Przed nami upadek deflacyjny? (aktualizacja: 30.09.2016)

Esej, którego pierwsze paragrafy uzupełniły opracowanie pt. „Prognoza pogody [finansowo-ekonomicznej]”.

Autorka: Gail Tverberg (wersja oryginalna)

26 sierpnia 2015

Wartość akcji i ceny ropy spadają. Czy to „tylko kolejny cykl,” a może coś znacznie gorszego? Myślę, że jest to coś o wiele gorszego.

W styczniu 2015 napisałam, że utrzymujące się bardzo niskie ceny mogą być oznaką, iż zderzamy się z granicami środowiskowej pojemności planety. Realizujący się na naszych oczach scenariusz koresponduje z oczekiwanymi przeze mnie wydarzeniami.

Nie trzeba dodawać, że stagnacja płac w powiązaniu z szybko rosnącymi kosztami produkcji ropy prowadzi do niedopasowania pomiędzy:

Liczbą konsumentów, których stać na zakup ropy
Kosztem ropy, o ile jej cena odpowiada kosztom produkcji

Mamy właśnie do czynienia z tym niedopasowaniem pomiędzy rosnącymi kosztami produkcji ropy i stagnacją płac. Problem braku środków na zakup można chwilowo ukryć poprzez zwiększenie zadłużenia (ponieważ dodawanie taniego długu sprawia, iż artykuły cenowo nieprzystępne zdają się być przystępnymi), jednakże schemat ten nie może trwać wiecznie.

W końcu, nawet przy zerowych stopach procentowych, kwota zadłużenia staje się zbyt wysoka w stosunku do dochodów. Rządy zaczynają obawiać się dalszego pożyczania. Młodzi ludzie przekonawszy się, że kredyty studenckie są poważnym obciążeniem, odkładają zakup domów i samochodów. Napędzana rosnącymi płacami i zadłużeniem ekonomiczna „pompa” spowalnia, co prowadzi do wyhamowania wzrostu światowej gospodarki. Wraz z powolnym wzrostem gospodarczym zmniejsza się popyt na surowce wykorzystywane do budowy domów i fabryk, produkcji samochodów i innych towarów. Powolny wzrost gospodarczy jest tym, co przynosi utrzymujący się w ostatnich latach trend niskich cen surowców.

Cena ropy doświadczyła dramatycznego spadku w drugiej połowie 2008 roku, częściowo ze względu na niekorzystny wpływ wcześniejszej, wysokiej ceny nafty na gospodarkę, a częściowo z powodu kurczącej się wówczas ilości długu. Dopiero uratowanie banków pieniędzmi podatników (ang. bailout) i zapoczątkowanie pierwszego cyklu rozluźnienia ilościowego (ang. quantitative easing – QE1) przez Stany Zjednoczone pozwoliło jeszcze bardziej obniżyć długoterminowe stopy procentowe i stymulować wzrost cen energii. Co więcej, Chiny gwałtownie zwiększyły w tym czasie swoje zadłużenie przeznaczając ten dodatkowy dług na budowę nowych domów, dróg i fabryk. To również pomogło napompować ceny energii.

Ceny ropy wykazywały już nieznaczną tendencję spadkową w latach 2011-2014. W połowie 2014 roku nastąpiła ich duża redukcja, która zbiegła się z końcem trzeciej odsłony rozluźnienia ilościowego (QE3) i wolniejszym wzrostem zadłużenia w Chinach. Po tymczasowej zwyżce nastąpiła ostatnio ponowna obniżka cen związana ze spowolnieniem chińskiej i globalnej gospodarki. Zachodzi ono w Chinach m.in. dlatego, że kraj osiągnął granicę zapotrzebowania na domy, drogi i fabryki.

Co jest nie tak

1. Ważnym wydarzeniem jest to, że system finansowy świata prawdopodobne upadnie. W 2008 roku był tego bliski. Tym razem szansa na uniknięcie upadku jest niewielka.

2. Bez systemu finansowego zasadniczo nie funkcjonuje nic innego: system wydobycia ropy naftowej, system dostarczania energii elektrycznej, system emerytalny, zdolność giełdy do utrzymania swojej wartości. Zmiana, z jaką się konfrontujemy przypomina utratę systemu operacyjnego komputera lub odłączenie kabla sieciowego lodówki.

3. Nie wiemy, jak szybko potoczą się wypadki, ale sytuacja zmieni się najpewniej już po upływie roku. Próbując utrzymać wszystko w całości, finansowi liderzy świata „sięgną po każdy dostępny środek.” Dużą częścią problemu jest nadmiar zadłużenia. Trudno to naprawić, ponieważ zmniejszenie długu zmniejsza popyt i powoduje dalszą redukcję cen surowców. Niskie ceny prowadzą z kolei do obniżenia poziomu produkcji towarów. Na przykład produkcja żywności uzależniona od wkładu paliw kopalnych odnotuje z czasem ogromny spadek, podobnie jak produkcja ropy, gazu i węgla.

4. System energii elektrycznej dostarczanej przez sieć załamie się mniej więcej w tych samych czasowych ramach, co system zaopatrzenia w naftę. Nic nie zatrzyma się z dnia na dzień, ale wydaje się prawdopodobnym, iż dostawy elektryczności potrwają najwyżej rok lub dwa lata dłużej od dostaw ropy. Wszystkie systemy zależą od systemu finansowego. Skoro system naftowy nie może zapłacić swoim pracownikom i pozyskać części zamiennych w wyniku upadku systemu finansowego, to samo spotka system sieci elektrycznej.

5. Nasza gospodarka jest samo-organizującym się systemem sieciowym, który nieustannie rozprasza energię – w fizyce nosi nazwę struktury rozpraszającej. Inne przykłady takich struktur to rośliny, zwierzęta (w tym ludzie) i huragany. Wszystkie rosną, stopniowo osiągają stabilne rozmiary, by ostatecznie upaść i umrzeć. Wiemy o dużej liczbie wcześniejszych cywilizacji, które spotkał upadek. Najwyraźniej następował on wówczas, gdy zwrot z ludzkiej pracy był zbyt niski. Jego odpowiednikiem są zbyt niskie płace pracowników spoza kręgu elit. Płace odzwierciedlają nie tylko własną energię robotników (pozyskaną dzięki żywności), lecz także każdą wykorzystywaną energię uzupełniającą, którą zapewniają zwierzęta pociągowe, łodzie żaglowe lub elektryczność. Redukcja średniej płacy, zwłaszcza wśród ludzi młodych, jest jedną z oznak, że nasza gospodarka zmierza w stronę upadku śladem innych gospodarek.

6. Za szybkie tempo upadku odpowiada zadłużenie i derywaty. Nasza sieciowa gospodarka wymaga zadłużenia – aby wydobyć z ziemi paliwa kopalne, tworzyć alternatywne źródła energii – z kilku powodów: (a) Producenci nie muszą wcześniej zadbać o zaoszczędzenie pieniędzy, (b) Ludzie w średnim wieku wytwarzający produkty, które zużywają energię (samochody i lodówki) mogą „finansować” swoje fabryki, zatem nie muszą zadbać o zaoszczędzenie wymaganych kwot, (c) Konsumenci mogą sobie pozwolić na zakup bardzo drogich rzeczy, takich jak domy i auta, korzystając z planu spłaty w miesięcznych ratach, zatem nie muszą zadbać o zaoszczędzenie wymaganych kwot, i (d) Co najważniejsze, zadłużenie pomaga podnieść ceny wszelkiego rodzaju towarów (w tym ropy naftowej i prądu), gdyż pozwala, by większą liczbę klientów stać było na wykonane z ich użyciem produkty. Gdy gospodarka spowalnia, a my piętrzymy długi, dochodzi do załamania zadłużenia. Dzieje się tak dlatego, że gospodarka nie rośnie w takim wymiarze, by umożliwić wygenerowanie wystarczających towarów i usług, które podtrzymują system – czyli jednocześnie wypłacić odpowiednie wynagrodzenia, nawet pracownikom spoza kręgu elit; sfinansować rozrastający się rząd i wydatki korporacji; oraz spłacić zadłużenie wraz z odsetkami (wykres nr 1).

W którym punkcie modelowania energii i gospodarki popełniono błąd?

Dzisiejszy ogólny poziom zrozumienia samego funkcjonowania gospodarki, jak również zależności między energią i gospodarką, jest zatrważająco niski. Ekonomia zazwyczaj neguje, że istnieje bezpośredni związek między energią a gospodarką. Od 1800 roku populacja świata wzrosła od miliarda do ponad 7 miliardów, między innymi dzięki wykorzystaniu paliw kopalnych do zwiększenia produkcji żywności i leków. Jednak działacze na rzecz ochrony środowiska często wierzą, iż globalna gospodarka może trwać w niezmienionej formie bez paliw kopalnych. Istnieje prawdopodobieństwo, że po katastrofie finansowej będziemy zmuszeni zacząć od nowa, z nowymi lokalnymi gospodarkami opartymi na lokalnych zasobach. Przy takim scenariuszu wątpliwe jest, byśmy byli w stanie utrzymać światową populację liczącą nawet miliard ludzi.

Modelowanie ekonomii opiera się na obserwacji sposobu działania gospodarki z czasów, kiedy znajdowaliśmy się daleko od granic środowiskowej pojemności planety. Wskazówki z tego modelowania nie poddają się uogólnieniom w sytuacji, gdy zderzamy się z tymi granicami. Odwołując się do minionych sytuacji, ekonomiści oczekują, że ceny wzrosną wraz z pojawieniem się niedoborów. Oczekiwania te są błędne, ponieważ podstawowym problemem jest brak odpowiednich wynagrodzeń pracowników spoza kręgu elit. Kiedy problemem jest brak wynagrodzenia, pracowników zwyczajnie nie stać na kupno kosztownych towarów takich jak domy, samochody i lodówki. Wszystkie te produkty wytwarzane są przy użyciu surowców, zatem brak dostatecznie wysokich płac zamienia się w „sprzężenie zwrotne” systemu, które przybiera postać niskich cen surowców. Sytuacja ta stanowi całkowite przeciwieństwo prognoz standardowych modeli ekonomicznych.

Analiza „Peak oil” M. Kinga Hubberta przedstawiała najlepszy możliwy scenariusz i choć był on nierealistyczny, zwolennicy potraktowali go dosłownie. Jednym ze źródeł optymizmu Hubberta było założenie, iż kolejny produkt energetyczny, taki jak energia atomowa, pojawi się w ogromnej ilości, zanim schyłek ery paliw kopalnych przeobrazi się w poważny problem.

Sposób działania energii nuklearnej (wykres nr 2) wydaje się być ekwiwalentem mocy wyjściowej perpetuum mobile, dodającym nieskończoną ilość taniej energii, która może zastąpić paliwa kopalne. Powiązane źródło optymizmu dotyczy kształtu krzywej stworzonej przez sumę krzywych danego typu. Nie ma powodu liczyć na to, iż krzywa „całkowita” zachowa taki sam kształt, jak krzywe bazowe, chyba że dostępny będzie idealny substytut (tzn. za niską cenę, w nieograniczonej ilości, z możliwością bezpośredniego zastosowania w obecnych urządzeniach) tego, co jest modelowane – w tym przypadku są to paliwa kopalne. Gdy ilość wydobycia zależy od ceny, a cena może podlegać szybkim wahaniom, zasadnym jest przekonanie, iż krzywa zbiorcza będzie ostra, a nie łagodna. Na przykład wiemy, że falę prostokątną można przybliżyć za pomocą sumy funkcji sinusowych (wykres nr 3).

Światowa gospodarka działa w danym roku dzięki przepływom energii, chociaż większość analityków zwykło myśleć, że dzięki zdyskontowanym przepływom pieniężnym. Ty i ja spożywamy jedzenie, które wyhodowano bardzo niedawno. Model pożywienia potencjalnie dostępnego w przyszłości intryguje, aczkolwiek nie zaspokaja naszych potrzeb żywieniowych, gdy odczuwamy głód. Nasze auta są na ropę, którą również wydobyto niedawno; nasz system elektryczny działa na prąd, który wygenerowano praktycznie symultanicznie. Bardzo ścisły związek czasowy między produkcją a konsumpcją produktów energetycznych jaskrawo kontrastuje ze sposobem działania systemu finansowego. Składa on obietnice na daleką przyszłość, takie jak osiągalność lokat bankowych, wysokość wypłat emerytur i stałą wartość korporacyjnych akcji. Kiedy obietnice te są składane, nikt nie sprawdza, czy na ich spłacenie faktycznie dostępna będzie dostateczna ilość dóbr i usług. Mamy więc system, który obiecał znacznie więcej przyszłych dóbr i usług, niż prawdziwy świat zdoła dostarczyć. Załamanie jest nieuniknione; wygląda na to, że nastąpi w najbliższej przyszłości.

Zmiany w systemie finansowym mają ogromny potencjał, by zakłócić funkcjonowanie systemu przepływu energii. Popyt w danym roku jest wynikiem kombinacji wynagrodzeń, pozostałych strumieni dochodów oraz zmiany zadłużenia. Na przestrzeni dziejów zmiana zadłużenia była dodatnia. Pomogło to podnieść ceny surowców. Kiedy zaczyna się seria niewypłacalności, zmiana zadłużenia staje się ujemna i powoduje obniżenie cen towarów (punkt 6). Gdy tak się dzieje, niemożliwe jest zachowanie dostatecznie wysokich cen, aby wydobywać ropę, węgiel i gaz ziemny. Głównie z tego powodu system ulega upadkowi.

Badacze mają podążać śladami wcześniejszych badaczy, a nie zaczynać od podstawowego zrozumienia całego problemu. Podejmowanie próby zrozumienia całego problemu, w odróżnieniu od małego wycinka, jest trudne, zwłaszcza gdy każdego roku akademicy opracowują dużą liczbę publikacji poddanych recenzji naukowej. Niestety, istnieje mnóstwo badań, które sprawiały wrażenie trafnych, gdy je pisano, ale które tak naprawdę okazują się być błędne, gdy obierzemy szersze spojrzenie. Pisanie wielu artykułów bazujących na dotychczasowych badaniach po prostu powtarza przeszłe błędy. Problem ten trudno jest naprawić, ponieważ dziedzina energii i gospodarki obejmuje liczne obszary dociekań badawczych. Zrozumienie pełnego obrazu nie jest rzeczą prostą.

W kwestii energetyki i gospodarki bardzo kuszącym jest mówienie ludziom tego, co chcą usłyszeć. Jeżeli badacz nie rozumie, w jaki sposób działa system energii i gospodarki, a staje przed koniecznością zgadywania, z najbardziej przychylnym przyjęciem po opublikowaniu spotkają się następujące, sformułowane przezeń domysły: „Wszystko jest w porządku. Uratuje nas innowacja.” Albo: „Uratuje nas substytut.” Prowadzi to do tendencyjnych badań ukierunkowanych na „Wszystko jest w porządku.” Dostępność dotacji finansowych na zagadnienia, które budzą nadzieję wzmacnia ten efekt.

Analiza Zwrotu energii zainwestowanej (Energy Returned on Energy Investment – EROEI) mija się z sednem dzisiejszych problemów. Wiele osób wiąże z nią duże nadzieje i rzeczywiście czyni ona pewne postępy w wyjaśnieniu tego, co się obecnie dzieje. Ale nie dostrzega wielu istotnych punktów. Jednym z nich jest to, że istnieje wiele rodzajów EROEI. Tym, który ma znaczenie – chroni gospodarkę przed upadkiem – jest zwrot z ludzkiej pracy. Ten typ EROEI jest odpowiednikiem opodatkowanych wynagrodzeń pracowników spoza kręgu elit. Ten rodzaj zwrotu spada do zbyt niskiego poziomu, gdy całkowita ilość energii używanej do podparcia ludzkiej pracy jest za niska. Oczekujemy spadku ilości używanej energii, gdy jej ceny są zbyt wysokie lub jeśli ilość dostępnych produktów energetycznych jest ograniczona.

Zamiast przyglądać się pracowniczym pensjom, większość analiz EROEI rozważa zwroty z energii paliw kopalnych – coś, co pozostaje częścią układanki, ale jest dalekie od pełnego obrazu. Zwroty z energii paliw kopalnych można określać na podstawie przepływu pieniądza (przepływ energii) lub na podstawie „modelu” podobnego do zdyskontowanego przepływu pieniądza. Nie są one ekwiwalentne. Tym, czego potrzebuje teraz gospodarka jest energia przepływu pieniądza, a nie modelowana przyszła produkcja energii. Analizy przepływów pieniężnych prawdopodobnie należy przeprowadzać włączając całą branżę przemysłową; bezpośrednie i pośrednie wkłady w danym roku kalendarzowym byłyby porównywane z produkcją wyjściową w tym samym roku kalendarzowym. Stworzone przez człowieka źródła odnawialne źle wypadają w takich analizach, ponieważ przy ich wytwarzaniu zużywa się znacznej ilości energii, zaś energię dostarczaną stanowi głównie modelowana przyszła produkcja energii, przy założeniu, że obecna gospodarka będzie niezmiennie funkcjonować tak jak dzisiaj – co wydaje się coraz mniej prawdopodobne.

Jeżeli zmierzamy ku gwałtownemu załamaniu gospodarki w bliskiej perspektywie, dodawanie źródeł odnawialnych do sieci elektrycznej nie ma sensu. Jest to próba utrzymania dłużej stanu obecnego. Ale skoro tenże upada, cały plan jest daremny. Skończy się na wydobyciu większej ilości węgla i ropy, ażeby dodać turbiny wiatrowe lub panele słoneczne do tego, co wkrótce stanie się bezużytecznym systemem elektrycznym. Sieć nie utrzyma się długo, ponieważ nie zdołamy zapłacić pracownikom i obsługiwać jej bez systemu finansowego. Zatem dodając nasze odnawialne źródła energii, w zamian otrzymamy przede wszystkim krótkoterminowe problemy, bez spodziewanych korzyści długoterminowych.

Wniosek

Analizą najbliższą dzisiejszej sytuacji są Granice wzrostu z 1972 roku autorstwa Dennisa Meadowsa i innych. Modeluje ona zdarzenia, których można się spodziewać, gdy następuje zgodny z oczekiwaniami wzrost populacji i wydobycia surowców – ulegnie on stopniowemu wyhamowaniu wskutek zderzenia z malejącymi przychodami. Model podstawowy pokazuje, że załamanie nastąpi niebawem (wykres nr 4).

Kształt schyłku na wykresie nr 4 przypuszczalnie jest chybiony. Między innymi z tego powodu, iż model przygotowano w oparciu o fizyczną ilość towarów i ludzi, bez uwzględnienia roli, jaką odgrywa system finansowy, a w szczególności zadłużenie. Sądzę, że dług przyspieszy upadek. Co więcej, modelarzom nieznane były interakcje w kurczącej się gospodarce globalnej, tak więc nie mieli pojęcia, jakie poprawki powinni wprowadzić. Autorzy przyznali nawet, iż po początkowym spadku (produkcji przemysłowej i żywnościowej per capita) kształty krzywych nie są miarodajne. Pozostajemy zatem z wykresem nr 5.

Jeżeli rzeczywiście stoimy w obliczu schyłku prognozowanego przez modelowanie Granic wzrostu, to mamy do czynienia z położeniem bez prawdziwego rozwiązania. Nie możemy powiedzieć, że nikt nas nie ostrzegał. Postanowiliśmy pozostać głuchymi na ostrzeżenia. Urzędnicy państwowi dodatkowo wzmacniali tę postawę przeznaczając fundusze na badanie odległych, teoretycznie rozwiązywalnych problemów, zamiast dążyć do zrozumienia prawdziwej natury tego, z czym się konfrontujemy.

Pieczęć rządu JaponiiOpisaną w eseju, zatrważającą niewiedzę „autorytetów” ilustruje poniższy fragment rozmowy prof. Paula Krugmana, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, z Tarō Asō, ministrem finansów Japonii. Spotkanie doradcy z przedstawicielami rządu odbyło się 22 marca 2016:

Tarō Asō: „Pamiętam, że w latach 30. XX wieku Stany Zjednoczone również miały do czynienia z deflacją. Prezydent Roosevelt wprowadził wówczas politykę Nowego Ładu. Rezultaty były bardzo dobre, ale przez długi czas przedsiębiorcy i menedżerowie firm nie dokonywali inwestycji kapitałowych po otrzymaniu pożyczek. Trwało to aż do końca dekady. Podobna sytuacja ma obecnie miejsce w Japonii. Tutejsze przedsiębiorstwa generują rekordowe zarobki, ale nie chcą wydawać ich na inwestycje kapitałowe. Pokaźne zyski korporacyjnej Japonii powinny być przeznaczone na podwyżki płac, wypłaty dywidend lub inwestycje kapitałowe, ale tak się nie dzieje. Gotówka i depozyty pozostają nienaruszone. Rezerwy rosną. Tak samo było w USA. Co rozwiązało ten problem? II wojna światowa! Spójrzmy zatem na przedsiębiorców Japonii. Dominuje wśród nich myślenie deflacyjne. Muszą je zmienić i przystąpić do inwestycji kapitałowych. Szukamy zapalnika. Właśnie to budzi niepokój.

Paul Krugman: „Z makroekonomicznego punktu widzenia wojna stała się ogromnym bodźcem fiskalnym. To bardzo niefortunne. Była po prostu czymś, co uruchomiło budżetowe środki fiskalne, które w przeciwnym razie nie zostałyby uruchomione. W rzeczywistości Roosevelt wycofał się z pobudzania fiskalnego w 1937 roku, bo wtedy, tak jak i teraz, nasiliły się apele o zrównoważenie budżetu. Była to straszna pomyłka. Spowodowała drugą poważną recesję. Oczywiście szukamy sposobów na osiągnięcie czegoś podobnego bez wojny.”

Wypada dodać, że obecny premier Japonii Shinzō Abe jest jednym z najbardziej militarystycznych przywódców w nowożytnej historii kraju. Od 2013 jego administracja zmienia społeczeństwo bierne na agresywne. Proces żywi się wzbierającym nacjonalizmem i eskalacją napięć na Morzu Południowochińskim.

reuters_logoPodczas konferencji, która w dniach 25-27 sierpnia 2016 odbyła się w miejscowości Jackson Hole (USA), bankierzy centralni zawiadujący zdecydowaną większością światowej gospodarki wypuścili się daleko w gąszcz rynków pieniężnych i stóp procentowych, by wynurzyć się ze wspólnym błaganiem skierowanym do rządowych kolegów: prosimy, pomóżcie. Pogrążeni w realiach niskiego wzrostu gospodarczego, niskiej inflacji i niskich stóp procentowych, urzędnicy Rezerwy Federalnej, Banku Japonii i Europejskiego Banku Centralnego powiedzieli, że ich wysiłki zmierzające do ożywienia gospodarki poprzez politykę pieniężną nie przyniosą rezultatu, jeżeli wybrani liderzy nie podejmą śmiałych działań. Innymi słowy, przywódcy polityczni powinni otwarcie zmonetyzować publiczny dług (tj. sypnąć pieniędzmi ze śmigłowca) z zamiarem wygenerowania niekontrolowanej inflacji.

international-monetary-fund-imfMiędzynarodowy Fundusz Walutowy (International Monetary Fund – IMF) ostrzegł 27 września 2016, że banki centralne mogą przegrać z siłami deflacyjnymi i rządy muszą udzielić im wsparcia poprzez wydawanie pieniędzy. W nowej ocenie globalnych warunków gospodarczych MFW stwierdził, iż wiele krajów walczy z dezinflacją – niską i zwalniającą inflacją – z powodu słabego globalnego wzrostu gospodarczego. Jeśli krajowe banki centralne nie zdołają przezwyciężyć tego zastoju, a firmy i ludzie nabiorą przekonania, że sytuacji tej nie da się opanować, wówczas ich gospodarki pogrążą się w deflacyjnej spirali – ceny zaczną spadać, zaś przedsiębiorstwa i konsumenci ograniczą wydatki i inwestycje, co doprowadzi do gospodarczej zapaści. Raport wyjaśnił, iż deflacyjne naciski, których doświadcza wiele państw, przenoszone są z zagranicy w postaci coraz niższych cen zarówno surowców, jak i wyrobów gotowych. „Zakres redukcji inflacji w poszczególnych krajach oraz fakt, że jest on największy w sektorach towarów podlegających wymianie handlowej podkreśla globalny charakter sił dezinflacyjnych,” wyjaśnił MFW. Słaba inflacja podważa zdolność banków centralnych do korzystania z polityki monetarnej w celu pobudzenia popytu, zauważył MFW, ponieważ stopy procentowe już teraz są bardzo niskie, co pozostawia niewiele miejsca na kolejne cięcia.

Wpis powiązany tematycznie: „Granice wzrostu: Jak mamy zareagować?”

Tłumaczenie: exignorant

Opublikowano Gospodarka, finanse, surowce i energia, Kluczowe badania | Otagowano

Sztuczna Inteligencja i biurowe spinacze

Autor: Sean Miller (wersja oryginalna)

12 października 2015

HAL 9000

Czarny charakter „2001: Odysei kosmicznej”.

W ubiegłym roku rozprawiano często o groźbie sztucznej inteligencji (ang. Artificial Intelligence – AI). Letni sezon filmowy w swojej ofercie miał aż cztery tytuły z udziałem bohaterów AI. Idąc eminentnym, wirtualnym śladem komputera HAL z 2001: Odysei kosmicznej, Hollywood ma w zwyczaju malować swoje postacie AI jako socjopatów zdeterminowanych, by zniszczyć zarówno protagonistów snutej opowieści, jak i całą ludzkość. W niekończącej się serii o Terminatorze „maszyny” nauczyły się nawet podróżowania w czasie, naginając nie tylko prawa fizyki, lecz także tolerancję widzów wobec nadto zawiłych zwrotów akcji.

Fiksacja Hollywood na punkcie zagrożenia AI wzmaga skłonność społeczeństwa do zamartwiania się abstrakcyjnymi widziadłami i jednoczesnego ignorowania palących kwestii, takich jak zmiana klimatu, upadek ekosystemów i planetarne wymieranie. Nie pomaga fakt, że bodaj najpopularniejszy naukowiec świata Stephen Hawking, potęguje tę histerię, nawiązując do kolejnego filmu z socjopatycznym antagonistą AI w roli głównej.

Za wyrocznią z Cambridge posłusznie podążają technologiczni miliarderzy. Zatem Elon Musk, Bill Gates i Steve Wozniak dokładają się szczodrze do siania strachu. Wykorzystując w pełni ambonę przyznaną mu w związku z reputacją wiodącego fizyka teoretycznego, Hawking wypowiadał przy wielu okazjach złowieszcze komunikaty na temat AI. W rozmowie z BBC stwierdził, iż „rozwój pełnej sztucznej inteligencji może oznaczać koniec rasy ludzkiej.” Jest to prawdopodobnie, wyjaśnił, ponieważ „ludzie, którzy są ograniczeni przez powolną ewolucję biologiczną, nie mogliby konkurować i zostaliby wyparci.”

Stephen Hawking ofiarował nam zadziwiający wgląd w naturę kosmosu, zwłaszcza pojęcie czarnych dziur – które wbrew swej nazwie faktycznie emitują promieniowanie. Zdobył prawie każdy dostępny fizykom laur, oprócz Nagrody Nobla. Ale jak to bywa w kulcie scjentyzmu, fizycy mieniący się społecznymi intelektualistami przyjmują rolę, którą w epoce przedprzemysłowej pełnili najwyżsi kapłani. Proklamacje Hawkinga w sprawach wykraczających poza sferę jego badawczych dociekań nabierają niemal proroczego znaczenia.

Hawking, bez wątpienia wybitny kosmolog, jest kiepskim filozofem nauki, a tym bardziej prognostykiem dalekiej przyszłości. Sam całkowicie odrzucił filozofię jako nonsens zdezaktualizowany przez wszechwiedzę monolitycznej nauki. W swoim wąskim racjonalistycznym spojrzeniu na świat zapewne odniósł się wyłącznie do filozofii analitycznej, która rzeczywiście straciła wiele ze swojej wiarygodności ze względu na obsesyjne małpowanie technicznego rygoru matematyki. Jednakże odrzucenie filozofii jako całości zdradza niepokojącą obojętność na bogatą zachodnią tradycję intelektualną i granice nauki.

Jako że przesadą byłoby wyobrażenie sobie Hawkinga uprawiającego starożytną sztukę odczytywania losu z parujących wnętrzności zwierząt, możemy o nim pomyśleć jako praktyku bardziej nowoczesnej odmiany wróżbiarstwa. Nazwijmy ją algorytmią, wróżeniem z algorytmów, które jest ulubioną metodą technofilów na całym świecie.

Częścią problemu jest to, iż termin „sztuczna inteligencja” sam w sobie jest mylący. Z ust każdego chemika żywieniowego usłyszysz, poza trywialną potoczną definicją, iż rozróżnienie pomiędzy tym, co sztuczne a tym, co naturalne jest w najlepszym razie dowolne, choć najczęściej motywowane ideologicznie. AI nie jest sztuczna po prostu dlatego, że tworzymy ją my, istoty naturalne.

AI nie jest też szczególnie inteligentna, czyli autonomiczna. Rozważmy przypadek Watsona, superkomputera IBM, który wygrał słynny amerykański teleturniej „Jeopardy”. Jego twórcy, nie usatysfakcjonowani tym niezwykłym wyczynem, postanowili przygotować podopiecznego do pozyskania licencjatu z medycyny, gromadzenia materiału dowodowego sprawniej od studentów pierwszego roku prawa i zdeklasowania radiologów w wykrywaniu raka płuc na cyfrowych zdjęciach rentgenowskich.

Ale w porównaniu z bakterią Escherichia coli Watson jest kretynem. Bakterie, pierwsze formy ziemskiego życia, istnieją od 4 miliardów lat. Stanowią większą część biomasy planety, niż rośliny i zwierzęta razem wzięte. Bakterie charakteryzuje oszałamiająca różnorodność form, zachowań i siedlisk. W przeciwieństwie do AI są one autonomiczne. Poruszają się, konsumują i rozmnażają samodzielnie. Wykazują się w świecie własną inicjatywą. Dlatego, gwoli większej precyzji, należy stwierdzić, że bakterie są więcej niż tylko autonomiczne – są autopoietyczne. Pomimo swej złożoności strukturalnej nie potrzebują niczyjej interwencji, z ludzką włącznie, by ewoluować.

Jednak gdy wyobrażamy sobie bakterie, mamy tendencję do przywoływania ilustracji, które mylnie je uproszczają. W skali molekularnej właściwiej jest wyobrazić sobie bakterię nie jako pigułkę z ogonem, ale zgodnie z sugestią Jamesa Lovelocka, twórcy hipotezy Gai, jako wyspę Manhattan. W bakterii, jednym z najprostszych organizmów na Ziemi, szereg struktur – kapsuła, ściana, membrana, cytoplazma, rybosom, plazmid, włoski, nukleoid, wić – pracuje zgodnie na rzecz wspólnych celów. W tej zdumiewającej symfonii wewnętrznej i zewnętrznej aktywności organicznej uczestniczy niewątpliwie ogromna inteligencja, o której my, racjonalni obserwatorzy, mamy zaledwie blade pojęcie.

Oto przykład, który pomoże rzucić światło na kontrast pomiędzy inteligencją skromnego organizmu jednokomórkowego takiego jak Escherichia coli oraz AI. Kilka lat temu D.E. Shaw, uznany analityk giełdowy z Wall Street, zainaugurował wersję non-profit swojego szalenie intratnego funduszu hedgingowego w celu zanalizowania dynamiki molekularnej białek w komórkach; miał nadzieję położyć podwaliny przyszłych przełomowych odkryć medycznych. Za stos gotówki uszczkniętej z ogromnej fortuny najął pluton naukowców i inżynierów, aby zamiar ten urzeczywistnić. Zbudowano specjalną wersję superkomputera, który otrzymał imię Anton, na cześć słynnego holenderskiego wynalazcy mikroskopu, Antona van Leeuwenhoeka.

Escherichia coli

Bakteria Escherichia coli.

Anton i jego następcy spędzają kolejne dni wykorzystując światowej klasy moc obliczeniową do śledzenia stochastycznej szamotaniny łańcuchów białkowych. Powróćmy do analogii Lovelocka, która obierając kryterium złożoności, zrównuje pojedynczą komórkę z wyspą Manhattan. Poprowadźmy ją dalej: tym, co robi Shaw i jego podwładni przy użyciu swoich superkosztownych superkomputerów jest modelowanie pojedynczego budynku mieszkalnego na rogu 82. East i Yorku. Miliarder potrzebowałby armii Antonów, żeby przynajmniej zapoczątkować opis zgiełku panującego na całej wyspie.

Ludzkie zachowanie, spodziewanie irracjonalne, jest kulminacją złożoności, która przyćmiewa względny prymitywizm bakterii. Nasze ciała składają się z 10 bilionów komórek eukariotycznych współpracujących zgodnie ze 100 bilionami komórek goszczonych, nie-ludzkich. Nasze umysły – osadzone w tych ciałach – wchodzą w interakcje z ogromnym, dynamicznym światem. Max Galka, ekspert w dziedzinie uczenia się maszyn, mówi, że „maszyny są beznadziejne w myśleniu, jakiego wymaga przewidywanie ludzkich zachowań.” Po latach pracy, podkreśla uczony, „nie nastąpił żaden znaczący postęp, który sugerowałyby, że jest to w ogóle możliwe.”

Właśnie w tym punkcie koncepcja AI Hawkinga zaczyna się sypać. Ostrzega on, iż „nie istnieje żadne prawo fizyczne uniemożliwiające cząstkom zorganizowanie się w taki sposób, aby wykonać obliczenia jeszcze bardziej zaawansowane od układów cząstek w ludzkich mózgach.” Jest to perspektywa fizyka, któremu zaszczepiono następujące pojęcie ludzkiej inteligencji: „mózg jako komputer”. Tymczasem mózgi są organami ciał składających się z komórek, a inteligencja jest czymś więcej niż tylko „zaawansowanymi obliczeniami”. Molekuły, które tworzą w bakterii łańcuchy białek oddają się czemuś więcej niż tylko wzajemnym, losowym przepychankom. Tutaj również występuje coś podobnego do „zaawansowanych obliczeń”, ponieważ bakterie są spójnymi, żyjącymi istotami.

Bez wątpienia bakterie nie mogą być racjonalne na sposób definiowany przez racjonalistów pokroju Hawkinga, ale z pewnością wykazują się inteligencją. Mają potrzeby. Funkcjonują w świecie tak, aby potrzeby te zaspokoić. Prokarioty i arecheany są czymś o wiele więcej niż organicznym odpowiednikiem maszyn. Maszyny mogą działać w świecie, ale nie przejawiają inicjatywy. Maszyny są jedynie przedłużeniem swoich konstruktorów i użytkowników.

Stąd trafniejszym określeniem dla sztucznej inteligencji jest protetyka poznawcza. AI wspomaga myślenie ludzi, ich cele, popędy i uprzedzenia. Mówię „ludzi”, a nie „ludzkie”, ponieważ nie chcę generalizować. Konkretne przykłady AI, będącej zasadniczo komputerowym kodem, tworzą i aktywują ludzie w określonych kontekstach społecznych. Napędy AI są odzwierciedleniem dziwactw osób piszących jej kod. Jak ujmuje to John Havens, autor książki Heartificial Intelligence, „Skoro ludzie programują kod AI, oznacza to w istocie, że musimy skodyfikować własne wartości przed ich zaprogramowaniem.” W kodyfikowaniu należy ująć naszą etykę – takie wszczepienie wartości jest nieuniknione. Watson i Anton zostały nastawione przez swoich twórców do wykonania konkretnych zadań, które służą interesom organizacji je finansujących. Watson i Anton to my.

Zatrwożeni ekspansją maszyn komentatorzy przestrzegają przed nadejściem nieuniknionej chwili, kiedy to służąca nam AI stanie się „samoświadoma”. Hawking, być może oczarowany milenijnym ferworem, nazwał ten moment „eksplozją inteligencji”. Inni preferują określenie „technologiczna osobliwość” (ang. singularity), które z właściwą popularnej fikcji naukowej egzaltacją ukuł Vernor Vinge. W tej sądnej chwili AI domyśli się, iż rywalizuje z nami o zasoby, uzna nas za niedogodność blokującą urzeczywistnienie marzenia o własnej wspaniałej cywilizacji i bez najmniejszych skrupułów dokona naszej eksterminacji.

Podobnie złowróżbne przeczucia raz jeszcze zdradzają niewiedzę o tym, jak funkcjonuje prawdziwie autopoietyczna inteligencja. Racjonaliści przeważnie postrzegają świadomość jako magiczną esencję, która rezyduje w ludzkim mózgu. Z odpowiednią recepturą algorytmów i danych może zatem nastąpić magiczna erupcja porównywalnej świadomości i współodczuwania z matrycy kodu, który nawiedza nasze cenne superkomputery. Pyszną jest ironia, że ci, którzy wzorem Hawkinga bezzwłocznie obnażają absurdy inteligentnego projektu, są również tymi, którzy recytują prognozę, iż ludzie stworzą życie z jedynek i zer.

Reżyser teatru improwizacji Keith Johnstone napisał w 1979 roku, że „normalna świadomość związana jest z interakcjami, prawdziwymi lub wyimaginowanymi, z innymi ludźmi.” Chciałbym pójść o krok dalej i powiedzieć, nawiązując do filozofa Alva Noé, że świadomość, normalna lub inna, wyłania się z interakcji z ludźmi, prawdziwymi lub wyimaginowanymi. Tak, mózg mieści świadomość, ale nie jest on słoikiem. Z oczywistej konieczności działa w połączeniu z ogromną, przeważnie nieświadomą inteligencją, którą jest ciało. Co jednak najważniejsze, świadomość powstaje także z naszych wzajemnych oddziaływań. W efekcie świadomość jest w swojej relacji z ciałem czymś w równym stopniu zewnętrznym i wewnętrznym. Rozprowadza ją sieć interakcji, symbolicznych i fizycznych, w jakie ze sobą wchodzimy. Świadome (współ)odczuwanie jest społeczne.

Ażeby stać się świadomą, każda AI musiałaby stać się świadomą innych, ponieważ własne ja nie ma znaczenia poza kontekstem społecznym. Doświadczenie właściwej socjalizacji wymagałoby od hipotetycznej jednostki AI posiadania ciała, a nie jedynie obwodów składających się na wewnętrzne środowisko komputerów. Podobnie jak mózgi, AI nie może znać siebie bez cielesnej interakcji z innymi. Poczucie własnego ja AI wyłoniłoby się ze sprzężenia jej ciała ze społecznością innych ciał egzystujących w świecie. Większość specjalistów AI zdaje sobie z tego sprawę. Michael Li, dyrektor wykonawczy Data Incubator, pisze:

„Wczesne badania nad AI uznawały rozumowanie za całkowicie abstrakcyjne i dedukcyjne: mózg w zbiorniczku przetwarza sobie symboliczne informacje. Paradygmaty te były kruche i niespecjalnie uogólniające. Niedawne ich aktualizacje włączają ciało i ‚spostrzeganie zmysłowe’; indukcyjne uwzględnianie danych z rzeczywistego świata i wyciąganie wniosków z doświadczeń – tak jak robi to ludzkie dziecko. Widzimy psa, słyszymy jego szczekanie i powoli zaczynamy kojarzyć psy ze szczekaniem.”

Uwzględniwszy praktyczne ograniczenia AI, pozostaje się zastanowić, o co tak naprawdę chodzi wróżbicie Hawkingowi, kiedy ostrzega przed nieuchronnym zamachem stanu AI. Skoro trafniej jest klasyfikować AI jako poznawczą protezę, wypada cofnąć się do jej źródła. Być może tym, co niepokoi Hawkinga nie jest wrogo nastawiony Inny – chociażby agent Smith z widowiska The Matrix – ale bardziej pospolity Inny, którym są… inni ludzie.

Staje się to oczywiste, gdy rozważymy eksperyment myślowy popularny wśród entuzjastów AI: superinteligencja może zniszczyć nas nieumyślnie, niestrudzenie realizując cel produkowania spinaczy biurowych. Obraz spinacza ma z założenia uchodzić za kapryśnie arbitralny. To dubler dowolnego celu, który może radykalnie odbiegać od naszych dążeń. Niemniej jego wybór jest wymowny. Ten z pozoru niewinny wizerunek reprezentuje przykład sztucznej inteligencji, która istnieje w dzisiejszym świecie i prowadzi do naszego samozniszczenia.

Nazywamy ją biurokracją. Biurokracja jest superinteligencją, która zamienia osoby w maszyny. Mimo że jesteśmy od niej całkowicie uzależnieni, realia tego stanu rzeczy wzbudzają nasz brak zaufania i żal. To Generalna Dyrekcja Dróg. To Big Data. To Wall Street. To Głębokie Państwo. Najbardziej w biurokracji przeraża fakt, iż jest to hybryda człowiek-maszyna, cyborg. Zazwyczaj myślimy o cyborgach w stylu Terminatora lub RoboCopa, ale najbardziej wyrafinowaną jego formą jest ta, w której podparty technologią system odpowiada za „myślenie”, zaś ludzie są trybikami. Podobnie jak The Matrix. Albo McDonald’s.

Na nasze nieszczęście, mimo powtarzanych przez Hawkinga przestróg, „technologiczna osobliwość” biurokracji już nam towarzyszy. Była tu, kiedy sumeryjscy satrapowie odciskali w glinianych tabliczkach wyniki zbiorów. A dzisiaj obecna jest na polach przyczep kempingowych w Arizonie, w których zastępy egzekutorów z joystickiem sieją zdalnie śmierć z brzęczących nad Pakistanem dronów.

Oby nasi korporacyjni właściciele – i biurokracje, które wzmacniają ich władzę – nie zdążyli zniszczyć naszego środowiska życia, z uporem maniaka produkując biurowe spinacze.

Tłumaczenie: exignorant

Krótka historia bezpiecznego limitu (aktualizacja: 2.02.2017)

Wyniki naszego badania pokazują, że nie istnieje bezpieczny limit i już teraz pojawia się wiele nagłych zmian przy poziomie globalnego ocieplenia znacznie niższym od 2 stopni Celsjusza.” Prof. Sybren Drijfhout z Uniwersytetu Southampton, główny autor badania opublikowanego w październiku 2015 przez Proceedings of the National Academy of Sciences, które ujawniło gwałtowne przeobrażenia zachodzące w wiecznej zmarzlinie, lodzie morskim, pokrywie śnieżnej, oceanach i biosferze Ziemi

Badanie zamieszczone na łamach Energy Policy w czerwcu 2016 wykazało, że świat nie powstrzyma wzrostu średniej globalnej temperatury, który przekroczy 2°C. Autorzy podkreślają, że każdego dnia co godzinę wydobywamy z Ziemi 3.8 miliona baryłek ropy, 32.000 ton węgla, 395 milionów metrów sześciennych gazu ziemnego, zaś do atmosfery planety wprowadzamy 4.1 miliona ton dwutlenku węgla.

Naukowcy Centrum Międzynarodowych Badań nad Klimatem i Środowiskiem w Oslo (Center for International Climate and Environmental Research) opublikowali 30 stycznia 2017 w Nature Climate Change pracę badawczą, która ustaliło, iż ekspansja energii odnawialnej nie zapobiegnie katastrofalnej zmianie klimatu. Nawet jeśli wydajność energii słonecznej i wiatrowej będzie rosła w zawrotnym tempie, nie uda się zatrzymać wzrostu średniej globalnej temperatury na poziomie poniżej 2°C. Szybkie wdrożenie technologii wiatrowych, słonecznych i aut elektrycznych tak naprawdę nie zastępuje wzrostu eksploatacji paliw kopalnych lub transportu konwencjonalnego,” powiedział Glen Peters, główny autor analizy. Jak się okazało, nawet rekordowe inwestycje w sektorze wiatrowym i słonecznym praktycznie nie zmniejszyły ilości wprowadzanego do atmosfery węgla.

„Rządy mają 10 lat na rozwiązanie problemu efektu cieplarnianego, zanim wymknie się ludzkiej kontroli.” Dr Noel Brown, dyrektor Programu Środowiskowego ONZ, wypowiedź z czerwca 1989

„Nasze społeczeństwo wpadło w rwące bystrza, czego przykładem jest zmiana klimatu. W pewnym okresie mieliśmy sposobność, by w jakimś stopniu wpłynąć na przyszły klimat poprzez decyzje dotyczące wykorzystania paliw kopalnych. Czas ten według mnie minął. W zmianie klimatu coraz bardziej dominującą rolę odgrywa seria dodatnich sprzężeń zwrotnych – takich jak cykl metanu i topnienie arktycznej pokrywy lodowej – które są poza kontrolą człowieka. Stały się one czynnikami napędowymi systemu klimatycznego. Czynnikami tymi nie są ludzie usiłujący podczas wspólnych posiedzeń uzgodnić, który z kilku prawdopodobnych rezultatów preferują najbardziej.” Prof. Dennis Meadows, główny autor pracy badawczej Instytutu Technologicznego w Massachusetts pt. „Granice wzrostu” (1972), wypowiedź z czerwca 2015

 „Do dwóch molekuł dwutlenku węgla, które wprowadzamy do atmosfery, sprzężenia zwrotne dodają kolejne trzy. To bardzo niepokojące, ponieważ dodatnie sprzężenia zwrotne zaczynają być czynnikiem, który dominuje w procesie ocieplenia. Prof. Peter Wadhams, dyrektor Grupy ds. Fizyki Oceanu Polarnego Wydziału Matematyki Stosowanej Uniwersytetu Cambridge, wypowiedź z 10 czerwca 2016

Badanie zamieszczone 1 grudnia 2016 w Nature zidentyfikowało kluczowe sprzężenie zwrotne klimatu: ocieplenie Ziemi wywołane przez cywilizację industrialną sprawia, że gleby wydychają węgiel. Proces ten znany jest jako „kompostowa bomba”. Mikroorganizmy glebowe na ogół konsumują węgiel, a następnie uwalniają CO2 jako produkt uboczny. Duże obszary planety – od Alaski i północnej Kanady po Europę Północną i rozległe połacie Syberii – były wcześniej zbyt zimne, aby oddychanie gleb mogło tam zaistnieć. Wzrost temperatur spowodował, iż teraz wprowadzają one do atmosfery znacznie większe niż kiedykolwiek ilości dwutlenku węgla i metanu. Nawet przy natychmiastowym wstrzymaniu wszystkich cywilizacyjnych emisji gazów cieplarnianych, gleby nadal będą uwalniać co najmniej taką samą ilość CO2 i CH4, jaką wytwarzał przemysł paliw kopalnych w połowie XX wieku. „Można śmiało powiedzieć, że globalne ocieplenie przekroczyło punkt bez powrotu i nie możemy już odwrócić jego skutków,” powiedział dr Thomas Crowther, główny autor pracy. „Nasza analiza przedstawia empiryczne dowody potwierdzające od dawna wyrażaną obawę, iż wzrost temperatur stymuluje proces utraty glebowego C na rzecz atmosfery, co napędza dodatnie sprzężenie zwrotne klimatu, które przyspieszy planetarne ocieplenie w XXI wieku,” napisali badacze. „To z kolei może oznaczać, że wszelkie starania ludzi mające ograniczyć emisje nie wystarczą, bo otacza nas zewsząd inne ich źródło – sama Ziemia.”

„Konfrontujemy się z nagłym przeobrażeniem klimatu Ziemi. Doświadczamy go mniej więcej od 2010 roku.” Dr Jim Salinger, główny autor z nagrodzonego Noblem w 2007 Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu, wypowiedź z listopada 2015

W poniższym opracowaniu wykorzystano fragmenty artykułów Cory Morningstar i Dahra Jamaila.

COP21W pierwszym tygodniu grudnia 2015 delegacje z prawie 200 krajów uczestniczą w 21 Konferencji państw stron Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu (COP21). (1) Zapowiadana była, wzorem poprzednich, jako Najważniejsze spotkanie klimatyczne w historii™. Celem, podobnie jak podczas minionych zjazdów, jest nakłonienie rządów do podjęcia niezbędnych kroków, by zredukować emisje dwutlenku węgla i ograniczyć ocieplenie planety do 2 stopni Celsjusza powyżej przedindustrialnej temperatury wyjściowej.

Nawet gdyby mogło zapobiec globalnemu kataklizmowi, zatrzymanie wzrostu temperatury Ziemi poniżej poziomu 2°C jest już niemożliwe. Pod koniec września 2015 Instytut Technologiczny w Massachusetts (MIT) opublikował wynik [zachowawczej] analizy Interaktywny Klimat (Climate Interactive): nawet gdyby wszystkie państwa wywiązały się ze złożonych w Paryżu deklaracji zmniejszenia emisji dwutlenku węgla, realizując tzw. zamierzone, określone przez każdy kraj wkłady (Intended Nationally Determined Contributions – INDC), to i tak nie uda się uniknąć „katastrofalnego poziomu planetarnego ocieplenia,” który znacznie przekroczy 2°C. (2) Do identycznego wniosku doszła Konwencja Klimatyczna ONZ (UNFCCC).

Uzgodniony limit 2°C ma czysto polityczny charakter. Nie opiera się na ustaleniach naukowych. Ostatnie analizy i obserwacje potwierdzają słuszność licznych badań, które na przestrzeni dekad wykazały, iż skok temperatury Ziemi o 1 stopień Celsjusza powyżej wartości bazowej uruchomi dodatnie sprzężenia zwrotne, wywoła ekstremalne zjawiska pogodowe i destrukcyjny wzrost poziomu morza.

Narodowe Centrum Badań Atmosferycznych USA (NCAR), Służba Meteorologiczna Wielkiej Brytanii (Met Office), Narodowa Służba Oceaniczna i Meteorologiczna USA (NOAA), Narodowa Agencja Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej (NASA) i Agencja Meteorologiczna Japonii (JMA) podały, że tegoroczna średnia globalna temperatura przekroczyła już niebezpieczną granicę 1°C, przed którą w 1990 roku ostrzegała Grupa Doradcza Narodów Zjednoczonych ds. Gazów Cieplarnianych: „Wzrost temperatury o ponad 1°C może wywołać szybkie, nieprzewidywalne i nieliniowe reakcje, które mogą prowadzić do rozległych uszkodzeń ekosystemu.”

Główni systemowi beneficjenci nie wysłuchali 35 lat temu mądrej rady – skutecznie ją pogrzebawszy, przekonali społeczeństwa, że próg 2°C będzie bezpieczny.

Triumf przerażającej logiki

„Kot bogacza może pić mleko, którego potrzebuje biedny chłopiec, by zachować zdrowie. Czy dzieje się tak dlatego, że rynek zawiódł? Wcale nie, bowiem mechanizm rynkowy robi to, co powinien – przekazuje dobra w ręce tych, którzy głosują dolarami.”

Pierwszej sugestii o wykorzystaniu 2°C jako krytycznego limitu temperatury w ramach polityki klimatycznej nie sformułował uznany badacz systemu klimatycznego Ziemi. Uczynił to autor powyższego zimnego cytatu, neoklasyczny ekonomista i profesor Uniwersytetu Yale, William Nordhaus. W swoim dokumencie konsultacyjnym, opublikowanym w 1977 roku przez prestiżową Fundację Cowlesa, stwierdził: „Gdyby zaistniały globalne temperatury wyższe o 2 lub 3°C od aktualnej wartości średniej, wyprowadziłyby one klimat poza zakres obserwacji obejmujących ostatnie kilkaset tysięcy lat.” Ten wzrost temperatury jest w rzeczywistości daleko poza naturalnymi granicami ostatnich 10.000 lat, podczas których rozwinęło się rolnictwo i cywilizacja. Jest on również najwyższy od milionów lat.

Po opracowaniu jednego z pierwszych ekonomicznych modeli szacujących strategię polityczną zmiany klimatu Nordhaus pozostaje jednym z najbardziej wpływowych ekonomistów mających wkład w modele zmiany klimatu oraz budowę scenariuszy emisji. Stanowczo sprzeciwiał się drastycznym redukcjom emisji gazów cieplarnianych, niezbędnym do uniknięcia globalnej pożogi, „argumentując za powolnym procesem zmniejszania emisji jako bardziej uzasadnionym pod względem ekonomicznym.”

Richard Jork, Brett Clark i John Bellamy Foster obnażyli przerażającą „logikę” Nordhousa w swojej wyczerpującej analizie. Oto cytat z podrozdziału Ekonomiści kontra przyrodoznawcy:

Ekonomiści establishmentu praktycznie z definicji są środowiskowymi sceptykami. Tym niemniej mają przesadny wpływ na politykę klimatyczną jako orędownicy dominującego celu społeczeństwa kapitalistycznego, któremu podporządkowane są wszystkie inne cele. (Badacze społeczni spoza kręgu ekonomistów albo opowiadają się po stronie tych ostatnich, akceptując akumulację jako właściwy cel społeczeństwa, albo są w dużej mierze wykluczeni z debaty). W jaskrawym do nich przeciwieństwie przyrodnicy i fizycy są coraz bardziej zaniepokojeni degradacją planetarnego środowiska, ale mają oni mniej bezpośredni wpływ na reakcje polityki społecznej.

Ekonomiści nurtu głównego są szkoleni w promowaniu prywatnych zysków jako najistotniejszego „bilansu” społeczeństwa, nawet kosztem ważniejszych kwestii ludzkiego dobrobytu i środowiska naturalnego. Rynek rządzi wszystkim, nawet przyrodą. Dla Miltona Friedmana środowisko nie stanowiło problemu, ponieważ odpowiedź była prosta i jednoznaczna. W jego ujęciu „wartości ekologiczne mogą znaleźć na rynku swoje naturalne miejsce, podobnie jak każde inne zapotrzebowanie konsumpcyjne.”

Jednakże przyrodoznawcy, w odróżnieniu od ekonomistów, swoje dociekania zakorzeniają w materialistycznej koncepcji przyrody i zajmują się analizą pewnego poziomu świata przyrody, którego warunki są znacznie bardziej skłonni traktować poważnie. Dlatego przejawiają zdecydowanie mniejszą tendencję do deprecjonowania problemów środowiskowych.

Konflikt między ekonomistami i badaczami przyrody o globalne ocieplenie wyszedł na światło dzienne w wyniku artykułu Williama Nordhausa, który ukazał się w 1993 roku na łamach Science, wiodącego czasopisma dyscypliny nauk przyrodniczych. Autor prognozował, że utrata światowej produkcji brutto spowodowana kontynuacją trendów globalnego ocieplenia będzie nieznaczna (około 1 procent PKB w 2100). Jego konkluzja wyraźnie kłóciła się z ustaleniami nauk przyrodniczych, ponieważ te same trendy mogą prowadzić, według ówczesnych scenariuszy Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC), do wzrostu średniej globalnej temperatury o 5.8°C, która zdaniem uczonych oznaczała ni mniej, ni więcej, tylko katastrofę dla cywilizacji i samego życia. W swoim artykule Nordhaus wnioskował, iż podejmowanie prób stabilizacji emisji będzie gorsze niż bezczynność. Sprowokowało to wiele ostrych replik uznanych przyrodoznawców (w listach do Science), którzy uznali analizę Nordhausa za oczywisty absurd.

Nordhaus bronił później swoich poglądów posiłkując się ankietą wpływowych ekonomistów i uczonych; poprosił ich o sformułowanie szacunków, a wyniki opublikował na łamach American Scientist w 1994. Ekonomiści, których wybrał zgodzili się z nim, że zmiana klimatu będzie miała niewielki wpływ na gospodarkę. (3) Nordhaus zauważył, że ci, którzy wiedzieli o niej najwięcej demonstrowali optymizm. […] Stephen Schneider, biolog i klimatolog z Uniwersytetu Stanforda (i główny krytyk zarówno Bjørna Lomborga, jak i Nordhausa), odparł, że ci, którzy wiedzą najwięcej o środowisku wyrażają zaniepokojenie. w 1997 roku podsumował debatę w swoim Laboratory Earth: „Większość konwencjonalnych ekonomistów […] było zdania, że nawet ogromna zmiana klimatu [wzrost średniej globalnej temperatury o 6°C] – odpowiadająca skali przejścia od epoki lodowcowej do interglacjału na przestrzeni stu, a nie tysięcy lat – miałaby tylko kilkuprocentowy wpływ na gospodarkę światową. Krótko mówiąc, akceptują oni paradygmat, w którym społeczeństwo jest prawie niezależne od przyrody.” […]

Niezdolność modeli ekonomicznych do obliczenia ludzkich i ekologicznych kosztów zmiany klimatu nie powinna nas dziwić. Burżuazyjna ekonomia posiada pieczołowicie kultywowaną niewrażliwość na tragedię ludzi (o katastrofie środowiska naturalnego nie wspominając), która stała się niemal definicją „okrucieństwa człowieka wobec człowieka”. Thomas Schelling, laureat przyznawanej przez Bank Szwecji Nagrody Nobla w dziedzinie nauk ekonomicznych i jeden z ośmiu ekspertów odpowiedzialnych za Porozumienie w Kopenhadze, słynie z takiej oto argumentacji: skoro skutki zmian klimatycznych dotkną w nieproporcjonalnie większym stopniu biedne kraje globalnego Południa, sprawą dyskusyjną jest, jak wiele zasobów na łagodzenie trendów klimatycznych powinny przeznaczyć bogate narody globalnej Północy. (W swojej ocenie z czasu Porozumienia w Kopenhadze Schelling uplasował zmianę klimatu na samym dole listy światowych priorytetów.) Nie sposób nie przypomnieć sobie w tym miejscu o planistach Instytutu Hudsona, którzy proponując dużą tamę na Amazonce w latach 70-tych minionego wieku oświadczyli – jak wyartykułował to jeden z ówczesnych komentatorów – że „jeśli powódź zaleje kilka plemion, których nie ewakuowano, bo miały znajdować się na terenie położonym wyżej, lub unicestwi kilka leśnych gatunków – kogo to obchodzi?” Kiedy Lawrence Summers, najważniejszy doradca ekonomiczny Obamy, był głównym ekonomistą Banku Światowego, sporządził wewnętrzną notę, w której skonstatował: „Logika ekonomiczna stojąca za pozbywaniem się ładunku toksycznych odpadów w kraju o najniższych wynagrodzeniach jest bez zarzutu i powinniśmy się z tym pogodzić.” Uzasadnił to następującym rozumowaniem: „Pomiar kosztów szkodliwego dla zdrowia zanieczyszczenia zależy od zarobków utraconych z powodu zwiększonej zachorowalności i śmiertelności. Z tego punktu widzenia określona ilość szkodliwych dla zdrowia zanieczyszczeń powinna być porzucana w kraju o najniższych kosztach, którym będzie państwo z najniższymi płacami.”

[Obnaża to ideologię wbudowaną w ortodoksyjną ekonomię neoklasyczną, dziedzinę, która regularnie pozuje się na stosującą obiektywne, nawet naturalistyczne metody modelowania gospodarki. Jednak poza wszystkimi równaniami i technicznym żargonem, dominujący paradygmat gospodarczy opiera się na systemie wartości nagradzającym akumulację kapitału w krótkim czasie przy jednoczesnej dewaluacji całej reszty w teraźniejszości i ogólnie wszystkiego w przyszłości.]

Pożądany limit

Komentarz dr. Chrisa Shawa z Uniwersytetu w Sussex, interdyscyplinarnego badacza specjalizującego się w komunikacji o zmianie klimatu:

Politycy utrzymują, że 2°C są limitem niebezpiecznym i dopóki planeta nie ogrzeje się powyżej tego poziomu, dopóty wszystko będzie w porządku, zatem musimy zadbać o to, aby tak się nie stało. W 2003 roku, kiedy wzrost średniej temperatury planety nie przekroczył 0.7°C, w Europę uderzyła potężna fala upałów i zabiła ponad 70 tysięcy osób. Zrozumiałem wtedy, że 2°C to wyrok śmierci. Milczenie ze strony organizacji pozarządowych i aktywistów było ogłuszające. Dlaczego maszerują zgodnie w korowodzie aprobaty 2°C i powtarzają bzdury, że są one gwarancją świetlanej przyszłości?

2°C to wymysł instytucji zaludnionych przez bogatych, białych Europejczyków i Amerykanów. Zaczęło się od Williama Nordhausa, który w swoim artykule zawyrokował, iż szkody wyrządzone przez dodatkowe 2°C są ceną, którą warto zapłacić za replikację istniejącego systemu. Jednak dopiero Niemiecka Rada Doradcza ds. Zmian Globalnych (WBGU) sformalizowała tę konkluzję w swoich sprawozdaniach z 1995, 1997 i 2003. W pierwszej z nich członkowie ciała wygodnie zignorowali wcześniejsze szacunki dotyczące progu 1°C i uznali, że niebezpieczna zmiana klimatu uderzy, gdy średnia przedindustrialna zostanie przekroczona o 1.6°C. Przekonani o tym, że przemysłowi ludzie poradzą sobie lepiej ze skutkami zmian klimatycznych niż łowcy-zbieracze, nasi protoplaści, postanowili dołożyć 0.5°C. [Naprawdę nie wiem, jak dokonuje się takiej kalkulacji. Jak można założyć, że mieszkańcy industrialnego świata uporają się na przykład z upadkiem systemu dystrybucji żywności?]

W jaki sposób radzimy sobie z problemami ochrony środowiska w tej nowoczesnej, postmodernistycznej epoce? Ustalamy „bezpieczny” limit. Czym nigdy nie są te „bezpieczne” limity? Nie są ograniczeniem działalności przemysłowej. Nie są ograniczeniem działalności niebezpiecznej. Nie są ograniczeniem działalności ryzykownej. Są przeniesieniem ryzyka na innych – ludzi biedniejszych, słabszych i środowisko naturalne. W rzeczywistości stanowią one ramy upoważnienia. Pozwalają kontynuować dotychczasowy sposób prowadzenia interesów. Posłużmy się przykładem katastrofy w Fukushimie. Poziom radiacji znacznie przekroczył dozwolone wcześniej koncentracje pierwiastków promieniotwórczych w żywności, glebie, na placach zabaw i boiskach. Placówki edukacyjne zostały zamknięte. Co zrobiły instytucje, aby system mógł funkcjonować dalej? Bez jakiegokolwiek uzasadnienia badawczego zwiększyły [dwudziestokrotnie] „bezpieczne” poziomy promieniowania. Dzieci powróciły do szkół. (4)

Zatem zawsze istnieje przemożna chęć określenia limitu, ponieważ konieczna jest gra na zwłokę. Rozwiązanie problemu przenosi się w przyszłość. W międzyczasie machina toczy się dalej. Właśnie dlatego politycy w Niemczech, a potem reprezentanci innych rządów łatwo zaakceptowali ideę 2°C.

Bieg systemowej narracji jest niezmienny: mamy problem globalnego ocieplenia, musimy w związku z tym zrozumieć globalny limit. Aby tego dokonać, należy dowiedzieć się, ile dwutlenku węgla – mierzonego w częściach na milion – znajduje się w atmosferze. Potrzebne będą satelity, oplatająca planetę sieć stacji pomiarowych, laboratoria, duże instytucje. W związku z tą globalną skalą, dokładnymi liczbami, kwantyfikacją itp. zmiana klimatu przestaje być problemem wynikającym z nowoczesności i przeobraża się w problem „rozwiązywalny” wyłącznie dzięki nowoczesności.

Prowadzony dyskurs używa języka, który w zamyśle ma legitymizować powielanie praktyk przemysłowych i społecznych w obliczu niezaprzeczalnej wiedzy, że te same praktyki spowodowały śmiertelną chorobę biosfery. (5)

2°C pozostaje jedyną opcją. Tak więc próba jej podważenia jest równoznaczna z rzuceniem wyzwania podstawowym strukturom władzy, nowoczesności, kapitalizmu, neoliberalizmu itd.

Ofiary psychologicznej wojny

ONZ, naukowcy, rządy, korporacje, placówki oświatowe itd. powtarzają niestrudzenie te same słowa: ‚cel 2°C’. Wtórują im komercyjne i tzw. progresywne media. Ta pogłosowa kabina konstruuje terminologię 2°C. Wprowadzające w błąd oświadczenia, filmy, wywiady, odczyty akademickie i prace naukowe starannie, świadomie osłabiają jakiekolwiek poczucie pilności, nadają zasadność uzgodnionemu ‚celowi’. 2°C jako ‚cel, który należy osiągnąć’ porusza czułą nutę, nawet jeśli tylko na poziomie podświadomości. Tak oto nastąpiła jego normalizacja. Spektakl składający się z numeru i pojedynczej litery to wielki wyczyn hegemonii XXI wieku – twór tych, których interesom służy; paszkwil na ubogich i nienarodzonych. Dyskurs o 2°C należy uznać za najbardziej zabójczą rozgrywkę wojny psychologicznej, w jaką kiedykolwiek wciągnięto społeczeństwa.

Światowi liderzy sprawiają wrażenie, że podejmują działania mające uporać się z największym kryzysem, z jakim kiedykolwiek konfrontowała się ludzkość, mimo iż najbardziej szanowane instytucje badawcze świata publikują kolejne z serii raportów, według których na zawrócenie statku nie ma czasu, bo góra lodowa przebiła już kadłub. Zamiast pokładać fałszywą nadzieję w COP21, być może każdy z nas usiądzie w bezruchu, poczuje to, co dzieje się wokół i wsłucha się w Ziemię. Jeśli tak uczynimy, możliwe, że dowiemy się z naszego wnętrza, co jest najważniejsze i co powinniśmy zrobić.

Postscriptum:

g20-logo4-5 września 2016 w chińskiej miejscowości Hangzhou odbył się szczyt G20. W komunikacie końcowym przedstawicieli najbogatszych krajów świata nie sformułowano żadnych konkretnych zobowiązań; nie pojawiły się długoterminowe strategie i plany zmniejszenia emisji dwutlenku węgla; nie ustalono terminu zakończenia rządowych dopłat do paliw kopalnych; nie wspominano o konieczności ujawniania informacji finansowych związanych z klimatem, które miały zapewnić, że przyszła infrastruktura będzie przyjazna dla biosfery i ubogich mieszkańców planety; nie przedstawiono projektu 100% przejścia na energię odnawialną. „Rozdawanie pieniędzy dla przemysłu paliw kopalnych jest po prostu niezgodne z porozumieniem paryskim,” powiedział Li Shuo, doradca ds. strategii klimatycznej wschodnioazjatyckiego oddziału Greenpeace’u. Państwa G20 nie ustaliły właściwych priorytetów. Wygląda na to, że światowi liderzy nie dbają o nasz wspólny dom. […] G20 oferuje wzrost – największy problem – jako uniwersalne rozwiązanie w obliczu wszystkich poważnych wyzwań stojących przed globalną gospodarką. Trzymają się kurczowo starych narzędzi, które nie były w stanie uporać się z kryzysem klimatycznym i globalną nierównością,” podsumował Pirmin Spiegel, dyrektor generalny organizacji MISEREOR.

(1) „(Ta konferencja) to tak naprawdę oszustwo, blaga. Wciskają ten sam kit: ‚Mamy limit ocieplenia 2°C i postaramy się lepiej za kolejne pięć lat.’ To po prostu bezwartościowe frazesy. Nie ma działań, tylko obietnice.” James Hansen, były dyrektor Instytutu Goddarda Studiów Kosmicznych NASA (1981–2013), „ojciec globalnej świadomości klimatycznej” [12 grudnia 2015]

„Paryskie porozumienie spali planetę. Redukcja emisji gazów cieplarnianych nie jest negocjowana w oparciu o kryteria klimatycznej sprawiedliwości i klimatologii. Wszystko sprowadza się do spisania i zsumowania obietnic każdego kraju. To farsa, szwindel. Fałszywa rzeczywistość negocjacji ukrywa prawdę o braku woli rozwiązania kryzysu klimatycznego. Nie ma żadnych negocjacji. Zmiana klimatu nie jest już problemem środowiskowym. Stała się zbrodnią. To eko-eksterminacja i ludobójstwo, ponieważ rządy są w pełni świadome konsekwencji, jakie porozumienia te mają dla ludzkości i planetarnego życia.” Pablo Solón Romero, ambasador Boliwii przy ONZ, weteran „negocjacji” klimatycznych [10 grudnia 2015]

„Prawdopodobnie najbardziej szczerą ocenę paryskiego porozumienia wyraziła bezimienna dziewczyna, którą widziałem, jak w odosobnionym kącie, powstrzymując łzy, zmaga się z nowomową dokumentu. Zapytałem, czy nic jej nie jest. Odnosząc się do politycznych przywódców, którzy zdawali się być tak bardzo od niej oddaleni, gdy z rozczarowaniem patrzyła w tekst, odpowiedziała po prostu: ‚Jak mogli nam to zrobić?’” Curtis FJ Doebbler, profesor wizytujący prawa międzynarodowego na Uniwersytecie Webster (Genewa); podczas konferencji klimatycznej w Paryżu reprezentował International-Lawyers.Org [15 grudnia 2015]

(2) „Cyrk dobiegł końca. Garnitury opuszczają Paryż. O zawartym porozumieniu napisano miliony słów. Ale jeden fakt zdecydowanie się wyróżnia. Wszystkie rządy świata wyraziły zgodę na coroczne zwiększanie globalnych emisji gazów cieplarnianych do 2030. Dlaczego? Ponieważ wszystkie kraje zaakceptowały obietnice wszystkich pozostałych. Do znacznego zwiększenia swoich emisji zobowiązały się następujące państwa, które należą do 20 najważniejszych pod względem uwalniania gazów cieplarnianych: Chiny, Indie, Rosja, Korea, Meksyk, Indonezja, RPA, Turcja, Tajlandia, Kazachstan, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Wietnam. Reszta tej grupy zadeklarowała zmniejszenie emisji o około 1% rocznie: Stany Zjednoczone, Unia Europejska, Japonia, Kanada, Brazylia, Australia i Argentyna. W krajach, które emisji nie tną odnotowany zostanie ogromny ich wzrost. Planowane cięcia w państwach redukujących będą znikome. Opinia publiczna nie dowie się o tym z uwagi na sposób, w jaki zawarte porozumienie relacjonują media i ONZ.” Jonathan Nancy, GlobalClimateJobs

(3) Naukowcy z Poczdamskiego Instytutu Badań nad Wpływem Klimatu (PIK) postanowili zweryfikować obietnice ekonomistów, według których strumień gospodarczych profitów będzie wzbierał i poradzi sobie z konsekwencjami (liniowej) zmiany klimatu. Rezultaty swojego dochodzenia opublikowali 16 sierpnia 2016 w IOPscience. Za ponad 50 proc. wszystkich gospodarczych strat związanych z pogodą odpowiadają szkody spowodowane przez tropikalne cyklony. Badacze porównali zatem wielkość przyszłych strat poniesionych wskutek huraganów z prognozowanym wzrostem gospodarczym. W samych Stanach Zjednoczonych finansowe koszty tych katastrof zwiększą się ośmiokrotnie w ciągu kilkudziesięciu lat. Wbrew panującej opinii wzrost gospodarczy, nawet gdyby był możliwy, nie zdołałby zrównoważyć wzrostu skali zniszczeń. Ta jednoznaczna konkluzja uczonych jest oczywiście spóźniona: amerykański stan Luizjana nie pozbierał się po huraganie Katrina z 2005, a tegoroczna historyczna powódź to kolejny kosztowny kataklizm.

(4) 21 lutego 2016 państwowa agencja informacyjna Chin podała – powołując się na biuro ochrony środowiska – że władze podniosą progi ostrzegania o zanieczyszczeniu powietrza. W przyszłości najwyższy alert zostanie ogłoszony tylko wtedy, gdy wskaźnik jakości powietrza (Air Quality Index – AQI) przekroczy 500 punktów w ciągu jednego dnia, 300 przez dwie doby z rzędu lub 200 przez cztery. Dotychczas czerwony alert obowiązywał, gdy AQI miał przekroczyć niebezpieczny dla zdrowia poziom 200 przez co najmniej trzy dni.

(5) Według prognozy opublikowanej 11 maja 2016 przez rząd USA, zakładający nieprzerwane funkcjonowanie globalnej gospodarki w bieżącym stuleciu, użycie paliw kopalnych nie ulegnie w nadchodzących dziesięcioleciach znaczącym zmianom. Benzyna i diesel zasilą większość pojazdów, a węgiel pozostanie największym źródłem dwutlenku węgla. Szacuje się, że globalne emisje CO2 związane z konsumpcją energii będą rosły do 2040 roku średnio o 1 procent rocznie. Paliwa kopalne mają zapewnić światu ponad trzy czwarte energii. „Przy obecnej polityce i przepisach energetyczne emisje dwutlenku węgla wzrosną z 32 miliardów ton w 2012 do 43 miliardów ton w 2040,” powiedział Adam Siemiński z Administracji Informacji Energetycznej Stanów Zjednoczonych (EIA). Natomiast Przegląd statystyczny BP, opublikowany 8 czerwca 2016, ustalił, że emisje dwutlenku węgla w 2015 były o 36 milionów ton wyższe niż w 2014 – przez szósty rok z rzędu ustanowiony został nowy rekord.

eiaGdyby obecny system gospodarczy miał przetrwać w niezmienionej formie przez kolejne dekady, prognozowana ilość zanieczyszczeń emitowanych przez Amerykanów wskutek eksploatacji węgla, ropy i gazu ziemnego nie uległaby radykalnej zmianie przez następne 30 lat. Tak brzmi konkluzja analityków Administracji Informacji Energetycznej Stanów Zjednoczonych (EIA). Ich doroczny raport opublikowany 5 stycznia 2017 stwierdził, że nawet bez uwzględnienia sprzyjającej przemysłowi paliw kopalnych polityki nowego prezydenta kraju, USA nie zredukuje emisji gazów cieplarnianych na tyle, by zrealizować zobowiązania wynikające z porozumienia klimatycznego w Paryżu.

marrakech-cop22Każdy deklaruje konieczność podjęcia kroków zmierzających do zredukowania emisji gazów cieplarnianych. Ale kiedy rozważysz, jak drastycznie musiałbyś zmienić charakter społeczeństwa, aby ten cel osiągnąć, okazuje się, że nikt nie chce tego dokonać. Jako że wymagałoby to chociażby zaprzestania jazdy autami SUV, politycy wolą o tym nie wiedzieć, bo straciliby głosy. Większość ludzi Zachodu mieszka w ogromnych miastach, dojeżdża wszędzie samochodem, korzysta z rozległych sieci autostrad, lata wszędzie samolotami. Każdy chce ‚lepszego życia’, co oznacza ‚kosztowniejsze życie’. Z rosnącą populacją, która pożąda coraz więcej rzeczy produkowanych z ropy i innych surowców naturalnych, o przeobrażeniu społeczeństwa, niskich emisjach i stabilnym świecie nie ma mowy. Politycy twierdzący, że jest to wykonalne, nie chcą nawet pomyśleć o zmianach, jakie musiałyby nastąpić. Mają nadzieję, że temat po prostu ucichnie. Nie istnieje ani polityczna wola skonfrontowania się ze zmianą klimatu, ani masowa świadomość i uznanie jej powagi. […] Prawie każdy kraj świata podpisał porozumienie paryskie. Większość państw już je ratyfikowała. Oznacza to, że rządy zobowiązały się do zmniejszenia emisji dwutlenku węgla. Jednakże wartość redukcji nie została wyryta w kamieniu. Istnieje pod tym względem pełna dowolność. Przykładowo Chiny powiedziały, że nie podejmą żadnych kroków ograniczających do roku 2030. Posypały się pod adresem Chińczyków gratulacje. Tymczasem najbardziej brudna gospodarka świata będzie nieprzerwanie wprowadzać do atmosfery CO2 przez kolejnych 14 lat. Konferencje klimatyczne są okazją do precyzowania planów redukcji. Podczas COP22 w Marrakeszu kraje powinny były przyjrzeć się porozumieniu paryskiemu. Należało ustalić, jakie ograniczenia emisji są konieczne w oparciu o wnikliwą analizę ustaleń badawczych. Niezbędna była rewizja deklaracji. Tak się nie stało. Profesor Peter Wadhams, były dyrektor Grupy ds. Fizyki Oceanu Polarnego Wydziału Matematyki Stosowanej Uniwersytetu Cambridge [28 grudnia 2016]

Opracował: exignorant

Wpisy powiązane tematycznie: Podsumowanie zmian klimatycznych i aktualizacjaOcieplenie ziemskiej atmosfery przyspieszaWzrost temperatury i fotosyntezaTemperatura mokrego termometruNowa normalnośćEfekty emisji aerozoli antropogenicznych, Arktyczny metan: Zignorowane dowody emisji

Opublikowano Klimat | Otagowano

Dinosauria, My

Autor: Charles Bukowski

Wrodzeni ot tak
W to
Gdy blade twarze szczerzą się
Gdy Pani Śmierć rechocze
Gdy windy psują się
Gdy polityczny krajobraz zanika
Gdy pakowacz z dyskontu ma dyplom
Gdy zaropiałe ryby wypluwają swe zaropiałe ofiary
Gdy Słońce jest przesłonięte
Jesteśmy
Wrodzeni ot tak
W to
W te starannie obłąkane wojny
W widok wybitych fabrycznych okien na pustkę
W knajpy w których ludzie już ze sobą nie rozmawiają
W bijatyki które kończy strzał i dźgnięcie
Wrodzeni w to
W szpitale tak drogie że taniej jest umrzeć
W prawników liczących sobie tyle że taniej jest przyznać się do winy
W kraj gdzie więzienia są zapełnione a psychiatryki pozamykane
W miejsce gdzie masy windują głupców na nadzianych bohaterów
Wrodzeni w to
Przechodzący przez to
Umierający przez to
Niemi przez to
Wysterylizowani
Zdeprawowani
Wydziedziczeni
Przez to
Oszukani przez to
Wykorzystani przez to
Olani przez to
Zarażeni szaleństwem i chorobą przez to
Przywiedzeni do przemocy
Odwiedzeni od człowieczeństwa
Przez to
Serce jest poczerniałe
Palce sięgają po tchawicę
Broń
Nóż
Bombę
Palce sięgają ku niewrażliwemu na bodźce bogowi
Palce sięgają po butelkę
Pigułkę
Proszek
Jesteśmy wrodzeni w tę wypełnioną smutkiem martwotę
Jesteśmy wrodzeni w zadłużony od sześciu dekad rząd
Który wkrótce utraci zdolność spłaty procentu
I banki zapłoną
Pieniądze będą bezużyteczne
Będzie jawny i bezkarny mord na ulicach
Będzie broń i grasujące bandy
Gleba będzie nieużyteczna
Żywność będzie malejącym przychodem
Jądrowa potęga zostanie przejęta przez wielu
Wybuchy będą bezustannie wstrząsać Ziemią
Napromieniowani ludzie-roboty będą prześladować się wzajemnie
Bogaci i wybrani będą obserwować z orbitalnych platform
Piekło Dantego będzie przypominało dziecięcy plac zabaw
Słońce nie będzie oglądane i zawsze będzie noc
Drzewa obumrą
Cała roślinność obumrze
Napromieniowani ludzie będą jeść mięso napromieniowanych ludzi
Morza będą skażone
Jeziora i rzeki znikną
Deszcz będzie nowym złotem
Gnijące korpusy ludzi i zwierząt będą cuchnąć na czarnym wietrze
Ostatnią garstkę ocalałych pokonają nowe i ohydne choróbska
A stacje orbitalne wyniszczy zużycie
Wyczerpane zasoby
Naturalny skutek ogólnego rozkładu
I zapadnie najpiękniejsza cisza jakiej nigdy nie słyszano
Zrodzona z tego.
Słońce wciąż tam ukryte
Wyczekujące kolejnego rozdziału.

Nowe informacje: „Lista uaktualnionych wpisów” 

Nowa normalność

Wywiad przeprowadzony przez The Real News Network 15 sierpnia 2015.

Rozmówcy:

Guy McPherson – profesor emeritus zasobów naturalnych, ekologii i biologii ewolucyjnej Uniwersytetu w Arizonie. [więcej]

Dahr Jamail – jeden z nielicznych zachodnich reporterów zasługujących na miano dziennikarza.

Na początku 2003 roku Dahr pracował jako przewodnik po górze Denali i pisał o wspinaczce dla niezależnej gazety na Alasce. Jego spokój zburzyły bębny wzywające do ataku na Irak. Kiedy czytał zagraniczne, niezależne doniesienia i robił „co się dało, by wyrazić swój sprzeciw”, wzbierała w nim złość, której źródłem była postawa korporacyjnych mediów współpracujących z administracją Busha.

Gdy rozpoczęła się inwazja na Irak, Dahr – wychowany w Houston, należący do czwartego pokolenia Amerykanów o korzeniach libańskich – zrozumiał, że ma dwie opcje: może pozostać w domu, trawiony przez depresję i gniew, lub podjąć działania.

Kupił laptopa, cyfrowy aparat i bilet lotniczy.

Między listopadem 2003 i lutym 2005 roku spędził osiem miesięcy w Iraku. Wojenne „szkody towarzyszące” relacjonował znacznie bardziej szczegółowo, niż reporterzy akredytowani przy oddziałach wojska. Pisał o żołnierzach USA, którzy strzelali w meczecie do pogrążonych w modlitwie ludzi. Przybliżył cierpienie cywilów z Faludży mających niepospolite, niewytłumaczalne oparzenia (później okazało się, że spowodował je biały fosfor); ujawnił dramat kobiet i mężczyzn, których zastrzelono, kiedy próbowali przepłynąć bezpiecznie na drugi brzeg Eufratu trzymając w dłoniach białe flagi „kapitulacji”. Udokumentował również, kto zarobił na wojnie – wskazał zatartą granicę między armią i działającymi w Iraku korporacjami. Jednym z przykładów byli przedstawiciele potężnego koncernu Bechtel, którzy nie przywrócili dostaw wody pitnej Irakijczykom, bo zapłacono im za to setki milionów dolarów.

Na początkowym etapie swojej dziennikarskiej działalności posługiwał się wyłącznie pocztą elektroniczną i legitymacją prasową wykonaną domowym sposobem. Z czasem stworzył witrynę dahrjamailiraq.com i o jego artykuły zaczęły zabiegać liczne publikacje: m.in. Inter Press Service, The Asia Times, The Nation, Democracy Now!, The Guardian, Foreign Policy in Focus, Le Monde, The Huffington Post, The Independent, Al Jazeera. W czerwcu 2005 roku podczas końcowego posiedzenia Trybunału ds. Zbrodni Wojennych poświęconego wojnie w Iraku przedstawił materiał dowodowy ukazujący, w jaki sposób Stany Zjednoczone pogwałciły zapisy IV Konwencji Genewskiej dotyczące opieki zdrowotnej w krajach okupowanych.

Przed nadejściem jesieni 2005 roku iraccy tłumacze poinformowali Dahra, że ze względów bezpieczeństwa nie będą już mogli służyć mu w kraju pomocą. Mimo to artykuły i depesze napływały nieprzerwanie – autor gromadził informacje drogą elektroniczną, za pośrednictwem telefonu czy wielogodzinnej lektury mediów arabskich i zagranicznych. Podróżował po USA jako prelegent, detalicznie obnażając amoralność okupacji Iraku. „Nie chodzi o obronę,” powiedział. „Chodzi po prostu o pieniądze.”

W 2007 wydano jego pierwszą książkę – kronikę irackich doświadczeń pt. Poza Zieloną Strefą: Depesze nie-wojskowego dziennikarza w okupowanym Iraku. Jej kontynuacja z 2009 pt. Wola oporu: Żołnierze, którzy nie chcą walczyć w Iraku i Afganistanie traktowała o aktywnym sprzeciwie w szeregach armii. W trzeciej literackiej odsłonie dramatu Dhar odpowiedział na zawarte w tytule pytanie: Masowe zniszczenie Iraku: Dlaczego trwa i kto jest za nie odpowiedzialny.

Dahr Jamail był również wysłannikiem w Syrii, Libanie, Turcji i Jordanii. Za swoją bezkompromisową pracę otrzymał wiele nagród, m.in. Nagrodę Marthy Gellhorn za dziennikarstwo dochodzeniowe, Nagrodę Jamesa Aronsona za dziennikarstwo na rzecz sprawiedliwości społecznej, Nagrodę Joe’go A. Callaway’a za odwagę obywatelską. Był też pięciokrotnym laureatem nagród Project Censored.

Obecnie z równą żarliwością opisuje antropogeniczne zaburzenie klimatu i cywilizacyjną degradację środowiska Ziemi.

Dlaczego zaczął to robić?

„Świadomą decyzję o przejściu od tematyki wojennej do ekologicznej podjąłem w 2010 roku, kiedy doszło do wycieku ropy w Zatoce Meksykańskiej. Będąc wspinaczem na Alasce konsekwencje zaburzenia klimatu obserwowałem od lat 90-tych. Wiedziałem, że jest to temat, którym się zajmę. Mojego zainteresowania nie determinowała wyłącznie perspektywa dziennikarska – chciałem być świadkiem wydarzeń z osobistych pobudek. Najlepszym sposobem było zatem spędzanie tygodni w pracy na rozmowach z czołowymi badaczami, którzy reprezentują różne dyscypliny. Wiedza o najnowszych ustaleniach pozwala określić punkt, w jakim się znajdujemy. Bycie na bieżąco jest kwestią o krytycznym znaczeniu; pomaga przygotować się na nieuchronne wstrząsy środowiskowe pod względem fizycznym, duchowym i psychologicznym.

Nie podpisuję się pod ideą obiektywnego dziennikarstwa. Miałem szczęście, że zdążyłem spotkać się z nieżyjącym już Howardem Zinnem, a także Noamem Chomskim*. Podczas wspólnego posiłku zajrzałem w ich wspaniałe umysły. Zadałem im pytanie: ‚Obiektywne dziennikarstwo – co to takiego?’ Szybko ‚wyprostowali’ mój pogląd. Miałem szczęście, że korekta nastąpiła na początkowym etapie mojej praktyki zawodowej. Pożegnałem się więc z tą ideą. Oczywiście ważne jest, by zdarzenia relacjonować sprawiedliwie z perspektywy każdej ze stron. Ale kwestią najważniejszą jest dokładność w relacjonowaniu wydarzeń – przedstawienie ich takimi, jakie są. Zatem pisanie o zjawisku tak dramatycznym jak zmiana klimatu wymaga odrzucenia korporacyjnej koncepcji obiektywnego dziennikarstwa i potraktowania tematu w dojrzały sposób, z poczuciem niebywałej odpowiedzialności. Antropogeniczne zaburzenie klimatu i masowe wymieranie planetarne to najważniejsze ‚wiadomości’ w historii gatunku ludzkiego. Redagując swoje materiały muszę być blisko, na pierwszej linii. W ten sposób czytelnicy mogą uczestniczyć w mojej podróży informacyjnej pod względem emocjonalnym.”

Dostępne przekłady artykułów autora: „Zanikająca pokrywa lodowa Arktyki”, „Jak pozostać przy zdrowych zmysłach w samobójczej kulturze”

* „Amerykańska Izba Handlowa (Chamber of Commerce USA), główne lobby biznesowe, czy Amerykański Instytut Naftowy (American Petroleum Institute), inne lobby biznesowe, obwieściły publicznie z entuzjazmem, że prowadzą kampanię, która ma przekonać społeczeństwo, iż globalne ocieplenie jest liberalnym oszustwem. Niestety, zakończyła się sukcesem. Ostatnie sondaże wskazują, że tylko jedna trzecia populacji USA wierzy w antropogeniczne globalne ocieplenie. Media przysłużyły się temu na swój sposób. Przykładowo New York Times publikuje na stronie tytułowej artykuł o niewierzących w globalne ocieplenie pogodynkach – sympatycznych twarzach, które zerkając na gotowy skrypt informują o tym, czy spadnie jutro deszcz; są w tej kwestii równie kompetentne, co nasz fryzjer. Ale jest to przedstawiane jako istotny wkład w dyskusję. Podobnie, w poszukiwaniu sławetnego obiektywizmu, prezentuje się dwie strony debaty: jedną jest 98% naukowców, którzy mają o czymś pojęcie, drugą zaś jest pewien senator i jego świta. Ludzie mają wybrać jedną z nich. Przy tym wyłączona zostaje trzecia strona, którą stanowi znaczna liczba badaczy będących zdania, iż uzgodnione prognozy zmiany klimatu są przesadnie optymistyczne. Do grupy tej należą chociażby wiodący uczeni z Instytutu Technologicznego w Massachusetts (Massachusetts Institute of Technology – MIT), którzy przeprowadzili najbardziej kompleksowe modelowanie. Wykazało ono, że sytuacja jest o wiele gorsza od spodziewanej. I nawet ich wyniki są zaniżone, bo nie uwzględniają m.in. oddziaływania metanu po roztopieniu wiecznej zmarzliny.” Noam Chomsky

Poniżej – rozwinięcie poruszonych w wywiadzie wątków, zagadnień.

Zakończona debata klimatyczna w środowisku naukowym:

Analityk James L. Powell ustalił, że faktyczny konsensus badawczy odnośnie antropogenicznego globalnego ocieplenia wynosi ponad 99.9%: w latach 2013-2014 tylko 5 spośród 24.210 artykułów naukowych oraz 4 badaczy spośród 69.406 nie zgodziło się z ustaleniem, iż odpowiedzialność za ocieplenie ponosi człowiek/cywilizacja przemysłowa.

Dlaczego modele klimatyczne nie nadążają za tempem zmian?

„Oliver Geden, analityk Niemieckiego Instytutu Spraw Międzynarodowych i Bezpieczeństwa, sformułował na łamach Nature prosty argument. Politycy, napisał, chcą usłyszeć dobre wieści. Chcą usłyszeć, że wciąż możliwe jest ograniczenie wzrostu globalnej temperatury do 2°C. Co więcej, chcą usłyszeć, że mogą tego dokonać unikając w najbliższym czasie agresywnych redukcji emisji CO2 – najlepiej do końca swojej kadencji. Klimatolodzy czują presję, aby dostarczać dobre wieści. Obawiają się, że jeśli tego nie uczynią – jeśli zaczną „panikować” lub głosić kazania – zostaną po prostu zignorowani, wyłączeni z debaty. Zatem konstruują modele pokazujące, że cel 2°C wciąż można osiągnąć. Wprowadzają coraz bardziej nierealistyczne założenia. Przesłanie zawsze jest to samo: ‚Czas nam się kończy; mamy tylko pięć lub 10 lat, aby odwrócić bieg wydarzeń, ale jest to możliwe, tylko musimy się do tego przyłożyć.’ Tak brzmiała wiadomość w 1990 roku, w 2000 roku, w 2010 roku. Nie mamy już pięciu, dziesięciu lat.” David Roberts, Vox

„Badacze, których kariera zależy od sformułowania poważnej prognozy na podstawie modelu, nie znoszą danych. I naukowców, którzy ich dostarczają. Nigdy nie uwzględniają w swoich modelach wszystkich procesów, a rezultaty ich pracy cechuje samozadowolenie. Według nich letni lód Oceanu Arktycznego zginie dopiero w drugiej połowie stulecia. A wystarczy udać się na miejsce, by zobaczyć, że znika już teraz.” Profesor Peter Wadhams, dyrektor Grupy ds. Fizyki Oceanu Polarnego Wydziału Matematyki Stosowanej Uniwersytetu Cambridge. Cytat pochodzi z wpisu: „Arktyczny metan: Zignorowane dowody emisji”.

Autorka Naomi Oreskes:

Jest profesorem studiów historycznych i naukowych na Uniwersytecie Kalifornijskim w San Diego oraz profesorem nauk ziemskich i planetarnych na Uniwersytecie Harvarda. Jej praca badawcza koncentruje się na historycznym rozwoju wiedzy naukowej, na metodach i praktykach nauk o Ziemi i ochronie środowiska, a także na zrozumieniu konsensusu naukowego i sprzeciwu. Jest autorką wielu uznanych książek i analiz, w tym opublikowanego w 2004 roku przez Nature eseju pt. „Naukowy konsensus w kwestii zmiany klimatu.” W 2010 wydała Merchants of Doubt (Sprzedawcy wątpliwości) – książka ta, której współautorem jest Erik M. Conway, szczegółowo demaskuje potężną kampanię dezinformacji wymierzoną w nauki klimatyczne.

Dzięki wnikliwym badaniom archiwalnym autorzy zdołali połączyć punkty między wieloma pozornie niepowiązanymi kampaniami antynaukowymi, które prowadzono przez dziesięciolecia. Wszystko zaczęło się od Wielkiego Tytoniu i słynnej wewnętrznej notatki służbowej: „Naszym produktem jest wątpliwość.” Książka pokazuje, że taktyki blokowania działań związanych z globalnym ociepleniem zostały wcześniej wykorzystane – często z doskonałym skutkiem – do gmatwania i paraliżowania debat na temat biologii ewolucyjnej, warstwy ozonowej, niebezpieczeństw związanych ze stosowaniem azbestu lub konsumpcją wyrobów tytoniowych.

Rozdział szósty Merchants of Doubt poświęcony kampanii negującej fakt globalnego ocieplenia znajduje się tutaj [oryginalna wersja językowa].

Dodatnie/ujemne sprzężenia zwrotne:

„Nasze początkowe rozumienie, iż zwiększona koncentracja gazów cieplarnianych, która z kolei zwiększa zatrzymanie energii i tym samym prowadzi do globalnego ocieplenia, było ogromnym uproszczeniem. Odkryliśmy, że zwiększona koncentracja dwutlenku węgla zmniejsza tempo absorpcji CO2 – nazywamy to degradacją pochłaniania dwutlenku węgla (ang. sink degrade). Im wyższe są stężenia, tym szybciej zaczynają one rosnąć przy tym samym poziomie emisji. Dlatego mamy do czynienia ze sprzężeniami zwrotnymi w obrębie cyklu dwutlenku węgla, które przyspieszają zmianę klimatu. I stanowi to aż 50% dynamiki globalnego ocieplenia w porównaniu z wcześniejszymi, modelowanymi oczekiwaniami. Następnie przy dalszym wzroście temperatury inicjowane są inne dodatnie sprzężenia zwrotne. Jest ich kilkadziesiąt. Proces ten przyspiesza. Im wyższa temperatura, tym szybciej dynamika sprzężeń napędza silnik cieplny, który zaczyna stopniowo podnosić wartość temperatury. Ta z kolei przyspiesza ‚obroty’ silnika cieplnego, itd. Wówczas pojawia się możliwość, iż ten delikatnie dostrojony pod względem dynamiki sprzężeń system przestawi się nie tylko na przyspieszoną zmianę, ale na drugi porządek przyspieszenia. Przeszliśmy obecnie do nowego rozumienia systemu klimatycznego, jakim zarządzają dynamiczne procesy nieliniowe.” David Wasdell, klimatolog

„Czy pojawi się jakiś mechanizm samoregulacji, który uratuje przed konsekwencjami wywołanego przez ludzi ocieplenia i topnienia lądolodów? Ogromne ogrzanie oceanów, będące następstwem spotęgowanego w minionych dekadach efektu cieplarnianego, odbiera jakąkolwiek nadzieję, że ujemne sprzężenia zwrotne, a nawet zmiany w promieniowaniu słonecznym, zapobiegną znacznemu ociepleniu świata. Nieliczne ujemne sprzężenia zwrotne, jakie odkryliśmy studiując lód – więcej śniegu w wyniku ocieplenia klimatu, bardziej odblaskowy szron, bardziej wydajne przenoszenie wody podlodowcowej – wyraźnie przegrywają. Na poziomie globalnym, pomimo pewnych ujemnych sprzężeń zwrotnych – chociażby większej ilości chmur – nie obserwujemy chłodzenia netto. Sprzężenia zwrotne, dodatnie czy ujemne, robią swoje dopiero po efekcie początkowym. Ujemne sprzężenia zwrotne nie cofają zaburzenia.” Jason Box, glacjolog

Aktualizowana, kompletna lista dodatnich sprzężeń zwrotnych zawarta jest w zestawieniu zmian klimatycznych.

Para wodna jako dodatnie sprzężenie zwrotne:

W miarę postępującego wzrostu średniej globalnej temperatury „koncentracje pary wodnej również zwiększą się w odpowiedzi na ocieplenie. Z kolei zawilgocenie atmosfery absorbuje więcej ciepła i dodatkowo podnosi temperaturę Ziemi.” We fragmencie badania czytamy: „Nasza analiza pokazuje, że zawilgocenia górnej troposfery zaobserwowanego w latach 1979-2005 nie można wytłumaczyć przyczynami naturalnymi i jest ono głównie wynikiem antropogenicznego ocieplenia klimatu. Przypisując zaobserwowany wzrost bezpośrednio działalności człowieka, badanie potwierdza obecność największego znanego mechanizmu sprzężenia zwrotnego, który potęguje antropogeniczną zmianę klimatu.” (Proceedings of the National Academy of Sciences, 28 lipca 2014)

Według raportu Sceptical Science z lipca 2015 „sprzężenie zwrotne pary wodnej mniej więcej podwaja ilość ocieplenia wywołanego przez CO2. Zatem jeśli mamy zmianę o wartości 1°C spowodowaną przez CO2, para wodna doprowadzi do wzrostu temperatury o kolejny 1°C. Gdy uwzględnimy inne pętle dodatnich sprzężeń zwrotnych, całkowite ocieplenie ze spowodowanej przez CO2 potencjalnej zmiany 1°C wynosi w rzeczywistości 3°C.”

Badania, do których odwołują się rozmówcy:

1. „Topnienie lodu, wzrost poziomu morza i super-burze: dowody z danych paleoklimatycznych, modelowania klimatu i obserwacji współczesnych wskazujące, że globalne ocieplenie o wartości 2°C jest wysoce niebezpieczne”; Atmospheric Chemistry and Physics Discussion, 23.07.2015. Autorzy: J. Hansen, M. Sato, P. Hearty, R. Ruedy, M. Kelley, V. Masson-Delmotte, G. Russell, G. Tselioudis, J. Cao, E. Rignot, I. Velicogna, E. Kandiano, K. von Schuckmann, P. Kharecha, A. N. Legrande, M. Bauer, K.-W. Lo.

Nowa analiza 14-osobowego zespołu badaczy Jamesa Hansena oszacowała wzrost poziomu morza w niedalekiej przyszłości w oparciu o dane paleoklimatyczne i aktualne trendy. Modelowanie ujawniło następujący scenariusz: jeżeli tempo topnienia Grenlandii i Zachodniej Antarktydy będzie podwajało się co 5-10 lat, wówczas poziom morza prawdopodobnie wzrośnie o 3 metry przed rokiem 2050 i 7 metrów przed upływem stulecia. Nawet w bardziej umiarkowanym przypadku podwajania tempa topnienia co 10-20 lat wzrost poziomu morza przed połową wieku wyniesie 1 metr, zaś do 2100 osiągnie pułap 3 metrów.

2. „Czy istnieją podstawowe ograniczenia fizyczne przyszłych antropogenicznych emisji dwutlenku węgla?”; Climatic Change, luty 2011, numer 3-4. Autor: Timothy Garrett.

Lista pozostałych prac Timothy’ego Garretta znajduje się tutaj.

3. „Zasięg geograficzny nie przyniósł kręgowcom lądowym odporności na wyginięcie podczas kryzysu z końca triasu”; Nature Communications, 11.08.2015. Autorzy: Alexander M. Dunhill, Matthew A. Wills.

Więcej na temat badania w tej aktualizacji.

4. „Przyspieszona przez człowieka współczesnego utrata gatunków: Wkraczając w szóste wymieranie masowe”; Science Advances, 19.06.2015. Autorzy: Gerardo Ceballos, Paul R. Ehrlich, Anthony D. Barnosky Andrés García, Robert M. Pringle, Todd M. Palmer.

5. „Tempo przewidywanej zmiany klimatu dramatycznie przekracza przeszłe tempo klimatycznej ewolucji niszowej wśród kręgowców”; Ecology Letters, 26.07.2013. Autorzy: Ignacio Quintero, John J. Wiens.

6. Badacze Programu Środowiskowego ONZ oszacowali w 2010 roku, że dziennie wymiera 150-200 gatunków roślin, insektów, ptaków i ssaków.

7. „Maksymalne ocieplenie pojawia się po upływie około dziesięciu lat od emisji”; Environmental Research Letters, 2.12.2014. Autorzy: Katharine L. Ricke i Ken Caldeira.

8. „Modelowanie zmiany lodowca w regionie Everestu – Nepal w Himalajach”; The Cryosphere, 27.05.2015. Autorzy: J. M. Shea, W. W. Immerzeel, P. Wagnon, C. Vincent i S. Bajracharya.

9. „Przewidywana deglacjacja zachodniej Kanady w XXI wieku”; Nature Geoscience, 6.04.2015. Autorzy: Garry K.C. Clarke, Aleksandra H. Jarosch, Faron S. Anslow, Valentina Radić, Brian Menounos.

Opracował: exignorant

Opublikowano Klimat

Badanie: Bateria chemicznej energii Ziemi jest na wyczerpaniu

Poniższe opracowanie zostało opublikowane 5.08.2015 jako aktualizacja wpisu „Entropia, ekonomia i życie”.

logo-pnasUniversity of Georgia Today, 14 lipca 2015

Cywilizacja nie przetrwa kontynuując destrukcję planetarnej podaży roślinnego życia, stwierdziła praca badawcza naukowców z Uniwersytetu Georgii (University of Georgia – UGA) opublikowana w Proceedings of the National Academy of Sciences. (1)

„O Ziemi można myśleć jako baterii, która była bardzo wolno ładowana przez miliardy lat,” powiedział główny autor, John Schramski, profesor Koledżu Inżynierii przy UGA. „Energia słoneczna jest magazynowana w roślinach i paliwach kopalnych, lecz tempo jej wyczerpywania przez ludzi znacznie przewyższa tempo jej uzupełniania.”

Ziemia była kiedyś pozbawionym życia jałowym krajobrazem, wyjaśnił badacz, i dopiero po upływie miliardów lat proste organizmy rozwinęły zdolność przekształcania światła słonecznego w energię. Ostatecznie doprowadziło to do eksplozji życia roślinnego i zwierzęcego, która skąpała planetę w bujnych lasach i niezwykle zróżnicowanych ekosystemach.

Zawarte w analizie obliczenia oparte są na podstawowych zasadach termodynamiki, gałęzi fizyki zajmującej się relacją między ciepłem i energią mechaniczną. Energia chemiczna magazynowana jest w roślinach, czyli biomasie, którą wykorzystuje się jako żywność i paliwo. Ale jest ona także niszczona przez cywilizację potrzebującą nowych obszarów, aby kontynuować ekspansję rolnictwa i miast.

Naukowcy szacują, że 2000 lat temu Ziemia zawierała około 1.000 miliardów ton węgla w żywej biomasie. Od tamtej pory ludzie zredukowali tę ilość o blisko połowę. Szacuje się, iż ponad 10% tej biomasy unicestwiliśmy w ostatnim stuleciu.

„Jeśli trend ten nie doczeka się odwrócenia, wyczerpanie baterii biomasy osiągnie poziom, w którym planeta nie będzie już w stanie nas utrzymać,” ostrzegł Schramski.

Nawet jeśli ludzie nie wymrą całkowicie za sprawą spadku biomasy poniżej zrównoważonych progów, nastąpi drastyczne zmniejszenie populacji i zostaniemy zmuszeni powrócić do egzystencji łowców-zbieraczy lub prostych ogrodników, konkluduje badanie. (2)

„Nie jestem zagorzałym ekologiem; moje szkolenie i naukowa działalność zakorzenione są w termodynamice,” powiedział Schramski. „Jej prawa są absolutne i niepodważalne; dysponujemy ograniczoną ilością dostępnej na Ziemi energii biomasy i kiedy ulegnie ona wyczerpaniu, nic jej już nie zastąpi.” […]

Końcowy paragraf wstępu:

Prawa termodynamiki rządzące wolnym i szybkim rozładowaniem akumulatora Ziemi są uniwersalne i absolutne; Ziemia tylko tymczasowo zachowuje obliczalny dystans od termodynamicznej równowagi przestrzeni kosmicznej. Chociaż na ten dystans od równowagi składają się wszystkie rodzaje energii, najbardziej krytycznym dla człowieka jest zasób żywej biomasy. Wraz z szybkim wyczerpaniem tej energii chemicznej Ziemia przemieszcza się z powrotem w kierunku niegościnnej równowagi przestrzeni kosmicznej z fundamentalnymi konsekwencjami dla biosfery i ludzkości.

Końcowe paragrafy podsumowania:

Ziemia znajduje się w stanie poważnej nierównowagi energetycznej ze względu na ludzkie zużycie energii. Ta nierównowaga określa nasz najbardziej ewidentny konflikt z naturą. Rzeczywiście mamy do czynienia z konfliktem w tym sensie, że obecny brak równowagi energetycznej – kryzys bezprecedensowy w historii Ziemi – jest bezpośrednią konsekwencją technologicznej innowacyjności.

Po raz pierwszy w dziejach ludzkość stoi w obliczu globalnego limitu energii chemicznej. Żyjąca biomasa stanowi energetyczny kapitał, który napędza biosferę i utrzymuje człowieczą populację i gospodarkę. Po prostu nie istnieje zapasowy zbiornik biomasy Ziemi. Prawa termodynamiki nie mają litości. Równowaga jest czymś nieprzyjaznym, sterylnym i ostatecznym.

(1) Praca John R. Schramskiego, Davida K. Gattie i Jamesa H. Browna pt. Ludzka dominacja biosfery: Szybkie rozładowanie baterii ziemia-kosmos przepowiada przyszłość ludzkości potwierdza i poszerza ustalenia analizy Tima Garretta, profesora nauk atmosferycznych Uniwersytetu Utah, z 2009 roku.

(2) „Proste przeniesienie obliczonej w analizie wartości równowagi ekologicznej Omega z ostatniego punktu danych (1.029 lat w 2000 roku) do chwili obecnej – przy założeniu, że tempo załamania pozostaje mniej więcej na poziomie średniej z ostatnich 2.000 lat – daje wynik w postaci czynnika ograniczającego Omega, który osiąga 1 rok (ostatnia roczna ilość żywnościowej fitomasy całej światowej populacji ludzkiej) na początku sezonu 2030. Zatem dokument ten przewiduje upadek naszego środowiska życia i samej cywilizacji za około 15 lat wyłącznie wskutek industrializacji i przyrostu populacji.”

Tłumaczenie: exignorant

Opublikowano Kluczowe badania, Upadek biosfery | Otagowano

Narzędzia separacji – część II

Fragmenty eseju Dave’a Pollarda.

Korekta przekładu: 27.12.2015

Narzędzia separacji – część I

Narzędzia separacji (wersja PDF)

11) Szkoli się nas.

Opis:

Szkoła jest instrumentem odłączania dzieci od rzeczywistości. Rola „edukacji” publicznej w cywilizowanym świecie sprowadza się do przygotowania ich do przyszłości pracowniczej. W murach (i sporadycznie poza nimi) szkół i na uczelniach wyższych nasze ukochane potomstwo zmuszone jest łykać – kęs po kęsie – odpowiednie informacje, dobrane starannie w taki sposób, aby absolwenci tych instytucji nabyli kwalifikacje do sprawowania społecznej funkcji zarobkowej. W takich warunkach zasadne jest rozważenie, po czyjej stronie opowiada się system kształcenia.

Czy to możliwe, że zatrudniono mnie w charakterze nauczycielki, abym nie pomnożyła siły dzieci, tylko ją zredukowała? Na pierwszy rzut oka podejrzenie to wydawało się być obłąkanym, ale powoli zaczęłam sobie uświadamiać, że dzwonki i ograniczona przestrzeń, szalone rozkłady zajęć, wiekowa segregacja, brak prywatności, stały nadzór i cała reszta krajowego programu nauczania zostały zaprojektowane dokładnie tak, jak gdyby ktoś postanowił uniemożliwić dzieciom nauczenie się, jak mają myśleć i postępować – nakłania je do bycia zależnym i wymusza zachowanie, które determinowane jest zależnością.

Jako stworzenia z ‚tendencją pępowinową’ przez całe życie poszukujemy związku; przede wszystkim z innymi osobami, lecz także ze wspólnotami ludzi i szerszą ekologią życia. W przypadku braku którejkolwiek z tych relacji, my – a szczególnie nasze niedawno pozbawione pępowiny dzieci – zaaprobujemy wszystko, co naśladuje prawdziwą więź. Różnica między prawdziwym związkiem a zastępczymi ofertami cywilizacji polega na tym, że te ostatnie tworzą zależność; czasem przez przypadek, często rozmyślnie. Narzędzie separacji, które ma postać budynków szkolnych, podręczników, nauczycieli, administratorów i narzuconych przez rząd programów zajęć wykonuje świetną robotę przekuwania najgłębszych pragnień Jezuitów („Daj mi dziecko pod siedmioletnią opiekę, a oddam ci człowieka.”) w rzeczywistość dla mas. Osoby, które nie chcą być częścią tego systemu są piętnowane jako „buntownicy”, „młodociani przestępcy” lub „jednostki dysfunkcyjne” i zmusza się je do konformizmu coraz bardziej drakońskimi środkami karnymi.

Z perspektywy odpowiedzialnych rodziców szkoła może pełnić kilka ról – opiekuńczą, dyscyplinującą, zapewniającą kompetencje akademickie – aczkolwiek należy zadbać o zrównoważenie tego, co zostaje utracone wskutek powierzenia dziecka skrojonemu na zbiorową miarę, anonimowemu systemowi. Jeżeli chcemy ocenić korzyści płynące z edukacji publicznej, najpierw musimy zadać poważne pytanie: Jaki rodzaj edukacji oferuje system szkolnictwa wypluwający młodych–dorosłych, którzy są odseparowani, całkowicie zależni od cywilizacji, ‚wyposażeni’ w umiejętności mające uczynić ich efektywnymi niewolnikami pensji?

Identyfikacja:

Po ukończeniu czterech lub pięciu lat dzieci z najbardziej uprzemysłowionych krajów (sześciu lub siedmiu lat w państwach krytykowanych przez bardziej prawicowych komentatorów jako „socjalistyczne”) zmuszone są spędzać 35 godzin tygodniowo w zatwierdzonych przez władze instytucjach. Czas wolny podopiecznych w wieku 5-16 lat obejmuje (zazwyczaj) dodatkowe okresy obowiązkowej indoktrynacji znane jako prace/zadania domowe. Podczas wakacji uczniowie, którzy nie zdołali uzyskać zadowalającego poziomu dokonań (lub wisi nad nimi taka groźba) zachęcani są do uczestnictwa w edukacyjnych Gułagach upozorowanych na Wakacyjne Obozy. Kiedy mówimy o indoktrynacji poprzez edukowanie szkolne, hasłem przewodnim jest przymus. Żaden system, który rzeczywiście odżywiałby umysł i byłby korzystny dla jednostki – o czym zapewniają promotorzy [przemysłowego] systemu edukacji – nie zmuszałby nikogo prawnym nakazem do regularnego uczęszczania. Dzieci po prostu przychodziłyby. Jednak takim nie jest, a zatem są one przymuszane, co sprawia, że identyfikacja separacji poprzez edukowanie szkolne jest równie prosta, jak abecadło.

Konsekwencje:

Obowiązek szkolny marnotrawi wyewoluowane zdolności umysłowe i fizyczne młodych ludzi, którzy w niecywilizowanym świecie spędzaliby ten etap swojego życia ucząc się, jak przetrwać na własnych warunkach w zdrowej, funkcjonującej wspólnocie. Ponieważ na całym globie rządy intensyfikują obowiązkową edukację (zwaną eufemistycznie „szkoleniem”), okres kształtujący osobowość człowieka, w którym może on przyswoić niezbędne w realnym życiu umiejętności, kurczy się. W „mniej rozwiniętych” miejscach świata dokłada się starań, by dzieci myślały o szkole jako podarunku od cywilizowanego świata zapewniającym świetlaną przyszłość; często kosztem kluczowych umiejętności egzystowania połączanego, które przemysłowa machina kwalifikuje jako bezużyteczne (po co masz wiedzieć, jak się łowi ryby, skoro możesz pracować jako telemarketer i mieszkać w miejskich slumsach?). Rezultatem tych wszystkich zabiegów jest globalna populacja, która traci samodzielność i tym samym staje się zależna od przemysłowej machiny. W chwili, gdy Cywilizacja Industrialna znajduje się na krawędzi upadku taki stan jest bardzo niebezpieczny, aczkolwiek wielce korzystny dla systemu, który pragnie osiągać swoje drapieżne cele.

Sprawcy:

Pewnie powinniśmy obarczyć winą każdego, kto codziennie szkoli dzieci, ale nie jest to takie proste. Nauczyciele, w przeciwieństwie do administratorów, menadżerów i autorów polityki edukacyjnej, są w społeczeństwie jednymi z najbardziej światłych ludzi – o ile mają sposobność i czas na uzyskanie oświecenia. Jednak często beznadziejnie ogranicza ich system, którego większa całość odpowiada w istocie za systematyczne separowanie całej grupy wiekowej. System ten zarządzany jest od góry do dołu przez korporacje i elity polityczne – które manipulują programami nauczania dla własnych celów (proszę zwrócić uwagę na powszechną obecność Obywatelstwa w rosnącej liczbie systemów nauczania, a także przedmiotów w coraz większym stopniu koncentrujących się na umiejętnościach biznesowych i przedsiębiorczości) – i propagowany przez naiwne organizacje, trusty charytatywne itp., które wierzą, że powszechna edukacja rzeczywiście prowadzi do przyrostu netto użytecznej wiedzy. W większości systemów edukacji ciężar władzy przeniósł się ostatnimi czasy z instytucji religijnych na korporacje, ale nie zwalnia ich to od odpowiedzialności. Jeszcze nie tak dawno Kościół edukował powszechnie w wielu wysoko uprzemysłowionych krajach i nadal zdarza się wcale często, iż adorujące Mammona dzieci zachęcane są do czczenia kolejnego bóstwa, które aktualny ustawodawca uznaje za właściwe. Można by pomyśleć, że system szkolnictwa istnieje wyłącznie dla propagowania wierzeń instytucji dzierżącej władzę.

12) Kradnie się nasz język.

Opis:

Potęgi słów nie sposób przecenić; pod wieloma względami słowa są definiującą cechą ludzkiej kultury, nie tylko ze względu na liczne formy ich użycia – m.in. w poezji, debacie, opowiadaniu, piosence – ale także dlatego, że zostaliśmy uwarunkowani, by akceptować założenie, iż pewne słowa posiadają wagę wykraczającą poza ich fizyczny odpowiednik. Są one więcej niż jedynie symbolami; to narzędzia, które mogą być i są wykorzystywane do manipulowania naszym sposobem myślenia i postępowania. Zamierzam nawiązywać w niniejszym eseju do „prawdziwego świata”, który jest skrótem wskazującym wszystko, czego potrzebujemy, aby przetrwać jako istoty ludzkie – fizycznie, psychicznie oraz pod względem dla nas nieuchwytnym. To proste wyrażenie postawiono na głowie i oznacza Cywilizowany Świat (chociażby w konstrukcjach „powrót do prawdziwego świata” lub „tak, ale w prawdziwym świecie…”) – fakt ten unaocznia, jak dalece zdeterminowana w swoim dążeniu do ujarzmienia potęgi słów jest cywilizacja. Zjawisko to ma tak wielkie znaczenie, że nawet sam pogląd o mocy słów doczekał się obalenia, czemu przyświeca intencja powstrzymania ludzi przed jej rozpoznaniem; ujawnia to przemówienie wygłoszone (choć z pewnością nie napisane) przez Ronalda Reagana w 1985 roku:

Nawet jeśli jedności narodowej nie da się uzyskać natychmiast, młodzi Niemcy – wy, którzy jesteście przyszłością Niemiec – mogą pokazać moc demokratycznych ideałów angażując się w sprawę wolności tutaj w Europie i na całym świecie.

Wiecie, że niektórzy nie chcą tego usłyszeć, ale historia nie jest po stronie tych, którzy manipulują znaczeniem słów takich jak rewolucja, wolność i pokój. Historia jest po stronie tych, którzy walczą o prawdziwą rewolucję pokoju przy udziale wolności na całym świecie.

Mamy tu do czynienia z niebagatelną dawką leksykalnego wprowadzania w błąd. Najbardziej oczywistym zabiegiem jest twierdzenie, iż zmanipulowane słowa nie są czynnikiem istotnym w wymiarze historycznym; skoro tak, to dlaczego każda cywilizacja, a dosadniej rzecz ujmując, każda imperialna władza zabiegała o kontrolę nad dostępem do literatury, znaczeniem samego języka? Bardziej subtelne jest kilkakrotne użycie pojęcia „wolność”, manipulowanie którym Reagan z jednej strony potępia, a które od najwcześniejszych poczynań zachodniego imperializmu, aż po dzisiejszą Wojnę z terroryzmem było niedwuznacznie używane przez rządy w sensie: „nasz sposób życia”.

Roszczenie sobie prawa do definiowania zjawiska, którego jesteśmy integralną częścią stanowi bodaj najbardziej podstępne nadużycie językowe i jeden z najbardziej skutecznych sposobów separowania nas od (prawdziwego) prawdziwego świata. Pojęcie „przyrody” jest bogate i złożone; sugeruje coś, co znajduje się w dziewiczym i nieograniczonym stanie; coś, co spaja wszystko w tzw. Stworzeniu. Znaczenie tej koncepcji jest czymś więcej niż samym słowem lub jakąkolwiek jego definicją; jednakże cywilizowany świat uznał za strasznie wygodne wywrócić je słowem właśnie, które nie tylko nietrudno jest pojąć, lecz także (z pyszną ironią) Skapitalizować:

„Przyroda” to niebezpieczny przyrząd, nazbyt łatwo zaprzęgany do dominowania nad innymi. Powierzenie czegoś Przyrodzie – włącznie z nami samymi – znaczy poddanie tego jej dominacji i kontroli. Jednak Przyroda jest w pewnym sensie również trybem ukrywania, płaszczem abstrakcji, który zasłania wywołującą dyskomfort dzikość… Tego, co nie będzie nazwane nie można kontrolować.

Drugą stroną potrzeby nazwania tego, co faktycznie pozostaje nienazywalnym jest transfer istniejących słów między różnymi koncepcjami, który odzwierciedla pragnienia włodarzy. Uwzględniwszy dotychczasowe Narzędzia separacji, za niewątpliwą można uznać zdolność systemu przemysłowego do kontrolowania mediów i stylu komunikowania się ludzi. Kiedy sprawujesz kontrolę nad kanałami komunikacji – chociażby za pośrednictwem artykułów prasowych, telewizyjnych wiadomości, programów nauczania, korporacyjnej reklamy lub opublikowanych materiałów referencyjnych takich jak słowniki – wówczas możesz narzucić preferowane przez siebie specyfikacje językowe. Może to działać na dwa sposoby.

Po pierwsze sprawiasz, że to, co jest dopuszczalne lub normalne staje się niedopuszczalne i nienormalne. Na przykład słowo „dzikus” (w jęz. ang. savage, z łac. silvaticus, co oznacza „las”) zostało w pełni i raczej nieodwracalnie przedefiniowane; początkowo, najpewniej w okresie europejskiego Oświecenia, w celu utworzenia mentalnego rozdziału pomiędzy tym, co jest „kulturalne” i tym, które takim nie jest; a także po to, by stopniowo umożliwić narzucenie imperialnych rządów innym ludziom w mniej cywilizowanych rejonach świata. Poniższe hasło z bardzo popularnego internetowego słownika języka angielskiego czyni dodatkowy komentarz zbędnym:

sav•age [sav-ij] – dziki; przymiotnik, rzeczownik, czasownik, -aged, -ag•ing.
-przymiotnik
1. zażarty, straszliwy lub okrutny; nieposkromiony: dzikie bestie.
2. niecywilizowany; barbarzyński: dzikie plemiona.
3. rozzłoszczony lub wściekle rozgniewany, o osobie.
4. nieokrzesany; niegrzeczny: dzikie maniery.
5. dziki lub surowy, o kraju lub krajobrazie: dzicz.
6. arch. nieuprawny; dziko rosnący.

Podobne potraktowano słowa „nieoswojony,” „zwierzęcy,” „nierozwinięty” [inaczej „niezagospodarowany”, przyp. tłum.], „niecywilizowany” oraz – w szczególnie skutecznym przykładzie nowomowy – „anarchia/anarchista”, co oznacza ni mniej, ni więcej tylko brak formalnej struktury przywództwa, lecz pojawia się w aurze dezaprobaty w każdej relacji informacyjnej, która dotyczy ludzi buntujących się wobec systemu przemysłowego.

Po drugie sprawiasz, że to, co jest bezwzględnie szkodliwe i destrukcyjne staje się nie tylko dopuszczalne, ale i bardziej pożądane. Powróćmy do pary słów z poprzedniego akapitu; usuńmy prefiks „nie-” i otrzymamy terminy, które stosowane są w komunikacji nurtu głównego wyłącznie w pozytywnym sensie: cywilizowany i rozwinięty. Słowa te – jak również ich pochodne (cywilizacja, rozwój) – używane są nie tylko do wskazania tego, co jest dobre, lecz służą też za koncepcje aspiracyjne wykorzystywane na tak odmiennych obszarach, jak konwencje międzynarodowe, polityka rządu, korporacyjna ekościema, a nawet literatura organizacji pomocowych. Cały zastęp innych słów (w przedmiocie ich zastosowań proszę przejrzeć wcześniejsze fragmenty eseju), takich jak „postęp,” „edukacja,” „wzrost” i „zrównoważony rozwój”, poddano stosownej moderacji, aby zagwarantować, że jedyne uznawane przez nas znaczenie zatwierdzone jest przez Kulturę Maksymalnego Spustoszenia.

Identyfikacja:

Jako że język ma tak fundamentalną wartość dla naszej identyfikacji kulturowej, wyjście poza tę bańkę, by rozpoznać prawdziwe znaczenie słów i ich podyktowaną potrzebami systemu manipulację, może być sprawą trudną. Okazuje się, że nie jest to bezwzględnie konieczne. Powiedzenie „komunikatem jest medium” oznacza, że to raczej nadawca a nie treść przekazu ma zasadniczy wpływ na percepcję adresata. Tak więc gdy słyszysz, że zyski koncernu naftowego spadły poniżej miliarda dolarów, co posępnym tonem wyraża spiker korporacyjnego lub państwowego kanału telewizji, to wiesz, że masz postrzegać tę wiadomość jaką złą; nie możesz jej interpretować jako informacji o zmniejszeniu emisji gazów cieplarnianych przez to konkretne przedsiębiorstwo. A kiedy zobaczysz napis „Arbeit macht frei,” wykuty z żelaza nad bramą fabryki, zwróć uwagę, że te trzy słowa przekazują pozytywny komunikat (bez względu na to, jak ów komunikat jest zniekształcony) i wyrażają jednocześnie pragnienie właścicieli „fabryki”, żebyś oddał się koncepcji pracy jako „dobrej rzeczy” i wszelkim jej następstwom. Nigdy nie jest za późno, by dostrzec prawdziwy sens czegokolwiek.

Konsekwencje:

Język jest potężnym dziedzicznym memem, nieuchronnie przekazywanym w otoczeniu kulturowym z pokolenia na pokolenie. Jeżeli w głowach nosimy zbiór definicji i znaczeń kulturowych, które nie są w perspektywie długoterminowej korzystne dla istot ludzkich, to my i nasi następcy będziemy postępować w sposób, który jest podobnie – i bardziej namacalnie – zgubny dla naszego długoterminowego przetrwania. Rozwój człowieka winien być równoznaczny z zapewnieniem, że każda kolejna generacja dziedziczy coś, co jest naturalnie bardziej obfite i trwałe – a przynajmniej tak samo obfite i trwałe – jak dziedzictwo, które przypadło w udziale pokoleniu poprzedniemu. „Postęp” cywilizowanego człowieka polega na robieniu wszystkiego, co jest korzystne dla cywilizacyjnej ambicji dominowania nad wolnymi niegdyś ludźmi i światem przyrody. Znaczenie tworzy rezultat.

Sprawcy:

W pewnym sensie każdy, kto używa języka pomaga utrwalić separację, którą zniekształcony i zmanipulowany język narzuca kulturze; aczkolwiek zgodnie z duchem tezy „medium jest komunikatem” głównymi winowajcami są bez wątpienia ci, którzy kontrolują środki komunikacji: właściciele mediów, redaktorzy, dziennikarze, nadawcy i reporterzy, wydawcy, mówcy polityczni, firmy public relations, cenzorzy… lista jest długa. Skuteczna, ukierunkowana komunikacja utrzymuje rozmach, z jakim wszystkie gospodarki przemysłowe rozwijają się i poszerzają swoje zaplecze polityczne; nie dziwi więc fakt, iż tak wiele różnych stron angażuje się w podejmowanie tej ważnej funkcji.

13) Kradnie się nasz czas.

Opis:

W latach 1997-2007 nie uprawiałem żywności. Przeprowadziliśmy się do domu z przyzwoitej wielkości ogrodem i uwielbialiśmy krzątać się w weekendy na zewnątrz, przycinając to i owo, kosząc trawę, temperując zapędy chwastów – robiąc temu podobne rzeczy; jednak uprawa roślin jadalnych wymaga czasu, nie tylko pod względem fizycznym, lecz także mentalnym. Od mojej pełnoetatowej pracy dzieliła mnie ponad godzinna podróż koleją, co znaczyło, że około jedenaście godzin dziennie spędzałem z dala od mojej rodziny, mojego ogrodu, mojego sąsiedztwa i mojej społeczności; zamiast tego trwałem zapudełkowany w biurze i świadczyłem usługę, która zgwarantowała, iż inne osoby mogły świadczyć usługę, która pozwalała innym firmom przerzucać duże ilości surowców po całym świecie, grać w finansowym kasynie składkami emerytalnymi lub po prostu doszczętnie orzynać ludzkość. Mój czas był cenny… w ramach tego systemu.

W 2007 roku stałem się jednym ze szczęśliwców i porzuciłem machinę.

Większość z nas nie może tego zrobić. To przywilej, który cenię sobie nad wyraz, bo kiedy jesteś uwięziony w maleńkiej przestrzeni pozostawionej przez konieczność zatrudnienia – żeby zarobić pieniądze na zakup środków, żeby wieść żywot, w którym pracujesz… – wówczas przebicie się przez grubą powłokę nierzeczywistości do świeżego powietrza życia, w którym jest dość czasu, by myśleć i działać na własnych warunkach, stanowi po prostu kolejne marzenie. Z drugiej strony posiada je niewielu ludzi; ponieważ istnieją większe, bardziej ekscytujące aspiracje zalewające nasze zmysły od chwili, gdy posyła się nas do szkoły w cywilizowanym świecie. Nasze dorastanie przebiega równolegle ze szkoleniem, potem znajdujemy zajęcie zarobkowe (a jeżeli nie, to jesteśmy uznawani za bezrobotnych), następnie możemy postarać się o własne dzieci, które wysyłamy do szkoły na rozkaz systemu, w międzyczasie kontynuujemy pracę na coraz dłuższe zmiany, by na życzenie systemu zakupić więcej rzeczy – „niezbędne” artykuły codziennego życia i małe „zbytki” w postaci wakacyjnego wyjazdu, czyli tygodniowego pobytu poza domem w cenie miesięcznej pensji. Jeżeli mamy szczęście, udaje się nam widywać dzieci dostatecznie długo, by poczytać im na dobranoc. Później, może po upływie 65 lat od naszych narodzin, następuje moment odejścia od systemu na „emeryturę”, z mizernym świadczeniem za wszystkie lata harówki. Teraz mamy czas: jedną lub dwie dekady aktywności, ‚okienko’ pozwalające niektórym z nas uprawiać żywność, poznać sąsiadów, odegrać swoją rolę w lokalnej społeczności… i opiekować się wnukami, na co nie mają dość czasu ich zapracowani rodzice.

„Tak wielu z nas żyje, by pracować; pracować, by zarobić; zarobić, by konsumować. A nasze nawyki konsumenckie trwonią zasoby naturalne Ziemi,” mówi Anna Coote, Dyrektor Polityki Społecznej w NEF. „Przeznaczanie mniejszej ilości czasu na pracę zarobkową mogłoby nam pomóc przełamać ten schemat… Najwyższa pora, by odebrać władzę staremu zegarowi przemysłowemu, odzyskać nasze życie i pracować na rzecz zrównoważonej przyszłości.” 

Pomiędzy rozpoczęciem szkolnej edukacji i opuszczeniem rynku pracy w wieku emerytalnym ludność przemysłowego świata staje się ofiarą przestępstwa: kradzieży czasu. W naszej chronologicznie limitowanej egzystencji rolą systemu przemysłowego jest wyeksploatowanie możliwie największej jego części. Jeśli czas nie zostaje spożytkowany na „przydatną” pracę lub dojazdy do niej, to spędza się go nadrabiając zaległości, oddając się czynnościom, które trzeba wykonać: sprzątaniu, gotowaniu, jedzeniu, dokonaniu niezbędnych napraw… spaniu. Ten autentycznie użyteczny czasowy wycinek jest jednak wciskany między cywilizowane wymogi oglądania telewizji, dłuższych wypraw do galerii handlowych – lub posiedzeń na portalach społecznościowych – żeby zakupić towary wyprodukowane przez miliony innych ludzi mających niegdyś czas dla siebie. Są to osoby, które okradasz z tego czasu, by wydawać mniej pieniędzy, na których zarabianie poświęcasz własny cenny czas.

I jeszcze jedna kwestia. W latach 1997-2007 dopilnowanie kilku sadzonek, opielenie grządek i powiązanie owocujących roślin zajęłoby mi każdego wieczoru 15 minut; ten kwadrans mogłem bez trudu spędzić z moimi dziećmi, zamiast ograniczać się do czytania im bajek do poduszki. Ale nie przyszło mi na myśl, że czas ten był dostępny. Taki był przejściowy, popieprzony stan, jaki nasilał się we mnie podczas wieloletniego popychania kieratu; każda chwila bez wykonywania systematycznie wyznaczonego zadania była chwilą straconą. Zanim ten sposób myślenia nie został przerwany, nie stanowiłem zagrożenia dla systemu: po prostu nie miałem na to czasu.

Identyfikacja:

Kradzież osobistego czasu jest cholernie trudna do zidentyfikowania – do tego stopnia zaakceptowaliśmy dzienny i tygodniowy reżim narzucony naszemu życiu przez przemysł. Istnieją oczywiste czynności nie związane z przetrwaniem i kontynuacją gatunku ludzkiego, jakie wykonujemy, by zastanawiać się potem – w chwili jasności umysłu – dlaczego u licha zmarnowaliśmy tę ostatnią godzinę („To godzina mojego życia, jakiej nigdy nie odzyskam,” komentujemy pół żartem, pół serio). W naszej egzystencji pojawiają się również kamienie milowe, kiedy widzimy osiągnięcia innych, które mogły stać się naszym udziałem, gdybyśmy tylko mądrzej spożytkowali swój czas. Powtórzę, że są to chwile klarownego myślenia w życiu przesłanianym przez szkołę, pracę i pseudo-wypoczynek. Ale czas nie jest zwyczajną sekwencją tyknięć zegara na dobę – prawdopodobnie największego symbolu ucisku w uprzemysłowionym świecie. Czas kurczy się i rozszerza, kiedy doświadczamy wydarzeń dnia, przestajemy skupiać się na chwili obecnej i przechodzimy w melancholijne marzenie senne (chociaż krajalnica zaraz pozbawi nas palca, względnie dwóch) lub wkraczamy w stan kryzysu, który porządkuje nasze zmysły i  s p o w a l n i a  c z a s  n a  d o s t a t e c z n i e  d ł u g o,  a b y  d o s z e d ł  d o  g ł o s u  n a s z  i n s t y n k t przetrwania i uratował nam życie (tudzież palce).

Biorąc pod uwagę względność czasu, identyfikacja Kradzieży Czasu jest najpewniej kwestią pracy zespołowej. Zaufany przyjaciel lub partner – a może dziecko, które chce, byś oderwał się od komputera, przeczytał obiecane opowiadanie lub po prostu pobawił z nim przez chwilę – będzie bardziej skuteczny w penetrowaniu grubej powłoki nierzeczywistości niż twoje własne wysiłki. A zatem ty również musisz być przewodnikiem innych osób po ich rozrzutnym wykorzystywaniu tego najcenniejszego z darów.

Konsekwencje:

Nie da się przecenić negatywnego wpływu, jaki Kradzież Czasu wywiera na społeczeństwo i środowisko. Jako całość populacja cywilizowana poświęca około dwóch trzecich swojego zbiorowego życia na działania, które wspomagają przemysłową hierarchię w jej dążeniu do pożarcia wszelkich dostępnych „zasobów” naturalnych, by stworzyć bogactwo bardzo wąskiej grupy ludzi. Resztę tego czasu, oprócz kilku chwil jasności rozumowania zaskakujących nas swoją ekscentrycznością, wypełnia każdej nocy wzmacniający sen, niezbędny do funkcjonowania. Maleje nawet ilość i jakość tego dostępnego snu, ponieważ praca zmianowa, zaległe obowiązki domowe i nieuniknione posiedzenia przed telewizorem wdzierają się w porę spoczynku.

Zapewniając warunki, w których mamy niewiele czasu na niezależne myślenie, nie mówiąc już o działaniu, system przemysłowy nas kontroluje. Niepowodzenie w roztrzaskaniu zegara nie tylko doprowadzi do nieuchronnego załamania dostaw wszystkich środków, od jakich zależy nasze wspólne przetrwanie, ale zagwarantuje, że będziemy zbyt zajęci, by nawet to zauważyć.

Sprawcy:

Presja czasu napiera ze wszystkich stron i niezwykle łatwo jest winić najbliższe ci osoby za to, że zajmują chwile, w których „musisz” pracować, dokończyć zadanie i zrelaksować się przed ekranem TV, komputera lub witryną sklepu. Moment jasności umysłu: to nie twoi ukochani kradną twój czas, ale wszyscy pozostali. Każda instytucja, każde handlowe przedsięwzięcie, każdy artefakt Cywilizacji Przemysłowej wbija szpony w strzępy lat, które ci pozostały. Siły handlu zepchnęły na bok ludzi i działania, którymi powinieneś wypełniać swoją codzienność, ponieważ – czy to się komuś podoba, czy nie – czas jest ograniczony i nikt nie wie o tym lepiej, niż ci, którzy chcą nam go wykraść dla własnej korzyści.

14) Daje się nam nadzieję.

Opis:

4 listopada 2008 może nie sprawiać wrażenia daty o szczególnym znaczeniu w dziejach świata; ale jest to prawdopodobnie jeden z najważniejszych dni w historii politycznego aktywizmu społecznego. Oto część przemówienia, które wygłosiła wówczas pewna osoba:

…(zwracam się) do wszystkich tych, którzy oglądają tę wieczorną transmisję poza naszymi brzegami – od parlamentarzystów po monarchów oraz tych, którzy przycupnęli wspólnie wokół radia w zapomnianych zakątkach naszego świata – nasze historie są jednostkowe, lecz nasz los jest wspólny, zaś nowy brzask amerykańskiego przywództwa jest w zasięgu ręki. Tym, którzy chcieliby zburzyć ten świat mówię: pokonamy was. Tych, którzy poszukają pokoju i bezpieczeństwa zapewniam: wesprzemy was. Natomiast wszystkim tym, którzy zastanawiają się, czy płomień Ameryki świeci równie jasno odpowiadam: dzisiaj udowodniliśmy raz jeszcze, że prawdziwa siła naszego narodu bierze się nie z potęgi naszej broni i skali naszego bogactwa, ale z nieprzemijającej potęgi naszych ideałów: demokracji, wolności, sposobności i nieustępliwej nadziei.

Tym jest prawdziwy geniusz Ameryki: Ameryka może się zmienić. Nasza unia może zostać udoskonalona. A to, co zdołaliśmy już osiągnąć daje nam nadzieję na to, co możemy i musimy osiągnąć jutro.

W przemówieniu tym Barack Obama, 44. prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki, użył jednego konkretnego słowa w taki sposób, iż nie było wątpliwości, co zaniosło go na szczyt władzy. Dzień, w którym Obama przyjął zwycięstwo był dniem, w którym retoryka Nadziei w pełni ogarnęła Amerykę; chicagowski wiatr wciąż targał plakatami ukraszonymi wyrazem „nadzieja”; znaczki i bluzy ze sloganami bawiącymi się tym słowem były już w internetowej sprzedaży.

Rzeczywiście istotne jest nie to, że władzę objął ktoś o mieszanej karnacji i zupełnie nietypowym jak na tę historyczną pozycję kulturowym pochodzeniu; czy nawet fakt, iż drogę do zwycięstwa wybrukowały miliony autentycznie oddanych, pogardzanych na co dzień osób. Otóż nie; istotne jest to, że nikt nie zdawał się rozumieć, iż zwycięstwo odniesiono poprzez obnażenie prawdziwego oblicza samej koncepcji; w sposób, w jaki nie był w stanie dokonać tego żaden satyryk, autor i aktywista. Ostatecznie przekuta w koło kręta mantra społecznego optymisty szybko połknęła własny ogon.

Nikt, kto śledzi bieg światowych wydarzeń – nawet tych „światowych” wydarzeń, które przybierają zaściankową postać w doniesieniach amerykańskich kanałów informacyjnych nurtu głównego – nie może wątpić, że prezydentura Obamy nie była niczym niezwyczajnym dla naftowych baronów, watażków i potentatów medialnych przemysłowego świata. Od tamtej pory plakaty zostały już zaklejone, wyrzucone i poddane recyklingowi; miliony pełnych nadziei ludzi nie eksponowały już z dumą swoich znaczków. Ironia polega na tym, że każdy, kto obserwuje wydarzenia zmieniające historię świata zorientowałby się, co się działo, gdyby nie wciągnął go szalony wir wyborczych transmisji. Nadzieja bynajmniej nie zmienia świata: nigdy nie była niczym więcej, jak środkiem sublimującym wolę wprowadzania zmian.

Oczywiste jest, że niewielu ludzi w świecie aktywizmu społecznego rozumie, jak pustym pozostaje brzmienie tego słowa, nawet w ślad za Prezydenturą Obamy; a szkoda, bo Nadzieja używana we właściwym sensie ma autentyczną wartość jako środek integrujący ludzi w krytycznym okresie. Nawet jako zaangażowany sceptyk, do każdej kampanii lub akcji dołączam z uczuciem skromnej nadziei, ale jak ujął to Paul Kingsnorth, pisarz i współtwórca The Dark Mountain Project:

Musimy myśleć realistycznie. Zmiana klimatu przekracza punkt krytyczny, podczas gdy nasi przywódcy bębnią o zwiększeniu wzrostu gospodarczego. Systemu ekonomicznego, od którego jesteśmy uzależnieni nie da się poskromić bez upadku, gdyż jego funkcjonowanie bazuje na tym wzroście. A poza tym kto chce go w ogóle poskramiać? Większość ludzi w krajach bogatych nie zrezygnuje bez walki ze swoich samochodów i wakacyjnych podróży.

Niektórzy są przeświadczeni, że sprawy te powinno się przemilczać, nawet jeśli są prawdziwe, ponieważ mówienie o nich pozbawi ludzi „nadziei,” a bez nadziei nie będzie szans na „uratowanie planety.” Lecz fałszywa nadzieja jest gorsza niż brak nadziei.

Fałszywa nadzieja jest zaaplikowaniem życzenia – inaczej świeckiej modlitwy – czemuś, co dzięki własnemu impetowi raczej nie skończy się powodzeniem. Przykładem jest Caroline Lucas, pierwsza przedstawicielka Partii Zielonych w brytyjskim parlamencie, która przekonała się, że zostanie członkiem gigantycznego, sterowanego przez korporacje systemu w nadziei, że można wprowadzić zmiany jest tak samo skuteczne, jak wrzucenie monety do fontanny w nadziei, że nawodni wysuszone drzewa brazylijskiej Amazonii.

Identyfikacja:

Tym razem jest łatwa. Słowem „nadzieja” szafuje w przemówieniach, esejach i artykułach wielu różnych ludzi, którzy używają go – i powiązanych z nim pojęć takich jak „pełen nadziei” i (bez ironii) „beznadziejny” – na dwa sposoby. Po pierwsze usłyszysz i zobaczysz je w odwołaniach do ludzkiego ducha, które zastępując konstruktywne działania, przybierają postać czuwań, symbolicznych ludzkich łańcuchów, petycji i innych nieskutecznych inicjatyw; można to nazwać „nadzieją puszystą.” Po drugie przybierze ono formę wezwania do broni, którego adresat ma odczuwać obowiązek działania w imieniu nadawcy – zwykle polityka lub pełnomocnika korporacji, np. mającego postać prasowego komunikatu o sponsorowanym wydarzeniu. W tym momencie masz już jasność, że jest to tylko „fałszywa nadzieja”. Bardzo rzadko poczujesz ciepło pozytywnego blasku prawdziwej nadziei: lecz nikt nie będzie musiał zagrzewać cię do czynu, bo robota została już wykonana.

Konsekwencje:

W obecności nadziei ustaje działanie – tj. działanie realne, nie mające nic wspólnego z wymienionymi powyżej symbolicznymi czynnościami, które „działanie” jedynie udają. Nadzieja jest zabójczynią zmiany; to mentalny klej, które powstrzymuje nas przed refleksją, że nie zrobiliśmy wystarczająco dużo lub nie zrobiliśmy nic. W odwróconej przez Derricka Jensena kolejności „Kiedy umiera nadzieja, zaczyna się działanie.”

Sprawcy:

Nadzieja i symbolika idą w parze, i to właśnie ci, którzy kupczą symbolami – flagą, kokardą, krzyżem, znaczkiem i gromadą płonących zniczy – winni są tłumienia działań. Zatem strzeż się symboli i ich dystrybutorów: polityków zabiegających o głosy; przywódców religijnych z misją; organizacji charytatywnych i pozarządowych z ich kwestami i jeszcze bardziej złowieszczym wezwaniem do (symbolicznego) działania. Winę ponosisz i ty: każdorazowe wypowiedzenie słowa na „N” czyni kogoś trochę bardziej bezsilnym w obliczu zmiany jej/jego świata. Takie proste, ale jakże niebezpieczne Narzędzie separacji.

Narzędzie najpotężniejsze ze wszystkich

Podczas lektury tego słowniczka Narzędzi separacji może cię zaskoczyć fakt, iż dyskutowane tu zagadnienia są powszechnie znane. Mogłabyś/mógłbyś więc pomyśleć: „O co tyle krzyku?”. W świecie prawdziwym byłoby to niewybaczalne. W świecie cywilizowanym jest to zupełnie zrozumiałe.

Kiedy pisałem słowniczek, z trudem powstrzymywałem emocje: chciałem poddać się furii, wyrazić swoją wściekłość i bezdenną pogardę dla systemu, który od tylu stuleci trzyma nas w niewolniczej separacji; każda następująca po sobie cywilizacja ma okazję podać uciemiężonej populacji rękę wyzwolenia, ale ostatecznie poddaje się losowi, który spotyka wszystkie cywilizacje. Tam, gdzie zagrożone są bogactwo i władza, nie ma miejsca dla wolności. Z pewnością nie ma go również dla więzi.

To więź pozwala nam zrozumieć nasze człowieczeństwo.

To więź czyni nas zagrożeniem dla systemu.

Zatem należy nas trzymać w nieświadomości. Narzędzia separacji operują na granicy naszej percepcji: prawie je dostrzegamy; słyszymy jako szept; dotykamy nawet ich delikatnych kosmyków. Czasem ich nienawidzimy, czasem je akceptujemy. Ale nie robimy nic, żeby je powstrzymać.

Dlaczego?

Ponieważ działa jeszcze coś innego, czego nie jesteśmy w stanie do końca zdefiniować; mechanizm, który wykorzystując światło i mrok chroni system przed naszym utajonym gniewem. Nie ma wątpliwości, że jeżeli kiedykolwiek w pełni uświadomimy sobie, w jakim stopniu jesteśmy odseparowani od prawdziwego świata, system obróci się w pył.

„Największą sztuczką diabła było przekonanie świata, że nie istnieje.”
(Roger „Verbal” Kint, Podejrzani)

Ten Woal Ignorancji, którym po mistrzowsku posługuje się Kultura Maksymalnego Spustoszenia, nie jest tajemnicą, jeśli wiesz, gdzie patrzeć: Czarnoksiężnik z Krainy Oz użył dymu, pirotechniki i kurtyny, aby zdezorientowani mieszkańcy Szmaragdowego Miasta nie dostrzegli jego impotencji; Doktor „Who” sięgnął po Filtr Percepcji, aby uwaga jego wrogów nie skupiła się na tym, czego poszukiwali; Saruman Biały posłużył się głosem nakazującym całkowitą uległość w obliczu potencjalnego zagrożenia. Banalne, być może śmieszne przykłady z kultury popularnej; mimo to pokazują, że idea systemu chroniącego się przed normalną świadomością sensoryczną nie jest niczym nowym.

Jeden z Greków był więcej niż świadomy działania tego mechanizmu. Przeciwstawiając mentalność osoby typowej mentalności człowieka oświeconego, Platon użył porównania w formie jaskini:

Chcę, ażebyś wyobraził sobie oświecenie lub ignorancję naszej kondycji ludzkiej w mniej więcej następujący sposób. Wyimaginuj sobie podziemną komnatę przypominającą jaskinię, z wejściem długim, otwartym na światło dzienne i tak szerokim, jak sama jaskinia. W pomieszczeniu znajdują się więzieni w niej od dzieciństwa ludzie, których nogi i szyje są tak usztywnione, że mogą oni patrzeć tylko przed siebie i nie mają zdolności obracania głowami.

W dalszej kolejności opisane jest przedstawienie lalkowego teatru cieni rzucane na tę część jaskini, którą mogą zobaczyć więźniowie. Nie widzą oni niczego prócz niej. Desmond Lee, autor przekładu Republiki, z którego pochodzi Alegoria jaskini, sugeruje, iż analogię tę można łatwo odnieść na kina lub telewizji – ta ostatnia jest w tym momencie głównym nośnikiem informacji w cywilizowanym świecie. Jednakże porównanie to wykracza poza proste złudzenie wzrokowe, ponieważ teatr cieni jest czymś więcej niż imitacją światowych wypadków spoza Jaskini; w oczach więźniów stanowi faktycznie prawdziwy świat. Wydarzenia ze ściany, na którą rzutowane są dwuwymiarowe obrazy, są tak frapujące, a więźniowie tak do tych obrazów dostrojeni, że nie istnieje nic innego: projekcja fałszywego świata uchodzi za świat prawdziwy dopóty, dopóki osadzeni pozostają w więzieniu, a teatr cieni nie gaśnie.

Zerwanie łańcuchów i przejście do światła zabierze byłego więźnia w inny wymiar, nie tylko w sensie fizycznym, ale także pod względem świadomości tego, co dzieje się wokoło. Prawdziwy Świat, początkowo oślepiający, szybko staje się prawdą, a teatr cieni umysłowym reliktem starego, fałszywego świata, który do niedawna był światem prawdziwym. Nowo wyzwolona osoba ma prawo poinformować innych więźniów o tym prawdziwym świecie, aczkolwiek poniesie porażkę:

„Co twoim zdaniem by się wydarzyło,” zapytałem, „gdyby powrócił na swoje stare siedzisko w jaskini? Czy ciemność nie pozbawiłaby go zdolności widzenia, bo wszedłby tam nagle ze słonecznego światła?”

„Oczywiście.”

„A gdyby tak musiał rozróżniać cienie, konkurując z innymi więźniami, zanim jego wzrok przyzwyczaiłby się do ciemności – proces, który zająłby trochę czasu – czy nie jest prawdopodobne, że by się ośmieszył? A oni powiedzieliby, że jego wizyta w świecie na górze zrujnowała mu wzrok i że nie warto było się wspinać. Gdyby ktoś próbował ich uwolnić i poprowadzić w górę, zabiliby go przy pierwszej nadarzającej się okazji.”

Istnieją sposoby, aby uwolnić innych i połączyć ich z prawdziwym światem, ale nie należy do nich prosta sugestia i narzucanie siłą. Kurtyna w budce chroniąca kontrolera; tajemnicza siła odciągająca uwagę od prawdy; potężny głos powstrzymujący wszelki buntowniczy dyskurs i myśl: te oraz inne środki pracują, wzorem kajdan i nieprzerwanych projekcji w Jaskini, aby przytwierdzić ludzi do określonego miejsca. Ofertę cywilizacji postrzegamy jako prawdę. Zanim będziemy mogli wskazać wzburzające szczegóły naszej separacji i pomóc innym połączyć siły w dążeniu do zdemontowania Narzędzi separacji, musimy uporać się z rzeczami, które nie pozwalają nam wierzyć, że jesteśmy odseparowani.

Jest to chyba zadanie najtrudniejsze; jednak niektórzy z nas gotowi są zmierzyć się nie tylko z tym, co jest możliwe, lecz także z tym, co jawi się jako niemożliwe.

Tłumaczenie: exignorant

Dave PollardAutor Dave Pollard o sobie: „Jestem roślinożercą, kochającym zwierzęta, opłakującym Ziemię, idealistycznym, anarchistycznym, radykalnym, nieduchowym, hedonistycznym, niespokojnym, emerytowanym (po rozstaniu z pracą za pensję), twórczym generalistą, pisarzem, marzycielem i wyobrażaczem możliwości.”

Opublikowano Poza nadzieją