Autor „śladu ekologicznego”: Człowiek zepchnął dziką przyrodę i siebie na krawędź istnienia

Fragmenty wywiadu z Williamem Reesem. Rozmowę przeprowadził w listopadzie 2017 Chris Martenson z Peak Prosperity.

Przekład dedykuję Życzliwym, którzy udzielają mi swojego wsparcia.

Dr William Reese jest bioekologiem, ekonomistą ekologicznym, byłym dyrektorem i profesorem emerytowanym Szkoły Planowania Wspólnotowego i Regionalnego przy Uniwersytecie Kolumbii Brytyjskiej (UBC). Zyskał rozgłos jako pomysłodawca śladu ekologicznego, który współtworzył ze studentami. Powiększający się ślad ego ludzkości jest prawdopodobnie najbardziej znanym na świecie wskaźnikiem niezrównoważonego charakteru naszego techno-przemysłowego społeczeństwa. We wczesnych badaniach dr Reese koncentrował się na ocenie środowiskowej, lecz stopniowo rozszerzał ich profil o biofizyczne wymogi zrównoważonego rozwoju oraz implikacje globalnych trendów ekologicznych. Po drodze obiektem swoich analiz uczynił współczesne miasta jako struktury rozpraszające [energię], tzn. szczególnie newralgiczne składowe ekosystemu cywilizacji. Rozmówca jest też autorem ponad stu pięćdziesięciu artykułów, które poddano recenzji naukowej.

Chris Martenson: Co sprawiło, że zainteresowałeś się możliwością zostania ekologiem?

William Rees: Początki fascynacji sięgają dawnych czasów, kiedy jako młokos część roku spędzałem na farmie mojego dziadka w Ontario. Właśnie tam zacząłem bardzo doceniać, w jak głębokim stopniu jesteśmy połączeni z ziemią. Pamiętam jeden konkretny dzień, gdy wszyscy wcześnie powróciliśmy z pól – był to początek lat 50. i nie posiadaliśmy ciągnika. Uczestniczyłem w załadunku wozów ciągniętych przez konia – widłami wrzucałem siano. Pracowaliśmy w pocie czoła, a mój dziadek zwykł przed wspólnym posiłkiem wypowiadać słowa modlitwy. Do stołu zasiadło nas dziesięciu lub czternastu – ośmiu kuzynów i garstka wujków. Czekaliśmy na seniora rodu i jego prośbę o błogosławieństwo. Pozwolono nam po brzegi wypełnić talerze. Przy tej wyjątkowej okazji przyglądałem się „kopczykowi” pożywienia. Jako dziesięciolatek miałem już coś wspólnego z każdym produktem znajdującym się na moim talerzu: odchwaszczałem pomidory, zbierałem jaja itd. I nagle obudziła się we mnie świadomość – czułem, jakby ktoś spod nóg raptownie wyciągnął mi dywan i doświadczam swobodnego upadku – iż jestem nierozerwalnie związany z planetą. Prawdę mówiąc, zaświtało mi w głowie, że powstałem z jedzenia, które spożywam, czyli z organicznego podłoża, na którym stoję. Odcisnęło to na moim umyśle niezatarty ślad. I ostatecznie doprowadziło do analizy śladu ekologicznego. Wiele lat później doszedłem do wniosku, że skoro jesteśmy całkowicie zintegrowani z Ziemią, to pierwsze pytanie dotyczące ludzkiej ekologii powinno brzmieć: Ile powierzchni świata jest przeznaczonej wyłącznie do wykarmienia mojej osoby i podtrzymania stylu życia, do którego przywykłem? Odpowiedzią jest twój osobisty ślad ekologiczny.

Lubię upraszczać idee, by ludzie mogli pojąć zagadnienia pozornie skomplikowane. Dlatego podoba mi się idea śladu ekologicznego. Czy zechciałbyś wyjaśnić tę koncepcję naszym słuchaczom?

Naturalnie. We wczesnym etapie mojej kariery akademickiej pewien ekonomista rzucił mi wyzwanie. Miało to miejsce po krótkim odczycie, jaki wygłosiłem na temat tzw. pojemności środowiskowej. Z perspektywy ekologa pojemność ta jest po prostu miarą liczebności populacji danego gatunku, którą może utrzymać dany habitat (nie następuje zniszczenie siedliska poprzez nadmierną eksploatację). Każdy rolnik wie, że jeśli wyprowadzisz na pastwisko zbyt dużo krów, roślinność zostanie skonsumowana doszczętnie. Taka ilustracja pojemności środowiskowej pasuje do prawie każdego gatunku. Ze względu na fluktuacje klimatu i zmianę innych okoliczności pojemność środowiskowa może się wahać, ale na ogół wystarczy gospodarować ziemią w jej granicach, by zapewnić długowieczne, zrównoważone użytkowanie.

Byłem przekonany, iż z relacją ludzie-habitat jest tak samo. Wystąpiłem ze skromnym wykładem, w którym podzieliłem się swoimi szacunkami odnośnie pojemności środowiskowej naszego lokalnego regionu – położonego nisko obszaru Kolumbii Brytyjskiej. Po wystąpieniu wziął mnie na stronę wspomniany ekonomista i ostrzegł, że jeśli utrzymam na uniwersytecie ten kierunek swoich badawczych dociekań, moja kariera naukowa będzie nieprzyjemna i krótka. Dokładnie takich słów użył. Zaprosił mnie na lunch, by wyedukować mnie w kwestii pojemności środowiskowej. Konkluzja była taka, że w przypadku ludzi nie ma ona zastosowania i dlatego – jak podkreślił – ekonomiści już dawno temu pozbyli się tej koncepcji. Dostępność lokalnych zasobów nigdy nas nie ograniczała, ponieważ mamy handel i naszą pomysłowość. Zawsze możemy importować surowiec, który się wyczerpał, a gdy opcja ta nie będzie dostępna, wówczas z pomocą przyjdzie nam postęp technologiczny i zastąpi wszystko, co dostarczała nam przyroda. Zatem wzrostu cywilizacji człowieczej nigdy nie powściągały jakiekolwiek granice fizyczne. Pojemność środowiskową zwyczajnie zniesiono, a ja przywołując ją, zrobiłem z siebie głupka.

Uciekłem ze spotkania z podkulonym ogonem. Byłem bardzo młody, zielony, z doktoratem. Jednakże po upływie kilku miesięcy zaświtało mi w głowie, że do storpedowania argumentu ekonomisty wystarczy odwrócenie tradycyjnego stosunku pojemności środowiskowej. Zamiast ustalać, ilu ludzi utrzymuje określony obszar – co nieuchronnie staje się nieistotne, jeżeli możliwe jest dostarczenie materiałów z innego rejonu – należy zadać pytanie następujące: Ile terenu, bez względu na jego lokalizację na Ziemi, potrzeba, aby przedłużyć egzystencję ludzi w tym regionie? Gdybym był w stanie wykoncypować sposób na sformułowanie odpowiedzi, mógłbym pokazać ekonomiście, że chociaż handel i technologia z pewnością przyniosły swoiste zwiększenie lokalnej pojemności środowiskowej, to w rzeczywistości przerzucamy ją po całym świecie, a zatem ludzie z obszaru A przetrwali dotychczas dzięki nadwyżce pojemności środowiskowej importowanej z obszaru B, co oznacza, iż wzrost obszaru B ma swój limit i że wyczerpujemy zasoby na całej planecie.

W skrócie – ślad ekologiczny jest definiowany jako całkowita powierzchnia produktywnych ekosystemów, niezbędnych, aby nieustannie utrzymywać przy życiu każdą wyszczególnioną populację, której planetarna lokalizacja nie ma znaczenia. W najprostszym ujęciu – spożywaną przez ciebie marchew, pszenicę i zboże, a także twoją bawełnianą i wełnianą odzież i inne artykuły, produkuje ziemia. Co więcej, większość odpadów, które generujemy, jest asymilowana przez grunty. Zdolność asymilacji odpadów oraz produkcji żywności i błonnika ma swój kres. I możemy prześledzić konsumpcję jakiejkolwiek osoby, miasta lub kraju z powrotem do ziemi i dokonać kalkulacji, ponieważ znamy zarówno ilość konsumpcji, jak i wydajność zaplecza gruntów. Możemy obliczyć, jaki obszar lądu jest potrzebny, ażeby podtrzymać daną populację – od pojedynczej osoby do miasta i całego państwa. A jeśli jesteś przeciętnym Kanadyjczykiem lub Amerykaninem, wynosi on około pięciu, sześciu, a nawet siedmiu hektarów średniej światowej produktywności. Wynik ten obejmuje wszystko, co konsumujemy, ze szczególnym uwzględnieniem funkcji pochłaniania dwutlenku węgla, która jest konieczna do końcowej asymilacji wytwarzanych przez nas odpadów węgla.

Innymi słowy, nigdy się nie narodziliśmy. Łożysko to środek, za pomocą którego karmione jest niemowlę. Pępowina stanowi część łożyska, które z kolei jest połączone z łonem matki. Pokarm bogaty we wszystkie niezastąpione składniki odżywcze w całości uzyskujemy od matki, zaś odchody wprowadzamy przez łożysko do jej krwiobiegu. Po porodzie relacja ta zamienia się w związek z Matką Ziemią. To ona dostarcza nam całą żywność i błonnik, przejmuje wszystkie nasze odchody. Tak oto przeobrażamy się z pasożyta żerującego na naszym rodzicu w pasożyta żerującego na Ziemi.

Z podstawowych danych wynika, że globalna populacja ma do dyspozycji około 11,2 miliarda hektarów. Tyle musi nam wystarczyć. Na osobę przypada średnio 1,8 bioproduktywnego hektara. Tymczasem według ciebie, w Ameryce Północnej – Kanadzie i Stanach Zjednoczonych – plasujemy się pod tym względem znacznie powyżej średniej.

Absolutnie tak. Produktywne ekosystemy planety – w tym środowiska morskie, tereny zalesione, pastwiska, wszystkie grunty orne itd. – zajmują jedenaście lub dwanaście miliardów hektarów. Podzielmy teraz tę liczbę przez aktualną populację. Otrzymamy średnią światową. Nazywam ją sprawiedliwą porcją Ziemi. Niektórzy uważają to określenie za krzywdzące, ale spójrzmy prawdzie w oczy – gdyby ludzie traktowali się nawzajem w sposób sprawiedliwy, każdy z nas miałby jednakowe prawo do podobnego udziału w produktywności planety. A wynosi on obecnie 1,7 hektara per capita. Jako przedstawiciele bogatych krajów wykorzystujemy nawet czterokrotnie więcej – mówimy o przedziale od 2 do 4 hektarów. Globalny rynek to instrument, za pośrednictwem którego osoby majętne mogą pozyskać znacznie więcej, niż wynosi ich sprawiedliwy przydział. Ludzie o niskich dochodach nie uczestniczą w tej grze, a więc jesteśmy świadkami, jak mieszkańcy najuboższych krajów, szczególnie w Afryce i Azji Wschodniej, egzystują poniżej przysługującego im sprawiedliwego poziomu. Niektórzy muszą zadowolić się połową globalnego hektara. Zatem na świecie jest ponad miliard osób z nadwagą, populacja niedożywionych jest równie liczna, a na ich koszt żyje ponad miliard konsumentów z największym śladem ekologicznym.

Czy masz jakieś wyobrażenie o mierzonym w hektarach śladzie ekologicznym ludzi epoki preindustrialnej, a nawet myśliwych-zbieraczy? Powiedzmy, że przyglądamy się pojemności środowiskowej nie bazującej na paliwach kopalnych.

Byłaby ona mniejsza od połowy hektara. Bez wglądu w konkretne liczby trudno jest podać precyzyjny wynik. Na początku XIX w. na Ziemi żyło półtora miliarda ludzi. Do ich dyspozycji było dwanaście lub więcej miliardów hektarów. Każdemu człowiekowi żyjącemu w 1900 r. przypadało blisko osiem hektarów. Korzystał z nich w niewielkim zakresie. Jak widać liczba ta przewyższa przeciętny ślad ekologiczny współczesnego Amerykanina. Większość szkód wyrządzono planecie od mniej więcej 1800 r. do chwili obecnej. Był to okres nieprzerwanej, wykładniczej ekspansji. Wzrost nieliniowy wskazuje, że istnieje mniej lub bardziej stały czas podwojenia. Obrazuje to liczba, która wprawia ludzi w osłupienie. Otóż połowa zużytej do tej pory przez cywilizację ilości ropy naftowej, węgla i innych kopalin została wykorzystana na przestrzeni ostatnich 40 lat. W rzeczywistości zużyliśmy najpewniej jeszcze więcej energii i surowców naturalnych. Wobec tego w ciągu czterech ostatnich dekad splądrowaliśmy Ziemię w większym stopniu niż w całych dziejach naszego gatunku. A gdybyśmy przez kolejne pół wieku mieli ponownie podwoić gospodarkę, czemu korespondowałaby pomnożona ilość spożytkowanej energii i materiałów, to w okresie tym skonsumowalibyśmy więcej zasobów planetarnych niż przez minione setki tysięcy lat historii homo sapiens sapiens. Tym właśnie jest wzrost wykładniczy.

Z każdym nowym podwojeniem zużywamy ilość surowców, jaką pochłonęła cała nasza dotychczasowa historia.

Zgadza się. Nie żyjący już Albert Bartlett, znany fizyk z Uniwersytetu Kolorado, podał kiedyś sugestywny, doskonały przykład lilii dryfujących w stawie. Wyobraźmy sobie staw z pojedynczym liściem i kwiatem nenufara. Ich liczba rośnie wykładniczo – podwaja się z każdym dniem. Jutro będą już dwie lilie, pojutrze cztery i tak dalej. Mija miesiąc. Powierzchnię stawu szczelnie pokrywa liliowy dywan. Pytanie: W którym dniu staw był tylko w połowie usłany nenufarami? Większość ludzi sądzi, że stan ten panował w piętnastej lub dwudziestej dobie. Ale prawidłowa odpowiedź brzmi… Czy znasz ją, Chris?

W ostatnim dniu?

W przedostatnim, dwudziestym dziewiątym dniu. Masz do czynienia ze wzrostem wykładniczym i zaczynasz od jednej rośliny. Zanim twój staw zostanie całkowicie wypełniony liliami trzydziestego dnia, w przeddzień będzie tylko połowa kwiatów. Dlatego obserwatorzy mogą powiedzieć: Zobaczcie, akwen pokryty jest w połowie, mamy dużo czasu. Faktycznie jesteś świadkiem końca. Uważam, że znajdujemy się w tym stadium. Ostatnie dziesięciolecia przyniosły niebywały wzrost konsumpcji i ekonomicznej wydajności. Zdążamy ścieżką zmiany nieliniowej. Jak wspomniałem, eksplozja ludzkiej przedsiębiorczości nastąpiła w XIX w., trwa mniej niż 200 lat. Niespełna osiem spośród wielu tysięcy człowieczych pokoleń, które żyły na tej planecie, mogło w ogóle dostrzec ten wzrost i technologiczne przeobrażenia. Uznawany za normę okres ekspansji jest w istocie najbardziej anormalnym odchyleniem w dziejach. Każdego ranka czytamy w gazetach o tym, że gospodarka rośnie w tempie 2% lub 3% rocznie. A to jest równoznaczne z jej podwojeniem za 30, 35 lat. Niesamowity historyczny wyjątek. Kolejne podwojenia nie wchodzą w rachubę.

Właśnie. Szokujące w anegdocie o liliach jest to, że zaledwie pięć dni przed upływem miesiąca kwiaty zajmują jedynie 3% powierzchni stawu! Skończyłem 55 lat, próbuję więc przybliżyć innym zjawisko przesuwających się punktów wyjściowych. Chodzi o to, że moment rozpoczęcia kariery zawodowej stanowi punkt wyjścia. Gdybym dzisiaj został biologiem zajmującym się kondycją łowisk, mój punkt wyjścia, czyli liczebność zasobów rybnych, różniłby się diametralnie od sytuacji bazowej naukowca, który przystąpił do pracy 40 lat wcześniej. W jakim zakresie przesunęły się badawcze punkty wyjściowe podczas twojego życia zawodowego?

To doskonałe pytanie. Koncepcję przesunięcia punktu wyjściowego opracował jeden z moich uniwersyteckich kolegów – Daniel Pauley z Instytutu Rybołówstwa w UBC. Zauważył, że biolodzy młodszego pokolenia, którzy zajmowali się ochroną zasobów rybnych, przyjmowali to, co udało im się zobaczyć w morzach, za stan faktyczny. Oczywiście kiedy uwzględnimy dłuższy horyzont czasowy, przekonamy się, iż pozostał zaledwie ułamek dawnych populacji ryb. Ludzie biorą wszystko, co zaobserwują po urodzeniu, w trakcie dorastania i swojej edukacji, za normę. W rzeczywistości są nieświadomi, że punkt wyjścia uległ przemieszczeniu. Zanalizujmy więc ten fenomen oraz szybkie tempo zachodzących zmian.

W bieżącym tygodniu opublikowano w Niemczech badanie, które pokazało, że w ostatnich 25 latach doszło do redukcji liczby owadów o około 75%. Ustaliła to dobrze zorganizowana, rozległa sieć kolekcjonerów owadów. Z tego powodu dokonało się 20% zmniejszenie liczebności populacji pospolitych gatunków ptaków. Sprawdziłem, co dzieje się tutaj – w Ameryce Północnej. Dowiedziałem się, iż w Kanadzie trend schyłkowy jest bardzo podobny. W niemal całej grupie ptaków żywiących się insektami – od lelków krzykliwych i jastrzębi po jaskółki i jerzyki – spadki sięgają nawet 70%. W moim regionie miejskiego zespołu Vancouver, gdzie dostępne dane są ewidentnie miarodajne, od 1970 zarejestrowano 98% redukcję ilości osobników w społecznościach jaskółek dymówek, jaskółek brzegówek i innych ptasich owadożerców.

Doktoryzowałem się min. z ekologii zbiorowości ptaków, toteż dość wnikliwie śledzę losy lokalnego ptactwa. Od lat było dla mnie oczywiste, że poranny chór – śpiew ptaków, który nasila się o świcie wczesną wiosną – praktycznie zanikł w mojej zielonej dzielnicy w Vancouver. W całej Kanadzie postępuje dramatyczna redukcja społeczności dzikich zwierząt i nie wątpię, że to samo zachodzi w Ameryce Północnej. Wielkość populacji dużych gatunków, monitorowanych zazwyczaj przez służby, które zajmują się fauną i florą, skurczyła się przez ostatnich 30 lat o 30%, a nawet 50%.

Jeden z moich kolegów z Uniwersytetu Manitoby w Winnipeg wykonał bardzo interesującą pracę retrospekcyjną, która poruszała kwestię przesunięcia punktu wyjściowego. Oszacował, że u zarania rolnictwa, dziesięć tysięcy lat temu, istoty ludzkie stanowiły mniej niż jeden procent biomasy ziemskich ssaków. Do chwili obecnej nastąpił w przybliżeniu siedmiokrotny wzrost biomasy planetarnych kręgowców, za którego większość odpowiada człowiek. Dzisiaj udział rodziny ludzkiej w ogólnej biomasie ssaków to około 35%. Aczkolwiek kiedy dodamy do tej wartości nasze udomowione i domowe zwierzęta, będziemy mówić już o 98,5% wagi ssaków.

Poprzez ten wzrost jesteśmy zaangażowani w przedsięwzięcie o niewyobrażalnej skali, które ekolodzy określają mianem wypierania konkurencyjnego. Wydajność naszej planety ma swoje granice. Istnieje tu skończona wartość przepływu energii fotosyntetycznej, którą dzielimy z milionami innych gatunków. Im większą jej porcję przechwytuje dany gatunek, tym mniejsza pula pozostaje do wykorzystania przez pozostałe gatunki. Skoro ludzie przeszli od mniej niż 1% całkowitej biomasy do ponad 98,5%, oznacza to, że prawie wszystkie inne gatunki, które czerpią z tego samego, wspólnego strumienia fotosyntezy, zostały dosłownie zepchnięte z planety. Miliony słoni zamieniły się w tysiące. Setki tysięcy, miliony tygrysów zamieniły się w garstkę. Dzika przyroda uczepiona jest krawędzi istnienia. Z minionych populacji ocalały strzępy, w najlepszym razie kilka procent. W Ameryce Północnej od 40 do 60 milionów bizonów odbywało regularnie swoje wielkie migracje na północ i południe wielkich równin. Cóż, zastąpiły je uprawy żywności dla nas i naszych zwierząt domowych. Wyparcie konkurencyjne dokonane przez ludzi – najbardziej agresywnych uczestników rywalizacji o zasoby naturalne planety – sprawia, że reszta gatunków po prostu znika. Kilka tysięcy bizonów przebywa aktualnie w gospodarstwach domowych i kilku parkach – niewyraźny cień minionej obfitości. Oto typowy sposób, w jaki ludzie usuwają inne formy życia ze wspólnych habitatów Ziemi.

I wiąże się to z ideą śladu ekologicznego. Jak duży jest nasz ślad? Mamy jedną Ziemię – to jednostka 1.0. Ile planet zużywamy? Czy możemy obrać taką perspektywę? Słyszałem też o innym sposobie.

To jedno z najczęstszych pytań, jakie zadają mi dzieci w wieku szkolnym. Odpowiadam im, że jeśli potraktują ten problem serio, dowiedzą się, że ich indywidualny ślad wynosi aż 5 lub 6 hektarów, a przysługuje im nie więcej niż 1,5 hektara. Pada kolejne pytanie: Niby jak mogę wykorzystywać 5 lub 6 hektarów, gdy dostępne jest tylko 1,5 hektara? Istotnie, według średniej globalnej przeciętny mieszkaniec planety, znacznie biedniejszy niż przeciętny Amerykanin, korzysta z 2,8 hektara. Słowem, nawet przeciętna osoba sięga po około 70% procent więcej, niż powinna. Jak to się dzieje, że możemy wykroczyć poza dostępną nam ilość? Wyczerpujemy kapitał naturalny, który kumulował się przez miliony lat ewolucyjnego czasu. Podtrzymujemy naszą egzystencję przesadnie eksploatując łowiska, powodując erozję gleb, pozbawiając inne gatunki źródeł pożywienia, niszcząc lasy i tak dalej, i tak dalej.

Na zadane pytanie, ile planet potrzebujemy, by utrzymać obecny poziom konsumpcji w Ameryce Północnej i Europie, odpowiem, że niezbędne są co najmniej dwie, a być może nawet cztery dodatkowe Ziemie, zanim uzyskamy wystarczający, ciągły przepływ produktów fotosyntetycznych, który zaspokoi nasze apetyty. Egzystujemy więc tylko dzięki likwidowaniu tzw. kapitału naturalnego. Nie znoszę tego słowa, ale się przyjęło. Pozbywamy się kapitału naturalnego. Aby ułatwić zrozumienie tego faktu, odwołam się do prostej analogii finansowej. Przypuśćmy, że twój bogaty wujek umiera i pozostawia ci milion dolarów. Podejmujesz decyzję o skorzystaniu z bankowej lokaty – 5% w skali roku. Dysponujesz kapitałem miliona dolarów. Przynosi on teraz dochód pięćdziesięciu tysięcy dolarów. Jeżeli zechcesz zamknąć swoje roczne wydatki w tej kwocie, będziesz mógł utrzymywać się z odziedziczonego spadku bezterminowo. Taki stan rzeczy zwie się zrównoważonym, ponieważ zasila go wyłącznie procent z konta bankowego. Gdybyś miał zrezygnować z dyscypliny wydatkowania i pobrać sześćdziesiąt tysięcy i więcej, ostatecznie zacząłbyś wgryzać się w swój kapitał. Nadszedłby dzień, w którym otrzymałbyś notę informującą o likwidacji całego kapitału. Uważam, że nasza cywilizacja zmierza tą drogą.

Uszczuplamy zasoby ropy, minerałów i gleb. Łowiska zanikają gwałtownie. Odbieramy innym organizmom dostęp do siedlisk i energii. Przedstawiam niniejszym największą z ironii. Ekonomiści uspokajają nas, że technologia i handel wyeliminowały wszelkie obawy dotyczące pojemności środowiskowej. Mówi się, że technologia umożliwia nam „rozłączenie” – ukuto specjalny [angielski] termin decouple – lub dematerializację; ergo, nasza globalna gospodarka staje się coraz mniej zależna od przyrody. Nasza praca nad śladem ekologicznym ujawnia coś zupełnie odwrotnego. Kiedy badamy przepływy surowców i energii, a nie przepływy pieniądza, widzimy, że ludzkość nigdy nie była bardziej zależna od przyrody niż obecnie. Nasze ślady ekologiczne powiększają się z każdą zwyżką dochodów. Nasze przetrwanie nigdy przedtem nie było tak dalece uwarunkowane stabilnością ekosfery. Oto my, tzw. „gatunek inteligentny”, wierzymy, że oddzielamy się od przyrody, gdy tak naprawdę jesteśmy najpotężniejszym, najbardziej ekspansywnym organizmem konsumującym w każdym typie ekosystemu. Tyranozaur uchodzi za żarłocznego drapieżnika, lecz to my dzierżymy tytuł bezkonkurencyjnie największego drapieżnika, a także roślinożercy, jaki kiedykolwiek występował na Ziemi. Tymczasem powtarzamy sobie mit o dokonującym się odłączeniu cywilizacji od przyrody. To dość absurdalne.

Chciałbym uzupełnić twoją analogię o rachunku bankowym. Powiedzmy, że ekwiwalentem spadku po bogatym krewnym są zasoby rybne północnego Atlantyku. A dokładniej populacja dorsza, która kiedyś tam była i rozmnażała się w tempie 5% rocznie. Mogliśmy wyławiać te 5% w nieskończoność. Nie zrobiliśmy tego. Sięgnęliśmy nawet po 12% tego, co było dostępne. W wyniku przełowienia populacja załamała się. W tym sprawozdaniu ukrywa się subsydium w postaci paliw kopalnych. Wspomniałeś o wydajności fotosyntezy. Napisałem doktorat z nauk biologicznych, tak więc dogłębnie rozumiem przepływy energii. Kiedy studiowałem biologię komórki, musiałem pamiętać, by do kultur komórek nerwowych dodać glukozę, bo w przeciwnym wypadku doszłoby do ich uproszczenia i śmierci. Złożoność, porządek, strukturę i energię intuicyjnie składam w logiczną całość, ponieważ dużo czasu poświęciłem na naukę o zależnościach między nimi. Niestety, nie dostrzegają ich ludzie, którzy nie są świadomi, iż energia jest wszystkim. Wspomniałeś o siedmiokrotnym wzroście biomasy naszego gatunku. Niektórzy mogą wyciągnąć błędny wniosek, że ludzie pełnią rolę czynników generujących obfitość. A przecież subsydiują nas kopaliny. Czy znana ci jest orientacyjna wielkość tego subsydium? Ile bilionów dżuli produktu kalorycznego wymaga praca wykonywana przez ciągniki? Jakiego bezpośredniego wkładu azotu potrzebuje pole uprawne, by wydać plony?

Wkłady te są ogromne. Gdy na tym samym wykresie zestawimy krzywą globalnej eksplozji demograficznej, której początek sięga połowy XIX w., z krzywą zużycia paliw kopalnych, których spalanie zaczęliśmy traktować poważnie w tym samym okresie, zobaczymy, że wznoszą się one w idealnie równoległy sposób. Często twierdzę, podobnie jak inni analitycy energetyczni, iż ekspansja ludzkości bazuje na paliwach kopalnych. Inni utrzymują, że przyczyniła się do niej poprawa opieki medycznej i wyższy wskaźnik przeżywalności. Lecz nawet przy wyższych wskaźnikach przeżywalności nie nakarmilibyśmy bez kopalin każdej uratowanej osoby. Paliwa kopalne są głównym środkiem do pozyskiwania surowców warunkujących aktywność gospodarczą. Mam na myśli wszystkie inne zasoby materiałowe. Na XIX-wiecznym stole zawartość każdego talerza wyprodukowana została w 99,99% przez energię słoneczną. Dzisiaj każda porcja jedzenia powstaje w 90% z paliw kopalnych. Mam krewnego w Saskatchewan, który samodzielnie zbiera ponad 800 hektarów upraw mieszanych – na przykład rzepaku i różnych roślin strączkowych. Jego stodoła kryje kolekcję maszyn, które przypominają pojazdy z „Gwiezdnych wojen”. Urządzenia warte miliony dolarów, powstałe z kopalin i nimi zasilane. Zatem nasze machiny i nasze plony wytwarzamy z paliwa, które bije z tego samego źródła.

Współczesny świat, współcześni ludzie są produktem paliw kopalnych. Płodność gleb została mocno zwiększona poprzez zastosowanie azotu z kopalin. Znaczna część gazu ziemnego uczestniczy w fabrykowaniu nawozów rolniczych. Pestycydy są wytworem ubocznym sektora paliwowego. Gdziekolwiek skierujesz swój wzrok, dostrzegasz, że istoty ludzkie są kompletnie zależne od energii. Kiedy przechadzam się ulicami i rozglądam, zadziwia mnie wszechobecność procesów opartych wyłącznie na paliwach kopalnych. Należy zadać sobie pytanie, jak mielibyśmy je kontynuować, skoro erę kopalin zakończy zmiana klimatu lub wyczerpanie tanich, łatwo dostępnych rezerw, co de facto jest już w toku.

Właśnie tę perspektywę obieram inicjując wymianę zdań z rozmówcami, których życiorysy nie zawierają doświadczeń obnażających nasz nierozłączny związek z przyrodą i pogłębiających zrozumienie, że jesteśmy podzbiorem naturalnych procesów ekosystemowych. Niemiecki raport o owadach zyskał względną popularność w mediach nurtu głównego. W pierwszym akapicie relacji Newsweeka napisano, iż spadek o trzy czwarte jest niepokojący. W kolejnym wierszu przekalkulowano, że podobna liczba insektów świadczy w USA usługi o wartości 58 miliardów dolarów. Nic podobnego. Usługi te są bezcenne. 58 miliardów to wartość, którą otrzymujemy, ale koszt ich świadczenia to zupełnie inna liczba. Trzmiele zapylają pomidory wibracjami. Wyobraź sobie, ile zapłaciłbyś armii ludzi uzbrojonych w elektryczne szczoteczki do zębów, która musiałaby stymulować wibracjami każdy kwiat, w odpowiednim czasie. Rośliny te zakwitają jednocześnie, sezonowo. Podana kwota nie tylko wprowadza w błąd, lecz także prowokuje pytanie, czy będzie nas stać na jej pokrycie. W ramach programu rozluźnienia ilościowego Rezerwa Federalna drukowała 85 miliardów dolarów miesięcznie. Wystarczą trzy tygodnie generowania waluty z powietrza. Ludzie nie biorą tego pod uwagę.

Masz absolutną rację. A tak na marginesie, rozmawiasz z kimś, kto niedawno spędził kilka dni na poletku, z pędzelkiem w dłoni. Pod nieobecność pszczół miodnych musiałem robić to, o czym mówisz – zapylać. To bardzo ciężka praca.

Z pewnością. Przygnębia fakt wymierania pszczół.

Chciałbym odnieść się do czegoś, o czym wspomniałeś: systemie ludzkim będącym częścią przyrody. Pora zacząć myśleć o cywilizacyjnym przedsięwzięciu rodzaju ludzkiego jako podzbiorze znacznie większego systemu zwanego ekosferą. Ta prosta zmiana punktu widzenia czyni ogromną różnicę. Właściwie na każdym uniwersytecie na świecie nadal uczymy takiej wersji ekonomii, której punktem wyjścia jest niedorzeczne założenie, iż gospodarka i ekosfera, nazywana środowiskiem naturalnym, są dwoma oddzielnymi systemami. Ekonomiści myślą o środowisku jako podsystemie gospodarki. Rzekomym panaceum na wszystko ma być zinternalizowanie środowiska przez gospodarkę (zinternalizowanie kosztów szkód dostroi system cen i zaprzestaniemy dalszej destrukcji). To nonsens, który nie może zadziałać. Jeżeli z perspektywy analitycznej ekonomia i środowisko uchodzą za systemy osobne, rodzi się wówczas myśl, że są one od siebie niezależne. Wystarczy teraz dodać ideę bezustannego zwiększania efektywności w wykorzystywaniu zasobów naturalnych za sprawą osiągnięć technologicznych i łatwo powstaje wyobrażenie o przyszłości zbudowanej na nieograniczonym wzroście gospodarczym. Dokładnie w tym miejscu się znajdujemy.

Przekonanie o ludzkiej pomysłowości mogącej zastąpić przyrodę jest gwarantem wiecznego, nieposkromionego wzrostu. To mit, który w kółko sobie opowiadamy. Realia są takie, że cywilizacyjne przedsięwzięcie rodzaju ludzkiego stanowi podsystem ekosfery, a nie odwrotnie. Każdy skok materialnego wzrostu następuje poprzez nieuniknione przekształcenie fragmentu przyrody w ułamek tego przedsięwzięcia. Nasze ciała, w liczbie ponad 7 miliardów, są substytutami wielu miliardów innych organizmów, które odcięliśmy od strumieni energii. Surowce i energia fotosyntetyczna, które pozwoliłyby zaistnieć tym 60 milionom bizonów na wielkich równinach Ameryki Północnej, teraz karmią ludzi i ich zwierzęta. Wzrost naszej gospodarki odbywa się kosztem kurczącej się ekosfery, ponieważ jesteśmy w niej zamknięci – nasza ekspansja zależy od wyczerpania jej części. Nie stanowimy mutualistycznego elementu przyrody. Staliśmy się rodzajem komórki rakowej.

Moje rozmowy z młodymi ludźmi, którzy są tego wszystkiego świadomi, przepełnia niepokój. Nagłówek z bieżącego tygodnia: „Głodne wieloryby tracą większość swojego potomstwa”. Nie mają pożywienia. Brakuje łososi. Dlaczego? Bo łososiom brakuje śledzi. Dlaczego? Bo trawlujemy ocean w poszukiwaniu kryla. Smutna praktyka. Zgarniamy hurtowo, nie pozostawiamy nic pozostałym drapieżnikom. Nic dziwnego. Kolejny tytuł: „Większe zakwaszenie oceanów uderzy w życie morskie”. Badanie, w którym 250 naukowców obrawszy za podstawę rezultaty prowadzonych pomiarów i obserwacji, dokonało projekcji przyszłości. Wspomniałeś wcześniej, że od 1970 r. straciliśmy ponad 50% wszystkich dzikich zwierząt przez wyjaśnioną wcześniej sekwencję podwajania. Taki jest prawdziwy obraz teraźniejszości. Uparcie przemy naprzód. Podziel się swoim poczuciem pilności w kontekście dominującej narracji postępu. Od czego możemy zacząć nasze rozumienie jej katastrofalnych skutków? Ekosystemy zachowują wyjątkową odporność, a potem nagle zachodzi transformacja i przejście w nowy stan – prerie przeobrażają się w pustynie. Przywrócenie dawnych warunków w czasowych ramach ludzkiego doświadczenia jest niemożliwe.

Mówisz o zachowaniu systemów złożonych. Z definicji jest ono niezwykle trudne do przewidzenia. Najpierw musimy powiedzieć, że mimo obserwowanego przez nas trendu, który porusza się w dość regularny, niezmienny sposób, możemy wpaść w ekologiczną pułapkę. Ludzie mają w zwyczaju myśleć: Tak, klimat się zmienia. Trudno, musimy odpuścić. Złożone systemy tak nie funkcjonują. Możemy osiągnąć punkt krytyczny – moment, w którym zachowanie systemu zmienia się radykalnie, i przestaje on być systemem, jaki znamy.

Wspomniałeś o zasobach dorsza na północnym Atlantyku. To dobry przykład tego, o czym tu dyskutujemy. Dorsz północnoatlantycki był pozyskiwany w sposób zrównoważony przez dosłownie setki lat – przez Europejczyków, przez Afrykańczyków z północy, a potem przez Amerykanów. Wyposażeni w nowoczesną technologię, w szczególności fabryczne trawlery z chłodniami – zasilane energią z kopalin – nabyliśmy umiejętność wydobywania coraz większych ilości ryb. Subsydium w postaci paliw kopalnych umożliwiło nadmierną eksploatację łowisk. W 1992 r. doszło do stromego spadku liczebności populacji dorsza. Kanadyjski rząd, który rzekomo sprawował kontrolę nad większością zasobów, wprowadził moratorium na połowy. Minęło ćwierć wieku. Dorsze jeszcze nie wyginęły, ale ich populacje nie zdołały się odbudować. Zakaz intensywnego, komercyjnego łowienia nie pomógł. Co się dzieje? Tego nie wiemy na pewno, ponieważ każdy złożony system ze swojej natury jest nieprzewidywalny. Wydaje się jednak, że ogromna presja, jaką wywarły ludzkie połowy, tak dalece zmieniła wewnętrzną strukturę ekosystemu, iż relacje między gatunkami zerwały się, co nie pozwoliło dorszowi na ponowne zajęcie dużej niszy, którą okupował wcześniej. Strukturalne przeobrażenie uczyniło ekosystem nieprzyjaznym dla dorsza, a tym samym dla ludzi od niego zależnych. Gdyby system ten był bardziej odizolowany, Kanadyjczycy z regionu prawdopodobnie by wyginęli. Na ratunek przyszła im reszta kraju. W Nowej Fundlandii i innych regionach wypłacamy rodzinom rybackim około 600 dolarów miesięcznej rekompensaty za utratę dostępu do łowisk.

Rozszerzymy tę analogię na dużo większy system. Nasz nacisk klimat Ziemi zmierza lub znajduje się w punkcie, w którym może nastąpić diametralne jego przeobrażenie. Przemieszczenie globalnych stref klimatycznych uniemożliwi uprawianie żywności na najżyźniejszych glebach. Są tacy, którzy plotą, iż Kanada na tym skorzysta, ponieważ zrobi się cieplej. Łagodne, wilgotne warunki pogodowe znajdą się jednak nad bagnistymi, kwaśnymi glebami obecnego Lasu Borealnego – uprawiane przez nas rośliny po prostu tam nie wyrosną. Poza tym prawdopodobnie nie będziemy mieli nawozów i energii, by ten teren w ogóle wykorzystać. Szybko popychamy szereg systemów ku strukturalnej przemianie, zdarzeniom katastrofalnym, których nie podobna odwrócić w perspektywie krótkoterminowej. To nie jest fikcja naukowa, ponieważ zapis paleoklimatyczny wyraźnie pokazuje, iż kilkakrotnie w historii planety doszło w ciągu dwóch lub trzech dekad do nagłej zmiany klimatu: topnienie lodu podniosło poziom mórz o kilka metrów, temperatura spadła lub skoczyła o parę stopni powyżej lub poniżej normy, co kompletnie przeistoczyło jakość i skład ziemskiego życia.

Jak już to wyartykułowałeś, ekosystemy wykazują nadzwyczajną odporność. Ziemia wiele razy doznawała gwałtownych perturbacji, które przetasowały skład gatunkowy ekosystemów, zarówno lądowych, jak i morskich. Ludziom nie uda się odrzeć Ziemi z każdego przejawu życia. Cywilizacja rozwinęła się w okresie względnie stabilnego klimatu, w którym mogła czerpać z nieuszczuplonego bogactwa energii i zasobów. Nasz trwający paręset lat wzrost był wynikiem tej kombinacji czynników, którą uważamy za normę. Powtórzę: to najbardziej anormalny okres w historii homo sapiens sapiens. I nie możemy zakładać, że będzie trwał nadal, mimo ciosów, jakie zadajemy życiodajnym ekosystemom. Grozi nam jednoczesne przekroczenie wielu punktów krytycznych. Poprzednie cywilizacje również wyszły poza granice pojemności swojego habitatu. Za każdym razem zbiegało się to ze zdobyciem szczytu ich osiągnięć. Kilka dekad później spotykał je haniebny upadek.

Zjawisko to wzbudza słuszne zainteresowanie. Świadomość dyskutowanych przez nas niewesołych trendów wywołuje reakcję emocjonalną. W moim przypadku jest to oczywiście smutek z powodu ginącego życia, które uważam za zdumiewający fenomen. Stać nas na więcej. Inspiracją do ocalenia kenijskich słoni nie powinny być potencjalne finansowe straty przemysłu turystycznego. Zwierzęta te zajmują w Stworzeniu określone miejsce, którego znaczenie nie jest mi znane, ponieważ moja znikoma orientacja w temacie złożonych systemów nie pozwala na identyfikację odpowiedniego ewolucyjnego impulsu. Wiem jednak, że gdybyśmy nie byli odseparowani mentalnie i kulturowo od przyrody, moglibyśmy odegrać znaczącą, wypełnioną głębokim sensem i celowością rolę, która nie sprowadza się do konsumowania tanich baniek [spekulacyjnych] – sprzedawanych nam lub pompowanych na nasz użytek. Marnujemy niepowtarzalną szansę.

Masz idealistyczne podejście. Z pewnością nie podziela go znakomita większość ludzi. Nie zapominajmy, że gros spustoszenia, które tu omawiamy, powstaje wskutek zaspokajania potrzeb mniej niż jednej czwartej populacji Ziemi. Te 25% ludzkości zużywa około 75% lub 80% wszystkich surowców naturalnych i dlatego jest bezpośrednio odpowiedzialne za straszliwe pokłosie konsumpcji i zanieczyszczenia. Nie przeszkadza to nam w obiecywaniu całemu światu, że każdy człowiek może żyć tak, jak my w Europie lub Ameryce Północnej. Duchowy związek z naszymi społecznościami i przyrodą zamieniliśmy na relację materialistyczną. Jest to tzw. konstrukt społeczny. Z rozmysłem wprowadzamy go na całym świecie, aby „propagować wzrost”. Spuścizną naszych gospodarczych postaw jest koncepcja polepszania bytu bliźnich z dalekich stron, która nie polega na zwiększaniu ich poczucia jedności ze środowiskiem naturalnym i innymi ludźmi, tylko na uświadomieniu ich, że są biedni i muszą zasmakować dobrobytu posługując się naszym modelem wzrostu: w zamian za odsetki wspaniałomyślnie udzielimy im pożyczek na wykopywanie lokalnych surowców.

Stworzyliśmy ekonomiczny i materialistyczny wzór cywilizowanej egzystencji, który intensywnie „promujemy”, co spowodowało, że w kilka dodatkowych miliardów ludzi chce teraz żyć tak, jak my. Nie jest to wykonalne w sposób zrównoważony na planecie Ziemia. Teoretycznie istoty ludzkie mogłyby opracować alternatywne podejście – postrzegać siebie jako „gospodarzy Stworzenia”, którzy próbują uzdrowić chore ekosystemy itd. Nie ma absolutnie żadnych dowodów, a nawet przesłanek, by instytucje nurtu głównego – od Narodów Zjednoczonych i Banku Światowego po rządy państw – przejawiały jakiekolwiek zainteresowanie takim punktem widzenia.

Każda z naszych głównych instytucji oddana jest kontynuowaniu wzrostu gospodarczego. Widzimy w nim jedyny środek na złagodzenie chronicznego ubóstwa. Połowa ludności świata nadal żyje za mniej niż 3,50 dolara dziennie. Według Organizacji Narodów Zjednoczonych, wprowadzimy zrównoważony rozwój eliminując tę skrajną biedę poprzez wzrost gospodarczy. Zamierzamy zachować paradygmat ekonomiczny pozostający w sprzeczności z funkcjonowaniem złożonych, dynamicznych systemów Ziemi. Intelektualnie rzecz ujmując, jest on tak prymitywny w porównaniu z mechanizmami biologicznej i fizycznej rzeczywistości planety, że przypomina instrukcję kierowcy Volkswagena z 1955 r., którą posługujemy się sterując nieudolnie statkiem kosmicznym „Ziemia”. Odwoływanie się do nieadekwatnego przewodnika musi zakończyć się niepowodzeniem. Mnożą się dowody na to, że zawodzi ono na każdym poziomie.

Zgadzam się. Wielu z moich słuchaczy skarży się, że trudno jest im namówić przyjaciół, kolegów, sąsiadów i bliskich, by przynajmniej wysłuchali tego niełatwego przekazu. Twoja praca ujawnia niepokojące konsekwencje nie tylko dla naszego techno-przemysłowego eksperymentu, lecz także dla każdego z nas. Co możesz powiedzieć nam o swoich sukcesach i porażkach w komunikowaniu rezultatów twojego naukowego dochodzenia?

Z jednej strony udało nam się uczynić koncept śladu ekologicznego – miarę ludzkiego zapotrzebowania na zasoby planety – prawdopodobnie najbardziej znanym symbolem naszego niezrównoważonego położenia. Z drugiej strony usiłuję zestawiać ważne wydarzenia technologiczne, w tym opracowanie śladu ekologicznego, z trendami w wykorzystaniu surowców naturalnych, emitowaniu zanieczyszczeń i gazów cieplarnianych. Nie potrafimy wyodrębnić głównych punktów, które umożliwiłyby pokazanie związku lub różnicy wynikającej z naszych spostrzeżeń. Najwyraźniej sytuacja szybko ulega pogorszeniu, pomimo coraz głośniejszej retoryki o potrzebie praktykowania zrównoważonego rozwoju. Koncepcja ta narodziła się w 1987 r. Gdy kreślimy istotne zmienne od lat 50. XX w. do chwili obecnej, nie wykrywamy sygnału przełomu, który wskazywałby, iż wraz z pojawieniem się koncepcji zrównoważonego rozwoju zainicjowana została zmiana stosunku czy postaw. Zatem nasza praca nie przyniosła spodziewanych efektów.

Częścią problemu jest wojna słów. Postrzeganie rzeczywistości konstruujemy społecznie. Kiedy wypowiedziano pojęcie zrównoważony rozwój, każdy mógł się do niego przekonać, ponieważ osoby zorientowane ekologicznie usłyszały w nim hasło „ochrona środowiska naturalnego”. Nie rozwiniesz się w sposób zrównoważony nie dbając o przyrodę. Jednakże ludzie z mentalnością wzrostu, zwłaszcza ekonomiści, zrównoważony rozwój utożsamili natychmiast ze zrównoważonym wzrostem, a są to idee przeciwstawne. W umysłach techno-optymistów, ekonomistów i innych osób, które są święcie przekonane, że ludzka pomysłowość jest naszym najcenniejszym zasobem i że możemy w nieskończoność poprawiać naszą wydajność wykorzystania surowców naturalnych, zrównoważony rozwój stał się status quo. Zbiorowość ta zakłada, iż moglibyśmy posuwać się tą drogą, gdyby nie blokowały jej rządy i nieefektywne regulacje, gdybyśmy z większą wrażliwością eksploatowali ekosystemy etc. Maszerowalibyśmy sprężyście dzięki nieskrępowanej ludzkiej pomysłowości, w rytm technologicznego postępu. Tak zdefiniowany zrównoważony rozwój jest ogromnym problemem – pozwala nam robić to, co robiliśmy zawsze, tylko skuteczniej. 

Zwrócę uwagę na jeszcze jedną arcyważną kwestię. Człowiek wyewoluował naturalną tendencję do rozprzestrzeniania się na wszystkie dostępne siedliska. Mamy również predyspozycję genetyczną do bezzwłocznego zużywania dostępnych surowców. Ludzie przemysłowi powielają zachowowanie bakterii, które w obecności pożywki na szalce Petriego mnożą się w tempie wykładniczym i po wyczerpaniu pokarmu i wypełnieniu naczynia giną. Żaden inny kręgowiec nie dysponuje naszym zasięgiem geograficznym. Zajmujemy siedliska nie nadające się do zamieszkania (np. Arktyka i Antarktyda), ponieważ środki niezbędne do przetrwania sprowadzamy z innych lokalizacji. Wyczerpujemy wszystkie zasoby. Polujemy na ropę w dnie morskim, na głębokości setek i tysięcy metrów. Szczelinujemy horyzontalnie łupki. Minerały wydostajemy z rud, które 20 lat temu byłyby uważane za bezużyteczne skały. Udoskonalane technologie skuteczniej skrobią spód naszej szalki Petriego.

Ślepe poddanie konsumenckiemu imperatywowi wzrostu nie pozwala nam rozpoznać prawdziwych korzeni szczęścia – relacji międzyludzkich, bezpieczeństwa ekonomicznego, stabilnego środowiska naturalnego – i doświadczyć przyrody w sposób uczuciowy. Człowiek nie będzie chronił czegoś, czego nie kocha. Im bardziej izolujemy się do piękna przyrody, tym bardziej oddalamy się od doskonałych sposobów, w jakie ekosystemy podtrzymują się i odtwarzają. Świat produkuje sam siebie. Ziemia to nie tylko glob, który okazał się być odpowiednim dla życia. Życie stworzyło tę planetę. Nie skały, lecz żywy film pokrywający powierzchnię jest kreatorem bogactwa życia, którego sam potrzebuje, by nadal się reprodukować, odradzać. Dostarcza on wszystkiego, co nieodzowne – wody, tlenu, żywności. Bez fotosyntezy nie byłoby nas – oddychających powietrzem zwierząt. Ten samozasilający się system wymaga niebywale szerokiej gamy komponentów, by istnieć. To swoisty cud. To coś absolutnie oszałamiającego.

Jako dziecko i późniejszy doktorant kilkakrotnie płakałem podziwiając otaczające mnie piękno. Było ono moją inspiracją. Pozostaje nią dla nielicznych, którzy mają jeszcze do niego dostęp. W wielu aspektach urbanizacja jest koszmarem, ponieważ odcięła nas pod względem przestrzennym i psychologicznym od wspaniałości środowiska naturalnego. Coraz mniej osób może przeżywać to, co było moim udziałem na farmie w południowym Ontario.

Tłumaczenie: exignorant

Reklamy
Opublikowano Gospodarka, finanse, surowce i energia, Woda i żywność, Wymieranie gatunków

Do nauczycieli

Carter Hayes, 15-latek, obrońca drzew.

List 20-latki z Australii.

Chciałabym skorzystać z tej sposobności i przywileju, by zabrać głos w imieniu młodych dorosłych, studentów – moich koleżanek i kolegów.

Zwracam się do garstki nauczycieli, która mimo groźby utraty swojego statusu, przywilejów, a nawet osobistych relacji, mówi prawdę o cywilizacji, kondycji planety i naszej przyszłości. Kochamy was. Jesteście dla nas błogosławieństwem. Uwolniliście nas od lęku i zagubienia. Potwierdziliście nasze intuicyjne przeświadczenia względem tego, co zawsze uważaliśmy za niewłaściwe. Wyzwoliliście nas z mentalnych i duchowych okowów dominującej kultury.

Starsze pokolenia nie przestają przerzucać się winą. Ich rzecznicy czynią nas odpowiedzialnymi za ocalenie planety. Odczuwaliśmy niewyobrażalną presję i stres, bo nic się nie zmienia. Jeden z moich profesorów powiedział: Stoimy w obliczu środowiskowych katastrof. Naprawienie sytuacji zależy od was. Jesteście generacją ‚Naprawmy to!’.

Drastaliśmy w trakcie szóstego wymierania planetarnego. Wielka Rafa Koralowa ginie na naszych oczach. Nasi edukatorzy i wychowawcy nie traktują nas poważnie, nie przekazują kluczowych faktów, nie zachęcają do myślenia krytycznego; przekonują, że ludzka supremacja jest słuszna. Jesteśmy karmieni infantylizmem, zarażani myśleniem życzeniowym. Naszą świadomość pierze się na zielono – jeszcze jeden konsumpcjonistyczny sposób na ratowanie środowiska naturalnego – byśmy manifestowali jako darmowi promotorzy i lobbyści przemysłu, byśmy stali się korporacyjnymi niewolnikami systemu wyniszczającego życie.

Relacja nauczyciel-uczeń – bezcenna, święta więź, międzypokoleniowa miłość kultywowana ze swoistym nabożeństwem na przestrzeni dziejów naszego gatunku – uległa erozji, przeobraziła się w otwartą indoktrynację. W naszej studenckiej społeczności określamy to mianem molestowania intelektualnego.

Straszliwie nas okłamano. Straszliwe nas zdemoralizowano. Zaufani edukatorzy i mentorzy, którym powierzyliśmy nasze umysły i przed którymi otworzyliśmy nasze serca, zdradzili nas. Studenci wpadają w depresję, próbując przeciwstawić się bzdurom i frazesom, które słyszą. Nieliczni profesorowie wykazują się prawdziwą cnotą i odwagą.

Budzimy się i buntujemy przeciwko planetarnym zabójcom. Uczymy się, co to znaczy być ludzkim zwierzęciem zależnym od istnienia milionów innych zwierząt. Uczymy się języka Ziemi. Uczestnicy mojej społeczności występują przeciwko urzędnikom i funkcjonariuszom, przykuwają swoje ciała do bram i buldożerów, blokują leśne drogi. Stoją razem – niewzruszeni i silni. Konfrontując się z przemocą i karą, nie mogą liczyć na wsparcie i zrozumienie swoich wykładowców.

Byłam świadkiem wspaniałego oporu inspirowanego postawą prawdziwych nauczycieli. Tych, którzy nie potrafią milczeć, oszukiwać siebie i niewinnych wychowanków. Tych, którzy nie ulegają presji środowiska akademickiego i kultury. Nie potrafimy wyrazić, jak bardzo doceniamy ich odwagę, moralność i oddanie.

Wskazówka cywilizacyjnego zegara wkrótce wybije północ. Nie poddajemy się rozpaczy. Podejmujemy działania. Czas, jaki nam pozostał, ofiarujemy planetarnej rodzinie, naszym bliskim – ludziom i nie-ludziom. Dzielimy się współczuciem w momencie, kiedy jest ono najbardziej potrzebne. Żyjemy teraz, żyjemy wolni.

Serena

Nigdy w historii gatunku homo sapiens sapiens przedstawiciele jego młodzieży nie doświadczali większej presji. Mimo to pokolenia ich rodziców i dziadków nieustannie im przypominają, że to oni muszą okiełznać chaos, który im zafundowaliśmy i który jest nie do okiełznania. Uważam to za wyjątkowo niemoralne i okrutne. Dajmy im cholerny spokój. Z pewnością mają do niego prawo, czyż nie?

W następstwie pojawienia się cywilizacji i późniejszego odkrycia paliw kopalnych nasz gatunek znalazł się w ślepym zaułku wymierania. Cywilizacja przemysłowa nie może być zrównoważona. Zapomnijmy o micie odnawialnych źródeł energii, spieszących nam na ratunek. To wielkie białe kłamstwo. Apel do moich rówieśników: Nie bądźcie ostatnim pokoleniem, które okłamuje młodzież. Od urodzenia była na stałej diecie łgarstw. Zasługuje na coś lepszego. Zasługuje na prawdę. Najwyższa pora, by ją usłyszała na temat szóstego wymierania planetarnego i nagłej zmiany klimatu.

Kevin Hester, 57-latek, aktywista ekologiczny i antynuklearny z Nowej Zelandii.

Wzruszający klip przygotowany przez 16-latków uczestniczących w inicjatywach Zielonej Edukacji.

Tłumaczenie: exignorant

Opublikowano Poza nadzieją

Raport Pentagonu z 2003 r.: Globalny kataklizm wywołany ‚nagłą zmianą klimatu’ prawdopodobny w ciągu 20 lat

Skrót artykułu The Guardian z 22 lutego 2004. Po czternastu latach nagła zmiana klimatu jest w toku. Dziennik milczy.

W ciągu najbliższych 20 lat zmiana klimatu może doprowadzić do globalnej katastrofy. Wojny i klęski żywiołowe pochłoną wiele milionów istnień ludzkich.

Tajny raport Pentagonu, którego upublicznienie wstrzymali najważniejsi urzędnicy obrony USA, został pozyskany przez dziennikarzy The Observer. Ostrzega on, iż główne europejskie miasta znajdą się pod wodą wskutek rosnącego poziomu mórz, a Wielka Brytania będzie doświadczać „syberyjskiego” klimatu przed rokiem 2020. Na całym świecie pojawią się konflikty nuklearne, ogromne susze, głód i powszechne zamieszki.

Dokument przewiduje, że nagła zmiana klimatu pogrąży planetę w anarchii. Kraje wykorzystają groźbę nuklearną, by zabezpieczyć kurczące się zaopatrzenie w żywność, wodę i energię. Skala zagrożenia dla stabilności cywilizacji wzrośnie niepomiernie i zdystansuje terroryzm – alarmują nieliczni eksperci, którzy zapoznali się z treścią dokumentu. „Zaburzenia i konflikty staną się endemicznymi cechami życia”, stwierdzają w podsumowaniu autorzy analizy. „Po raz kolejny wojna będzie definiować ludzkie życie”. Globalne ocieplenie „musi wyjść poza debatę naukową i uzyskać rangę zagadnienia z zakresu bezpieczeństwa narodowego”. Scenariusz zbliżającej się destrukcyjnej zmiany klimatu jest „prawdopodobny i podważy bezpieczeństwo narodowe Stanów Zjednoczonych na sposoby, które wymagają natychmiastowego zgłębienia”.

Sporządzenie raportu zlecił wpływowy doradca obrony Andrew Marshall, który na przestrzeni minionych trzech dekad wywarł znaczący wpływ na myślenie wojskowe w USA. Wyniki analizy są upokarzające dla George’a W. Busha, który wielokrotnie negował istnienie zmiany klimatu. Eksperci nie mają wątpliwości, że ich lektura zaniepokoi prezydenta, który deklarował, iż obrona narodowa stanowi priorytet jego administracji.

W zeszłym tygodniu Biały Dom znalazł się pod ciężkim ostrzałem ze strony licznej rzeszy uznanych naukowców, która zarzuciła, że tendencyjnie wybiera te ustalenia badawcze, które pokrywają się z jego programem politycznym, odrzucając przy tym większość pozostałych, których nie aprobuje. Jeremy Symons – były informator z Agencji Ochrony Środowiska (Environmental Protection Agency EPA), który ujawnił jej upolitycznienie – podkreślił, iż czteromiesięczne tuszowanie raportu jest kolejnym przykładem na to, że Waszyngton usiłuje pogrzebać niebezpieczeństwa związane ze zmianą klimatu.

Klimatolodzy mają nadzieję, że Stany Zjednoczone podpiszą międzynarodowe traktaty mające na celu zredukowanie tempa globalnego ocieplenia. Profesor John Schellnhuber, były główny doradca ds. środowiska naturalnego w niemieckim rządzie i szef czołowej brytyjskiej grupy klimatologów z Centrum Badań nad Zmianą Klimatu im. Tyndalla, powiedział, że wewnętrzne obawy Pentagonu powinny stać się „punktem krytycznym” i katalizatorem, który zmusi Busha do zaakceptowania faktu, iż przeobrażenie klimatu jest zjawiskiem realnym i postępujacym. Bob Watson, główny naukowiec Banku Światowego i były przewodniczący Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu, zaznaczył, że przerażające ostrzeżenia Pentagonu nie mogą być dłużej lekceważone. Kadra Departamentu Obrony USA nie składa się z liberałów – generalnie reprezentuje poglądy konserwatywne. Skoro zmiana klimatu zagraża bezpieczeństwu narodowemu i gospodarce, prezydent musi podjąć stosowne działania. Bush i jego świta słucha zazwyczaj dwóch grup: lobby naftowego i Pentagonu, wyjaśnił Watson.

Prezydent utrzymuje, że globalne ocieplenie jest mistyfikacją, a za Potomakiem Pentagon przygotowuje się do wojen klimatycznych. To dość niepokojące, że Bush zaczyna ignorować własne agencje rządowe w tej sprawie”, zauważył Rob Gueterbock z Greenpeace’u. Doug Randall z kalifornijskiej Sieci Biznesu Globalnego (Global Business Network) ostrzegł, że potencjalne skutki gwałtownej zmiany klimatu spowodują światowy chaos: „To przygnębiające. Mamy do czynienia z wyjątkowym zagrożeniem dla bezpieczeństwa narodowego, ponieważ nie ma w nim wroga, w którego można wycelować broń, i nie ma kontroli nad samym zagrożeniem”. Zdaniem Randalla jest już prawdopodobnie za późno, aby zapobiec kataklizmowi. „Nie wiemy dokładnie, gdzie się znajdujemy w tym procesie. Może on rozpocząć się jutro i nie dostrzeżemy go przez następne pięć lat. Wydaje się oczywiste, że wskazane byłoby ograniczenie eksploatacji paliw kopalnych”, dodał.

Według Jeremy’ego Symonsa powiązania administracji Busha z sektorem energetycznym i koncernami naftowymi są kluczem do zrozumienia, dlaczego zmiana klimatu traktowana jest w Gabinecie Owalnym ze sceptycyzmem. „Ludzie prezydenta ignorują dowody, aby udobruchać garstkę firm energetycznych i naftowych,” wyjaśnił.

Departament Obrony USA, który dysponuje rocznym budżetem przekraczającym bilion dolarów, nie miał interesu w tym, by ograniczyć własne emisje gazów cieplarnianych.

Project CensoredPentagon największym niszczycielem środowiska naturalnego [Project Censored, 2.10.2010]

Departament Obrony USA ponosi winę za najpoważniejsze i najbardziej rozległe zanieczyszczenie planety, ale nikt tego faktu nie odnotowuje. Środowiskowa destrukcja powodowana przez amerykańskie wojsko nie budzi zainteresowania organizacji ekologicznych i nie jest przedmiotem dyskusji podczas konferencji ONZ w sprawie zmiany klimatu. Ten wyniszczający, udokumentowany wpływ obejmuje nieskrępowaną eksploatację paliw kopalnych, potężne emisje gazów cieplarnianych, a także regularne wprowadzanie radioaktywnych i toksycznych substancji chemicznych do powietrza, wody i gleby (m.in. zubożony uran, pestycydy, defolianty takie jak Agent Orange, ołów, pierwiastki promieniotwórcze z broni wyprodukowanej, testowanej i używanej; ilość toksycznych odpadów przewyższa łączną ich produkcję pięciu największych amerykańskich koncernów chemicznych).

Globalne działania armii USA (wojny, interwencje, tajne operacje, około tysiąc baz na całym świecie i sześć tysięcy obiektów w Stanach Zjednoczonych) nie są objęte amerykańskimi limitami emisji gazów cieplarnianych. Sara Flounders pisze: „Bez względu na obraną miarę Pentagon jest największym instytucjonalnym konsumentem produktów naftowych i energii w ogóle. Mimo to został zwolniony ze wszystkich międzynarodowych porozumień klimatycznych.” Według Barry’ego Sandersa, autora książki Zielona strefa: Środowiskowe koszty militaryzmu, „za największy pojedynczy atak na środowisko, na wszystkich nas na całym świecie, odpowiada jedna agencja: Siły Zbrojne Stanów Zjednoczonych.”

W całej swojej długiej historii militarnych przygotowań, działań i wojen armia USA nie została pociągnięta do odpowiedzialności za ich skutki, które uderzają w środowisko naturalne, narody i zwierzęta. W trakcie negocjacji Porozumień z Kioto w grudniu 1997 roku Stany Zjednoczone uzależniły ich podpisanie od spełnienia jednego warunku: zwolnienia wszelkich operacji wojskowych kraju, także w ramach ONZ i NATO, z pomiarów lub redukcji gazów cieplarnianych. Po zapewnieniu sobie tego odstępstwa administracja Busha ostatecznie odmówiła podpisania porozumień, a Kongres USA wprowadził kategoryczny przepis gwarantujący wykluczenie wojska z jakiejkolwiek redukcji zużywanej energii i kontroli emisji. Barack Obama przedłużył ten stan rzeczy podpisując stosowne rozporządzenie wykonawcze. Jednocześnie wezwał inne agencje federalne do podjęcia kroków w celu zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych do roku 2020. Jak informuje dziennikarka Johanna Peace, „Armia wykorzystuje 80% rządowego zapotrzebowania na energię.” […]

Tłumaczenie: exignorant

Opublikowano Klimat

Wojna zachodnich koncernów zbrojeniowych przeciwko dzieciom

Ofiary wojny w Jemenie.

Artykuł Vijay’a Prashada z 27 grudnia 2017.

Wojnę definiuje hałas. Porażający hałas. Dźwięki zdetonowanych bomb i wystrzałów, krzyków i bólu: są to współrzędne słuchowe pól bitewnych. Współczesnego frontu nie określa daleki dystans. Często znajduje się on w sercu miasta, gdzie wszelkiej maści kombatanci przemieszczają się do kolejnych zrujnowanych domów, aby zdobyć ulice i utrzymać kontrolę nad danym obszarem. Rodziny, które nie mogą uciec przed działaniami bojowymi, pozostają uwięzione w ich centrum. Straszliwe dźwięki stają się czymś normalnym, drgania ziemi zamieniają się w jeden z faktów codzienności. Nadano im zimne nazwy. Uwalniana gwałtownie energia dźwiękowa znana jest jako hałas impulsowy, zaś ofiara cierpi wskutek urazu akustycznego.

Gorsze są druzgocące odgłosy i siła ataków z powietrza. W oddali słychać ryk odrzutowców, gwizd spadających na ziemię bomb, huk niespodziewanej eksplozji, do której doszło tak blisko, że pomyślałeś o rychłej śmierci. Przerwa między gwizdem i gromem eksplozji przypomina opóźnienie między błyskawicą i grzmotem. Ta chwila to czas zaciśniętych zębów i modlitwy. Nikt, nawet najbardziej zacietrzewiony ateista, nie może poradzić sobie bez jakiegoś ‚boga’ w otoczeniu odgłosów wojny.

Rozsądek nie jest odruchem rządzącym w strefie walk. Podczas I wojny światowej w Europie kot o imieniu Felix był posłańcem, który biegał między niemieckimi i brytyjskimi okopami z przesłaniem nadziei – zapisanym na skrawku papieru, nadanym przez jednego żołnierza z klasy robotniczej do drugiego. Usłyszeli o tym oficerowie i zamiast uśmiechnąć się na widok uroczego stworzenia, wydali rozkaz jego rozstrzelania za zdradę. Angielski poeta Heathcote Williams napisał o tym „kocie pokoju” – jednej z piętnastu milionów unicestwionych w tej pożodze dusz – „o którym prawie się nie wspomina / ale którego krwawe ślady łap / są samotnym, kocim świadectwem / absurdu wojny”. To zaledwie jeden rodzaj absurdu, bo wojna sama w sobie – jak sugeruje Williams – jest absurdem.

Wojna wkrada się z porzuconych, polnych okopów do miast, gdzie niszczy światy cywilów. Bomby spadają z nieba, podczas gdy walczący ukrywają się w ruinach. Pomiędzy Dreznem, gdzie zrzucone przez aliantów ładunki zapalające pozbawiły życia dziesiątki tysięcy niemieckich cywilów w 1945 roku, a operacją Feniks w Wietnamie, gdzie wojska amerykańskie i ich sojusznicy z południa uśmiercili setki tysięcy cywilów w latach 1968–1972, idea masowego mordowania poprzez naloty lub egzekucje została znormalizowana. Obecnie za naturalną uznaje się sytuację, w której armie przekraczają granice kraju i bombardują go zaciekle lub wjeżdżają do miast i wiosek, aby likwidować domniemanych sympatyków wroga. Tak wygląda dzień powszedni w Afganistanie.

Wojna przeciwko dzieciom

Pośród tej normalności trwają dzieci – wiele z nich nie tylko dorasta z okrutną kakofonią detonowanych bomb, lecz także z okrutnymi obrazami śmierci, które oglądają zanim ich życie zdąży rozpocząć się tak naprawdę. Całe generacje Afgańczyków przyszły na świat w towarzystwie wszechobecnej śmierci. Pokolenie w Iraku, w Syrii, w Libii, w zdewastowanych częściach regionu Wielkich Jezior Afrykańskich, czy na okaleczonych obszarach Birmy, aż za dobrze zna jazgot broni maszynowej i woń zmasakrowanych zwłok. Dzieci często doświadczają nieznośnie głośnych dni i nocy. Tę traumę odzwierciedlają rysunki wykonane przez małoletnich mieszkańców obozów dla uchodźców. Wybuchy i ich rozbłyski przedstawiane są zawsze w dużej skali. Niemożność odwzorowania na papierze hałasów staje się dla małych artystów oczywista. Ale to właśnie one są główną składową ich gehenny.

UNICEF (Fundusz Narodów Zjednoczonych na Rzecz Dzieci) poinformował, że rozprzestrzenianie śmiercionośnej broni – z minami przeciwpiechotnymi włącznie – wywiera wpływ na egzystencję ponad 220.000 dzieci we wschodniej Ukrainie. „Jest niedopuszczalne, że miejsca, w których dzieci mogły bawić się bezpiecznie niecałe cztery lata temu, są teraz pełne zabójczych materiałów wybuchowych”, powiedziała Giovanna Barberis, szef UNICEF-u na Ukrainie. W każdym tygodniu zabijają one jedno ukraińskie dziecko. Parę dni po tym, jak UNICEF podał te liczby do publicznej wiadomości, rząd Stanów Zjednoczonych postanowił ‚wesprzeć’ środkami bojowymi rząd Ukrainy. Amerykańscy handlarze bronią zarobią na tej transakcji blisko 42 miliony dolarów. Najprawdopodobniej podsyci ona konflikt, który wymaga negocjowanego porozumienia, a nie dalszej walki.

Przedstawiciel UNICEF-u w Jemenie Merritz Rilano powiedział, że panujące w tym kraju warunki są okropne – milion dzieci zaraziło się cholerą. Uderzające jest to, iż 80% ludności jemeńskiej potrzebuje natychmiastowej pomocy humanitarnej. Położenie najmłodszych jest szczególnie dramatyczne. Geert Cappelaere, dyrektor regionalny UNICEF-u, alarmował w listopadzie 2017: „Dla dzieci Jemen jest jednym z najbardziej koszmarnych miejsc na Ziemi”. Głód, cholera i naloty: nie ma gorszego losu. Mimo to Zachód nadal zbroi Arabię Saudyjską i Zjednoczone Emiraty Arabskie – kraje prowadzące jemeńską wojnę. Wielka Brytania i Stany Zjednoczone są kluczowymi militarnymi zaopatrzeniowcami państw Zatoki, które kontynuują ten ludobójczy konflikt.

Handlarze śmiercią

Wszystkie te informacje martwią i konsternują. Przytoczone wojny są tak odległe od prozy życia ludzi na Zachodzie – zagubionych w obliczu złożoności polityki w Jemenie i na Ukrainie, żądnych prostych rozwiązań, zdeprymowanych skalą problemów. „Co to ma wspólnego ze mną?”, pyta niewinny człowiek z Zachodu? „Przecież nie jestem ani autorem tych konfliktów, ani ich beneficjentem”. Przeciętny obywatel ma rację. Odpowiedzialność za te okrucieństwa z pewnością nie spoczywa bezpośrednio na nim. Winę ponoszą liderzy sektora  zbrojeniowego, których większość ma swoje siedziby na Zachodzie, którzy w ciągu ostatnich dekad wycisnęli z wojen biliony dolarów zysku.

Najnowszy raport Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem w Sztokholmie (SIPRI) pokazuje – niezaprzeczalnie – że powszechnie szanowani producenci broni zbijają fortunę na krwawych konfliktach. Koncern Lockheed Martin, czołowy diler na świecie, osiągnął w 2016 sprzedaż w wysokości 40.8 miliarda dolarów – o 10.7% większą niż w 2015. Na kolejnych miejscach uplasował się Boeing, do którego kasy wpłynęło 29.5 miliarda dolarów, oraz Raytheon, który zgarnął 23 miliardów dolarów. Centrala każdej z tych firm znajduje się w Stanach Zjednoczonych.

Wytwórcy amerykańscy odnotowali w 2016 wzrost o 4% – to dodatkowe 217.2 miliarda dolarów. Ich udział w całkowitej sprzedaży globalnej 100 najlepszych korporacji ‚obronnych’ to aż 58%. Inni rekordziści to BAE z Wielkiej Brytanii (23 miliardy dolarów) i Northrup Grumman z USA (21.4 miliarda dolarów).

Zachodnie firmy są zdecydowanie największymi dostawcami przemocy na świecie. Przekazują arsenały krajom, których nie stać na ich zakup, które pogrążone są w bratobójczych wojnach. Siedmiu z dziesięciu absolutnych potentatów na rynku zbrojeniowym to gospodarcze filary Stanów Zjednoczonych, pozostałe płacą podatki w Wielkiej Brytanii, Włoszech, Francji lub mają status konsorcjum wielonarodowego (Airbus). Państwa te prawią w ONZ kazania o amoralności wojennej agresji i potrzebie jej uniknięcia – tymczasem dostarczają amunicję każdej ze stron konfliktu i zarabiają na niewyobrażalnym cierpieniu.

Bezsilność

Afgańskie maluchy grają w grę o nazwie orzeł (aaqab). Dzieci są ptaszkami, być może gołębiami. Jedno z nich jest orłem, który poluje na resztę. Nad rozbrykaną gromadką przeleciał Predator – dron zbudowany przez firmę General Atomics z San Diego (46. na liście zbrojeniowych gigantów). Prawdziwy drapieżca. Prawdziwe gołębie. Dzieci mówią, że znają dźwięk bezzałogowego samolotu, brzęczenie jego śmigieł, zapach niebezpieczeństwa w powietrzu.

Słychać piosenkę. Nazia Iqbal śpiewa: „Moja miłości, jesteś daleko ode mnie. Drony biorą cię na cel. Jestem bezradny. Nie mogę ich powstrzymać. Łzy kapią z oczu mych, niczym źródlane krople”.

Amerykańska kampania w Afganistanie trwa już ponad szesnaście lat. Kraj został zdewastowany przez ogromną ilość broni. Wojna wniknęła w system nerwowy Afgańczyków, stała się czymś normalnym i wiecznym. Kilka pokoleń nie wyobraża sobie bez niej życia. Zadomowiła się w piosenkach i zabawach. Oto cena, jaką płacą na całym świecie zwykli ludzie za profity handlarzy śmiercią.

Tłumaczenie: exignorant

Opublikowano Imperialne wojny, militaryzm i terror państwowy

Dzieci Pacyfiku: Psychologiczne skutki zmiany klimatu

Mieliśmy wrażenie, że uderzyła w nas bomba nuklearna”. Henry Afable, mieszkaniec Filipin o tajfunie Haiyan z 2013 roku

Ofiary cyklonu Pam w Vanatu.

Artykuł Lin Taylor z 10 grudnia 2017.

Za każdym razem, gdy nastolatek Freddy Sei słyszy grzmoty piorunów, obserwuje ulewne deszcze chłoszczące ziemię lub silne wiatry targające palmami, opanowuje go strach. 15-latek mieszka w Vanuatu, wyspiarskim kraju na Pacyfiku, który dwa lata temu został spustoszony przez potworny cyklon Pam. Freddy pamięta zdmuchnięte chaty, zatopioną rodzinną wioskę. „Bałem przerażony, ponieważ wiatry po prostu porwały domy, a rzeka wstąpiła z brzegów”, powiedział Freddy, korzystając z asysty tłumacza. „Boję się, że nocna powódź wedrze się do domu i mnie zabierze. To jedna z moich największych obaw”, dodał filigranowy nastolatek, członek blisko 200-osobowej nadmorskiej społeczności w South River na wyspie Erromango – nękanej przez powodzie, osunięcia ziemi i przypływy podnoszących się mórz.

Klęski żywiołowe, które regularnie uderzają w nisko położone pacyficzne wyspy, pozostawiają trwałe urazy psychiczne u dzieci. Ekspert medyczny opisuje tę sytuację jako „tykającą bombę zegarową”. Raport Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego (American Psychological Association – APA) ujawnił, że liczba przypadków zespołu stresu pourazowego (ang. posttraumatic stress disorder – PTSD), depresji, stanów lękowych i samobójstw wzrasta gwałtownie w ślad za ekstremalnymi wydarzeniami pogodowymi. Ludzie, którzy przeżyli serię katastrof, mają poważne problemy natury psychicznej, napisało APA. Jednak najbardziej cierpią najmłodsi. „Po zdarzeniach klimatycznych dzieci zdradzają poważniejsze symptomy niż dorośli. Podobnie jak w przypadku doświadczeń natury fizycznej, traumatyczne doznania psychiczne mogą wywrzeć trwały wpływ na całe życie, a nawet zaburzyć proces rozwoju umysłowego”, czytamy w raporcie.

Ponieważ zmiana klimatu zwiększa częstotliwość i skalę klęsk żywiołowych, kondycja psychiczna dzieci będzie się pogarszać, powiedziała Sisilia Siga z Empower Pacific, placówki na Fidżi zapewniającej usługi w zakresie zdrowia psychicznego. „Postępująca zmiana klimatu spotęguje kryzys. Zwłaszcza wśród dzieci, ponieważ jest im trudno poradzić sobie ze wszystkim, co się wokół nich dzieje”. Siga opiekowała się w zeszłym roku mieszkańcami obszarów nadmorskich po cyklonie Winston, najintensywniejszej burzy, jaka kiedykolwiek nawiedziła półkulę południową – w Fidżi zabiła co najmniej 43 osoby i pozbawiła domów dziesiątki tysięcy ludzi. Dzieci doświadczyły tak poważnej traumy, że potem nie były w stanie pływać w morzu, a kiedy wiały silne wiatry lub miał miejsce przypływ, dręczyły je koszmarne retrospekcje.

Psycholożka Loyda Santolaria, która odwiedzała strefy katastrof takich jak trzęsienie ziemi na Haiti w 2010 roku, twierdzi, iż po klimatycznym kataklizmie dzieci często pozostawione są samym sobie, ponieważ rodzice zajęci są zdobywaniem żywności i znalezieniem schronienia. „Rodzice nie radzą sobie z pokłosiem żywiołu i potrzebami psychologicznymi dzieci”, stwierdziła Santolaria, która współpracuje obecnie w Vanuatu z agencją CARE International. Wiele młodocianych ofiar dorośnie w niewiedzy, jak poradzić sobie z tymi traumatycznymi emocjami – będą one bardziej podatne na skutki stresujących okoliczności. Może to ostatecznie prowadzić do przemocy, depresji, zażywania narkotyków, a nawet samobójstw, ostrzegła Alex Pheu, pielęgniarka psychiatryczna zatrudniona w Port Vili, stolicy Vanuatu.

Przypomina to tykającą bombę zegarową. Są to ludzie okaleczeni na całe życie”, wyjaśniła Pheu. „(Dzieci) uczą się z tym żyć, dopóki ktoś nie popełni samobójstwa – np. powiesi się na drzewie, co się zdarza”. W regionie Pacyfiku specjaliści ds. zdrowia psychicznego stanowią nieliczną grupę. Pheu wytłumaczyła, iż konieczne jest szkolenie mieszkańców małych miejscowości z psychologicznej „pierwszej pomocy” – umiejętności wykrywania oznak depresji lub lęków, zanim przeobrażą się w pełnoobjawowy problem. „Zapobieganie i wykrywanie – to najważniejszy cel, do którego powinniśmy dążyć”, powiedziała. „Jednak zawsze reagujemy zbyt późno i kiedy staramy się interweniować i leczyć, jest to bardzo, bardzo trudne”. Jeśli chodzi o dzieci takie jak Freddy, mieszkające na wyspie, to myślą one o przetrwaniu kolejnego cyklonu. „Zmiana klimatu przyspiesza”, powiedział chłopiec. „Jestem przerażony, bo może nadejść kolejna powódź”.

Tłumaczenie: exignorant

Opublikowano Klimat, Poza nadzieją

Uciszając głosy sprzeciwu

Życzę Drogim Czytelniczkom i Czytelnikom spokojnego, radosnego świętowania.

Esej Chrisa Hedgesa z 17 września 2017.

„Drzewo wiedzy”, autor: Mr Fisk

Elity władzy, które rozumieją, że panująca ideologia globalnego kapitalizmu korporacyjnego i ekspansji imperialnej utraciła moralną i intelektualną wiarygodność, zorganizowały kampanię, by zlikwidować medialne platformy goszczące ich krytyków. Przeprowadzane w jej ramach ataki obejmują umieszczanie na czarnej liście, cenzurę i oczernianie dysydentów jako agentów Rosji i szerzycieli „fałszywych wiadomości” (ang. fake news).

Żadna dominująca klasa społeczna nie zdoła długo utrzymać kontroli, gdy zwietrzeje wiarygodność idei uzasadniających jej istnienie. W tym momencie zmuszona jest uciekać się do niewyrafinowanych form przymusu, zastraszania i cenzury. Ten ideologiczny upadek Stanów Zjednoczonych uczynił nas, przeciwników korporacyjnego państwa, potężnym zagrożeniem. Stało się tak nie dlatego, że docieramy do dużej liczby ludzi czy rozpowszechniamy rosyjską propagandę. Przyczyna jest inna: włodarze nie posiadają już uzasadnionego kontrargumentu.

Elity stają w obliczu nieprzyjemnego wyboru. Mogą narzucić surowe kontrole w ochronie status quo lub zwrócić się w stronę socjalizmu, aby złagodzić efekty rosnącej niesprawiedliwości ekonomicznej i politycznej, która dotyka większość społeczeństwa. Jednakże zwrot w lewo, czyli przywrócenie i rozszerzenie zniszczonego programu Nowy Ład, ograniczyłby korporacyjną władzę i korporacyjne zyski. Zamiast tego elity, w tym przywódcy Partii Demokratycznej, postanowiły przerwać debatę publiczną. Taktyka, której używają, jest tak stara, jak państwo – napiętnowanie krytyków jako zdrajców w służbie wrogiego, obcego mocarstwa. W ten sposób oczerniono dziesiątki tysięcy ludzi sumienia podczas Czerwonej paniki lat dwudziestych i pięćdziesiątych [minionego stulecia]. Obecna, hiperboliczna i nieustająca fiksacja na Rosji, przyjęta z entuzjazmem przez „liberalne” media, przykładowo New York Timesa i MSNBC, spuściła ze smyczy coś, co niektórzy określają mianem zaraźliwego „nowego Makkartyzmu”.

Korporacyjne elity nie truchleją przed Rosją. Nie upubliczniono żadnych dowodów na to, iż kraj ten przechylił szalę zwycięstwa w wyborach prezydenckich na korzyść Donalda Trumpa. Rosja najwyraźniej nie zamierza też konfrontować się militarnie ze Stanami Zjednoczonymi. Jestem pewien, że usiłuje mieszać się w sprawy USA, tak jak robił i robi to Waszyngton, chociażby finansując potajemnie Borysa Jelcyna, którego zakończona sukcesem kampania prezydencka z 1996 roku kosztowała 2.5 miliarda dolarów – znaczna część tej kwoty pochodziła pośrednio z kasy amerykańskiego rządu. W dzisiejszym środowisku medialnym Rosja służy za pretekst. Państwo korporacyjne wyprowadzane jest z równowagi przez media udzielające głosu oponentom korporacyjnego kapitalizmu, aparatu bezpieczeństwa i inwigilacji oraz imperializmu – należy do nich RT America.

Moje programy na RT America z cyklu On Contact, podobnie jak moje felietony na portalu Truthdig, wzmacniają przekaz dysydentów takich jak Tariq Ali, Kshama Sawant, Mumia Abu-Jamal, Medea Benjamin, Ajamu Baraka, Noam Chomsky, Dr. Margaret Flowers, Rania Khalek, Amira Hass, Miko Peled, Abby Martin, Glen Ford, Max Blumenthal, Pam Africa, Linh Dinh, Ben Norton, Eugene Puryear, Allan Nairn, Jill Stein, Kevin Zeese i innych. Gdyby media publiczne funkcjonowały prawidłowo, a prasa komercyjna była wolna od korporacyjnej kontroli, ludzie ci byliby częścią dyskursu toczącego się w nurcie głównym. Nie można ich kupić. Odznaczają się prawością, odwagą i często geniuszem. Są uczciwi. Z tych właśnie powodów korporacyjne państwo traktuje ich jako bardzo niebezpiecznych.

Pierwsza i najbardziej zabójcza kanonada w wojnie z opozycją zagrzmiała w 1971 roku, kiedy Lewis Powell, prawnik korporacyjny, a później sędzia Sądu Najwyższego, napisał i rozprowadził wśród liderów biznesu notatkę zatytułowaną „Atak na amerykański system Wolnej Przedsiębiorczości”. Posłużyła ona za strategiczną podstawę korporacyjnego zamachu stanu. Zgodnie z rekomendacją Powella koncerny zainwestowały setki milionów dolarów w zmasowane natarcie, opłacając pro-biznesowych kandydatów politycznych, realizując kampanie przeciwko liberalnemu skrzydłu Partii Demokratycznej i prasie oraz tworząc instytucje takie jak Okrągły Stół Biznesu (Business Roundtable), Fundacja Dziedzictwo (The Heritage Foundation), Instytut Manhattan (Manhattan Institute), Instytut Cato (Cato Institute), Obywatele na rzecz Zdrowej Gospodarki (Citizens for a Sound Economy), Towarzystwo Federalistyczne (Federalist Society) i Poprawność w Środowisku Akademickim (Accuracy in Academia). Autor argumentował, iż korporacje muszą finansować działania mające na celu marginalizację lub uciszenie tych, którzy na „kampusach uczelni, ambonach, w mediach oraz czasopismach intelektualnych i literackich” promują wrogość wobec interesów korporacyjnych.

Powell zaatakował Ralpha Nadera. Lobbyści podbili Waszyngton i stolice wszystkich stanów. Zaprzestano kontroli regulacyjnych. Dokonane zostały cięcia podatków dla korporacji i bogaczy, czego kulminacją był de facto bojkot podatkowy. Zniesiono bariery handlowe, zniszczono bazę produkcyjną kraju. Programy socjalne zostały okrojone, podobnie jak fundusze na infrastrukturę, od dróg i mostów po biblioteki publiczne i szkoły. Ochronę dla robotników zwyczajnie wypatroszono. Płace spadły lub uległy stagnacji. Budżet wojskowy i organów bezpieczeństwa wewnętrznego nadmuchano do granic absurdu. Faktyczna czarna lista została wykorzystana – szczególnie na uniwersytetach i w prasie – do zdyskredytowania intelektualistów, radykałów i aktywistów, którzy potępili zarówno ideę narodu klęczącego przed dyktatem rynku, jak i zbrodnie imperializmu. Jedne z najbardziej znanych postaci – m.in. Howard Zinn, Noam Chomsky, Sheldon Wolin, Ward Churchill, Ralph Nader, Angela Davis i Edward Said – mogły egzystować jedynie na marginesie społeczeństwa, często poza instytucjami, a wiele z nich z trudem wiązało koniec z końcem.

Krach finansowy roku 2008 nie tylko spustoszył globalną gospodarkę, lecz także obnażył kłamstwa propagowane przez zwolenników globalizacji. Do najczęściej powtarzanych należały: pensje robotników wzrosną, demokracja rozprzestrzeni się po całym świecie, przemysł technologiczny zastąpi sektor produkcyjny jako główne źródło dochodu pracowników, klasa średnia przeżyje rozkwit, a społeczności globalne będą prosperować szczęśliwie. Po 2008 stało się jasne, że „wolny rynek” jest blagą, ideologią zombie, za pośrednictwem której drapieżni kapitaliści niszczą robotników i społeczności, zaś strumień aktywów odprowadzany jest do górnego 1% najzamożniejszych. Niekończące się wojny, toczone głównie po to, by wzbogacać przemysł zbrojeniowy i zwiększać potęgę armii, są daremne i nie służą narodowym interesom. Deindustrializacja i programy oszczędności fiskalnych zubożyły klasę robotniczą i wyrządziły nieodwracalne szkody gospodarce.

Politycy establishmentu z dwóch dominujących partii – każdy z nich w służbie korporacyjnej władzy, każdy z nich odpowiedzialny za erozję swobód obywatelskich i finansową zapaść kraju – nie są już w stanie użyć polityki tożsamości i wojen kulturowych, aby zyskać poparcie. Doprowadziło to w ostatniej kampanii prezydenckiej do buntu zwolenników Berniego Sandersa, który został zdławiony przez Partię Demokratyczną, i zwycięstwa Donalda Trumpa.

W 2008 roku fala niechęci do obu partii zaniosła Baracka Obamę do Białego Domu, gdzie spędził osiem lat dokonując aktu zdrady zaufania, jakim obdarzyła go opinia publiczna. Uderzenie Obamy w swobody obywatelskie, włącznie z wykorzystaniem ustawy o szpiegostwie do ścigania informatorów, było jeszcze bardziej destrukcyjne niż w przypadku George’a W. Busha. Przyspieszył napaść na edukację publiczną poprzez prywatyzuję szkół, zwiększył skalę wojen na Bliskim Wschodzie, w tym naloty z udziałem dronów, wprowadził mało znaczące reformy w zakresie ochrony środowiska, zignorował trudną sytuację klasy robotniczej, deportował więcej ludzi niż inni prezydenci, narzucił sponsorowany przez korporacje program opieki zdrowotnej, który był pomysłem prawicowej Fundacji Dziedzictwo, i zabronił Departamentowi Sprawiedliwości ścigania bankierów i graczy instytucjonalnych, którzy zafundowali przekręt z derywatami i napompowali rynek nieruchomości, co uwarunkowało krach finansowy w 2008. Wzorem Billa Clintona Obama uosabiał bankructwo Partii Demokratycznej. Clinton prześcignął późniejsze „osiągnięcia” Obamy – dał nam Północnoamerykański Układ o Wolnym Handlu (NAFTA), demontaż systemu opieki społecznej, deregulację branży usług finansowych i ekspansję więziennictwa. Osłabił też rolę nadzorczą Federalnej Komisji ds. Komunikacji – zmiana ta pozwoliła garstce korporacji kupić informacyjny mainstream.

Pod koniec prezydentury Obamy państwo korporacyjne tonęło w głębokim kryzysie. Powszechnie znienawidzone, stawało się podatne na ataki osób, które zepchnęło na pobocze. Najbardziej odsłonięty był establishment Partii Demokratycznej, który twierdzi, iż broni praw pracowniczych kobiet i mężczyzn oraz stoi na straży wolności obywatelskich. Stąd gorliwość Partii Demokratycznej w dyskredytowaniu krytyków jako marionetek Moskwy i formułowaniu zarzutu, że to rosyjska ingerencja spowodowała jej wyborczą porażkę.

W styczniu pojawił się raport o Rosji opracowany przez Biuro Dyrektora Wywiadu Narodowego. Siedem z 25 stron poświęcono stacji RT America i jej wpływowi na rezultat wyścigu o fotel prezydenta. Według autorów „Podczas kampanii prezydenckich poprzedzających amerykańskie prawybory i wybory powszechne w 2017 rosyjskie media opiniowały przychylnie o prezydencie-elekcie Trumpie, wypowiadając przy tym konsekwentnie negatywne sondy na temat sekretarz [Hillary] Clinton”. Takiego wrażenia nie odniósłby nikt po obejrzeniu moich wywiadów na RT, w których bezkompromisowo rozprawialiśmy się z Trumpem i Clinton, czy programów Eda Schultza, byłego gospodarza cyklu komentarzy na MSNBC, który teraz ma własną serię na RT. Raport próbuje też przedstawić RT America jako kanał o ogromnej medialnej randze i zasięgu, jakimi nie dysponuje.

W celu zaakcentowania rzekomego ‚braku demokracji’ w Stanach Zjednoczonych RT nadawała, była gospodarzem i reklamowała debaty kandydatów mniejszych partii oraz emitowała reportaże wspierające ich agendę polityczną”, czytamy w raporcie, który trafnie podsumowanie problematykę poruszaną w moim programie. „Prowadzący RT twierdzili, iż amerykański system dwupartyjny nie reprezentuje poglądów co najmniej jednej trzeciej populacji kraju i jest ‚hucpą’”.

W dalszej części dokumentu napisano: „W raportach RT często charakteryzuje się Stany Zjednoczone jako ‚państwo inwigilacji’ i domniemanego, powszechnego naruszania wolności obywatelskich, brutalności policji i wykorzystywania dronów. RT koncentruje się również na krytyce amerykańskiego systemu gospodarczego, amerykańskiej polityki walutowej, rzekomej chciwości Wall Street i długu publicznego USA. Niektórzy dziennikarze RT porównali Stany Zjednoczone do Imperium Rzymskiego i prognozowali, że korupcja w rządzie i ‚korporacyjna chciwość’ skończą się finansowym upadkiem USA”.

Czy korporacyjne państwo jest aż tak tępe, by sądzić, iż amerykańska opinia publiczna nie doszła do tych oczywistych wniosków o kondycji narodu samodzielnie? Czy właśnie to definiuje ono jako „fałszywe wiadomości”? Najważniejsze pytanie brzmi: Czy nie jest to przypadkiem prawda, której nie chcą prezentować nadworni stenografowie w mainstreamowej prasie i nadawcy publiczni, zależni od takich źródeł finansowania jak bracia Koch? I czy faktycznie nie ta prawda przeraża ich najbardziej? Abby Martin i Ben Norton rozszarpali na strzępy zakłamanie twórców raportu i mediów korporacyjnych w odcinku On Contact pt. „Goście Abby Martin i Ben Norton mówią o rzeczywistych intencjach raportu wywiadu na temat rosyjskiego hakowania”.

W listopadzie 2016 roku Washington Post doniósł o czarnej liście opublikowanej przez szemrany i anonimowy portal PropOrNot. Składała się z 199 witryn internetowych, które PropOrNot bez żadnych dowodów oskarżył o „skrupulatne powtarzanie rosyjskiej propagandy”. Ponad połowę zestawienia tworzyły strony spiskowe o sympatiach skrajnie prawicowych. Ale około 20 pozycji okupowali głowni nadawcy lewicowi, w tym AlterNet, Black Agenda Report, Democracy Now!, Naked Capitalism, Truthdig, Truthout, CounterPunch i World Socialist Web Site. Czarną listę i kłamliwe zarzuty o dystrybucję „fałszywych wiadomości” w imieniu Rosji powielił Washington Post w tekście pt. „Rosyjskie wysiłki propagandowe pomogły rozpowszechnić ‚fałszywe wiadomości’ podczas wyborów, mówią eksperci”. Reporter Craig Timberg podkreślił, że według „niezależnych badaczy, którzy śledzili te operację” rosyjska propaganda miała „ukarać demokratkę Hillary Clinton, pomóc republikaninowi Donaldowi Trumpowi i podkopać wiarę w amerykańską demokrację”. W grudniu zeszłego roku felietonista Truthdig Bill Boyarsky napisał dobry artykuł o tajnej organizacji PropOrNot.

Jeff Bezos, właściciel Washington Post, a także założyciel i dyrektor generalny Amazonu, zawarł z CIA kontrakt o wartości 600 milionów dolarów. Google ma równie głęboką relację z państwem bezpieczeństwa i inwigilacji – sprzymierzony jest z elitami. Amazon usunął niedawno ponad 1 000 negatywnych recenzji nowej książki Hillary Clinton pt. „What Happened”. Skutek był taki, iż widniejąca na Amazonie ocena publikacji skoczyła z 2 1/2 do pięciu gwiazdek. Czy korporacje pokroju Google’a i Amazonu stosują cenzurę na życzenie rządu USA? A może stanowi ona ich niezależny wkład w ochronę korporacyjnego państwa?

W imię zwalczania inspirowanych przez Rosję „fałszywych wiadomości” Google, Facebook, Twitter, New York Times, Washington Post, BuzzFeed News, Agence France-Presse i CNN wprowadziły w kwietniu nadzorowane przez „recenzentów” algorytmy/filtry, które polują na kluczowe słowa i frazy, m.in. „armia USA”, „nierówność” i „socjalizm”, wraz z nazwiskami takimi jak Julian Assange i Laura Poitras, dokumentalistka. Ben Gomes, wiceprezes Google ds. inżynierii wyszukiwania, twierdzi, że Google zgromadził około 10 000 „recenzentów”, aby ustalić „jakość” i wiarygodność stron internetowych. Od chwili wprowadzenia algorytmów internauci posługujący się Google’m są przekierowywani z witryn takich jak Truthdig do publikacji mainstreamowych, np. New York Timesa. Organizacje i korporacje informacyjne, które narzucają tę cenzurę, mają silne powiązania z Partią Demokratyczną. Kibicują one amerykańskim projektom imperialnym i globalnemu kapitalizmowi. Jako że walczą o byt w nowym środowisku medialnym, mają ekonomiczną motywację, by uczestniczyć w polowaniu na czarownice.

World Socialist Web Site (WSWS) podała w lipcu, że jej łączna liczba „wyświetleń” – linków eksponowanych przez Google w odpowiedzi na wyszukiwanie – zmniejszyła się dramatycznie zaraz po aktywacji algorytmów. W tym samym raporcie ujawniono, iż witryny „uznane za ‚fałszywe wiadomości’ przez zdyskredytowaną czarną listę [PropOrNot], przedrukowaną przez Washington Post … odnotowały spadek w rankingu globalnym. Średnia redukcja zasięgu wszystkich tych stron wynosi 25 procent”.

Kolejny artykuł WSWS z tego samego miesiąca – „Google manipuluje wyszukiwaniami, aby zablokować dostęp do World Socialist Web Site” – stwierdził:

W maju wyszukiwania w Google’u, które zawierały słowo ‚wojna’, wygenerowały 61 795 wyświetleń WSWS. W lipcu liczba ta spadła o około 90 procent – do 6 613.

Hasło ‚wojna koreańska’ dało w maju wynik 20 392 wyświetleń. W lipcu wyszukiwanie identycznych słów nie przyniosło nawet pojedynczego wyświetlenia WSWS. Hasło ‚wojna z Koreą Północną’ dało w maju 4 626 wyświetleń. W lipcu wynik tego samego wyszukiwania nie wygenerował żadnych wyświetleń WSWS. ‚Wojna Indie Pakistan’ przyniosła w maju 4 394 wyświetlenia. W lipcu rezultat ponownie wynosił zero. Natomiast ‚wojna nuklearna 2017’ miała w maju 2 331 wyświetleń, zaś w lipcu żadnego.

Przytoczmy kilka innych wyszukiwań: ‚WikiLeaks’ spadło z 6 576 wyświetleń do zera, ‚Julian Assange’ z 3701 do zera, ‚Laura Poitras’ z 4 499 do zera. Słowa ‚Michael Hastings’ – reporter, który zginął w 2013 roku w podejrzanych okolicznościach – dało w maju 33 464 wyświetlenia, natomiast w lipcu było ich tylko 5 227.

Oprócz geopolityki WSWS regularnie porusza w swoich komentarzach szeroki zakres zagadnień społecznych, których znaczna część odnotowała strome spadki w wynikach wyszukiwania. Liczba wyświetleń hasła ‚kartki żywnościowe’, ‚zwolnienia Forda’, ‚magazyn Amazonu’ i ‚sekretarz edukacji’ zmniejszyła się z ponad 5 000 wyświetleń w maju do zera w lipcu”.

Insynuowanie lewicowym platformom nadawczym zmowy z Rosją sprawiło, iż teoretycznie podpadają one – wraz z piszącymi dla nich dziennikarzami – pod ustawę o szpiegostwie oraz ustawę o rejestracji obcych agentów, która wymaga, aby Amerykanie pracujący na rzecz podmiotu zagranicznego zgłosili się jako obcy agenci.

Ostatnią salwę oddano w zeszłym tygodniu. Miała najbardziej złowieszczy charakter. Departament Sprawiedliwości wezwał RT America i jej „współpracowników” – co najpewniej obejmuje mnie i moich kolegów – do zarejestowania się na mocy ustawy o obcych agentach. Bez wątpienia korporacyjne państwo wie, że większość z nas zignoruje wydaną dyspozycję. Oznacza to naszą eksmisję z anteny. Takiego zamiaru się spodziewam. Rząd nie poprzestanie na RT. FBI zostało upoważnione do wskazania, kto jest „prawowitym” dziennikarzem, a kto nie. Pozwoli to agencji zdziesiątkować lewicę.

Mamy tu do czynienia z wojną idei. Państwo korporacyjne nie może w tej rywalizacji konkurować uczciwie. Zrobi więc to, co robią wszystkie despotyczne reżimy – wykorzysta masową inwigilację, kłamstwa, czarne listy, bezpodstawne oskarżenia o zdradę, ostrą cenzurę i ostatecznie przemoc.

Chris_hedgesChris Hedges: krytyk społeczny, ekspert z zakresu polityki i społeczeństw obu Ameryk i Bliskiego Wschodu. Jako dziennikarz, pisarz i korespondent wojenny (spędził 20 lat w 50 krajach Ameryki Centralnej, Afryki, Bliskiego Wschodu i Bałkanów) otrzymał wiele nagród m.in. Pulitzer Prize (Nagroda Pulitzera) oraz Global Award for Human Rights Journalism (Globalna Nagroda za Dziennikarstwo w Obronie Praw Człowieka) przyznawaną przez Amnesty International. Wybrane książki: „What Every Person Should Know About War” („Co każda osoba powinna wiedzieć o wojnie”), „War Is A Force That Gives Us Meaning” („Wojna jest siłą, która nadaje nam znaczenie”), „American Fascists: The Christian Right and the War on America” („Amerykańscy faszyści: chrześcijańska prawica i wojna z Ameryką”), „Empire of Illusion: The End of Literacy and the Triumph of Spectacle” („Imperium iluzji: koniec piśmienności i triumf widowiska”).

Inne przekłady tekstów autora: Nowa wspaniała dystopia”, “Odnajdując wolność w kajdankach”, “Na wojnie morderstwo nie jest anomalią”, “Karierowicze”, “Wojna w cieniu”, “Mit ludzkiego postępu”, “Dni zniszczenia, dni rewolty”, “Rozpad systemowy: zmierzch kultury, upadek imperium, neofeudalizm, Orwell i społeczna nieświadomość”, „Co miał na myśli Obama”, „Witajcie w domu wariatów”, „Złamane serca mieszkańców gazy”, „Niekończąca się wojna”, „O psychologii pozytywnej”, „Zabij wszystko, co się rusza”, „Wszystkie formy życia są święte”, „Jeśli nie są wolni wszyscy, to nie jest wolny nikt”, „Konfrontując się z rzeczywistością”.

Tłumaczenie: exignorant

Opublikowano Imperialne wojny, militaryzm i terror państwowy

Tymczasem na Bliskim Wschodzie (aktualizacja: 30.12.2017)

Porcja faktów i spekulacji byłego oficera wywiadu na temat geopolitycznej gry w „najgorętszym” regionie świata. W poniższym artykule próżno szukać nawiązań do takich błahostek, jak zmiana klimatu i szybkie zanikanie środowiska życia ludzi mieszkających na Bliskim Wschodzie (m.in. ONZ ostrzega, że przed rokiem 2025 stu milionom Egipcjan skończy się woda).

19 listopada 2017

Czy to koniec wojny w Syrii?

Krótkie podsumowanie tego, co wydarzyło się w Syrii i na Bliskim Wschodzie w ciągu ostatnich kilku lat.

Pierwotny plan strategów USA i Izraela polegał na obaleniu prezydenta Syrii Baszszara al-Assada i zastąpieniu go fanatykami Takfiri (występują pod różnymi nazwami: Daesh, al-Kaida, al-Nusra, ISIS). Jego zrealizowanie pozwoliłoby osiągnąć następujące cele:

 Zniszczyć silne, świeckie państwo arabskie wraz z jego strukturą polityczną, armią i służbami bezpieczeństwa.

 Spowodować chaos w Syrii, co usprawiedliwiłoby stworzenie przez Izrael „strefy bezpieczeństwa” na Wzgórzach Golan i dalej na północ.

 Wywołać wojnę domową w Libanie poprzez rzucenie fanatyków Takfiri przeciwko Hezbollahowi. Podczas rzezi możliwe byłoby wyznaczenie kolejnej „strefy bezpieczeństwa”, tym razem w Libanie.

Zapobiec powstaniu szyickiej osi Iran-Irak-Syria-Liban.

 Rozczłonkować Syrię wzdłuż linii etnicznych i religijnych.

 Utworzyć Kurdystan – kraj, który posłużyłby za narzędzie w dalszej konfrontacji z Turcją, Syrią, Irakiem i Iranem.

 Uczynić Izrael niekwestionowanym, najważniejszym pośrednikiem/mediatorem na Bliskim Wschodzie – Arabia Saudyjska, Katar, Oman, Kuwejt i inne państwa musiałyby konsultować z Tel Awiwem każdy projekt gazociągu lub rurociągu naftowego.

 Stopniowo odizolować Iran, podjąć próbę obalenia rządu; ostatecznie zaatakować kraj przy pomocy szerokiej regionalnej koalicji sił.

Wyeliminować centrum władzy szyickiej na Bliskim Wschodzie.

Plan był ambitny. Przywódcy Izraela byli przeświadczeni, że Waszyngton zapewni zasoby niezbędne do jego wdrożenia. Został on jednak zniweczony dzięki bardzo wysokiej skuteczności nieformalnego, potężnego sojuszu między Rosją, Iranem, Syrią i Hezbollahem.

Rząd Izraela jest w panice. Państwo syryjskie przetrwało, a jego siły zbrojne i bezpieczeństwa są teraz w znacznie lepszej kondycji niż przed rozpoczęciem wojny (na początku konfliktu były bliskie klęski, lecz po drodze dokonały korekt i usprawnień, zaś w krytycznym momencie z odsieczą przyszedł im Iran i Hezbollah, które dosłownie „łatały dziury” w linii frontu i „gasiły pożary” w lokalnych punktach zapalnych; teraz Syryjczycy wyzwalają po kolei wszystkie swoje miasta).

Nie dość że Syria zdołała się wzmocnić, to jeszcze teren całego kraju znaczony jest obecnością Irańczyków i członków Hezbollahu.

W Libanie panuje porządek i względny spokój – nawet podjęta ostatnio przez Saudyjczyków próba porwania premiera Sada al-Haririego nie przyniosła spodziewanych rezultatów.

Syria nie ulegnie dezintegracji, a Kurdystan nie zmaterializował się. Miliony wysiedlonych uchodźców wracają do swoich domów.

Izrael i USA są wielkimi przegranymi. Istnieje obawa, że w obliczu tej geopolitycznej katastrofy, w obliczu skutecznego oporu, przyjmą typową dla siebie postawę: jeśli nie możesz czegoś kontrolować, zniszcz to.

Pora na spekulację.

Saudyjczycy wraz z liderami innych państw Zatoki Perskiej wspominali w przeszłości o rozpętaniu piekła w Syrii i wiemy, że monarchia Saudów interweniowała i interweniuje w Bahrajnie i Jemenie. Jeśli chodzi o Izraelczyków, to lista ich dotychczasowych, całkowicie nielegalnych wypraw militarnych jest tak długa, że możemy bezpiecznie założyć, iż będą oni zamieszani w każdy plan dalszego destabilizowania regionu.

Głównym praktycznym problemem włodarzy Izraela i Arabii Saudujskiej jest to, że dysponują kiepskimi armiami. Czy są one kosztowne? Tak. Czy są zaawansowane technologicznie? Bezsprzecznie. Tym niemniej ich jedyną specjalnością jest masakrowanie bezbronnych cywilów. Zaangażowane w działania wojenne wymierzone w poważnych przeciwników, takich jak Irańczycy czy bojownicy Hezbollahu, nie mają szans. Proszę sobie wyobrazić, jak frustrująca musi być świadomość, że mimo lojalności i wsparcia Waszyngtonu, mimo miliardów dolarów zainwestowanych w wyposażenie i szkolenie żołnierzy, szyici są górą. I za każdym razem, gdy próbujesz „dać im nauczkę”, to właśnie ty wracasz do domu pobity i próbujesz wyciszyć echa swojej porażki. To bardzo bolesne. Szyici muszą więc za to zapłacić.

Po pierwsze celem nie będzie pokonanie Hezbollahu czy Iranu. Izraelczycy wiedzą, że ani oni, ani tym bardziej Saudyjczycy, nie są w stanie im zagrozić. Ich zamysł może być mniej subtelny: wywołać konflikt i wymusić uczestnictwo Stanów Zjednoczonych. Armia USA nie  wygra z Iranem. Jej dowódcy robią wszystko, by wyperswadować neokonserwatystom wojnę (tylko dlatego na razie do niej nie doszło). Z perspektywy Izraela jest to nie do przyjęcia, zatem rozwiązanie jest proste: zmusić Pentagon do udziału w wojnie, której tak naprawdę nie chce. Główną intencją amerykańsko-izraelskiego ataku byłoby „jedynie” wyrządzenie dotkliwych szkód.

Sprawa jest względnie nieskomplikowana: zainspiruj inwazję Arabii Saudyjskiej na Liban i/lub Iran, obserwuj, jak przegrywają, a potem wrzuć machinę propagandową na najwyższy bieg i wyjaśnij przeciętnemu widzowi, że Iran jest zagrożeniem dla regionu, a Saudyjczycy bronią się przed agresją. A jeśli to nie wystarczy, zmobilizuj amerykańskich kongresmenów, by wyjaśnili obywatelom swojego kraju, iż Stany Zjednoczone muszą „poprowadzić Wolny Świat” przeciwko „irańskiej agresji” w „obronie jedynej demokracji w Bliskim Wschodzie” – mają „obowiązek” powstrzymać Irańczyków przed „przejęciem saudyjskich pól naftowych” itd. W międzyczasie Izrael zaoferowałby Arabii dane wywiadowcze (czytaj: dane dotyczące potencjalnych celów).

Czy dojdzie do starcia?

Prawda jest taka, że władze w Izraelu i rezydenci Domu Saudów są przyparci do muru i zdesperowani. Nie udało się im w ostatnim dziesięcioleciu powstrzymać wzrostu znaczenia Iranu. Niedawna nieudana próba podporządkowania sobie maleńkiego Kataru świadczy o erozji wpływów i wiarygodności obu krajów.

Jestem przekonany, że ostatnie podróże premiera Binjamina Netanjahu i saudyjskiego króla do Moskwy są częścią wysiłków zmierzających do wysondowania rosyjskiej reakcji na „interwencję”. Przypuszczam, iż Władimir Putin dał obu panom jasno do zrozumienia, że Rosja nie pozostanie bierna. Oczywiście jej pole manewru jest mocno ograniczone. Dopóki rosyjscy żołnierze nie zostaną zaatakowani bezpośrednio, Rosja nie może włączyć się do wojny w jawny, formalny sposób – byłoby to zbyt niebezpieczne. Dowództwo podjęłoby inne ważne kroki. Rosjanie szybko przekazaliby informacje wywiadowcze i utworzyli zintegrowaną, irańsko-rosyjską sieć obrony powietrznej.

Nie mam wątpliwości, że przygotowania do uderzenia na Iran są w toku. Na szczęście nie jest kwestią przesądzoną, czy do niego dojdzie. Izraelczycy i Saudyjczycy mają w zwyczaju formułować groźby, przybierać złowrogie pozy, z których nic nie wynika. Pod tą buńczucznością kryje się zrozumienie, iż Iran jest potężnym i wyrafinowanym przeciwnikiem. Nikt nie zapomniał, co się stało, gdy Irańczycy stali się celem napaści wspieranej przez Stany Zjednoczone, Związek Radziecki, Francję, Wielką Brytanię i innych. Iran był wówczas dużo słabszy, ale długa i straszliwa wojna nie doprowadziła do jego kapitulacji. Wręcz przeciwnie. Saddam nie żyje, Irańczycy w mniejszym lub większym stopniu kontrolują Irak. Konflikt z Iranem nie jest dobrym pomysłem, zwłaszcza w sytuacji, gdy nie istnieje zdefiniowana wizja „zwycięstwa”. Atak byłby po prostu szaleństwem. Miejmy nadzieję, że Izraelczycy i Saudyjczycy nie są na tyle obłąkani, by go przeprowadzić.

 Czy dojdzie do powtórnej inwazji na Syrię?

Zgodnie z danymi Centrum Pojednania Syryjskiego z 22 grudnia 2017 amerykańscy instruktorzy jednostek specjalnych tworzą nowe oddziały wojskowe z udziałem członków rozproszonych grup terrorystycznych. Lokalni rezydenci donoszą, iż zachodnia koalicja od sześciu miesięcy używa do tego celu byłego obozu dla uchodźców El Khaseq, gdzie sprowadzono blisko 750 terrorystów z miejscowości Rakka, Dajr az-Zaur, Abu Kamal i terenów na wschód od Eufratu. Trzon nowych sił stanowią bojownicy z Jabhat al-Nusra i ISIS. Mogą oni podjąć kolejną próbę obalenia syryjskiego rządu i prezydenta Baszszara al-Asada.

Inicjatywa pozostaje w sprzeczności z deklarowanym przez Waszyngton wycofaniem wojsk amerykańskich z Syrii. Najwyraźniej Pentagon chce wykorzystać próżnię bezpieczeństwa, jaka powstaje w związku z redukcją rosyjskiej obecności. Co więcej, Arabia Saudyjska i Izrael nie ukrywają swoich planów ofensywy przeciwko formacjom irańskim i Hezbollahu na południu kraju, jak również rozpoczęcia operacji militarnej w południowym Libanie. Armia USA gotowa jest udzielić im wsparcia lotniczego.

Ataki mogą być inicjowane z obszaru Wzgórz Golan okupowanego przez Izrael, a także rzez granicę libańską i jordańską. Od granicy jordańsko-syryjskiej do Damaszku jest niespełna 100 kilometrów – ponad połowę tego terytorium zajmują oddziały opozycji. Nie można wykluczyć, że ze wschodu na stolicę Syrii uderzą Kurdowie (SDF), chociaż krok ten sprowokowałby reakcję Turcji.

Jeżeli wydarzenia potoczą się zgodnie z prognozowanym scenariuszem, Damaszek znajdzie się w pułapce przeciwników. Liczebność Wolnej Armii Syrii przekroczyła ostatnio 30 000. Około 25 000 terrorystów ISIS* jest rozrzuconych wzdłuż Eufratu lub ukrywa się w Idlib. Na południowym zachodzie przebywa 10 000 antyrządowych bojowników – są oni w pełnej gotowości do walki. Rząd dysponuje nie więcej niż 40 000 żołnierzy, których wspiera 40 000 sojuszników szyickich z Iraku, Iranu, Afganistanu i Pakistanu.

Syryjskie Siły Powietrzne zostały poważnie uszczuplone podczas trwającego konfliktu. USA, Izrael i Arabia Saudyjska niezmiennie mają do dyspozycji potężną flotę odrzutowców. Poza tym Rijad buduje koalicję przeciwko Syrii korzystając z długiej listy krajów arabskich, na której są m.in. Zjednoczone Emiraty Arabskie, Jordania i Egipt.

* Tajne porozumienie zawarte z USA pozwoliło terrorystom z ISIS bezpiecznie opuścić Rakkę.

Tłumaczenie: exignorant

Opublikowano Imperialne wojny, militaryzm i terror państwowy