC to największa w dziejach podróż badawcza po wodach polarnych. Niemiecki lodołamacz Polarstern wypłynął z Tromsø w Norwegii we wrześniu 2019 r. Od niemal dwunastu miesięcy jednostka dryfuje po Oceanie Arktycznym. Minionej jesieni pokonała Morze Barentsa na północ od Nowej Ziemi (ros. Nowaja Ziemla) i Ziemi Północnej (ros. Siewiernaja Ziemla). Następnie udała się pod osłoną nocy polarnej na północny zachód. Setki naukowców z 20 krajów analizuje zebrane podczas rejsu dane, które mają pomóc lepiej zrozumieć wpływ zaburzenia systemu klimatycznego Ziemi na Arktykę.

Do niedawna lód znajdujący się na północ od Grenlandii gromadził się przez lata – trafiał tam z północy Syberii. Unikanie tego regionu było mądrą strategią – grubszy i starszy pak czynił go praktycznie niemożliwym do przepłynięcia, wyjaśnia Thomas Wunderlich, kapitan Polarsterna. Teraz mamy rozległe obszary otwartych wód, które sięgają do bieguna. W bieżącym tygodniu statek bez trudu pokonał odcinek między Cieśniną Fram a biegunem. Jestem bardzo zaskoczony tym widokiem – lód rozmroził się do tego stopnia, że jest cienki, popękany i bardzo łatwy do sforsowania, kontynuuje kapitan. Nawet po minięciu 88° szerokości geograficznej północnej mogliśmy regularnie utrzymywać prędkość 5–7 węzłów. Nigdy wcześniej nie spotkałem się z podobnymi warunkami na dalekiej północy. Dzisiejsza sytuacja jest historyczna.

Alarmujące kadry z ekspedycji MOSAiC są ilustracją obserwowanego od kilku lat, nasilającego się trendu.

„Polarstern” z łatwością przebił się przez biegun północny.

Pokryty kałużami, topniejący od spodu lód morski przestał stanowić barierę.

Statek badawczy obrał najkrótszą trasę na północ.

Załoga i naukowcy MOSAiC przekraczają biegun północny.

Jak widać na fotografiach, na powierzchni lodu morskiego powstały płytkie kałuże absorbujące promienie słoneczne. Uwzględnił je po raz pierwszy model klimatu Ziemi opracowany przez zespół badaczy z Centrum Hadley’a (Hadley Center) w Wielkiej Brytanii. Uczeni przyjrzeli się szczegółowo zachowaniu arktycznego paku podczas ostatniego interglacjału i stwierdzili, iż intensywne nasłonecznienie wiosenne stworzyło wiele kałuż roztopowych, które odegrały kluczową rolę w procesie topnienia. Zdaniem uczonych oznacza to, iż antropogeniczne ocieplenie Ziemi pozbawi Ocean Arktyczny lodu szybciej, niż przewidywano. Odkrycie zostało opisane 10 sierpnia 2020 r. w Nature Climate Change.

Przeczytaj koniecznie: Pożegnanie z klimatyzatorem Ziemi.

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Oprac. exignorant

Opublikowano Klimat

Spieszmy się dobić oceany

Fragmenty artykułu Wila S. Hyltona opublikowanego na początku 2020 r. w The Atlantic.

Jeśli nie dręczy cię chroniczny niepokój i nie ogarnęła cię jeszcze nihilistyczna rozpacz, prawdopodobnie nie poświęciłeś dość czasu na kontemplowanie dna Wszechoceanu. Wiele osób wyobraża sobie, że jest ono po prostu przepastną, piaszczystą przestrzenią. Nic bardziej mylącego – ten dynamiczny krajobraz dorównuje pod względem różnorodności każdemu innemu miejscu na Ziemi. Góry wyrastają tam z podwodnych równin, kaniony tną na głębokość kilometrów, gorące źródła wybijają ze skalnych szczelin, a strumienie ciężkiej solanki sączą się na zboczach wzgórz tworząc podmorskie jeziora.

Te szczyty i doliny zawierają większość surowców mineralnych występujących na lądzie. Naukowcy dokumentują ich pokłady od co najmniej 1868 r., kiedy to pogłębiarka wyciągnęła ułomek rudy żelaza na północ od Rosji. Pięć lat później inny statek znalazł podobne samorodki na dnie Atlantyku, a po upływie kolejnych dwóch sezonów namierzył całe ich pole w Pacyfiku. Oceanografowie identyfikowali nowe minerały – miedź, nikiel, srebro, platynę, złoto, a nawet kamienie szlachetne – zaś korporacje szukały praktycznego sposobu na ich pozyskanie.

Jednostka De Beers do wydobywania diamentów.

Obecnie wielu potentatów branży górniczej realizuje programy wydobycia podwodnego. Na zachodnim wybrzeżu Afryki grupa De Beers korzysta z floty, która przeczesuje dno w poszukiwaniu diamentów. W 2018 r. wykopała 1,4 miliona karatów z wód przybrzeżnych Namibii; w 2019 r. De Beers zwodował nową jednostkę, która orze dno dwa razy szybciej od poprzedniego rekordzisty. Z kolei firma Nautilus Minerals próbuje rozsadzić gorące źródła zlokalizowane w wodach terytorialnych Papui Nowej Gwinei, gdzie zalegają metale szlachetne. Państwa takie jak Japonia i Korea Południowa sięgają po złoża przybrzeżne. Jednak najbardziej intratną zdobyczą koncernów wydobywczych będzie dostęp do wód międzynarodowych, czyli ponad połowy dna morskiego Ziemi, które skrywa więcej kosztownych kopalin niż wszystkie kontynenty.

Ustanowienie przepisów górnictwa oceanicznego nastąpi niebawem. Organizacja Narodów Zjednoczonych powierzyła to zadanie Międzynarodowej Organizacji Dna Morskiego (International Seabed Authority – ISA), mało znanej instytucji mieszczącej się w dwóch szarych biurowcach w Kingston na Jamajce. W przeciwieństwie do pozostałych organów ONZ ISA nie jest objęta systematycznym nadzorem. Klasyfikuje się ją jako „autonomiczną” – kieruje nią własny sekretarz generalny, który raz w roku zwołuje zgromadzenie ogólne w siedzibie głównej. Reprezentanci 168 państw członkowskich przez tydzień spotykają się w audytorium Centrum Konferencyjnego Jamajki. Ich zadaniem nie jest zapobieganie eksploatacji dna morskiego, tylko zmniejszenie jej szkód – dokonują selekcji miejsc, w których wydobycie będzie dozwolone, wydają licencje oraz opracowują techniczne i środowiskowe standardy Kodeksu Górniczego.

Formułowanie Kodeksu przebiega nie bez trudności. Członkowie ISA nie uzgodnili ram regulacyjnych. Debatując na temat utylizacji odpadów i ochrony ekologicznej, zgadzają się formalnie na „eksplorację” na całym świecie. Około 30 dostawców kopalin uzyskało już licencje na prowadzenie prac w Oceanie Atlantyckim, Spokojnym i Indyjskim. Jedna z lokalizacji, położona około 4 000 kilometrów na wschód od Florydy, słynie z największego systemu podwodnych gorących źródeł – ten  usiany monumentalnymi białymi iglicami upiorny krajobraz uczeni nazywają „Zaginionym Miastem”. Inna rozciąga się na 7 200 kilometrach Pacyfiku – to mniej więcej jedna piąta obwodu Ziemi. Koncerny posiadające zezwolenia na wykorzystanie tych regionów zgromadziły już astronomiczny kapitał wysokiego ryzyka. Ich eksperymentalne pojazdy testują już metody pogłębiania i wydobywania. Kierownictwo i rady nadzorcze odliczają czas do zatwierdzenia Kodeksu Górniczego, po którym nastąpi oficjalne otwarcie wrót do komercyjnej eksploatacji dna Wszechoceanu.

Firmy spodziewają się, że przy pełnej wydajności „pogłębią” wiele tysięcy kilometrów kwadratowych rocznie. Ich machiny będą zrywać górne dwadzieścia centymetrów dna. Roboty wyposażone w węże próżniowe wyssą tysiące kilogramów osadu, odseparują metalowe fragmenty – znane jako bryłki polimetaliczne – a resztę spuszczą z powrotem do wody. Część zanieczyszczeń będzie zawierała toksyny (m.in. rtęć i ołów), które zatrują setki lub tysiące kilometrów otaczających wód. Pozostałości podryfują z nurtem do pobliskich ekosystemów. Badanie przeprowadzone przez Królewską Szwedzką Akademię Nauk stwierdziło, iż każda jednostka górnicza wypluje codziennie około 190 000 metrów sześciennych odpadów, co wystarczyłoby do wypełnienia po brzegi wagonów pociągu towarowego o długości 25 kilometrów. Autorzy określili swoje szacunki mianem „ostrożnych”, ponieważ inne prognozy dały wynik trzykrotnie wyższy. Bez względu na obraną miarę, konkludują autorzy, ogromny obszar zostanie pokryty tymi osadami w tak znacznym stopniu, że mnóstwo zwierząt nie poradzi sobie z ich wyniszczającym wpływem, a utrata osobników i gatunków dotknie całe społeczności. Tymczasem pozyskanie rud z kominów hydrotermalnych lub podwodnych gór będzie wymagało zastosowania tej samej „tradycyjnej” metody, co na lądzie: roztrzaskania skał.

W 2019 r. delegaci ISA zjechali się w celu zrecenzowania roboczej wersji Kodeksu Górniczego. Urzędnicy mieli nadzieję, że doczeka się ratyfikacji i wdrożenia w 2020 r. Przybyłem więc do Kingston, aby w pogodny poranek obserwować obrady. Frekwencja dopisała. Osoba z obsługi poprowadziła mnie labiryntem korytarzy na pogawędkę z sekretarzem generalnym Michaelem Lodge’m, szczupłym Brytyjczykiem po pięćdziesiątce z przyciętymi włosami i ujmującym uśmiechem. Wskazał parę foteli stojących obok rzędu okien z widokiem na port. Usadowiwszy się w nich wygodnie, przystąpiliśmy do omówienia Kodeksu – na co zezwala i czego zakazuje – oraz przygotowań ONZ do największej operacji górniczej w historii świata.

Do niedawna biologowie poświęcali głębinom niewiele uwagi. Byli przeświadczeni, że pogrążone w ciemności wzniesienia i urwiska są w zasadzie pustką. Tradycyjny model życia na Ziemi bazuje na fotosyntezie: rośliny na lądzie i w płyciznach wykorzystują światło słoneczne, by zwiększać biomasę, którą konsumują małe i duże stworzenia; zwieńczeniem łańcucha pokarmowego jest niedzielny obiad. Zgodnie z tą narracją każde zwierzę jest zależne od roślin i wychwytywanej przez nie energii słonecznej. Skoro kilkaset metrów poniżej poziomu morza roślinności już nie ma, a nieco głębiej panuje mrok, nie było powodu, by podejrzewać, że istnieje tam bujny ekosystem. Lekki śnieg organicznych szczątków „padający” z powierzchni być może wystarczyłby na podtrzymanie egzystencji garstki głębokowodnych tułaczy.

W 1977 r. para oceanografów przemierzających Pacyfik w pojeździe zanurzalnym położyła kres tej teorii. Zwiedzając góry w pobliżu wysp Galapagos, śmiałkowie natknęli się na komin hydrotermalny o głębokości około 2 500 metrów. Nikt wcześniej nie widział podwodnych gorących źródeł, choć geolodzy nie wykluczali ich występowania. Zbliżając się do znaleziska, badacze dokonali jeszcze bardziej zaskakującego odkrycia: liczna grupa zwierząt obozowała w najlepsze wokół komina. Nie należeli do niej wątli padlinożercy, których obecność nie budziłaby w takim rejonie zdziwienia. Oczom zdumionych mężczyzn ukazały się olbrzymie małże, fioletowe ośmiornice, białe kraby i kilkumetrowe wieloszczety (łac. Riftia pachyptila), których łańcuch pokarmowy zaczyna się nie od roślin, lecz od organicznych chemikaliów unoszących się w ciepłej wodzie.

Komin hydrotermalny.

Zdarzenie to wstrząsnęło fundamentami biologii. W krajobrazie pozbawionym roślinności zrodził się złożony ekosystem. Życie pojawiło się w całkowitej ciemności i piekielnie gorącej zupie toksycznych związków chemicznych – środowisku, które zabiłoby wszystkie znane ziemskie istoty. Było to przełomowe odkrycie, wspomina biolog ewolucyjny Timothy Shank. Zmieniło nasze spojrzenie na granice życia. Teraz wiemy, że jeziora metanowe na jednym z księżyców Jowisza prawdopodobnie obfitują w przeróżne gatunki. I nie mamy już wątpliwości, że życie istnieje na innych planetach.

Naukowcy dzielą Wszechocean na pięć warstw. W przypowierzchniowej „strefie światła słonecznego” kwitną rośliny; w położonej niżej „strefie mroku” robi się ciemno; w dalszej „strefie północy” niektóre organizmy generują własne światło; a położona na samym dole „otchłań” jest po prostu szalenie zimną, czarną równiną. Eksperci odwiedzają te „piętra” od ponad pół wieku. Najtrudniejsze jest zejście do warstwy ostatniej. Nazwana hadalem – na cześć Hadesa, starożytnego greckiego boga władającego podziemnym światem zmarłych – obejmuje wody znajdujące się co najmniej 6 000 metrów pod powierzchnią. Ze względu na taką głębokość strefa ta jest kojarzona z rowami oceanicznymi, ale należą do niej wybrane odcinki równin abisalnych.

Półtora wieku temu na równinach abisalnych odkryto bryłki polimetaliczne. Te rozsiane po dnie morskim fragmenty skał nie są większe od grejpfruta. W ich skład wchodzą określone minerały. W kominach hydrotermalnych i grzbietach dominują metale szlachetne (m.in. srebro i złoto), natomiast bryłki zawierają głównie miedź, mangan, nikiel i kobalt, bez których produkcja baterii do iPhone’ów, laptopów i aut elektrycznych byłaby niemożliwa. Najwięcej wydanych przez ISA zezwoleń dotyczy właśnie wydobycia bryłek. Większość tych licencji upoważnia wykonawców do plądrowania Strefy Clarion-Clipperton (Clarion-Clipperton Zone – CCZ). Ta równina abisalna jest szersza od kontynentalnych Stanów Zjednoczonych – zajmuje ponad 4,4 miliona kilometrów kwadratowych między Hawajami a Meksykiem. Wraz z zatwierdzeniem Kodeksu Górniczego kilkanaście korporacji bezzwłocznie przystąpi do eksploatowania tamtejszych złóż na skalę przemysłową. Dokument nie określa głębokości, na jakiej powinno odbywać się wydalanie odpadów. ISA posługuje się szacunkami, zgodnie z którymi osad zatopiony przy powierzchni nie przemieści się dalej niż na 160 kilometrów. Synteza ustaleń naukowych przygotowana przez Greenpeace wykazała, że może on pokonać setki, a nawet tysiące kilometrów.

Timothy Shank obserwuje głębiny od prawie 30 lat. W 2014 r. kierował międzynarodową wyprawą, której celem było ukończenie pierwszej wszechstronnej analizy ekosystemu hadalnego. Jako dyrektor programu badań nad hadalem w Instytucie Oceanograficznym Woods Hole przyznaje, iż nie poznał jego tajemnic. Uczeni mają problemy z pomiarami dna morskiego w dużo płytszych wodach. Mimo że od ponad 100 lat używają lin, łańcuchów i instrumentów akustycznych do odczytywania głębokości, 85% globalnego dna morskiego pozostaje nieznane. Hadal jest najtrudniejszy do mapowania, ponieważ zobaczenie go graniczy z niemożliwością.

Jeżeli wydaje ci się kuriozalne, że nowoczesne pojazdy nie są w stanie spenetrować oceanicznej otchłani, spróbuj wyobrazić sobie, co to znaczy zanurzyć się na 10 lub 11 kilometrów. Każde 10 metrów głębokości wywiera parcie o wartości średniego ciśnienia atmosfery Ziemi, a zatem nurkując 22 metry pod taflą wody odczuwasz parcie trzy razy większe niż osoba stąpająca po lądzie. Na poziomie 91 metrów ciśnienie ma 10 atmosfer. Wieloszczety żyjące obok kominów hydrotermalnych opierają się oddziaływaniu około 250 atmosfer. Maszyny górnicze zrzucone do CCZ muszą wytrzymać dwa razy więcej, a i tak będą dopiero w połowie drogi na dno najgłębszych rowów oceanicznych. Zaprojektowanie i zmontowanie pojazdu funkcjonującego na poziomie 11 000 metrów to zadanie z zakresu inżynierii międzygwiezdnej. Skonstruowanie marsjańskiego łazika jest nieporównanie łatwiejsze. Więcej osób odwiedziło Księżyc niż dno Rowu Mariańskiego.

Ostatniego udanego zejścia do Rowu Mariańskiego dokonał wiosną ubiegłego roku prywatny inwestor Victor Vescovo w swojej łodzi podwodnej za 48 milionów dolarów. Było to zwieńczenie osobistej misji, w trakcie której entuzjaście udało się odwiedzić pięć najgłębszych rowów oceanicznych. Ten niewątpliwy krok naprzód w eksploracji hadalu stanowi przypomnienie, jak nieprzeniknione są to miejsca: podziwiał je tylko multimilioner, hollywoodzki reżyser (i inżynier) James Cameron oraz uczestnicy programu wojskowego. Pojedyncze wizyty w określonych punktach docelowych niewiele mówią o reszcie tego środowiska. Hadal to 33 rowów i 13 płytszych formacji zwanych nieckami – ich łączna powierzchnia jest równa dwóm trzecim terytorium Australii.

Przez 10 lat Timothy Shank nadzorował projekt „Neureusa” najbardziej zaawansowanego robota do sondowania głębin. Przyrząd zbudowany za 14 milionów dolarów przez międzynarodowy zespół specjalistów ostatecznie uległ implozji podczas zanurzenia w hadalu. Myślę, że kiedyś uda się tam zobaczyć setki, a nawet tysiące nieopisanych gatunków – niektóre z nich będą olbrzymie, przekonuje badacz, wyobrażając sobie tajemniczy, obcy świat, który w wiecznym ukryciu podąża własną ewolucyjną drogą.

Społeczeństwa nie mają świadomości, jak niezbędne dla zdrowia ludzi i planety są oceaniczne drobnoustroje. Pochłaniają one blisko jedną trzecią dwutlenku węgla generowanego na lądzie. Należy do nich bakteria „złapana” w CCZ w 2018 r. Mikrobiolodzy nie mają bladego pojęcia, jaki mechanizm pozwala jej czerpać ze środowiska węgiel, a szacuje się, że może odpowiadać nawet za 10% objętości C, jaką każdego roku sekwestruje Wszechocean. Nie przeprowadzono jeszcze kompleksowego przeglądu drobnoustrojów w rowach hadalnych. Konwencjonalne narzędzia do pobierania próbek wody nie radzą sobie na ekstremalnych głębokościach, a prace nad narzędziami niekonwencjonalnymi wciąż trwają. Nieco dalej posunęła się wiedza z zakresu mikrobiologii równin głębokowodnych – całkiem niedawno okazało się, iż CCZ tętni życiem. To jeden z najbardziej różnorodnych pod względem biologicznym obszarów hadalu, wyjaśnił Jeff Drazen z Uniwersytetu Hawajskiego. Gros mikrobów egzystuje na tych samych bryłkach, które planują zebrać górnicy. Kiedy „zmiatasz” je z dna morskiego, niszczysz habitat, który rozwijał się przez 10 milionów lat, dodał Drazen.

Gigantyczne, mobilne roboty górnicze.

Koncerny takie jak DeepGreen powtarzają, że zainteresowały się „zrównoważonym” wydobyciem rud z dna morskiego, bo chcą ratować planetę. Wygłaszanym przez nie zapewnieniom o tym, iż szkody dla środowiska będą minimalne przeczy historia cywilizacji przemysłowej, prawo niezamierzonych skutków i nieuchronność błędów. Chciałem dowiedzieć się od Michaela Lodge’a, sekretarza generalnego ISA, w jaki sposób agencja ONZ podjęła decyzję o zaakceptowaniu ryzyka. Dlaczego górnicza eksploatacja oceanów jest konieczna?, zapytałem go. Zmarszczył brwi. Nie wiem, dlaczego używasz słowa „konieczna”, odpowiedział. Dlaczego trzeba kopać gdziekolwiek? Wydobywasz tam, gdzie znalazłeś metal. Przypomniałem mu, że górnictwo lądowe ma druzgocącą cenę: ogołocone wyspy tropikalne, wysadzone w powietrze górskie szczyty, skażone wody gruntowe i powietrze, unicestwione gatunki. Zważywszy na tę dewastację, czy nie należałoby zawahać się przed daniem zielonego światła górnictwu morskiemu?

Według mnie ludzie nie powinni się tym specjalnie przejmować, odparł wzruszając ramionami. Wydobycie bez wątpienia zakłóci środowisko użytkowanego obszaru, ale możemy wykoncypować jakieś sposoby, by nad tym zapanować. Zwróciłem uwagę, że osady mogą wydostać się daleko poza wytyczoną zonę robót. Jasne, to kolejny poważny problem środowiskowy. Musimy jakoś zarządzać pióropuszem osadu. Musimy zrozumieć, jak się zachowuje, dlatego przeprowadzane są eksperymenty, które nam w tym pomogą. Kiedy mówił, zdałem sobie sprawę, że z jego punktu widzenia żadna z poruszonych kwestii nie zasługiwała na to, by się nad nią pochylać. Refleksja nie wchodziła w skład zakresu obowiązków sekretarza – płacą mu za to, by ułatwiać eksploatację, a nie kwestionować słuszność przedsięwzięcia.

Rozmawialiśmy przez kolejne 20 minut, po czym podziękowałem mu za poświęcony czas i wróciłem do sali zgromadzeń, gdzie prelegenci mechanicznie wygłaszali swoje przemówienia na temat ochrony morza i nadziei wiązanych z technologią baterii. Zebranym nie udało się dopracować szczegółów Kodeksu Górniczego odnośnie m.in. wymagań technicznych, procedur nadzoru i modelu podziału zysków. Głosowanie nad ratyfikacją musi poczekać do przyszłego roku. Zauważyłem grupę naukowców oglądających ten spektakl z ostatnich rzędów. Byli członkami Inicjatywy na rzecz Gospodarzenia Głębokim Oceanem (Deep-Ocean Stewardship Initiative) założonej w 2013 r, aby stawić czoła zagrożeniom dla środowiska głębinowego. Jednym z nich był Jeff Drazen. Przyleciał z Hawajów i wyglądał na zmęczonego. Wysłałem mu SMS-a i wyszliśmy na zewnątrz.

Na dziedzińcu stało kilka stolików. Spoczęliśmy przy jednym z nich, by zamienić parę słów. Byłem ciekaw, co czuje w związku z opóźnieniem głosowania. Drazen przewrócił oczami i westchnął. W CCZ pracują teraz Belgowie – przeprowadzają testy komponentów, powiedział. Będą jeździć po dnie morskim i ryć. Proces jest w toku. Ludzkość zamierza dokonać największego w dziejach przeobrażenia powierzchni planety. Usuniemy odkrywkowo przeogromne siedlisko. A gdy zniknie, już nie wróci.

Wpisy powiązane tematycznie: Ocalić, czyli zniszczyć, Krótka historia bezpiecznego limitu, Zielona maska, Brudne sekrety „czystej energii”, Dno oceaniczne rozpada się.

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Tłum. exignorant

Opublikowano Oceany

Od wymierających zapylaczy zależy trzy czwarte upraw świata

Skrót raportu Guardiana z 29 lipca 2020 r.

Badanie przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych wykazało, że postępujące niedobory pszczół na obszarach rolniczych poważnie ograniczają podaż roślin spożywczych. Gatunki pszczół dzikich takich jak trzmiele dziesiątkuje utrata kwitnących siedlisk, toksyczne pestycydy i coraz bardziej destrukcyjne zaburzenie klimatu. Z kolei pszczoły miodne, którymi opiekują się pszczelarze, chorują. Te niepokojące trendy rodzą obawy, iż światu grozi utrata trzech czwartych upraw żywności zależnych od zapylaczy.

Spośród siedmiu monitorowanych roślin jadalnych, które kultywuje się w 13 amerykańskich stanach, aż pięć nie uzyskuje optymalnego poziomu produkcji wskutek braku pszczół. Ten sam problem dotyka m.in. jabłek, jagód i wiśni. Uprawy, które zapyla więcej pszczół, odnotowują nieporównanie wyższe plony, powiedziała Rachael Winfree, ekspert od zapylania z Uniwersytetu Rutgersa i główny autor pracy opublikowanej 29 lipca 2020 r. przez Royal Society. Byłam zaskoczona, bo nie spodziewałam się tak znacznej różnicy.

Trzmiel rdzawo łaciaty.

Naukowcy odkryli, że dzikie pszczoły rodzime odpowiadały za zdumiewająco wysoki procent zapylania, mimo iż są aktywne na terenach w dużej mierze pozbawionych roślinności niezbędnej do ich przetrwania – prace rolne mają tam wyjątkowo intensywny charakter. Pszczoły dzikie są zazwyczaj skuteczniejszymi zapylaczami od pszczół miodnych, a populacje wielu z nich kurczą się gwałtownie. Na przykład trzmiel rdzawo łaciaty trafił w 2017 r. na listę gatunków zagrożonych wyginięciem w USA – w ciągu zaledwie dwóch dekad jego liczebność zmniejszyła się o 87%.

Część amerykańskiego rolnictwa podtrzymywana jest przez pszczoły miodne, które są gorączkowo replikowane i przerzucane po całym kraju w ulach celem zaspokojenia rosnącej potrzeby zapylania roślin alimentacyjnych. Kolonie pszczół miodnych są słabsze niż kiedyś, a liczba pszczół dzikich najwyraźniej doświadczyła ogromnego spadku, przyznała Winfree.

Według badania udostępnionego 10 lipca 2015 r. przez Science globalne ocieplenie wyniszcza rodzime populacje trzmieli. Wyniki sugerują, iż wymierają one masowo i porzucają zapylany niegdyś pas ziemi o szerokości blisko 320 kilometrów w Ameryce Północnej i Europie. Dochodzenie opisane 7 lutego 2020 r. w Science wykorzystało nową technikę modelowania, która potwierdziła, że już przed 2014 r. zmiana klimatu przyspieszała lokalne wymieranie tych owadów na wszystkich kontynentach.

Naukowcy z Uniwersytetu Northwestern zamieścili 27 czerwca 2018 r. na łamach Functional Ecology konkluzje swoich dociekań: nawet niewielki wzrost temperatur może doprowadzić niebawem do całkowitego wyginięcia pszczół na południowym-zachodzie USA. Obejmująca dwa sezony symulacja nieznacznie cieplejszego klimatu pokazała, iż w pierwszym roku zginęło 35% pszczół, zaś w drugim aż 70%.

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Wpis powiązany tematycznie: Nowa era niedoborów żywności – echo upadłych cywilizacji, Wzrost temperatury i fotosynteza.

Oprac. exignorant

Opublikowano Woda i żywność

Nagła zmiana klimatu: Detonacja „bomby kompostowej”

Naukowcy z Narodowego Laboratorium Oak Ridge (Departament Energii USA) wykazali, że nieznaczne ocieplenie klimatu wywołuje wielką utratę węgla w ekosystemach torfowiskowych. Odkrycie zostało opisane 27 lipca 2020 r. w AGU Advances.

Mokradła świata.

Największe znane skupiska torfowisk znajdują się w Kanadzie, na Alasce, w Europie Północnej, Syberii Zachodniej, Azji Południowo-Wschodniej oraz w dorzeczu Amazonki, gdzie pokrywają ponad 10% powierzchni. (Joosten i Clarke, 2002). Gros torfowisk świata występuje w borealnych i umiarkowanych częściach półkuli północnej, zwłaszcza w Europie, Ameryce Północnej i Rosji. Ich uformowanie umożliwiły tamtejsze reżimy klimatyczne charakteryzujące się wysokimi opadami i niską temperaturą.

Torfowiska zajmują obecnie około 3% lądu Ziemi i zawierają co najmniej jedną trzecią węgla obecnego w glebach świata – więcej niż lasy. Magazynują go wyjątkowo skutecznie, ponieważ ich zimny, wilgotny i kwaśny stan zabezpiecza głębokie warstwy starożytnej materii roślinnej. Uczeni postanowili dowiedzieć się, w jakim tempie gorętsze i suchsze warunki uruchamiają w torfowisku procesy mikrobiologiczne, które wprowadzają do atmosfery ogromne ilości węgla w postaci CO2 i CH4.

W ramach Projektu SPRUCE, unikalnego eksperymentu polegającego na manipulowaniu ekosystemem, wytyczono i odizolowano kilka działek w lasach północnej Minnesoty, i wystawiono je na działanie temperatur o pięciu wartościach – najwyższa wynosiła 6°C nad i pod ziemią. W połowie kontrolowanych środowisk podwyższono też koncentracje dwutlenku węgla. Zabieg pozwolił zmierzyć skutki realiów, jakich ten ekosystem nigdy wcześniej nie doświadczył. W eksperymencie na dużą skalę przestudiowaliśmy zakres ocieplenia, którego nie można ekstrapolować na podstawie zapisów historycznych, powiedział Paul Hanson, badacz ekosystemów w ORNL i koordynator SPRUCE.

Zespół Hansona przeanalizował dane dotyczące m.in. wzrostu roślin i korzeni, poziomu wody i torfu, aktywności drobnoustrojów. Te czynniki pochłaniania i wydalania, które kontrolują dwukierunkowy przepływ węgla, składają się na tzw. budżet węglowy. Okazało się, że w ciągu zaledwie trzech lat wszystkie ogrzewane powierzchnie torfowisk przestały być pochłaniaczami CO2 netto i zaczęły funkcjonować jako jego emitery. To fundamentalne przeobrażenie charakteru torfowiska nastąpiło nawet przy najniższym ociepleniu (około 1,5°C powyżej temperatury otoczenia) – szybkość uwalniania węgla była od 5 do 20 razy szybsza od tempa jego akumulacji.

Wyższe temperatury bezpośrednio przełożyły się na większe emisje dwutlenku węgla i metanu. To bardzo ścisły związek jak na dane biologiczne. Chociaż wyniki mieściły się w spektrum hipotez, to wrażliwość utraty węgla na temperaturę zaskoczyła nas, przyznał Hanson.

W lutym 2020 r. ocieplenie planety liczone od 1750 r. (początek industrializacji) przekroczyło poziom 2°C.

Grupa 59 międzynarodowych naukowców uzyskała nowe informacje na temat wpływu zmiany klimatu na lasy borealne i torfowiska. Ich badanie ukazujące, w jaki sposób ekosystemy tracą wodę, ukazało się 11 maja 2020 r. w Nature Climate Change.

W miarę ocieplania się klimatu powietrze staje się bardziej suche i pochłania więcej wody. W odpowiedzi na wysychanie powietrza ekosystemy leśne, które stanowią większość naturalnych regionów borealnych świata, zachowują więcej wody. Ich drzewa, krzewy i trawy to tzw. rośliny naczyniowe – zazwyczaj pobierają dwutlenek węgla i uwalniają wodę oraz tlen przez mikroskopijne pory w liściach. Jednak w cieplejsze i suchsze dni pory zamykają się, co spowalnia tę wymianę i zaoszczędza wodę.

Pozostałą częścią krajobrazu borealnego są jeziora i torfowiska. Te ostatnie gromadzą potężne pokłady wody i węgla w warstwach żywego i martwego mchu. Torfowiska pełnią rolę naturalnych duktów między fragmentami lasu – zapobiegają rozprzestrzenianiu pożarów, o ile pozostają mokre. Mchy torfowiskowe nie należą do roślin naczyniowych, zatem wraz z postępującym ociepleniem są bardziej podatne na wysychanie. W przeciwieństwie do lasów nie mają mechanizmu ochrony przed utratą wody. Odwodnienie nie tylko nasila rozkład zalegającego w nich węgla, lecz także zamienia je w pożywkę dla ognia, o czym informowało już badanie laboratorium ekohydrologicznego Waddington. Wysuszone torfowiska oznaczają bardziej rozległe i intensywne pożary, które uwalniając do atmosfery ogromne ilości węgla, przyspieszają globalne ocieplenie, powiedział Manuel Helbig z Uniwersytetu McMaster, jeden z głównych autorów analizy.

Pożar w Pantanal.

Brazylijska Agencja Kosmiczna INPE podała 24 lipca 2020 r., że w 2020 r. liczba pożarów lasów w Pantanal, największych na świecie tropikalnych terenach podmokłych, uległa potrojeniu w porównaniu z sezonem ubiegłym. Od 1 stycznia do 23 lipca było ich w regionie aż 3 682, co stanowi skok o 201%. To regionalny rekord w historii monitoringu prowadzonego od 1998 r. W tym samym okresie 2018 r. odnotowano 277 pożarów. Na obszarze 140 000–160 000 kilometrów kwadratowych równiny aluwialnej żyją tysiące gatunków roślin i zwierząt, w tym jaguary, mrówkojady, ptaki wędrowne, piranie, kapucynki i zielone anakondy.

Naukowcy NASA przeprowadzający Eksperyment Arktycznej Wrażliwości Borealnej (Arctic Boreal Vulnerability Experiment – AboVE) wykorzystali w 2017 r. samoloty wyposażone w nowej generacji spektrometr, aby w podczerwieni zobrazować 30 000 kilometrów kwadratowych arktycznego krajobrazu. Wysoce wyspecjalizowany przyrząd nie zawiódł. Wykryliśmy 2 miliony aktywnych wyrzutów metanu, którego koncentracje przekraczały 3 000 części na milion, powiedział Clayton Elder z Laboratorium Napędu Odrzutowego w Pasadenie, główny autor badania zamieszczonego 10 lutego 2020 r.w Geophysical Research Letters. Od czasu przeprowadzonych obserwacji sytuacja ulega dalszemu pogorszeniu: w 2018, 2019 i 2020 r. Arktyka ponownie doświadczyła szokujących, rekordowych temperatur zarówno zimą, jak i latem. Ponadto wyniki ujawniły pewną prawidłowość: źródła metanu znajdowały się nie dalej niż 40 metrów od akwenów takich jak jeziora i strumienie.

Instytut Badań nad Wpływem Klimatu w Poczdamie potwierdził 27 listopada 2019 r. w Nature, że w lasach borealnych zmiana klimatu przekroczyła punkt krytyczny.

Badanie opublikowane 1 grudnia 2016 r. w Nature zidentyfikowało kluczowe dodatnie sprzężenie zwrotne klimatu: ocieplenie Ziemi wywołane przez cywilizację przemysłową sprawia, że gleby wydychają węgiel. Proces ten znany jest jako „bomba kompostowa”. Mikroorganizmy glebowe na ogół konsumują węgiel, a następnie uwalniają dwutlenek węgla jako produkt uboczny. Duże obszary planety – od Alaski i północnej Kanady po Europę Północną i rozległe połacie Syberii – były wcześniej zbyt zimne, aby oddychanie gleb mogło tam zaistnieć. Wzrost temperatur spowodował, iż teraz wprowadzają one do atmosfery znacznie większe niż kiedykolwiek ilości CO2 i CH4. Nawet przy natychmiastowym wstrzymaniu wszystkich cywilizacyjnych emisji gazów cieplarnianych gleby nadal będą uwalniać co najmniej taką samą ilość dwutlenku węgla i metanu, jaką generował przemysł paliw kopalnych w połowie XX w.

Globalne ocieplenie przekroczyło punkt bez powrotu i nie możemy już odwrócić jego skutków, powiedział dr Thomas Crowther, główny autor pracy. Nasza analiza przedstawia empiryczne dowody potwierdzające od dawna wyrażaną obawę, iż wzrost temperatur stymuluje proces utraty glebowego C na rzecz atmosfery, co napędza dodatnie sprzężenie zwrotne klimatu, które przyspieszy planetarne ocieplenie w XXI., napisali badacze. To z kolei może oznaczać, że wszelkie starania ludzi mające ograniczyć emisje GHG nie wystarczą, bo otacza nas zewsząd inne ich źródło – sama Ziemia.

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Oprac. exignorant

Opublikowano Klimat

Skutki zdrowotne COVID-19 będą znacznie gorsze od spodziewanych

Artykuł The Times of Israel z 28 czerwca 2020 r.

Ludzie, którzy przeszli COVID-19, wprawiają lekarzy w zdumienie skarżąc się na osobliwe bóle, upośledzoną czynność płuc i szereg problemów psychologicznych utrudniających normalne funkcjonowanie.

Widzimy bardzo przerażający trend, stwierdza prof. Gabriel Izbicki z jerozolimskiego Centrum Medycznego Shaare Zedek. Ponad połowa pacjentów nadal ma objawy po kilku tygodniach, jakie upłynęły od testu z wynikiem ujemnym. Izbicki pracuje nad badaniem opartym na rezultatach wizyt kontrolnych osób, które opuściły szpitale. Śledzenie następstw choroby ma pomóc zrozumieć, dlaczego cierpienie utrzymuje się po wyzdrowieniu. Do tej pory niewiele przeprowadzono analiz dotyczących średniookresowych konsekwencji zakażenia koronawirusem, a lekarze potrzebują wskazówek, wyjaśnia uczony.

W Bnei Brak, pierwszej izraelskiej klinice środowiskowej, w ostatnich dniach lekarze odnotowują gwałtowny wzrost liczby wyleczonych odczuwających bóle, które zdają się pojawiać znikąd. Umiejscawiają się w ramionach, nogach lub innych częściach organizmu, na które wirus nie wywiera bezpośredniego wpływu. Zapytani o określenie natężenia dolegliwości w skali od 1 do 10, ludzie często wymieniają 10, bo nie są w stanie zasnąć, informuje Eran Schenker, dyrektor placówki.

Czterdziestoparoletnia mieszkanka Bnei Brak, którą zdiagnozowano w marcu, miesiąc temu uzyskała ujemny wynik testu na obecność SARS-CoV-2. Kobietę wciąż dręczy silne zmęczenie i niepokój, może spacerować tylko przez kilka minut. Jej 55-letni mąż, który podobnie złapał koronawirusa w marcu i pozbył się go w maju, teraz czuje się gorzej niż podczas pobytu w szpitalu. Twierdzi, że jest ‚popsuty’; narzeka na ospałość, chodzi z trudem i ma problemy z sercem, opowiada żona.

Sytuacja zaszokowała rodzinę, ponieważ w trakcie hospitalizacji krewnemu nie podawano tlenu, a zdjęcia rentgenowskie nie ujawniły uszkodzeń płuc. Po uwolnieniu się od patogenu mężczyzna zaczął doświadczać bólów i zdradzać oznaki niewydolności oddechowej. Konsultował się z kardiologami, neurologami, rehabilitantami i innymi ekspertami. Mamy osoby, których kondycja ogólna jest jeszcze gorsza; długi pobyt w szpitalu i wspomaganie oddychania respiratorem może spowolnić późniejszą rekonwalescencję, ale chorobie COVID-19 towarzyszą wzorce, z którymi zazwyczaj nie mamy do czynienia, zwraca uwagę Schenker.

Jesteśmy oszołomieni faktem, że ludzie nie tylko zmagają się ze spodziewanymi dolegliwości, lecz także takimi, których znaczenia zwyczajnie nie byliśmy świadomi, wyznaje dyrektor. Nic nie przebiega podręcznikowo. Niektórzy zachorowali w marcu, a więc mogli wydobrzeć już kilka tygodni temu. Izbicki, dyrektor Instytutu Chorób Płuc Shaare Zedek, również podkreśla, iż wielu jego podopiecznych od dawna uznaje się za wolnych od SARS-CoV-2: Jedną z największych niespodzianek jest to, że nie da się przewidzieć, komu trudno będzie uporać się z COVID-19. Nie istnieje korelacja między tym, jak poważny był przebieg przypadłości w szpitalu, a nasileniem symptomów po jej zakończeniu.

Wśród objawów odnotowywanych u większości pacjentów jest ogólne osłabienie, duszności, uporczywy kaszel i inne komplikacje związane z oddychaniem i płucami. Bóle nękające młode i starsze osoby zadziwiają lekarzy. Środki przeciwbólowe nie eliminują źródła, a boleści bywają nieznośne. Czasem dokucza poważny dyskomfort: pieczenie, mrowienie lub wrażenie, że z kończyną jest coś nie tak.

Nawet kiedy skany płuc, serca i mózgu nie pokazują zmian, słyszymy o bólu, mówi Schenker. Dan Oyero, zastępca dyrektora medycznego Maccabi w środkowym Izraelu, zaznaczył, iż kwestią nadrzędną, z jaką konfrontują się lekarze, jest daleko idące zakłócenie codziennej egzystencji; nikt nie potrafi przewidzieć, czy kiedykolwiek ustąpi. Najbardziej niepokojące jest to, że ludzie nie mogą już robić tego, co dawniej. Zdarza się, że utracony wskutek COVID-19 zmysł smaku i zapachu nie wraca. Pytani przez pacjentów, czy poprawa jest możliwa, specjaliści nie odpowiadają jednoznacznie. Po prostu tego nie wiemy, przyznaje Oyero. Odwołując się do dotychczasowych doświadczeń, Izbicki wyraża obawę, iż uszkodzenie płuc, które dotyka chorych w każdym wieku, może być równoznaczne z dozgonną redukcją wydolności oddechowej.

Niejednokrotnie konieczna staje się też interwencja fizjoterapeutów. Spotykamy się z przypadkami ekstremalnej utraty wagi – ludzie z trudem stawiają kroki, kontynuuje Schenker. Z kolei osoby fizycznie zdolne do poruszania się nie mają ani energii, ani motywacji, by to robić. To niesłychane, że młodzi, którzy wrócili do pracy – są m.in. pedagogami i prawnikami – już po godzinie aktywności odczuwają lęk, brak pewności siebie i depresję. Natężenie tych zaburzeń jest większe od spodziewanego, dodaje Schenker. Główne niedyspozycje to tak naprawdę zmęczenie i okresy obniżonej energii. Nie da się ich sklasyfikować – nie mieszczą się w ramach określonego syndromu – ale usiłujemy im pomóc, zapewnia Oyero. ♦♦♦

Raport Newsweeka z 29 czerwca 2020 r.: Dr Jon Thogmartin ostrzegł, że u osób, które zaraziły się SARS-CoV-2 i nie mają symptomów, dochodzi do uszkodzenia płuc. Lekarz medycyny sądowej z Florydy przytoczył rezultat analizy opublikowanej na początku lipca 2020 r. przez Instytut Badawczy Scripps: niepokojące konsekwencje infekcji wykryto u ponad 45% pacjentów bezobjawowych ze statku wycieczkowego „Diamond Princess”. W opisie wyników czytamy: Skany z tomografii komputerowej ujawniły poważne subkliniczne nieprawidłowości w płucach, co może oznaczać, że zakażenie SARS-CoV-2 wywiera negatywny wpływ na czynność płuc, który nie uwidacznia się od razu. Konieczne są dodatkowe badania, aby potwierdzić potencjalne znaczenie tego odkrycia. Dr Daniel Oran, jeden z autorów pracy, powiedział, że ludzie czuli się dobrze, ale w 50–100% przypadków ich płuca wyglądały tak, jakby były oglądane przez brudny kawałek szkła.

Relacja News Express z 6 sierpnia 2020 r.: Według raportu przedstawionego 5 sierpnia 2020 r. przez Uniwersytet Wuhanu aż 90% pacjentów wyleczonych z COVID-19 ma uszkodzone płuca, zaś 5% ponownie przechodzi kwarantannę, ponieważ wyniki testu na obecność koronawirusa dały wynik dodatni. Grupa badawcza kierowana przez Zhiyonga Penga, dyrektora oddziału intensywnej terapii w renomowanej klinice w Wuhanie, od kwietnia kontroluje stan 100 pacjentów, którzy wyzdrowieli. Pierwsza część tego rocznego programu monitoringu została zakończona w lipcu. Średni wiek objętych nim pacjentów to 59 lat. Niektórzy ozdrowieńcy potrzebowali asysty aparatu tlenowego nawet po trzech miesiącach od chwili wypisania ze szpitala, powiedział Tengxiao Liang, wykładowca Uniwersytetu Medycyny Chińskiej w Pekinie. Ponadto potwierdzono, iż przeciwciała chroniące przed SARS-CoV-2 zniknęły u 10% chorych.

Fragment raportu Boston.com z 27 lipca 2020 r.: Niemieccy lekarze porównali wyniki rezonansu magnetycznego 100 osób, które przeszły COVID-19, z obrazami MRI 100 osób, które nie zostały zainfekowane SARS-CoV-2. Dwie trzecie pacjentów wyzdrowiało w domu, a średni wiek badanych wynosił 49 lat. Po upływie ponad dwóch miesięcy w sercach 78 zakażonych pojawiły się zmiany strukturalne. Aż u 76 z nich biomarker sygnalizował uszkodzenie typowe dla zawału, zaś u 60 stwierdzono oznaki zapalenia mięśnia sercowego. Ci stosunkowo młodzi, zdrowi ludzie zachorowali na wiosnę, mówi Valentina Puntmann z pracowni rezonansu. Wielu z nich właśnie wróciło z urlopu w górach. Nie przypuszczali, że z ich sercem stało się coś złego. W przypadku wielu pacjentów COVID-19 może być przyczyną późniejszej niewydolności organu – przewlekłej, postępującej przypadłości, która zmniejsza jego zdolność pompowania krwi. Jest zbyt wcześnie, by stwierdzić, czy wykryte defekty są trwałe, ale kardiolodzy wyrażają swoje głębokie zaniepokojenie zaistniałą sytuacją. Pacjenci odwiedzający mój gabinet skarżą się: ‚Mam 31 lat, do niedawna biegałem i ćwiczyłem bez ograniczeń, a teraz odczuwam kołatanie serca, kiedy przechodzę przez ulicę, i dostaję zadyszki, kiedy wchodzę na drugie piętro’, mówi Matthew Tomey, kardiolog z nowojorskiej Szkoły Medycznej Icahn.

Brytyjscy neurolodzy opublikowali 8 lipca 2020 r. w Brain szokujące szczegóły swojej analizy, które pokazują, że SARS-CoV-2 może powodować poważne uszkodzenie mózgu – nawet u rekonwalescentów i pacjentów z łagodnymi objawami. Jest ono wykrywane bardzo późno lub wcale. Autorzy zdiagnozowali u dziewięciu chorych na COVID-19 ostre rozsiane zapalenie mózgu i rdzenia (ADEM) – wywierając wpływ na osłonki mielinowe nerwów, powoduje ono degeneracyjne zniszczenie ośrodkowego układu nerwowego.

Badanie zamieszczone 30 lipca 2020 r. w Brain, Behaviour and Immunity wykazało, że 55% osób, które były hospitalizowane z powodu COVID-19, zmaga się co najmniej z jednym zaburzeniem psychicznym. Eksperci z kliniki San Raffaele w Mediolanie stwierdzili, iż spośród 402 monitorowanych przez miesiąc pacjentów 28% cierpi na zespół stresu pourazowego, 31% ma depresję, 42% doświadcza stanów lękowych, 40% nie sypia, a 20% przyznaje się do zachowań obsesyjno-kompulsyjnych.

Wpisy powiązane tematycznie: Koronawirus i ślepy optymizm, Pandemia: Lekcja z historii, Pandemia przyspieszy upadek gospodarki globalnej, Uwidaczniają się skutki redukcji aerozoli antropogenicznych.

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Tłum. exignorant

Opublikowano Cywilizacja