Język życia i tajemnicy

Wywiad z Tiokasinem Ghosthorse’m, przedstawicielem Ludu Lakotów z Dakoty Południowej. Tiokasin od wielu lat zajmuje się aktywizmem, którego treścią jest obrona praw Ludów Rdzennych. Jest także wirtuozem fletu Lakota i koncertuje na całym świecie. W 2016 r. był nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla przez Międzynarodowy Instytut Badań nad Pokojem i Filozofią Globalną.

Jaki jest związek między szykiem wyrazów w angielskim zdaniu oznajmującym (podmiot + orzeczenie + dopełnienie) a niszczeniem Ziemi?

Tiokasin Ghosthorse: Ludzie ze społeczeństw anglojęzycznych są przeświadczeni, że język cię warunkuje. Wynika to z logiki, według której istnieje tylko jeden sposób myślenia i dogadywania się. W dawnym języku Lakotów odwołujemy się do jego źródła. Nauczyła go nas Ziemia. Twierdzenie rodem z literatury fantastyczno-naukowej? Bynajmniej. Nawet we współczesnej angielszczyźnie funkcjonują liczne podteksty wywodzące się z idei Ziemi. Nasi przodkowie nie znali zaimków osobowych, wskazujących czy dzierżawczych. Nie byli skażeni pojęciem posiadania. W nowej wersji naszego języka roi się od rzeczowników. Służą one subiektywizacji i uprzedmiotowieniu wszystkiego, czyli pozbawianiu ducha, energii i życia. Każdy przejaw rzeczywistości stracił swoją świadomość. Teraz można go podporządkować. Kluczową cechą dawnego języka jest brak koncepcji dominowania. Ucząc się go, nie uzyskasz zdolności myślenia o panowaniu nad Ziemią. Nie będziesz rozumował w kategoriach osądzania, przejmowania, dysponowania.

Dziecku Lakotów wtrąconemu do szkoły wyznaniowej (np. katolickiej, episkopalnej) lub rządowej wbija się do głowy, że tylko jeden oficjalnie zatwierdzony sposób postrzegania świata służy ulepszaniu człowieka i ludzkości. Wymaga on, by odseparować się od świadomości Ziemi. Myślenie moich protoplastów zostało zdeprecjonowane jako „prymitywne”. W latach 70. XIX w. zabroniono nam i innym plemionom komunikowania się we własnej mowie. W 1978 r. – po stuletnim indoktrynowaniu kolejnych pokoleń w języku „jedynego Boga, kościoła i państwa” – zakaz zniesiono. To styranizowanie oddaliło nas od tego, kim jesteśmy. W umysłach Lakotów nie ma podziału polegającego na zderzeniu dwóch światów. Utożsamiają się z jednym światem, egzystują jako jego nierozerwalna część.

Pod względem etymologicznym „Lakota” wyrasta ze „związku” i „poczucia zintegrowania”. Dlatego wszystko, czego uczyłem się po angielsku, przeniknęło do rodzimego dialektu. Przyswoiłem to, co jest praktyczne i pozwala trwać mojej identyfikacji z Ziemią. Kiedy zmieniam umysłowy stan komunikacji, zaczynam osądzać, oceniać, klasyfikować. Myślę hierarchicznie i liniowo – z początkiem i końcem. Pozbawiam czegoś ducha i to coś przeobraża się w krzesło (ang. chair). Człowiek wykonał ten użyteczny przedmiot; mogę na nim spocząć lub ustawić go w rzędach. Siedząca na nim osoba bywa prezesem (ang. chairman) i prezeską (ang. chairwoman). Możliwe jest ustosunkowanie się do kogo/czegokolwiek z pozycji władzy. Możesz uzyskać dostęp do wiedzy, ponieważ dzierżysz władzę. Z perspektywy Lakotów wszystko jest tutaj, przed tobą. Posiadasz najmniej inteligencji spośród wszystkich istot. To one są twoimi nauczycielami. Przybyłeś jako ostatni, więc jesteś największym ignorantem.

Przebywając „po drugiej stronie”, mam wrażenie, że „ja” zdobyłem pewną wiedzę, „ja” dokonałem tego i owego. Wszystko dotyczy i obraca się wokół „mnie”. Kiedy wracam do domu i zaczynam prawić o sobie, operując każdym dostępnym zaimkiem, seniorzy śmieją się serdecznie. Żaden z nich tak się nie wysławia. Lakoci nie mówią o sobie, tylko o tym, jak możemy się do siebie odnosić. Przynosimy wieści, czyli strawę ducha, by rozmawiać ze sobą. Chodzi o relację, a nie o to, że to „ja” jestem posłańcem, „ja” głoszę, „ja” oznajmiam. „Ja”, które zaczyna prawie każde zdanie, w uszach Lakotów brzmi bardzo komicznie. Doświadczam tych różnic, bo opanowałem język angielski . Umiem kategoryzować, katalogować, szufladkować i „rzeczownikować” bez opamiętania. Zabiegi te przeobrażają niemal wszystko w obiekty bez świadomości, które wolno poddać kontroli. Bolesna rodzi się konkluzja, że taka mentalna pojemność nie wystarczy, by pomieścić ducha. Dlatego zamienia się go w religijny dogmat, w coś abstrakcyjnego, dalekiego. W konsekwencji metody działania zaczynają skupiać się na wydobywaniu. A jest to program, który nie sprzyja Ziemi.

Dziękuję ci za to pytanie.

To ja jestem niezmiernie wdzięczny za twoje wyjaśnienie. Powiedz mi, proszę, jak w dawnym języku Lakotów określa się mebel, na którym się siedzi?

Nazywa się go krzesłowaniem (ang. chairing). Chociaż krzesło jest stacjonarne, widzisz je w ruchu, dostrzegasz głębię: osoby, które je wykonały, drzewo, które nim się stało itd. Ten „przedmiot” nie jest martwy. Darzymy go szacunkiem, ponieważ mieści w sobie każdą z wymienionych idei. W twoim języku dodanie do wyrazu krzesło końcówki wanie wywołuje wesołość. Innym przykładem jest serce. Lakoci nie mają w swoim leksykonie takiego słowa. W przestrzeni anglojęzycznej zajmuje ono miejsce szczególne, wręcz centralne. Mentalność mechaniczna widzi organ, który sprawuje określoną funkcję – pompuje krew. Lakoci widzą coś przeciwnego. Zgodnie z interpretacją, którą sformułowała moja matka, serce to cha’nte: człon pierwszy drzewowanie, zaś drugi jest pochodną życiowania. Nasze serce łączy się ze źródłem mowy – świadomością Ziemi. Niedawno nauka odkryła, że drzewa mają puls.

Rozumienie w języku, który nie uprzedmiotawia, pozwala dostrzec dodatkowe wymiary. Krzesło przestaje być jedynie rzeczownikiem o tej nazwie.

Przeczytałem kilka książek o przemożnym wpływie języka dzieciństwa na późniejszą percepcję świata. Twoja wypowiedź mną wstrząsnęła. Nasze konstruowane przez język światopoglądy różnią się tak dalece, że można odnieść wrażenie, że nie należymy do tego samego gatunku. Potęga materialistycznego języka i mentalności jest w pewnych kontekstach ewidentna. Dzisiejsza medycyna traktuje serce jak maszynę. Takie podejście pozwala dokonywać jego przeszczepu, wstrzymywać jego pracę itd. Z drugiej strony perspektywa ta niesie ze sobą ogromne koszty. Kiedy w sercu widzisz maszynę, a w krześle nie widzisz procesu, wówczas prowadzi to do postrzegania świata jako zbioru zasobów, do którego należą również nasze ciała.

Głębia, do której nawiązujesz, w języku angielskim zbyt łatwo nazywana jest mistycyzmem. W dawnym języku Lakotów nie znajdziesz wyrazów, które pozwoliłyby zdefiniować boga. Wyewoluowało zrozumienie, że każda dowolna lokalizacja stanowi centrum Wszechświata. Ludzie Zachodu mówią z pewną dozą arogancji o abstrakcyjnym Bogu rezydującym w Niebie. Od razu myślą o odejściu. Tę iluzję istnienia osobnych gatunków człowieka tworzą odmienne procesy poznawania i pojmowania Ziemi. Prawdą jest, że są one widoczne u dzieci. Rodzimy się z metaforycznym rozumieniem magii tego, co istnieje. Musimy tak wiele się nauczyć. Towarzyszy nam optymizm. I nie chodzi o samo zdobycie wiedzy o Ziemi, tylko zrozumienie mądrości, jaką skrywa. Jeżeli tą mądrością nie oddychamy, wówczas zaczynamy zmyślać. Idziemy do parku i na plażę, by ich „doświadczyć”, szukamy rozrywki. Kiedy odczuwamy ból, nasze ciała i umysły automatycznie ogarnia niepokój. Nowocześni ludzie starają się unikać bólu, uczynić tymczasową radość stanem permanentnym. Myślenie po angielsku definiuje oba wrażenia inaczej. Do myślenia po angielsku nie pasuje rozumienie, iż są one tym samym. Ból jest wypierany nawet poprzez kategoryzowanie rzeczy, mnożenie rzeczowników. Nożem można zadać ból. Ale narzędzie to może też być czymś świętym, magicznym, pomocnym; może uśmierzyć ból.

W języku angielskim potrzebujemy tak wielu słów, by coś opisać. Pierwotny język Lakotów miał znacznie mniej wyrazów. Nie potrzebował alfabetu, dogmatów czy pojęcia czasu. Ożywiał wszystko czasownikami. Ten język jest naszą krynicą. Nie ma różnych gatunków człowieka. Po prostu niektórzy z nas pamiętali, inni zapominają lub zapomnieli całkowicie. Lakoci używają słowa wakha’n, które wyraża uświadomienie tajemnicy obecnej we wszystkim. Jako dorośli powinniśmy artykułować tę prostotę, uczyć się jej na nowo – nie gubić się w komplikowaniu. Dziecko zapytane w klasie, czy woli „Planetę Ziemia”, czy „Matkę Ziemię”, częściej wskaże Matkę Ziemię. Naturalnie rodzic jest mu bliższy. Czy odbieramy dziecku bliskość Matki Ziemi i uczymy je języka Planety Ziemia? Nazywanie Ziemi planetą jest sterylne. Nauka mówi, że musimy tak robić, by móc ją wnikliwie zanalizować i rozszyfrować naszą genezę. Tymczasem to, czego poszukujemy, znajduje się wokół nas. Nie musimy wychodzić temu na przeciw. „Pochodzenie z…” różni się od „zmierzania do…”. Zmierzając do celu lub rozwiązania, oddalasz się od miejsca, z którego pochodzisz.

„Zmierzch Lakotów”, autor: Bob Crof

Czy mógłbyś powrócić do terminu wakha’n i przybliżyć jego znaczenie?

Wa- to czystość, kha’n przypomina energię. Ta czystość energii występuje wszędzie we Wszechświecie. Wakha’n nie jest synonimem boga, nie ma rodzaju męskiego lub żeńskiego. Będąc świadomością, możesz rozpoznać tę tajemnicę we wszystkim. Ukształtowany przez żywioły język nie posiada formy fundamentalnej. Bazuje na rozumieniu świadomości i inteligencji innych istot i zjawisk – drzew, ptaków, wody itd. One twoim językiem. Tak wygląda różnica między konceptualizowaniem a zawartą w wakha’n pokorą i prostotą, której brakuje nauce, religii i instytucjom rządowym.

Patrzę przez okno i widzę drzewo. Mógłbym je scharakteryzować jako sekwoję. Jeśli odwołałbym się do wakha’n, uznałbym jego wielką tajemnicę, której nigdy do końca nie zgłębię?

Dokładnie tak. Obierzmy perspektywę drzewa. Ono nas rozumie, wie czego potrzebujemy. Nie tylko daje nam tlen. Ofiaruje nam wiedzę. O ile nie zawodzi mnie pamięć, etymologicznym „przodkiem” wyrazu tree (drzewo) jest truth (prawda). Drzewo to najważniejszy element wielu religii i systemów duchowych świata. Żyje ono nad i pod ziemią. Współczesnych ludzi oderwano od korzeni świadomości. Teraz tkwimy w zastępczej mentalności „inicjatyw oddolnych” (ang. grassroots dosł. korzenie trawy). Musimy nieustannie tworzyć coś nowego i przejściowego. Liczy się zajmowanie stanowisk politycznych, racja, bycie lepszym. Ciągle wracamy do projektowania „nowości”, by opisać życie, które… odradza się.

Drzewo ma świadomość. Jego nasiono wie, gdzie ma się rozwijać. Człowiek dając wyraz swojej opiekuńczej naturze, ślini je (pozostawia swoje DNA), potem śpiewa mu pieśń (tę samą od dziesiątków tysięcy lat) i przysypuje ziemią. Po tym rytuale, człowieczym bodźcu, nasiono staje się m.in. geologiem, specjalistą od żywienia i hydrologiem. W odpowiednim momencie odbiera sygnał, by kiełkować. Przebija się przez glebę, wschodzi i widzi niesamowity świat. Rozwijającą się roślinę dotykają insekty i zwierzęta. Przez cały czas jest ona świadoma swojego otoczenia – m.in. wzorów pogodowych i pór roku. Gdy przybywa jej lat, gdy dojrzewa, podtrzymuje życie innych organizmów egzystujących na różnych poziomach struktury troficznej. Część nadziemna (pień zwieńczony koroną) tworzy z częścią podziemną (systemem korzeni) dwie sfery świadomości. Tak samo można opisać serce. Nasz umysł jest nasionem, z którego wyrasta serce. Ono z kolei karmi duchową inteligencję. Ludzie dysponujący zapleczem technologicznym nie rozumieją Ziemi tak dobrze, jak rozumie ją drzewo. W ramach programu postępu konstruują swoje urządzenia i ustrojstwa – teleskopy, satelity i całą resztę – by rozgryźć Wszechświat, ustalić, skąd pochodzimy i kim jesteśmy. Fizyka kwantowa drzewa nie zasypia – każdej nocy obserwuje gwiazdy i najpewniej może nam powiedzieć więcej o kosmologii niż nasza techniczna (niepełno)sprawność. Intelektualizm nas olśniewa. Jesteśmy w nim zakochani. Ojej, nigdy wcześniej nie widzieliśmy takiego Wszechświata! Ludy rdzenne mają własną relację z galaktykami i gwiazdami, które oglądają i nazywają w swoich opowieściach o Stworzeniu.

Dziennikarz zapytał pewnego astronoma, dlaczego musimy eksplorować Marsa. W odpowiedzi usłyszał: Dzięki temu możemy poznać odpowiedź na najważniejsze pytanie: Czy jesteśmy sami?. Uczony jest… idiotą. Zewsząd otacza nas inteligentne życie.

Szukanie pozaziemskiej świadomości/inteligencji/życia to produkt antropokosmologii. Współcześni uczłowieczyli Wszechświat, a więc mogą go opisywać. Wysyłają sondy, by dowiedzieć się, jak to zrobić. Zapomnieli, jak to się robi. Język „osobliwych” mitów ludów rdzennych zawiera koncepcje znane nauce. Lakoci nie wątpią, że inne formy życia zamieszkują odległe światy. Idea kolonizacji jest nam obca – to kolejny przejaw strategii dominowania. Nie posługujemy się określeniem „człowiek”. Najbliższe mu jest wichashawicha to „gwiazda”, sha to „dar”. Czy nauka nie potwierdziła naszego związku ze słońcem? Ziemia potrzebuje pozostałych planet, by panowała równowaga, by mogło tutaj rozkwitać życie. Warunkiem utrzymania tej równowagi jest wzajemność relacji – nie przetrwamy bez pozostałych istot.

Albert Einstein odwiedził w 1930 r. Indian Hopi i stwierdził, że ich 12-letnie dzieci są najlepiej przygotowane, by opanować teorię względności. Nie musiały czytać o niej w książkach – wystarczyła im treść codziennej egzystencji. Takiego rozumienia życia nie zapewni formalna edukacja kontrolowana przez kogoś, kto ucząc odziera nas z mądrości. Angielskie słowo education (edukacja) wyprowadzono z czasowników educe (wyciągać) i seduce (uwodzić). Celem szkolenia jest oddalenie, odwiedzenie od ducha – zastąpienie go informacjami selekcjonowanymi i formułowanymi przez organy i instytucje. Zachodni system nauczania powszechnego potrzebuje 12 lat, by zaszczepić dzieciom odruchową uległość, odruchowe poddanie woli zwierzchników/autorytetów. Dlatego władza tak świetnie sobie radzi. Nic dziwnego, że Ludy Rdzenne mają problem z subordynacją – staramy się wejść we wzajemną relację. Jednak dla Lakotów nie ma miejsca w Ameryce, choć w ich sercach jest miejsce dla Ameryki. W rezerwatach mamy prawo „zajmować” teren. Gubernator lub prezydent może arbitralnie je unieważnić. Tak samo władza zamierza kontrolować kosmos.

Przedstawiciele kultur rdzennych dzielą się ze mną tym samym spostrzeżeniem: główna różnica między zachodnim a rdzennym sposobem życia sprowadza się do tego, że ludzie Zachodu obdarzeni najbardziej otwartymi umysłami zazwyczaj odbierają wsłuchiwanie się w przyrodę jako metaforę. Na Zachodzie świat jest postrzegany jako zasoby do wyeksploatowania, a nie złożone istoty, w związek z którymi mamy wejść. Gdy przyswoimy fakt, że egzystencja innych istot – traw, drzew, biedronek itd. – jest dla nich nie mniej ważna jak nasza dla nas, wówczas uzmysłowimy sobie zdumiewającą złożoność przyrody.

Gdy „udajesz się na jej łono” i zamykasz oczy, widzisz i czujesz to intuicyjnie. W „dni powszednie” jesteś ślepy. Zwyczajnie mijasz żywą dekorację. Myśl o nawiązaniu relacji cię nie nawiedza. Tam jest dzicz i dzikusy, których należy poskromić i oswoić – zaopatrzyć ich w książki, komputery i farmaceutyki. Będzie im lepiej – zdrowiej. Cierpiący na ignorancję ludzie Zachodu są o tym przeświadczeni. Nasze młode pokolenia też zaczynają nabierać przekonania, że poprawa komunikacji zależy od wsparcia informatycznego. Jest to prawdą tylko do pewnego stopnia. A gdyby tak zgasły światła? Jak wypadłaby obecna zdolność komunikowania interpersonalnego?

Powolni tubylcy” nie nadążają, bo porozumiewają się z przyrodą. Ona nadaje rytm ich egzystencji. Bezpośrednie zapoznanie się z jej złożonością stanowi priorytet. Utrata komunikacji z Ziemią świadczy o tym, że ją zaniedbujemy. Zaniedbanie pozostawia pustkę. Zaczynamy mówić językiem braku. W niczym nie ma ducha. Szukamy odpowiedzi, wypełniamy wyrwę pragnieniami, chciwością itd. Niczym głodne mary, które nie mogą się nasycić, żywimy się informacjami. Ulegamy złudzeniu, że ich zalew nas zmieni.

Jak możemy odkolonizować nasze serca i umysły?

Słowa kolonizować i odkolonizować są jedynie programem. Lakoci, których „wyedukowano”, muszą tracić energię na zmagania z pojęciami podboju, chrystianizacji, kolonializmu osadniczego, supremacji, wypowiadania traktatów, pojednania itd. To tylko formuły, które nam wpojono. Seniorzy widzą ostrzej, że przynależą one do cudzego procesu myślowego. Uczynił on Ziemię mentalną koncepcją, odebrał jej sprawiedliwość. Teraz my tej sprawiedliwości szukamy, walczymy o prawa Ziemi itd. w języku, który narzucono nam siłą. Mieszkańców kraju Indian obejmującego całą powierzchnię Ameryki Północnej odseparowano od tego, kim są. Nadano nam tożsamość wyedukowanych obywateli. Nadano nam miano Rdzennych Amerykanów. To oksymoron. Ame znaczy miłość, odpowiednikiem rica jest bogactwo. Kwintesencja tego państwa: jako Amerykanin kochasz bogactwo. Masz być kimś.

Straszliwe przypadłości nękające teraz Ziemię prowokują jej reakcję–panaceum. Głowy zaprząta nam „ratowanie planety”. Dla kogo? Dla czego? Mentalność ocalenia/zbawienia wyrasta z dominacji. Ktoś ma przybyć i nas ocalić/zbawić. Musimy tylko dostosować się do zaleceń programu. Sięgamy po słowa, które pozwalają grać na zwłokę. Poddając się tej mentalności, słabniemy i dopełniamy dzieła zniszczenia.

Pytania zadawał Derrick Jensen.

W 2007 r. na świecie było 7 000 odrębnych języków. W tym samym roku eksperci z amerykańskiego Instytutu Żywych Języków (Living Tongues Institute) podali do wiadomości, że co 14 dni ginie bezpowrotnie jeden język.

W lipcu 2019 r. na łamach Environmental Science & Policy opublikowano wynik badania wpływu, jaki na różnorodność biologiczną wywierają praktyki zarządzania gruntami. Analiza danych z ponad 15 000 rozległych regionów geograficznych w Australii, Brazylii i Kanadzie wykazała, iż bioróżnorodność ma się najlepiej nie na tzw. obszarach chronionych i w rezerwatach dzikiej przyrody, tylko tam, gdzie mieszkają społeczności tubylcze.

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Tłum. exignorant

Ten wpis został opublikowany w kategorii Poza nadzieją. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.