Rekordowe zadłużenie świata w 2017 r. (uzupełnienie: 17.06.2018)

Operacja ratowania gospodarki globalnej trwa już blisko dekadę. Z każdym kolejnym rokiem bodziec fiskalny powinien maleć, ponieważ sytuacja makroekonomiczna rzekomo ulega poprawie. Tymczasem w 2017 r. System Rezerwy Federalnej, Europejski Bank Centralny i Bank Japonii wydrukowały największą porcję waluty od 2008 r. – ponad 2,5 biliona dolarów. Prezesi uspokajają, że wszystko jest w porządku, ale ich poczynania wskazują na stan alarmowy. Nawet Robert Shiller, laureat Nobla w dziedzinie ekonomii, przyznaje, że obecna „cisza przed burzą” nie pozwala mu zasnąć. Analitycy, którzy od 2011 r. zapowiadają „korektę” na giełdzie papierów wartościowych, są „zaskoczeni, zaszokowani i zaniepokojeni” faktem, iż nadal do niej nie doszło. Swoje prognozy nieuniknionego krachu formułowali w oparciu o obowiązujące zasady i przepisy. Bankierzy centralni nieoczekiwanie postanowili je złamać, by podtrzymać iluzję wzrostu. Jednak ich monetarny i społeczny eksperyment podlega prawom fizyki, których zmienić nie zdołają.

Cytat z artykułu Nomi Prins analityczki finansowej i byłej członkini kadry kierowniczej banków Goldman Sachs i Lehman Brothers – z 26 kwietnia 2018.

Moje badanie ujawniło sposób, w jaki banki centralne i potężne instytucje finansowe wspólnie manipulują globalnymi rynkami [od 2008 r.]. Główne banki centralne wystawiły sobie czek in blanco na wskrzeszenie problematycznych banków, zakup obligacji rządowych, hipotecznych i korporacyjnych, a nawet akcji (przypadek Japonii i Szwajcarii). Nie musiały tłumaczyć opinii publicznej, gdzie trafiają te fundusze i w jakim celu. Ich polityka rozpieszczania banków prywatnych i korporacji, prowadzona pod pozorem niesienia pomocy prawdziwej gospodarce, napompowała bańkę spekulacyjną.

Utrzymywanie zerowego oprocentowania i kupowanie obligacji przez banki centralne w USA, Europie i Japonii stanowi skoordynowany wysiłek, który maskuje potencjalną niestabilność finansową największych krajów i banków prywatnych. To z kolei tworzy bańki aktywów, których pęknięcie wywoła jeszcze większy kryzys. Znajdujemy się dzisiaj blisko krawędzi przepaści finansowej. Ryzyko, jakie niesie ze sobą postępowanie banków prywatnych, istnieje nadal, aczkolwiek podmioty te rozrosły się bardziej niż w latach 2007-2008 i operują w przestrzeni znacznie większego zadłużenia.

Podsumowanie wywiadu z Janisem Warufakisem, doktorem ekonomii, który od 27 stycznia do 6 lipca 2015 r. pełnił funkcję ministra finansów Grecji podczas decydującej fazy kryzysu zadłużenia kraju.

Janis Warufakis był jednym z liderów inicjatywy, którą nazywa „ucieczką z więzienia” – podjętej przez grecki naród, nieudanej próby wyrwania się z zabójczego cyklu zadłużenia i oszczędności fiskalnych, który wypatroszył państwo opiekuńcze i wyniszczył społeczeństwo. Ekonomista ostrzega, że choroba Grecji rozprzestrzeniła się wszędzie, tylko znajduje się na różnym poziomie zaawansowania. W kryzysie tym nigdy nie chodziło o poczynania pojedynczego, nieodpowiedzialnego państwa, którego rząd był rozrzutny, zaś obywatele chcieli mieć wszystko za darmo. Po krachu w 2008 r. charakter systemu finansowego strefy euro praktycznie nie dał Grekom wyboru. Podczas negocjacji w 2015 r. resort Warufakisa nie chciał kolejnego „pakietu ratunkowego”, czyli niemożliwej do spłacenia pożyczki – był zatem bardziej odpowiedzialny pod względem fiskalnym niż europejscy mediatorzy i architekci późniejszego porozumienia. Grecka rebelia została zdławiona z powodów politycznych, ponieważ groziła obnażeniem prowadzonej gry pozorów i podkopaniem wiarygodności całego porządku gospodarczego.

Prawdziwe mechanizmy funkcjonowania świata są ukrywane za pośrednictwem fałszywych narracji, rozpowszechnianych w sferze publicznej. Warufakis opisał je w książce Adults in the Room z 2017 r. – potwierdził, że kapitalizm zdechł w 2008 r. i cała zachodnia gospodarka to jeden wielki szwindel, którego skala jest miliony razy większa od wyobrażeń i ambicji Berniego Madoffa, autora niesławnej piramidy. Mamy do czynienia z globalną manipulacją opartą na manewrowaniu zadłużeniem, które przesłania systemowe pęknięcia. Doktor określa obecny twór mianem „bankrucji”, ponieważ ogromne, zbankrutowane lub będące na krawędzi bankructwa instytucje finansowe panują nad resztą społeczeństwa. Ludzie nimi zarządzający doskonale rozumieją, że całe to „przedsięwzięcie” jest oszustwem skazanym na druzgocącą klęskę. Mówią o tym otwarcie podczas spotkań odbywających się za zamkniętymi drzwiami. Po prostu próbują utrzymać domek kart. Dzierżą władzę, choć jednocześnie pozostają bezsilni.

Fragment artykułu Stevena St. Angelo – niezależnego analityka rynków finansowych i metali szlachetnych – z 4 czerwca 2018.

Stany Zjednoczone i światowe gospodarki dławią się ogromnym zadłużeniem. Mimo iż Wall Street i media finansowe głównego nurtu informacyjnego w swoich racjonalizacjach interpretują gwałtowny wzrost długu jako zwyczajny koszt prowadzenia działalności gospodarczej, to kruszejący fundament systemu zwiastuje katastrofę gospodarczą.

Oczywiście może do niej nie dojść w bieżącym czy nawet przyszłym roku, ale sytuacja ulega pogorszeniu w sposób wykładniczy. Tak więc tłum, który kibicuje rosnącym wartościom akcji, obligacji i nieruchomości, będzie usatysfakcjonowany do momentu, gdy silnik gospodarki zostanie zniszczony całkowicie.

Tak, całkowicie. W prezentowanej analizie brakuje jednego drobiazgu – energii. Typowy współczesny ekonomista przygląda się rynkom globalnym niczym dziecko, które czeka, aż wróżka-zębuszka wymieni mu ząb na 20 dolarów. Eksperci nurtu głównego obserwują siły rynkowe, procenty i wartości zapisane na kartce papieru lub wyświetlone na monitorze. Kiedy aktywność gospodarcza zaczyna wygasać, próbują znaleźć przyczynę i przepisać lekarstwo. Zestaw rozwiązań obejmuje drukowanie pieniędzy, zwiększanie zadłużenia, zmianę stóp procentowych lub poziomu opodatkowania.

W podręczniku ekonomisty nie ma wzmianki o tym, co począć z energią. Zakłada się, że będzie dostępna zawsze i wszędzie, a jeżeli pojawią się jakiekolwiek zakłócenia podaży, wówczas z problemem upora się cena. Ze względu na nieobecność zagadnienia energii w programie nauczania studiów ekonomicznych zawód ten jest absolutną farsą.

Niestety nawet bardziej oświeceni uczniowie austriackiej szkoły ekonomii nie rozumieją termodynamiki wartości. Zamiast niej wykłada się tylko wpływ podaży i popytu na cenę. A jest on wyłącznie krótkoterminowy. Głównym czynnikiem decydującym o cenie większości usług, towarów, surowców, metali i energii jest koszt produkcji. Podaż i popyt sprawiają jedynie, że cena oscyluje wokół linii trendu kosztu produkcji.

Według Instytutu Finansów Międzynarodowych (Institute of International Finance – IIF) globalny dług osiągnął w 2017 r. rekordowy poziom 237 bilionów dolarów. W minionym sezonie był on niższy o 21 bilionów dolarów. Porównajmy ten wynik ze wzrostem PKB świata o 3,9 biliona dolarów w 2017 r. (z 75,4 biliona dolarów w 2016 r. do 79,3 biliona dolarów w 2017 r.). Gdy 21 bilionów dolarów nowego zadłużenia globalnego dzielimy przez 3,9 biliona dolarów światowego wzrostu PKB, okazuje się, że na każdego nowego dolara PKB przypada 5,4 dolara nowego zadłużenia. Chociaż wartości na wykresie sugerują, iż rośnie ono coraz szybciej, to w skali roku występują wahania. Na przykład w okresie 2000–2009 było wyższe niż w latach 2010–2017.

Roczne odsetki od 237 bilionów dolarów światowego długu muszą być horrendalne. Nie mam pojęcia, jakie jest średnie oprocentowanie tego zadłużenia, ale nawet jeżeli przyjmiemy powściągliwe 2%, to otrzymamy kwotę 4,7 biliona dolarów. Czy świat mógł sobie pozwolić na zapłacenie 4,7 biliona dolarów odsetek, skoro wzrost globalnego PKB wyniósł w zeszłym roku tylko 4 biliony dolarów? Przedstawiam proste założenia. Jeśli globalne zadłużenie rośnie, to samo dzieje się z kosztem jego obsługi. Kiedy oprocentowanie długu zaczyna konkurować z globalnym wzrostem PKB, pojawia się poważny problem. W najbliższych latach spadek EROI i termodynamika wyczerpywania się ropy naftowej zredukują PKB świata.

Niektórzy analitycy metali szlachetnych są przeświadczeni, że gospodarka Stanów Zjednoczonych znowu zacznie rosnąć: trzeba tylko pozwolić, by skorumpowany (i zbankrutowany) system bankowy upadł, a po bolesnym okresie przejściowym z pewnością nadejdzie ożywienie gospodarcze. Nic podobnego nigdy nie nastąpi. Dlaczego? Wielu komentatorów w mediach alternatywnych i w społeczności metali szlachetnych nie rozumie sytuacji energetycznej. Wzorem ekonomistów popełniają ten sam błąd – analizują rynki i prognozują ich przyszłość nie biorąc pod uwagę energii.

Dekady ekspansji zadłużenia i lewarowania ostatecznie doprowadzą do implozji systemu. Moment ten jest coraz bliżej.

Nawet częściowe załamanie gospodarki świata wywrze natychmiastowy wpływ na klimat. Aerozole przemysłowe blokują faktyczną wartość antropogenicznego ocieplenia Ziemi. Analiza opublikowana 20 maja 2013 przez Journal of Geophysical Research: Atmospheres dowiodła, że wystarczy zaledwie 35-procentowa redukcja globalnych emisji aerozoli – wywołana upadkiem gospodarczym jednego z motorów globalizacji (USA, Europy lub Chin) – aby średnia temperatura planety podniosła się o dodatkowy 1°C. Krytyczny próg ocieplenia zostałby przekroczony w ciągu kilku tygodni.

Wpisy powiązane tematycznie: „Termodynamiczny upadek ropy naftowej, „Studium globalnego upadku systemowego”, „Granice wzrostu: Jak mamy zareagować?”.

Tłumaczenie: exignorant

Reklamy
Opublikowano Gospodarka, finanse, surowce i energia

Najgorszy błąd ludzkości

Fragment artykułu Jareda Diamonda – m.in. antropologa, biologa ewolucyjnego, biogeografa i badacza upadków cywilizacji.

Nauka dokonała dramatycznej korekty naszego gatunkowego autoportretu malowanego próżnością i poczuciem wyższości. Astronomia nauczyła nas, że Ziemia nie jest centrum wszechświata, lecz jednym z miliardów ciał niebieskich. Od biologów dowiedzieliśmy się, że nie jesteśmy osobnym, wyjątkowym tworem Boga, tylko ewoluowaliśmy i ewoluujemy wraz z milionami innych gatunków. Teraz archeologia burzy święte przekonanie o tym, że ostatni milion lat ludzkiej historii jest w istocie długą opowieścią o postępie. Ostatnie odkrycia przekonują, iż wprowadzenie rolnictwa, rzekomo stanowiącego najważniejszy krok ku lepszemu życiu, było pod wieloma względami katastrofą, po której nigdy nie zdołaliśmy się pozbierać. Wraz z rolnictwem nadeszła era nierówności społecznej, nierówności płci, chorób i despotyzmu.

Pogląd progresywistyczny głosił, że nasza egzystencja uległa poprawie 10 000 lat temu, gdy porzuciliśmy zbieractwo i łowiectwo. Do niedawna archeolodzy musieli testować tę hipotezę w sposób pośredni. Ku powszechnemu zdumieniu wyniki nie przyniosły spodziewanego jej potwierdzenia. Oto przykład testu pośredniego: czy łowcy-zbieracze z XX wieku są naprawdę w gorszej sytuacji od rolników? Kilkadziesiąt rozsianych po całym świecie grup ludzi „prymitywnych”, takich jak Buszmeni z Kalahari, wciąż realizuje model życia naszych protoplastów. Okazuje się, że mają dużo wolnego czasu, śpią długo i pracują nieporównanie mniej niż ich sąsiedzi-rolnicy. Na zdobycie pożywienia plemię Buszmenów poświęca tygodniowo 12–19 godzin, z kolei koczownikom Hadza wystarczy maksymalnie 14 godzin. Zapytany, dlaczego nie naśladuje szczepów zajmujących się uprawą, jeden z Buszmenów odparł: Dlaczego mielibyśmy to robić, skoro na świecie jest mnóstwo orzechów mongongo?.

Podczas gdy rolnicy koncentrują się na uprawach bogatych w węglowodany (m.in. ryż i ziemniaki), menu dzisiejszych myśliwych-zbieraczy, na które składają się dzikie rośliny i zwierzęta, zapewnia więcej białka i lepszą równowagę innych substancji odżywczych. Jedno z badań ujawniło, iż Buszmeni spożywają 2 140 kalorii i 93 gramy białka dziennie, czyli dawkę wyższą od zalecanej osobom o podobnej posturze. Jako że Buszmeni konsumują około 75 różnych, dziko rosnących roślin, nie grozi im śmierć głodowa, która dotknęła chociażby setki tysięcy irlandzkich rolników i ich rodzin w latach 40. XIX wieku (Wielki głód ziemniaczany).

Plemię Dessana (autor: D. Lazar).

Codzienność ocalałych, współczesnych łowców-zbieraczy nie jest bynajmniej okropna i brutalna, mimo że rolnicy zepchnęli ich na jedne z najbardziej nieprzystępnych obszarów świata. Jednak byt społeczności zbieracko-łowieckich, które od tysięcy lat mają kontakt ze społeczeństwami rolniczymi, nie mówi nam o warunkach, jakie panowały przed rewolucją rolną. Według perspektywy progresywistycznej odnoszącej się do odległej przeszłości żywot ludzi niecywilizowanych polepszył się, gdy zrezygnowali ze zbieractwa na rzecz rolnictwa. Archeolodzy analizują prehistoryczne wysypiska śmieci i potrafią określić datę tego przejścia oddzielając szczątki dzikiej fauny i flory od pozostałości roślin i zwierząt udomowionych.

Jak można wydedukować stan zdrowia prehistorycznych producentów śmieci i tym samym bezpośrednio zweryfikować trafność poglądu progresywistycznego? Udzielenie odpowiedzi na to pytanie stało się możliwe dopiero w ostatnich latach, częściowo dzięki nowym technikom paleopatologii – nauce, która studiuje ślady chorób znalezione w prochach starożytnych ludów. W okolicznościach sprzyjających paleopatolog ma dzisiaj do dyspozycji równie bogaty materiał do studiowania, co zwykły patolog. Na przykład zmumifikowane ciała znalezione na pustyniach w Chile były tak dobrze zachowane, że ich autopsja ustaliła, w jakiej były kondycji w chwili śmierci. Natomiast odchody dawno zmarłych Indian, którzy mieszkali w suchych jaskiniach w Nevadzie, zbadano na obecność pasożytów.

Zwykle jedynym dostępnym materiałem badawczym są ludzkie szkielety. Pozwalają one na wyciągniecie zadziwiająco wielu wniosków. Przede wszystkim kościec ujawnia płeć, wagę i przybliżony wiek denata/denatki. Gdy szkieletów jest wiele, co nie zdarza się często, zestawia się tabele umieralności, takie jak te, które firmy ubezpieczeniowe wykorzystują do obliczania spodziewanej długości życia i ryzyka śmierci. Paleopatolodzy mogą też obliczyć tempo wzrostu (w oparciu o pomiar kości osób w różnym wieku), dokonać przeglądu uzębienia pod kątem defektów szkliwa (oznaki niedożywienia w dzieciństwie) i rozpoznać blizny pozostawione na kościach przez niedokrwistość, gruźlicę, trąd i inne przypadłości.

Paleopatolodzy odczytali ze szkieletów historyczne różnice we wzroście ludzi. Szkielety myśliwych-zbieraczy z Grecji i Turcji pokazują, że pod koniec epok lodowcowych mężczyźni mierzyli średnio 180 cm, zaś kobiety 170 cm. Po wprowadzeniu rolnictwa doszło do gwałtownego spadku tych wartości – w 3000 roku p.n.e. mężczyźni mieli średnio 160 cm wzrostu, a kobiety 150 cm. Odwrócenie trendu nastąpiło bardzo wolno przed nadejściem czasów klasycznych, ale współcześni Grecy i Turcy nie odzyskali przeciętnego wzrostu swoich odległych przodków.

Kolejnym przykładem paleopatologii stosowanej jest analiza szkieletów indiańskich z kurhanów w dolinach rzek Illinois i Ohio. W pobliżu miejscowości Dickson Mounds archeolodzy wykopali około 800 egzemplarzy, które przedstawiają obraz zmian zdrowotnych, jakie zaszły ok. 1150 roku, kiedy kultura zbieracko-łowiecka ustąpiła miejsca intensywnej kultywacji kukurydzy. Badania George’a Armelagosa i jego kolegów z Uniwersytetu Massachusetts odkryły, że ci wcześni rolnicy zapłacili wysoką cenę za nowy styl życia. W porównaniu ze zbiorowościami poprzedników zajmujących się łowiectwem i zbieractwem w ich szeregach było 50% więcej uszkodzeń szkliwa, czterokrotnie więcej przypadków anemii wskutek deficytu żelaza (świadczy o nim choroba kości o nazwie hiperostoza), trzykrotnej więcej zmian chorobowych kości (były one konsekwencją chorób zakaźnych) i zwyrodnień kręgosłupa (prawdopodobnie spowodowała je ciężka praca fizyczna). W epoce przed-rolniczej ludzie żyli dłużej niż w społecznościach rolniczych. Tak więc stres żywieniowy i choroby zakaźne wywierały poważny wpływ na zdolność przetrwania.

Co najmniej trzy powody wyjaśniają, dlaczego rolnictwo było szkodliwe dla zdrowia. Po pierwsze łowcy-zbieracze mieli urozmaiconą dietę, natomiast wcześni rolnicy żywili się jedną lub kilkoma roślinami skrobiowymi. Tanie kalorie były uzyskiwane kosztem złego odżywiania. (Dzisiaj tylko trzy wysoko-węglowodanowe rośliny – pszenica, ryż i kukurydza – dostarczają większość kalorii konsumowanych przez gatunek ludzki, ale każda z nich wykazuje niedobór niezbędnych do życia witamin lub aminokwasów.) Po drugie rolnikom zagrażał głód, gdyż byli zależni od ograniczonej liczby roślin uprawnych – wystarczyło, że klęska nieurodzaju spustoszyła jedną z nich. Po trzecie rolnictwo skłoniło ludzi do tłoczenia się w jednym miejscu i formowania większych społeczności, które często prowadziły handel z obcymi społecznościami, co sprzyjało rozprzestrzenianiu pasożytów i chorób zakaźnych. Epidemie nie mogły zaistnieć, gdy populacje miały małą liczebność, były rozproszone, mobilne i obozowały tymczasowo. Gruźlica i biegunka musiały czekać na pojawienie się rolnictwa, zaś odra i dżuma na powstanie miast.

Poza niedożywieniem, głodem i epidemiami uprawa roli przyniosła kolejne przekleństwo ludzkości: głębokie podziały klasowe. Myśliwi-zbieracze nie gromadzą pokarmu i nie posiadają żadnych skoncentrowanych jego źródeł (np. sadów i stad krów) – spożywają dzikie rośliny i zwierzęta, które zdobywają każdego dnia. Dlatego nie mogą wyłonić się królowie czy jakakolwiek klasa pasożytów społecznych, która tuczy się żywnością przejętą od innych. Ciesząca się dobrym zdrowiem, bezproduktywna elita mogła postawić siebie ponad dręczonymi przez choroby masami wyłącznie w społeczeństwach rolniczych. Szkielety z greckich grobowców w Mykenach z ok. 1500 roku p.n.e. sugerują, że rodziny królewskie raczyły się bardziej urozmaiconym jadłem niż poddani, ponieważ ich członkowie byli wyżsi o 10 cm i mieli lepsze uzębienie (przeciętnie jeden ubytek lub brakujący ząb zamiast sześciu). Wśród chilijskich mumii z ok. 1000 roku p.n.e. elitę wyróżniały nie tylko ornamenty i złote spinki do włosów, lecz także czterokrotnie mniejsza liczba chorobowych zmian kostnych. Podobne kontrasty w żywieniu i zdrowiu utrzymują się nadal w skali globalnej.

Rolnictwo sprzyjało nierównościom między płciami. Uwolnione od konieczności transportowania swoich dzieci (narzuconej przez bytowanie koczownicze) i pozostające pod presją regularnej prokreacji (podyktowanej potrzebą zapewnienia dodatkowych rąk do pracy w polu), chłopki rodziły częściej od kobiet z plemion zbieracko-łowieckich, co w konsekwencji poważnie osłabiało ich odporność. Na przykład u żeńskich mumii chilijskich częściej niż u męskich występują ślady wskazujące na przebycie choroby zakaźnej.

Kobiety w społeczeństwach rolniczych wykorzystuje się też jako zwierzęta juczne. W Nowej Gwinei często widywałem je, jak zataczają się pod ciężarem warzyw i drewna opałowego, tymczasem mężczyźni chodzą bez balastu. Kiedy byłem tam na wyprawie ornitologicznej, zaoferowałem, że zapłacę kilku miejscowym chłopom za przeniesienie ekwipunku z lądowiska do obozu w górach. Najwięcej ważył 50-kilogramowy worek ryżu, który przywiązałem do słupa i przydzieliłem zespołowi czterech męskich tragarzy. Dopiero gdy do nich dołączyłem, zorientowałem się, że mężczyźni nieśli lekkie ładunki, a filigranowa kobieta taszczyła ryż – była lżejsza od worka, który podtrzymywała przepaską oplatającą jej czoło i skronie.

Zatem rolnictwo stworzyło zamożne elity, a byt zdecydowanej większości ludzi uległ znacznemu pogorszeniu. Zamiast bezkrytycznie akceptować progresywistyczną linię programową, zgodnie z którą wybraliśmy rolnictwo, ponieważ było to dla nas ze wszech miar korzystne, musimy zapytać, jak wpadliśmy w tę pułapkę. Jedną z odpowiedzi jest maksyma „siła w liczbie”. Rolnictwo mogło utrzymać więcej osób, choć było to równoznaczne z obniżeniem jakości życia. (Gęstość zaludnienia łowców-zbieraczy sporadycznie przekracza jedną osobę na 25 kilometrów kwadratowych; u rolników jest 100 razy większa.) Po części dlatego, że pole zasiane rośliną jadalną dostarczy więcej pokarmu niż las, gdzie rośliny jadalne są rozproszone. Poza tym myśliwi-zbieracze muszą wydawać potomstwo w odstępach czteroletnich – uśmiercając noworodki lub stosując różne formy antykoncepcji – ponieważ matka nosi dziecko do chwili, gdy będzie ono wystarczająco samodzielne, by nadążyć za dorosłymi. Kobiety żyjące na roli nie mają takich ograniczeń i mogą zachodzić w ciążę co dwa lata.

Pod koniec epok lodowcowych gęstość zaludnienia myśliwych-zbieraczy powoli rosła. Plemiona stawały przed dylematem: nakarmić dodatkowych współplemieńców plonami eksperymentalnych upraw lub szukać sposobu na ograniczenie swojej liczebności. Niektóre grupy zdecydowały się na pierwsze rozwiązanie, bo nie dostrzegły ciemnych stron rolnictwa i dały się uwieść przelotnej obfitości zbiorów, którą cieszyły się, dopóki popyt nie przerósł zwiększonej podaży pożywienia. Takie społeczności przepędzały lub zabijały łowców-zbieraczy, ponieważ setka niedożywionych rolników poradzi sobie z jednym zdrowym myśliwym. Rozsądne szczepy, które nie porzuciły tradycji, zostały usunięte ze wszystkich obszarów, które chcieli przejąć rolnicy.

Warto w tym miejscu przypomnieć o dyżurnym zarzucie, że archeologia jest luksusem, zajmuje się odległą przeszłością i nie edukuje teraźniejszości. Archeolodzy badający narodziny rolnictwa zrekonstruowali kluczowy etap, w którym popełniliśmy najgorszy błąd w historii naszego gatunku. Zmuszeni do wyboru między ograniczaniem populacji a próbą zwielokrotnienia produkcji żywności, sięgnęliśmy po to drugie i zafundowaliśmy sobie głód, wojnę i tyranię. Styl życia praktykowany przez łowców-zbieraczy był najbardziej udanym i długowiecznym w dziejach Homo sapiens.

Badanie opublikowane 17 marca 2017 w czasopiśmie The Lancet ustaliło, że najzdrowsi ludzie mieszkają obecnie w lasach Boliwii i są członkami plemienia łowców-zbieraczy Tsimane.

Żyzny Półksiężyc: pustynia w Iraku.

Skrót wywiadu z ekolożką.

Rolnictwo jest fundamentem cywilizacji. To organizacja warunków życia, która nie miała przyszłości. Rasa ludzka uzależniła się od niego całkowicie (za wyjątkiem kilkudziesięciu ostatnich plemion myśliwych-zbieraczy).

Rolnictwo w ujęciu zasadniczym: bierzemy połać ziemi, usuwamy wszystko, co na niej żyje (z bakteriami włącznie), a potem uprawiamy z myślą o ludzkim użytkowaniu. Jest to równoznaczne z czystką biotyczną. Miliony organizmów, które powinny tu żyć, nie mają gdzie się podziać. Następuje masowe wymieranie. Zamiast dzielić Ziemię z innymi istotami, których większość wykonuje pracę podtrzymującą planetarne życie, rozmnażamy się bez opamiętania. Dlatego od 10 000 lat nasza populacja powiększa się nieprzerwanie.

Dewastujemy przy tym wierzchnią warstwę gleby, czyli podstawę lądowego życia. Nasze istnienie zawdzięczamy górnym 15 centymetrom gruntu i stabilnemu klimatowi. Około 80% spożywanych przez nas kalorii dostarczają uprawy. Gleba kopalna jest wynikiem procesu przebiegającego wiele stuleci. Jeden sezon kultywacji pszenicy, kukurydzy czy soi zużywa glebę, która powstawała przez 2 000 lat.

Przed swoim oknem mamy skrawek ziemi porośnięty trawą. Chcemy zamienić go w ogródek. Co robimy? Usuwamy murawę. Nie możemy tak po prostu sypnąć nasionami i liczyć na to, że coś się wydarzy. Nasiona roślin udomowionych nie poradzą sobie z trawą, która jest niemal niezniszczalna. Będziemy kopać kilkakrotnie, by się jej pozbyć. Kiedy podłoże zostanie „oczyszczone”, zasiejemy naszą wymarzoną roślinę jednoroczną – sałatę, pomidor itp. W przyszłym sezonie już się nie odrodzi. Tylko rośliny wieloletnie mogą rosnąć przez 2 000/3 000 lat (np. sekwoje).

Obie rodziny roślin są absolutnie niezbędne. Pełnią odmienne funkcje. Korzenie roślin wieloletnich penetrują głęboko, kruszą skały. W ten sposób udostępniają selen, magnez i żelazo reszcie mieszkańców planety. Odpowiadają więc za recyrkulację minerałów – transportują je na powierzchnię. Bez tego procesu nasze życie dobiegłoby końca. Rośliny jednoroczne są płytko ukorzenione, a ich przeznaczeniem jest wydanie dużego owocu z nasionami. 

Długie korzenie roślin wieloletnich uzupełniają zasoby wód gruntowych. Każda odnoga jest ważna. Kiedy przejdą opady, deszczówka nie może wniknąć głęboko w glebę, „podróżuje” więc kanałami systemu korzeni. Kiedy społeczność życia potrzebuje jej latem (w porze suchej), pompują wodę w górę i utrzymują wszystkich przy życiu. Trzecia ważna rola roślin wieloletnich: tworzą osłonę gruntów. Las i preria przykrywają ziemię. Dochodzi tam do rozkładu materii roślinnej. Bez tej ochrony gleba po prostu umiera: słońce ją praży, deszcz zbija, wiatr rozdmuchuje. Ostatecznie zamienia się w pył.

Roślin jednorocznych jest w mnóstwo. Wniosek: przyroda lubi oportunistów. Klęski żywiołowe (pożar, powódź, trzęsienie lub osunięcie ziemi) obnażają glebę. Sytuacja kryzysowa. Baza życia jest zagrożona. Rośliny jednoroczne korzystają z okazji, że katastrofa wytrzebiła ich wieloletnich konkurentów – aktywizują się. Przez rok lub dwa „bandażują” ziemię, po czym ustępują pola lasom i trawom, które zabliźniają powstałe rany.

Odkąd zajmujemy się rolnictwem, stan klęski żywiołowej ma charakter permanentny. Ażeby dać szansę roślinom jednorocznym, musimy wykarczować las, oczyścić ziemię i dokonać zasiewu. Destrukcja lasów i traw na całym świecie zapewnia dominację monokultur. To wojna z żywym światem, który nie chce być monokulturą. Ziemia chroni glebę, życie nie poddaje się. Wszystkie rośliny i zwierzęta pragną odzyskać i zachować swój dom. A my nie pozwalamy im na powrót. Nie składamy broni.

Właśnie tym jest rolnictwo. Nie rozpoznajemy jego prawdziwego oblicza, ponieważ od prawie 10 000 lat egzystujemy w społeczeństwie agrarnym. Pojawiło się ono w rejonie Mezopotamii. Ekspansja monokultur stopniowo objęła Europę, Amerykę Południową i pozostałe obszary Ziemi. Koniec tego „epizodu” nadszedł w latach 50. XX wieku – wyniszczyliśmy górny, próchniczy poziom gleby. Od tamtej pory konsumujemy paliwa kopalne: w uprzemysłowionym świecie w jednej kalorii żywności jest 10 kalorii energii węglowodorowej.

Żywot cywilizacji trwa maksymalnie 2 000 lat. Upadek następuje z chwilą pogorszenia jakości podłoża uprawnego. Spójrzmy na współczesny Irak, czyli kolebkę rolnictwa. U początków cywilizacji był to Żyzny Półksiężyc. Dzisiaj pokrywają go kamienie i piach. Wszystkie rejony świata, gdzie rodziło się rolnictwo, podzieliły ten los.

Ziemia utraciła już 90% lasów i 99% prerii. Obdarliśmy ją ze skóry i spowodowaliśmy wielkie wymieranie gatunków. Z kolei wydobycie kopalin przyniosło osobny horror – zmianę klimatu.

Finał karczowania lasów i osuszania mokradeł jest zawsze taki sam: śmierć.

Wpisy powiązane tematycznie: „Łowcy-zbieracze i mitologia rynku”Badanie: Człowiek cywilizowany zgładził 83% dzikich ssaków i 50% roślin Ziemi”, „Nowa era niedoborów żywności – echo upadłych cywilizacji”.

Opracował: exignorant

Opublikowano Upadek cywilizacji, Wymieranie gatunków

Badanie: Człowiek cywilizowany zgładził 83% dzikich ssaków i 50% roślin Ziemi

Wpis na podstawie artykułu z 21 maja 2018.

Przełomowy pomiar ciężaru ziemskiego życia ujawnił, że gatunkiem wywierającym największy wpływ na biosferę jest Homo sapiens. Miarą tej „supremacji” jest eksterminacja przyrody. Chociaż licząca 7,6 miliarda osobników ludzkość stanowi zaledwie 0,01% wszystkich żywych organizmów, to od zarania cywilizacji zdołała zgładzić 83% dzikich ssaków i 50% roślin.

Badanie zamieszczone 21 maja 2018 w Proceedings of the National Academy of Sciences po raz pierwszy oszacowało wagę każdej z klas żywych istot i obaliło niektóre od dawna przyjęte założenia. Bakterie rzeczywiście są wszechobecne – ich udział w mozaice życia to 13% – ale dominują rośliny, które tworzą 82% całej materii organicznej. Wszystkie inne gatunki, od owadów po grzyby, ryby i zwierzęta, składają się na 5% biomasy Ziemi. Kolejną niespodzianką jest to, że stworzenia oceaniczne to zaledwie 1% planetarnej rodziny. Zdecydowana większość mieszkańców „błękitnej kropki” występuje na lądzie, choć jej ósmą część stanowią bakterie znajdujące się pod powierzchnią.

Nowa analiza ustaliła również, że zbiorowość ptaków składa się w 70% z drobiu hodowlanego. W przypadku ssaków obraz jest jeszcze bardziej ponury – 60% to zwierzęta gospodarskie, głównie bydło i świnie, 36% to ludzie, a tylko 4% to dzikie zwierzęta. „Oszałamiający wynik”, powiedział prof. Ron Milo z Instytutu Naukowego Weizmanna w Izraelu (The Weizmann Institute of Science), główny autor pracy badawczej. „W filmach przyrodniczych widzimy ogromne stada różnorodnych ptaków, a my stwierdziliśmy, że tych udomowionych jest nieporównanie więcej”.

Spowodowana działalnością rolniczą, wycinką drzew i „zagospodarowaniem” destrukcja naturalnych siedlisk jest przyczyną trwającego już szóstego wielkiego wymierania planetarnego. Połowa ziemskich zwierząt została wytrzebiona w ciągu ostatnich 50 lat. Pełny zakres niewyobrażalnego zaniku ziemskiego życia naukowcy określili poprzez porównanie nowych szacunków z sytuacją, jaka panowała przed nadejściem rolnictwa, a później rewolucji przemysłowej. Przetrwała jedna szósta dzikich ssaków – np. trzy wieki wielorybnictwa pozostawiły w oceanach tylko jedną piątą ssaków morskich.

Wpisy powiązane tematycznie: „Badania: Trwa szóste planetarne wymieranie wywołane przez człowieka cywilizowanego”, „Bateria chemicznej energii Ziemi jest na wyczerpaniu”, „Badanie: Wymarcie gatunków morskich przed rokiem 2048”, „Raport o stanie planety: Od 1970 roku skonsumowaliśmy połowę ziemskiej różnorodności życia”, „Autor ‚śladu ekologicznego’: Człowiek zepchnął dziką przyrodę i siebie na krawędź istnienia”.

Opracował: exignorant

Opublikowano Wymieranie gatunków

Wojna to przekręt

Fragment przemówienia wygłoszonego w 1933 roku przez Smedley’a Butlera, generała dywizji Korpusu Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych, którego odznaczono m.in. dwoma Medalami Honoru.

Wojna to przekręt.

Była nim zawsze. Według mnie najlepiej opisuje go następująca definicja: nie jest on tym, czym wydaje się być dla większości ludzi. Jedynie nieliczna grupa wtajemniczonych wie, o co w nim chodzi. Wojnę prowadzi się po to, by przyniosła korzyść garstce osób kosztem niezliczonej rzeszy ludzi.

W Stanach Zjednoczonych I wojna światowa stworzyła 21 000 nowych milionerów i miliarderów. Tylu ujawniło swoje ogromne, krwawe dochody w zeznaniach podatkowych. Nikt nie zna liczby wojennych biznesmenów, którzy przekazali fałszywe dane.

Ilu z tych multimilionerów zarzuciło na ramię karabin? Ilu z nich wykopało okopy? Ilu z nich dowiedziało się, co to znaczy znosić głód w zaszczurzonej ziemiance? Ilu z nich w bezsenne, przerażające noce ukrywało się przed pociskami artyleryjskimi, odłamkami i kulami z karabinów maszynowych? Ilu z nich odparowało cios bagnetem zadany przez nieprzyjaciela? Ilu z nich odniosło rany lub zginęło w bitwie?

Zwycięskim narodom wojna pozwala przejąć dodatkowe terytoria. Nowo zdobyte obszary są szybko eksploatowane przez nielicznych – tych samych, którzy z krwawego konfliktu wycisnęli dolary. Rachunek zapłaci opinia publiczna. Straszliwe jest to rozliczenie. Świeże nagrobki. Okaleczone ciała. Roztrzaskane umysły. Złamane serca i rozbite domy. Niestabilność gospodarcza. Depresja i wszystkie towarzyszące jej nieszczęścia. Miażdżące opodatkowanie wielu pokoleń.

Popieram dostateczną obronę wybrzeża i nic więcej. Jeśli jakiś naród przybędzie tu, aby walczyć, wówczas stawimy mu zbrojny opór. Kłopot z Ameryką polega na tym, że kiedy dolar przynosi lokalnie 6% zysku, kraj zaczyna się wiercić i emigruje za morze, gdzie osiąga 100% zysku. Za dolarem podąża flaga, a za flagą żołnierze.

Nie poszedłbym znowu na wojnę, aby zabezpieczać parszywe inwestycje bankierów. Powinniśmy walczyć jedynie w obronie naszych domów i praw obywatelskich. Wojna wszczęta z każdego innego powodu jest przekrętem. Militarny gang sięga po każdy dostępny, mafijny chwyt. „Wskazywacze” mianują naszych wrogów, „mięśniacy” ich niszczą, „mózgowcy” opracowują plan wojny, a „Wielkim Szefem” jest hipernacjonalistyczny kapitalizm.

Być może komuś wyda się dziwne, że jako oficer używam takiego porównania. Zmusza mnie do tego prawdomówność. Spędziłem 34 lata i 4 miesiące w czynnej służbie najbardziej sprawnych sił wojskowych naszego kraju – Korpusie Piechoty Morskiej. Przeszedłem wszystkie szczeble kariery od podporucznika do generała. W tym okresie najczęściej pełniłem funkcję wysokiej klasy „mięśniaka” Wielkiego Biznesu, Wall Street i bankierów. Krótko mówiąc, byłem gangsterem na usługach kapitalizmu.

Już wtedy podejrzewałem, że uczestniczę w szwindlu. Teraz jestem tego pewien. Podobnie jak wszyscy przedstawiciele żołnierskiego fachu, zdolność samodzielnego myślenia odzyskałem dopiero po zakończeniu służby. Podporządkowując się rozkazom przełożonych, zawieszałem swoje zdolności umysłowe.

Pomagałem uczynić Meksyk, a szczególnie roponośny obszar Tampico, bezpiecznym dla amerykańskich spółek naftowych w 1914 roku. Pomagałem uczynić Haiti i Kubę przestrzenią na tyle znośną, aby chłopaki z National City Bank mogli spokojnie czerpać dochody. Pomagałem Wall Street w grabieniu pół tuzina republik Ameryki Środkowej.

Lista tego zbrodniczego procederu jest długa. Pomagałem „oczyścić” Nikaraguę dla międzynarodowego domu bankierskiego Brown Brothers w latach 1909–1912. Zapaliłem światło w Republice Dominikany dla amerykańskiego biznesu cukrowniczego. Pomagałem zapewnić „przychylność” Hondurasu wobec amerykańskich kompanii bananowych w 1903 roku. W Chinach pilnowałem, by nikt nie przeszkadzał Standard Oil.

Patrząc wstecz, czuję, że mógłbym udzielić Alowi Capone paru wskazówek. U szczytu swojej kryminalnej kariery kontrolował interesy w trzech okręgach, ja działałem na trzech kontynentach.

Wpisy powiązane tematycznie:„Globalizacja kontra życie”, „Chronologia zabójstwa Kaddafiego”, „Anatomia neokolonialnego zamachu stanu”, „Weteran korporacyjnych wojen imperium: Pożegnanie”, „Nieznana statystyka ofiar bez wartości”, „Toczyliśmy wojnę przeciwko sobie”.

Opublikowano Imperialne wojny, militaryzm i terror państwowy

Spalone drzewa, zatuszowane emisje

Skrót artykułu Justina Catanoso z 2 maja 2018.

Międzyrządowy Zespół ds. Zmiany Klimatu ONZ (IPCC) uznaje pelety drzewne (granulat, biomasa) za neutralną pod względem emisji gazów cieplarnianych alternatywę paliwową dla węgla kopalnego. W konsekwencji liczne elektrownie w Europie zasilane są drewnem. Badanie opublikowane 21 lutego 2018 w Environmental Research Letters ustaliło, że ta praktyka pozyskiwania energii, promowana przez rządy jako odnawialna i zrównoważona, w rzeczywistości emituje więcej CO2 niż eksploatacja węgla. Spalanie drewna jest po prostu mniej wydajne energetycznie – ażeby wytworzyć taką samą ilość kilowatogodzin, trzeba zużyć mnóstwo surowca i uwolnić większą ilość dwutlenku węgla. Co więcej, luka w wytycznych rachunkowości węglowej IPCC pozwala Unii Europejskiej, Wielkiej Brytanii i Stanom Zjednoczonym na zaniżanie emisji CO2 ze spalania biomasy.

Autorka analizy Mary Booth odkryła, że wbrew oficjalnym zapewnieniom przemysłu granulat nie jest produkowany z drewna odpadowego (np. konarów), tylko z całych drzew. Mimo to podstawą swojego dochodzenia uczyniła fałszywe założenie, iż głównym źródłem paliwa są odpady. Okazało się, że „na przestrzeni dekad nawet 95% dwutlenku węgla emitowanego (przez elektrownie wykorzystujące biomasę) stanowi dodatek netto do całkowitych koncentracji atmosferycznych tego gazu”. Wynik potwierdza, że decyzje IPCC dotyczące rachunkowości węglowej zostały upolitycznione – tworzący je negocjatorzy rozmyślnie pozostawili otwartą furtkę, która pozwala rządom tworzyć pozory redukowania emisji.

Granulat drzewny.

Karolina Północna słynie z obfitości sosen – długoigielnej, białej i taeda. Stan jest wiodącym amerykańskim eksporterem biomasy pochodzącej przede wszystkim z plantacji tych roślin. Statki towarowe wypełnione 45 000 ton peletów drzewnych regularnie wypływają do Wielkiej Brytanii i UE. Ładunki kończą w piecach zakładów wytwarzających energię. Biomasa z Ameryki jest liczona jako emisje dwutlenku węgla wyprodukowane przez USA: modele IPCC zakładają, iż ta materia organiczna ostatecznie obumarłaby, zgniła, uległa rozkładowi i uwolniła przechowywany w niej węgiel. W celu uniknięcia tzw. „podwójnego liczenia” nie uwzględnia się CO2 trafiającego do europejskiej atmosfery podczas spalania granulatu, ponieważ zgodnie z innym założeniem w Karolinie Północnej szybko sadzi się nowe drzewa, które teoretycznie i bezzwłocznie wchłaniają dwutlenek węgla wyemitowany po drugiej stronie Atlantyku. „To kłamstwo! Nie owijajmy w bawełnę – IPCC pozwala na kreatywne rozliczanie emisji ze spalania biomasy, co potencjalnie czyni nas ofiarami myślenia magicznego, ponieważ zgadzamy się kolektywnie, że CO2 z drzew w Karolinie Północnej nie wlewa się do atmosfery w krótkim terminie i nie potęguje zmiany klimatu”, mówi Booth.

Nowo posadzone drzewa potrzebują dekad na absorpcję dwutlenku węgla, który został wprowadzony do atmosfery podczas kilkudniowego spalania biomasy drzewnej. „Założenie o neutralności węglowej w pewnym momencie stanie się faktem”, wyjaśnia Rich Birdsey, który przez 40 lat pracował w Służbie Leśnej USA, a obecnie jest starszym naukowcem w Centrum Badań Woodsa Hole’a w Massachusetts, gdzie analizuje relację biomasa-energia. „Mówimy o dalekiej przyszłości – kiedy w ciągu setek lat dojrzeją hektary nowych drzew. Niestety idea neutralności zdołała uzyskać powszechną akceptację, zanim ludzie zrozumieli, że obliczanie emisji jest zagadnieniem bardziej skomplikowanym, niż przypuszczano. Pomysł pojawił się 20 lat temu i nikt nie chce z niego zrezygnować – zwłaszcza państwa i branże, które robią dobry interes na produkcji drewna i energii”.

Dlaczego IPCC najwyraźniej akceptuje niewłaściwe rozliczanie emisji? Bo jego naukowcy są technokratami”, tłumaczy prof. Doreen Stabinsky. „Ten organ nie jest neutralny. Na ekspertów IPCC ma wpływ polityka. Na ich spotkaniach często mówi się o niej wprost”. Stabinsky przytacza wiedzę, którą uzyskała z pierwszej ręki – jako naukowiec Koledżu Atlantyckiego (College of the Atlantic) studiuje związek między strategiami ochrony środowiska a polityką. Przedstawiciele branży bioenergetycznej, tłumaczy badaczka, są członkami IPCC i pomagają formułować wytyczne ONZ odnośnie bilansu gazów cieplarnianych. Poza tym kraje dysponujące dużymi obszarami lasów – chociażby USA i Brazylia – agresywnie lobbują, aby zapewnić sobie korzystne warunki liczenia leśnych emisji węgla, w tym ze spalania biomasy.

Prawdą jest, że przestawiając się na drewno Wielka Brytania i UE zmniejszają emisje z konsumowania paliw kopalnych. Nie zmniejszają jednak swoich całkowitych emisji gazów cieplarnianych. Kraje obliczają swoje emisje tak, jakby były neutralne pod względem węglowym”, dodaje Birdsey. W nadchodzących latach przewidywana jest ekspansja bioenergii o 1000%. Spalanie drewna wzrośnie o 9 miliardów ton rocznie. Booth ostrzega, że cele paryskiego porozumienia klimatycznego są nieosiągalne. „Przechwytywanie i magazynowanie węgla jest fantazją”, przyznaje. Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Unia Europejska, a także Chiny i Indie mogą bawić się w iluzjonistów – ich emisje mogą „znikać” w magicznym worku kalkulacji IPCC. Ale przyrody oszukać się nie da.

W swoim raporcie z 10 listopada 2017 Global Carbon Project podał, że cywilizacyjne emisje dwutlenku węgla wzrosły w 2017 o 2%. Tym samym ustanowiony został nowy rekord. Świat miał nadzieję, że ilość CO2 uwalnianego przez przemysł węglowy, naftowy i gazowy już nigdy nie wzrośnie. W komentarzu organizacja stwierdziła, że dla ludzkości oznacza to „gigantyczny krok wstecz”.

Naukowcy z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego potwierdzili 2 maja 2018, że średnie miesięczne koncentracje dwutlenku węgla przekroczyły w kwietniu 2018 wartość 410 ppm. Stało się to po raz pierwszy w historii naszego gatunku. W dniu 23 kwietnia 2018 średni godzinny poziom atmosferycznego CO2 zarejestrowany w laboratorium Mauna Loa na Hawajach wyniósł 413.37 ppm. Pięć dni wcześniej we wschodniej Syberii – gdzie wybuchły pożary – odnotowano stężenie dwutlenku węgla na poziomie 973 ppm.

Wkraczamy w okres, w którym atmosfera zaczyna przypominać stan, jaki panował 15-17 milionów lat temu podczas optimum klimatycznego pierwszej połowy miocenu, kiedy to po raz ostatni stężenia CO2 przekroczyły próg 405 ppm. Ówczesne warunki planetarne radykalnie odbiegały od obecnych. Stężenia atmosferycznego dwutlenku węgla ulegały skrajnym wahaniom od 300 do 500 ppm. Temperatury przekraczały wartości odnotowane w XIX w. o 3-5 stopni Celsjusza. Poziom morza był wyższy o 36-58 metrów. Należy pamiętać, że aktualne koncentracje atmosferycznego metanu wynoszą >2 000 ppb (części na miliard). Skoro w perspektywie krótkoterminowej gaz ten ma co najmniej 100 razy większy potencjał ocieplenia niż dwutlenek węgla, to generuje on ciepło równe >200 ppm CO2. Zatem atmosferyczny ekwiwalent koncentracji dwutlenku węgla przekroczył już 600 ppm.

Klimatolodzy z NASA obliczyli, że maksymalnym, pozwalającym przetrwać rasie ludzkiej pułapem koncentracji CO2 jest przedział od 300 do 350 ppm.

Wpisy powiązane tematycznie: „Krótka historia bezpiecznego limitu”, „Brudne sekrety ‚czystej energii’”.

Opracowanie: exignorant

Opublikowano Klimat

Nagła zmiana klimatu w wysokiej Arktyce

Badanie zamieszczone 1 maja 2018 w Scientific Reports odkryło dramatyczne przeobrażenia w ekosystemie odległego archipelagu na Oceanie Arktycznym. Są one skutkiem przybierającej na intensywności zmiany klimatu. Ustalenia pokrywają się z wynikami innych analiz. Polarna strefa Arktyki, która ociepla się szybciej niż jakiekolwiek inne terytorium na Ziemi, doświadcza błyskawicznej transformacji systemów biologicznych. Procesu nie można już zatrzymać.

Wschodni Svalbard jest niezamieszkaną, trudno dostępną częścią archipelagu Svalbard na Oceanie Arktycznym. Naukowcy sporadycznie odwiedzają ten region, by wydobyć zapisy geologiczne i prowadzić obserwacje bezpośrednie. Dr Lineke Woelders (Instytut Badań nad Arktyką i Alpami INSTAAR Uniwersytetu Kolorado w Boulder), Keechy Akkerman i Wim Hoek (oboje z Uniwersytetu w Utrechcie) oraz Thomas van Hoof (TNO) w sierpniu 2015 wzięli udział w holenderskiej ekspedycji naukowo-badawczej (SEES.NL) do Svalbardu.

Zespół pobrał próbkę z osadów jeziora położonego we wschodniej części archipelagu. Zaletą posiadania rdzenia osadu jeziornego z krainy tak bardzo oddalonej od skupisk ludności jest to, że może on ujawnić zachodzące zmiany ekologiczne, których nie przesłaniają sygnały pobliskiej działalności człowieka. Osady odkładają się rokrocznie na dnie jezior – zawierają ziarna pyłku, glony i szczątki mikroskopijnych stworzeń żyjących w wodzie. Analizując warstwy pozostawione w kolejnych sezonach, naukowcy mogą zapoznać się z wieloma liniami dowodów, które pomagają w rekonstruowaniu ekologii jeziora i jego otoczenia.

Archipelag Svalbardu.

Gromadzenie się osadów w jeziorach arktycznych bywa powolne i osiąga zaledwie kilkanaście centymetrów na przestrzeni 200 lat. Autorzy pracy badawczej mieli szczęście: uzyskali próbkę długości 45 centymetrów, która była zapisem 125 lat (od 1890 do 2015). Jakość materiału pozwoliła im na dokładne określenie dat i poznanie szczegółowego obrazu zmian, jakie zaszły w ostatnim czasie. W laboratorium przyjrzeli się warstwom rdzenia: ziarna pyłku świadczą o rodzajach roślinności, zielone glony odzwierciedlają wydajność lub tempo wytwarzania nowej biomasy, zaś skorupy okrzemek, jednokomórkowych glonów, które są najbardziej rozpowszechnioną formą fitoplanktonu, rejestrują informacje o jakości wody.

Podczas gdy Lineke Woelders rekonstruowała ślady ekologii pozostawione w rdzeniu, Jan Lenaerts zbierał dane o okolicznym klimacie i lodzie morskim. W pierwszej kolejności odtworzył temperaturę na podstawie rejestrów sięgających 1960 roku, udostępnionych przez regionalne stacje metrologiczne. Pozyskał też zestaw zdjęć satelitarnych, które od lat 80. XX wieku przedstawiają zasięg pokrywy lodowej pobliskiego morza – wywiera ona wpływ na lokalny klimat.

Rdzeń pokazał nagłą, szokującą zmianę w ekosystemie jeziora. „Od 1890 do 1980 roku liczba glonów na gram była niewielka”, mówi Woelders. „Od początku lat 90. nastąpiła ich szalona wręcz ekspansja i zobaczyliśmy, że było ich sto razy więcej niż sto lat wcześniej”. Nowe algi nie pojawiły się z powodu większej ilości składników odżywczych w systemie. W latach 1950-2000 grupy okrzemek najbardziej rozpowszechnione w jeziorze uległy zasadniczym przemianom, lecz nie wskazywały one na różnice w koncentracjach azotu, ani innych składników odżywczych obecnych w wodzie.

Po 1960 roku doszło do oszałamiającego wzrostu liczby dni z temperaturą powyżej zera. W każdym kolejnym dziesięcioleciu było ich o 11 więcej. Ponadto okres, w którym obszar w pobliżu jeziora jest wolny od lodu morskiego, wydłużył się z około trzech miesięcy rocznie pod koniec lat 80. do sześciu miesięcy w latach 2010-2014. Skoki temperatur są najbardziej prawdopodobną przyczyną zmian w ekosystemie. „Wyniki są zgodne z odkryciami innych badań Arktyki”, zauważa Woelders.

Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś podobnego. Nie spotkałam się z tak wyraźnym sygnałem. Początkowo myśleliśmy, że niewłaściwie obeszliśmy się z próbkami”, wspomina Woelders. „Kiedy zaczynasz uświadamiać sobie, co widzisz i jak szybko wszystko się zmienia, czujesz pokorę. Tak wygląda zmiana klimatu w Arktyce”.

W samej Arktyce aktywnych jest 29 samonapędzających się, dodatnich sprzężeń zwrotnych klimatu.

Wpis powiązany tematycznie: „Arktyka: Lato w zimie”.

Tłumaczenie: exignorant

Opublikowano Klimat

Rekordowe globalne wydatki na zbrojenia w 2017 r.

Skrót artykułu Nilesa Niemutha z 4 maja 2018.

Sztokholmski Międzynarodowy Instytut Badań nad Pokojem (SIPRI) podał, że globalne wydatki na zbrojenia osiągnęły w 2017 r. rekordową wartość 1,7 biliona dolarów. To najwyższy ich poziom od czasu zimnej wojny.

Raport opublikowany 4 maja 2018 r. daje wyobrażenie o ilości zasobów trwonionych na destrukcyjne cele. Według danych SIPRI 13% z rocznych światowych wydatków militarnych położyłoby kres ubóstwu i głodowi ludzkości; 4% procent zagwarantowałoby bezpieczeństwo żywnościowe; 5% zaspokoiłoby potrzeby zdrowotne; 12% zapewniłoby powszechny dostęp do edukacji; 3% zaopatrzyłoby w czystą wodę i zabezpieczyło odpowiednie warunki sanitarne.

Stany Zjednoczone panują niepodzielnie jako lider klasyfikacji – zasilają swoją monstrualną machinę wojenną ponad 610 miliardami dolarów. Na utrzymanie militarnego prymatu mocarstwo przeznaczyło więcej środków niż siedem kolejnych krajów razem. Podpisany przez prezydenta Donalda Trumpa budżet „obronny” na 2018 r. podniesie tę kwotę do 700 miliardów dolarów.

Od 25 lat USA prowadzą nieustającą wojnę. Zapoczątkował ją najazd na Irak w 1991 r. Reszta dekady upłynęła pod znakiem interwencji i uderzeń na Haiti, Sudan, Afganistan i Irak, a także kampanii lotniczej przeciw Jugosławii. W 2000 r. administracja George’a W. Busha ogłosiła globalną „wojnę z terroryzmem” i zainaugurowała ją w 2001 r. inwazją na Afganistan. Po agresji na Irak w 2003 r. zapadła decyzja o rozszerzeniu afgańskich działań wojennych o terytoria Pakistanu, gdzie od 2004 r. trwają naloty przy użyciu dronów. W 2011 r. CIA wszczęła wojnę w Syrii, natomiast armia USA wspomogła krwawą „zmianę reżimu” w Libii i od kilku sezonów wzmaga swoją agresję na terenie Iraku.

Wojna w Syrii, która rozpoczęła się jako operacja „zmiany reżimu”, czyli obalenia sprzymierzonego z Iranem i Rosją gabinetu Baszara al-Asada przez dżihadystów uzbrojonych i finansowanych przez Waszyngton, przekształciła się w konfrontację sił amerykańskich z siłami irańskimi i rosyjskimi: sekretarz stanu Mike Pompeo chwalił się ostatnio, że wojska amerykańskie zabiły dziesiątki Rosjan, zaś Izraelczycy dokonują regularnych nalotów na cele irańskie w Syrii. Trzy tygodnie temu Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Francja przeprowadziły nielegalny atak rakietowy na syryjskie obiekty rządowe.

Po rozpadzie ZSRR w 1991 r. apologeci kapitalizmu ogłosili „koniec historii” – ostateczny triumf ich ideologii i początek nowej ery liberalnej demokracji, pokoju i dobrobytu. W ciągu ostatniego ćwierćwiecza kapitalizm stworzył koszmarny świat gorączkowych zbrojeń i pożogi, w którym na miliony uchodźców czekają zmilitaryzowane granice i rasistowskie prześladowania; w którym nastąpił gwałtowny wzrost nierówności społecznej połączony z brutalnymi „oszczędnościami fiskalnymi”; w którym rośnie popularność skrajnie prawicowych i faszystowskich partii, a rządy zwracają się w stronę autorytaryzmu.

Teraz konflikty regionalne przeobrażają się w trzecią wojnę światową, która dokona nowego podziału planety. Każda z potęg dozbraja się – międzynarodowe nakłady na armię skoczyły o blisko 10% od czasu krachu finansowego w 2008 r. Największa zwyżka odnotowana w Europie Środkowej (20%) i Europie Wschodniej (33%) świadczy o przygotowaniach USA i NATO do konfrontacji z Rosją. Ponad połowę globalnych wpłat na konta korporacji zbrojeniowych pokrywają podatnicy 29 państw członkowskich NATO.

Pod rządami Baracka Obamy i Donalda Trumpa Stany Zjednoczone wywierają presję na swoich europejskich sojuszników, by przeznaczali większą część swojego budżetu państwowego na maszyny do zabijania i armię. Nowy rząd koalicyjny w Niemczech zobowiązał się niemal dwukrotnie zwiększyć wydatki na cele militarne do 2024 r., podczas gdy francuski prezydent Emmanuel Macron planuje przeznaczyć 35% więcej funduszy na wojsko i dąży do przywrócenia służby obowiązkowej. We wszystkich tych krajach wraz z eskalacją zbrojeń trwa bezwzględny atak na programy socjalne i standardy życia obywateli.

Mimo nieustającej propagandy Waszyngtonu, która głosi, że Rosja jest wojskowym gigantem zagrażającym swoim sąsiadom, kraj ten odnotował od 2016 r. jedną z największych rocznych redukcji wydatkowania militarnego (20%). W 2017 r. Kreml przeznaczył na armię 66,3 miliarda – niewiele ponad jedną dziesiątą budżetu Pentagonu.

Tymczasem Arabia Saudyjska, kluczowy wspólnik Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie, zajęła trzecie miejsce z sumą 69,4 miliarda dolarów. Naftowy potentat przeznacza 10% swojego PKB na uzbrojenie – jest to drugi najwyższy odsetek na świecie. Znaczną część arsenału dostarczonego przez amerykańskich produentów broni Dom Saudów wykorzystuje do masakrowania cywilów w Jemenie, co stanowi zaledwie preludium do wojny przeciwko Iranowi – głównemu regionalnemu antagoniście.

Azja i Oceania intensyfikują zbrojenia przez 29 rok z rzędu. Od chwili, gdy Barack Obama i Hilary Clinton ogłosili „zwrot ku Azji” (ang. Pivot to Asia), region jest świadkiem galopującej militaryzacji. Ten kontynuowany przez Donalda Trumpa wyścig zbrojeń przyspieszą Indie pod rządami Narendry Modiego, który inicjuje plany rozbudowy i modernizacji sił zbrojnych w ramach przygotowań do potencjalnej batalii z Chinami i Pakistanem.

USA sposobią się nie tylko do bezpośredniego starcia z Rosją, lecz także do militarnego konfliktu z Chinami. Departament Obrony zwiększa liczebność i siłę rażenia jednostek marynarki wojennej na Pacyfiku, rozmieszcza systemy obrony antyrakietowej i inne instalacje wojskowe, aby okrążyć swojego „rywala numer jeden”, który w odpowiedzi na prowokacje wzmacnia własny potencjał obronny.

Japonia jest na dobrej drodze, by porzucić wszelkie pozory pacyfizmu poprzez postępującą remilitaryzację.

Pentagon nawiązał bliską relację z technologicznymi gigantami powołując Eksperymentalną Jednostkę Innowacyjnej Obronności (Defense Innovation Unit Experimental – DIUx) z siedzibą w Dolinie Krzemowej. Amazon podpisał umowy zarówno z CIA, jak i Pentagonem. Google współpracuje z Departamentem Obrony nad rozszerzeniem programu morderstw popełnianych przy użyciu dronów.

Bezprecedensowym w dziejach wydatkom militarnym towarzyszy coraz większa koncentracja bogactwa w rękach miliarderów, integracja kontrolowanych przez nich korporacji z aparatem państwowym, erozja świadczeń socjalnych oraz praw demokratycznych zwykłych obywateli, w tym cenzura treści antykapitalistycznych i antywojennych w Internecie.

Tylko międzynarodowy ruch złożony z przedstawicieli klasy pracującej i młodzieży może powstrzymać trzecią imperialistyczną wojnę światową.

 Całkowity oficjalny budżet aparatu bezpieczeństwa narodowego Stanów Zjednoczonych na rok 2019 wyniesie 1,2 biliona dolarów.

Wpis powiązany tematycznie: „Wojna koncernów zbrojeniowych przeciwko dzieciom”

Tłumaczenie: exignorant

Opublikowano Imperialne wojny, militaryzm i terror państwowy