Czuwając przy Matce

Wstęp do książki End of Ice (Koniec lodu, styczeń 2019) Dahra Jamaila, dziennikarza śledczego i pisarza. Jako niezależny korespondent wojenny relacjonował konflikty w Iraku, Syrii, Libanie, Turcji i Jordanii. Obecnie koncentruje się na środowisku naturalnym i antropogenicznym zaburzeniu klimatu.

W 2015 roku mój najlepszy przyjaciel Duane French zapadł na zapalenie płuc i trafił do szpitala. Dla kogoś, kto od ponad czterdziestu lat cierpi na porażenie czterokończynowe ta niebezpieczna choroba stanowi zagrożenie dla życia. Duane’a poznałem po przeprowadzce na Alaskę w 1996 roku. Później zostałem jego osobistym asystentem. Uważam go za bohatera. Jest jedną z najstarszych na świecie osób z paraliżem od szyi w dół. Jako niespełna czternastolatek doznał urazu kręgosłupa podczas nurkowania i dorastał w klinice, gdzie rehabilitowano ciężko rannych weteranów wojny w Wietnamie. Duane zdecydował, że trwałe kalectwo i egzystencja na elektrycznym wózku inwalidzkim nie powstrzymają go od pracy nad uchwaleniem ustawy o niepełnosprawnościach. Od tamtej pory prowadził oddziały rządowe spieszące z pomocą potrzebującym.

Duane walczył o każdy oddech, kiedy przenoszono go na oddział intensywnej terapii. Jego partnerka Kelly, asystent Sakhum i ja czuwaliśmy na zmianę przy jego łóżku po dwanaście godzin. W ciągu pierwszych trzech tygodni każdy zaaplikowany antybiotyk zawiódł. Tętno Duane’a przekraczało sto uderzeń na minutę. Jadł bardzo mało i coraz częściej zakładano mu maskę do oddychania.

Wiedząc, jak niewielkie ma szanse na powrót do zdrowia, poświęcałem mu całą swoją uwagę. Gdy spał, obserwowałem, jak unosi się i opada jego klatka piersiowa – cieszyłem się z tego, że wciąż żyje. Tę świadomość zabierałem potem ze sobą do domu Kelly i Duane’a, gdzie w gościnnym pokoju regenerowałem siły. Mój przyjaciel nie przestawał gasnąć, przez co każda spędzona z nim chwila stanowiła bezcenny podarunek. Nie było na Ziemi ważniejszego miejsca od szpitalnej sali, w której leżał. Serce mi krwawiło, ale nie chciałem przegapić ani jednej sekundy jego życia. Nie miałem pojęcia, czy wygra z chorobą, jednak fakt ten tracił na znaczeniu, ponieważ liczył się ten wspólny moment. Stan Duane’a pogorszył się. Wyglądało na to, że nic tego nie zmieni. Pielęgniarka podawała mu morfinę, aby ułatwić oddychanie…

Mój mentor szczęśliwie wyzdrowiał, lecz pamięć o opisanym doświadczeniu nie opuszczała mnie w trakcie pisania tej książki. Rozmyślając o tym, co dzieje się z planetą, rozumiem, że nasza relacja z Ziemią powinna teraz przypominać moją bliskość z Duane’m. Byłem przekonany, że tracę najlepszego przyjaciela – chciałem wyznać mu wszystko, co leżało mi na sercu, naprawić błędy, wyjaśnić każde nieporozumienie. Obserwując umierającą Ziemię, możemy zadać sobie pytanie: Czego oczekuje ode mnie ta pora? Mnich buddyjski Thich Nhat Hanh napisał, że najcenniejszym darem, jaki możemy ofiarować innym, jest nasza obecność. Kiedy naszym baczeniem obejmiemy tych, których kochamy, rozkwitniemy niczym kwiaty. Przyrodę możemy poznać, pokochać i otoczyć opieką jedynie poprzez pielęgnowanie takiej bliskości. Odzyskawszy ją, zaczniemy rozpoznawać wagę i konsekwencje utraty ziemskiego lodu, gatunków i biosfery. Od bardzo dawna egzystujemy w świecie, w którym większość ludzi zbyt późno reflektuje się, że nigdy nie poznała uczucia podobnej miłości i więzi.

Przez dziesięciolecia wielu z nas przymykało oczy na to, co nasz gatunek wyrządza planecie. Teraz, gdy trwa prawdopodobna agonia Ziemi, być może jesteśmy gotowi stanąć w obronie tego, co kochamy. Podążanie za wewnętrznymi wskazówkami może sprawić, że stawimy czoła straszliwej perspektywie. Podjęcie działań wiąże się z nadzwyczajną zewnętrzną i wewnętrzną odwagą. Dary, jakie niesie ze sobą obecna sytuacja, mogą zainicjować zmianę politycznej tożsamości, zamiarów i świadomości.

Nie wiadomo, czy upadek biosfery będzie całkowity. Przyszłość jest niepewna. Biorąc pod uwagę fakt, że szybki wzrost atmosferycznych koncentracji dwutlenku węgla zbiegał się w przeszłości z wielkimi wymieraniami planetarnymi, grozi nam wyginięcie. Jak powinniśmy wykorzystać czas, który pozostał? Thich Nhat Hanh przypomina o wartości bycia świadkiem tego, czego doświadcza Ziemia: Kiedy twoja ukochana osoba cierpi, musisz dostrzec jej ból, niepokój i zmartwienia. Robiąc tylko tyle, zapewniasz już częściowe ukojenie.

Dahr Jamail z dr. Thomasem Levejoy’em (Obozowisko 41 w Amazonii, Brazylia)

Przygotowując książkową relację o katastrofalnych skutkach zaburzenia klimatu, udałem się na pierwszą linię rozpadu geo- i biosfery, przeprowadziłem liczne wywiady, streściłem niemal apokaliptyczne scenariusze szybkiego rozmrożenia wiecznej zmarzliny, emisji metanu do atmosfery, zalania przybrzeżnych miast, potencjalnej zagłady miliardów ludzi w nieodległej przyszłości. Chociaż nauczyłem się śledzić wydarzenia w sposób konsekwentny, wpadłem w głęboką depresję i zacząłem się zastanawiać, czy ich opisywanie nie jest pozbawione sensu.

Miałem nadzieję, że moja praca w Iraku przyczyni się do zakończenia amerykańskiej okupacji tego kraju. Miałem też nadzieję, że moje depesze o klimacie i bombardowanie ludzi wynikami badań i prognoz wyrwie ich z letargu, uświadomi skalę planetarnej tragedii. Bardzo trudno było mi zrezygnować z tej nadziei. Zrozumiałem jednak, że to ona blokuje większą potrzebę odczuwania żalu, tak więc rezygnacja z nadziei stała się koniecznością.

Po powrocie do domu z Denali musiałem znaleźć sposób na zrównoważenie tego, czego doświadczyłem. Wznowiłem weekendowe wyprawy do położonego opodal Olimpijskiego Parku Narodowego. Przywołany przez góry, wędrowałem przez stare lasy ku alpejskim jeziorom, otoczonym przez poszarpane szczyty. Wspinając się po stromym, skalistym zboczu w stronę kolejnego wzniesienia, przysiadłem na klifowej półce, by posilić się suszonym łososiem, orzechami i kawą. Wdychałem rozpościerający się przede mną widok: dolina biegnąca w kierunku Cieśniny Juan de Fuca, lodowiec Góry Carrie, kruk szybujący ponad nimi. Rozkoszowałem się każdą chwilą. Na kolejne wycieczki wiodła mnie chęć poznania innej góry, doliny. W domu czyściłem ekwipunek, uzupełniałem prowiant, po czym rozkładałem mapy i planowałem następną wędrówkę lub wspinaczkę. Są one moim odpowiednikiem czuwania przy cierpiącej Ziemi, oddawania jej czci i łączenia się z własnym smutkiem.

Wielkie wymieranie jest w toku. Nie ma sposobu na usunięcie ciepła, które wprowadziliśmy do oceanów, czy 40 miliardów ton dwutlenku węgla, które rokrocznie pompujemy do atmosfery. Nic nie zmieni biegu wypadków, a najgorsze konsekwencje dopiero nadejdą. Jak mamy z nimi się skonfrontować?

Nie chodzi o to, czy poniesiemy porażkę. Pytanie brzmi, w jakim stylu, powiedział wykładowca i pisarz Stephen Jenkinson, który przez dziesięciolecia zajmował się opieką paliatywną. Należy zapytać, jaką postać przybierze nasza nieumiejętność dbania o to, co zostało nam powierzone. Jenkinson, który prowadzi teraz zajęcia na temat żalu i akceptacji śmierci jako integralnej części życia, elokwentnie mówił o rozpaczy i zaburzeniu klimatu podczas wykładu, który wygłosił na kanadyjskim Uniwersytecie Simona Frasera w Vancouver. Nawiązując do faktu, iż nie zadbaliśmy o to, co nam powierzono, dał do zrozumienia, że czas na zmianę naszego zbiorowego postępowania minął dawno temu. Żal domaga się, byśmy dobrze znali porę, która nastała, dodał Jenkinson. Wielkim wrogiem żalu jest nadzieja. Nadzieja to ośmioliterowe słowo upodobane przez tych ludzi, którzy nie chcą widzieć rzeczy takimi, jakie są. Ten czas wymaga, byśmy byli wolni od nadziei – byśmy przebili się przez fałszywy wybór między pełnią nadziei i beznadzieją. Są one dwiema stronami tego samego oszustwa. Żal jest niezbędny, aby żyć dalej.

Za każdym razem, kiedy nowe badanie ujawnia przyspieszające tempo wzrostu poziomu morza, topnienia lodu na Oceanie Arktycznym lub wymierania gatunków, ubolewam nad tym, jak traktowaliśmy i traktujemy planetę. Nieustający proces oswajania żalu przypomina odkrywanie kolejnych warstw – zawsze jest więcej do zrobienia, ponieważ dramat trwa. Po drodze porzuciłem swoje przywiązanie do rezultatów wykonywanej pracy. Jestem wolny od nadziei.

Gotowość, by żyć bez nadziei pozwala mi akceptować druzgocącą prawdę o naszej sytuacji. Zdolności do opłakiwania losu Ziemi towarzyszy teraz wdzięczność – doceniam najmniejsze, najbardziej przyziemne rzeczy. Żal jest także sposobem na uhonorowanie tego, co bezpowrotnie odchodzi. Wyrażony głośno żal z powodu utraty kogoś bliskiego, macierzy lub domu jest największym uznaniem, jakie moglibyśmy im ofiarować, pisze myśliciel, autor i nauczyciel Martín Prechtel. Żal stanowi wyraz uznania, gdyż w ten naturalny sposób miłość oddaje cześć temu, za czym tęskni. Moja akceptacja naszego prawdopodobnego schyłku otworzyła mnie na bliższą i głębszą relację z samym życiem. Jej ceną jest pokonywanie przestrzeni żalu, przeprawa na drugą stronę. Oznacza to odkrywanie żarliwej miłości do Ziemi, o którą nigdy siebie nie podejrzewałem. Oznacza to również odkrywanie przyrodzonej inteligencji serca. Choć jestem pogrążony w żalu, bardziej niż kiedykolwiek czuję, że żyję. Przekonałem się, że możliwe jest dotarcie do miejsca, gdzie akceptacja i wewnętrzny spokój współistnieją z żalem i cierpieniem.

Wierzę, że ten żal jest udziałem wszystkich, aczkolwiek większość ludzi nie jest go świadoma. Zastąpiły go antydepresanty na receptę i przeróżne metody samoleczenia.

Dobre życie obejmuje teraz zadośćuczynienie za krzywdy wyrządzane Ziemi. Może przybrać ono formę wdzięczności za każdy kęs pokarmu, każdy strzęp ubrania, każdy pierwiastek w naszym ciele, który ofiarowała nam planeta. Dobre życie to także dokonanie osobistej przemiany, by egzystować we wspólnocie z pokrewnymi duszami, w zgodzie z tym, co nas otacza.

Nadzieją nie jest przekonanie, że coś się dobrze skończy, tłumaczył czeski dysydent i literat Václav Havel, tylko pewność, że coś jest warte zachodu bez względu na ostateczny wynik. Napisanie tej książki jest moją próbą świadczenia o tym, co robimy z Ziemią. Właśnie tak pragnę oddać jej cześć i spożytkować czas, jaki nam pozostał. Dźwigania żalu nie ułatwia upływ kolejnych miesięcy. Doniesienia o stratach piętrzą się nieubłaganie. Bez reszty oddaję się swojej pracy, choć wiem, że nie powstrzymam tej fali. Lepszej służby zaoferować nie potrafię. Będę całym sobą czuwał przy Ziemi – niezależnie od okoliczności, do końca.

Artykuły Dahra Jamaila pojawiły się na stronach Inter Press Service, The Sunday Herald (Szkocja), The Guardian, Foreign Policy in Focus, Le Monde, Le Monde Diplomatique, The Huffington Post, The Nation, The Independent i Al Jazeery. Wielokrotnie komentował aktualne wydarzenia jako gość BBC, NPR oraz innych międzynarodowych sieci informacyjnych. Odważna, demaskatorska twórczość przyniosła Dahrowi wiele nagród, w tym Izzy Award w 2018 r. za wybitne osiągnięcia dziennikarskie w kategorii mediów niezależnych. Jurorzy docenili jego „przełomową, wnikliwą działalność sprawozdawczą w 2017 r., która obnażyła konsekwencje militaryzmu i zagrożeń dla przyrody”.

Wywiad z Dahrem Jamailem.

Tłum. exignorant

Reklamy
Opublikowano Poza nadzieją

Maskujący efekt aerozoli jest większy, niż sądzono. Modele klimatu znacznie zaniżają tempo globalnego ocieplenia.

Naukowcy od dawna posiadają wiedzę o tym, że cywilizacyjne emisje gazów cieplarnianych ogrzewają planetę, natomiast zanieczyszczenia w postaci aerozoli schładzają ją i tym samym maskują rzeczywistą wartość efektu cieplarnianego. W badaniu opublikowanym 17 stycznia 2019 r. w Science prof. Daniel Rosenfeld z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie stwierdził, iż stopień, w jakim aerozole powstrzymują wzrost średniej temperatury Ziemi, został poważnie zaniżony. To zła wiadomość dla planety i ludzkości.

Aerozole to cząsteczki licznych materiałów i związków przedostających się codziennie do atmosfery (zaliczamy do nich m.in. siarczany, czarny węgiel i azotany uwalniane chociażby przez piece hutnicze, elektrownie węglowe i samochody). Schładzają one nasze środowisko życia gromadząc się w chmurach, które odbijają promienie słoneczne w kosmos. Uczeni chcieli dociec, w jakiej proporcji owo odbicie spowodowane jest zawartością wody i aerozoli. Okazało się, że te ostatnie odpowiadają za około trzy czwarte tego zjawiska. Tak duży procent świadczy o tym, iż wykazywana przez chmury radiacyjna zdolność schładzania jest o wiele wrażliwsza na obecność aerozoli, niż zakładano.

Wspólnie z Yannianem Zhu z Instytutu Meteorologicznego Prowincji Shaanxi w Chinach Rosenfeld opracował metodę, która wykorzystuje obrazy satelitarne do kalkulowania zarówno liczby kropel aerozoli w chmurach, jaki i aktywności wiatrów pionowych. Dotychczas nikt nie zdołał odseparować oddziaływania wiatrów tworzących chmury od oddziaływania aerozoli determinujących skład chmur. Dzięki nowej metodologii udało się dokładniej obliczyć schładzający efekt aerozoli: jest on dwukrotnie wyższy, niż wskazywały na to wcześniejsze ustalenia.

Skoro schładzający efekt aerozoli jest naprawdę większy, niż szacowaliśmy, to efekt cieplarniany również jest większy od szacowanego i przezwycięża działanie aerozoli, powiedział profesor. Inną hipotezą, która wyjaśnia, dlaczego ocieplenie ziemskiej atmosfery postępuje mimo udziału aerozoli, jest potencjalny efekt cieplarniany wywołany przez aerozole zgromadzone w tzw. chmurach głębokich (unoszą się one >10 kilometrów nad powierzchnią planety). Izraelska Agencja Kosmiczna i francuskie Narodowe Centrum Badań Kosmicznych projektują nowe satelity do obserwacji i analiz tych chmur.

Tak czy inaczej, konkluzja brzmi identycznie: modele zmiany klimatu nie uwzględniają całkowitego wpływu aerozoli na ogólny bilans energetyczny Ziemi, przez co dalece rozmijają się z faktycznym tempem globalnego ocieplenia.

Praca badawcza zamieszczona 20 maja 2013 r. w Journal of Geophysical Research: Atmospheres poinformowała, że obniżenie cywilizacyjnych emisji aerozoli o 35% – wskutek awarii jednego z silników globalizacji (USA, Europy lub Chin) – podniosłoby średnią temperaturę planety o dodatkowy 1°C po upływie zaledwie kilkudziesięciu dni. W świetle nowego odkrycia wyłączenie gospodarki świata – np. w wyniku dłuższego paraliżu systemu bankowego lub rozgrzania globu do 2°C – może wyprowadzić antropogeniczne ocieplenie Ziemi poza pułap 5°C.

Próba ograniczenia emisji aerozoli (zanieczyszczeń) i CO2 poprzez zmniejszenie ilości spalanego węgla gwarantuje szybki wzrost średniej temperatury Ziemi o wartość odpowiadającą poziomowi dokonanej redukcji. Uczestnicy kampanii na rzecz napędzania silnika cieplnego cywilizacji energią elektryczną wolną od dwutlenku węgla zgodnie przemilczają lub negują te realia. Z kolei entuzjaści inżynierii klimatycznej, którzy chcą schłodzić glob poprzez permanentne wprowadzanie do atmosfery dodatkowych miliardów ton aerozoli, nie wspominają o tym, że podobny proces trwa już 270 lat, od początku rewolucji przemysłowej, a jego następstwa są katastrofalne.

Oprac. exignorant

Opublikowano Klimat, Kluczowe badania, Upadek biosfery

Ocalić, czyli zniszczyć

3 listopada 2018 r. Cristiana Paşca Palmer, sekretarz wykonawczy Konwencji ONZ o Różnorodności Biologicznej, organu odpowiedzialnego za kondycję naturalnych systemów podtrzymujących planetarne życie, powiedziała: Ludzkość może stać się pierwszym gatunkiem, który udokumentuje własne wyginięcie. Utrata różnorodności biologicznej to cichy zabójca. Wpływ zmiany klimatu dostrzegamy na co dzień. Z bioróżnorodnością jest inaczej – kiedy zaczniemy odczuwać jej zanikanie, na ratunek może być za późno.

W ramach Celów Różnorodności Biologicznej Aichi 2011-2020 narody zobowiązały się, że do końca dekady zmniejszą o połowę liczbę pustoszonych siedlisk, zadbają o zrównoważony poziom połowów i powiększą rezerwaty przyrody, aby zajmowały 17% powierzchni lądowej świata. Większość państw nie stworzyła dodatkowych obszarów chronionych, a nieliczne kraje, które to uczyniły, zrezygnowały z zapewnienia im wymaganego nadzoru. Takimi rezerwatami na papierze może pochwalić się m.in w Brazylia i Chiny. Kwestia bioróżnorodności nie widnieje na politycznej liście spraw pilnych. W rozmowach na jej temat uczestniczy garstka przywódców. Podczas prezydentury Baracka Obamy Stany Zjednoczone nawet nie ratyfikowały międzynarodowego traktatu – obok Watykanu są jedynym państwem ONZ, które odmówiło swojego w nim udziału.

Ocalić, czyli zniszczyć

Fragment eseju byłego aktywisty środowiskowego.

Zmiana klimatu wyłączy ludzką megamaszynę. Uprzywilejowani mieszkańcy Globalnej Północy nie przyjmują tego faktu do wiadomości. Nie dopuszczają myśli, że ich egzystencja może zostać odarta z komfortu, zaś cywilizacja ze znaczenia. Dlatego zarówno zwykli ludzie, jak i działacze ochrony środowiska pamiętają głównie o jednym: emisjach węgla. Cała reszta – z zanikającą różnorodnością biologiczną włącznie – znajduje się poza sferą ich aktualnych zainteresowań.

Takie uproszczone postrzeganie konfrontacji człowiek–przyroda prowadzi do oczywistego wniosku: jeśli problemem jest węgiel, wówczas za rozwiązanie posłuży jego eliminacja. Społeczeństwo może dalej robić swoje, tylko powinno zaprzestać wypluwania CO2. Musi tego dokonać błyskawicznie i za pomocą wszelkich dostępnych środków. Wzniesiemy globalną infrastrukturę systemu odpowiednich technologii energetycznych i bezpiecznie wygenerujemy potrzebną nam elektryczność. Nasze światła nigdy nie zgasną. Silnik cywilizacji będzie mógł przyspieszać bez końca. Ale najpierw wyruszymy na planetarne żniwa: zbierzemy światło słoneczne, wiatr, wodę, piasek i metale ziem rzadkich. Nowe, gigantyczne konglomeracje przemysłu wyrosną w strategicznych dla zbiorów miejscach. Tak się składa, że znajdują się tam najmniej zdewastowane obszary planety. Organizacje ekologiczne powstały i istnieją właśnie po to, by je ocalić.

Pustynie, krajobraz najbardziej odporny na podboje, zaleje morze szkła, stali i aluminium – poddadzą się skolonizowaniu przez „parki baterii słonecznych o wielkości małych państw. Góry, wrzosowiska i dzikie wyżyny wylecą w powietrze lub zostaną przebite niekończącymi się rzędami 500-metrowych turbin wiatrowych i przecięte siecią dróg, słupów i linii wysokiego napięcia. W przybrzeżnych strefach umierających oceanów wylądują monstrualne turbiny i generatory energii z fal, które przyozdobią linię brzegową niczym wiktoriańskie naszyjniki. Wielopiętrowe pogłębiarki i koparki będą wydobywały z dna morskiego wyczerpujący się wszędzie piasek i minerały. Zapory przemysłowe zryją i zamulą ujścia rzek. Tereny uprawne, a nawet lasy deszczowe – najbujniejsze siedliska lądowe Ziemi – są już wysoce dochodowymi lokalizacjami plantacji biopaliw, dzięki którym zmotoryzowane masy Europy i Ameryki wlewają do baków wolną od poczucia winy biobenzynę.

Pływająca kopalnia piasku.

Zbiorczy, wyniszczający wpływ tego przedsięwzięcia na różnorodność biologiczną jest czytelny, jednak liczne grono osób wtajemniczonych woli udawać, że go nie widzi. Mamy do czynienia z kontynuacją dyżurnego sposobu prowadzenia interesów – ekspansywną, kolonialną, progresywną narracją człowieczą, pozbawioną jedynie węgla. Nakarmienie gospodarki globalnej ostatnimi prawie-dziewiczymi obszarami Ziemi bez cienia ironii nazywa się „ochroną środowiska”. Wielu moich znajomych uważa tę następną fazę beztroskiej, egoistycznej, napędzanej chorobliwą ambicją destrukcji przyrody za postępową, zrównoważoną i zieloną”. Orędownicy „rozwiązań wielkoskalowych” przekonują, że są one realistyczne, niezbędne i pilne. Co więcej, idą one w parze z naturą ludzką i rynkiem, który stanowi jej wyraz. Nie ma czasu na romantyczne rozczulanie się nad lasami i pagórkami. Trzeba redukować emisje. Cel uświęca środki.

Desperackie pragnienie zrównoważonego rozwoju w rzeczywistości nie jest niczym nowym. Osoby, które zdawały się być po mojej stronie, argumentują agresywnie za industrializacją dzikich terenów w imię ludzkich pragnień. Jakieś proste równanie pozwala im wierzyć, że chodzi o coś innego. Autostrada biegnąca przez dolinę: zły pomysł. Elektrownia wiatrowa lub jądrowa w dolinie: dobry pomysł. Port kontenerowy u ujścia rzeki: zły pomysł. Elektrownia wodna u ujścia rzeki: dobry pomysł. Zrównoważony rozwój, czyli masowa destrukcja bez emitowania węgla. Nazwij rzeczy po imieniu, a zwymyślają cię od luddystów i reakcjonistów stojących na drodze Postępu.

Zdałem sobie sprawę, że mam do czynienia z ekologami pozbawionymi jakiejkolwiek więzi z przyrodą. Dyskutują o koncentracjach dwutlenku węgla mierzonych w częściach na milion, badaniach poddanych recenzji naukowej, odnawialnych technologiach i supersieciach, zielonym wzroście i piętnastej konferencji stron. Organizują kampanie na rzecz Ziemi, lecz próżno w nich szukać prawdziwego, głębokiego przywiązania do nawet najmniejszego jej skrawka.

W badaniu opublikowanym 20 stycznia 2016 r. w Astrobiology astronomowie z Australijskiego Uniwersytetu Narodowego (ANU) wyjaśnili, że swoją równowagę klimat Ziemi zawdzięcza różnorodności biologicznej. Większość wczesnych środowisk planetarnych jest niestabilna. Ażeby wyprodukować możliwą do zamieszkania planetę, formy życia muszą regulować emisje gazów cieplarnianych, takich jak woda i dwutlenek węgla, celem utrzymania stabilnej temperatury powierzchni, powiedział Aditya Chopra, główny autor pracy. Na Ziemi zdążył wyewoluować swoisty superorganizm, który w porę ustabilizował atmosferę – planeta nie przeobraziła się w piekielną cieplarnię (Wenus) lub zamrożone pustkowie (Mars). Niszcząc bioróżnorodność, cywilizacja przemysłowa nieodwracalnie zaburzyła funkcjonowanie delikatnej biosfery.

Badanie zamieszczone 1 marca 2016 r. w Proceedings of National Academy of Sciences wykazało, że na Ziemi nie pozostał już praktycznie żaden krajobraz, którego jeszcze nie zdołał zmienić człowiek cywilizowany. Naukowcy potwierdzili w ten sposób koniec autentycznej przyrody.

Raport Międzyrządowej Platformy Naukowo-Politycznej ds. Różnorodności Biologicznej i Funkcjonowania Ekosystemów (IPBES) ustalił w 2018 r., że ponad 75% obszarów lądowych Ziemi zostało w znacznym stopniu zdegradowanych. Autorzy prognozują, że trend utraty naturalnych siedlisk w nieodległej przyszłości doprowadzi do migracji setek milionów ludzi, ponieważ w wielu lokalizacjach nastąpi załamanie produkcji żywności.

Analiza opublikowana w lutym 2011 r. w Climatic Change wykazała, że zgodnie z prawami termodynamiki cywilizacja przemysłowa nieustającego wzrostu gospodarczego jest silnikiem cieplnym. Emisje CO2 będą przyspieszać, gdyż systemowe zużycie energii jest dzisiaj rezultatem przeszłej produktywności gospodarczej społeczeństwa. W 2018 r. ustanowiły spodziewany rekord – wzrosły o 2,7%.

Wpisy powiązane tematycznie.

Oprac. exignorant

Opublikowano Upadek biosfery, Wymieranie gatunków

Brexit, żółte kamizelki i energia

Fragment artykułu Nafeeza Ahmeda.

Wszyscy mówią o brexicie. Niektórzy dyskutują o zamieszkach we Francji. Jednak nikt nie omawia ich faktycznych przyczyn i znaczenia. W swoich dywagacjach komentatorzy rozmijają się z istotą tych zdarzeń.

6 maja 2010 r. po raz pierwszy od 1992 r. ster władzy w Wielkiej Brytanii przejęła Partia Konserwatywna. Kilka godzin przed ogłoszeniem wyników ostrzegłem, że niezależnie od tego, kto zostanie wybrany, będzie to pierwszy etap dramatycznego zwrotu ku rządom skrajnej prawicy, które w ciągu 10 lat rozprzestrzenią się na całym globie.

Nowy rząd, wierny myśleniu konwencjonalnemu, będzie niechętny lub niezdolny, by rozpoznać i zareagować na główne, strukturalne przyczyny zbiegających się kryzysów, z którymi konfrontuje się kraj i świat. Napisałem, że żadna z partii politycznych nie rozumie, dlaczego powrót do dawnego wzrostu gospodarczego nie nastąpi. Za 5-10 lat partyjna konfiguracja polityczna w tym i wielu innych państwach Zachodu doczeka się zupełnej dyskredytacji – kryzysy nasilą się, gdyż rozwiązania polityczne prowadzą do ich pogłębienia. Upadek systemu partyjno-politycznego liberalnych demokracji może przed końcem dekady utorować drogę skrajnej prawicy.

Trend, który trafnie przewidziałem, rozpoczął się w pierwszym pięcioleciu i ciągle przyspiesza. W 2014 r. partie nacjonalistyczne zdobyły jedną czwartą miejsc w Parlamencie Europejskim. Rezultat referendum w sprawie brexitu zaszokował świat. Sześć miesięcy później miliarder Donald Trump zajął fotel prezydenta najpotężniejszego kraju na kuli ziemskiej. Polityczni populiści odnieśli sukcesy wyborcze w każdym zakątku Europy: we Włoszech, Szwecji, Niemczech, Francji, Polsce i na Węgrzech. Ta wzbierająca fala zamieni się w tsunami. Ultraprawica nie okupuje już marginesu sceny politycznej. Nie mamy do czynienia z przypadkowym rozwojem sytuacji. Jest to efekt awarii systemu, jak również wysiłków podejmowanych przez sieć formacji narodowościowych, by powstałe pęknięcia wypełnić elementami nowego porządku.

Swoją proroczą prognozę oparłem na analizie prawdopodobnych następstw schyłku systemowego, objawiającego się niemożnością przywrócenia poziomu wzrostu gospodarek z lat 80. i 90. Stan ten zakorzeniony jest w rachunku ekonomicznym produkcji energii – czynniku warunkującym wzrost gospodarczy: Zupełna i trwała poprawa… najpewniej nie będzie możliwa z powodu ograniczeń obecnego systemu, ponieważ fizyczny fundament wykładniczego „wzrostu” ostatnich dziesięcioleci skurczył się – chodzi o tanią, łatwo dostępną energię węglowodorową, głównie w postaci ropy, gazu i węgla. Przekroczyliśmy punkt krytyczny. Bez obfitej podaży globalnego, przystępnego cenowo źródła energii o wysokiej jakości nasz dalszy wzrost jest wykluczony. Nie zmieni tego żadna inicjatywa zaradcza.

Punkt zwrotny

Kryzys energetyczny tlił się na Starym Kontynencie już w okresie poprzedzającym odrodzenie ruchów nacjonalistycznych, populistycznych i skrajnie prawicowych. Według danych ujętych w Statystycznym Przeglądzie Energetycznym BP na 2018 r. Europa osiągnęła szczyt wydobycia ropy naftowej w latach 1996-2002. Od tego czasu produkcja surowca idzie w dół, zaś import netto rośnie. W dwuczęściowym badaniu, opublikowanym w 2016 r. i 2017 r. w czasopiśmie BioPhysical Economics and Resource Quality, Michael Dittmar, starszy pracownik naukowy w Instytucie Fizyki Cząstek Elementarnych (ETH) i Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych (CERN), stworzył nowy empiryczny model produkcji i zużycia ropy. Uczony odkrył, że Europie Zachodniej będzie trudno zastąpić utracony eksport. Przewiduje się, że zbiorcza konsumpcja w 2020 r. zmniejszy się o 20% w stosunku do 2015 r. Gospodarka europejska ucierpi, ponieważ potentaci branży będą zmagać się z niestabilnością cen przy stale rosnących kosztach produkcji.

We wrześniu ubiegłego roku informowałem o ustaleniach analizy eksperckiej, sporządzonej na zlecenie współautorów Raportu ONZ na Temat Zrównoważonego Rozwoju. W dokumencie podkreślano, że przepływy taniej energii są siłą napędową wzrostu gospodarczego, który zwalnia i wygasa w epoce zasobów o marnej jakości. Ten fenomen obejmuje swoim zasięgiem całą planetę – wskaźnik zwrotu energii z inwestycji (EROI) wraca do wartości z XIX w.

Energia netto Zjednoczonego Królestwa

Przykład Zjednoczonego Królestwa doskonale ilustruje rozgrywający się kryzys energetyczno-gospodarczy. W styczniu 2017 r. Centrum Ekonomii i Polityki Zmiany Klimatu, zarządzane przez Uniwersytet w Leeds i Londyńską Szkołę Ekonomii, przygotowało oszałamiającą wiwisekcję brytyjskiego problemu energii netto. W badaniu podjęto próbę opracowania metodologii, która pozwoliłaby precyzyjnie obliczyć krajowy EROI – ilość energii wykorzystanej do pozyskania danej porcji energii.

Koncepcja EROI wzmacnia świadomość, iż działalność gospodarczą zasila znaczna nadwyżka energetyczna, która pozostaje po odliczeniu energii pochłoniętej przez proces produkowania energii. Im mniej energii spalamy zaopatrując system w nową energię, tym więcej możemy jej zainwestować w towary i usługi. Jeśli na samo wydobycie i wygenerowanie energii przeznaczamy coraz większe nakłady energetyczne, wówczas wartość energii netto maleje, a silnik gospodarki wytraca prędkość.

Werdykt w sprawie wydolności energetycznej Zjednoczonego Królestwa jest ponury. W pierwszej dekadzie XXI w. doszło do redukcji EROI z 9,6 w 2000 r. do 6,2 w 2012 r. Oznacza to, że gospodarka i społeczeństwa odczuwają już energetyczny głód. Francuscy ekonomiści Florian Fizaine i Vincent Court oszacowali, iż minimalny próg EROI, jakiego wymaga nieustający wzrost gospodarczy, wynosi 11. Zjednoczone Królestwo znajduje się poniżej tego poziomu, napisali w podsumowaniu analizy jej autorzy. Innymi słowy, od ponad dwudziestu lat hamulcem wzrostu gospodarczego Zjednoczonego Królestwa jest spadek energii netto. Ta dramatyczna wiadomość nie trafiła na pierwsze strony gazet.

Rozpad

Skoro nikt nie pochylił się nad systemowymi przyczynami krachu z 2008 r. i nie uznał ich za symptom upadku systemowego, polityka musiała przybrać bardziej autorytarną formę. Integralność struktur transnarodowych, takich jak UE, zależy od przepływów taniej energii. Kiedy jej koszt rośnie, a jakość pogarsza się, struktury te słabną i mogą ulec dezintegracji. Nie dysponujemy dostateczną nadwyżką, by inwestować energię w podstawowe dobra społeczne. Dlatego mimo tzw. poprawy gospodarczej – mizernej, bazującej na ekspansji zadłużenia (w sensie biofizycznym jest to pożyczka udzielana dzisiaj przez Ziemię, którą mamy spłacić z tego, co zostało już wyeksploatowane) – siła nabywcza ludzi zmniejsza się.

Decydenci polityczni skupiają się jedynie na objawach. Ich interwencje są doraźne i reakcyjne. W obliczu zaburzenia klimatu Emmanuel Macron postanowił chronić sektor energetyczny i podniósł podatki paliwowe. Nie chciał zmierzyć się z koszmarnymi łańcuchami dostaw francuskich korporacji. Nie chciał karać potężnego lobby naftowego, gazowego i nuklearnego, bo liczy, że pomogą mu w reelekcji. Obciążając finansowo wyłącznie robotników i konsumentów, prezydent sprowokował furię i zamieszki. Demonstranci domagają się zakończenia korporacyjnego pasożytnictwa, wyjścia Francji z Unii Europejskiej i powstrzymania napływu migrantów. Choć żądania nie są pozbawione zasadności, próżno w nich szukać śladów zrozumienia kryzysu planetarnego – nie wykraczają poza banalne narzekania na Duże Banki. Państwo odpowiedziało własnym językiem przemocy – w tłum uderzyły armatki wodne i gaz łzawiący, zaaresztowano ponad tysiąc osób i zagrożono użyciem wojska.

Oto mikrokosmos tego, co może się wydarzyć, gdy zarówno kraje, jak i ich obywatele nie potrafią zrozumieć głębszej dynamiki systemu, który niedomaga. Francuskie protesty nie pojawiły się znikąd. Stanowią one nieodłączną część spadkowego trendu EROI – społeczeństwo uzyskuje coraz mniej z działalności gospodarczej, ponieważ koszty energetyczne rosną, a wydajność starzejącej się, scentralizowanej infrastruktury i technologii epoki przemysłowej maleje. Przeciętny człowiek odczuwa te braki w swoim codziennym życiu. Podwyżki podatków nie były przyczyną protestów, tylko ich katalizatorem.

Świat Zachodu nie uchroni się przed konsekwencjami niezrównoważonego systemu, którego strzeże od zakończenia II wojny światowej: strukturalna zależność od paliw kopalnych i mozaiki sojuszy z despotycznymi reżimami położyła podwaliny pod zmianę klimatu, wyczerpanie ropy konwencjonalnej, kryzys żywnościowy i gospodarczy.

Dr Nafeez Ahmed jest dziennikarzem śledczym, wykładowcą, analitykiem bezpieczeństwa międzynarodowego i ekspertem ds. kryzysu systemowego.

Wpisy powiązane tematycznie: Termodynamiczny upadek nafty, Przed nami upadek deflacyjny?, Quo vadis, Brytanio?, Brudne sekrety czystej energii

Tłum. exignorant

Opublikowano Gospodarka, finanse, surowce i energia, Upadek cywilizacji

2018 najgorętszym rokiem w historii. Oceany ocieplają się szybciej, niż sądzono.

Badanie opublikowane 11 stycznia 2018 r. w Science ustaliło, że ocieplenie górnych 2000 metrów oceanu przyspieszyło od 1991 r. o ponad 50%.  Prognoza Międzyrządowego Zespołu ds. Zmiany Klimatu (IPCC) zaniżyła je aż o 40%. W komunikacie prasowym autorzy podali, że 2018 był najgorętszym rokiem dla oceanów i tym samym dla Ziemi. Groźne konsekwencje globalnego ocieplenia są już z nami. Analiza wykorzystała liczne linie dowodów, przedłożone przez cztery niezależne zespoły specjalistów.

W ostatnich latach pomiary zawartości ciepła w oceanach (ang. ocean heat content – OHC) stały się o wiele dokładniejsze. Od ponad dekady nowy system urządzeń Argo (>3000 pływaków) dostarcza informacje o prawie globalnym zasięgu. W połączeniu ze starszymi sposobami rejestrowania OHC umożliwił on uczonym właściwe określenie kontekstu odnotowanych w ostatnim czasie, rekordowych wyników.

Globalne ocieplenie kojarzy się zazwyczaj z temperaturami powietrza przy powierzchni planety. Naukowcy wskazują dwa powody decydujące o tym, iż zawartość ciepła w oceanach jest znacznie lepszą miarą tego, które lata należą do najgorętszych. Po pierwsze Wszechocean pochłania 93% nierównowagi energetycznej Ziemi, powstałej wskutek zwiększenia atmosferycznych ilości gazów zatrzymujących ciepło, emitowanych przez cywilizację. Po drugie zawartość ciepła w oceanach jest w zasadzie obojętna na fluktuacje pogody. Zjawiska El Niño, które wywierają często duży, krótkotrwały wpływ na temperatury powierzchniowe, odciskają na OHC niewielki, ledwo dostrzegalny ślad. Wszystko to sprawia, że zawartość ciepła w oceanach jest stabilniejszym wskaźnikiem szybkości, z jaką zmiana klimatu rozgrzewa Ziemię. Skoro 2018 r. miał najwyższe odczyty ciepła oceanicznego, to był on najcieplejszym rokiem w historii pomiarów.

Rafa oceaniczna.

Kevin Trenberth, współautor badania i starszy pracownik naukowy sekcji analizy klimatu w Narodowym Centrum Badań Atmosfery, powiedział, że pod względem ciepła 2018 r. pobił rekord ustanowiony w 2017 r. Trenberth, wiodący ekspert w zakresie związku między zmianą klimatu a ekstremalną pogodą, zwrócił uwagę, iż do najcieplejszych należały te lokalizacje, w których rozwinął się huragan Florence [ubiegły sezon, Atlantyk] i huragan Harvey [dwa lata temu, Zatoka Meksykańska]. Ciepła woda dostarcza burzom parę i wilgoć.

Przyspieszającego ocieplenia Wszechoceanu nie można powstrzymać w tym stuleciu, ponieważ reakcja jego wód przebiega powoli, wyjaśnił Lijing Cheng z Instytutu Fizyki Atmosferycznej Chińskiej Akademii Nauk. Zawartość ciepła w oceanach jest bardzo silnie powiązana z globalnym poziomem CO2. Jest już za późno, by zapobiec poważnemu ociepleniu Ziemi, przyznał John Abraham, współautor pracy i profesor nauk termalnych na Uniwersytecie St. Thomas w Minnesocie. Abraham ostrzegł, że globalne ocieplenie postępuje szybciej, niż przypuszczaliśmy. I dodał: Obserwujemy skutki potężnych huraganów i tajfunów, susz i śmiercionośnych pożarów. Ponosimy konsekwencje praktykowanego od dziesięcioleci ignorowania odkryć naukowych. Denialiści klimatyczni pozostawili nam i naszym dzieciom straszne dziedzictwo.

Wymieranie permskie sprzed 252 milionów lat zgładziło większość roślin i zwierząt po serii potężnych erupcji wulkanicznych na Syberii. Oceany zostały pozbawione 96% gatunków. Przedmiotem debaty naukowej były przyczyny, które mogły przeobrazić ich wody we wrogie życiu środowisko: wysokie zakwaszenie, wysokie koncentracje metali i siarczków, brak tlenu lub wysoka temperatura. Czasopismo Science zamieściło 7 grudnia 2018 r. badanie, które rozstrzygnęło tę kwestię. Jego autorzy – eksperci z Uniwersytetu Waszyngtońskiego i Uniwersytetu Stanforda – połączyli modele warunków oceanicznych i metabolizmu zwierząt z danymi laboratoryjnymi i zapisami paleoceanograficznymi. Okazało się, że Wszechocean zamienił się w pustynię za sprawą globalnego ocieplenia. Gdy temperatury wzrosły, a metabolizm zwierząt morskich przyspieszył, ilość dostępnego tlenu spadła poniżej poziomu przetrwania.

Raport o stanie klimatu z 2014 r., bazujący na dociekaniach 413 uczonych z 58 krajów, stwierdził, iż ocieplenia oceanów nie uda się już zatrzymać, a jego skutki będą odczuwalne przez wiele stuleci. W badaniu opublikowanym rok później na łamach Nature Climate Change niemieccy eksperci dowiedli, że nawet oczyszczenie atmosfery z ogromnych ilości CO2 nie uratowałoby Wszechoceanu – pozostanie on cieplejszy i bardziej zakwaszony przez kolejne tysiące lat.

Wpisy powiązane tematycznie.

Oprac. exignorant

Opublikowano Klimat, Oceany, Upadek biosfery, Wymieranie gatunków

Jak bardzo może przyspieszyć szóste wymieranie planetarne?

Czy El Niño przyspieszy utratę różnorodności biologicznej?

El Niño w 1997 r. i 2015 r.

Spekulacja zespołu ekspertów od zmian zachodzących w klimacie Arktyki.

Badanie zamieszczone 13 listopada 2018 r. w Scientific Reports sprecyzowało zakresy temperatur tolerowanych przez rośliny. Górna granica wytrzymałości to 23,7°C (średnia temperatura Ziemi, ~10°C wyższa niż w 1750 r.). Takie warunki panowały podczas wielkich wymierań: 55,5 miliona lat temu (Paleoceńsko-eoceńskie maksimum termiczne) i 252 miliony lat temu (wymieranie permskie), kiedy wyginęło ~95% gatunków znanych z zapisów kopalnych.

Uczeni odkryli, iż do ich zagłady dojdzie o wiele wcześniej – przed osiągnięciem maksymalnego poziomu tolerancji – ponieważ utrata jednego gatunku może spowodować zniknięcie większej liczby gatunków (proces znany jako „współwymieranie”) i doprowadzić do nieoczekiwanego, nagłego przeobrażenia systemów, a nawet ich całkowitego upadku. Współwymierania nie przetrwała nawet niewielka grupa gatunków o wyjątkowej odporności na zmiany środowiskowe – ich gwałtowne unicestwienie nadeszło przy ociepleniu o 5°C, które stało się przyczyną całkowitego załamania globalnej różnorodności biologicznej.

Wzrost temperatury o 5°C może nastąpić bardzo szybko – na przestrzeni miesięcy. Wystarczy napływ ciepłej, słonej wody do Oceanu Arktycznego. Wywołałby on erupcje metanu z dna morskiego (hydraty). Późniejsza redukcja śniegu i lodu podniosłaby temperaturę o 1,5°C, wskutek czego powstałoby więcej pary wodnej. W sprzyjających warunkach dodatnie sprzężenie zwrotne chmur w połączeniu z dodatnim sprzężeniem zwrotnym pary wodnej mogłoby spotęgować ocieplenie aż 3,5 raza.

Wraz z nadejściem El Niño wzrasta prawdopodobieństwo, iż jego dodatkowe ciepło – które podbija średnią temperaturę Ziemi o ~10% – zainicjuje takie wydarzenie i przyspieszy globalny zanik bioróżnorodności (śmierć roślin lądowych i żywiących się nimi organizmów).

Poza tym poważne ilości metanu mogą zostać uwolnione z dna Oceanu Arktycznego przez trzęsienie ziemi będące konsekwencją ruchów izostatycznych. Wstrząsy sejsmiczne pokonałyby wówczas znaczne odległości wzdłuż linii uskoków i zdestabilizowały hydraty w wielu lokalizacjach.

9 listopada 2018 r. trzęsienie ziemi o sile 6,8 w skali Richtera wystąpiło na linii uskoku pomiędzy Grenlandią a Norwegią. Kolejne, zlokalizowane w pobliżu wstrząsy o sile 4,3, 4,6 i 5,2 odnotowano 12, 13 i 15 listopada 2018 r. Obszary te nie są nawiedzane przez tak intensywne trzęsienia – pojawiły się one po raz pierwszy od ponad 100 lat. 21 listopada 2018 r. nad Morzem Grenlandzkim znajdowały się alarmująco wysokie koncentracje metanu. Podobnie warunki panowały nad Oceanem Arktycznym (uskok przecina wody Arktyki aż do Morza Łaptiewów). Odczyty metanu: 2787 ppb (15 listopada 2018 r.), 2847 ppb (17 listopada 2018 r.), 2827 ppb (20 listopada 2018 r.). Mamy do czynienia z niepokojącymi wartościami stężenia CH4 nad Wschodnim Arktycznym Szelfem Syberyjskim, gdzie zalegają pokłady podwodnej wiecznej zmarzliny.

W analizie z 2008 r. zespół dr Natalii Szakowej sformułował wniosek, iż w każdej chwili może dojść do emisji 50 gigaton (Gt) metanu z syberyjskich hydratów (w atmosferze znajduje się obecnie wielokrotnie mniej tego gazu cieplarnianego). Wynikły skok temperatury wznieciłby pożary lasów na półkuli północnej, które uwolniłyby mnóstwo dwutlenku węgla, metanu i czarnego węgla. 10 listopada 2018 r. wskaźnik CO2 w obserwatorium Mauna Loa na Hawajach pokazał 809 ppm w ślad za tragicznymi pożarami w Kalifornii.

W 2018 r. atmosferyczne koncentracje gazów cieplarnianych ponownie przekroczyły rekordowy poziom, stwierdziła w swoim komunikacie Światowa Organizacja Meteorologiczna (World Meteorological Organization – WMO). CO2 pozostaje w atmosferze na setki lat, a w oceanach jeszcze dłużej. Nie istnieje magiczna różdżka, którą można byłoby usunąć z atmosfery jego nadmiar, ostrzegła Elena Manaenkova, zastępca sekretarza generalnego WMO. Zmiany poziomu stężenia dwutlenku węgla, które obserwujemy, nie występują naturalnie. Nie mają one precedensu w dziejach Ziemi, wyjaśniła dr Oksana Tarasowa, była szefowa programu Globalnej Obserwacji Atmosfery WMO.

W swoich prognozach wzrostu temperatury klimatyczne raporty rządowe nie uwzględniają  wpływu większości dodatnich sprzężeń zwrotnych, jak również potencjalnych zmian stanu, których nie potrafią określić ilościowo modele komputerowe.

Badanie opublikowane 25 czerwca 2018 r. w Nature Climate Change wykazało, iż północna część Morza Barentsa zamienia się już w Atlantyk – staje się coraz cieplejsza i coraz bardziej słona. Od kilku lat zachodzi tam dramatyczna zmiana struktury słupa wody. Arktyczne wody powierzchniowe o temperaturze poniżej zera zanikły niemal zupełnie. Cały region w zawrotnym tempie przestawia się na klimat atlantycki.

Według autorów badania zamieszczonego 19 stycznia 2014 r. w Nature zjawiska El Niño, które powracają co trzy/siedem lat, mogą występować dwa razy częściej ze względu na ocieplenie planety, natomiast tzw. warunki normalne upodobnią się do tych, które towarzyszą El Niño (ilustracją trafności tego ustalenia było zachowanie systemu klimatycznego w 2017 r. i 2018 r.). Światowa Organizacja Meteorologiczna poinformowała o „75-80% prawdopodobieństwie”, że w pełni rozwinięty El Niño uaktywni się w 2019 r. Od jego ostatniej obecności minęły trzy lata.

Globalne wymarcie może rozpocząć się za 18-36 miesięcy

Dr Malcolm Light ukończył geologię i oceanografię na Uniwersytecie Kapsztadzkim, uzyskał doktorat z geologii na Uniwersytecie Londyńskim, gdzie w 2002 r. rozpoczął badania Arktyki w Centrum Obserwacji Polarnej i Monitoringu (Centre for Polar Observation and Modelling – CPOM) kierowanym przez prof. Duncana Winghama, wynalazcę satelity CryoSat. Swoją pierwszą szczegółową analizę pt. Globalne wymarcie w przeciągu ludzkiego życia, spowodowane falą gorąca, którą przyniesie arktyczny metan opublikował 9 lutego 2012 r. Dwa lata później zwrócił się do Baracka Obamy z dramatycznym (zignorowanym) apelem, by w ciągu dekady rząd USA dokonał kompleksowej transformacji infrastruktury energetycznej. W kolejnych latach swoją prognozę korygował w oparciu o nowe dane. Ostatnia aktualizacja pochodzi z 7 stycznia 2019 r.

Ludzkość stoi w obliczu ostatecznej, katastrofalnej destabilizacji hydratów i erupcji metanu w stylu permskim. Kulminacja tej ognistej burzy – zainicjowanej przez kapitalistyczną, napędzaną paliwami kopalnymi machinę przemysłową – potrwa od 2020 r. do 2027 r. Ugotujemy się w atmosferze o dużej wilgotności i przeobrazimy w gwiezdny pył. Najnowsze dane z Arktyki potwierdzają wykładniczy wzrost anomalii temperatury stratosferycznego metanu, która znajduje się 65°C powyżej normy. Jeszcze 6-8 lat temu przekraczała ją o 20°C. Korzystając z tych danych i ostatnich szacunków Piomass (2017), dotyczących minimalnej objętości arktycznej pokrywy lodowej, można dokładniej oszacować termin erupcji metanu.

1. Powierzchnia lodu morskiego w Arktyce może spaść poniżej miliona kilometrów kwadratowych w 2020 r. ze względu na szybki wzrost letnich temperatur [Piomass – Zhang i Rothrock (2003), Wipneus (2017), Carana (2016)].

2. Jeśli posłużymy się Średnim Rocznym Potencjałem Tworzenia Efektu Cieplarnianego metanu [GWP: 119,3959 według Centrum Lotów Kosmicznych im. Goddarda (NASA, 2012)], to erupcje tego gazu w stylu permskim mogą rozpocząć się na półkuli północnej 15 lipca 2020 r.

3. Uwolnienie około 50 Gt metanu z szelfu Arktyki (Szakowa, 2010) i wzrost średniej temperatury atmosfery ziemskiej o 10°C, który spowoduje globalne wymarcie w stylu permskim, może rozpocząć się 4 września 2021 r. na półkuli północnej.

4. Istnieje 95% prawdopodobieństwo, że arktyczny szelf kontynentalny będzie miał zerową objętość przed 5 września 2022 r. [Piomass – Zhang i Rothrock (2003), Wipneus (2017), Carana, (2016)] – dokładnie rok po katastrofalnej erupcji metanu, która wywoła wielkie wymarcie. W czasie 12 miesięcy dokona się transfer ciepła atmosferycznego do tropikalnych prądów oceanicznych (np. Prądu Zatokowego), a potem na północ, gdzie rozgrzany prąd Svalbardu zdestabilizuje hydraty płytkiego szelfu Oceanu Arktycznego i uwolni metan. Dane odnośnie szelfu arktycznego, które zestawiło Centrum Lotów Kosmicznych im. Goddarda (NASA, 2012), wskazują na 7-miesięczne opóźnienie między letnim ociepleniem oceanu a emisjami metanu. Arktyczny szelf lodowy topi się od dołu, zatem wody oceanu muszą najpierw zostać rozgrzane przez metan znajdujący się w tropikalnej stratosferze – ciepło to potrzebuje 7 miesięcy, ażeby trafić do Arktyki za pośrednictwem prądu oceanicznego. Ciepło utajone spowolni stopienie lodu o kilka miesięcy.

Samą śmiercią nie należy się trapić, bo z życiem rozstaje się każda istota. Tym razem umrzemy wspólnie. Ziemia podzieli nasz los – straci oceany i zamieni się w Wenus. Empatia jest kluczem ewolucji organicznej do grupowego przetrwania w obojętnym, nieorganicznym Wszechświecie. Spędzajcie miło czas i bądźcie dla siebie wspaniali w ostatnich dniach i godzinach egzystencji na jedynej nadającej się do zamieszkania planecie w Układzie Słonecznym

Malcolm Light

Obserwacje i pomiary ujawniają, że trwa już eksplozja bomby permafrostu. Niewiadomą pozostaje tempo jej przebiegu. Paleoklimatologia zidentyfikowała w zapisach geologicznych nagłe zmiany stanu systemu klimatycznego, które zachodziły w >10 lat. Wydarzenia, których jesteśmy świadkami, nie mają swojego odpowiednika w historii Ziemi. Nigdy wcześniej w tak krótkim czasie do atmosfery planety nie trafiła tak duża ilość gazów cieplarnianych. Wypadki (po)toczą się szybciej, niż się spodziewano.

Gdy powierzchnia lodu morskiego w Arktyce skurczy się do mniej niż miliona kilometrów kwadratowych, Ziemia ociepli się raptownie. Zdecyduje o tym ciepło utajone. Zamiana grama lodu na mililitr wody o temperaturze 0°C wymaga nieco ponad 79 kalorii. Kiedy po roztopieniu do cieczy dodamy tę samą porcję energii, jej temperatura podskoczy do >79°C. Pokrywa lodowa Oceanu Arktycznego pełni funkcję „chłodziwa” planety. Przy jego braku część ciepła wygenerowanego przez przemysł, miasta, rolnictwo i procesy naturalne nie skończy w polarnym pochłaniaczu, tylko bezpośrednio w atmosferze.

Wyłączenie gospodarki świata – np. w wyniku dłuższego paraliżu systemu bankowego lub rozgrzania globu do 2°C – wyeliminowałoby maskujący efekt aerozoli przemysłowych. Średnia wartość antropogenicznego ocieplenia Ziemi przekroczyłaby wtedy pułap 4°C/6°C. Tak brzmi konkluzja analizy opisanej 20 maja 2013 r. w Journal of Geophysical Research: Atmospheres. Redukcja globalnych emisji aerozoli o 35% – wywołana awarią jednego z silników globalizacji (USA, Europy lub Chin) – podniosłaby średnią temperaturę planety o dodatkowy 1°C po upływie kilkudziesięciu dni.

Wpisy powiązane tematycznie

Oprac. exignorant

Opublikowano Klimat, Lasy, Oceany, Upadek biosfery, Wymieranie gatunków

Prawdziwa kultura ludzka

Czwarta część rozmowy ze Stephenen Jenkinsonem – nauczycielem, pisarzem, aktywistą duchowym, rzeźbiarzem, muzykiem i rolnikiem.

Zanim przejdziemy do kwestii zmiany kultury, zapytajmy, czy na poziomie indywidualnym potrafimy zmienić siebie. Brygada samopomocy – autorzy i wydawcy poradników – chwyta się tej zdolności jako najnowszej, największej naszej nadziei. Dopóki nie zmienię siebie… Podobne zapewnienia moglibyśmy przytaczać przez piętnaście minut. Niezmienione „ja” nie zmienia postępowania, zatem muszę zmienić siebie, zmienić swój sposób myślenia, pracować nad sobą itd.

Nasuwa się pytanie: Skoro masz zamiar poddać swój umysł przemianie, to gdzie on się znajduje? Jaka jest twoja z nim relacja? Która część ciebie mimo wszystko nie wymaga transformacji? Kto będzie nadzorował jej przebieg? Kto podyktuje jej charakter? Usiłuję powiedzieć, że każda część ciebie doświadczy zamierzonego przeobrażenia, łącznie z twoim zrozumieniem tego, co należy zmienić.

Takie uświadomienie wprawia w niemałe zakłopotanie. Ujmijmy to inaczej: przemysł produkujący rozwiązania reprezentuje tę samą branżę, która stworzyła dylemat i teraz przedkłada propozycje naprawy. Rozumowanie, które cechuje patologiczne uzależnienie od naprawiania, nie jest specjalne zasmucone i przejęte tym, co tej naprawy wymaga. Zespół The Who śpiewał w latach 70.: Poznaj nowego szefa, nie różni się od starego. Taki charakter miały, mają i będą miały wszystkie „rozwiązania”.

Pytajmy nie o to, jak zmienia się kulturę, tylko jak ją się tworzy. Nie jest ona czymś nieuniknionym, nie pojawia się naturalnie jak chmury za oknem. Stanowi osiągnięcie na skalę człowieczą – to wypadkowa określonego postępowania bliżej nieokreślonej, „magicznej” liczby osób. Proces sprowadza się mniej więcej do tego: grupa ludzi gotowa jest mieć baczenie na skutki, jakie niesie za sobą jej wspólne życie w danej lokalizacji. Tym jest kultura.

Wiem, że nie brzmi to jak osiągnięcie. Wiem, że trudno jest sobie wyobrazić, że głównym atrybutem prawdziwej kultury może być chęć uznania ogromnego wpływu, jaki wywiera na obszar, na którym się osiedliła. Osiągnięciem jest rozpoznanie i głębokie zrozumienie, iż nasze miejsce bytowania posiada dno – jest ograniczone w czasie i przestrzeni, nie może nas karmić i pielęgnować bez końca.

Kiedyś wszyscy byli przekonani, że dysponujemy bezmiarem ropy. Na jakiej podstawie można było wyciągnąć taki wniosek? Wskazywał na to sposób zachowania członków społeczeństw. Każda decyzja dotycząca zakupów czy planowania przestrzennego opierała się na założeniu, że taniej, łatwo dostępnej nafty o wysokiej jakości nigdy nie zabraknie. Oczywiście jest ono ewidentnie fałszywe. Jednak wielu spośród tych, którzyzaznajomili się” z owym faktem, nie skorygowało swoich poczynań. Z wodą było podobnie.

Skąd wzięło się przekonanie, że to, co pozwala nam istnieć – podtrzymuje naszą egzystencję w sensie najgłębszym – nie ma granic? Mamy tu do czynienia z uprzedzeniem, które zrodził monoteizm. Wszędzie tam, gdzie świat musiał go znosić, nadrzędną była idea, iż w swojej naturze boskość jest nieograniczona, bezdenna i wszechmocna.

Gdybyśmy zrehabilitowali nasze zrozumienie tego, czym jest boskość, uwzględnili w nim jej granice, zmiana kulturowa mogłaby nastąpić. Bez spełnienia rzeczonego warunku szansy na dobrowolną, świadomą metamorfozę i uniknięcie samozniszczenia zwyczajnie nie ma. Kultura nieustannie szepce: Nie musimy umierać, nie musimy chorować, zawsze możemy liczyć na więcej, możemy wynieść się na Marsa. Ten przekaz nie zna pokory. Ta idea nie ustąpi. Gwarantują to również okrągłe sumy przeznaczane na badania i rozwój (ang. RnD – Research and Development). A przecież żyjemy w krainie, którą zbudowały pieniądze na badania i rozwój. Status quo jest konsekwencją dużych budżetów zapewnianych rządowym i korporacyjnym departamentom badań i rozwoju.

Czy ktoś podlicza rachunek? Jak do tej pory sprawdza się rzekomy brak granic? Jakie są efekty tego, że możemy wszystko? Apologeci odeprą: Wciąż się doskonalimy, stać nas na więcej. Po prostu wydaliśmy za mało dolarów na badania i rozwój. Popłyną słowa dobrze znanej śpiewki…

Wyobraźmy sobie, że dotarliśmy na skraj samodoskonalenia, czego wyrazem jest otaczający świat, który mamy zamiar oddać nowo narodzonym. Wyobraźmy sobie, że stworzyliśmy antytezę głębokiej kultury ludzkiej. Zachowanie prawdziwej kultury ludzkiej determinuje świadomość, iż ma ona zobowiązania nie tylko wobec nienarodzonych jeszcze ludzi, lecz także wobec wszelkich form życia, które dopiero nadejdą. Gdybyśmy potrafili tak żyć, to by było coś.

Stephen Jenkinson zrewolucjonizował pojmowanie śmierci w Kanadzie i Ameryce Północnej. Jako dyrektor programu badań w jednym z czołowych kanadyjskich szpitali oraz adiunkt na znanej kanadyjskiej uczelni medycznej, prowadził konsultacje na rzecz opieki paliatywnej i hospicjów. Przez wiele lat pracował z osobami umierającymi i ich rodzinami. Dzisiaj prowadzi Orphan Wisdom Schooldom nauczania i uczenia się głębokiego życia i tworzenia kultury zakorzenionej w historii, czerpiącej z mądrości przodków, ludów rdzennych. Stephen ukończył Uniwersytet Harvarda (teologia) i Uniwersytet w Toronto (praca społeczna).

Wcześniejsze części rozmowy: Praktykując żal, Przejawy kulturowego lęku przed śmiercią, Tyrania nadziei

Tłum. exignorant

Opublikowano Poza nadzieją