Żyjąc w dwóch światach

Esej Dahra Jamaila, dziennikarza śledczego i autora książki pt. End of Ice (Koniec lodu, styczeń 2019) – najważniejszej kroniki szóstego wielkiego wymierania planetarnego i nagłego zaburzenia klimatu.

Przekład dedykuję swojemu świadomemu i mądremu Bratankowi.

Truthout, 20 sierpnia 2019 r.

Każdy z nas, kto ma szczęście mieszkać w tych rejonach świata, gdzie jest bezpiecznie i nie brakuje żywności i wody pitnej, żyje w bańce.

Jeśli uważnie śledzimy eskalację zmian w systemie klimatycznym i biosferze Ziemi, wiemy, że to tylko kwestia czasu, zanim życie nasze lub naszego potomstwa zostanie zakłócone – a nawet zakończone – przez następstwa zaburzenia klimatu.

Coraz więcej ludzi uświadamia sobie, że jest o wiele za późno, by zapobiec planetarnej katastrofie ekologicznej. Jednak dominująca kultura globalnego kapitalizmu uparcie udaje, że mamy czas; że „kryzys” nie jest aż tak poważny; że uratuje nas geoinżynieria lub inny cud ludzkiej technologii.

Niemal każde codzienne doświadczenie zdaje się teraz ilustrować pogłębiającą się przepaść między tymi dwoma światami. Oto kilka ostatnich przykładów:

> Wdałem się w rozmowę z kolegą, który mówił o interesujących go kwestiach poruszonych w trakcie jednej z debat prezydenckich. Nie śledzę ich, ponieważ uważam USA za funkcjonujące państwo autorytarne i poważnie zastanawiam się, czy Donald Trump nie będzie ostatnim prezydentem przed ostateczną dezintegracją tego kraju.

> Przeczytawszy wiadomość o uchodźcach klimatycznych, którzy utonęli w Morzu Śródziemnym podczas desperackiej próby przeprawy do bezpiecznej przystani za granicą, wszedłem do dobrze zaopatrzonego sklepu spożywczego, by zrobić zakupy. Nie opuszczała mnie myśl o tym, że rzeczywistości te są nie do pogodzenia.

> Z dwójką moich przyjaciół wybrałem się do Parku Narodowego North Cascades. Szliśmy w stronę góry – celu naszej wyprawy. Granicę doliny znaczył odsłonięty modry lód i sąsiadujące z nim, ciemnozielone choiny. Naprzeciwko był lodowiec, który przemierzaliśmy wbijając weń nasze raki i czekny. Nic nie rozświetla mi duszy tak jak wspaniałość i potęga gór. Moje głębokie przywiązanie do tego miejsca sprawiło, że jego nietrwałość zabolała mocniej.

Pisząc moją najnowszą książkę pt. Koniec lodu, poznałem Dana Fagre’a, ekologa ze Służby Geologicznej USA (US Geological Survey – USGS). Jako szef programu Benchmark Glacier analizuje m.in. Południowy Lodowiec Kaskadowy, który rozpościera się o dolinę dalej od lokalizacji naszej wspinaczki. Fagre powiedział mi, że do 2030 r. Narodowy Park Lodowcowy przestanie istnieć. To samo spotka w bieżącym stuleciu resztę lodowców w 48 stanach.

Setki metrów lodu, które pokonaliśmy, prawdopodobnie wyparuje przed moją śmiercią. Miłość do tych górskich katedr i smutek związany z ich nieuchronnym losem połączyły się w jedno uczucie. Dlatego chcę je odwiedzać tak często jak mogę.

Tymczasem po świecie Zachodu rozlewa się autorytaryzm, wszędzie rosną dysproporcje majątkowe między posiadaczami groteskowego bogactwa a biednymi, pogarsza się rasizm, seksizm, przemoc, mizoginia, ksenofobia i globalny kryzys uchodźczy.

Mógłbym przytoczyć wiele innych sytuacji wypełnionych egzystencjalnym rozdźwiękiem – pochodnej bycia dziennikarzem, który napisał książkę ostrzegającą ludzi przed konsekwencjami trwającego upadku.

Żartuję w gronie znajomych, że przyszło nam żyć w czasie apokalipsy. Nie używam tego słowa w znaczeniu biblijnym. Nawiązuję do greckiego apokálypsis, czyli odkrycia, ujawnienia, objawienia.

Zasłony oddzielające równoległe rzeczywistości stają się coraz bardziej przezroczyste. Czasem zostają rozdarte. A gdy ludzie nie są zdolni do uznania tych trudnych prawd – lub zwyczajnie nie chcą ich uznać – bywa, że to oni doświadczają rozdarcia.

Jak żyć na co dzień z tą wiedzą – zwyczajnie chodzić do pracy, zabierać dzieci na letni obóz, prać ubrania i przygotowywać posiłki?

Różne czynności pomagają mi w tworzeniu duchowej atmosfery akceptacji. Po latach zmagania się ze złością, rozpaczą, depresją i niepokojem wywołanym światowym „kryzysem”, mój tygodniowy program samoopieki obejmuje codzienne spędzanie czasu poza domem, przynajmniej jednodniową wizytę w górach, medytację, pracę służącą ludziom i Ziemi oraz pielęgnowanie relacji w kręgu zaufanych przyjaciół, z którymi dzielę się swoimi odczuciami na temat tego, co spotyka planetarną społeczność życia.

Pomocne jest także poczucie wdzięczności za każdą pozorną oczywistość: dobre zdrowie fizyczne i psychiczne, dostęp do wody pitnej, pożywienia i powietrza.

Park narodowy Olympic (USA)

Niedawno miałem możliwość przysłużyć się mojemu 16-letniemu siostrzeńcowi, który dołączył do mnie, by odbyć czterodniową wycieczkę z plecakiem do Parku Narodowego Olympic. Zgromadziłem obszerną wiedzę o świecie, w którym dorastają młodsze pokolenia, zatem szansa, by wesprzeć tego chłopca miała dla mnie ogromne znaczenie – była przywilejem i zaszczytem.

On, podobnie jak wielu z nas, martwi się tym, że musi żyć w dwóch światach – „normalności” dominującej kultury i katastrofy ekologicznej/politycznej. Było widać, że ciężar trwania w tym schizofrenicznym stanie go przytłacza; powoduje zagubienie, frustrację, lęk i gniew.

Uczę się, jak zmniejszać dystans między mną a kochanymi przeze mnie ludźmi, którzy starają się nie zgubić w innej rzeczywistości.

W trakcie wędrówki po górskich grzbietach – przy zapierającym dech widoku na oblodzony szczyt Olimpu, przy wtórze szumu rzeki biegnącej w dół doliny i wiatru przedzierającego się przez zalesione zbocza – chłopiec powiedział mi o swoich snach o wielkim kataklizmie, jakie nawiedzają go od wczesnego dzieciństwa. Nie opuszcza go niepokój, który opisał bez ogródek jako „wrażenie zbliżającej się zagłady”.

Mimo że jest świadomy zaburzenia klimatu, poprosił mnie o więcej szczegółów. W ciągu kilku dni zdałem mu relację ze swoich reporterskich podróży, dzięki którym towarzyszyłem ekspertom badającym kondycję Wielkiej Rafy Koralowej, Amazonii i lodowców Alaski. Wspomniałem o pobycie w Utqiagvik (dawne Barrow) na Alasce, gdzie obserwowałem rozpad wiecznej zmarzliny i emisje metanu. Opowiedziałem też o rosnącym poziomie morza w Południowej Florydzie i o niebezpieczeństwie, jakie zagraża gigantycznym Sekwojom. Podkreśliłem, jak wielkim przywilejem było obcowanie z tymi miejscami. Miałem okazję pożegnać się z wieloma z nich, ponieważ niebawem znikną – za naszego życia.

Informacje, które mu przekazałem, były druzgocące. Oswajając się z nimi, oddychał głęboko i spokojnie. Prawda może uspokajać, ponieważ stawia nas na twardym gruncie, rozprasza zasłonę dymną kłamstw i propagandy kultury.

Moją intencją było zapoznanie siostrzeńca z pięknem i majestatem bezcennej Ziemi, podzielenie się międzypokoleniową przyjaźnią i szczerością potwierdzającą to, co od dawna przeczuwał. W chwili, gdy wkraczamy w przyszłość, chciałem dać mu do zrozumienia, że ma we mnie sprzymierzeńca.

Przed odjazdem do domu podziękował mi i powiedział, że chciałby odwiedzić mnie latem przyszłego roku. Przypomniałem mu, że bez względu na to, co przyniosą kolejne miesiące i lata, zawsze może na mnie liczyć.

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Tłum. exignorant

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Poza nadzieją. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.