Konfrontując się z rzeczywistością (aktualizacja: 11.04.2016)

W kolejnym odcinku programu „Dni rewolty” gościem dziennikarza Chrisa Hedgesa jest aktywista klimatyczny Tim DeChristopher. Rozmówcy dyskutują o zabójczej niezdolności uprzemysłowionego świata do reakcji na skutki zmiany klimatu, powodowanych przez nią społecznych napięciach i niesprawiedliwościach, naszej etycznej odpowiedzi na rozgrywający się dramat.

Nagła zmiana klimatu

Fragmenty artykułu magazynu Forbes z 9 lutego 2004 na temat sporządzonego na zlecenie Departamentu Obrony USA raportu pt. „Scenariusz nagłej zmiany klimatu i jej konsekwencji dla bezpieczeństwa narodowego Stanów Zjednoczonych”:

Pozornie odległe niebezpieczeństwo klimatyczne może uderzyć w nas szybciej i mocniej, niż to sobie wyobrażaliśmy. Perspektywa stała się tak realna, że zmagają się z nią strategiczni planiści Pentagonu. Zagrożenie, które przykuło ich uwagę jest następujące: globalne ocieplenie zamiast powodując stopniową, obejmującą stulecia zmianę, może wyprowadzić klimat poza punkt krytyczny. Coraz więcej dowodów sugeruje, iż system ocean-atmosfera, który kontroluje światowy klimat, może raptownie przejść z jednego stanu w inny w czasie krótszym niż dziesięć lat. Badacze nie wiedzą, jak blisko krytycznego progu się znajdujemy. Ale nagła zmiana klimatu może pojawić się w nieodległej przyszłości. Według danych z ostatniej dekady prawdopodobieństwo jest większe, niż przyznaje to gros klimatologów i klasa polityczna. Nagła zmiana klimatu nieubłaganie uderzyłaby w ‚pojemność ekologiczną’ – zasoby naturalne, organizacje społeczne i sieci gospodarcze, które podtrzymują populacje ludzkie. Ogromne susze zamieniłyby pola uprawne w pył, a lasy w popiół. Postęp technologiczny i siły rynkowe, które pomagały zwiększyć pojemność środowiskową Ziemi, niewiele mogłyby zdziałać, aby przywrócić równowagę – skala kryzysu byłaby zbyt rozległa, a tempo zbyt szybkie. Konieczność natychmiastowej adaptacji sparaliżowałaby społeczeństwa. Wraz z kurczącą się nośnością ekologiczną nastąpiłby wybuch rozpaczliwych wojen o żywność, wodę i zasoby energetyczne. Państwa gotowe byłyby użyć broni nuklearnej.”

Dr Jim Salinger, główny autor z nagrodzonego Noblem w 2007 Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu [listopad 2015]: „Konfrontujemy się z nagłą zmianą klimatu Ziemi. Doświadczamy jej mniej więcej od 2010 roku.

Nature Climate ChangeCzasopismo Nature Climate Change opublikowało w lipcu 2016 analizę, która jako pierwsza zintegrowała wszystkie wcześniejsze badania celem określenia lokalizacji i momentu, w których zmiana klimatu będzie powodować permanentne, katastrofalne skutki. Autorzy ustalili, że chaos najszybciej uderzy w tropiki – około roku 2020. Ten położony w strefie okołorównikowej rejon – obejmujący m.in. Meksyk, Belize, Kostarykę, Salwador, Gwatemalę, Honduras, Nikaraguę, Panamę, Kolumbię, Ekwador, Peru, Boliwię, Wenezuelę, Gujanę, Surinam, Gujanę Francuską, a także północne części Chile, Argentyny, Paragwaju i Brazylii – zamieszkuje blisko 400 milionów dotkniętych ubóstwem ludzi. Konkluzja pracy jest jednak spóźniona. Globalna sytuacja klimatyczna ostatnich 24 miesięcy wskazuje na to, że prognozowana katastrofa jest już w toku. Strefa międzyzwrotnikowa przeobraża się w obszar nienadający się do ludzkiego życia.

Badanie bazujące na dowodach paleoklimatycznych ustaliło, że 56 milionów lat temu, podczas paleoceńsko-eoceńskiego maksimum termicznego, wzrost temperatury w tropikach o niecałe 3°C uniemożliwił przetrwanie wielu żywym organizmom. Teorie sięgające lat 80. XX wieku błędnie utrzymywały, iż obszary tropikalne posiadają wewnętrzny „termostat”, który jest w stanie utrzymać lokalną wartość globalnego ocieplenia na niższym poziomie. „Zapisy przedstawione w tej pracy wskazują, że podczas nieznacznego ocieplenia tropików przekroczony został próg i fragmenty tamtejszej biosfery umarły,” powiedział Matthew Huber, współautor analizy i profesor Wydziału Nauk Atmosferycznych i Planetarnych na Uniwersytecie Purude. O wyjątkowości pracy badawczej, zamieszczonej 3 marca 2017 w Science Advances, świadczy jakość wykorzystanych zapisów geologicznych. „Skoro tropikalny termostat nie istnieje, to połowa różnorodności biologicznej świata – lasy tropikalne, rafy – oraz ponad połowa populacji Ziemi – bardzo ważne kraje, takie jak Indie i Brazylia – nie dysponują niczym, co zapobiegłoby ich ociepleniu znacznie powyżej warunków, do których przystosowani są ludzie,” dodał Huber.

Globalne ocieplenie zmienia zakresy i obszary występowania zwierząt i roślin na całym świecie. Jak informują autorzy międzynarodowego badania, którego ustalenia upubliczniono 31 marca 2017 w Science, doprowadzi to do poważnych konfliktów. Rosnące temperatury na lądzie i morzu powodują, iż gatunki zmuszone są migrować do chłodniejszych klimatów: owady przenoszące choroby penetrują nowe obszary, podobnie jak szkodniki, które atakują rośliny uprawne, oraz zapylacze. Przetrwanie mieszkańców miast i wsi uzależnione jest od innych form życia. „Populacja ludzka jeszcze nie zdaje sobie sprawy z implikacji bezprecedensowej redystrybucji gatunków dla życia na Ziemi,” napisali naukowcy.

Skala obecnych wyzwań przerasta wszystko, z czym zmagaliśmy się dotychczas. System kruszeje pod ciężarem ogromnej liczby katastrof. Na chwilę obecną jest praktycznie sparaliżowany, przytłoczony zapotrzebowaniem na pomoc. Jestem w branży od pół wieku i nie mieliśmy do czynienia z tak wieloma równoległymi, złożonymi i długotrwałymi kryzysami, które są obecnie bez wyjścia. Brakuje też zaangażowania, by je rozwiązać.” William Lacy Swing, szef Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji (International Organisation for Migration), wypowiedź z 13 maja 2016

W obronie stylu życia i tożsamości

Ecology and SocietyBadanie przeprowadzone przez biologa Janisa L. Dickinsona, opublikowane w 2009 na łamach Ecology and Society, wykazało, że ciągłe informacje i dyskusje na temat globalnego ocieplenia utrudniają ludziom tłumienie myśli o śmierci, dlatego na przerażającą perspektywę załamania klimatycznego mogą reagować w sposób, który wzmocnia zbroję ich charakteru i zmniejsza szanse na przetrwanie. Dowody eksperymentalne sugerują, iż odpowiedzią niektórych ludzi na wzmianki o śmierci jest zwiększenie konsumpcji. Autor twierdzi, że piętrzące się dowody na zmianę klimatu prawdopodobnie spotęgują tę tendencję, a także zwiększą wrogość wobec naukowców i ekologów. Nic dziwnego, skoro ich przesłanie mówi o śmiertelnym zagrożeniu dla głównego projektu nieśmiertelności społeczeństwa zachodniego: wiecznego wzrostu gospodarczego, którego fundamentem jest ideologia uprawnienia i wyjątkowości.

Duke UniversityZwolennicy rozwiązań politycznych wspierający podejmowanie działań w związku ze zmianą klimatu od dawna poszukują „idealnego komunikatu”, który przekonałby sceptyków. Są przeświadczeni, że swój zamiar osiągną poprzez właściwe ujęcie problemu. Jednakże badanie Uniwersytetu Duke’a, poddane recenzji naukowej i opublikowane 7 kwietnia 2016 w internetowym wydaniu Environmental Politics, przedstawia bardziej skomplikowane realia. „Ponieważ zmiana klimatu została spolaryzowana wzdłuż linii podziałów partyjnych, przestała sprowadzać się do kwestii znalezienia ‚właściwego ujęcia’ celem przekazania istotnych faktów,” powiedział autor badania Jack Zhou, tegoroczny absolwent studiów doktoranckich Wydziału Polityki Ochrony Środowiska na Uniwersytecie Duke’a. „Stała się sprawą tożsamości politycznej, a zwłaszcza partii politycznej, która jest nam najbliższa”. Nawet wysiłki zmierzające do przedstawienia zmiany klimatu w kontekście zagadnień korzystnych dla obu stron, takich jak wzrost gospodarczy, bezpieczeństwo narodowe lub złagodzenie ubóstwa, mogą odnieść odwrotny skutek, jeśli komunikat kłóci się z tożsamością partyjną grupy docelowej. „Wysiłki te nie zawodzą ze względu na to, że są nieprzekonujące,” powiedział. „W większości przypadków faktycznie wywołują znaczący efekt negatywny – lub odwrotny – który polaryzuje odbiorców jeszcze bardziej.” Podczas eksperymentów skutek ten uległ podwojeniu lub potrojeniu wśród osób deklarujących duże osobiste zainteresowanie polityką, które funkcjonuje jako miara temperatury tożsamości politycznej. „Chcę wyraźnie zaznaczyć, że reakcja ta nie jest podyktowana poziomem inteligencji czy wykształcenia. Nie jest zupełnie irracjonalna. To po prostu naturalna reakcja – ludzie chcą uzasadnić i obronić swoją tożsamość,” podkreślił Zhou.

A mury rosną

Princeton+University+LogoBadanie opublikowane 5 kwietnia 2015 przez Rona E. Hassnera i Jasona Wittenberga z Uniwersytetu Princeton potwierdziło, że budowa murów przyspiesza na całym świecie. Ponad połowa barier granicznych wzniesionych od II wojny światowej powstała po roku 2000.

Opracował: exignorant

Opublikowano Klimat, Poza nadzieją, Upadek cywilizacji

Z kart ideowego skryptu gatunkowych samobójców

Ziemskie życie i „nieszczęśnicy świata nie mieli szans w konfrontacji z fundamentalizmami Zachodnich mistrzów karnawału planetarnego zniszczenia.

„Amerykański postęp” autor John Gast (1872)

„Amerykański postęp”, John Gast (1872)

I. Wszyscy jesteśmy Państwem Islamskim

II. Kłamstwo patriotyzmu

III. Liderzy z misją od boga

IV. Oświeceni wyzwoliciele i utopiści

V. Ortodoksja ekonomiczna

VI. Arogancja (trans)humanizmu

I.

Wszyscy jesteśmy Państwem Islamskim

Naloty Amerykanów i artyleria iracka zabijają nas na spółkę z bojownikami Państwa Islamskiego. Nie ma żadnej różnicy między tym, co robią a masowymi mordami dżihadystów. Nie mamy przyjaciół.” Omar Abu Ali, rolnik z irackiej Garmy (kwiecień 2016)

Esej Chrisa Hedgesa z 27 marca 2016.

Zemsta jest psychologicznym silnikiem wojny. Ofiary są krwawą walutą. Ich zwłoki wykorzystuje się do uświęcania aktów masowego morderstwa. Ci, których definiuje się jako wroga i przeznacza na rzeź, stają się nie-ludźmi. Nie są warci współczucia czy sprawiedliwości. Litość i żal odczuwane są wyłącznie wobec swoich. Ślubujemy wyeliminować odczłowieczoną masę, która ucieleśnia absolutne zło. Zmasakrowani i martwi w Brukseli czy Paryżu, zmasakrowani i martwi w Rakkce czy Syrcie powielają i utrwalają te same mroczne żądze. Wszyscy jesteśmy Państwem Islamskim.

Z przemocy tylko przemoc się rodzi,” pisał Primo Levi, „wzorem wahadłowego działania, które miast z upływem czasu wytracać impet, staje się coraz bardziej szaleńczym.”

Gra w zabijanie wet za wet nie zakończy się aż do wyczerpania, aż kultura śmierci nie złamie nas emocjonalnie i fizycznie. Używamy naszych dronów, samolotów bojowych, rakiet i artylerii, aby rozrywać ściany i sufity, roztrzaskiwać okna i zabijać lub ranić tych, którzy są w środku. Nasi wrogowie pakują materiały wybuchowe do walizek lub kamizelek i wchodzą do terminali lotniczych, na sale koncertowe, do kawiarni lub metra i wysadzają nas i siebie w powietrze. Gdyby dysponowali naszą technologią śmierci, zrobiliby to bardziej efektywnie. Ale jej nie posiadają. Ich taktyka jest mniej wyrafinowana, ale pod względem moralnym nie różnią się od nas. T.E. Lawrence nazwał tę spiralę przemocy „pierścieniami smutku”.

Religia chrześcijańska afirmuje pojęcie „świętej wojny” równie fanatycznie jak islam. Nasze wyprawy krzyżowe odpowiadają koncepcji dżihadu. Kiedy religia służy do uświęcania morderstwa, przestają istnieć wszelkie zasady. To walka między jasnością i mrokiem, dobrem i złem, szatanem i bogiem. Racjonalny dyskurs zostaje skazany na wygnanie. A „kiedy rozum śpi,” jak powiedział Goya, „budzą się demony.”

Flagi, pieśni patriotyczne, deifikacja wojownika i sentymentalne brednie zagłuszają rzeczywistość. Komunikujemy się pustymi frazesami i bezmyślnymi, nacjonalistycznymi absurdami. Kultura masowa używana jest do wzmocnienia kłamstwa, że to my jesteśmy prawdziwymi ofiarami. Na nowo tworzy przeszłość, aby dopasować się do narodowego mitu o bohaterstwie. Prawi się, że tylko my posiadamy cnoty i odwagę. Tylko my mamy prawo do zemsty. Ta hipnoza prowadzi do zbiorowego uśpienia, ślepoty wywołanej przez aparat państwa.

Przeciwnicy, bez dostępu do naszych przemysłowych maszyn śmierci, zabijają z bliska. Ale mordowanie zdalne nie czyni nas mniej zdeformowanymi pod względem moralnym. Zabijanie z dystansu – praktykowane w bazach amerykańskich sił powietrznych przez operatorów dronów, którzy wracają do domu na obiad – jest nie mniej wynaturzone. Ci technicy sprawiają, że ogromna machina śmierci działa z przerażającą, kliniczną sterylnością. Depersonalizują przemysłową wojnę. Są „małymi Eichmannami”. Ta zorganizowana biurokracja zabijania jest najbardziej trwałym dziedzictwem Holokaustu.

Zmechanizowane, racjonalne, bezosobowe i nieprzerwane masowe niszczenie istot ludzkich, zorganizowane i administrowane przez państwa, legitymizowane i wprawiane w ruch przez naukowców i prawników, usankcjonowane i spopularyzowane przez akademików i intelektualistów, stało się podstawową pożywką naszej cywilizacji, ostatnim, groźnym i często tłumionym dziedzictwem tysiąclecia,” napisał w swojej książce „Morderstwo pośród nas: Holokaust, zabijanie przemysłowe i reprezentacja” Omer Bartov.

Torturujemy porywanych więźniów, przetrzymujemy wielu z nich latami w tajnych aresztach. Dokonujemy „chirurgicznych zabójstw” tzw. celów o dużej wartości. Znosimy obywatelskie swobody. Wyrzucamy z domów miliony rodzin. Ci, którzy nam się sprzeciwiają, robią to samo. Torturują i ścinają głowy – styl egzekucji preferowany przez chrześcijańskich krzyżowców – stosując okrucieństwo własnej marki. Rządzą jak despoci. Ból za ból. Krew za krew. Horror za horror. W tym szaleństwie jest przerażająca symetria. Usprawiedliwia je ta sama religijna perwersja. Ta sama rezygnacja z tego, co świadczy o byciu ludzkim i sprawiedliwym.

Psycholog Rollo May napisał:

Na początku każdej wojny […] pospiesznie nadajemy naszemu wrogowi wizerunek demoniczny; a następnie, skoro walczymy z samym diabłem, możemy przejść na stopę wojenną bez zadawania sobie wszystkich kłopotliwych i duchowych pytań, które wojna rodzi. Nie musimy mierzyć się ze świadomością, że ci, których zabijamy, są osobami takimi jak my.”

Zabijanie i tortury, im dłużej trwają, infekują sprawców i społeczeństwo, które popiera ich działania. Pozbawiają zawodowych inkwizytorów i zabójców zdolności odczuwania. Żywią instynkt śmierci. Pogłębiają moralną ranę wojny.

Dwudziestu dwóch weteranów służby wojskowej USA popełnia codziennie samobójstwo. Robią to bez pasa z materiałami wybuchowymi. Ale z wieloma zamachowcami-samobójcami łączy ich niepohamowane pragnienie porzucenia świata i nikczemnej roli, jaką w nim odegrali.

Albert Camus, podobnie jak Immanuel Kant, rozumiał, że „lepiej jest znosić pewne niesprawiedliwości, niż je popełniać.” Jednak politycy, eksperci i kultura masowa uznają tę mądrość za słabość. Ci, którzy mówią językiem rozsądku, jak Eurypides, kiedy tworzył swoje antywojenne arcydzieło „Kobiety Troi”, stają się obiektem drwin, skazywani są na banicję.

Kim jesteśmy, by potępiać masowe mordowanie cywilów? Czy zapomnieliśmy o naszym bombardowaniu niemieckich i japońskich miast podczas II wojny światowej, które pozbawiło życia 800.000 kobiet, dzieci i mężczyzn? Co z rodzinami zgładzonymi przez nas w Dreźnie (135.000 zabitych), Tokio (97.000 zabitych), Hiroszimie (80.000 zabitych) i Nagasaki (66.000 zabitych)? Co z około 3 milionami cywilów, których uśmierciliśmy w Wietnamie?

Zrzucaliśmy 32 tony bomb na godzinę w Wietnamie Północnym od 1965 do 1968 roku – setki Hiroszim. Jak pisze w swojej książce „Zabij wszystko co się rusza: Prawdziwa amerykańska wojna w Wietnamie” Nick Turse, tonaż ten nie uwzględniał „miliardów litrów defoliantów, tysięcy ton gazów i niezliczonych kanistrów z napalmem; bomb kasetowych, żelaznych bomb fragmentujących, bomb typu daisy-cutter, które unicestwiały wszystko w promieniu dziesięciu boisk futbolowych, rakiet przeciwpiechotnych, rakiet odłamkowo-burzących, rakiet zapalających, milionów granatów i mnóstwa min.”

Czy zapomnieliśmy o milionach ludzi, którzy zginęli w naszych wojnach i tzw. wojnach zastępczych na Filipinach, w Kongo, Laosie, Kambodży, Indonezji, Gwatemali, Salwadorze i Nikaragui? Czy zapomnieliśmy o milionie ofiar w Iraku i 92.000 uśmierconych Afgańczykach? Czy zapomnieliśmy o prawie 8 milionach ludzi, których zmusiliśmy do opuszczenia domów w Iraku, Afganistanie, Pakistanie i Syrii?

Od początku kampanii powietrznej prowadzonej nad Irakiem i Syrią przeciwko Państwu Islamskiemu miało miejsce 87.000 koalicyjnych lotów operacyjnych. Jest to najnowszy rozdział w naszej niekończącej się wojnie przeciwko ziemskim nieszczęśnikom.

Jak możemy bulwersować się faktem niszczenia zabytków kultury przez Państwo Islamskie, takich jak Palmyra, skoro sami obróciliśmy w gruzy tak wiele im podobnych? W swojej książce „Dresden” Frederick Taylor przypomina, że bombardując Niemcy podczas II wojny światowej zrównaliśmy z ziemią niezliczone „kościoły, pałace, zabytkowe budynki, biblioteki, muzea,” w tym „dom Goethego we Frankfurcie” i „prochy Charlemagne z katedry Aechen” wraz z „niezastąpionymi zbiorami czterechsetletniej Biblioteki Państwowej w Monachium.” Czy ktoś pamięta, że w trakcie tygodniowego bombardowania w Wietnamie wysadziliśmy w powietrze prawie cały historyczny kompleks świątynny My Son? Czy zapomnieliśmy, że nasza inwazja na Irak doprowadziła do spopielenia Biblioteki Narodowej, splądrowania Muzeum Narodowego oraz budowy bazy wojskowej na terenie starożytnego miasta Babilon? Wojny, które spłodziliśmy, zniszczyły tysiące miejsc badań archeologicznych w Iraku, Syrii, Afganistanie i Libii.

Do perfekcji opanowaliśmy technikę zbiorowego mordu i destrukcji, którą nazywamy „bombardowaniem dywanowym”, „bombardowaniem zmasowanym”, „bombardowaniem obszaru”, „bombardowaniem pustoszącym”, „bombardowaniem wielkoskalowym” lub, w najnowszej wersji, „szokiem i przerażeniem”. Stworzyliśmy dzięki naszemu narodowemu bogactwu systemy zarządzania i technologie, które socjolog James William Gibson nazywa „techno-wojną”. Czym były ataki z 11 września 2001, jeśli nie odpowiedzią na eksplozje i śmierć, jakimi zaoraliśmy miasta na całym świecie? Zamachowcy przemówili do nas językiem szaleństwa, którego ich nauczyliśmy. Oni, podobnie jak mordercy w Paryżu i Brukseli, wiedzieli dokładnie, jak się komunikujemy.

Sprzedawcy śmierci, producenci broni są jednymi z nielicznych, którzy czerpią zyski. Reszta z nas uwięziona jest w spirali przemocy, która nie ustanie, dopóki nie zakończymy amerykańskiej okupacji Bliskiego Wschodu, dopóki nie nauczymy się mówić językiem innym niż skowyt wojny, śmierci i zniszczenia. Odzyskamy język człowieczeństwa, gdy będziemy wyczerpani, gdy zginie zbyt wielu pobratymców, by kontynuować grę. Ofiarami wciąż w większości będą niewinni ludzie, znajdujący się w potrzasku pomiędzy zabójcami, których wydaje to samo łono.

II.

Kłamstwo patriotyzmu

Esej Chrisa Hedgesa z 3 kwietnia 2016.

Gdy Rory Fanning, krzepki weteran, który służył w 2. Batalionie Rangersów i został wysłany do Afganistanu w 2002 i 2004 roku, pojawił się w Chicago na marcowym wiecu Donalda Trumpa, miał na sobie górną połowę bojowego munduru moro. Kiedy przeciskał się przez tłum, dziesiątki zwolenników prezydenckiego kandydata pozdrawiały go słowami „Witaj w domu, bracie” i „Dziękuję za twoją służbę”. Potem nastąpił protest, który wymusił zakończenie mityngu. Fanning, jako jeden z demonstrantów, wyciągnął flagę z napisem „Weterani przeciwko rasizmowi, wojnie i imperium”.

Natychmiast ktoś rzucił we mnie napojem”, powiedział podczas naszej rozmowy w programie „Dni rewolty”. „Zadano mi trzy czy cztery ciosy w tył głowy. Był to dla mnie ważny punkt zwrotny. Zakwestionowałem narrację Donalda Trumpa i nagle wypadłem z ich łask.”

Nacjonaliści nie otaczają czcią wszystkich weteranów. Admirują tych, którzy czytają z zatwierdzonego patriotycznego skryptu. Ameryka jest najwspanialszym i najpotężniejszym krajem na Ziemi. Ci, z którymi walczymy są zdeprawowanymi barbarzyńcami. Nasi wrogowie zasługują na śmierć. Bóg jest po naszej stronie. Zwycięstwo jest zapewnione. Nasi żołnierze i Marines są bohaterami. Odstąp od tych frazesów i bez względu na to, w ilu misjach wojskowych uczestniczyłeś, zasługujesz na pogardę. Sławiony patriotyzm prawicy polega na samouwielbieniu. Stanowi nagą żądzę przemocy. Jest ślepą służalczością wobec państwa. I prowadzi do cenzurowania realiów wojny.

Wielu żołnierzy, którzy powracają z wojny, nie widzi w sobie bohatera, wręcz przeciwnie,” podkreślił Fanning. „Dowolne rzucanie tym określeniem jest niebezpieczne. To sposób na manipulowanie żołnierzami. Kupuje ich milczenie.”

Żołnierzy nie zachęca się po powrocie do rozmowy o wojennej rzeczywistości,” kontynuował. „Przyczepia się im etykietę bohatera lub wojownika. To poważny problem. Prowadzi do dalszego ich odosobnienia, izolacji. Rozmawiamy o samobójstwach wśród weteranów – 22 dziennie. Dochodzi do nich dlatego, że nie wolno nam mówić o tym, co widzieliśmy za granicą, jak było to niesprawiedliwe, jakimi byliśmy zbirami. Ilu niewinnych ludzi straciło życie po 11 września 2001? Rzucanie słowami takimi jak ‚bohaterowie’ jest równoznaczne z brakiem szacunku wobec doświadczeń weteranów i wszystkich niewinnych ludzi, których od tego czasu zabito.”

Z bliska wojna nie ma żadnego związku z mitem. Jest zdeprawowana i okrutna. Nie ma nic wspólnego ze szlachetnym celem lub sprawiedliwością. Zabijanie jest brudną, ohydną czynnością. Istnieje ogromna rozbieżność między realiami wojny i mitem propagowanym przez prasę, przemysł rozrywkowy, polityków i kościoły.

Kiedy wkraczałem z 2. Batalionem Rangersów do Afganistanu, nie miałem pojęcia, że talibowie w zasadzie się poddali po początkowym ataku sił powietrznych i jednostek specjalnych,” opowiadał o swojej pierwszej misji z końca 2001 roku Fanning. „Naszym zadaniem było przede wszystkim wciągnięcie talibów z powrotem do walki. Po 11 września 2001 kapitulacja politykom nie wystarczyła. Chcieliśmy krwi. Chcieliśmy statystki zabitych. Naprawdę nie miało znaczenia, kim są. Odwiedzaliśmy więc ludzi – którzy byli okupowani, uczestniczyli wcześniej w wojnie domowej – z mnóstwem gotówki. Mówiliśmy: ‚Słuchaj, damy ci tę sumę, jeśli wskażesz członka talibów.’ Afgańczyk odpowiadał, ‚Pewnie, bez problemu. Jest tam.’ Idziemy do domu obok. Wpadamy na podwórko sąsiada, na głowę każdego mężczyzny w wieku poborowym zakładamy worek, przynależność do talibów nie miała znaczenia. Donosiciel otrzymywał pieniądze i nieruchomość sąsiada. W kraju takim jak Afganistan, gdzie panuje niebywała desperacja i bieda, zrobisz wszystko, żeby na rodzinny stół położyć parę groszy lub coś do jedzenia. Tym się zasadniczo zajmowaliśmy. Ale zgarnialiśmy też ludzi, których z walką nie łączyło absolutnie nic. Tworzyliśmy wrogów.

Zgłosiłem swoją gotowość, aby zapobiec kolejnemu zamachowi,” kontynuował. „Ale wkrótce po przybyciu do Afganistanu zdałem sobie sprawę, że jedynie tworzyłem warunki dla kolejnych zamachów terrorystycznych. Gorzka pigułka do przełknięcia. Byliśmy po prostu od terroryzowania.”

Nieproporcjonalne użycie siły przez amerykańskiego okupanta nie tylko uśmierciło ogromną liczbę cywilów, ale posłużyło też za skuteczną broń do powstańczej rekrutacji.

Zdarzyło się, że na nasz obóz spadła rakieta,” wspominał Fanning, który jest członkiem Weteranów na rzecz Pokoju i autorem „Warto o to walczyć: Podróż Rangera przez Amerykę”. „Niekoniecznie wiedzieliśmy, skąd nadleciała. Ogólnie to stamtąd. Zamówiliśmy 250-kilogramową bombę. Spadła na wioskę.”

Terror zgotowany Afgańczykom stał się wkrótce terrorem zgotowanym Irakijczykom.

Michael Hanes służył w Korpusie Piechoty Morskiej od 1994 do 2004. W roku 2003 był w Iraku jako członek najbardziej doświadczonego plutonu – odpowiednika Navy Seals – 1. Kompanii Rozpoznawczej 1. Dywizji Piechoty Morskiej. Brał udział w licznych obławach i nalotach. Obecnie jest członkiem Weteranów na rzecz Pokoju.

Uczestniczyłem w inwazji na Irak,” powiedział. „Wdarliśmy się do Bagdadu i wydarzenia nabrały bardzo realnego wymiaru, kiedy zaczęliśmy wywarzać kopniakiem drzwi, oskarżać i terroryzować tych ludzi.”

Prawdopodobnie około 50 procent lub więcej materiału wywiadowczego było po prostu błędne,” kontynuował. „Po wyważeniu drzwi wchodzisz do rodzinnego domu, są tam starsze kobiety, dziewczynki w wieku 3-4 lat; krzyczą, przerażone oddają mocz. Robią w majtki. Podrywasz babcię, rzucasz nią o ścianę i przesłuchujesz. Jesteś tym wstrząśnięty. Naprawdę mocno. Zacząłem zadawać sobie pytanie, co ja do cholery wyprawiam? Jeśli byłeś młodym człowiekiem [w tym plądrowanym domu], niespełna 20-latkiem, dostatecznie dorosłym, aby mieć broń, jako potencjalnego powstańca, lojalistę [Fedainów Saddama] zabierano cię z domu na przesłuchanie. Kto wie, co się z nimi stało. Wiem, że piechurzy przesłuchiwali przez całą noc. Nie wiadomo, czy aresztanci nawet wrócili do swoich rodzin.

Kiedy atakujesz dronem, masz zewnętrzny zasięg rażenia, gdzie ginie wielu cywilów,” wyjaśnił Hanes. „To fabryka produkująca terrorystów. Tracisz swoje dziecko, matkę, któregokolwiek z członków rodziny… Postaw się w tej sytuacji. Gdybym stracił dziecko, byłbym zdesperowany. Co ty byś zrobił? Łatwo jest zrozumieć, dlaczego ktoś zakłada sobie bombę i wysadza się w powietrze.”

Brutalności fizycznej i przemocy towarzyszy jawny rasizm, charakterystyczny dla okupacji wojskowych.

Nie zwracaliśmy się do ludzi w Afganistanie jako Afgańczyków, byli hadżi,” powiedział Fanning. „Określeniem tym okazuje się szacunek komuś, kto odbył podróż do Mekki, ale my nadawaliśmy mu obraźliwy ton.”

Pojęcia ‚piaskowy czarnuch’, ‚hadżi’, ‚barbarzyńca’, ‚terrorysta’ były wypowiadane bezceremonialnie, jakby byli podludźmi,” dodał Hanes.

Kłamstwa państwa i całego społeczeństwa stały się boleśnie oczywiste.

Sprzedaje się nam ideę, że uwolnimy ludzi, walczymy z terroryzmem. Potem uświadamiamy sobie, że to my ich terroryzujemy,” powiedział Hanes. „Prowadzi to do psychicznej udręki. Kilku moich przyjaciół popełniło samobójstwo.”

Dwaj weterani mówią, że ukojenie znajdują w aktach obywatelskiego nieposłuszeństwa. Hanesa aresztowano wraz z innymi członkami Weteranów na rzecz Pokoju podczas protestu przeciwko bazom amerykańskim na Okinawie. Stacjonował tam dwie dekady wcześniej.

Hanes jako demonstrant „był na przeciwległym biegunie,” powiedział nawiązując do swojej służby na Okinawie. „Spędzałem czas z ludźmi, słuchałem o ich zmaganiach i na własne oczy widziałem, co tam się dzieje. Protestowałem razem z nimi. Stałem przed ciężarówkami. Kładłem się na drodze. Blokowałem ekipy budowlane.”

Hanes i Fanning zapowiadają, że będą nadal przeciwstawić się żądzy krwi imperium, w kraju i za granicą, lecząc wojenne rany i afirmując życie. Nie mają zamiaru pozwolić, aby mowa nienawiści i rasizm na wiecach Trumpa czy gdziekolwiek indziej nie napotykały sprzeciwu. Jako byli żołnierze rozumieją niebezpieczeństwo dehumanizowania innych.

Musicie stanąć do konfrontacji z czającym się faszyzmem,” powiedział Fanning. „Milczenie jest przyzwoleniem.”

III.

Liderzy z misją od boga

Fragmenty artykułów z CounterPunch i The Telegraph.

W 2003 roku George Bush lobbował liderów państw z intencją utworzenia „koalicji chętnych” do inwazji na Irak. Podczas spotkania z prezydentem Francji Jacquesem Chirakiem opowiedział historię o konieczności pokonania biblijnych istot – Goga i Magoga – które są aktywne na Bliskim Wschodzie. W Księdze Rodzaju i Księdze Ezechiela stanowią one siły Apokalipsy, które według proroctwa nadejdą z północy, aby zniszczyć Izrael. Księga Objawienia kontynuowała przepowiednię Starego Testamentu. Bush zapewnił Chiraka o swojej niezachwianej wierze, iż nadszedł czas tej batalii: „Konfrontacja jest wolą Boga, który chce wykorzystać ten konflikt, aby zetrzeć wrogów swojego ludu przed nastaniem Nowej Ery.” Treść rozmowy wyszła na jaw tylko dlatego, że Pałac Elizejski, skonsternowany słowami Busha, zasięgnął opinii Thomasa Romera, profesora teologii na Uniwersytecie w Lozannie. Cztery lata później Romer opisał tę kwestię na łamach przeglądu uczelnianego „Allez savoir” z września 2007. Artykuł najwyraźniej został niezauważony, mimo że nawiązano doń we francuskiej gazecie. Historię tę potwierdził w książce dziennikarza Jeana Claude’a Maurice’a sam Chirac. Powiedział, że przywołanie przez Busha biblijnego proroctwa jako usprawiedliwienia napaści na Irak wprawiło go w osłupienie i zaniepokoiło: „Zastanawiałem się, jak ktoś może być tak powierzchowny i fanatyczny w swoich przekonaniach.” W tym samym roku Bush miał podobno powiedzieć palestyńskiemu ministrowi spraw zagranicznych, że rozpoczęcie inwazji na Irak i Afganistan było „powierzoną mu przez Boga misją.”

Myślenie byłego prezydenta w dużym stopniu ukształtował najpopularniejszy system profetyczny przedmilenijnego dyspensacjonalizmu. Identyfikuje się z nim około jedna trzecia ewangelicznych chrześcijan, których w Ameryce jest ponad 40 milionów. Zgodnie z jego założeniami naród izraelski odegra kluczową rolę w wydarzeniach „czasów ostatecznych”. Dyspensacjonaliści wspierają cele i działania najbardziej niebezpiecznych elementów prawicowych w społeczeństwie Izraela – ludzi, których poglądy uniemożliwiają osiągnięcie niezbędnego kompromisu. Według biblijnych proroctw w przyszłość Izraela nie jest wpisany podział terytorium kraju, mimo że stworzenie państwa palestyńskiego to najlepsza szansa na pokój w regionie. Każdy, kto dąży do pokoju ignoruje lub sprzeciwia się woli bożej.

W religijnym świetle „interwencję” na Bliskim Wschodzie widział również Tony Blair, który nie ukrywa wpływu chrześcijańskich wierzeń na podejmowane przez siebie decyzje. Jego politycznym pełnomocnikiem był przez ćwierć wieku John Burton. Na kartach swojej książki powiernik i mentor premiera Wielkiej Brytanii ujawnił rzeczywistą siłę jego religijnego zacietrzewienia. Otóż Blair trwa w przeświadczeniu o tym, że „dobro powinno triumfować nad złem,” zaś religia daje mu „wiarę totalną w to, co jest słuszne, a co niesłuszne.” „Niezwykle łatwo jest wyjaśnić ideę Tony’ego jako wojownika,” pisze Burton, „W ten sposób wciela w życie swoją wiarę. Jest ona jego częścią aż po bawełniane skarpetki. Wojnę z terroryzmem traktuje jak moralną krucjatę.” W 2006 roku Blair skonstatował, że masowy mord na Irakijczykach „ostatecznie osądzi Bóg.”

IV.

Wyzwoliciele i utopiści

Fragment eseju Noama Chomsky’ego z 19 maja 2004.

Ostatnie millennium dobiegło końca, a nowe rozpoczęło się zdumiewającą demonstracją samouwielbienia ze strony zachodnich intelektualistów, którzy wychwalali siebie i swoich liderów za wprowadzenie „szlachetnej fazy” polityki zagranicznej ze „świętą poświatą”, bowiem po raz pierwszy stosują się do „zasad i wartości”, podejmując działania w imię „czystego altruizmu”, podążając za „idealistycznym nowym światem zdecydowanym, by położyć kres temu, co nieludzkie” przy wsparciu lojalnego partnera, który sam rozumie autentyczną szlachetność misji o jeszcze bardziej wyewoluowanej, obecnej formie „mesjańskiego posłannictwa Busha, by zaszczepić demokrację reszcie świata” – źródłem każdego cytatu jest elitarna prasa i intelektualiści. Nie jestem pewien, czy istnieje jakikolwiek odpowiednik w niezbyt chwalebnej historii współczesnych elit intelektualnych. Najszlachetniejszym osiągnięciem była „rewolucja normatywna” w latach 90. XX wieku, która ustanowiła „nową normę w stosunkach międzynarodowych”: prawo samozwańczych „państw oświeconych” do użycia siły w imię ochrony doznających cierpień ludzi przed złymi potworami.

Każdy, kto zna historię wie, że rewolucja normatywna wcale nie jest niczym nowym; był to niezmienny refren europejskiego imperializmu, a retoryczne uniesienia japońskich faszystów, Mussoliniego, Hitlera, Stalina i innych wielkich postaci były nie mniej szlachetne i najpewniej równie szczere, co ujawniły wewnętrzne dokumenty. […]

Jednym z moralnych truizmów, który powinien być niekontrowersyjny jest zasada uniwersalności: powinniśmy postępować zgodnie z tymi samymi standardami, jakich wymagamy od innych – w istocie bardziej rygorystycznymi. Powinno to być niekontrowersyjne dla wszystkich, a w szczególności dla najważniejszych obywateli świata, przywódców państw oświeconych, którzy deklarują się jako oddani Ewangelii, pobożni chrześcijanie, a więc z pewnością zaznajomieni z jej słynnym potępieniem Hipokryty. Ich wierność przykazaniom Pańskim nie podlega dyskusji. George Bush podobno obwieścił: „Bóg kazał mi uderzyć w Al-Kaidę i uderzyłem w nią, a potem polecił mi uderzyć w Saddama, co uczyniłem,” a „teraz jestem zdeterminowany, aby rozwiązać problem Bliskiego Wschodu,” również na rozkaz Pana Zastępów, Boga Wojny, którego zgodnie z instrukcjami Pisma Świętego mamy czcić nad innych Bogów. I jak już wspomniałem, prasa elit sumiennie nawiązuje do jego „mesjańskiej misji” rozwiązania problemu Bliskiego Wschodu, faktycznie świata, pozostając wierną naszej „odpowiedzialności za historię, aby uwolnić świat od zła” – jak powiedział prezydent – naczelnej zasady „wizji”, jaką Bush dzieli z Osamą bin Ladenem, dokonując plagiatu starożytnych eposów i bajek dla dzieci. […]

Według profesora Johna Grey’a współczesną polityką rządzą tłumione wersje apokaliptycznej religii. Twierdzi on, że myśl oświeceniowa w znacznym stopniu nie opiera się na nauce, tylko na chrześcijańskim micie apokaliptycznym. Wiara w Utopię i idee postępu ludzkości, które napędzają współczesną politykę, są świeckimi wersjami tego mitu. Na początku obecnego stulecia mity te są martwe lub umierają w wielu częściach świata i obserwujemy powrót religijnych wersji fundamentalistycznych.

Fragment wystąpienia profesora z 12 lipca 2007.

Ogólnie jestem zdania, że utopianizm jest niezwykle niebezpieczny, zwłaszcza gdy przejmuje kontrolę nad potężnymi państwami, i prawie zawsze kończy się ogromną rzeką ludzkiej krwi.

Świecki projekt utopianizmu w jego radykalnej, rewolucyjnej formie politycznej jest laicką wersją średniowiecznej, milenijnej tradycji apokaliptycznej. Dlaczego tak uważam? Chociaż masowa przemoc, masowe zabijanie jest dość powszechne w społeczeństwach ludzkich, to masowe zabijanie mające stworzyć idealny świat występuje sporadycznie. Zabijanie w intencji doskonalenia ludzkości jest osiągnięciem Zachodu. Skąd pochodzi? W najszerszym znaczeniu, które zawiera pewne elementy islamu, od zachodnich tradycji religijnych.

Tradycja apokaliptyczna postrzega historię jako narrację, w której istnieje zło, następuje jakiś upadek, po nim panuje zło, trwa długa walka, a pod koniec dochodzi do tytanicznej, krótkiej batalii, którą wieńczy nadejście idealnego świata. Jest to przykład religijnej kreacyjności. Nie ma jej w większości tradycji religijnych, ponieważ większość ludzkich systemów wierzeń nie jest religiami stworzenia. Nie posiadają idei tworzenia świata. Są najczęściej animistyczne lub politeistyczne. Zatem nie zawierają idei pojedynczego boga-stwórcy i nie przywiązują szczególnego znaczenia do historii jako całości.

Koncepcji mówiącej o wyraźnej narracji historii ludzkości nie znajdziemy nawet w przedchrześcijańskiej Europie. Kiedy czytasz greckich i rzymskich historyków, Platona czy nawet Arystotelesa, nie napotykasz zbyt wielu wzmianek o tym, że historia ma cel lub wzór. Idei powszechnej historii praktycznie nie ma. A gdy przyjrzymy się dalszej historii europejskiej i zapoznamy z pracami pisarzy takich jak Machiavelli czy nawet Hume, filozof oświeceniowy, spotykamy się z myślą, że historia jest zasadniczo kapryśna. Idea postępu w swojej obecnej formie, którą uważam za mit, tak naprawdę przyjęła się w XVIII wieku.

Jednym z najbardziej interesujących aspektów intelektualnej historii politycznej XX wieku był sposób, w jaki polityka utopijna, która koncentrowała się przede wszystkim po lewej stronie politycznego spektrum, pod koniec stulecia zadomowiła się po stronie prawej.

Neokonserwatyści nie udają. Znam faktycznie wielu z nich od lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Deklarują: „Wierzymy w twórczą destrukcję.” Wyznanie to zbiegło się z inauguracją ich interwencji na Bliskim Wschodzie. Wyrażenie „twórcza destrukcja” sięga czasów De Kooninga. Uważał, że jeśli roztrzaskasz społeczeństwo, pozbędziesz się instytucji, wyłoni się wówczas nowy rodzaj porządku, który uosabia naturalne ludzkie impulsy i udoskonaloną, naturalną ludzką wolność.

Neokonserwatyści zainicjowali projekt, który po części ma charakter utopijny – przekształcenie Iraku i innych krajów na obraz i podobieństwo amerykańskiej demokracji liberalnej. Oczywiście w każdy utopijny projekt wmieszane są inne aspiracje. Projekt iracki od początku był po części motywowany celami geopolitycznymi powiązanymi z ropą naftową i energią. Ludzie negujący ten fakt nie zapoznali się wówczas z treścią uwag wiceprezydenta Dicka Cheney’a, które poczynił w 1999 roku podczas spotkania w Londynie: „Największą nagrodą jest Zatoka. Ropa wyczerpuje się, musimy ją przejąć. To kwestia kluczowa.”

Ale nawet w wymiarze geopolitycznym, przy zastosowaniu strategii Dr Stragelove, projekt iracki był utopią. Rozbicie państwa powoduje chaos, a w jego następstwie produkcja nafty spada i pozostaje na niższym poziomie. Nie sposób ochronić tysięcy kilometrów rurociągu. Sądzę, że na północy kraju jesteśmy coraz bliżej konfliktu wewnętrznego o kontrolę nad zasobami. Kto ją przejmie? Kurdowie? Szyici? Tymczasem ludzie pokroju Paula Wolfowitza zapowiadali, że „ta wojna za siebie zapłaci.”

Właśnie ów głęboko zakorzeniony brak realizmu zaczął pod koniec XX wieku wpływać na zachodnią myśl i praktykę polityczną. Eksperci, którzy wiedzieli coś na temat kraju i regionu – wojskowi, oficerowie wywiadu i inni, z którymi się konsultowano – zgodnie mówili, że prawdopodobieństwo sukcesu jest znikome. Ostrzegali, że szans na osiągnięcie zamierzonych celów nie ma. Ich opinie zostały zignorowane. W Iraku stworzono czarną dziurę, upadłe państwo. […]

V.

Ortodoksja ekonomiczna

Fragmenty recenzji Paula Mobbsa z 6 listopada 2015.

Teoria ekonomiczna stała się systemem wierzeń religijnych. Przejawia się to w różnicy pomiędzy fizyczną rzeczywistością i „nadprzyrodzonymi” przekonaniami takimi jak negowanie ekologicznych granic, które odpowiadają za rozgrywającą się katastrofę środowiskową. Tym „nadprzyrodzonym” założeniom, stanowiącym podstawę kluczowych części teorii ekonomicznej, należało przyjrzeć się baczniej. Niestety, społeczeństwo wciąż nie podejmuje na ten temat dyskusji.

Współczesna ekonomia cierpi na poważny deficyt wiarygodności. Rośnie liczba dowodów wskazujących na jej klęskę. Nie tylko pod względem moralnym. Ludzie i świat fizyczny, od którego jesteśmy całkowicie zależni, nie podporządkowują się ochoczo upraszczającym założeniom dominującej teorii ekonomicznej. Jest to ważny problem, ponieważ nierozpoznanie tego faktu, i wiele innych błędów, bez wątpienia odpowiada za wiele dramatycznych zjawisk, z którymi konfrontuje się dzisiaj społeczeństwo – od nierówności ekonomicznej po zmianę klimatu. W przeciwieństwie do wypowiedzianego przez Thatcher, euforycznego zapewnienia, że nie ma alternatywy, oczywistą implikacją dalszego dążenia do fizycznego wzrostu jest eskalacja szkód wyrządzanych biosferze Ziemi oraz jej ludzkim i nie-ludzkim populacjom.

W dzisiejszej napędzanej przez spin politycznej debacie takie heretyckie idee są konsekwentnie odrzucane. Dzieje się tak dlatego, że kwestionując teorię ekonomiczną, kwestionujemy wartości i tożsamość klasy politycznej, a także prowadzone przez nią w naszym imieniu działania.

W ciągu dwóch dekad, które upłynęły od chwili, gdy w latach 80. XX wieku neoliberalni ekonomiści przejęli kontrolę nad zachodnimi rządami, wielu komentatorów uważało, że niemal mistyczne pojęcia – derywaty, transakcja hedgingowa, lewarowanie, efekt zarażenia itp. – wykraczały poza zdolność rozumienia większości zwykłych ludzi. A bez zrozumienia tych pojęć, niezależnie od naszego przeczucia, że coś jest nie w porządku, niby jak możemy sprzeciwić się lobby politycznemu, które swoją władzę zawdzięcza tym właśnie teoriom? Dopiero krach 2007/8 wykazał, że ludzie odpowiedzialni za ten system również nie rozumieją złożoności tych praktyk i związanego z nimi ryzyka.

Kontynuowali je w oparciu o ślepą wiarę w rynek i jego procesy, mimo wyraźnych sygnałów ostrzegających przed ich rychłą klęską. Osoby spoza „ortodoksyjnej” ekonomii były w stanie dostrzec, w jakim kierunku zmierza gospodarka w perspektywie długoterminowej. Pytanie brzmi, czy ekonomiści wyciągnęli lekcję z tego niepowodzenia? Wręcz przeciwnie – doświadczenie to nie odmieniło ich w najmniejszym nawet stopniu i po raz kolejny podporządkowali nas swojemu dogmatycznemu systemowi wierzeń.

Ideologiczny ferwor ekonomistów nurtu głównego czyni ich ślepymi na destrukcyjne skutki promowanych teorii. Rozważmy przykład wydobywania niekonwencjonalnej ropy i gazu. Dowody z badań terenowych pokazują, że zagrożenia wynikające z tych procesów są wysokie, a na obszarach, gdzie są one stosowane poważnego uszczerbku doznaje zdrowie publiczne i środowisko. Jednak wskutek pospolitej pychy lub zwyczajowego optymizmu klasa polityczna dała się przekonać, że „szczelinowanie” łupków rozwiąże nasze problemy gospodarcze – chociaż dowodów brak, a inwestorzy zdążyli już ponieść miliardowe straty.

Koniec końców ekonomia – wzorem wielu systemów obyczajów lub wierzeń – chroni porządek społeczny. Taki, w którym dominująca mniejszość może zabrać niewielką część bogactwa każdego członka większości, aby utrzymać swój wyższy status. Ekonomia jako mechanizm wyzysku – iluzjonista zabawia publikę kuglarskimi sztuczkami, dzięki czemu jego pomocnik może łatwiej ją okraść.

W świecie, w którym zderzamy się z granicami materialnego wzrostu ludzkich społeczeństw przemysłowych, polityczne modele dobrobytu bazujące na bogactwie i konsumpcji szkodzą społecznościom ludzkim i nie-ludzkim. Dowody na to, że zmierzamy ku upadkowi są niezaprzeczalne, podobnie jak było to w przypadku sygnałów ostrzegawczych przed finansowym pandemonium roku 2007. Problem polega na tym, że włodarze nie chcą ich dostrzec.

Ażeby uzyskać największy wzrost i zyski, ekonomia domaga się maksymalizacji produktywności i wydajności gospodarczej. W dążeniu tym ludzkie społeczeństwo i środowisko naturalne są tylko „efektami zewnętrznymi” – ekonomicznymi czynnikami w produkcji, sprowadzonymi do wartości pieniężnej, które za wszelką cenę trzeba minimalizować lub eliminować.

Kiedy politycy obiecują wzrost i silniejszą gospodarkę, nie mogą zagwarantować, że nasze warunki bytowania ulegną poprawie. Z prostej przyczyny: dobrostan nie może być wartościowany ekonomicznie jako część tego procesu. Dla neoklasycznych ekonomistów wszyscy jesteśmy wyidealizowanymi jednostkami konsumującymi.

Trwa planetarne wymieranie, napędzane przez zasilaną paliwami kopalnymi „bańkę” w systemie ludzkim, której pozwolił zaistnieć rozwój gospodarczy i technologiczny. Jednak ekonomiści i ich stronnicy polityczni nie mogą uznać żadnego z sygnałów ekologicznego przerośnięcia. Głoszona niezawodność ich ideologicznej optyki stanęłaby pod znakiem zapytania.

Teoria ekonomiczna prowadzi nas ku globalnej awarii systemowej, zaś polityka i ekonomia nie są zdolne zareagować na środowiskowy upadek, który spowodowała pogoń za wzrostem gospodarczym. Wbrew zapewnieniom zachłyśniętych ekonomicznym triumfalizmem światowych przywódców żyjąca w rzeczywistości ekologicznych granic ludzkość nie jest „zbyt wielka, by upaść”.

VI.

Arogancja (trans)humanizmu

Początkowe paragrafy zawierają fragment eseju Guy’a McPhersona z 24 kwietnia 2016.

Humanizm wyrasta z koncepcji stworzonej w starożytnej Grecji, według której człowiek jest miarą wszystkich rzeczy, a bez ludzkiej egzystencji nic nie miałoby wartości. Ukrywa się za nim założenie, iż tylko ludzie doświadczają wartości. Choć nie ma ono podstaw w biologii, jest jednym z filarów współczesnej cywilizacji, ponieważ służy jako usprawiedliwienie eksterminacji innych gatunków. Negowanie przyrodzonej wartości nie-ludzkiego życia stanowi istotę gatunkowego szowinizmu. Podstawowe założenie humanizmu jest zatem zbieżne z założeniami wyrażanymi przez religie Abrahamowe: Wszechświat przeznaczony jest do naszego użytku, człowiek ma podporządkować sobie pozostałe żywe istoty.

Humanizm, podobnie jak inne oparte na wierze światopoglądy, dumnie głosi nieuchronność naszego gatunkowego sukcesu. W przeciwieństwie do większości innych religii, humanizm swoją wiarę pokłada w ostatecznej wartości rozumu, nauki i technologii. W skrócie, ludzka inteligencja uratuje humanistów przed błędami, jakie popełniamy na swojej niepowtarzalnie natchnionej drodze. Niestety, nasza skłonność do zmyślności pokonała i nadal pokonuje naszą skłonność do mądrości.

Nietrudno jest zrozumieć, w jaki sposób doszliśmy do tego punktu zaabsorbowania samymi sobą. My naprawdę bardzo siebie lubimy. Wierzymy, że jesteśmy najważniejsi. Jak zauważył Farley Mowat: Trwamy w błędnym przekonaniu, że jesteśmy dobrym gatunkiem, zmierzającym w ważnym kierunku i że w ostatniej chwili skorygujemy nasze błędy i bóg okaże nam swoją łaskawość. To urojenie”. David W. Ehrenfeld, biolog ochrony środowiska i autor „Arogancji humanizmu” (1978), napisał: „…w głębi swoich umysłów wiemy, że nasza wszechmoc jest fikcją, nasza wiedza o przyszłości i panowanie nad nią są słabe i ograniczone, nasze wynalazki i odkrycia jeśli w ogóle działają, to w sposób przez nas nieoczekiwany, nasze planowanie nie ma sensu, nasze systemy wymykają się spod kontroli – w skrócie, humanistycznym założeniom, na których opierają się nasze społeczeństwa, brakuje zasadności”.

Zapominamy o paru niewygodnych faktach. Wszechświat ma 13.8 miliarda lat, a nasz ulubiony gatunek – Homo sapiens, samozwańcza mądra małpa – około 200.000 lat. Zatem zamieszkujemy to uniwersum przez około 1/69.000 jego istnienia. Cywilizacje powstały kilka tysięcy lat temu dzięki niewielkiemu wzrostowi średniej temperatury globalnej i bardzo stabilnemu klimatowi. W ten sposób pojawił się unikalny zestaw warunków, który pozwolił na eksplozję człowieczej populacji i mnóstwa innych katastrof, w które jesteśmy uwikłani. W tym mgnieniu kosmologicznego czasu staliśmy się niewyobrażalnie głupi – odruchowo wykorzystujemy technologię do całkowitego zdewastowania naszego jedynego środowiska życia.

Krańcowym przejawem tej głupoty jest ostatnie stadium ewolucji humanizmu zwane transhumanizmem, futuryzmem lub ekstropianizmem. Filozofię tę określa pragnienie uwolnienia umysłu od ograniczeń biologii. Im szybciej ono nastąpi, tym lepiej. Jej umiarkowaną formą jest uparte przedłużanie życia i kriogenika, natomiast ekstremalną „załadowanie” ludzkiej świadomości/inteligencji robotom i podbój przestrzeni kosmicznej – wzorem „Dr Who”. Znani transhumaniści to chociażby Ray Kurzweil i Stephen Hawking, który niedawno stwierdził, że jedyną nadzieją dla ludzkości jest ucieczka na inną planetę.

Wyznawcy transhumanizmu demonstrują rażący brak jakiejkolwiek troski o nie-ludzi. Ich opartą na nauce religię określa uderzające podobieństwo do chrześcijaństwa. Oba wyznania są eskapistyczne, charakteryzuje je niezachwiana wiara, iż ludzie mają pozaziemskie miejsce przeznaczenia – niebo/kosmos. Wyrażają pogardę dla biologii, np. katolickie tłumienie seksualności, transhumanistyczne określanie ciała mianem „mięsnej przestrzeni”. Motywowane są strachem przed śmiercią i prawdopodobnie przed życiem, skoro jedno zagraża drugiemu (dosłownie poprzez dobór naturalny). Odrzucają ograniczenia ziemskiej egzystencji i głoszą fantazje, które usprawiedliwiają podejmowanie wysiłków celem przekraczania tych granic.

Niebezpieczeństwo związane z transhumanizmem nie leży w tym, że fantazja ta doczeka się realizacji (to absolutny nonsens), ale w tym, iż cierpiący na urojenia wyznawcy szybciej uczynią Ziemię nienadającą się do życia.

Tłumaczenie: exignorant

Opublikowano Imperialne wojny, militaryzm i terror państwowy, Upadek cywilizacji

Przed nami upadek deflacyjny? (aktualizacja: 30.09.2016)

Esej, którego pierwsze paragrafy uzupełniły opracowanie pt. „Prognoza pogody [finansowo-ekonomicznej]”.

Autorka: Gail Tverberg (wersja oryginalna)

26 sierpnia 2015

Wartość akcji i ceny ropy spadają. Czy to „tylko kolejny cykl,” a może coś znacznie gorszego? Myślę, że jest to coś o wiele gorszego.

W styczniu 2015 napisałam, że utrzymujące się bardzo niskie ceny mogą być oznaką, iż zderzamy się z granicami środowiskowej pojemności planety. Realizujący się na naszych oczach scenariusz koresponduje z oczekiwanymi przeze mnie wydarzeniami.

Nie trzeba dodawać, że stagnacja płac w powiązaniu z szybko rosnącymi kosztami produkcji ropy prowadzi do niedopasowania pomiędzy:

Liczbą konsumentów, których stać na zakup ropy
Kosztem ropy, o ile jej cena odpowiada kosztom produkcji

Mamy właśnie do czynienia z tym niedopasowaniem pomiędzy rosnącymi kosztami produkcji ropy i stagnacją płac. Problem braku środków na zakup można chwilowo ukryć poprzez zwiększenie zadłużenia (ponieważ dodawanie taniego długu sprawia, iż artykuły cenowo nieprzystępne zdają się być przystępnymi), jednakże schemat ten nie może trwać wiecznie.

W końcu, nawet przy zerowych stopach procentowych, kwota zadłużenia staje się zbyt wysoka w stosunku do dochodów. Rządy zaczynają obawiać się dalszego pożyczania. Młodzi ludzie przekonawszy się, że kredyty studenckie są poważnym obciążeniem, odkładają zakup domów i samochodów. Napędzana rosnącymi płacami i zadłużeniem ekonomiczna „pompa” spowalnia, co prowadzi do wyhamowania wzrostu światowej gospodarki. Wraz z powolnym wzrostem gospodarczym zmniejsza się popyt na surowce wykorzystywane do budowy domów i fabryk, produkcji samochodów i innych towarów. Powolny wzrost gospodarczy jest tym, co przynosi utrzymujący się w ostatnich latach trend niskich cen surowców.

Cena ropy doświadczyła dramatycznego spadku w drugiej połowie 2008 roku, częściowo ze względu na niekorzystny wpływ wcześniejszej, wysokiej ceny nafty na gospodarkę, a częściowo z powodu kurczącej się wówczas ilości długu. Dopiero uratowanie banków pieniędzmi podatników (ang. bailout) i zapoczątkowanie pierwszego cyklu rozluźnienia ilościowego (ang. quantitative easing – QE1) przez Stany Zjednoczone pozwoliło jeszcze bardziej obniżyć długoterminowe stopy procentowe i stymulować wzrost cen energii. Co więcej, Chiny gwałtownie zwiększyły w tym czasie swoje zadłużenie przeznaczając ten dodatkowy dług na budowę nowych domów, dróg i fabryk. To również pomogło napompować ceny energii.

Ceny ropy wykazywały już nieznaczną tendencję spadkową w latach 2011-2014. W połowie 2014 roku nastąpiła ich duża redukcja, która zbiegła się z końcem trzeciej odsłony rozluźnienia ilościowego (QE3) i wolniejszym wzrostem zadłużenia w Chinach. Po tymczasowej zwyżce nastąpiła ostatnio ponowna obniżka cen związana ze spowolnieniem chińskiej i globalnej gospodarki. Zachodzi ono w Chinach m.in. dlatego, że kraj osiągnął granicę zapotrzebowania na domy, drogi i fabryki.

Co jest nie tak

1. Ważnym wydarzeniem jest to, że system finansowy świata prawdopodobne upadnie. W 2008 roku był tego bliski. Tym razem szansa na uniknięcie upadku jest niewielka.

2. Bez systemu finansowego zasadniczo nie funkcjonuje nic innego: system wydobycia ropy naftowej, system dostarczania energii elektrycznej, system emerytalny, zdolność giełdy do utrzymania swojej wartości. Zmiana, z jaką się konfrontujemy przypomina utratę systemu operacyjnego komputera lub odłączenie kabla sieciowego lodówki.

3. Nie wiemy, jak szybko potoczą się wypadki, ale sytuacja zmieni się najpewniej już po upływie roku. Próbując utrzymać wszystko w całości, finansowi liderzy świata „sięgną po każdy dostępny środek.” Dużą częścią problemu jest nadmiar zadłużenia. Trudno to naprawić, ponieważ zmniejszenie długu zmniejsza popyt i powoduje dalszą redukcję cen surowców. Niskie ceny prowadzą z kolei do obniżenia poziomu produkcji towarów. Na przykład produkcja żywności uzależniona od wkładu paliw kopalnych odnotuje z czasem ogromny spadek, podobnie jak produkcja ropy, gazu i węgla.

4. System energii elektrycznej dostarczanej przez sieć załamie się mniej więcej w tych samych czasowych ramach, co system zaopatrzenia w naftę. Nic nie zatrzyma się z dnia na dzień, ale wydaje się prawdopodobnym, iż dostawy elektryczności potrwają najwyżej rok lub dwa lata dłużej od dostaw ropy. Wszystkie systemy zależą od systemu finansowego. Skoro system naftowy nie może zapłacić swoim pracownikom i pozyskać części zamiennych w wyniku upadku systemu finansowego, to samo spotka system sieci elektrycznej.

5. Nasza gospodarka jest samo-organizującym się systemem sieciowym, który nieustannie rozprasza energię – w fizyce nosi nazwę struktury rozpraszającej. Inne przykłady takich struktur to rośliny, zwierzęta (w tym ludzie) i huragany. Wszystkie rosną, stopniowo osiągają stabilne rozmiary, by ostatecznie upaść i umrzeć. Wiemy o dużej liczbie wcześniejszych cywilizacji, które spotkał upadek. Najwyraźniej następował on wówczas, gdy zwrot z ludzkiej pracy był zbyt niski. Jego odpowiednikiem są zbyt niskie płace pracowników spoza kręgu elit. Płace odzwierciedlają nie tylko własną energię robotników (pozyskaną dzięki żywności), lecz także każdą wykorzystywaną energię uzupełniającą, którą zapewniają zwierzęta pociągowe, łodzie żaglowe lub elektryczność. Redukcja średniej płacy, zwłaszcza wśród ludzi młodych, jest jedną z oznak, że nasza gospodarka zmierza w stronę upadku śladem innych gospodarek.

6. Za szybkie tempo upadku odpowiada zadłużenie i derywaty. Nasza sieciowa gospodarka wymaga zadłużenia – aby wydobyć z ziemi paliwa kopalne, tworzyć alternatywne źródła energii – z kilku powodów: (a) Producenci nie muszą wcześniej zadbać o zaoszczędzenie pieniędzy, (b) Ludzie w średnim wieku wytwarzający produkty, które zużywają energię (samochody i lodówki) mogą „finansować” swoje fabryki, zatem nie muszą zadbać o zaoszczędzenie wymaganych kwot, (c) Konsumenci mogą sobie pozwolić na zakup bardzo drogich rzeczy, takich jak domy i auta, korzystając z planu spłaty w miesięcznych ratach, zatem nie muszą zadbać o zaoszczędzenie wymaganych kwot, i (d) Co najważniejsze, zadłużenie pomaga podnieść ceny wszelkiego rodzaju towarów (w tym ropy naftowej i prądu), gdyż pozwala, by większą liczbę klientów stać było na wykonane z ich użyciem produkty. Gdy gospodarka spowalnia, a my piętrzymy długi, dochodzi do załamania zadłużenia. Dzieje się tak dlatego, że gospodarka nie rośnie w takim wymiarze, by umożliwić wygenerowanie wystarczających towarów i usług, które podtrzymują system – czyli jednocześnie wypłacić odpowiednie wynagrodzenia, nawet pracownikom spoza kręgu elit; sfinansować rozrastający się rząd i wydatki korporacji; oraz spłacić zadłużenie wraz z odsetkami (wykres nr 1).

W którym punkcie modelowania energii i gospodarki popełniono błąd?

Dzisiejszy ogólny poziom zrozumienia samego funkcjonowania gospodarki, jak również zależności między energią i gospodarką, jest zatrważająco niski. Ekonomia zazwyczaj neguje, że istnieje bezpośredni związek między energią a gospodarką. Od 1800 roku populacja świata wzrosła od miliarda do ponad 7 miliardów, między innymi dzięki wykorzystaniu paliw kopalnych do zwiększenia produkcji żywności i leków. Jednak działacze na rzecz ochrony środowiska często wierzą, iż globalna gospodarka może trwać w niezmienionej formie bez paliw kopalnych. Istnieje prawdopodobieństwo, że po katastrofie finansowej będziemy zmuszeni zacząć od nowa, z nowymi lokalnymi gospodarkami opartymi na lokalnych zasobach. Przy takim scenariuszu wątpliwe jest, byśmy byli w stanie utrzymać światową populację liczącą nawet miliard ludzi.

Modelowanie ekonomii opiera się na obserwacji sposobu działania gospodarki z czasów, kiedy znajdowaliśmy się daleko od granic środowiskowej pojemności planety. Wskazówki z tego modelowania nie poddają się uogólnieniom w sytuacji, gdy zderzamy się z tymi granicami. Odwołując się do minionych sytuacji, ekonomiści oczekują, że ceny wzrosną wraz z pojawieniem się niedoborów. Oczekiwania te są błędne, ponieważ podstawowym problemem jest brak odpowiednich wynagrodzeń pracowników spoza kręgu elit. Kiedy problemem jest brak wynagrodzenia, pracowników zwyczajnie nie stać na kupno kosztownych towarów takich jak domy, samochody i lodówki. Wszystkie te produkty wytwarzane są przy użyciu surowców, zatem brak dostatecznie wysokich płac zamienia się w „sprzężenie zwrotne” systemu, które przybiera postać niskich cen surowców. Sytuacja ta stanowi całkowite przeciwieństwo prognoz standardowych modeli ekonomicznych.

Analiza „Peak oil” M. Kinga Hubberta przedstawiała najlepszy możliwy scenariusz i choć był on nierealistyczny, zwolennicy potraktowali go dosłownie. Jednym ze źródeł optymizmu Hubberta było założenie, iż kolejny produkt energetyczny, taki jak energia atomowa, pojawi się w ogromnej ilości, zanim schyłek ery paliw kopalnych przeobrazi się w poważny problem.

Sposób działania energii nuklearnej (wykres nr 2) wydaje się być ekwiwalentem mocy wyjściowej perpetuum mobile, dodającym nieskończoną ilość taniej energii, która może zastąpić paliwa kopalne. Powiązane źródło optymizmu dotyczy kształtu krzywej stworzonej przez sumę krzywych danego typu. Nie ma powodu liczyć na to, iż krzywa „całkowita” zachowa taki sam kształt, jak krzywe bazowe, chyba że dostępny będzie idealny substytut (tzn. za niską cenę, w nieograniczonej ilości, z możliwością bezpośredniego zastosowania w obecnych urządzeniach) tego, co jest modelowane – w tym przypadku są to paliwa kopalne. Gdy ilość wydobycia zależy od ceny, a cena może podlegać szybkim wahaniom, zasadnym jest przekonanie, iż krzywa zbiorcza będzie ostra, a nie łagodna. Na przykład wiemy, że falę prostokątną można przybliżyć za pomocą sumy funkcji sinusowych (wykres nr 3).

Światowa gospodarka działa w danym roku dzięki przepływom energii, chociaż większość analityków zwykło myśleć, że dzięki zdyskontowanym przepływom pieniężnym. Ty i ja spożywamy jedzenie, które wyhodowano bardzo niedawno. Model pożywienia potencjalnie dostępnego w przyszłości intryguje, aczkolwiek nie zaspokaja naszych potrzeb żywieniowych, gdy odczuwamy głód. Nasze auta są na ropę, którą również wydobyto niedawno; nasz system elektryczny działa na prąd, który wygenerowano praktycznie symultanicznie. Bardzo ścisły związek czasowy między produkcją a konsumpcją produktów energetycznych jaskrawo kontrastuje ze sposobem działania systemu finansowego. Składa on obietnice na daleką przyszłość, takie jak osiągalność lokat bankowych, wysokość wypłat emerytur i stałą wartość korporacyjnych akcji. Kiedy obietnice te są składane, nikt nie sprawdza, czy na ich spłacenie faktycznie dostępna będzie dostateczna ilość dóbr i usług. Mamy więc system, który obiecał znacznie więcej przyszłych dóbr i usług, niż prawdziwy świat zdoła dostarczyć. Załamanie jest nieuniknione; wygląda na to, że nastąpi w najbliższej przyszłości.

Zmiany w systemie finansowym mają ogromny potencjał, by zakłócić funkcjonowanie systemu przepływu energii. Popyt w danym roku jest wynikiem kombinacji wynagrodzeń, pozostałych strumieni dochodów oraz zmiany zadłużenia. Na przestrzeni dziejów zmiana zadłużenia była dodatnia. Pomogło to podnieść ceny surowców. Kiedy zaczyna się seria niewypłacalności, zmiana zadłużenia staje się ujemna i powoduje obniżenie cen towarów (punkt 6). Gdy tak się dzieje, niemożliwe jest zachowanie dostatecznie wysokich cen, aby wydobywać ropę, węgiel i gaz ziemny. Głównie z tego powodu system ulega upadkowi.

Badacze mają podążać śladami wcześniejszych badaczy, a nie zaczynać od podstawowego zrozumienia całego problemu. Podejmowanie próby zrozumienia całego problemu, w odróżnieniu od małego wycinka, jest trudne, zwłaszcza gdy każdego roku akademicy opracowują dużą liczbę publikacji poddanych recenzji naukowej. Niestety, istnieje mnóstwo badań, które sprawiały wrażenie trafnych, gdy je pisano, ale które tak naprawdę okazują się być błędne, gdy obierzemy szersze spojrzenie. Pisanie wielu artykułów bazujących na dotychczasowych badaniach po prostu powtarza przeszłe błędy. Problem ten trudno jest naprawić, ponieważ dziedzina energii i gospodarki obejmuje liczne obszary dociekań badawczych. Zrozumienie pełnego obrazu nie jest rzeczą prostą.

W kwestii energetyki i gospodarki bardzo kuszącym jest mówienie ludziom tego, co chcą usłyszeć. Jeżeli badacz nie rozumie, w jaki sposób działa system energii i gospodarki, a staje przed koniecznością zgadywania, z najbardziej przychylnym przyjęciem po opublikowaniu spotkają się następujące, sformułowane przezeń domysły: „Wszystko jest w porządku. Uratuje nas innowacja.” Albo: „Uratuje nas substytut.” Prowadzi to do tendencyjnych badań ukierunkowanych na „Wszystko jest w porządku.” Dostępność dotacji finansowych na zagadnienia, które budzą nadzieję wzmacnia ten efekt.

Analiza Zwrotu energii zainwestowanej (Energy Returned on Energy Investment – EROEI) mija się z sednem dzisiejszych problemów. Wiele osób wiąże z nią duże nadzieje i rzeczywiście czyni ona pewne postępy w wyjaśnieniu tego, co się obecnie dzieje. Ale nie dostrzega wielu istotnych punktów. Jednym z nich jest to, że istnieje wiele rodzajów EROEI. Tym, który ma znaczenie – chroni gospodarkę przed upadkiem – jest zwrot z ludzkiej pracy. Ten typ EROEI jest odpowiednikiem opodatkowanych wynagrodzeń pracowników spoza kręgu elit. Ten rodzaj zwrotu spada do zbyt niskiego poziomu, gdy całkowita ilość energii używanej do podparcia ludzkiej pracy jest za niska. Oczekujemy spadku ilości używanej energii, gdy jej ceny są zbyt wysokie lub jeśli ilość dostępnych produktów energetycznych jest ograniczona.

Zamiast przyglądać się pracowniczym pensjom, większość analiz EROEI rozważa zwroty z energii paliw kopalnych – coś, co pozostaje częścią układanki, ale jest dalekie od pełnego obrazu. Zwroty z energii paliw kopalnych można określać na podstawie przepływu pieniądza (przepływ energii) lub na podstawie „modelu” podobnego do zdyskontowanego przepływu pieniądza. Nie są one ekwiwalentne. Tym, czego potrzebuje teraz gospodarka jest energia przepływu pieniądza, a nie modelowana przyszła produkcja energii. Analizy przepływów pieniężnych prawdopodobnie należy przeprowadzać włączając całą branżę przemysłową; bezpośrednie i pośrednie wkłady w danym roku kalendarzowym byłyby porównywane z produkcją wyjściową w tym samym roku kalendarzowym. Stworzone przez człowieka źródła odnawialne źle wypadają w takich analizach, ponieważ przy ich wytwarzaniu zużywa się znacznej ilości energii, zaś energię dostarczaną stanowi głównie modelowana przyszła produkcja energii, przy założeniu, że obecna gospodarka będzie niezmiennie funkcjonować tak jak dzisiaj – co wydaje się coraz mniej prawdopodobne.

Jeżeli zmierzamy ku gwałtownemu załamaniu gospodarki w bliskiej perspektywie, dodawanie źródeł odnawialnych do sieci elektrycznej nie ma sensu. Jest to próba utrzymania dłużej stanu obecnego. Ale skoro tenże upada, cały plan jest daremny. Skończy się na wydobyciu większej ilości węgla i ropy, ażeby dodać turbiny wiatrowe lub panele słoneczne do tego, co wkrótce stanie się bezużytecznym systemem elektrycznym. Sieć nie utrzyma się długo, ponieważ nie zdołamy zapłacić pracownikom i obsługiwać jej bez systemu finansowego. Zatem dodając nasze odnawialne źródła energii, w zamian otrzymamy przede wszystkim krótkoterminowe problemy, bez spodziewanych korzyści długoterminowych.

Wniosek

Analizą najbliższą dzisiejszej sytuacji są Granice wzrostu z 1972 roku autorstwa Dennisa Meadowsa i innych. Modeluje ona zdarzenia, których można się spodziewać, gdy następuje zgodny z oczekiwaniami wzrost populacji i wydobycia surowców – ulegnie on stopniowemu wyhamowaniu wskutek zderzenia z malejącymi przychodami. Model podstawowy pokazuje, że załamanie nastąpi niebawem (wykres nr 4).

Kształt schyłku na wykresie nr 4 przypuszczalnie jest chybiony. Między innymi z tego powodu, iż model przygotowano w oparciu o fizyczną ilość towarów i ludzi, bez uwzględnienia roli, jaką odgrywa system finansowy, a w szczególności zadłużenie. Sądzę, że dług przyspieszy upadek. Co więcej, modelarzom nieznane były interakcje w kurczącej się gospodarce globalnej, tak więc nie mieli pojęcia, jakie poprawki powinni wprowadzić. Autorzy przyznali nawet, iż po początkowym spadku (produkcji przemysłowej i żywnościowej per capita) kształty krzywych nie są miarodajne. Pozostajemy zatem z wykresem nr 5.

Jeżeli rzeczywiście stoimy w obliczu schyłku prognozowanego przez modelowanie Granic wzrostu, to mamy do czynienia z położeniem bez prawdziwego rozwiązania. Nie możemy powiedzieć, że nikt nas nie ostrzegał. Postanowiliśmy pozostać głuchymi na ostrzeżenia. Urzędnicy państwowi dodatkowo wzmacniali tę postawę przeznaczając fundusze na badanie odległych, teoretycznie rozwiązywalnych problemów, zamiast dążyć do zrozumienia prawdziwej natury tego, z czym się konfrontujemy.

Pieczęć rządu JaponiiOpisaną w eseju, zatrważającą niewiedzę „autorytetów” ilustruje poniższy fragment rozmowy prof. Paula Krugmana, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, z Tarō Asō, ministrem finansów Japonii. Spotkanie doradcy z przedstawicielami rządu odbyło się 22 marca 2016:

Tarō Asō: „Pamiętam, że w latach 30. XX wieku Stany Zjednoczone również miały do czynienia z deflacją. Prezydent Roosevelt wprowadził wówczas politykę Nowego Ładu. Rezultaty były bardzo dobre, ale przez długi czas przedsiębiorcy i menedżerowie firm nie dokonywali inwestycji kapitałowych po otrzymaniu pożyczek. Trwało to aż do końca dekady. Podobna sytuacja ma obecnie miejsce w Japonii. Tutejsze przedsiębiorstwa generują rekordowe zarobki, ale nie chcą wydawać ich na inwestycje kapitałowe. Pokaźne zyski korporacyjnej Japonii powinny być przeznaczone na podwyżki płac, wypłaty dywidend lub inwestycje kapitałowe, ale tak się nie dzieje. Gotówka i depozyty pozostają nienaruszone. Rezerwy rosną. Tak samo było w USA. Co rozwiązało ten problem? II wojna światowa! Spójrzmy zatem na przedsiębiorców Japonii. Dominuje wśród nich myślenie deflacyjne. Muszą je zmienić i przystąpić do inwestycji kapitałowych. Szukamy zapalnika. Właśnie to budzi niepokój.

Paul Krugman: „Z makroekonomicznego punktu widzenia wojna stała się ogromnym bodźcem fiskalnym. To bardzo niefortunne. Była po prostu czymś, co uruchomiło budżetowe środki fiskalne, które w przeciwnym razie nie zostałyby uruchomione. W rzeczywistości Roosevelt wycofał się z pobudzania fiskalnego w 1937 roku, bo wtedy, tak jak i teraz, nasiliły się apele o zrównoważenie budżetu. Była to straszna pomyłka. Spowodowała drugą poważną recesję. Oczywiście szukamy sposobów na osiągnięcie czegoś podobnego bez wojny.”

Wypada dodać, że obecny premier Japonii Shinzō Abe jest jednym z najbardziej militarystycznych przywódców w nowożytnej historii kraju. Od 2013 jego administracja zmienia społeczeństwo bierne na agresywne. Proces żywi się wzbierającym nacjonalizmem i eskalacją napięć na Morzu Południowochińskim.

reuters_logoPodczas konferencji, która w dniach 25-27 sierpnia 2016 odbyła się w miejscowości Jackson Hole (USA), bankierzy centralni zawiadujący zdecydowaną większością światowej gospodarki wypuścili się daleko w gąszcz rynków pieniężnych i stóp procentowych, by wynurzyć się ze wspólnym błaganiem skierowanym do rządowych kolegów: prosimy, pomóżcie. Pogrążeni w realiach niskiego wzrostu gospodarczego, niskiej inflacji i niskich stóp procentowych, urzędnicy Rezerwy Federalnej, Banku Japonii i Europejskiego Banku Centralnego powiedzieli, że ich wysiłki zmierzające do ożywienia gospodarki poprzez politykę pieniężną nie przyniosą rezultatu, jeżeli wybrani liderzy nie podejmą śmiałych działań. Innymi słowy, przywódcy polityczni powinni otwarcie zmonetyzować publiczny dług (tj. sypnąć pieniędzmi ze śmigłowca) z zamiarem wygenerowania niekontrolowanej inflacji.

international-monetary-fund-imfMiędzynarodowy Fundusz Walutowy (International Monetary Fund – IMF) ostrzegł 27 września 2016, że banki centralne mogą przegrać z siłami deflacyjnymi i rządy muszą udzielić im wsparcia poprzez wydawanie pieniędzy. W nowej ocenie globalnych warunków gospodarczych MFW stwierdził, iż wiele krajów walczy z dezinflacją – niską i zwalniającą inflacją – z powodu słabego globalnego wzrostu gospodarczego. Jeśli krajowe banki centralne nie zdołają przezwyciężyć tego zastoju, a firmy i ludzie nabiorą przekonania, że sytuacji tej nie da się opanować, wówczas ich gospodarki pogrążą się w deflacyjnej spirali – ceny zaczną spadać, zaś przedsiębiorstwa i konsumenci ograniczą wydatki i inwestycje, co doprowadzi do gospodarczej zapaści. Raport wyjaśnił, iż deflacyjne naciski, których doświadcza wiele państw, przenoszone są z zagranicy w postaci coraz niższych cen zarówno surowców, jak i wyrobów gotowych. „Zakres redukcji inflacji w poszczególnych krajach oraz fakt, że jest on największy w sektorach towarów podlegających wymianie handlowej podkreśla globalny charakter sił dezinflacyjnych,” wyjaśnił MFW. Słaba inflacja podważa zdolność banków centralnych do korzystania z polityki monetarnej w celu pobudzenia popytu, zauważył MFW, ponieważ stopy procentowe już teraz są bardzo niskie, co pozostawia niewiele miejsca na kolejne cięcia.

Wpis powiązany tematycznie: „Granice wzrostu: Jak mamy zareagować?”

Tłumaczenie: exignorant

Opublikowano Gospodarka, finanse, surowce i energia, Kluczowe badania | Otagowano

Sztuczna Inteligencja i biurowe spinacze

Autor: Sean Miller (wersja oryginalna)

12 października 2015

HAL 9000

Czarny charakter „2001: Odysei kosmicznej”.

W ubiegłym roku rozprawiano często o groźbie sztucznej inteligencji (ang. Artificial Intelligence – AI). Letni sezon filmowy w swojej ofercie miał aż cztery tytuły z udziałem bohaterów AI. Idąc eminentnym, wirtualnym śladem komputera HAL z 2001: Odysei kosmicznej, Hollywood ma w zwyczaju malować swoje postacie AI jako socjopatów zdeterminowanych, by zniszczyć zarówno protagonistów snutej opowieści, jak i całą ludzkość. W niekończącej się serii o Terminatorze „maszyny” nauczyły się nawet podróżowania w czasie, naginając nie tylko prawa fizyki, lecz także tolerancję widzów wobec nadto zawiłych zwrotów akcji.

Fiksacja Hollywood na punkcie zagrożenia AI wzmaga skłonność społeczeństwa do zamartwiania się abstrakcyjnymi widziadłami i jednoczesnego ignorowania palących kwestii, takich jak zmiana klimatu, upadek ekosystemów i planetarne wymieranie. Nie pomaga fakt, że bodaj najpopularniejszy naukowiec świata Stephen Hawking, potęguje tę histerię, nawiązując do kolejnego filmu z socjopatycznym antagonistą AI w roli głównej.

Za wyrocznią z Cambridge posłusznie podążają technologiczni miliarderzy. Zatem Elon Musk, Bill Gates i Steve Wozniak dokładają się szczodrze do siania strachu. Wykorzystując w pełni ambonę przyznaną mu w związku z reputacją wiodącego fizyka teoretycznego, Hawking wypowiadał przy wielu okazjach złowieszcze komunikaty na temat AI. W rozmowie z BBC stwierdził, iż „rozwój pełnej sztucznej inteligencji może oznaczać koniec rasy ludzkiej.” Jest to prawdopodobnie, wyjaśnił, ponieważ „ludzie, którzy są ograniczeni przez powolną ewolucję biologiczną, nie mogliby konkurować i zostaliby wyparci.”

Stephen Hawking ofiarował nam zadziwiający wgląd w naturę kosmosu, zwłaszcza pojęcie czarnych dziur – które wbrew swej nazwie faktycznie emitują promieniowanie. Zdobył prawie każdy dostępny fizykom laur, oprócz Nagrody Nobla. Ale jak to bywa w kulcie scjentyzmu, fizycy mieniący się społecznymi intelektualistami przyjmują rolę, którą w epoce przedprzemysłowej pełnili najwyżsi kapłani. Proklamacje Hawkinga w sprawach wykraczających poza sferę jego badawczych dociekań nabierają niemal proroczego znaczenia.

Hawking, bez wątpienia wybitny kosmolog, jest kiepskim filozofem nauki, a tym bardziej prognostykiem dalekiej przyszłości. Sam całkowicie odrzucił filozofię jako nonsens zdezaktualizowany przez wszechwiedzę monolitycznej nauki. W swoim wąskim racjonalistycznym spojrzeniu na świat zapewne odniósł się wyłącznie do filozofii analitycznej, która rzeczywiście straciła wiele ze swojej wiarygodności ze względu na obsesyjne małpowanie technicznego rygoru matematyki. Jednakże odrzucenie filozofii jako całości zdradza niepokojącą obojętność na bogatą zachodnią tradycję intelektualną i granice nauki.

Jako że przesadą byłoby wyobrażenie sobie Hawkinga uprawiającego starożytną sztukę odczytywania losu z parujących wnętrzności zwierząt, możemy o nim pomyśleć jako praktyku bardziej nowoczesnej odmiany wróżbiarstwa. Nazwijmy ją algorytmią, wróżeniem z algorytmów, które jest ulubioną metodą technofilów na całym świecie.

Częścią problemu jest to, iż termin „sztuczna inteligencja” sam w sobie jest mylący. Z ust każdego chemika żywieniowego usłyszysz, poza trywialną potoczną definicją, iż rozróżnienie pomiędzy tym, co sztuczne a tym, co naturalne jest w najlepszym razie dowolne, choć najczęściej motywowane ideologicznie. AI nie jest sztuczna po prostu dlatego, że tworzymy ją my, istoty naturalne.

AI nie jest też szczególnie inteligentna, czyli autonomiczna. Rozważmy przypadek Watsona, superkomputera IBM, który wygrał słynny amerykański teleturniej „Jeopardy”. Jego twórcy, nie usatysfakcjonowani tym niezwykłym wyczynem, postanowili przygotować podopiecznego do pozyskania licencjatu z medycyny, gromadzenia materiału dowodowego sprawniej od studentów pierwszego roku prawa i zdeklasowania radiologów w wykrywaniu raka płuc na cyfrowych zdjęciach rentgenowskich.

Ale w porównaniu z bakterią Escherichia coli Watson jest kretynem. Bakterie, pierwsze formy ziemskiego życia, istnieją od 4 miliardów lat. Stanowią większą część biomasy planety, niż rośliny i zwierzęta razem wzięte. Bakterie charakteryzuje oszałamiająca różnorodność form, zachowań i siedlisk. W przeciwieństwie do AI są one autonomiczne. Poruszają się, konsumują i rozmnażają samodzielnie. Wykazują się w świecie własną inicjatywą. Dlatego, gwoli większej precyzji, należy stwierdzić, że bakterie są więcej niż tylko autonomiczne – są autopoietyczne. Pomimo swej złożoności strukturalnej nie potrzebują niczyjej interwencji, z ludzką włącznie, by ewoluować.

Jednak gdy wyobrażamy sobie bakterie, mamy tendencję do przywoływania ilustracji, które mylnie je uproszczają. W skali molekularnej właściwiej jest wyobrazić sobie bakterię nie jako pigułkę z ogonem, ale zgodnie z sugestią Jamesa Lovelocka, twórcy hipotezy Gai, jako wyspę Manhattan. W bakterii, jednym z najprostszych organizmów na Ziemi, szereg struktur – kapsuła, ściana, membrana, cytoplazma, rybosom, plazmid, włoski, nukleoid, wić – pracuje zgodnie na rzecz wspólnych celów. W tej zdumiewającej symfonii wewnętrznej i zewnętrznej aktywności organicznej uczestniczy niewątpliwie ogromna inteligencja, o której my, racjonalni obserwatorzy, mamy zaledwie blade pojęcie.

Oto przykład, który pomoże rzucić światło na kontrast pomiędzy inteligencją skromnego organizmu jednokomórkowego takiego jak Escherichia coli oraz AI. Kilka lat temu D.E. Shaw, uznany analityk giełdowy z Wall Street, zainaugurował wersję non-profit swojego szalenie intratnego funduszu hedgingowego w celu zanalizowania dynamiki molekularnej białek w komórkach; miał nadzieję położyć podwaliny przyszłych przełomowych odkryć medycznych. Za stos gotówki uszczkniętej z ogromnej fortuny najął pluton naukowców i inżynierów, aby zamiar ten urzeczywistnić. Zbudowano specjalną wersję superkomputera, który otrzymał imię Anton, na cześć słynnego holenderskiego wynalazcy mikroskopu, Antona van Leeuwenhoeka.

Escherichia coli

Bakteria Escherichia coli.

Anton i jego następcy spędzają kolejne dni wykorzystując światowej klasy moc obliczeniową do śledzenia stochastycznej szamotaniny łańcuchów białkowych. Powróćmy do analogii Lovelocka, która obierając kryterium złożoności, zrównuje pojedynczą komórkę z wyspą Manhattan. Poprowadźmy ją dalej: tym, co robi Shaw i jego podwładni przy użyciu swoich superkosztownych superkomputerów jest modelowanie pojedynczego budynku mieszkalnego na rogu 82. East i Yorku. Miliarder potrzebowałby armii Antonów, żeby przynajmniej zapoczątkować opis zgiełku panującego na całej wyspie.

Ludzkie zachowanie, spodziewanie irracjonalne, jest kulminacją złożoności, która przyćmiewa względny prymitywizm bakterii. Nasze ciała składają się z 10 bilionów komórek eukariotycznych współpracujących zgodnie ze 100 bilionami komórek goszczonych, nie-ludzkich. Nasze umysły – osadzone w tych ciałach – wchodzą w interakcje z ogromnym, dynamicznym światem. Max Galka, ekspert w dziedzinie uczenia się maszyn, mówi, że „maszyny są beznadziejne w myśleniu, jakiego wymaga przewidywanie ludzkich zachowań.” Po latach pracy, podkreśla uczony, „nie nastąpił żaden znaczący postęp, który sugerowałyby, że jest to w ogóle możliwe.”

Właśnie w tym punkcie koncepcja AI Hawkinga zaczyna się sypać. Ostrzega on, iż „nie istnieje żadne prawo fizyczne uniemożliwiające cząstkom zorganizowanie się w taki sposób, aby wykonać obliczenia jeszcze bardziej zaawansowane od układów cząstek w ludzkich mózgach.” Jest to perspektywa fizyka, któremu zaszczepiono następujące pojęcie ludzkiej inteligencji: „mózg jako komputer”. Tymczasem mózgi są organami ciał składających się z komórek, a inteligencja jest czymś więcej niż tylko „zaawansowanymi obliczeniami”. Molekuły, które tworzą w bakterii łańcuchy białek oddają się czemuś więcej niż tylko wzajemnym, losowym przepychankom. Tutaj również występuje coś podobnego do „zaawansowanych obliczeń”, ponieważ bakterie są spójnymi, żyjącymi istotami.

Bez wątpienia bakterie nie mogą być racjonalne na sposób definiowany przez racjonalistów pokroju Hawkinga, ale z pewnością wykazują się inteligencją. Mają potrzeby. Funkcjonują w świecie tak, aby potrzeby te zaspokoić. Prokarioty i arecheany są czymś o wiele więcej niż organicznym odpowiednikiem maszyn. Maszyny mogą działać w świecie, ale nie przejawiają inicjatywy. Maszyny są jedynie przedłużeniem swoich konstruktorów i użytkowników.

Stąd trafniejszym określeniem dla sztucznej inteligencji jest protetyka poznawcza. AI wspomaga myślenie ludzi, ich cele, popędy i uprzedzenia. Mówię „ludzi”, a nie „ludzkie”, ponieważ nie chcę generalizować. Konkretne przykłady AI, będącej zasadniczo komputerowym kodem, tworzą i aktywują ludzie w określonych kontekstach społecznych. Napędy AI są odzwierciedleniem dziwactw osób piszących jej kod. Jak ujmuje to John Havens, autor książki Heartificial Intelligence, „Skoro ludzie programują kod AI, oznacza to w istocie, że musimy skodyfikować własne wartości przed ich zaprogramowaniem.” W kodyfikowaniu należy ująć naszą etykę – takie wszczepienie wartości jest nieuniknione. Watson i Anton zostały nastawione przez swoich twórców do wykonania konkretnych zadań, które służą interesom organizacji je finansujących. Watson i Anton to my.

Zatrwożeni ekspansją maszyn komentatorzy przestrzegają przed nadejściem nieuniknionej chwili, kiedy to służąca nam AI stanie się „samoświadoma”. Hawking, być może oczarowany milenijnym ferworem, nazwał ten moment „eksplozją inteligencji”. Inni preferują określenie „technologiczna osobliwość” (ang. singularity), które z właściwą popularnej fikcji naukowej egzaltacją ukuł Vernor Vinge. W tej sądnej chwili AI domyśli się, iż rywalizuje z nami o zasoby, uzna nas za niedogodność blokującą urzeczywistnienie marzenia o własnej wspaniałej cywilizacji i bez najmniejszych skrupułów dokona naszej eksterminacji.

Podobnie złowróżbne przeczucia raz jeszcze zdradzają niewiedzę o tym, jak funkcjonuje prawdziwie autopoietyczna inteligencja. Racjonaliści przeważnie postrzegają świadomość jako magiczną esencję, która rezyduje w ludzkim mózgu. Z odpowiednią recepturą algorytmów i danych może zatem nastąpić magiczna erupcja porównywalnej świadomości i współodczuwania z matrycy kodu, który nawiedza nasze cenne superkomputery. Pyszną jest ironia, że ci, którzy wzorem Hawkinga bezzwłocznie obnażają absurdy inteligentnego projektu, są również tymi, którzy recytują prognozę, iż ludzie stworzą życie z jedynek i zer.

Reżyser teatru improwizacji Keith Johnstone napisał w 1979 roku, że „normalna świadomość związana jest z interakcjami, prawdziwymi lub wyimaginowanymi, z innymi ludźmi.” Chciałbym pójść o krok dalej i powiedzieć, nawiązując do filozofa Alva Noé, że świadomość, normalna lub inna, wyłania się z interakcji z ludźmi, prawdziwymi lub wyimaginowanymi. Tak, mózg mieści świadomość, ale nie jest on słoikiem. Z oczywistej konieczności działa w połączeniu z ogromną, przeważnie nieświadomą inteligencją, którą jest ciało. Co jednak najważniejsze, świadomość powstaje także z naszych wzajemnych oddziaływań. W efekcie świadomość jest w swojej relacji z ciałem czymś w równym stopniu zewnętrznym i wewnętrznym. Rozprowadza ją sieć interakcji, symbolicznych i fizycznych, w jakie ze sobą wchodzimy. Świadome (współ)odczuwanie jest społeczne.

Ażeby stać się świadomą, każda AI musiałaby stać się świadomą innych, ponieważ własne ja nie ma znaczenia poza kontekstem społecznym. Doświadczenie właściwej socjalizacji wymagałoby od hipotetycznej jednostki AI posiadania ciała, a nie jedynie obwodów składających się na wewnętrzne środowisko komputerów. Podobnie jak mózgi, AI nie może znać siebie bez cielesnej interakcji z innymi. Poczucie własnego ja AI wyłoniłoby się ze sprzężenia jej ciała ze społecznością innych ciał egzystujących w świecie. Większość specjalistów AI zdaje sobie z tego sprawę. Michael Li, dyrektor wykonawczy Data Incubator, pisze:

„Wczesne badania nad AI uznawały rozumowanie za całkowicie abstrakcyjne i dedukcyjne: mózg w zbiorniczku przetwarza sobie symboliczne informacje. Paradygmaty te były kruche i niespecjalnie uogólniające. Niedawne ich aktualizacje włączają ciało i ‚spostrzeganie zmysłowe’; indukcyjne uwzględnianie danych z rzeczywistego świata i wyciąganie wniosków z doświadczeń – tak jak robi to ludzkie dziecko. Widzimy psa, słyszymy jego szczekanie i powoli zaczynamy kojarzyć psy ze szczekaniem.”

Uwzględniwszy praktyczne ograniczenia AI, pozostaje się zastanowić, o co tak naprawdę chodzi wróżbicie Hawkingowi, kiedy ostrzega przed nieuchronnym zamachem stanu AI. Skoro trafniej jest klasyfikować AI jako poznawczą protezę, wypada cofnąć się do jej źródła. Być może tym, co niepokoi Hawkinga nie jest wrogo nastawiony Inny – chociażby agent Smith z widowiska The Matrix – ale bardziej pospolity Inny, którym są… inni ludzie.

Staje się to oczywiste, gdy rozważymy eksperyment myślowy popularny wśród entuzjastów AI: superinteligencja może zniszczyć nas nieumyślnie, niestrudzenie realizując cel produkowania spinaczy biurowych. Obraz spinacza ma z założenia uchodzić za kapryśnie arbitralny. To dubler dowolnego celu, który może radykalnie odbiegać od naszych dążeń. Niemniej jego wybór jest wymowny. Ten z pozoru niewinny wizerunek reprezentuje przykład sztucznej inteligencji, która istnieje w dzisiejszym świecie i prowadzi do naszego samozniszczenia.

Nazywamy ją biurokracją. Biurokracja jest superinteligencją, która zamienia osoby w maszyny. Mimo że jesteśmy od niej całkowicie uzależnieni, realia tego stanu rzeczy wzbudzają nasz brak zaufania i żal. To Generalna Dyrekcja Dróg. To Big Data. To Wall Street. To Głębokie Państwo. Najbardziej w biurokracji przeraża fakt, iż jest to hybryda człowiek-maszyna, cyborg. Zazwyczaj myślimy o cyborgach w stylu Terminatora lub RoboCopa, ale najbardziej wyrafinowaną jego formą jest ta, w której podparty technologią system odpowiada za „myślenie”, zaś ludzie są trybikami. Podobnie jak The Matrix. Albo McDonald’s.

Na nasze nieszczęście, mimo powtarzanych przez Hawkinga przestróg, „technologiczna osobliwość” biurokracji już nam towarzyszy. Była tu, kiedy sumeryjscy satrapowie odciskali w glinianych tabliczkach wyniki zbiorów. A dzisiaj obecna jest na polach przyczep kempingowych w Arizonie, w których zastępy egzekutorów z joystickiem sieją zdalnie śmierć z brzęczących nad Pakistanem dronów.

Oby nasi korporacyjni właściciele – i biurokracje, które wzmacniają ich władzę – nie zdążyli zniszczyć naszego środowiska życia, z uporem maniaka produkując biurowe spinacze.

Tłumaczenie: exignorant

Krótka historia bezpiecznego limitu (aktualizacja: 27.04.2017)

Wyniki naszego badania pokazują, że nie istnieje bezpieczny limit i już teraz pojawia się wiele nagłych zmian przy poziomie globalnego ocieplenia znacznie niższym od 2 stopni Celsjusza.” Prof. Sybren Drijfhout z Uniwersytetu Southampton, główny autor badania opublikowanego w październiku 2015 przez Proceedings of the National Academy of Sciences, które ujawniło gwałtowne przeobrażenia zachodzące w wiecznej zmarzlinie, lodzie morskim, pokrywie śnieżnej, oceanach i biosferze Ziemi

Badanie zamieszczone na łamach Energy Policy w czerwcu 2016 wykazało, że świat nie powstrzyma wzrostu średniej globalnej temperatury, który przekroczy 2°C. Autorzy podkreślają, że każdego dnia co godzinę wydobywamy z Ziemi 3.8 miliona baryłek ropy, 32.000 ton węgla, 395 milionów metrów sześciennych gazu ziemnego, zaś do atmosfery planety wprowadzamy 4.1 miliona ton dwutlenku węgla.

Naukowcy Centrum Międzynarodowych Badań nad Klimatem i Środowiskiem w Oslo (Center for International Climate and Environmental Research) opublikowali 30 stycznia 2017 w Nature Climate Change pracę badawczą, która ustaliło, iż ekspansja energii odnawialnej nie zapobiegnie katastrofalnej zmianie klimatu. Nawet jeśli wydajność energii słonecznej i wiatrowej będzie rosła w zawrotnym tempie, nie uda się zatrzymać wzrostu średniej globalnej temperatury na poziomie poniżej 2°C. Szybkie wdrożenie technologii wiatrowych, słonecznych i aut elektrycznych tak naprawdę nie zastępuje wzrostu eksploatacji paliw kopalnych lub transportu konwencjonalnego,” powiedział Glen Peters, główny autor analizy. Jak się okazało, nawet rekordowe inwestycje w sektorze wiatrowym i słonecznym praktycznie nie zmniejszyły ilości wprowadzanego do atmosfery węgla.

„Rządy mają 10 lat na rozwiązanie problemu efektu cieplarnianego, zanim wymknie się ludzkiej kontroli.” Dr Noel Brown, dyrektor Programu Środowiskowego ONZ, wypowiedź z czerwca 1989

„Nasze społeczeństwo wpadło w rwące bystrza, czego przykładem jest zmiana klimatu. W pewnym okresie mieliśmy sposobność, by w jakimś stopniu wpłynąć na przyszły klimat poprzez decyzje dotyczące wykorzystania paliw kopalnych. Czas ten według mnie minął. W zmianie klimatu coraz bardziej dominującą rolę odgrywa seria dodatnich sprzężeń zwrotnych – takich jak cykl metanu i topnienie arktycznej pokrywy lodowej – które są poza kontrolą człowieka. Stały się one czynnikami napędowymi systemu klimatycznego. Czynnikami tymi nie są ludzie usiłujący podczas wspólnych posiedzeń uzgodnić, który z kilku prawdopodobnych rezultatów preferują najbardziej.” Prof. Dennis Meadows, główny autor pracy badawczej Instytutu Technologicznego w Massachusetts pt. „Granice wzrostu” (1972), wypowiedź z czerwca 2015

 „Do dwóch molekuł dwutlenku węgla, które wprowadzamy do atmosfery, sprzężenia zwrotne dodają kolejne trzy. To bardzo niepokojące, ponieważ dodatnie sprzężenia zwrotne zaczynają być czynnikiem, który dominuje w procesie ocieplenia. Prof. Peter Wadhams, dyrektor Grupy ds. Fizyki Oceanu Polarnego Wydziału Matematyki Stosowanej Uniwersytetu Cambridge, wypowiedź z 10 czerwca 2016

Badanie zamieszczone 1 grudnia 2016 w Nature zidentyfikowało kluczowe sprzężenie zwrotne klimatu: ocieplenie Ziemi wywołane przez cywilizację industrialną sprawia, że gleby wydychają węgiel. Proces ten znany jest jako „kompostowa bomba”. Mikroorganizmy glebowe na ogół konsumują węgiel, a następnie uwalniają CO2 jako produkt uboczny. Duże obszary planety – od Alaski i północnej Kanady po Europę Północną i rozległe połacie Syberii – były wcześniej zbyt zimne, aby oddychanie gleb mogło tam zaistnieć. Wzrost temperatur spowodował, iż teraz wprowadzają one do atmosfery znacznie większe niż kiedykolwiek ilości dwutlenku węgla i metanu. Nawet przy natychmiastowym wstrzymaniu wszystkich cywilizacyjnych emisji gazów cieplarnianych, gleby nadal będą uwalniać co najmniej taką samą ilość CO2 i CH4, jaką wytwarzał przemysł paliw kopalnych w połowie XX wieku. „Można śmiało powiedzieć, że globalne ocieplenie przekroczyło punkt bez powrotu i nie możemy już odwrócić jego skutków,” powiedział dr Thomas Crowther, główny autor pracy. „Nasza analiza przedstawia empiryczne dowody potwierdzające od dawna wyrażaną obawę, iż wzrost temperatur stymuluje proces utraty glebowego C na rzecz atmosfery, co napędza dodatnie sprzężenie zwrotne klimatu, które przyspieszy planetarne ocieplenie w XXI wieku,” napisali badacze. „To z kolei może oznaczać, że wszelkie starania ludzi mające ograniczyć emisje nie wystarczą, bo otacza nas zewsząd inne ich źródło – sama Ziemia.”

Publikowane oświadczenia konsensusu klimatycznego nie uwzględniają nagłej zmiany klimatu. Powodem jest to, że nie potrafimy jej modelować, chociaż dysponujemy dostatecznymi dowodami na występowanie gwałtownych (nieliniowych) zmian klimatycznych w prehistorii. Może wydawać się wręcz niewyobrażalne, że te najważniejsze przeobrażenia zostały pominięte w polityce klimatycznej, ale tak właśnie działa kultura konsensusu naukowego.” Bruce Melton, artykuł z 15 kwietnia 2017

„Konfrontujemy się z nagłą zmianą klimatu Ziemi. Doświadczamy jej mniej więcej od 2010 roku.” Dr Jim Salinger, główny autor z nagrodzonego Noblem w 2007 Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu, wypowiedź z listopada 2015

W poniższym opracowaniu wykorzystano fragmenty artykułów Cory Morningstar i Dahra Jamaila.

COP21W pierwszym tygodniu grudnia 2015 delegacje z prawie 200 krajów uczestniczą w 21 Konferencji państw stron Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu (COP21). (1) Zapowiadana była, wzorem poprzednich, jako Najważniejsze spotkanie klimatyczne w historii™. Celem, podobnie jak podczas minionych zjazdów, jest nakłonienie rządów do podjęcia niezbędnych kroków, by zredukować emisje dwutlenku węgla i ograniczyć ocieplenie planety do 2 stopni Celsjusza powyżej przedindustrialnej temperatury wyjściowej.

Nawet gdyby mogło zapobiec globalnemu kataklizmowi, zatrzymanie wzrostu temperatury Ziemi poniżej poziomu 2°C jest już niemożliwe. Pod koniec września 2015 Instytut Technologiczny w Massachusetts (MIT) opublikował wynik [zachowawczej] analizy Interaktywny Klimat (Climate Interactive): nawet gdyby wszystkie państwa wywiązały się ze złożonych w Paryżu deklaracji zmniejszenia emisji dwutlenku węgla, realizując tzw. zamierzone, określone przez każdy kraj wkłady (Intended Nationally Determined Contributions – INDC), to i tak nie uda się uniknąć „katastrofalnego poziomu planetarnego ocieplenia,” który znacznie przekroczy 2°C. (2) Do identycznego wniosku doszła Konwencja Klimatyczna ONZ (UNFCCC).

Uzgodniony limit 2°C ma czysto polityczny charakter. Nie opiera się na ustaleniach naukowych. Ostatnie analizy i obserwacje potwierdzają słuszność licznych badań, które na przestrzeni dekad wykazały, iż skok temperatury Ziemi o 1 stopień Celsjusza powyżej wartości bazowej uruchomi dodatnie sprzężenia zwrotne, wywoła ekstremalne zjawiska pogodowe i destrukcyjny wzrost poziomu morza.

Narodowe Centrum Badań Atmosferycznych USA (NCAR), Służba Meteorologiczna Wielkiej Brytanii (Met Office), Narodowa Służba Oceaniczna i Meteorologiczna USA (NOAA), Narodowa Agencja Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej (NASA) i Agencja Meteorologiczna Japonii (JMA) podały, że tegoroczna średnia globalna temperatura przekroczyła już niebezpieczną granicę 1°C, przed którą w 1990 roku ostrzegała Grupa Doradcza Narodów Zjednoczonych ds. Gazów Cieplarnianych: „Wzrost temperatury o ponad 1°C może wywołać szybkie, nieprzewidywalne i nieliniowe reakcje, które mogą prowadzić do rozległych uszkodzeń ekosystemu.”

Główni systemowi beneficjenci nie wysłuchali 35 lat temu mądrej rady – skutecznie ją pogrzebawszy, przekonali społeczeństwa, że próg 2°C będzie bezpieczny.

Triumf przerażającej logiki

„Kot bogacza może pić mleko, którego potrzebuje biedny chłopiec, by zachować zdrowie. Czy dzieje się tak dlatego, że rynek zawiódł? Wcale nie, bowiem mechanizm rynkowy robi to, co powinien – przekazuje dobra w ręce tych, którzy głosują dolarami.”

Pierwszej sugestii o wykorzystaniu 2°C jako krytycznego limitu temperatury w ramach polityki klimatycznej nie sformułował uznany badacz systemu klimatycznego Ziemi. Uczynił to autor powyższego zimnego cytatu, neoklasyczny ekonomista i profesor Uniwersytetu Yale, William Nordhaus. W swoim dokumencie konsultacyjnym, opublikowanym w 1977 roku przez prestiżową Fundację Cowlesa, stwierdził: „Gdyby zaistniały globalne temperatury wyższe o 2 lub 3°C od aktualnej wartości średniej, wyprowadziłyby one klimat poza zakres obserwacji obejmujących ostatnie kilkaset tysięcy lat.” Ten wzrost temperatury jest w rzeczywistości daleko poza naturalnymi granicami ostatnich 10.000 lat, podczas których rozwinęło się rolnictwo i cywilizacja. Jest on również najwyższy od milionów lat.

Po opracowaniu jednego z pierwszych ekonomicznych modeli szacujących strategię polityczną zmiany klimatu Nordhaus pozostaje jednym z najbardziej wpływowych ekonomistów mających wkład w modele zmiany klimatu oraz budowę scenariuszy emisji. Stanowczo sprzeciwiał się drastycznym redukcjom emisji gazów cieplarnianych, niezbędnym do uniknięcia globalnej pożogi, „argumentując za powolnym procesem zmniejszania emisji jako bardziej uzasadnionym pod względem ekonomicznym.”

Richard Jork, Brett Clark i John Bellamy Foster obnażyli przerażającą „logikę” Nordhousa w swojej wyczerpującej analizie. Oto cytat z podrozdziału Ekonomiści kontra przyrodoznawcy:

Ekonomiści establishmentu praktycznie z definicji są środowiskowymi sceptykami. Tym niemniej mają przesadny wpływ na politykę klimatyczną jako orędownicy dominującego celu społeczeństwa kapitalistycznego, któremu podporządkowane są wszystkie inne cele. (Badacze społeczni spoza kręgu ekonomistów albo opowiadają się po stronie tych ostatnich, akceptując akumulację jako właściwy cel społeczeństwa, albo są w dużej mierze wykluczeni z debaty). W jaskrawym do nich przeciwieństwie przyrodnicy i fizycy są coraz bardziej zaniepokojeni degradacją planetarnego środowiska, ale mają oni mniej bezpośredni wpływ na reakcje polityki społecznej.

Ekonomiści nurtu głównego są szkoleni w promowaniu prywatnych zysków jako najistotniejszego „bilansu” społeczeństwa, nawet kosztem ważniejszych kwestii ludzkiego dobrobytu i środowiska naturalnego. Rynek rządzi wszystkim, nawet przyrodą. Dla Miltona Friedmana środowisko nie stanowiło problemu, ponieważ odpowiedź była prosta i jednoznaczna. W jego ujęciu „wartości ekologiczne mogą znaleźć na rynku swoje naturalne miejsce, podobnie jak każde inne zapotrzebowanie konsumpcyjne.”

Jednakże przyrodoznawcy, w odróżnieniu od ekonomistów, swoje dociekania zakorzeniają w materialistycznej koncepcji przyrody i zajmują się analizą pewnego poziomu świata przyrody, którego warunki są znacznie bardziej skłonni traktować poważnie. Dlatego przejawiają zdecydowanie mniejszą tendencję do deprecjonowania problemów środowiskowych.

Konflikt między ekonomistami i badaczami przyrody o globalne ocieplenie wyszedł na światło dzienne w wyniku artykułu Williama Nordhausa, który ukazał się w 1993 roku na łamach Science, wiodącego czasopisma dyscypliny nauk przyrodniczych. Autor prognozował, że utrata światowej produkcji brutto spowodowana kontynuacją trendów globalnego ocieplenia będzie nieznaczna (około 1 procent PKB w 2100). Jego konkluzja wyraźnie kłóciła się z ustaleniami nauk przyrodniczych, ponieważ te same trendy mogą prowadzić, według ówczesnych scenariuszy Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC), do wzrostu średniej globalnej temperatury o 5.8°C, która zdaniem uczonych oznaczała ni mniej, ni więcej, tylko katastrofę dla cywilizacji i samego życia. W swoim artykule Nordhaus wnioskował, iż podejmowanie prób stabilizacji emisji będzie gorsze niż bezczynność. Sprowokowało to wiele ostrych replik uznanych przyrodoznawców (w listach do Science), którzy uznali analizę Nordhausa za oczywisty absurd.

Nordhaus bronił później swoich poglądów posiłkując się ankietą wpływowych ekonomistów i uczonych; poprosił ich o sformułowanie szacunków, a wyniki opublikował na łamach American Scientist w 1994. Ekonomiści, których wybrał zgodzili się z nim, że zmiana klimatu będzie miała niewielki wpływ na gospodarkę. (3) Nordhaus zauważył, że ci, którzy wiedzieli o niej najwięcej demonstrowali optymizm. […] Stephen Schneider, biolog i klimatolog z Uniwersytetu Stanforda (i główny krytyk zarówno Bjørna Lomborga, jak i Nordhausa), odparł, że ci, którzy wiedzą najwięcej o środowisku wyrażają zaniepokojenie. w 1997 roku podsumował debatę w swoim Laboratory Earth: „Większość konwencjonalnych ekonomistów […] było zdania, że nawet ogromna zmiana klimatu [wzrost średniej globalnej temperatury o 6°C] – odpowiadająca skali przejścia od epoki lodowcowej do interglacjału na przestrzeni stu, a nie tysięcy lat – miałaby tylko kilkuprocentowy wpływ na gospodarkę światową. Krótko mówiąc, akceptują oni paradygmat, w którym społeczeństwo jest prawie niezależne od przyrody.” […]

Niezdolność modeli ekonomicznych do obliczenia ludzkich i ekologicznych kosztów zmiany klimatu nie powinna nas dziwić. Burżuazyjna ekonomia posiada pieczołowicie kultywowaną niewrażliwość na tragedię ludzi (o katastrofie środowiska naturalnego nie wspominając), która stała się niemal definicją „okrucieństwa człowieka wobec człowieka”. Thomas Schelling, laureat przyznawanej przez Bank Szwecji Nagrody Nobla w dziedzinie nauk ekonomicznych i jeden z ośmiu ekspertów odpowiedzialnych za Porozumienie w Kopenhadze, słynie z takiej oto argumentacji: skoro skutki zmian klimatycznych dotkną w nieproporcjonalnie większym stopniu biedne kraje globalnego Południa, sprawą dyskusyjną jest, jak wiele zasobów na łagodzenie trendów klimatycznych powinny przeznaczyć bogate narody globalnej Północy. (W swojej ocenie z czasu Porozumienia w Kopenhadze Schelling uplasował zmianę klimatu na samym dole listy światowych priorytetów.) Nie sposób nie przypomnieć sobie w tym miejscu o planistach Instytutu Hudsona, którzy proponując dużą tamę na Amazonce w latach 70-tych minionego wieku oświadczyli – jak wyartykułował to jeden z ówczesnych komentatorów – że „jeśli powódź zaleje kilka plemion, których nie ewakuowano, bo miały znajdować się na terenie położonym wyżej, lub unicestwi kilka leśnych gatunków – kogo to obchodzi?” Kiedy Lawrence Summers, najważniejszy doradca ekonomiczny Obamy, był głównym ekonomistą Banku Światowego, sporządził wewnętrzną notę, w której skonstatował: „Logika ekonomiczna stojąca za pozbywaniem się ładunku toksycznych odpadów w kraju o najniższych wynagrodzeniach jest bez zarzutu i powinniśmy się z tym pogodzić.” Uzasadnił to następującym rozumowaniem: „Pomiar kosztów szkodliwego dla zdrowia zanieczyszczenia zależy od zarobków utraconych z powodu zwiększonej zachorowalności i śmiertelności. Z tego punktu widzenia określona ilość szkodliwych dla zdrowia zanieczyszczeń powinna być porzucana w kraju o najniższych kosztach, którym będzie państwo z najniższymi płacami.”

[Obnaża to ideologię wbudowaną w ortodoksyjną ekonomię neoklasyczną, dziedzinę, która regularnie pozuje się na stosującą obiektywne, nawet naturalistyczne metody modelowania gospodarki. Jednak poza wszystkimi równaniami i technicznym żargonem, dominujący paradygmat gospodarczy opiera się na systemie wartości nagradzającym akumulację kapitału w krótkim czasie przy jednoczesnej dewaluacji całej reszty w teraźniejszości i ogólnie wszystkiego w przyszłości.]

Pożądany limit

Komentarz dr. Chrisa Shawa z Uniwersytetu w Sussex, interdyscyplinarnego badacza specjalizującego się w komunikacji o zmianie klimatu:

Politycy utrzymują, że 2°C są limitem niebezpiecznym i dopóki planeta nie ogrzeje się powyżej tego poziomu, dopóty wszystko będzie w porządku, zatem musimy zadbać o to, aby tak się nie stało. W 2003 roku, kiedy wzrost średniej temperatury planety nie przekroczył 0.7°C, w Europę uderzyła potężna fala upałów i zabiła ponad 70 tysięcy osób. Zrozumiałem wtedy, że 2°C to wyrok śmierci. Milczenie ze strony organizacji pozarządowych i aktywistów było ogłuszające. Dlaczego maszerują zgodnie w korowodzie aprobaty 2°C i powtarzają bzdury, że są one gwarancją świetlanej przyszłości?

2°C to wymysł instytucji zaludnionych przez bogatych, białych Europejczyków i Amerykanów. Zaczęło się od Williama Nordhausa, który w swoim artykule zawyrokował, iż szkody wyrządzone przez dodatkowe 2°C są ceną, którą warto zapłacić za replikację istniejącego systemu. Jednak dopiero Niemiecka Rada Doradcza ds. Zmian Globalnych (WBGU) sformalizowała tę konkluzję w swoich sprawozdaniach z 1995, 1997 i 2003. W pierwszej z nich członkowie ciała wygodnie zignorowali wcześniejsze szacunki dotyczące progu 1°C i uznali, że niebezpieczna zmiana klimatu uderzy, gdy średnia przedindustrialna zostanie przekroczona o 1.6°C. Przekonani o tym, że przemysłowi ludzie poradzą sobie lepiej ze skutkami zmian klimatycznych niż łowcy-zbieracze, nasi protoplaści, postanowili dołożyć 0.5°C. [Naprawdę nie wiem, jak dokonuje się takiej kalkulacji. Jak można założyć, że mieszkańcy industrialnego świata uporają się na przykład z upadkiem systemu dystrybucji żywności?]

W jaki sposób radzimy sobie z problemami ochrony środowiska w tej nowoczesnej, postmodernistycznej epoce? Ustalamy „bezpieczny” limit. Czym nigdy nie są te „bezpieczne” limity? Nie są ograniczeniem działalności przemysłowej. Nie są ograniczeniem działalności niebezpiecznej. Nie są ograniczeniem działalności ryzykownej. Są przeniesieniem ryzyka na innych – ludzi biedniejszych, słabszych i środowisko naturalne. W rzeczywistości stanowią one ramy upoważnienia. Pozwalają kontynuować dotychczasowy sposób prowadzenia interesów. Posłużmy się przykładem katastrofy w Fukushimie. Poziom radiacji znacznie przekroczył dozwolone wcześniej koncentracje pierwiastków promieniotwórczych w żywności, glebie, na placach zabaw i boiskach. Placówki edukacyjne zostały zamknięte. Co zrobiły instytucje, aby system mógł funkcjonować dalej? Bez jakiegokolwiek uzasadnienia badawczego zwiększyły [dwudziestokrotnie] „bezpieczne” poziomy promieniowania. Dzieci powróciły do szkół. (4)

Zatem zawsze istnieje przemożna chęć określenia limitu, ponieważ konieczna jest gra na zwłokę. Rozwiązanie problemu przenosi się w przyszłość. W międzyczasie machina toczy się dalej. Właśnie dlatego politycy w Niemczech, a potem reprezentanci innych rządów łatwo zaakceptowali ideę 2°C.

Bieg systemowej narracji jest niezmienny: mamy problem globalnego ocieplenia, musimy w związku z tym zrozumieć globalny limit. Aby tego dokonać, należy dowiedzieć się, ile dwutlenku węgla – mierzonego w częściach na milion – znajduje się w atmosferze. Potrzebne będą satelity, oplatająca planetę sieć stacji pomiarowych, laboratoria, duże instytucje. W związku z tą globalną skalą, dokładnymi liczbami, kwantyfikacją itp. zmiana klimatu przestaje być problemem wynikającym z nowoczesności i przeobraża się w problem „rozwiązywalny” wyłącznie dzięki nowoczesności.

Prowadzony dyskurs używa języka, który w zamyśle ma legitymizować powielanie praktyk przemysłowych i społecznych w obliczu niezaprzeczalnej wiedzy, że te same praktyki spowodowały śmiertelną chorobę biosfery. (5)

2°C pozostaje jedyną opcją. Tak więc próba jej podważenia jest równoznaczna z rzuceniem wyzwania podstawowym strukturom władzy, nowoczesności, kapitalizmu, neoliberalizmu itd.

Ofiary psychologicznej wojny

ONZ, naukowcy, rządy, korporacje, placówki oświatowe itd. powtarzają niestrudzenie te same słowa: ‚cel 2°C’. Wtórują im komercyjne i tzw. progresywne media. Ta pogłosowa kabina konstruuje terminologię 2°C. Wprowadzające w błąd oświadczenia, filmy, wywiady, odczyty akademickie i prace naukowe starannie, świadomie osłabiają jakiekolwiek poczucie pilności, nadają zasadność uzgodnionemu ‚celowi’. 2°C jako ‚cel, który należy osiągnąć’ porusza czułą nutę, nawet jeśli tylko na poziomie podświadomości. Tak oto nastąpiła jego normalizacja. Spektakl składający się z numeru i pojedynczej litery to wielki wyczyn hegemonii XXI wieku – twór tych, których interesom służy; paszkwil na ubogich i nienarodzonych. Dyskurs o 2°C należy uznać za najbardziej zabójczą rozgrywkę wojny psychologicznej, w jaką kiedykolwiek wciągnięto społeczeństwa.

Światowi liderzy sprawiają wrażenie, że podejmują działania mające uporać się z największym kryzysem, z jakim kiedykolwiek konfrontowała się ludzkość, mimo iż najbardziej szanowane instytucje badawcze świata publikują kolejne z serii raportów, według których na zawrócenie statku nie ma czasu, bo góra lodowa przebiła już kadłub. Zamiast pokładać fałszywą nadzieję w COP21, być może każdy z nas usiądzie w bezruchu, poczuje to, co dzieje się wokół i wsłucha się w Ziemię. Jeśli tak uczynimy, możliwe, że dowiemy się z naszego wnętrza, co jest najważniejsze i co powinniśmy zrobić.

Postscriptum:

g20-logo4-5 września 2016 w chińskiej miejscowości Hangzhou odbył się szczyt G20. W komunikacie końcowym przedstawicieli najbogatszych krajów świata nie sformułowano żadnych konkretnych zobowiązań; nie pojawiły się długoterminowe strategie i plany zmniejszenia emisji dwutlenku węgla; nie ustalono terminu zakończenia rządowych dopłat do paliw kopalnych; nie wspominano o konieczności ujawniania informacji finansowych związanych z klimatem, które miały zapewnić, że przyszła infrastruktura będzie przyjazna dla biosfery i ubogich mieszkańców planety; nie przedstawiono projektu 100% przejścia na energię odnawialną. „Rozdawanie pieniędzy dla przemysłu paliw kopalnych jest po prostu niezgodne z porozumieniem paryskim,” powiedział Li Shuo, doradca ds. strategii klimatycznej wschodnioazjatyckiego oddziału Greenpeace’u. Państwa G20 nie ustaliły właściwych priorytetów. Wygląda na to, że światowi liderzy nie dbają o nasz wspólny dom. […] G20 oferuje wzrost – największy problem – jako uniwersalne rozwiązanie w obliczu wszystkich poważnych wyzwań stojących przed globalną gospodarką. Trzymają się kurczowo starych narzędzi, które nie były w stanie uporać się z kryzysem klimatycznym i globalną nierównością,” podsumował Pirmin Spiegel, dyrektor generalny organizacji MISEREOR.

(1) „(Ta konferencja) to tak naprawdę oszustwo, blaga. Wciskają ten sam kit: ‚Mamy limit ocieplenia 2°C i postaramy się lepiej za kolejne pięć lat.’ To po prostu bezwartościowe frazesy. Nie ma działań, tylko obietnice.” James Hansen, były dyrektor Instytutu Goddarda Studiów Kosmicznych NASA (1981–2013), „ojciec globalnej świadomości klimatycznej” [12 grudnia 2015]

„Paryskie porozumienie spali planetę. Redukcja emisji gazów cieplarnianych nie jest negocjowana w oparciu o kryteria klimatycznej sprawiedliwości i klimatologii. Wszystko sprowadza się do spisania i zsumowania obietnic każdego kraju. To farsa, szwindel. Fałszywa rzeczywistość negocjacji ukrywa prawdę o braku woli rozwiązania kryzysu klimatycznego. Nie ma żadnych negocjacji. Zmiana klimatu nie jest już problemem środowiskowym. Stała się zbrodnią. To eko-eksterminacja i ludobójstwo, ponieważ rządy są w pełni świadome konsekwencji, jakie porozumienia te mają dla ludzkości i planetarnego życia.” Pablo Solón Romero, ambasador Boliwii przy ONZ, weteran „negocjacji” klimatycznych [10 grudnia 2015]

„Prawdopodobnie najbardziej szczerą ocenę paryskiego porozumienia wyraziła bezimienna dziewczyna, którą widziałem, jak w odosobnionym kącie, powstrzymując łzy, zmaga się z nowomową dokumentu. Zapytałem, czy nic jej nie jest. Odnosząc się do politycznych przywódców, którzy zdawali się być tak bardzo od niej oddaleni, gdy z rozczarowaniem patrzyła w tekst, odpowiedziała po prostu: ‚Jak mogli nam to zrobić?’” Curtis FJ Doebbler, profesor wizytujący prawa międzynarodowego na Uniwersytecie Webster (Genewa); podczas konferencji klimatycznej w Paryżu reprezentował International-Lawyers.Org [15 grudnia 2015]

(2) „Cyrk dobiegł końca. Garnitury opuszczają Paryż. O zawartym porozumieniu napisano miliony słów. Ale jeden fakt zdecydowanie się wyróżnia. Wszystkie rządy świata wyraziły zgodę na coroczne zwiększanie globalnych emisji gazów cieplarnianych do 2030. Dlaczego? Ponieważ wszystkie kraje zaakceptowały obietnice wszystkich pozostałych. Do znacznego zwiększenia swoich emisji zobowiązały się następujące państwa, które należą do 20 najważniejszych pod względem uwalniania gazów cieplarnianych: Chiny, Indie, Rosja, Korea, Meksyk, Indonezja, RPA, Turcja, Tajlandia, Kazachstan, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Wietnam. Reszta tej grupy zadeklarowała zmniejszenie emisji o około 1% rocznie: Stany Zjednoczone, Unia Europejska, Japonia, Kanada, Brazylia, Australia i Argentyna. W krajach, które emisji nie tną odnotowany zostanie ogromny ich wzrost. Planowane cięcia w państwach redukujących będą znikome. Opinia publiczna nie dowie się o tym z uwagi na sposób, w jaki zawarte porozumienie relacjonują media i ONZ.” Jonathan Nancy, GlobalClimateJobs

(3) Naukowcy z Poczdamskiego Instytutu Badań nad Wpływem Klimatu (PIK) postanowili zweryfikować obietnice ekonomistów, według których strumień gospodarczych profitów będzie wzbierał i poradzi sobie z konsekwencjami (liniowej) zmiany klimatu. Rezultaty swojego dochodzenia opublikowali 16 sierpnia 2016 w IOPscience. Za ponad 50 proc. wszystkich gospodarczych strat związanych z pogodą odpowiadają szkody spowodowane przez tropikalne cyklony. Badacze porównali zatem wielkość przyszłych strat poniesionych wskutek huraganów z prognozowanym wzrostem gospodarczym. W samych Stanach Zjednoczonych finansowe koszty tych katastrof zwiększą się ośmiokrotnie w ciągu kilkudziesięciu lat. Wbrew panującej opinii wzrost gospodarczy, nawet gdyby był możliwy, nie zdołałby zrównoważyć wzrostu skali zniszczeń. Ta jednoznaczna konkluzja uczonych jest oczywiście spóźniona: amerykański stan Luizjana nie pozbierał się po huraganie Katrina z 2005, a tegoroczna historyczna powódź to kolejny kosztowny kataklizm.

(4) 21 lutego 2016 państwowa agencja informacyjna Chin podała – powołując się na biuro ochrony środowiska – że władze podniosą progi ostrzegania o zanieczyszczeniu powietrza. W przyszłości najwyższy alert zostanie ogłoszony tylko wtedy, gdy wskaźnik jakości powietrza (Air Quality Index – AQI) przekroczy 500 punktów w ciągu jednego dnia, 300 przez dwie doby z rzędu lub 200 przez cztery. Dotychczas czerwony alert obowiązywał, gdy AQI miał przekroczyć niebezpieczny dla zdrowia poziom 200 przez co najmniej trzy dni.

(5) Według prognozy opublikowanej 11 maja 2016 przez rząd USA, zakładający nieprzerwane funkcjonowanie globalnej gospodarki w bieżącym stuleciu, użycie paliw kopalnych nie ulegnie w nadchodzących dziesięcioleciach znaczącym zmianom. Benzyna i diesel zasilą większość pojazdów, a węgiel pozostanie największym źródłem dwutlenku węgla. Szacuje się, że globalne emisje CO2 związane z konsumpcją energii będą rosły do 2040 roku średnio o 1 procent rocznie. Paliwa kopalne mają zapewnić światu ponad trzy czwarte energii. „Przy obecnej polityce i przepisach energetyczne emisje dwutlenku węgla wzrosną z 32 miliardów ton w 2012 do 43 miliardów ton w 2040,” powiedział Adam Siemiński z Administracji Informacji Energetycznej Stanów Zjednoczonych (EIA). Natomiast Przegląd statystyczny BP, opublikowany 8 czerwca 2016, ustalił, że emisje dwutlenku węgla w 2015 były o 36 milionów ton wyższe niż w 2014 – przez szósty rok z rzędu ustanowiony został nowy rekord.

eiaGdyby obecny system gospodarczy miał przetrwać w niezmienionej formie przez kolejne dekady, prognozowana ilość zanieczyszczeń emitowanych przez Amerykanów wskutek eksploatacji węgla, ropy i gazu ziemnego nie uległaby radykalnej zmianie przez następne 30 lat. Tak brzmi konkluzja analityków Administracji Informacji Energetycznej Stanów Zjednoczonych (EIA). Ich doroczny raport opublikowany 5 stycznia 2017 stwierdził, że nawet bez uwzględnienia sprzyjającej przemysłowi paliw kopalnych polityki nowego prezydenta kraju, USA nie zredukuje emisji gazów cieplarnianych na tyle, by zrealizować zobowiązania wynikające z porozumienia klimatycznego w Paryżu.

marrakech-cop22Każdy deklaruje konieczność podjęcia kroków zmierzających do zredukowania emisji gazów cieplarnianych. Ale kiedy rozważysz, jak drastycznie musiałbyś zmienić charakter społeczeństwa, aby ten cel osiągnąć, okazuje się, że nikt nie chce tego dokonać. Jako że wymagałoby to chociażby zaprzestania jazdy autami SUV, politycy wolą o tym nie wiedzieć, bo straciliby głosy. Większość ludzi Zachodu mieszka w ogromnych miastach, dojeżdża wszędzie samochodem, korzysta z rozległych sieci autostrad, lata wszędzie samolotami. Każdy chce ‚lepszego życia’, co oznacza ‚kosztowniejsze życie’. Z rosnącą populacją, która pożąda coraz więcej rzeczy produkowanych z ropy i innych surowców naturalnych, o przeobrażeniu społeczeństwa, niskich emisjach i stabilnym świecie nie ma mowy. Politycy twierdzący, że jest to wykonalne, nie chcą nawet pomyśleć o zmianach, jakie musiałyby nastąpić. Mają nadzieję, że temat po prostu ucichnie. Nie istnieje ani polityczna wola skonfrontowania się ze zmianą klimatu, ani masowa świadomość i uznanie jej powagi. […] Prawie każdy kraj świata podpisał porozumienie paryskie. Większość państw już je ratyfikowała. Oznacza to, że rządy zobowiązały się do zmniejszenia emisji dwutlenku węgla. Jednakże wartość redukcji nie została wyryta w kamieniu. Istnieje pod tym względem pełna dowolność. Przykładowo Chiny powiedziały, że nie podejmą żadnych kroków ograniczających do roku 2030. Posypały się pod adresem Chińczyków gratulacje. Tymczasem najbardziej brudna gospodarka świata będzie nieprzerwanie wprowadzać do atmosfery CO2 przez kolejnych 14 lat. Konferencje klimatyczne są okazją do precyzowania planów redukcji. Podczas COP22 w Marrakeszu kraje powinny były przyjrzeć się porozumieniu paryskiemu. Należało ustalić, jakie ograniczenia emisji są konieczne w oparciu o wnikliwą analizę ustaleń badawczych. Niezbędna była rewizja deklaracji. Tak się nie stało. Profesor Peter Wadhams, były dyrektor Grupy ds. Fizyki Oceanu Polarnego Wydziału Matematyki Stosowanej Uniwersytetu Cambridge [28 grudnia 2016]

Opracował: exignorant

Wpisy powiązane tematycznie: Podsumowanie zmian klimatycznych i aktualizacjaOcieplenie ziemskiej atmosfery przyspieszaWzrost temperatury i fotosyntezaTemperatura mokrego termometruNowa normalnośćEfekty emisji aerozoli antropogenicznych, Arktyczny metan: Zignorowane dowody emisji

Opublikowano Klimat | Otagowano

Dinosauria, My

Autor: Charles Bukowski

Wrodzeni ot tak
W to
Gdy blade twarze szczerzą się
Gdy Pani Śmierć rechocze
Gdy windy psują się
Gdy polityczny krajobraz zanika
Gdy pakowacz z dyskontu ma dyplom
Gdy zaropiałe ryby wypluwają swe zaropiałe ofiary
Gdy Słońce jest przesłonięte
Jesteśmy
Wrodzeni ot tak
W to
W te starannie obłąkane wojny
W widok wybitych fabrycznych okien na pustkę
W knajpy w których ludzie już ze sobą nie rozmawiają
W bijatyki które kończy strzał i dźgnięcie
Wrodzeni w to
W szpitale tak drogie że taniej jest umrzeć
W prawników liczących sobie tyle że taniej jest przyznać się do winy
W kraj gdzie więzienia są zapełnione a psychiatryki pozamykane
W miejsce gdzie masy windują głupców na nadzianych bohaterów
Wrodzeni w to
Przechodzący przez to
Umierający przez to
Niemi przez to
Wysterylizowani
Zdeprawowani
Wydziedziczeni
Przez to
Oszukani przez to
Wykorzystani przez to
Olani przez to
Zarażeni szaleństwem i chorobą przez to
Przywiedzeni do przemocy
Odwiedzeni od człowieczeństwa
Przez to
Serce jest poczerniałe
Palce sięgają po tchawicę
Broń
Nóż
Bombę
Palce sięgają ku niewrażliwemu na bodźce bogowi
Palce sięgają po butelkę
Pigułkę
Proszek
Jesteśmy wrodzeni w tę wypełnioną smutkiem martwotę
Jesteśmy wrodzeni w zadłużony od sześciu dekad rząd
Który wkrótce utraci zdolność spłaty procentu
I banki zapłoną
Pieniądze będą bezużyteczne
Będzie jawny i bezkarny mord na ulicach
Będzie broń i grasujące bandy
Gleba będzie nieużyteczna
Żywność będzie malejącym przychodem
Jądrowa potęga zostanie przejęta przez wielu
Wybuchy będą bezustannie wstrząsać Ziemią
Napromieniowani ludzie-roboty będą prześladować się wzajemnie
Bogaci i wybrani będą obserwować z orbitalnych platform
Piekło Dantego będzie przypominało dziecięcy plac zabaw
Słońce nie będzie oglądane i zawsze będzie noc
Drzewa obumrą
Cała roślinność obumrze
Napromieniowani ludzie będą jeść mięso napromieniowanych ludzi
Morza będą skażone
Jeziora i rzeki znikną
Deszcz będzie nowym złotem
Gnijące korpusy ludzi i zwierząt będą cuchnąć na czarnym wietrze
Ostatnią garstkę ocalałych pokonają nowe i ohydne choróbska
A stacje orbitalne wyniszczy zużycie
Wyczerpane zasoby
Naturalny skutek ogólnego rozkładu
I zapadnie najpiękniejsza cisza jakiej nigdy nie słyszano
Zrodzona z tego.
Słońce wciąż tam ukryte
Wyczekujące kolejnego rozdziału.

Nowe informacje: „Lista uaktualnionych wpisów” 

Nowa normalność

Wywiad przeprowadzony przez The Real News Network 15 sierpnia 2015.

Rozmówcy:

Guy McPherson – profesor emeritus zasobów naturalnych, ekologii i biologii ewolucyjnej Uniwersytetu w Arizonie. [więcej]

Dahr Jamail – jeden z nielicznych zachodnich reporterów zasługujących na miano dziennikarza.

Na początku 2003 roku Dahr pracował jako przewodnik po górze Denali i pisał o wspinaczce dla niezależnej gazety na Alasce. Jego spokój zburzyły bębny wzywające do ataku na Irak. Kiedy czytał zagraniczne, niezależne doniesienia i robił „co się dało, by wyrazić swój sprzeciw”, wzbierała w nim złość, której źródłem była postawa korporacyjnych mediów współpracujących z administracją Busha.

Gdy rozpoczęła się inwazja na Irak, Dahr – wychowany w Houston, należący do czwartego pokolenia Amerykanów o korzeniach libańskich – zrozumiał, że ma dwie opcje: może pozostać w domu, trawiony przez depresję i gniew, lub podjąć działania.

Kupił laptopa, cyfrowy aparat i bilet lotniczy.

Między listopadem 2003 i lutym 2005 roku spędził osiem miesięcy w Iraku. Wojenne „szkody towarzyszące” relacjonował znacznie bardziej szczegółowo, niż reporterzy akredytowani przy oddziałach wojska. Pisał o żołnierzach USA, którzy strzelali w meczecie do pogrążonych w modlitwie ludzi. Przybliżył cierpienie cywilów z Faludży mających niepospolite, niewytłumaczalne oparzenia (później okazało się, że spowodował je biały fosfor); ujawnił dramat kobiet i mężczyzn, których zastrzelono, kiedy próbowali przepłynąć bezpiecznie na drugi brzeg Eufratu trzymając w dłoniach białe flagi „kapitulacji”. Udokumentował również, kto zarobił na wojnie – wskazał zatartą granicę między armią i działającymi w Iraku korporacjami. Jednym z przykładów byli przedstawiciele potężnego koncernu Bechtel, którzy nie przywrócili dostaw wody pitnej Irakijczykom, bo zapłacono im za to setki milionów dolarów.

Na początkowym etapie swojej dziennikarskiej działalności posługiwał się wyłącznie pocztą elektroniczną i legitymacją prasową wykonaną domowym sposobem. Z czasem stworzył witrynę dahrjamailiraq.com i o jego artykuły zaczęły zabiegać liczne publikacje: m.in. Inter Press Service, The Asia Times, The Nation, Democracy Now!, The Guardian, Foreign Policy in Focus, Le Monde, The Huffington Post, The Independent, Al Jazeera. W czerwcu 2005 roku podczas końcowego posiedzenia Trybunału ds. Zbrodni Wojennych poświęconego wojnie w Iraku przedstawił materiał dowodowy ukazujący, w jaki sposób Stany Zjednoczone pogwałciły zapisy IV Konwencji Genewskiej dotyczące opieki zdrowotnej w krajach okupowanych.

Przed nadejściem jesieni 2005 roku iraccy tłumacze poinformowali Dahra, że ze względów bezpieczeństwa nie będą już mogli służyć mu w kraju pomocą. Mimo to artykuły i depesze napływały nieprzerwanie – autor gromadził informacje drogą elektroniczną, za pośrednictwem telefonu czy wielogodzinnej lektury mediów arabskich i zagranicznych. Podróżował po USA jako prelegent, detalicznie obnażając amoralność okupacji Iraku. „Nie chodzi o obronę,” powiedział. „Chodzi po prostu o pieniądze.”

W 2007 wydano jego pierwszą książkę – kronikę irackich doświadczeń pt. Poza Zieloną Strefą: Depesze nie-wojskowego dziennikarza w okupowanym Iraku. Jej kontynuacja z 2009 pt. Wola oporu: Żołnierze, którzy nie chcą walczyć w Iraku i Afganistanie traktowała o aktywnym sprzeciwie w szeregach armii. W trzeciej literackiej odsłonie dramatu Dhar odpowiedział na zawarte w tytule pytanie: Masowe zniszczenie Iraku: Dlaczego trwa i kto jest za nie odpowiedzialny.

Dahr Jamail był również wysłannikiem w Syrii, Libanie, Turcji i Jordanii. Za swoją bezkompromisową pracę otrzymał wiele nagród, m.in. Nagrodę Marthy Gellhorn za dziennikarstwo dochodzeniowe, Nagrodę Jamesa Aronsona za dziennikarstwo na rzecz sprawiedliwości społecznej, Nagrodę Joe’go A. Callaway’a za odwagę obywatelską. Był też pięciokrotnym laureatem nagród Project Censored.

Obecnie z równą żarliwością opisuje antropogeniczne zaburzenie klimatu i cywilizacyjną degradację środowiska Ziemi.

Dlaczego zaczął to robić?

„Świadomą decyzję o przejściu od tematyki wojennej do ekologicznej podjąłem w 2010 roku, kiedy doszło do wycieku ropy w Zatoce Meksykańskiej. Będąc wspinaczem na Alasce konsekwencje zaburzenia klimatu obserwowałem od lat 90-tych. Wiedziałem, że jest to temat, którym się zajmę. Mojego zainteresowania nie determinowała wyłącznie perspektywa dziennikarska – chciałem być świadkiem wydarzeń z osobistych pobudek. Najlepszym sposobem było zatem spędzanie tygodni w pracy na rozmowach z czołowymi badaczami, którzy reprezentują różne dyscypliny. Wiedza o najnowszych ustaleniach pozwala określić punkt, w jakim się znajdujemy. Bycie na bieżąco jest kwestią o krytycznym znaczeniu; pomaga przygotować się na nieuchronne wstrząsy środowiskowe pod względem fizycznym, duchowym i psychologicznym.

Nie podpisuję się pod ideą obiektywnego dziennikarstwa. Miałem szczęście, że zdążyłem spotkać się z nieżyjącym już Howardem Zinnem, a także Noamem Chomskim*. Podczas wspólnego posiłku zajrzałem w ich wspaniałe umysły. Zadałem im pytanie: ‚Obiektywne dziennikarstwo – co to takiego?’ Szybko ‚wyprostowali’ mój pogląd. Miałem szczęście, że korekta nastąpiła na początkowym etapie mojej praktyki zawodowej. Pożegnałem się więc z tą ideą. Oczywiście ważne jest, by zdarzenia relacjonować sprawiedliwie z perspektywy każdej ze stron. Ale kwestią najważniejszą jest dokładność w relacjonowaniu wydarzeń – przedstawienie ich takimi, jakie są. Zatem pisanie o zjawisku tak dramatycznym jak zmiana klimatu wymaga odrzucenia korporacyjnej koncepcji obiektywnego dziennikarstwa i potraktowania tematu w dojrzały sposób, z poczuciem niebywałej odpowiedzialności. Antropogeniczne zaburzenie klimatu i masowe wymieranie planetarne to najważniejsze ‚wiadomości’ w historii gatunku ludzkiego. Redagując swoje materiały muszę być blisko, na pierwszej linii. W ten sposób czytelnicy mogą uczestniczyć w mojej podróży informacyjnej pod względem emocjonalnym.”

Dostępne przekłady artykułów autora: „Zanikająca pokrywa lodowa Arktyki”, „Jak pozostać przy zdrowych zmysłach w samobójczej kulturze”

* „Amerykańska Izba Handlowa (Chamber of Commerce USA), główne lobby biznesowe, czy Amerykański Instytut Naftowy (American Petroleum Institute), inne lobby biznesowe, obwieściły publicznie z entuzjazmem, że prowadzą kampanię, która ma przekonać społeczeństwo, iż globalne ocieplenie jest liberalnym oszustwem. Niestety, zakończyła się sukcesem. Ostatnie sondaże wskazują, że tylko jedna trzecia populacji USA wierzy w antropogeniczne globalne ocieplenie. Media przysłużyły się temu na swój sposób. Przykładowo New York Times publikuje na stronie tytułowej artykuł o niewierzących w globalne ocieplenie pogodynkach – sympatycznych twarzach, które zerkając na gotowy skrypt informują o tym, czy spadnie jutro deszcz; są w tej kwestii równie kompetentne, co nasz fryzjer. Ale jest to przedstawiane jako istotny wkład w dyskusję. Podobnie, w poszukiwaniu sławetnego obiektywizmu, prezentuje się dwie strony debaty: jedną jest 98% naukowców, którzy mają o czymś pojęcie, drugą zaś jest pewien senator i jego świta. Ludzie mają wybrać jedną z nich. Przy tym wyłączona zostaje trzecia strona, którą stanowi znaczna liczba badaczy będących zdania, iż uzgodnione prognozy zmiany klimatu są przesadnie optymistyczne. Do grupy tej należą chociażby wiodący uczeni z Instytutu Technologicznego w Massachusetts (Massachusetts Institute of Technology – MIT), którzy przeprowadzili najbardziej kompleksowe modelowanie. Wykazało ono, że sytuacja jest o wiele gorsza od spodziewanej. I nawet ich wyniki są zaniżone, bo nie uwzględniają m.in. oddziaływania metanu po roztopieniu wiecznej zmarzliny.” Noam Chomsky

Poniżej – rozwinięcie poruszonych w wywiadzie wątków, zagadnień.

Zakończona debata klimatyczna w środowisku naukowym:

Analityk James L. Powell ustalił, że faktyczny konsensus badawczy odnośnie antropogenicznego globalnego ocieplenia wynosi ponad 99.9%: w latach 2013-2014 tylko 5 spośród 24.210 artykułów naukowych oraz 4 badaczy spośród 69.406 nie zgodziło się z ustaleniem, iż odpowiedzialność za ocieplenie ponosi człowiek/cywilizacja przemysłowa.

Dlaczego modele klimatyczne nie nadążają za tempem zmian?

„Oliver Geden, analityk Niemieckiego Instytutu Spraw Międzynarodowych i Bezpieczeństwa, sformułował na łamach Nature prosty argument. Politycy, napisał, chcą usłyszeć dobre wieści. Chcą usłyszeć, że wciąż możliwe jest ograniczenie wzrostu globalnej temperatury do 2°C. Co więcej, chcą usłyszeć, że mogą tego dokonać unikając w najbliższym czasie agresywnych redukcji emisji CO2 – najlepiej do końca swojej kadencji. Klimatolodzy czują presję, aby dostarczać dobre wieści. Obawiają się, że jeśli tego nie uczynią – jeśli zaczną „panikować” lub głosić kazania – zostaną po prostu zignorowani, wyłączeni z debaty. Zatem konstruują modele pokazujące, że cel 2°C wciąż można osiągnąć. Wprowadzają coraz bardziej nierealistyczne założenia. Przesłanie zawsze jest to samo: ‚Czas nam się kończy; mamy tylko pięć lub 10 lat, aby odwrócić bieg wydarzeń, ale jest to możliwe, tylko musimy się do tego przyłożyć.’ Tak brzmiała wiadomość w 1990 roku, w 2000 roku, w 2010 roku. Nie mamy już pięciu, dziesięciu lat.” David Roberts, Vox

„Badacze, których kariera zależy od sformułowania poważnej prognozy na podstawie modelu, nie znoszą danych. I naukowców, którzy ich dostarczają. Nigdy nie uwzględniają w swoich modelach wszystkich procesów, a rezultaty ich pracy cechuje samozadowolenie. Według nich letni lód Oceanu Arktycznego zginie dopiero w drugiej połowie stulecia. A wystarczy udać się na miejsce, by zobaczyć, że znika już teraz.” Profesor Peter Wadhams, dyrektor Grupy ds. Fizyki Oceanu Polarnego Wydziału Matematyki Stosowanej Uniwersytetu Cambridge. Cytat pochodzi z wpisu: „Arktyczny metan: Zignorowane dowody emisji”.

Autorka Naomi Oreskes:

Jest profesorem studiów historycznych i naukowych na Uniwersytecie Kalifornijskim w San Diego oraz profesorem nauk ziemskich i planetarnych na Uniwersytecie Harvarda. Jej praca badawcza koncentruje się na historycznym rozwoju wiedzy naukowej, na metodach i praktykach nauk o Ziemi i ochronie środowiska, a także na zrozumieniu konsensusu naukowego i sprzeciwu. Jest autorką wielu uznanych książek i analiz, w tym opublikowanego w 2004 roku przez Nature eseju pt. „Naukowy konsensus w kwestii zmiany klimatu.” W 2010 wydała Merchants of Doubt (Sprzedawcy wątpliwości) – książka ta, której współautorem jest Erik M. Conway, szczegółowo demaskuje potężną kampanię dezinformacji wymierzoną w nauki klimatyczne.

Dzięki wnikliwym badaniom archiwalnym autorzy zdołali połączyć punkty między wieloma pozornie niepowiązanymi kampaniami antynaukowymi, które prowadzono przez dziesięciolecia. Wszystko zaczęło się od Wielkiego Tytoniu i słynnej wewnętrznej notatki służbowej: „Naszym produktem jest wątpliwość.” Książka pokazuje, że taktyki blokowania działań związanych z globalnym ociepleniem zostały wcześniej wykorzystane – często z doskonałym skutkiem – do gmatwania i paraliżowania debat na temat biologii ewolucyjnej, warstwy ozonowej, niebezpieczeństw związanych ze stosowaniem azbestu lub konsumpcją wyrobów tytoniowych.

Rozdział szósty Merchants of Doubt poświęcony kampanii negującej fakt globalnego ocieplenia znajduje się tutaj [oryginalna wersja językowa].

Dodatnie/ujemne sprzężenia zwrotne:

„Nasze początkowe rozumienie, iż zwiększona koncentracja gazów cieplarnianych, która z kolei zwiększa zatrzymanie energii i tym samym prowadzi do globalnego ocieplenia, było ogromnym uproszczeniem. Odkryliśmy, że zwiększona koncentracja dwutlenku węgla zmniejsza tempo absorpcji CO2 – nazywamy to degradacją pochłaniania dwutlenku węgla (ang. sink degrade). Im wyższe są stężenia, tym szybciej zaczynają one rosnąć przy tym samym poziomie emisji. Dlatego mamy do czynienia ze sprzężeniami zwrotnymi w obrębie cyklu dwutlenku węgla, które przyspieszają zmianę klimatu. I stanowi to aż 50% dynamiki globalnego ocieplenia w porównaniu z wcześniejszymi, modelowanymi oczekiwaniami. Następnie przy dalszym wzroście temperatury inicjowane są inne dodatnie sprzężenia zwrotne. Jest ich kilkadziesiąt. Proces ten przyspiesza. Im wyższa temperatura, tym szybciej dynamika sprzężeń napędza silnik cieplny, który zaczyna stopniowo podnosić wartość temperatury. Ta z kolei przyspiesza ‚obroty’ silnika cieplnego, itd. Wówczas pojawia się możliwość, iż ten delikatnie dostrojony pod względem dynamiki sprzężeń system przestawi się nie tylko na przyspieszoną zmianę, ale na drugi porządek przyspieszenia. Przeszliśmy obecnie do nowego rozumienia systemu klimatycznego, jakim zarządzają dynamiczne procesy nieliniowe.” David Wasdell, klimatolog

„Czy pojawi się jakiś mechanizm samoregulacji, który uratuje przed konsekwencjami wywołanego przez ludzi ocieplenia i topnienia lądolodów? Ogromne ogrzanie oceanów, będące następstwem spotęgowanego w minionych dekadach efektu cieplarnianego, odbiera jakąkolwiek nadzieję, że ujemne sprzężenia zwrotne, a nawet zmiany w promieniowaniu słonecznym, zapobiegną znacznemu ociepleniu świata. Nieliczne ujemne sprzężenia zwrotne, jakie odkryliśmy studiując lód – więcej śniegu w wyniku ocieplenia klimatu, bardziej odblaskowy szron, bardziej wydajne przenoszenie wody podlodowcowej – wyraźnie przegrywają. Na poziomie globalnym, pomimo pewnych ujemnych sprzężeń zwrotnych – chociażby większej ilości chmur – nie obserwujemy chłodzenia netto. Sprzężenia zwrotne, dodatnie czy ujemne, robią swoje dopiero po efekcie początkowym. Ujemne sprzężenia zwrotne nie cofają zaburzenia.” Jason Box, glacjolog

Aktualizowana, kompletna lista dodatnich sprzężeń zwrotnych zawarta jest w zestawieniu zmian klimatycznych.

Para wodna jako dodatnie sprzężenie zwrotne:

W miarę postępującego wzrostu średniej globalnej temperatury „koncentracje pary wodnej również zwiększą się w odpowiedzi na ocieplenie. Z kolei zawilgocenie atmosfery absorbuje więcej ciepła i dodatkowo podnosi temperaturę Ziemi.” We fragmencie badania czytamy: „Nasza analiza pokazuje, że zawilgocenia górnej troposfery zaobserwowanego w latach 1979-2005 nie można wytłumaczyć przyczynami naturalnymi i jest ono głównie wynikiem antropogenicznego ocieplenia klimatu. Przypisując zaobserwowany wzrost bezpośrednio działalności człowieka, badanie potwierdza obecność największego znanego mechanizmu sprzężenia zwrotnego, który potęguje antropogeniczną zmianę klimatu.” (Proceedings of the National Academy of Sciences, 28 lipca 2014)

Według raportu Sceptical Science z lipca 2015 „sprzężenie zwrotne pary wodnej mniej więcej podwaja ilość ocieplenia wywołanego przez CO2. Zatem jeśli mamy zmianę o wartości 1°C spowodowaną przez CO2, para wodna doprowadzi do wzrostu temperatury o kolejny 1°C. Gdy uwzględnimy inne pętle dodatnich sprzężeń zwrotnych, całkowite ocieplenie ze spowodowanej przez CO2 potencjalnej zmiany 1°C wynosi w rzeczywistości 3°C.”

Badania, do których odwołują się rozmówcy:

1. „Topnienie lodu, wzrost poziomu morza i super-burze: dowody z danych paleoklimatycznych, modelowania klimatu i obserwacji współczesnych wskazujące, że globalne ocieplenie o wartości 2°C jest wysoce niebezpieczne”; Atmospheric Chemistry and Physics Discussion, 23.07.2015. Autorzy: J. Hansen, M. Sato, P. Hearty, R. Ruedy, M. Kelley, V. Masson-Delmotte, G. Russell, G. Tselioudis, J. Cao, E. Rignot, I. Velicogna, E. Kandiano, K. von Schuckmann, P. Kharecha, A. N. Legrande, M. Bauer, K.-W. Lo.

Nowa analiza 14-osobowego zespołu badaczy Jamesa Hansena oszacowała wzrost poziomu morza w niedalekiej przyszłości w oparciu o dane paleoklimatyczne i aktualne trendy. Modelowanie ujawniło następujący scenariusz: jeżeli tempo topnienia Grenlandii i Zachodniej Antarktydy będzie podwajało się co 5-10 lat, wówczas poziom morza prawdopodobnie wzrośnie o 3 metry przed rokiem 2050 i 7 metrów przed upływem stulecia. Nawet w bardziej umiarkowanym przypadku podwajania tempa topnienia co 10-20 lat wzrost poziomu morza przed połową wieku wyniesie 1 metr, zaś do 2100 osiągnie pułap 3 metrów.

2. „Czy istnieją podstawowe ograniczenia fizyczne przyszłych antropogenicznych emisji dwutlenku węgla?”; Climatic Change, luty 2011, numer 3-4. Autor: Timothy Garrett.

Lista pozostałych prac Timothy’ego Garretta znajduje się tutaj.

3. „Zasięg geograficzny nie przyniósł kręgowcom lądowym odporności na wyginięcie podczas kryzysu z końca triasu”; Nature Communications, 11.08.2015. Autorzy: Alexander M. Dunhill, Matthew A. Wills.

Więcej na temat badania w tej aktualizacji.

4. „Przyspieszona przez człowieka współczesnego utrata gatunków: Wkraczając w szóste wymieranie masowe”; Science Advances, 19.06.2015. Autorzy: Gerardo Ceballos, Paul R. Ehrlich, Anthony D. Barnosky Andrés García, Robert M. Pringle, Todd M. Palmer.

5. „Tempo przewidywanej zmiany klimatu dramatycznie przekracza przeszłe tempo klimatycznej ewolucji niszowej wśród kręgowców”; Ecology Letters, 26.07.2013. Autorzy: Ignacio Quintero, John J. Wiens.

6. Badacze Programu Środowiskowego ONZ oszacowali w 2010 roku, że dziennie wymiera 150-200 gatunków roślin, insektów, ptaków i ssaków.

7. „Maksymalne ocieplenie pojawia się po upływie około dziesięciu lat od emisji”; Environmental Research Letters, 2.12.2014. Autorzy: Katharine L. Ricke i Ken Caldeira.

8. „Modelowanie zmiany lodowca w regionie Everestu – Nepal w Himalajach”; The Cryosphere, 27.05.2015. Autorzy: J. M. Shea, W. W. Immerzeel, P. Wagnon, C. Vincent i S. Bajracharya.

9. „Przewidywana deglacjacja zachodniej Kanady w XXI wieku”; Nature Geoscience, 6.04.2015. Autorzy: Garry K.C. Clarke, Aleksandra H. Jarosch, Faron S. Anslow, Valentina Radić, Brian Menounos.

Opracował: exignorant

Opublikowano Klimat