Weterynarz o realiach nagłej zmiany klimatu w Australii

Relacja doktor Gundi Rhoades z 26 grudnia 2019 r.

W Inverel byki nie są zdolne do rozmnażania. Stają się bezpłodne z powodu przegrzania jąder. Przez upały klacze nie zachodzą w ciążę, a prosięta i cielęta są ofiarami poronień.

Moja praca tak bardzo się zmieniła. W normalnych warunkach badałbym całe stada, ale już tego nie robię. Zwierzęta gospodarskie zostały sprzedane. Liczba samców rozpłodowych jednego z moich klientów zmniejszyła się z 2 000 do zera.

Dawniej pomagałam rolnikom, którzy podporządkowali swoje dorosłe życie hodowlom kontynuowanym od 80 lat. Zatrzymali przy sobie garstkę zwierząt. Nie mieli serca się z nimi rozstać. Wydając duże kwoty na paszę, bankrutują. Bydło, które sprzedawano za tysiące, teraz wycenia się na 70 dolarów za sztukę. Likwidacja zbyt chudej krowy kosztuje ranczera 130 dolarów.

Wszystko poszło na marne. Padoki są gołe, tamy suche, trawa krucha i brązowa. Region został pozbawiony życia. Od 22 lat jestem lekarzem weterynarii w niegdyś prężnie rozwijającym się mieście w północnej części Nowej Południowej Walii. Potęgowane przez zmianę klimatu upały, susze i pożary buszu zamieniły to miejsce w piekło na Ziemi.

Skala ekstremalnych zdarzeń pogodowych nie ma precedensu. W 20 minut spada nawet 8 centymetrów deszczu. Te ulewy przypominają bomby. Są tak gwałtowne, że znajomy hodowca stracił wszystkie swoje ogrodzenia, a jego tamę zamuliło – musiał użyć koparki, by usunąć błoto.

Na nieruchomościach większości tutejszych rolników nie pozostało nawet źdźbło trawy. Warstwę gleby uprawnej rozwiały wiosną i latem straszliwe wiatry. Właśnie doświadczyliśmy najgorętszych dni w historii. A teraz nie mogę otworzyć okien, bo od dymu pieką mnie oczy i krtań.

Susza w Nowej Południowej Walii.

Przez wiele dni obserwowałam, jak otaczający nas busz zapala się jak chrust na rozpałkę. Moją przychodnię zalała fala ewakuowanych psów, kotów, kóz i koni. Rozpaczliwie potrzebują wody i pożywienia. Obserwowanie wpływu suszy na dziką przyrodę jest rozdzierające. Ludzie codziennie przynoszą nam koale, lotopałanki, oposy, kakadu i kangury. Najciężej znoszę widok niedźwiadków, które umierają z pragnienia. Udaje się nam ocalić jedynie część pacjentów.

Miasto jest zrujnowane. Moja praktyka lekarska skurczyła się o połowę. Co mam począć bez zwierząt, którym zapewniałam opiekę? Tyrałam dzień i noc, by zbudować przyszłość mojej rodziny. Kto zechce odkupić dom i placówkę weterynaryjną w regionie, gdzie bydło przestaje się rozmnażać wskutek 40-stopniowego skwaru? Dzieje się to na czarnej, upieczonej ziemi. Mam 53 lata. Czy potrafię zacząć od nowa?

Zmiana klimatu to moja codzienność. Nie cierpię w tym samym stopniu, co moi przyjaciele, klienci i bezradne zwierzęta. Jako specjalista coraz bardziej martwię się stanem całego świata. Zdarzają się tygodnie, kiedy po prostu płaczę. To cholernie boli. Miewam też chwile, kiedy ogarnia mnie wściekłość i zaczynam przeklinać. Nigdy wcześniej tego nie robiłam.

Według wstępnych szacunków w pożarach australijskich lasów zginęło w ciągu ostatnich miesięcy 2019 r. około 480 milionów zwierząt, w tym prawie 8 000 niedźwiadków koala (jedna trzecia populacji). Ekolodzy z Uniwersytetu Sydney poinformowali 27 grudnia 2019 r., że od września niszczycielski ogień zabija pośrednio lub bezpośrednio ssaki, ptaki i gady. Pożary płoną tak intensywnie i przemieszczają się tak szybko, że śmiertelność zwierząt żyjących na drzewach jest znaczna. Ogień wciąż zajmuje duży obszar i prawdopodobnie nigdy nie znajdziemy ich ciał, powiedział na przesłuchaniu komisji parlamentu Nowej Południowej Walii Mark Graham, ekolog z Rady Ochrony Przyrody.

Rozległych zniszczeń doświadczają rezerwaty przyrody z listy światowego dziedzictwa UNESCO. Do 15 stycznia 2020 r. spłonęło 80% obszaru Gór Błękitnych i 50% Lasów Gondwana – najbardziej rozległych subtropikalnych lasów deszczowych na Ziemi, które istnieją od ery dinozaurów.

Liczba dzikich zwierząt, które padły ofiarą katastrofalnych pożarów, wzrosła do ponad 1 miliarda. Chris Dickman, profesor ekologii z Uniwersytetu Sydney, powiedział 7 stycznia 2020 r., że wynik podany wcześniej był poważnie zaniżony, ponieważ dotyczył tylko obszaru Nowej Południowej Walii i nie uwzględniał pewnych gatunków z uwagi na brak danych o populacjach. Pierwotna liczba – 480 milionów – obejmowała ssaki, ptaki i gady, bo dysponujemy informacjami o zagęszczeniu ich populacji. Szacunek ten nie jest już aktualny. Przy obecnym zasięgu pożarów w Nowej Południowej Walii statystyka ofiar wzrosła do ponad 800 milionów. Niestety, ona też nie odzwierciedla stanu faktycznego. Po wliczeniu nietoperzy, żab i bezkręgowców straty bez żadnych wątpliwości przekraczają 1 miliard. Nawet tę liczbę należy uznać za umniejszającą skalę tragedii, ostrzegł uczony. Ekosystemy nie mogą istnieć bez motyli, pająków i dżdżownic, które dbają o zapylanie, roznoszenie nasion, zdrowie gleb i recykling składników odżywczych. Stanowią też niezastąpione źródło pożywienia dla ogromnej liczby torbaczy, ptaków i ponad 90% jaszczurek. Nie sposób precyzyjnie oszacować, jak wiele bezkręgowców zginęło do tej pory, ale niewątpliwie są to setki miliardów. Dla niektórych gatunków oznacza to nieuchronne wymarcie, wyjaśnił profesor Dickman.

Nic dziwnego, że środowisko życia zanika w Australii w szalonym tempie: 2019 był najcieplejszym rokiem w historii tego kraju. Rządowe Biuro Meteorologii podało 2 stycznia 2020 r., że średnia temperatura odnotowana w ciągu minionych 12 miesięcy była wyższa od średniej z 1750 r. (początek rewolucji przemysłowej) o ponad 2,5°C!

Naukowcy ustalili, że pożary buszu strawiły na przełomie 2019 i 2020 r. co najmniej 21% lasów Australii – wynik, który nie ma precedensu w skali globalnej. W badaniu, którego wyniki pojawiły się 24 lutego 2020 r. w Nature Climate Change, zanalizowano powierzchnię lasów spalonych rokrocznie na każdym kontynencie w ciągu ostatnich 20 lat. Dla większości kontynentów i typów lasów ten odsetek powierzchni całkowitej wynosił 4–5%. Wyjątkiem były tropikalne i subtropikalne suche lasy liściaste w Azji i Afryce – spłonęły one w 8–9%. Autorzy podkreślili, iż rekord, który padł w Australii, jest zaniżony, ponieważ opierał się na danych niekompletnych: nie uwzględniał ostatnich tygodni przed zakończeniem sezonu, a także skutków pożogi, jaka nawiedziła w tym samym czasie Tasmanię.

Naukowcy ostrzegali, że kiedy w Australii w końcu spadną deszcze, zmyją zwęglone resztki i gruzy do rzek, zapór i oceanu, co zabije dziką przyrodę i zanieczyści rezerwuary zaopatrujące w wodę duże miasta. Przez kilka miesięcy popiół, sadza i poczerniałe liście drzew kauczukowych gromadziły się wzdłuż linii brzegowych. Te szczątki pochodziły z pożogi, jaka ogarnęła ogromne obszary na południowym wschodzie kontynentu. Należały do nich także zlewnie. Właśnie tam deszcz rozpoczyna swoją lądową podróż ku rzekom, jeziorom i zaporom. Ta katastrofa ekologiczna, która nie ma precedensu w historii Australii, uderzy w ekosystemy przybrzeżne i rzeczne. Zaburzenia o takiej skali najpewniej wywrą negatywny wpływ na różnorodność biologiczną. Jestem bardzo zaniepokojony potencjalnym spustoszeniem ekosystemów słodkowodnych, powiedział Ross Thompson z Uniwersytetu Canberry. Ze względu na destrukcyjność pożarów – krajobrazy spłonęły niemal doszczętnie – poważny problem pojawi się wraz z nadejściem opadów. Nic nie powstrzyma tych ogromnych zanieczyszczeń przed spłynięciem do naszych zlewni, dodał Ricky Spencer z Uniwersytetu Zachodniego Sydney w Nowej Południowej Walii (NSW).

Burzowa pogoda, która w pierwszej dekadzie lutego 2020 r. spowodowała chaos i zniszczenia na wschodzie Australii, nie zakończyła panującej tam suszy. Gleby są tak odwodnione – w niektórych miejscach nie padało od trzech, a nawet pięciu lat – że powrót pożądanej wilgotności wymagałby nieustannych opadów przez cały rok. Hydrologowie uważają, iż potop, który ugasił wiele pożarów, oznacza, że nadeszła zapowiadana przyszłość: miasta są zalewane, zaś obszary wiejskie walczą z nieustającą i coraz bardziej intensywną suszą. Profesor Ashish Sharma z Uniwersytetu Nowej Południowej Walii powiedział, że potężne ulewy wypaczają obraz sytuacji: mieszkańcy miast widząc, jak gromadząca się na twardych powierzchniach woda powoduje podtopienia i niszczy mienie, odnoszą mylne wrażenie, iż obszary wiejskie równie intensywnie odczuwają wpływ nawałnic. W ślad za ostatnimi ulewami – w niektórych regionach były one najcięższe od niepamiętnych czasów – w większości dotkniętych suszą miast Nowej Południowej Walii zaobserwowano „znikomy” wzrost poziomu wody w zaporach, ponieważ większość deszczówki spłynęła do rzek, stwierdził rzecznik WaterNSW, spółki zarządzającej zasobami wodnymi stanu. Pomimo napędzanych zmianą klimatu ekstremalnych deszczów, Sharma i jego zespół przewidują, że nie nadążą one za wzrostem temperatur. Umiarkowane i częste opady, stanowiące „fundament całkowitego zaopatrzenia w wodę”, nie przestaną zanikać.

Wpis powiązany tematycznie: Nagła zmiana klimatu w Australii

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Tłum. exignorant

Ten wpis został opublikowany w kategorii Klimat. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.