Nagła zmiana klimatu na Syberii

Dziennik Washington Post opublikował 3 października 2019 r. raport pt. Radykalne ocieplenie na Syberii pozostawia miliony ludzi na niestabilnym gruncie.

Położona na Syberii Wschodniej Jakucja to obszar odpowiadający wielkością jednej trzeciej powierzchni Stanów Zjednoczonych. Ta kraina wiecznej zmarzliny ociepliła się od 1750 r. o ~4°C. Podziemne zlodowacenia, które od tysięcy lat pozwalały zajmować się rolnictwem – i na których budowane są wioski i miasta – doświadczają wielkiego topnienia. W jego wyniku ląd pokrywa się bagnami, jeziorami i wzniesieniami. Grunty orne stają się bezużyteczne. Proces uwalnia do atmosfery coraz większe ilości gazów cieplarnianych – dwutlenku węgla, metanu i podtlenku azotu.

Osunięcia permafrostu na północy Syberii

Lokalne skutki nagłej zmiany klimatu są oszałamiające i dramatyczne. Pięć i pół miliona obywateli stoi w obliczu utraty domów i źródeł utrzymania. Rzeki wzbierają i płyną szybciej – ich nurt porywa całe dzielnice. Tereny uprawne zmniejszyły się o ponad połowę jeszcze przed 2017 r. Pogłowie bydła i reniferów spadło o 20% – wysokie temperatury niszczą ich pastwiska. Topnienie powoduje migrację ludności ze wsi do miast. Populacja Jakucka, stolicy republiki, wzrosła w tym dziesięcioleciu o 20%. Jednak przed ociepleniem uciec się nie da. Wiele budynków mieszkalnych ma problemy strukturalne. Starsze domy z drewna osiadają, co uniemożliwia ich dalsze użytkowanie. Nowe bloki z cegieł i żelbetu wznoszone są na masywnych słupach sięgających coraz głębiej – niekiedy mają one ponad 12 metrów.

Rozpad permafrostu rozprzestrzenia też odór rozkładających się szczątków zwierząt i roślin, które były zamrażane przez tysiące lat. Na tym tle dynamicznie rozwija się proceder polowania na mamuty – miejscowi szukają kłów, by zarobić na międzynarodowym popycie na kość słoniową. Śmierdzą jak zwłoki, powiedział Andrei Daniłow, niepełnoetatowy łowca. Prehistoryczne organizmy często zabijał wąglik i inne choroby – dzięki wysokim temperaturom ich zarodniki budzą się teraz do życia po długiej hibernacji. W 2016 r. epidemia „wskrzeszonego” wąglika uśmierciła tysiące reniferów, a setki ludzi wysłała do szpitali. Eksperci ostrzegają, że pokłosie kolejnych incydentów będzie gorsze od wybuchu reaktora jądrowego w Czarnobylu.

Wieczna zmarzlina Jakucji o nazwie Jedoma jest bardzo charakterystyczna zarówno ze względu na swoją strukturę, jak i konsekwencje jej postępującej dezintegracji. W niektórych częściach świata marzłoć jest względnie cienka i występuje tuż pod powierzchnią ziemi. Jedoma powstała w późnym plejstocenie – ostatniej epoce lodowcowej, która zakończyła się około 11 700 lat temu – i składa się z warstw gleby ubitych wokół ogromnych pokładów osadzonego lodu. Tak grube zlodowacenie topi się szybciej i całkowicie przekształca krajobraz. Naukowcy szacują, iż Jedoma zawiera od 327 do 466 miliardów ton węgla. Uwolniony do atmosfery, stanowiłoby ponad połowę cywilizacyjnych emisji gazów cieplarnianych z lat 1750–2011. Topnienie wiecznej zmarzłoci przebiega tak szybko, że my naukowcy już za nim nie nadążamy, przyznała Anna Liljedhal z Uniwersytetu Alaski w Fairbanks.

Satelitarne zdjęcie Leny

Latem 2019 r. poziom Leny, rzeki, która zaopatruje w wodę 282 000 mieszkańców Jakucka, doznał katastrofalnego spadku o 2–2,5 metra. Setki statków rybackich i towarowych utknęły na mieliznach w pobliżu stolicy. Zimowe dostawy towarów, bez których nie poradzą sobie ludzie z odległych zakątków regionu, nie będą możliwe, dopóki nie powróci pierwotny przepływ cieku. Ma w tym pomóc operacja pogłębiania prowadzona w ramach stanu wyjątkowego ogłoszonego we wrześniu przez burmistrzynię Jakucka. Suszę pogorszyły w bieżącym roku rekordowe pożary – deszczówka nie zatrzymywała się w spalonej, martwej glebie, a dym zniszczył chmury.

Wpisy powiązane tematycznie: Nagła zmiana klimatu: Rekordowe, katastrofalne pożary w Arktyce w 2019 r., Nagła zmiana klimatu: Górna warstwa gleb arktycznych przestaje zamarzać, Nagła zmiana klimatu: Nowe źródła ogromnych emisji metanu w Arktyce wschodniej

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Oprac. exignorant

Reklamy
Opublikowano Klimat

Język życia i tajemnicy

Wywiad z Tiokasinem Ghosthorse’m, przedstawicielem Ludu Lakotów z Dakoty Południowej. Tiokasin od wielu lat zajmuje się aktywizmem, którego treścią jest obrona praw Ludów Rdzennych. Jest także wirtuozem fletu Lakota i koncertuje na całym świecie. W 2016 r. był nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla przez Międzynarodowy Instytut Badań nad Pokojem i Filozofią Globalną.

Jaki jest związek między szykiem wyrazów w angielskim zdaniu oznajmującym (podmiot + orzeczenie + dopełnienie) a niszczeniem Ziemi?

Tiokasin Ghosthorse: Ludzie ze społeczeństw anglojęzycznych są przeświadczeni, że język cię warunkuje. Wynika to z logiki, według której istnieje tylko jeden sposób myślenia i dogadywania się. W dawnym języku Lakotów odwołujemy się do jego źródła. Nauczyła go nas Ziemia. Twierdzenie rodem z literatury fantastyczno-naukowej? Bynajmniej. Nawet we współczesnej angielszczyźnie funkcjonują liczne podteksty wywodzące się z idei Ziemi. Nasi przodkowie nie znali zaimków osobowych, wskazujących czy dzierżawczych. Nie byli skażeni pojęciem posiadania. W nowej wersji naszego języka roi się od rzeczowników. Służą one subiektywizacji i uprzedmiotowieniu wszystkiego, czyli pozbawianiu ducha, energii i życia. Każdy przejaw rzeczywistości stracił swoją świadomość. Teraz można go podporządkować. Kluczową cechą dawnego języka jest brak koncepcji dominowania. Ucząc się go, nie uzyskasz zdolności myślenia o panowaniu nad Ziemią. Nie będziesz rozumował w kategoriach osądzania, przejmowania, dysponowania.

Dziecku Lakotów wtrąconemu do szkoły wyznaniowej (np. katolickiej, episkopalnej) lub rządowej wbija się do głowy, że tylko jeden oficjalnie zatwierdzony sposób postrzegania świata służy ulepszaniu człowieka i ludzkości. Wymaga on, by odseparować się od świadomości Ziemi. Myślenie moich protoplastów zostało zdeprecjonowane jako „prymitywne”. W latach 70. XIX w. zabroniono nam i innym plemionom komunikowania się we własnej mowie. W 1978 r. – po stuletnim indoktrynowaniu kolejnych pokoleń w języku „jedynego Boga, kościoła i państwa” – zakaz zniesiono. To styranizowanie oddaliło nas od tego, kim jesteśmy. W umysłach Lakotów nie ma podziału polegającego na zderzeniu dwóch światów. Utożsamiają się z jednym światem, egzystują jako jego nierozerwalna część.

Pod względem etymologicznym „Lakota” wyrasta ze „związku” i „poczucia zintegrowania”. Dlatego wszystko, czego uczyłem się po angielsku, przeniknęło do rodzimego dialektu. Przyswoiłem to, co jest praktyczne i pozwala trwać mojej identyfikacji z Ziemią. Kiedy zmieniam umysłowy stan komunikacji, zaczynam osądzać, oceniać, klasyfikować. Myślę hierarchicznie i liniowo – z początkiem i końcem. Pozbawiam czegoś ducha i to coś przeobraża się w krzesło (ang. chair). Człowiek wykonał ten użyteczny przedmiot; mogę na nim spocząć lub ustawić go w rzędach. Siedząca na nim osoba bywa prezesem (ang. chairman) i prezeską (ang. chairwoman). Możliwe jest ustosunkowanie się do kogo/czegokolwiek z pozycji władzy. Możesz uzyskać dostęp do wiedzy, ponieważ dzierżysz władzę. Z perspektywy Lakotów wszystko jest tutaj, przed tobą. Posiadasz najmniej inteligencji spośród wszystkich istot. To one są twoimi nauczycielami. Przybyłeś jako ostatni, więc jesteś największym ignorantem.

Przebywając „po drugiej stronie”, mam wrażenie, że „ja” zdobyłem pewną wiedzę, „ja” dokonałem tego i owego. Wszystko dotyczy i obraca się wokół „mnie”. Kiedy wracam do domu i zaczynam prawić o sobie, operując każdym dostępnym zaimkiem, seniorzy śmieją się serdecznie. Żaden z nich tak się nie wysławia. Lakoci nie mówią o sobie, tylko o tym, jak możemy się do siebie odnosić. Przynosimy wieści, czyli strawę ducha, by rozmawiać ze sobą. Chodzi o relację, a nie o to, że to „ja” jestem posłańcem, „ja” głoszę, „ja” oznajmiam. „Ja”, które zaczyna prawie każde zdanie, w uszach Lakotów brzmi bardzo komicznie. Doświadczam tych różnic, bo opanowałem język angielski . Umiem kategoryzować, katalogować, szufladkować i „rzeczownikować” bez opamiętania. Zabiegi te przeobrażają niemal wszystko w obiekty bez świadomości, które wolno poddać kontroli. Bolesna rodzi się konkluzja, że taka mentalna pojemność nie wystarczy, by pomieścić ducha. Dlatego zamienia się go w religijny dogmat, w coś abstrakcyjnego, dalekiego. W konsekwencji metody działania zaczynają skupiać się na wydobywaniu. A jest to program, który nie sprzyja Ziemi.

Dziękuję ci za to pytanie.

To ja jestem niezmiernie wdzięczny za twoje wyjaśnienie. Powiedz mi, proszę, jak w dawnym języku Lakotów określa się mebel, na którym się siedzi?

Nazywa się go krzesłowaniem (ang. chairing). Chociaż krzesło jest stacjonarne, widzisz je w ruchu, dostrzegasz głębię: osoby, które je wykonały, drzewo, które nim się stało itd. Ten „przedmiot” nie jest martwy. Darzymy go szacunkiem, ponieważ mieści w sobie każdą z wymienionych idei. W twoim języku dodanie do wyrazu krzesło końcówki wanie wywołuje wesołość. Innym przykładem jest serce. Lakoci nie mają w swoim leksykonie takiego słowa. W przestrzeni anglojęzycznej zajmuje ono miejsce szczególne, wręcz centralne. Mentalność mechaniczna widzi organ, który sprawuje określoną funkcję – pompuje krew. Lakoci widzą coś przeciwnego. Zgodnie z interpretacją, którą sformułowała moja matka, serce to cha’nte: człon pierwszy drzewowanie, zaś drugi jest pochodną życiowania. Nasze serce łączy się ze źródłem mowy – świadomością Ziemi. Niedawno nauka odkryła, że drzewa mają puls.

Rozumienie w języku, który nie uprzedmiotawia, pozwala dostrzec dodatkowe wymiary. Krzesło przestaje być jedynie rzeczownikiem o tej nazwie.

Przeczytałem kilka książek o przemożnym wpływie języka dzieciństwa na późniejszą percepcję świata. Twoja wypowiedź mną wstrząsnęła. Nasze konstruowane przez język światopoglądy różnią się tak dalece, że można odnieść wrażenie, że nie należymy do tego samego gatunku. Potęga materialistycznego języka i mentalności jest w pewnych kontekstach ewidentna. Dzisiejsza medycyna traktuje serce jak maszynę. Takie podejście pozwala dokonywać jego przeszczepu, wstrzymywać jego pracę itd. Z drugiej strony perspektywa ta niesie ze sobą ogromne koszty. Kiedy w sercu widzisz maszynę, a w krześle nie widzisz procesu, wówczas prowadzi to do postrzegania świata jako zbioru zasobów, do którego należą również nasze ciała.

Głębia, do której nawiązujesz, w języku angielskim zbyt łatwo nazywana jest mistycyzmem. W dawnym języku Lakotów nie znajdziesz wyrazów, które pozwoliłyby zdefiniować boga. Wyewoluowało zrozumienie, że każda dowolna lokalizacja stanowi centrum Wszechświata. Ludzie Zachodu mówią z pewną dozą arogancji o abstrakcyjnym Bogu rezydującym w Niebie. Od razu myślą o odejściu. Tę iluzję istnienia osobnych gatunków człowieka tworzą odmienne procesy poznawania i pojmowania Ziemi. Prawdą jest, że są one widoczne u dzieci. Rodzimy się z metaforycznym rozumieniem magii tego, co istnieje. Musimy tak wiele się nauczyć. Towarzyszy nam optymizm. I nie chodzi o samo zdobycie wiedzy o Ziemi, tylko zrozumienie mądrości, jaką skrywa. Jeżeli tą mądrością nie oddychamy, wówczas zaczynamy zmyślać. Idziemy do parku i na plażę, by ich „doświadczyć”, szukamy rozrywki. Kiedy odczuwamy ból, nasze ciała i umysły automatycznie ogarnia niepokój. Nowocześni ludzie starają się unikać bólu, uczynić tymczasową radość stanem permanentnym. Myślenie po angielsku definiuje oba wrażenia inaczej. Do myślenia po angielsku nie pasuje rozumienie, iż są one tym samym. Ból jest wypierany nawet poprzez kategoryzowanie rzeczy, mnożenie rzeczowników. Nożem można zadać ból. Ale narzędzie to może też być czymś świętym, magicznym, pomocnym; może uśmierzyć ból.

W języku angielskim potrzebujemy tak wielu słów, by coś opisać. Pierwotny język Lakotów miał znacznie mniej wyrazów. Nie potrzebował alfabetu, dogmatów czy pojęcia czasu. Ożywiał wszystko czasownikami. Ten język jest naszą krynicą. Nie ma różnych gatunków człowieka. Po prostu niektórzy z nas pamiętali, inni zapominają lub zapomnieli całkowicie. Lakoci używają słowa wakha’n, które wyraża uświadomienie tajemnicy obecnej we wszystkim. Jako dorośli powinniśmy artykułować tę prostotę, uczyć się jej na nowo – nie gubić się w komplikowaniu. Dziecko zapytane w klasie, czy woli „Planetę Ziemia”, czy „Matkę Ziemię”, częściej wskaże Matkę Ziemię. Naturalnie rodzic jest mu bliższy. Czy odbieramy dziecku bliskość Matki Ziemi i uczymy je języka Planety Ziemia? Nazywanie Ziemi planetą jest sterylne. Nauka mówi, że musimy tak robić, by móc ją wnikliwie zanalizować i rozszyfrować naszą genezę. Tymczasem to, czego poszukujemy, znajduje się wokół nas. Nie musimy wychodzić temu na przeciw. „Pochodzenie z…” różni się od „zmierzania do…”. Zmierzając do celu lub rozwiązania, oddalasz się od miejsca, z którego pochodzisz.

„Zmierzch Lakotów”, autor: Bob Crof

Czy mógłbyś powrócić do terminu wakha’n i przybliżyć jego znaczenie?

Wa- to czystość, kha’n przypomina energię. Ta czystość energii występuje wszędzie we Wszechświecie. Wakha’n nie jest synonimem boga, nie ma rodzaju męskiego lub żeńskiego. Będąc świadomością, możesz rozpoznać tę tajemnicę we wszystkim. Ukształtowany przez żywioły język nie posiada formy fundamentalnej. Bazuje na rozumieniu świadomości i inteligencji innych istot i zjawisk – drzew, ptaków, wody itd. One twoim językiem. Tak wygląda różnica między konceptualizowaniem a zawartą w wakha’n pokorą i prostotą, której brakuje nauce, religii i instytucjom rządowym.

Patrzę przez okno i widzę drzewo. Mógłbym je scharakteryzować jako sekwoję. Jeśli odwołałbym się do wakha’n, uznałbym jego wielką tajemnicę, której nigdy do końca nie zgłębię?

Dokładnie tak. Obierzmy perspektywę drzewa. Ono nas rozumie, wie czego potrzebujemy. Nie tylko daje nam tlen. Ofiaruje nam wiedzę. O ile nie zawodzi mnie pamięć, etymologicznym „przodkiem” wyrazu tree (drzewo) jest truth (prawda). Drzewo to najważniejszy element wielu religii i systemów duchowych świata. Żyje ono nad i pod ziemią. Współczesnych ludzi oderwano od korzeni świadomości. Teraz tkwimy w zastępczej mentalności „inicjatyw oddolnych” (ang. grassroots dosł. korzenie trawy). Musimy nieustannie tworzyć coś nowego i przejściowego. Liczy się zajmowanie stanowisk politycznych, racja, bycie lepszym. Ciągle wracamy do projektowania „nowości”, by opisać życie, które… odradza się.

Drzewo ma świadomość. Jego nasiono wie, gdzie ma się rozwijać. Człowiek dając wyraz swojej opiekuńczej naturze, ślini je (pozostawia swoje DNA), potem śpiewa mu pieśń (tę samą od dziesiątków tysięcy lat) i przysypuje ziemią. Po tym rytuale, człowieczym bodźcu, nasiono staje się m.in. geologiem, specjalistą od żywienia i hydrologiem. W odpowiednim momencie odbiera sygnał, by kiełkować. Przebija się przez glebę, wschodzi i widzi niesamowity świat. Rozwijającą się roślinę dotykają insekty i zwierzęta. Przez cały czas jest ona świadoma swojego otoczenia – m.in. wzorów pogodowych i pór roku. Gdy przybywa jej lat, gdy dojrzewa, podtrzymuje życie innych organizmów egzystujących na różnych poziomach struktury troficznej. Część nadziemna (pień zwieńczony koroną) tworzy z częścią podziemną (systemem korzeni) dwie sfery świadomości. Tak samo można opisać serce. Nasz umysł jest nasionem, z którego wyrasta serce. Ono z kolei karmi duchową inteligencję. Ludzie dysponujący zapleczem technologicznym nie rozumieją Ziemi tak dobrze, jak rozumie ją drzewo. W ramach programu postępu konstruują swoje urządzenia i ustrojstwa – teleskopy, satelity i całą resztę – by rozgryźć Wszechświat, ustalić, skąd pochodzimy i kim jesteśmy. Fizyka kwantowa drzewa nie zasypia – każdej nocy obserwuje gwiazdy i najpewniej może nam powiedzieć więcej o kosmologii niż nasza techniczna (niepełno)sprawność. Intelektualizm nas olśniewa. Jesteśmy w nim zakochani. Ojej, nigdy wcześniej nie widzieliśmy takiego Wszechświata! Ludy rdzenne mają własną relację z galaktykami i gwiazdami, które oglądają i nazywają w swoich opowieściach o Stworzeniu.

Dziennikarz zapytał pewnego astronoma, dlaczego musimy eksplorować Marsa. W odpowiedzi usłyszał: Dzięki temu możemy poznać odpowiedź na najważniejsze pytanie: Czy jesteśmy sami?. Uczony jest… idiotą. Zewsząd otacza nas inteligentne życie.

Szukanie pozaziemskiej świadomości/inteligencji/życia to produkt antropokosmologii. Współcześni uczłowieczyli Wszechświat, a więc mogą go opisywać. Wysyłają sondy, by dowiedzieć się, jak to zrobić. Zapomnieli, jak to się robi. Język „osobliwych” mitów ludów rdzennych zawiera koncepcje znane nauce. Lakoci nie wątpią, że inne formy życia zamieszkują odległe światy. Idea kolonizacji jest nam obca – to kolejny przejaw strategii dominowania. Nie posługujemy się określeniem „człowiek”. Najbliższe mu jest wichashawicha to „gwiazda”, sha to „dar”. Czy nauka nie potwierdziła naszego związku ze słońcem? Ziemia potrzebuje pozostałych planet, by panowała równowaga, by mogło tutaj rozkwitać życie. Warunkiem utrzymania tej równowagi jest wzajemność relacji – nie przetrwamy bez pozostałych istot.

Albert Einstein odwiedził w 1930 r. Indian Hopi i stwierdził, że ich 12-letnie dzieci są najlepiej przygotowane, by opanować teorię względności. Nie musiały czytać o niej w książkach – wystarczyła im treść codziennej egzystencji. Takiego rozumienia życia nie zapewni formalna edukacja kontrolowana przez kogoś, kto ucząc odziera nas z mądrości. Angielskie słowo education (edukacja) wyprowadzono z czasowników educe (wyciągać) i seduce (uwodzić). Celem szkolenia jest oddalenie, odwiedzenie od ducha – zastąpienie go informacjami selekcjonowanymi i formułowanymi przez organy i instytucje. Zachodni system nauczania powszechnego potrzebuje 12 lat, by zaszczepić dzieciom odruchową uległość, odruchowe poddanie woli zwierzchników/autorytetów. Dlatego władza tak świetnie sobie radzi. Nic dziwnego, że Ludy Rdzenne mają problem z subordynacją – staramy się wejść we wzajemną relację. Jednak dla Lakotów nie ma miejsca w Ameryce, choć w ich sercach jest miejsce dla Ameryki. W rezerwatach mamy prawo „zajmować” teren. Gubernator lub prezydent może arbitralnie je unieważnić. Tak samo władza zamierza kontrolować kosmos.

Przedstawiciele kultur rdzennych dzielą się ze mną tym samym spostrzeżeniem: główna różnica między zachodnim a rdzennym sposobem życia sprowadza się do tego, że ludzie Zachodu obdarzeni najbardziej otwartymi umysłami zazwyczaj odbierają wsłuchiwanie się w przyrodę jako metaforę. Na Zachodzie świat jest postrzegany jako zasoby do wyeksploatowania, a nie złożone istoty, w związek z którymi mamy wejść. Gdy przyswoimy fakt, że egzystencja innych istot – traw, drzew, biedronek itd. – jest dla nich nie mniej ważna jak nasza dla nas, wówczas uzmysłowimy sobie zdumiewającą złożoność przyrody.

Gdy „udajesz się na jej łono” i zamykasz oczy, widzisz i czujesz to intuicyjnie. W „dni powszednie” jesteś ślepy. Zwyczajnie mijasz żywą dekorację. Myśl o nawiązaniu relacji cię nie nawiedza. Tam jest dzicz i dzikusy, których należy poskromić i oswoić – zaopatrzyć ich w książki, komputery i farmaceutyki. Będzie im lepiej – zdrowiej. Cierpiący na ignorancję ludzie Zachodu są o tym przeświadczeni. Nasze młode pokolenia też zaczynają nabierać przekonania, że poprawa komunikacji zależy od wsparcia informatycznego. Jest to prawdą tylko do pewnego stopnia. A gdyby tak zgasły światła? Jak wypadłaby obecna zdolność komunikowania interpersonalnego?

Powolni tubylcy” nie nadążają, bo porozumiewają się z przyrodą. Ona nadaje rytm ich egzystencji. Bezpośrednie zapoznanie się z jej złożonością stanowi priorytet. Utrata komunikacji z Ziemią świadczy o tym, że ją zaniedbujemy. Zaniedbanie pozostawia pustkę. Zaczynamy mówić językiem braku. W niczym nie ma ducha. Szukamy odpowiedzi, wypełniamy wyrwę pragnieniami, chciwością itd. Niczym głodne mary, które nie mogą się nasycić, żywimy się informacjami. Ulegamy złudzeniu, że ich zalew nas zmieni.

Jak możemy odkolonizować nasze serca i umysły?

Słowa kolonizować i odkolonizować są jedynie programem. Lakoci, których „wyedukowano”, muszą tracić energię na zmagania z pojęciami podboju, chrystianizacji, kolonializmu osadniczego, supremacji, wypowiadania traktatów, pojednania itd. To tylko formuły, które nam wpojono. Seniorzy widzą ostrzej, że przynależą one do cudzego procesu myślowego. Uczynił on Ziemię mentalną koncepcją, odebrał jej sprawiedliwość. Teraz my tej sprawiedliwości szukamy, walczymy o prawa Ziemi itd. w języku, który narzucono nam siłą. Mieszkańców kraju Indian obejmującego całą powierzchnię Ameryki Północnej odseparowano od tego, kim są. Nadano nam tożsamość wyedukowanych obywateli. Nadano nam miano Rdzennych Amerykanów. To oksymoron. Ame znaczy miłość, odpowiednikiem rica jest bogactwo. Kwintesencja tego państwa: jako Amerykanin kochasz bogactwo. Masz być kimś.

Straszliwe przypadłości nękające teraz Ziemię prowokują jej reakcję–panaceum. Głowy zaprząta nam „ratowanie planety”. Dla kogo? Dla czego? Mentalność ocalenia/zbawienia wyrasta z dominacji. Ktoś ma przybyć i nas ocalić/zbawić. Musimy tylko dostosować się do zaleceń programu. Sięgamy po słowa, które pozwalają grać na zwłokę. Poddając się tej mentalności, słabniemy i dopełniamy dzieła zniszczenia.

Pytania zadawał Derrick Jensen.

W 2007 r. na świecie było 7 000 odrębnych języków. W tym samym roku eksperci z amerykańskiego Instytutu Żywych Języków (Living Tongues Institute) podali do wiadomości, że co 14 dni ginie bezpowrotnie jeden język.

W lipcu 2019 r. na łamach Environmental Science & Policy opublikowano wynik badania wpływu, jaki na różnorodność biologiczną wywierają praktyki zarządzania gruntami. Analiza danych z ponad 15 000 rozległych regionów geograficznych w Australii, Brazylii i Kanadzie wykazała, iż bioróżnorodność ma się najlepiej nie na tzw. obszarach chronionych i w rezerwatach dzikiej przyrody, tylko tam, gdzie mieszkają społeczności tubylcze.

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Tłum. exignorant

Opublikowano Poza nadzieją

Chodzi o tempo zmian

Krótki fragment eseju Chrisa Martensonaanalityka i prognostyka trendów makro w gospodarce, kompozycji energetycznej i środowisku naturalnym.

Kochana, bliska mi osoba umiera. Wiodła długie i barwne życie. Oczywiście jej zbliżająca się śmierć jest dla naszej rodziny bardzo smutnym wydarzeniem.

Ostatnio regularnie spotykam się i rozmawiam z pracownikami hospicjum. Dowiedziałem się, że chorzy często zadają im pytanie: Ile czasu mi zostało?. Personelowi placówki niełatwo przychodzi udzielanie odpowiedzi, ale jest w stanie dość dokładnie przewidzieć koniec. Pozwala mu na to obserwowanie tempa zachodzących zmian.

Czy pacjentka zdoła w lipcu podnieść książkę z podłogi? Jeżeli nie, to czas, jaki jej pozostał, będzie mierzony w miesiącach. Czy pacjent wstawał z krzesła w zeszłym tygodniu, a dzisiaj już nie może? Jeżeli tak, to będzie żył nie dłużej niż kilka tygodni. Czy chory codziennie traci istotną funkcję życiową? Jeżeli tak, jego śmierć nastąpi za parę dni. U kresu odlicza się ostatnie godziny, minuty i sekundy.

Nadrzędne znaczenie ma tempo zachodzącej zmiany. Śledzenie go jest równie ważne jak sama zmiana. Chociaż oba są źródłem niezbędnych informacji o tym, co się dzieje, to właśnie tempo pozwala formułować prognozy biegu wypadków. Dotyczy to także większych systemów takich jak gospodarka lub ekosystem.

Pokłosie huraganu Dorian

Światowe zadłużenie z ujemnymi stopami procentowymi wzrosło w ciągu dekady od zera do ponad 17 bilionów dolarów (w minionych dziesięciu miesiącach przybyło 11 bilionów). Po 2016 r. huragany kategorii 5. uderzają na Atlantyku cztery razy częściej.

Członkowie elit władzy, podobnie jak bankierzy centralni i politycy, w większości nie mają odpowiedniego przygotowania, by myśleć systemowo czy rozumieć terminy z zakresu ekologii (np. pojemność środowiskowa) i innych kluczowych dyscyplin. Skala i szybkość zachodzących zmian przekracza ich zdolność pojmowania.

Obserwowane zmiany znajdują się już poza kontrolą cywilizacji przemysłowej. I ciągle przyspieszają. Tak zachowują się systemy wykładnicze. Osoby mające tego świadomość nie są zaskoczone. Tym niemniej widok jest szokujący. Nadszedł moment, w którym nietrudno stwierdzić, że zmierzamy ku globalnemu wstrząsowi finansowemu i załamaniu środowiska naturalnego.

Naukowcy z Instytutu Cabota Uniwersytetu w Bristolu udokumentowali bezprecedensowe w historii Ziemi tempo dzisiejszych zmian środowiskowych. Zachodzą one znacznie gwałtowniej niż w trakcie wcześniejszych wymierań planetarnych, z permskim włącznie. Praca badawcza pojawiła się 4 stycznia 2016 r. w Nature Geosciences.

Uczeni z Katedry Ekologii i Biologii Ewolucyjnej Uniwersytetu Yale opublikowali 16 sierpnia 2013 r. na łamach Ecology Letters wyniki swojej analizy, która wykazała, iż tempo liniowej zmiany klimatu, tzn. obliczone w oparciu o serię nieaktualnych modeli Międzyrządowego Zespołu ds. Zmiany Klimatu (IPCC), było już 10 000 razy szybsze od reakcji adaptacyjnej kręgowców. Z kolei badanie przeprowadzone przez Uniwersytet w Aarhus, zamieszczone 30 października 2018 r. w Proceedings of the National Academy of Sciences, wykazało, że ssaki nie są w stanie ewoluować wystarczająco szybko, by nie paść ofiarą trwającego wymierania planetarnego.

Autorzy symulacji komputerowej opisanej 13 listopada 2018 r. w Scientific Reports ostrzegają, że spowodowane nagłą zmianą klimatu wymieranie gatunków roślin i zwierząt prowadzi do „efektu domina”, który może wyniszczyć ziemskie życie. Organizmy zależne od innych skazanych na unicestwienie gatunków wyginą w wyniku procesu zwanego współwymieraniem. Wzrost średniej globalnej temperatury o 5°C/6°C na przestrzeni dekad wystarczy, by pozbawić planetę większości żywych istot.

Francuskie Centrum Modelowania Klimatu w Instytucie im. Pierre’a Simona Laplace’a i Narodowe Centrum Badań Meteorologicznych (CNRM) Francji ujawniły 17 września 2019 r. swoje ostatnie prognozy globalnego ocieplenia: do końca stulecia średnia temperatura Ziemi może znaleźć się 7°C powyżej poziomu, jaki panował w 1750 r. (epoka przedindustrialna). Ten dramatyczny wynik – bazujący na nowej generacji modeli klimatycznych CMIP6, które zostaną wykorzystane w przygotowywanym na 2021 r. raporcie IPCC – jest zaniżony, ponieważ nie uwzględnia wpływu wielu aktywnych, mnożących potencjał swojego oddziaływania, dodatnich sprzężeń zwrotnych.

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Oprac. exignorant

Opublikowano Klimat, Wymieranie gatunków

Czarnym Łabędziem jest dron

Zgodnie z definicją Nicholasa Taleba, eksperta ds. rynków finansowych, Czarny Łabędź to zdarzenie o niskiej przewidywalności i krańcowych skutkach.

Artykuł Charlesa Hugh Smitha, analityka finansowego.

Jak można było się spodziewać, media głównego nurtu prześcigają się w zapewnieniach, że ataki dronów na saudyjskie instalacje naftowe to tylko incydent, a produkcja ropy niebawem odzyska swój pierwotny poziom. Oczywistą intencją jest uspokojenie rynków, ponieważ zaburzenie dostaw energii może spowodować finansowy krach i globalną depresję gospodarczą.

Jednak rzeczywiste konsekwencje tego zdarzenia wykraczają poza kwestię krótkoterminowych cen ropy naftowej. Dotyczą one wojny asymetrycznej: skoordynowane uderzenie dronów w rafinerie Arabii Saudyjskiej to Czarny Łabędź. Trzepot jego skrzydeł odbija się echem na całym świecie, budzi potencjalnych naśladowców i ujawnia, że obrona przed tanimi dronami o dużej zwrotności jest niemożliwa.

Według niektórych opublikowanych szacunków całkowita wartość 10 wykorzystanych w ataku maszyn to 15 000 dolarów amerykańskich. Powszechnie dostępny, komercyjny dron kosztuje około 1 200 dolarów.

Sukces operacji powinien być sygnałem alarmowym dla wszystkich, którzy sprawują nadzór nad łatwopalną infrastrukturą krytyczną: nie istnieje niezawodna ochrona przed takim skoordynowanym bombardowaniem. Nie ma też pewnego sposobu na odróżnienie drona dostarczającego paczkę od drona transportującego ładunek wybuchowy.

Każdy protokół uwierzytelniania – sygnał identyfikacyjny – można sfałszować. Na przykład wystarczy przechwycić drona, zamienić plan lotu i ładunek. Gotowe. Innym wariantem jest wykradnięcie sygnału identyfikacyjnego dostawcy lub zhakowanie drona w locie, sprowadzenie go na ziemię i zainstalowanie nowej „przesyłki”. Lista dostępnych opcji jest długa.

Mamy do czynienia z bezprecedensową wojną asymetryczną: drony za 20 000 dolarów są w stanie wyrządzić szkody i straty finansowe idące w dziesiątki, setki a nawet miliardy dolarów, jeśli zdołają wysadzić bezpieczniki światowych giełd papierów wartościowych. Jedynym niezawodnym środkiem zaradczym zdaje się być całkowity zakaz używania tych maszyn nad danym terytorium. Epizod regulowanej w nieznacznym zakresie komercjalizacji dronów dobiega końca.

Jakie pomysły kiełkują w głowach zainspirowanych naśladowców? Niewiele potrzeba wyobraźni, by dostrzec potencjał wywołania chaosu bez narażania własnego zdrowia i życia. Możliwości są oczywiste.

Zasięg i ładowność tanich dronów jest ograniczona. Duży egzemplarz pokonuje setki kilometrów i przenosi setki kilogramów broni, ale wykryje go radar i strąci konwencjonalny pocisk ziemia-powietrze. Urządzenia klasy „hobby” – unoszące się tuż nad dachami, powierzchnią pustyń lub koronami drzew – są trudne do zestrzelenia, szczególnie w warunkach ataku przeprowadzonego z wielu kierunków.

Mały dron udźwignie 3 kilogramy. Jakie straty spowodują 3 kilogramy materiałów wybuchowych? Odpowiedź brzmi „znaczące”, o ile celem jest coś łatwopalnego lub niedostatecznie zabezpieczona elektronika. Większy dron uniesie 10 lub 20 kilogramów, a taka siła rażenia zniszczy dowolną liczbę celów.

Agencje obrony i wywiadu bez wątpienia symulują w trakcie gier wojennych taki rodzaj agresji, z kolei armie świata badają skuteczność nalotów setek i tysięcy samoorganizujących się dronów na systemy obronne przeciwników. Udany nalot na saudyjskie rafinerie potwierdził efektywność maszyn użytych na nieporównanie mniejszą skalę.

Płonące rafinerie Aramco

Postawmy się w sytuacji osób, które mają za zadanie bronić setek kilometrów rurociągów przesyłających ropę i gaz ziemny. (Za ich pośrednictwem Saudyjczycy dodatkowo pompują na pustynię wodę morską, która jest wtryskiwana do szybów podczas wydobycia.) Jakimi instrumentami się posłużą? Wieżami strzelniczymi kontrolowanymi przez sztuczną inteligencję lub sterowanymi zdalnie, rozstawionymi co kilkaset metrów na odcinku tysiąca kilometrów? Patrolami obserwującymi rurociąg 24 godziny na dobę? Niebotyczny koszt takiej ochrony nie zagwarantowałby 100% bezpieczeństwa. Strażników można przekupić, a działka nie poradziłyby sobie po wstępnym nalocie nieuzbrojonych dronów typu „hobby”.

Nic nie wyeliminuje całkowicie widma ataków na odległe obiekty, nawet ustanowienie polityki natychmiastowego strącania dronów nad wyznaczonymi obszarami.

Czarnym Łabędziem jest dron. To, co wczoraj było „prawdopodobne”, dzisiaj jest sprawdzoną, niedrogą zdolnością, a jej następstwa są dalekie od przewidywalnych. Właśnie ta nieprzewidywalność powinna wstrząsnąć rynkami, ponieważ ryzyko przyszłych, asymetrycznych działań bojowych z wykorzystaniem dronów wzrosło niepomiernie.

W sobotę 14 września 2019 r. Huti, rebelianci z Jemenu, ogłosili, że za pomocą 10 dronów zdruzgotali część ważnej infrastruktury koncernu Aramco w Arabii Saudyjskiej, w tym największą na świecie rafinerię ropy naftowej w Bukajk. Ruch ten jest odwetem za ludobójstwo, jakiego od czterech lat dopuszczają się Saudowie, których aktywnie wspierają m.in. rządy Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec. Sytuację w Jemenie, jednym z najbiedniejszych państw na Ziemi, ONZ określa mianem „największego kryzysu humanitarnego od czasu II wojny światowej”. Do końca 2019 r. wojna uśmierci ponad 230 000 cywilów.

W ostatnich miesiącach Huti kilkadziesiąt razy trafili w cele zlokalizowane na terytorium Arabii Saudyjskiej przy użyciu różnych środków rażenia (scenariusz ten trafnie przewidział w 2015 r. korespondent Pepe Escobar). Po ostatniej udanej akcji bojownicy zaapelowali o zakończenie konfliktu. Propozycję z zadowoleniem przyjął Martin Griffiths, specjalny wysłannik ONZ ds. Jemenu, który przyznał, że inicjatywa Huti świadczy o woli zakończenia wojny. Jest bardzo ważne, by skorzystać z tej okazji i podjąć niezbędne kroki zmierzające do ograniczenia przemocy, eskalacji działań wojennych i niepomocnej retoryki, powiedział dyplomata. Jak zareagowali lojalni sojusznicy „rzeźników z Rijadu”? Przywódcy USA, Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec – beneficjenci systemu saudyjskiego – oświadczyli, że „w ich przekonaniu” za atakiem stoi Iran. Tak oto przesłonięto przełomowy charakter asymetrycznej operacji z udziałem dronów i po raz kolejny odwrócono uwagę zachodniej opinii publicznej od zbrodniczej kampanii w Jemenie i cierpienia kilkunastu milionów obywateli tego kraju.

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Tłum. exignorant

Opublikowano Gospodarka, finanse, surowce i energia, Pułapka technologiczna

Do Patronów

Od pół roku Czytelniczki i Czytelnicy bloga mogą udzielać mi pomocy za pośrednictwem patronatu. Chciałbym bardzo podziękować Darczyńcom, którzy odpowiadają na mój apel. Każde ofiarowane 5 zł ma znaczenie.

Tegoroczne pożary w Portugalii

Dedykuję Państwu swój amatorski przekład szlagieru z 1989 r. Dwadzieścia lat temu, w czerwcu 1989 r., dr Noel Brown, dyrektor Programu Środowiskowego ONZ, ostrzegał: Rządy mają 10 lat na rozwiązanie problemu efektu cieplarnianego, zanim wymknie się ludzkiej kontroli.

Słowa opamiętania bardów i badaczy systemu Ziemi usłyszeli nieliczni.

Droga do piekła

Gdy stałem na trasie
Postać kobiety
Dostrzegłem tam
Tę twarz odbitą w szybie
Jak własną znam
Kiedy weszła w lamp rażący blask
I pochyliła się
Lęk sparaliżował mój cień
Spytała: Synu, co tu robisz dziś?
Obawa z grobu wyrwała mnie
Powiedziałem: Mamo, to Dolina Bogaczy jest
Tutaj sprzedam się

Odparła: Synu, do piekła mkniesz

W swej podróży
Do źródła sensu spraw
Przez pustkowia, głuszy szmat
Zboczyłeś na piekielny szlak

Sterczę tu nad brzegiem rzeki
Rwący dawno zamarł nurt
Zupa trucizn niezliczonych, znajdziesz każdą
Nade mną tli się żar latarni
Światło radości znane mi
Przerażone, skryte w mroku gdzieś tam w dole
Groźba przemocy przyczajonej
Płoszy uśmiech blady strach
Zdrowy rozsądek głośno dzwoni, niemy krzyk

Dyżurny technologiczny krach?
O nie, to jest do piekła szlak

Każdą z dróg blokuje kredyt
I nie poradzisz na to nic
To tylko kawałki papieru, które uciekają ci
Uważaj świecie, zobacz
Co się tu dzieje
Pojmij to w lot, rozpoznaj ten znak
Nie suniesz autostradą do nieba
O nie, to jest do piekła szlak

Tytuł oryginalny: „Road to Hell”
Słowa i muzyka: Chris Rea

Opublikowano Poza nadzieją

Ostatni akt kolonizacji: Podbój „cyfrowych tubylców” przez „wizjonerów” z Doliny Krzemowej

Fragment wywiadu Guardiana z Shoshaną Zuboff z Harvard Business School, autorką książki pt. Epoka kapitalizmu inwigilacji (The Age of Surveillance Capitalism, październik 2018).

W tej chwili świat ma obsesję na punkcie Facebooka. Według ciebie głównym motorem kapitalizmu inwigilacji był Google.

Shoshana Zuboff: Kapitalizm inwigilacji stworzyli ludzie. Jest częścią historii, a nie technologicznej nieuchronności. Opracowano go metodą prób i błędów w Google’u. Podobnie rzecz miała się z ekonomią produkcji masowej odkrytą w Ford Motor Company i logiką kapitalizmu menadżerskiego obmyśloną w General Motors.

Kapitalizm inwigilacji został wynaleziony około 2001 r. jako rozwiązanie kryzysu będącego rezultatem pęknięcia bańki internetowej: młode przedsiębiorstwo musiało zmierzyć się z widmem utraty zaufania inwestorów. Wywierana przez nich presja sprawiła, że menedżerowie Google’a porzucili deklarowaną niechęć do reklamy i postanowili zwiększyć zapewniane przez nią przychody. Wykorzystując kombinację wyłącznego dostępu do dzienników danych użytkownika (kiedyś znanych jako „rura wydechowa danych”), znaczne możliwości analityczne i moc obliczeniową, mogli generować prognozy współczynników klikalności sygnalizujących trafność reklamy.

W wymiarze operacyjnym Google zmienił przeznaczenie nadwyżki danych behawioralnych gromadzonych w pamięci podręcznej i znalazł sposoby na agresywne poszukiwanie nowych źródeł tych danych.

Dzięki niejawnym metodom firma nie tylko mogła przechwytywać tę nadwyżkę wbrew woli użytkowników, którzy chcieli zachować określone dane jako prywatne, lecz także pozyskiwać na drodze dedukcji obszerne informacje osobiste, których użytkownicy nie podają. Nadwyżka analizowana pod kątem ukrytych znaczeń pomocnych w prognozowaniu klikanych linków posłużyła za podstawę nowych rynków prognostycznych zwanych reklamą ukierunkowaną.

Kapitalizm inwigilacji zrodził się w wyjątkowej i niezwykle lukratywnej mieszance nadwyżki behawioralnej, analizy danych, infrastruktury materiałowej, mocy obliczeniowej, systemów algorytmicznych i zautomatyzowanych platform. Ponieważ liczba kliknięć gwałtownie wzrosła, reklama szybko stała się równie ważna, jak wyszukiwanie. Ostatecznie przeobraziła się w kamień węgielny nowej odmiany handlu opartego na inwigilacji internetowej na dużą skalę.

Sukces tych mechanizmów uwidocznił się dopiero wtedy, gdy Google wszedł na giełdę w 2004 r. Ujawniono wówczas, iż w okresie między 2001 r. a pierwszą ofertą publiczną w 2004 r. przychody firmy skoczyły o 3 590%.

Kapitalizm inwigilacji zaczął się od reklamy.

Kapitalizm inwigilacji nie ogranicza się do reklamy, tak jak produkcja masowa nie ograniczała się do Modelu T Forda. Dolina Krzemowa błyskawicznie zaadaptowała go jako standardowy model akumulacji kapitału – uczynił tak prawie każdy start-up. W Tyfusową Mary wcieliła się Sheryl Sandberg, była prezeska Google’a, która jako wspólniczka Marka Zuckerberga po 2008 r. zaraziła Facebooka kapitalizmem inwigilacji. Dzisiaj zjawisko wyszło poza branżę internetową i obejmuje swoim zasięgiem szeroką gamę produktów, usług i sektorów gospodarki, w tym ubezpieczenia, handel detaliczny, opiekę zdrowotną, finanse, rozrywkę, edukację i transport. Tym samym pojawiają się zupełnie nowe „ekosystemy” dostawców, producentów, klientów, animatorów i uczestników rynku. Niemal każdy produkt lub usługa, która zaczyna się od słowa „inteligentny” lub „spersonalizowany”, każde urządzenie z dostępem do internetu, każdy „cyfrowy asystent” jest interfejsem niezakłóconego przepływu danych behawioralnych służących do prognozowania naszej przyszłości w gospodarce inwigilacji.

W tej historii podboju i zawłaszczenia termin „cyfrowi tubylcy” zyskuje nowy sens…

Tak, zawiera w sobie tragiczną ironię. Fascynuje mnie struktura podboju kolonialnego, którego na Wyspach Karaibskich dokonali Hiszpanie. Historycy mówią o „wzorze podboju” składającym się z trzech etapów: najpierw stwarza się pozory uzasadnienia inwazji za pomocą środków prawnych, potem formułuje się deklarację roszczeń terytorialnych, a na końcu zakłada miasto, by tę deklarację uprawomocnić. Kolumb zwyczajnie obwieścił, że wyspy są terytorium hiszpańskiej monarchii i papieża.

Marynarze nie mieli pojęcia, że szkicują pierwszy wzór, który pokona przestrzeń i czas, by znaleźć zastosowanie w cyfrowym XXI w. Pierwsi kapitaliści inwigilacji również podbijali poprzez deklarację. Po prostu obwieścili, że nasze prywatne doświadczenie należy do nich – przełożone na dane, będzie ich własnością i wiedzą zastrzeżoną. Posługując się retorycznym kamuflażem i niejawnymi oświadczeniami, których nie mogliśmy zrozumieć ani zakwestionować, wprowadzili nas w błąd.

Kierownictwo Google’a jednostronnie podjęło decyzję o zagarnięciu sieci WWW z myślą o swojej wyszukiwarce. Kapitalizm inwigilacji powstał, gdy druga deklaracja przejęła prywatny świat naszych doświadczeń, by czerpać dochody z ich sprzedaży zainteresowanym podmiotom. Odbyło się to bez naszej zgody. Larry Page, współzałożyciel Google’a, trafnie antycypował, że nadwyżka operacji wyjdzie poza środowisko online do świata rzeczywistego, w którym przechwycenie danych dotyczących ludzkiego doświadczenia będzie bezpłatne. Jak się okazuje, jego wizja doskonale odzwierciedla dzieje kapitalizmu, który zamienia rzeczy istniejące poza sferą rynkową w towary.

Kapitalizm inwigilacji zaskoczył nas, ponieważ nie mogliśmy wyobrazić sobie akurat takiego kierunku jego działania. Wczesne ludy Karaibów też nie mogły przewidzieć rzek krwi, które popłynęły w odpowiedzi na gościnność, jaką okazały niespodziewanym przybyszom, wymachującym sztandarem hiszpańskich monarchów. Tak samo jak one, mieliśmy do czynienia z czymś naprawdę bezprecedensowym.

Kiedyś przeszukiwaliśmy Google’a – dzisiaj to Google przeszukuje nas. Kiedyś myśleliśmy o usługach cyfrowych jako darmowych – teraz kapitaliści inwigilacji uważają każdego z nas za darmowe źródło danych.

Wmawia się nam, że było to „nieuniknione”. Mamy zaakceptować narrację o determinizmie technologicznym.

Gdy na przełomie lat 70. i 80. zaczynałam swoją pracę terenową w biurach komputeryzacji i fabrykach, odkryłam dwoistość technologii informatycznej. Z jednej strony posiada ona zdolność do automatyzacji, z drugiej do „przeinformowywania”, tzn. przekładania rzeczy, procesów i zachowań na informacje. Natura ta odróżnia ją od wcześniejszych generacji technologii. Technologia informacyjna tworzy nowe obszary wiedzy, ponieważ zamienia świat w informację. W konsekwencji wiedza ta staje się przedmiotem konfliktów politycznych. Pierwszy z nich ma związek z jej rozpowszechnianiem: „Kto wie?”. Drugi dotyczy zwierzchnictwa: „Kto decyduje o tym, kto wie?”. W trzecim idzie o władzę: „Kto decyduje o tym, kto decyduje o tym, kto wie?”

Aktualnie fala identycznych dylematów wiedzy, zwierzchnictwa i władzy wtargnęła do naszych biur, sklepów i fabryk – zatopiła nas i nasze społeczeństwa. Kapitaliści inwigilacji byli pierwszymi liderami tego nowego świata. Oznajmili, że mają prawo wiedzieć, decydować o tym, kto wie i kto decyduje. Tak oto zdominowali coś, co określam mianem „podziału dowiadywania się”, który jest główną zasadą organizacyjną porządku społecznego w XXI w. – analogią „podziału pracy” jako głównej zasady organizacyjnej społeczeństwa epoki przemysłowej.

Czyli sensacją nie jest sama technologia, tylko fakt, że zapoczątkowała nowy wariant kapitalizmu?

Larry Page zrozumiał, że ludzkie doświadczenie może być „dziewiczym drewnem” Google’a; że można je pozyskać bez dodatkowych kosztów online i za niewielkie pieniądze w prawdziwym świecie. Dla dzisiejszych właścicieli kapitału inwigilacji empiryczna rzeczywistość ciał, myśli i uczuć jest tak dziewicza, jak niegdyś obfite łąki, rzeki, oceany i lasy, zanim zaanektowała je dynamika rynku. Nie mamy formalnego nadzoru nad tymi procesami, ponieważ funkcjonowanie rynku tego nie wymaga. Zostaliśmy wygnani z własnego zachowania, pozbawieni dostępu i kontroli nad wiedzą czerpaną z tego wywłaszczenia. Wiedza, zwierzchnictwo i władza spoczywają na kapitale inwigilacji, który postrzega nas jako „ludzkie zasoby naturalne”. Jesteśmy narodami tubylczymi, których samostanowienie zniknęło z map naszych doświadczeń.

Kapitalizm inwigilacji nie istniałby bez cyfryzacji, z kolei cyfryzacja nie potrzebuje kapitalizmu inwigilacji. Należy mocno podkreślić, że kapitalizm inwigilacji nie jest technologią. Technologie cyfrowe mogą przybierać różne formy i przynosić różne efekty w zależności od logiki społecznej i ekonomicznej, która powołała je dożycia. Kapitalizm inwigilacji bazuje na algorytmach i czujnikach, inteligencji maszyn i platformach, ale nie jest żadnym z nich.

Dokąd zmierza kapitalizm inwigilacji?

Przede wszystkim przestaje koncentrować się na pojedynczych użytkownikach i przenosi swoją uwagę na populacje miast i całe społeczeństwo. Wystarczy pomyśleć o kapitale, jaki można przyciągnąć na rynki kontraktów terminowych, gdzie przewidywanie zachowań populacji ewoluuje, by zbliżyć się do pewności.

Tak przebiega proces edukacji kapitalistów inwigilacji napędzany przez konkurencję na polu produktów prognozowania. Najpierw nauczyli się, że im większa nadwyżka, tym trafniejsza prognoza, co przyniosło korzyści skali w zakresie podaży. Następnie nauczyli się, że im bardziej zróżnicowana nadwyżka, tym wyższa jej wartość predykcyjna. To nowe dążenie do uzyskania korzyści zakresu kazało im odejść od komputera stacjonarnego i wyjść na zewnątrz – za pomocą urządzeń mobilnych rejestrują lokalizację twojej jazdy samochodem, joggingu i zakupów, monitorują twoją krew i twarz.

Ewolucja trwa. Kapitaliści inwigilacji zrozumieli, że najłatwiejsze do przewidzenia dane behawioralne pochodzą z „korzyści działania”, ponieważ systemy są zaprojektowane tak, by ingerować w sytuację i de facto modyfikować zachowanie pod kątem pożądanych wyników komercyjnych. Obserwowaliśmy rozwój tego nieznanego dawniej „środka modyfikacji behawioralnej” podczas eksperymentów psychologicznych Facebooka (tzw. zarażenie emocjonalne) oraz „inkubowanej” przez Google’a gry z rozszerzoną rzeczywistością pt. Pokémon Go.

Zautomatyzowanie przepływu informacji o nas już nie wystarczy; celem jest teraz zautomatyzowanie nas. Procesy te zostały skrupulatnie skonstruowane, by poprzez obejście indywidualnej świadomości zapewnić ignorancję i wyeliminować samostanowienie. Jak wyjaśnił mi jeden z analityków danych: Potrafimy wykreować kontekst wokół określonego zachowania i wymusić zmianę… Uczymy się komponować, a potem pozwalamy, by muzyka zmusiła ich do tańca.

Programowanie zachowań dla zysku lub władzy ma charakter całkowicie autorytarny. Taka praktyka nie ma uzasadnienia demokratycznego i moralnego, ponieważ uzurpuje sobie prawo do podejmowania decyzji i niszczy procesy autonomii jednostki, które są niezbędne z punktu widzenia funkcji społeczeństwa demokratycznego. Przekaz jest prosty: Kiedyś należałem do siebie. Teraz należę do nich.

Co w związku z tym spotka demokrację?

W ciągu ostatnich dwudziestu lat kapitaliści inwigilacji korzystali z pełnej swobody poczynań – nie uprzykrzała im życia poważna ingerencja prawno-regulacyjna. Demokracja spała, a oni zdobywali niebywałą wiedzę i władzę. Te niebezpieczne asymetrie zostały zinstytucjonalizowane w ich monopolach nauki o danych; w podbitej przez nich sferze inteligencji maszynowej (in. „środków produkcji” kapitalizmu inwigilacji); w ich „ekosystemach” dostawców i klientów; na ich lukratywnych rynkach prognozowania. Pomogło w tym sterowanie postępowaniem jednostek i populacji, kontrolowanie naszych kanałów uczestnictwa w życiu społecznym oraz posiadanie ogromnych rezerw kapitałowych. Naszemu wejściu w XXI w. towarzyszy ogromna nierówność w „podziale dowiadywania się”: oni wiedzą o nas więcej niż my o sobie i o nich. Te nowe rodzaje nierówności społecznych są ze swej natury antydemokratyczne.

Taką antyegalitarną, niszczycielską siłę można najlepiej opisać jako kierowany przez rynek zamach stanu – przeprowadzony z góry, mający postać konia trojańskiego technologii cyfrowej. Aneksja ludzkich doświadczeń oznacza osiągnięcie wysokiej koncentracji wiedzy i władzy, która podtrzymuje przywilej wpływu na „podział dowiadywania się” w społeczeństwie. Jest to forma tyranii, która żywi się ludźmi, lecz nie pochodzi od nich. Paradoksalnie zamach ten jest fetowany jako „personalizacja”, chociaż bezcześci, ignoruje, pomija i zastępuje wszystko, co uznajemy za osobiste.

Nasze społeczeństwa wydają się być tym zafascynowane: przypominamy króliki sparaliżowane światłami nadjeżdżającego auta.

Mimo prymatu kapitalizmu inwigilacji w środowisku cyfrowym i jego bezprawnej władzy, by przywłaszczać prywatne doświadczenia i kształtować nasze zachowania, większość ludzi ma trudności z wycofaniem się. Wielu z nas zastanawia się nawet, czy jest to w ogóle możliwe. Nie oznacza to jednak, że jesteśmy głupcami, leniuchami czy pechowcami. Przeciwnie, w mojej książce analizuję wiele powodów, które wyjaśniają, jak i dlaczego kapitalistom inwigilacji uszło na sucho opracowanie i wdrożenie strategii, które nas sparaliżowały. Należą do nich uwarunkowania historyczne, polityczne i ekonomiczne. Inne ważne powody to potrzeba przynależności i identyfikacji z liderami technologii i ich projektami, dynamika perswazji społecznej, a także poczucie nieuchronności, bezradności i rezygnacji.

Jesteśmy więźniami mimowolnego połączenia osobistej konieczności i ekonomicznej eksploatacji, jako że te same kanały, od których zależy nasza codzienna logistyka, interakcje społeczne, praca, edukacja, opieka zdrowotna, dostęp do produktów i usług itd., pełnią obecnie rolę łańcucha dostaw nadwyżek w kapitalizmie inwigilacji. W rezultacie mechanizmy wyboru, które tradycyjnie kojarzymy z przestrzenią prywatną, ulegają erozji lub są osłabiane. Nie sposób wyzwolić się z procesów decydujących o efektywności codziennej egzystencji, które zgodnie z planem omijają indywidualną świadomość i zaszczepiają ignorancję. Zatem nasz udział najlepiej tłumaczy konieczność, zależność, wykluczenie alternatyw i wymuszona ignorancja.

Pytania zadawał John Naughton.

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Tłum. exignorant

Opublikowano Imperializm, militaryzm i [neo]kolonializm, Pułapka technologiczna

Żyjąc w dwóch światach

Esej Dahra Jamaila, dziennikarza śledczego i autora książki pt. End of Ice (Koniec lodu, styczeń 2019) – najważniejszej kroniki szóstego wielkiego wymierania planetarnego i nagłego zaburzenia klimatu.

Przekład dedykuję swojemu świadomemu i mądremu Bratankowi.

Truthout, 20 sierpnia 2019 r.

Każdy z nas, kto ma szczęście mieszkać w tych rejonach świata, gdzie jest bezpiecznie i nie brakuje żywności i wody pitnej, żyje w bańce.

Jeśli uważnie śledzimy eskalację zmian w systemie klimatycznym i biosferze Ziemi, wiemy, że to tylko kwestia czasu, zanim życie nasze lub naszego potomstwa zostanie zakłócone – a nawet zakończone – przez następstwa zaburzenia klimatu.

Coraz więcej ludzi uświadamia sobie, że jest o wiele za późno, by zapobiec planetarnej katastrofie ekologicznej. Jednak dominująca kultura globalnego kapitalizmu uparcie udaje, że mamy czas; że „kryzys” nie jest aż tak poważny; że uratuje nas geoinżynieria lub inny cud ludzkiej technologii.

Niemal każde codzienne doświadczenie zdaje się teraz ilustrować pogłębiającą się przepaść między tymi dwoma światami. Oto kilka ostatnich przykładów:

> Wdałem się w rozmowę z kolegą, który mówił o interesujących go kwestiach poruszonych w trakcie jednej z debat prezydenckich. Nie śledzę ich, ponieważ uważam USA za funkcjonujące państwo autorytarne i poważnie zastanawiam się, czy Donald Trump nie będzie ostatnim prezydentem przed ostateczną dezintegracją tego kraju.

> Przeczytawszy wiadomość o uchodźcach klimatycznych, którzy utonęli w Morzu Śródziemnym podczas desperackiej próby przeprawy do bezpiecznej przystani za granicą, wszedłem do dobrze zaopatrzonego sklepu spożywczego, by zrobić zakupy. Nie opuszczała mnie myśl o tym, że rzeczywistości te są nie do pogodzenia.

> Z dwójką moich przyjaciół wybrałem się do Parku Narodowego North Cascades. Szliśmy w stronę góry – celu naszej wyprawy. Granicę doliny znaczył odsłonięty modry lód i sąsiadujące z nim, ciemnozielone choiny. Naprzeciwko był lodowiec, który przemierzaliśmy wbijając weń nasze raki i czekny. Nic nie rozświetla mi duszy tak jak wspaniałość i potęga gór. Moje głębokie przywiązanie do tego miejsca sprawiło, że jego nietrwałość zabolała mocniej.

Pisząc moją najnowszą książkę pt. Koniec lodu, poznałem Dana Fagre’a, ekologa ze Służby Geologicznej USA (US Geological Survey – USGS). Jako szef programu Benchmark Glacier analizuje m.in. Południowy Lodowiec Kaskadowy, który rozpościera się o dolinę dalej od lokalizacji naszej wspinaczki. Fagre powiedział mi, że do 2030 r. Narodowy Park Lodowcowy przestanie istnieć. To samo spotka w bieżącym stuleciu resztę lodowców w 48 stanach.

Setki metrów lodu, które pokonaliśmy, prawdopodobnie wyparuje przed moją śmiercią. Miłość do tych górskich katedr i smutek związany z ich nieuchronnym losem połączyły się w jedno uczucie. Dlatego chcę je odwiedzać tak często jak mogę.

Tymczasem po świecie Zachodu rozlewa się autorytaryzm, wszędzie rosną dysproporcje majątkowe między posiadaczami groteskowego bogactwa a biednymi, pogarsza się rasizm, seksizm, przemoc, mizoginia, ksenofobia i globalny kryzys uchodźczy.

Mógłbym przytoczyć wiele innych sytuacji wypełnionych egzystencjalnym rozdźwiękiem – pochodnej bycia dziennikarzem, który napisał książkę ostrzegającą ludzi przed konsekwencjami trwającego upadku.

Żartuję w gronie znajomych, że przyszło nam żyć w czasie apokalipsy. Nie używam tego słowa w znaczeniu biblijnym. Nawiązuję do greckiego apokálypsis, czyli odkrycia, ujawnienia, objawienia.

Zasłony oddzielające równoległe rzeczywistości stają się coraz bardziej przezroczyste. Czasem zostają rozdarte. A gdy ludzie nie są zdolni do uznania tych trudnych prawd – lub zwyczajnie nie chcą ich uznać – bywa, że to oni doświadczają rozdarcia.

Jak żyć na co dzień z tą wiedzą – zwyczajnie chodzić do pracy, zabierać dzieci na letni obóz, prać ubrania i przygotowywać posiłki?

Różne czynności pomagają mi w tworzeniu duchowej atmosfery akceptacji. Po latach zmagania się ze złością, rozpaczą, depresją i niepokojem wywołanym światowym „kryzysem”, mój tygodniowy program samoopieki obejmuje codzienne spędzanie czasu poza domem, przynajmniej jednodniową wizytę w górach, medytację, pracę służącą ludziom i Ziemi oraz pielęgnowanie relacji w kręgu zaufanych przyjaciół, z którymi dzielę się swoimi odczuciami na temat tego, co spotyka planetarną społeczność życia.

Pomocne jest także poczucie wdzięczności za każdą pozorną oczywistość: dobre zdrowie fizyczne i psychiczne, dostęp do wody pitnej, pożywienia i powietrza.

Park narodowy Olympic (USA)

Niedawno miałem możliwość przysłużyć się mojemu 16-letniemu siostrzeńcowi, który dołączył do mnie, by odbyć czterodniową wycieczkę z plecakiem do Parku Narodowego Olympic. Zgromadziłem obszerną wiedzę o świecie, w którym dorastają młodsze pokolenia, zatem szansa, by wesprzeć tego chłopca miała dla mnie ogromne znaczenie – była przywilejem i zaszczytem.

On, podobnie jak wielu z nas, martwi się tym, że musi żyć w dwóch światach – „normalności” dominującej kultury i katastrofy ekologicznej/politycznej. Było widać, że ciężar trwania w tym schizofrenicznym stanie go przytłacza; powoduje zagubienie, frustrację, lęk i gniew.

Uczę się, jak zmniejszać dystans między mną a kochanymi przeze mnie ludźmi, którzy starają się nie zgubić w innej rzeczywistości.

W trakcie wędrówki po górskich grzbietach – przy zapierającym dech widoku na oblodzony szczyt Olimpu, przy wtórze szumu rzeki biegnącej w dół doliny i wiatru przedzierającego się przez zalesione zbocza – chłopiec powiedział mi o swoich snach o wielkim kataklizmie, jakie nawiedzają go od wczesnego dzieciństwa. Nie opuszcza go niepokój, który opisał bez ogródek jako „wrażenie zbliżającej się zagłady”.

Mimo że jest świadomy zaburzenia klimatu, poprosił mnie o więcej szczegółów. W ciągu kilku dni zdałem mu relację ze swoich reporterskich podróży, dzięki którym towarzyszyłem ekspertom badającym kondycję Wielkiej Rafy Koralowej, Amazonii i lodowców Alaski. Wspomniałem o pobycie w Utqiagvik (dawne Barrow) na Alasce, gdzie obserwowałem rozpad wiecznej zmarzliny i emisje metanu. Opowiedziałem też o rosnącym poziomie morza w Południowej Florydzie i o niebezpieczeństwie, jakie zagraża gigantycznym Sekwojom. Podkreśliłem, jak wielkim przywilejem było obcowanie z tymi miejscami. Miałem okazję pożegnać się z wieloma z nich, ponieważ niebawem znikną – za naszego życia.

Informacje, które mu przekazałem, były druzgocące. Oswajając się z nimi, oddychał głęboko i spokojnie. Prawda może uspokajać, ponieważ stawia nas na twardym gruncie, rozprasza zasłonę dymną kłamstw i propagandy kultury.

Moją intencją było zapoznanie siostrzeńca z pięknem i majestatem bezcennej Ziemi, podzielenie się międzypokoleniową przyjaźnią i szczerością potwierdzającą to, co od dawna przeczuwał. W chwili, gdy wkraczamy w przyszłość, chciałem dać mu do zrozumienia, że ma we mnie sprzymierzeńca.

Przed odjazdem do domu podziękował mi i powiedział, że chciałby odwiedzić mnie latem przyszłego roku. Przypomniałem mu, że bez względu na to, co przyniosą kolejne miesiące i lata, zawsze może na mnie liczyć.

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Tłum. exignorant

Opublikowano Poza nadzieją