Kryzys wenezuelski

Podstawą opracowania są fragmenty raportu Insurge Intelligence.

Wenezuela przed rewolucją boliwariańską

Zanim władzę w Wenezueli przejął Hugo Chávez, kraj był wymarzonym sojusznikiem USA, modelową gospodarką wolnorynkową i naftowym potentatem. Tak brzmi konwencjonalna opowieść, zgodnie z którą jedynym powodem obecnej implozji ekonomicznej jest rażąca niegospodarność rządzących.

W 1990 r. The New York Times przedstawił Wenezuelę jako jedną z najstarszych i najbardziej stabilnych demokracji w Ameryce Łacińskiej. Gazeta przewidywała, że ze względu na niepewną sytuację geopolityczną na Bliskim Wschodzie kraj odegra w latach 90. znaczącą rolę na scenie energetycznej Stanów Zjednoczonych. W owym czasie wenezuelska produkcja ropy pomagała uzupełnić niedobory spowodowane embargiem nałożonym na Irak i Kuwejt.

The New York Times ukrył pogłębiający się kryzys gospodarczy. Jak zauważył czołowy ekspert Javier Corrales w swojej pracy ReVista: Harvardzka ocena Ameryki Łacińskiej, Wenezuela nigdy nie pozbierała się po kryzysie walutowym i ekspansji zadłużenia, jakich doświadczyła w latach 80. XX w. Gdy Times świętował przyjaźń tej gospodarki rynkowej z USA, ekonomiczny chaos trwał nieprzerwanie: (W latach 90.) nie udało się pokonać inflacji i jej poziom należał do najwyższych w regionie, wzrost gospodarczy był zmienny i zależny od ropy naftowej – jego wartość per capita charakteryzowała stagnacja – z kolei stopa bezrobocia podskoczyła gwałtownie, zaś deficyty sektora publicznego utrzymywały się pomimo cięć wydatków.

Przed nadejściem ery Cháveza partyjny system polityczny, fetowany przez USA i cieszący się zainteresowaniem instytucji takich jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW), ulegał już dezintegracji. Według raportu Danych Zasobów Informacyjnych przekazanego ostatnio wenezuelsko-amerykańskiej Izbie Handlowej, w ciągu minionych 25 lat część dochodów gospodarstw domowych przeznaczana na żywność wzrosła z 28% do 72%, ubolewał The New York Times w 1996 r. Klasa średnia skurczyła się o jedną trzecią. 53% miejsc pracy klasyfikuje się jako nieformalne – w latach 70. gospodarka podziemna zatrudniała 33% osób czynnych zawodowo.

Dzisiejsze głośne i obłudne oskarżenia pod adresem Nicolása Maduro pomijają instrumentalną rolę, jaką w spustoszeniu gospodarczym społeczeństwa Wenezueli odegrały amerykańskie wysiłki zmierzające do narzucenia krajowi rynkowego fundamentalizmu. Niszczycielski wpływ wspieranych przez Waszyngton oszczędności fiskalnych, wymuszonych przez Bank Światowy i MFW, został udokumentowany przez poważnych ekonomistów. W analizie sporządzonej dla Londyńskiej Szkoły Ekonomii prof. Jonathan DiJohn z Instytutu Badań nad Rozwojem Społecznym ONZ stwierdził, iż promowana przez USA liberalizacja gospodarcza nie tylko nie ożywiła sektora prywatnego i wzrostu gospodarczego, ale przyczyniła się do pogorszenia czynnikowej dystrybucji dochodów, co z kolei dołożyło się do wzrostu polaryzacji polityki krajowej.

Reformy neoliberalne wzmocniły istniejące, scentralizowane, zarażone nepotyzmem i podatne na korupcję struktury polityczne. Doprowadziły też do uwiądu regulacyjnej funkcji państwa. Komentatorzy, którzy z rozrzewnieniem wspominają złoty wiek wenezuelskiego wolnego rynku, ignorują fakt, iż deregulacja finansowa, prywatyzacje na wielką skalę i prywatne monopole stworzyły wysokie renty ekonomiczne, a tym samym korupcyjną okazję, by je uzyskać. Neoliberalizacja przeszkodziła w przeprowadzeniu prawdziwych reform i zabezpieczyła władzę elit. Właśnie w ten sposób Zachód pomógł stworzyć Hugo Cháveza, którego uwielbia nienawidzić. Rozkład gospodarczy i upadek systemu partyjnego są ze sobą ściśle powiązane, pisze w Harvardzkiej ocenie Corrales. Demonstrowana regularnie przez rządzących Wenezuelą niezdolność do zreformowania gospodarki sprawiła, że obecni politycy stawali się coraz mniej popularni, na co reagowali zastępowaniem prawdziwych reform polityką populistyczną. W rezultacie powstało błędne koło rozpadu gospodarczego i politycznego, który ostatecznie utorował drogę Chávezowi.

Komentarz ekonomisty Michaela Hudsona.

Przed rewolucją boliwariańską Hugo Cháveza Wenezuela była monokulturą naftową. Dochody z eksportu były wydawane głównie na import żywności i innych artykułów pierwszej potrzeby, które mogły być produkowane lokalnie. Handel opierał się przede wszystkim na wymianie ze Stanami Zjednoczonymi. Dlatego kraj zwiększał swój dług zagraniczny, mimo że posiadał status potęgi wydobywczej. Od samego początku amerykańskie koncerny obawiały się, że Wenezuela przeznaczy kiedyś swoje zyski ze sprzedaży ropy na poprawę bytu społeczeństwa i tym samym uniemożliwi im i przedstawicielom miejscowej arystokracji dalsze przejmowanie naftowego bogactwa.

Zatem potentaci branży energetycznej w USA – wspierani przez swoich dyplomatów z Waszyngtonu – uczynili Wenezuelę zakładnikiem na dwa sposoby. Po pierwsze rafinerie zbudowano w Trynidadzie i w stanach położonych nad Zatoką Meksykańską. Dzięki temu rząd USA pozbawił Wenezuelę zdolności do prowadzenia niezależnej polityki surowcowej. Po drugie bankierzy wenezuelscy zostali nakłonieni do tego, by użyć rezerw ropy i wszystkich aktywów państwowego sektora naftowego (w tym Citgo) jako zabezpieczenia pożyczek zagranicznych. Gdyby Wenezuela stała się niewypłacalna – np. amerykańskie banki odmówiłyby terminowej spłaty zagranicznych zobowiązań kraju – wówczas posiadacze obligacji i amerykańskie korporacje miałyby prawo przejąć wenezuelskie aktywa naftowe.

Te proamerykańskie posunięcia zamieniły Wenezuelę w typową, spolaryzowaną latynoamerykańską oligarchię. Naftowa fortuna kraju była skoncentrowana w rękach oligarchów (około 200 rodzin, przyp. tłum.), którzy pozwolili Bankowi Światowemu i Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu sterować rozwojem państwa. Ludność rdzenną – wiejską mniejszość rasową i miejską podklasę społeczną – zostawiono na pastwę losu. Arogancka odmowa oligarchii, by podzielić się zagarniętym bogactwem, a nawet zapewnić zaopatrzenie w podstawowe środki przetrwania, sprawiła, że zwycięstwo wyborcze Cháveza było czymś naturalnym i nieuniknionym.

Ciężka ropa

W tych dniach zapanowała moda na to, by socjalizmowi w wersji Cháveza przypisywać wyłączną winę za upadek wenezuelskiego przemysłu naftowego. Zarzuty wygodnie pomijają fakt, że prywatyzacja sektora przeprowadzona przez jego poprzednika Rafaela Calderę nie zapobiegła spadkowi wydobycia surowca o 30% w latach 1997-1999, zanim fotel prezydenta zajął lider rewolucji boliwariańskiej.

Po uzyskaniu w 1997 r. rekordowego poziomu 3,5 miliona baryłek dziennie produkcja nafty malała przez dwadzieścia lat. W ostatnich sezonach proces gwałtownie przyspieszył. Złe zarządzanie tłumaczy go tylko częściowo. Podstawowy czynnik sprawczy jest w doniesieniach prasowych notorycznie przemilczany: ekonomika ropy.

Ogromną część wenezuelskich rezerw naftowych stanowi ropa ciężka, niekonwencjonalna – ciecz o dużej lepkości, której wydobycie wymaga zastosowania ciepła z pary i/lub mieszania z lżejszymi rodzajami nafty w trakcie rafinacji. Nie dość, że ma ona niską cenę rynkową, to w porównaniu z odmianą zwykłą pochłania więcej środków finansowych na etapie wydobycia i rafinacji. Teoretycznie ciężka ropa naftowa może być produkowana z zyskiem przy niskich cenach, ale przekroczenie progu opłacalności warunkują większe inwestycje.

Wyższe koszty wydobycia i rafinacji uczyniły wysiłki wydobywcze Wenezueli niedochodowymi i niezrównoważonymi. W latach 2005-2008 ceny nafty oscylowały w granicach 100-150 dolarów za baryłkę, co pozwoliło rządowi przezwyciężyć branżową nieefektywność. W tym samym czasie globalna produkcja ropy konwencjonalnej przestała rosnąć i świat zaczął przestawiać się na źródła niekonwencjonalne.

Zmiana ta nie sygnalizowała globalnego wyczerpania surowca, tylko zaawansowane stadium uzależnienia od trudno dostępnych i bardziej kosztownych form ropy i gazu. Najlepiej ilustruje to koncepcja zwrotu energii z inwestycji (EROI), czyli wskaźnika, który mierzy, ile energii trzeba zużyć, by pozyskać określoną ilości energii z dowolnego zasobu. Skoro konsumujemy coraz więcej energii, a jej koszt energetyczny idzie w górę, to nadwyżka zasilająca działalność społeczną i gospodarczą topnieje. Nawet gdy poziom produkcji energii podnosi się, jej jakość raptownie spada, podobnie jak zyski przemysłu. Zmniejsza się biofizyczna zdolność gospodarki do kupowania wydobywanej ropy, co w powiązaniu z recesją gospodarczą (wywołaną częściowo przez minione skoki cen surowca) ostatecznie prowadzi do załamania ceny rynkowej.

Najdroższe niekonwencjonalne projekty naftowo-gazowe przestają być opłacalne, chyba że straty doczekają się pokrycia przez rządowe dotacje lub linie kredytowe. W tym miejscu ujawnia się kluczowa różnica między Wenezuelą a przykładowo Stanami Zjednoczonymi i Kanadą, gdzie produkcję o wyjątkowo niskiej wartości EROI utrzymano przede wszystkim dzięki wielomiliardowym pożyczkom. Oczywiście praktykę tę czeka katastrofalny koniec – kontemplowany niedawno na łamach The New York Timesa.

Zgodnie z wcześniejszymi kalkulacjami poziom EROI dla produkcji ropy ciężkiej to 6:1 (wynik uwzględnia bezpośrednie i pośrednie koszty energii). Przed 2000 r. EROI dla produkcji ropy konwencjonalnej wynosił około 20:1. Rozbieżność ta unaocznia skalę wyzwania, z którym konfrontował się Chávez, gdy przejmował pieczę nad krajem po kilkudziesięcioletnim, neoliberalnym plądrowaniu i eskalacji zadłużenia. Inwestowanie w sektor naftowy lub jego dotowanie było w tych okolicznościach niezmiernie trudnym zadaniem. Dlatego Wenezuela nie była dobrze przygotowana na redukcję cen ropy po 2014 r. Czynniki geologiczne i ich wymiar ekonomiczny są tendencyjnie bagatelizowane w serwowanych nam przez prasę „wyjaśnieniach.

Od 2008 r. wenezuelska produkcja ropy zmalała o ponad 350 000 baryłek dziennie (od rekordowego 1997 r. ubyło ponad 800 000 baryłek dziennie). W porównaniu z 1998 r. eksport netto skurczył się o ponad 1,1 miliona baryłek dziennie. Wenezuela w coraz większym stopniu opiera się na imporcie ropy lekkiej, wykorzystywanej do rafinacji i zaspokajania potrzeb konsumentów krajowych. Wskaźniki produkcji ropy ciężkiej podnoszą się jedynie w pasie Orinoco Oil. W przypadku ropy konwencjonalnej nie ustępuje trend spadkowy. Dostęp do pokaźnych, potwierdzonych złóż konwencjonalnych Wenezueli mogłyby zapewnić nakłady na ulepszone techniki odzyskiwania i modernizację infrastruktury. Niestety, są one niedostępne, ponieważ marża zysku z eksportu ropy ciężkiej jest niedostateczna (wyższe koszty rafinacji, mieszania i transportu).

Szaleństwo niekończącego się wzrostu

Niestety, podobnie jak jego poprzednicy, Chávez nie wziął pod uwagę złożoności realiów, nie wspominając o biofizycznej ekonomice przemysłu naftowego. Przeciwnie, panującą sytuację postrzegał w sposób uproszczony – przez krótkoterminowy, ideologiczny pryzmat swojego eksperymentu socjalistycznego.

Od wyborów w 1998 r. do śmierci w 2013 r. Chávez łączył to, co określał mianem ‚socjalizmu’ z branżą naftową. Zabieg ten zmniejszył ubóstwo z 55% do 34%, wyprowadził z analfabetyzmu 1,5 miliona dorosłych Wenezuelczyków i zapewnił opiekę zdrowotną 70% obywateli, w czym pomogli kubańscy lekarze. Widoczny postęp umożliwiły dochody z eksploatacji ropy. Jednak fantazji tej nie dało się utrzymać na dłuższą metę.

Kiedy ceny nafty osiągnęły swój szczyt, Chávez nie zainwestował części zysków z eksportu w produkcję, tylko przeznaczył je na programy socjalne. Nie myślał o branży, z której czerpał, trwając w błędnym przekonaniu, że korzystne warunki na rynku surowców nie ulegną zmianie. Załamanie cen nadeszło wskutek globalnego przejścia na ropę niekonwencjonalną – budżet państwa, zasilany w 96% przez przemysł wydobywczy, skurczył się raptownie. Prezydent nie dysponował rezerwami walutowymi, po które mógłby sięgnąć.

Odziedziczone problemy doczekały się dramatycznego spotęgowania. Przywódca powielił błąd popełniony przez Zachód przed 2008 r. – kroczył ścieżką „postępu opartego na niezrównoważonej konsumpcji surowców, napędzanego zadłużeniem i skazanego na klęskę. Fundusze uzyskane dzięki ropie skończyły się, zatem Chávez postąpił tak samo, jak rządy na całym świecie w ślad za katastrofą finansową z 2008 r.: w ramach rozluźnienia ilościowego zaczął drukować pieniądze. Bezpośrednim skutkiem był wzrost inflacji.

Rząd ustalił sztywny kurs wymiany walutowej wobec dolara, podniósł płacę minimalną i zamroził ceny podstawowych artykułów takich jak chleb. Firmy, które sprzedawały te towary lub były zaangażowane w ich produkcję, utraciły rentowność i nie stać ich było na opłacanie pracowników. W międzyczasie rolnictwo i inne gałęzie przemysłu utraciły część subsydiów. Pożądany poziom produkcji miały zagwarantować nałożone w międzyczasie kontyngenty. Skutek przyjętej strategii był taki, że wiele przedsiębiorstw musiało szukać zysków na czarnym rynku.

Kryzys gospodarczy nasilał się, a produkcja ropy malała. Chávez podjął próbę transformacji ekonomicznej, która polegała na zainwestowaniu w nowy typ gospodarki, bazujący na znacjonalizowanych, często samodzielnie zarządzanych branżach. Na ratunek było już za późno. Rezerwy walutowe uległy wyczerpaniu i od 2012 r. import zmniejszył się o ponad 65%. Gabinet Cháveza zredukował wydatki na programy socjalne bardziej niż jego poprzednicy w trakcie reform oszczędnościowych MFW w latach 90. W tym kontekście czarny rynek i przestępczość zorganizowana – wykorzystywane zarówno przez oportunistów z kręgów rządowych, jak i opozycję – stał się sposobem na życie. Przyspieszyła zapaść gospodarki, produkcji żywności, opieki zdrowotnej i kluczowej infrastruktury.

Komentarz ekonomisty Michaela Hudsona.

Chávez starał się przywrócić gospodarkę mieszaną. Dochody z produkcji ropy naftowej wykorzystywał do finansowania projektów infrastrukturalnych, opieki zdrowotnej, edukacji i miejsc pracy celem podniesienia standardu życia wielomilionowego elektoratu. Proces przeobrażania gospodarki – naprawiania jej zaburzeń – ma charakter długofalowy. Chávez nie zdążył rozmontować wbudowanych mechanizmów defraudowania zysków sektora naftowego i zapobiec ucieczce kapitału oligarchii.

Komentarz ekspertki ds. bankowości Ellen Brown.

Badanie ekonomisty Michaela Hudsona wykazało, że każdą znaną z historii hiperinflację spowodowało załamanie kursu wymiany walut związane z obsługą długu zagranicznego. Problemy Wenezueli nie są skutkiem emitowania pieniędzy przeznaczanych na tworzenie miejsc pracy, wznoszenie infrastruktury, świadczenie podstawowych usług i rozwijanie gospodarki. Gdyby tak było, bezrobocie nie wynosiłoby 33%. Wenezuela ma problem, z jakim nie konfrontują się Stany Zjednoczone: jej duże zadłużenie jest denominowane w dolarach amerykańskich, czyli w walucie, której nie może wydrukować. Gdy ceny ropy były wysokie, a produkcja surowca rosła, Wenezuela bezproblemowo dochowywała terminów spłat swoich zobowiązań. Spadek cen zmusił rząd do drukowania wenezuelskich boliwarów i sprzedawania ich za dolary amerykańskie na giełdach międzynarodowych. Spekulanci podbijali kurs dolara, a rząd zwiększał drukowanie i tym samym obniżał wartość waluty krajowej.

Zmiana klimatu

W marcu 2018 r. do hiperinflacji i recesji dołączyło racjonowanie energii elektrycznej w sześciu zachodnich stanach Wenezueli. W San Cristobal mieszkańcy zmagali się z 14-godzinnymi przerwami w dostawach prądu, ponieważ poziom wody w rezerwuarach hydroelektrowni obniżył się gwałtownie wskutek suszy. Dwa lata wcześniej podobnie rekordowy spadek odnotował zbiornik za zaporą Guri, która wytwarza ponad połowę elektryczności kraju. Maksymalizacja eksportu ropy naftowej sprawiła, iż elektrownie wodne generują aż 65% prądu. W konsekwencji zaopatrzenie w energię elektryczną staje się coraz bardziej niepewne ze względu na antropogeniczne zaburzenie klimatu.

Oscylacja południowa El Niño, największa fluktuacja systemu klimatycznego Ziemi obejmująca cykl ciepłych i zimnych temperatur powierzchni tropikalnego Pacyfiku, pojawia się częściej i przybiera na intensywności. Badanie dotyczące następstw zmiany klimatu w Wenezueli w latach 1950-2004 potwierdziło, że podczas 12 z 15 zjawisk El Niño średni roczny przepływ wody w rzece Caroni, która zasila rezerwuar Guri i hydroelektrownie, był mniejszy od średniej historycznej. Od 2013 r. do 2016 r. cykl El Niño pozbawił Wenezuelę obfitych deszczów. Najgorsza od pół wieku susza przyniosła w 2015 r. paraliżujący deficyt i regularne awarie starzejącej się i źle konserwowanej sieci energetycznej.

Niestety, żaden wenezuelski rząd nie traktował poważnie swoich zobowiązań klimatycznych – zapamiętale wydobywał ropę, korzystał nawet z pochodni gazowych. Rozległe obszary, którym już dzisiaj brakuje wody (m.in. stany Falcon, Sucre, Lara i Zulia), doświadczą nagłego pustynnienia. Degradacja gleb i niedostateczne opady będą niszczyć uprawy kukurydzy, czarnej fasoli i plantanów na terenie całego kraju. Ekstrema pogodowe zdewastują i osłabią infrastrukturę.

Wojna gospodarcza

Kryzys Wenezueli daje nam wgląd w postnaftową przyszłość. W miarę jak kurczą się krajowe zasoby energetyczne, funkcjonowanie państwa zanika na wiele niespodziewanych sposobów i toruje drogę do upadku. Równolegle z postępującym rozkładem toczy się rywalizacja o kontrolę między nowymi, mniejszymi ośrodkami władzy.

W tym kontekście doniesienia o przemycie żywności jako mechanizmie wojny gospodarczej są prawdziwe i dotyczą wszystkich stron politycznego konfliktu. Każda z nich ma motyw, by gromadzić produkty i upłynniać je na czarnym rynku. Jest to efekt regresu gospodarki, spekulacji i kontroli cen z mocą wsteczną. Zaangażowane w ten proceder prywatne firmy mają bliskie związki z opozycją. Natomiast rząd przejął  aktywa, grunty rolne, piekarnie i inne firmy, lecz nie zdołał stymulować produkcji.

Pojawiły się oskarżenia, że przedstawiciele władz odpowiadają za sprzeniewierzenie funduszy publicznych. Socjolog Chris Carlson z Uniwersytetu Nowojorskiego napisał, że byli wysocy rangą urzędnicy potwierdzają, iż wpływowe frakcje wewnątrz aparatu państwowego wykorzystały kryzys, by zarobić. Utworzono gang zainteresowany wyłącznie położeniem łapy na naftowych zyskach, powiedział Hector Navarro, były minister i lider partii socjalistycznej. Jorge Giordani, najbardziej zaufany doradca ekonomiczny Cháveza, oszacował, że za sprawą mechanizmu wymiany walut z kasy państwowej mogło zniknąć w ciągu 13 lat nawet 300 miliardów dolarów.

Jednak prawdziwa wojna gospodarcza tak naprawdę nie toczy się w Wenezueli. Prowadzą ją Stany Zjednoczone, a za oręż służą im drakońskie, zabójcze sankcje.

Raport niezależnego eksperta ONZ Alfreda de Zayasa.

Będąc w Wenezueli spotkałem się z reprezentantami wszystkich opcji politycznych – opozycjonistami, członkami Zgromadzenia Narodowego, profesorami uniwersytetów, przedstawicielami kościołów i organizacji pozarządowych, w tym Amnesty International, PROVEA, Fundalatin oraz Grupo Sures. Konsultacje te pomogły mi zrozumieć złożoność konfliktów parainstytucjonalnych i konstytucyjnych, a także zjawisk takich jak niedobory artykułów pierwszej potrzeby (niektórych produktów spożywczych, leków i środków higieny osobistej), gromadzenie zapasów, czarny rynek, przemyt, korupcja, sabotaż gospodarczy oraz tzw. inflacja wywołana.

Oczywiście samo zaobserwowanie kryzysu gospodarczego nie wystarczy. Wyzwaniem jest zrozumienie jego przyczyn. Stały się one czytelne po przeanalizowaniu obszernej dokumentacji i statystyk. Jednym z głównych problemów jest zależność wenezuelskiej gospodarki od sprzedaży ropy naftowej – stan ten utrzymuje się od początku XX w. Chociaż rządy podejmują wysiłki w kierunku dywersyfikacji, proces przebiega wolno. Po dramatycznym spadku cen ropy sytuację ekonomiczną pogorszyła seria jednostronnych środków przymusu, w tym sankcji i blokad finansowych. Na przykład, kiedy w listopadzie 2017 r. Wenezuela potrzebowała leków przeciwmalarycznych, Kolumbia odmówiła dostawy, co wymusiło ich zakup w Indiach. Dowiedziałem się, że w obawie przed karami i komplikacjami ze strony USA wiele banków zamknęło wenezuelskie konta lub odmówiło dokonania przelewów i rutynowych płatności międzynarodowych, nawet za zakup żywności i farmaceutyków. Nietrudno zrozumieć, że sankcje zabijają.

Wojna gospodarcza nie zaczęła się w 2015 r., tylko zaraz po przejęciu władzy przez Hugo Cháveza – blisko dwie dekady temu. Zewnętrzna ingerencja objęła też pomoc w zorganizowaniu i sfinansowaniu nieudanego zamachu stanu w kwietniu 2002 r. Jest to powtórka z kampanii przeciwko Salvadorowi Allende w Chile (1970-73), która zakończyła się puczem gen. Augusto Pinocheta. W 1970 r. prezydent Richard Nixon powiedział sekretarzowi stanu Henry’emu Kissingerowi, że alternatywny model społeczno-gospodarczy nie będzie tolerowany i chilijska gospodarka musi zawyć z bólu.

Mimo iż ujęta w prawie międzynarodowym zasada nieinterwencji oraz rozdział 4, artykuł 19 Karty Organizacji Państw Amerykańskich wyraźnie zabraniają ingerowania w sprawy polityczne lub gospodarcze innych krajów, na Wenezuelę nałożono sankcje, które mają udusić gospodarkę i ułatwić obalenie rządu. Coraz częściej słyszymy o kryzysie humanitarnym i emigrantach wenezuelskich udających się do sąsiednich państw. Narracja medialna zabiega w ten sposób o przyzwolenie opinii publicznej na wojskową interwencję humanitarną, do jakiej doszło w Libii w 2011 r. Sytuacja w Wenezueli nie przekroczyła progu katastrofy humanitarnej, co potwierdzili mi urzędnicy FAO i CEPAL – nie można jej porównać z warunkami panującymi na Haiti, w Gazie, Somalii, Sudanie czy Jemenie.

Najszlachetniejszym zadaniem Rady Praw Człowieka ONZ jest udzielenie pomocy wszystkim narodom w ich dążeniach do uzyskania pełni tych praw. Dlatego też rozwiązanie kryzysu w Wenezueli musi odbyć się na drodze mediacji – w Republice Dominikańskiej nadzorował je w latach 2016-18 były premier Hiszpanii José Luis Rodríguez Zapatero. Ku ogólnemu zaskoczeniu 7 lutego 2018 r. wenezuelska opozycja nie podpisała stosownego dokumentu. W moim sprawozdaniu, które przedstawię podczas 39. sesji Rady, zaproponuję wznowienie negocjacji. W międzyczasie możemy pomóc Wenezuelczykom postulując za zniesieniem sankcji i zakończeniem wojny gospodarczej.

Komentarz ekonomisty Michaela Hudsona.

Hugo Chávez i Nicolás Maduro nie mogli spokojnie realizować prowenezuelskiej strategii ekonomicznej, która zmierza do uzyskania niezależności gospodarczej. Ściągnęli na siebie furię, sabotaż i sankcje USA. Amerykańska polityka zagraniczna niezmiennie koncentruje się na ropie. Nic się nie zmieniło pod tym względem od czasu inwazji na Irak wyreżyserowanej przez Dicka Cheney’a. Waszyngton traktuje Wenezuelę jako przedłużenie własnej gospodarki – jej nadwyżka handlowa ma być wydawana w Stanach Zjednoczonych, a państwowe oszczędności przelewane na konta tamtejszych banków. Nakładając sankcje, które blokują dostęp do depozytów w USA i aktywów należących do państwowego przedsiębiorstwa Citco, Amerykanie nie pozwalają Wenezuelczykom na spłatę zadłużenia zagranicznego. Dyplomaci chcą posłużyć się tą wymuszoną niewypłacalnością, by zająć zasoby naftowe i aktywa zagraniczne Wenezueli. Taki sam atak przeprowadził na Argentynę fundusz hedgingowy Paula Singera. Biały Dom zmierza dobrze udeptaną ścieżką. Podobnie jak kiedyś Chile, Wenezuela pełni dzisiaj rolę ostrzeżenia dla innych krajów, by nie działały we własnym interesie – miejscem przeznaczenia ich nadwyżki gospodarczej są kieszenie inwestorów z USA.

Wenezuelę trzeba zniszczyć

24 stycznia 2019 r. w wywiadzie udzielonym Fox News John Bolton, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Stanów Zjednoczonych, wyjawił faktyczną przyczynę podjętej przez Waszyngton próby zamachu stanu w Wenezueli. Bynajmniej nie jest nią obrona praw człowieka i demokracji (USA wspierają 73% dyktatur świata). Uzyskana przez nasze koncerny możliwość inwestowania w sektor naftowy Wenezueli i rozwijania jego zdolności będzie miała ogromne znaczenie gospodarcze dla Stanów Zjednoczonych. Zmiana reżimu jest wielką okazją dla naszego biznesu. Miesiąc po katastrofalnej agresji USA-NATO na Libię w 2012 r., która zrujnowała najbardziej rozwinięty kraj Afryki i zamieniła go w upadłe państwo, Donald Trump oznajmił dziennikarce Fox News: Libia interesuje mnie, o ile przejmiemy 50% jej ropy. Kilka raportów potwierdziło, że w sierpniu 2017 r. podczas briefingów z doradcami prezydent poruszał kwestię zastosowania opcji militarnej” wobec Wenezueli.

Komentarz analityka Dmitra Orlova.

Wenezuela jest w posiadaniu największych potwierdzonych zasobów ropy naftowej. Nie można ich eksploatować z zyskiem bez wysokich cen surowca (tak wysokich, że wielu konsumentów ropy po prostu zbankrutuje), ale z pewnością można je wydobywać w znacznie większych ilościach przy gigantycznych stratach pieniężnych. Perspektywa potężnych strat z pewnością nie powstrzyma amerykańskich potentatów naftowych, którzy szczelinując łupki wypracowali do tej pory stratę w wysokości 300 miliardów dolarów – sfinansowaną m.in. oszczędnościami emerytów i zadłużeniem młodych ludzi. Największym instytucjonalnym konsumentem ropy na świecie jest Pentagon. Stany Zjednoczone są bankrutem do kwadratu, ale ich liderzy zrobią wszystko, by impreza potrwała o dzień dłużej.

Oto prawdziwy problem: szczelinowanie dobiega końca. Większość najbardziej zasobnych w ropę i gaz skał została już skruszona; nowsze szyby wyczerpują się szybciej, produkują mniej, a kosztują więcej. Następna fala szczelinowania roztrwoniłaby 500 miliardów dolarów, 1 bilion dolarów, 2 biliony dolarów itd. Wskaźnik wierceń opada. Trend rozpoczął się, kiedy ceny nafty były wysokie. Tymczasem globalny szczyt wydobycia ropy konwencjonalnej (nieszczelinowanej) przypadł na lata 2005-2006. Zaledwie kilka krajów nie zderzyło się z górną granicą produkcji. Rosja ogłosiła, że zacznie zmniejszać podaż w ciągu najbliższych lat, z kolei Arabia Saudyjska nie dysponuje już wolnymi mocami produkcyjnymi.

Nadchodzą niedobory ropy. Wywrą one specyficzny wpływ na USA, które spalają 20% światowej nafty (choć pod względem liczebności ich obywatele stanowią 5% populacji świata). Po krachu na rynku szczelinowania Stany Zjednoczone staną przed koniecznością importowania co najmniej 10 milionów baryłek dziennie (obecnie sprowadzają 2,5 miliona), których zwyczajnie nie będzie. Dotychczas Waszyngton sięgał po dyżurne rozwiązanie problemu: pod zmyślonym pretekstem atakował gospodarczo lub/i militarnie inne kraje i przejmował kontrolę nad ich złożami. Zniszczenie Iraku i Libii na chwilę ożywiło koncerny naftowe i powstrzymało finansowy domek kart przed rozsypaniem. Wysiłki na rzecz zrównania z ziemią Syrii jak dotąd zawiodły. Z Wenezuelą będzie jeszcze trudniej – około 9 milionów najuboższych Wenezuelczyków skorzystało na rewolucyjnej redystrybucji dochodów naftowych. Wielu z nich gotowych jest chwycić za broń, by ocalić zdobycze rewolucji Cháveza i Maduro. Utworzyliby liczną, dobrze uzbrojoną, zdeterminowaną i wolną od korupcji armię.

Wcześniej Stany Zjednoczone uciekały się do mniej lub bardziej wyrafinowanych konfabulacji, by usprawiedliwić napaście na państwa bogate w naftę. Pamiętamy słynną fiolkę z bardzo toksycznym talkiem, którą nerwowo potrząsał w ONZ Colin Powell, by zachęcić zgromadzonych do głosowania za zniszczeniem kraju Irakijczyków i kradzieżą ich surowców mineralnych. Pamiętamy historyjkę o rzekomym masakrowaniu cywilów w Libii, która miała zdobyć poparcie dla propozycji wprowadzenia strefy zakazu lotów (ostatecznie zamieniła się w kampanię bombową i jawne obalenie rządu). W przypadku Wenezueli taki listek figowy nie istnieje. Są jedynie otwarte groźby nagiej agresji i łatwe do zweryfikowania, kłamliwe twierdzenia, w które nie uwierzą dobrze poinformowani ludzie. Całą tę sprawę spowija aura wyraźnej desperacji.

Inicjatywa promująca gospodarczą autonomię regionalną.

W 2005 r. rząd Hugo Chávez powołał do życia PetroCaribe, mechanizm zaopatrywania państw karaibskich w produkty naftowe na preferencyjnych warunkach. Jego założeniem jest zaradzenie istniejącej na świecie asymetrii w dostępie do zasobów energetycznych dzięki nowym, korzystnym i sprawiedliwym programom wymiany, a także eliminacji negatywnych skutków pośrednictwa, przeważających cen rynkowych i spekulacji. Wenezuela, która przez wiele lat ignorowała potrzeby sąsiadów i sprzyjała bogatym krajom neokolonialnym, zaczęła urzeczywistniać wizję Boliwariańskiej Alternatywy dla Narodów Naszej Ameryki (ALBA) opartej na zasadach solidarności i współpracy. W regionie pojawiła się autonomiczna przestrzeń gospodarcza. Umowy w sprawie dostaw wenezuelskiej ropy pozwalają państwom członkowskim na odraczanie płatności i wykorzystanie uzyskanych środków pieniężnych na niezbędne wydatki rządowe. Co najważniejsze, kapitał ten jest udostępniany bez szeregu zobowiązań, jakie nakłada na kredytobiorców Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy.

Komentarz ekspertki ds. bankowości Ellen Brown.

Innym powodem agresji Waszyngtonu może być chęć stłumienia rewolucji bankowej zainicjowanej przez liderów Wenezueli. Kryzys bankowy z lat 2009-2010 obnażył korupcję i systemową słabość instytucji finansowych. Pewne banki oddawały się podejrzanym praktykom biznesowym, inne wymagały dokapitalizowania lub udzielały bardzo wysokich pożyczek członkom kadry kierowniczej. Przynajmniej jeden finansista nie potrafił udowodnić, jak wszedł w posiadanie funduszy na zakup swoich banków.

Rząd nie wziął przykładu z establishmentu USA i nie uratował sprawców kryzysu. W 2009 r. znacjonalizował siedem banków, które posiadały 12% krajowych depozytów. W 2010 r. władze przejęły dodatkowe placówki. Co najmniej 16 bankierów skończyło za kratkami, a kolejnych 40 uciekło z kraju, by uniknąć procesów. Do końca marca 2011 r. w Wenezueli pozostało 37 banków (pod koniec listopada 2009 r. było ich 59). Instytucje państwowe posiadały 35% aktywów, a zagraniczne jedynie 13,2%.

Mimo wrzawy sprzeciwu wznieconej przez środki masowego przekazu (70% nadawców wenezuelskich jest w rękach prywatnych, a państwo kontroluje 5% mediów; przyp. tłum.) w 2010 r. z inicjatywy Cháveza parlament uchwalił ustawę, która zdefiniowała bankowość jako ‚usługę publiczną’. W myśl nowych przepisów banki miały przeznaczać 5% swoich zysków netto na projekty opracowywane i realizowane przez rady gminne z korzyścią dla społeczności lokalnych. Poza tym niemal połowa portfeli kredytowych banków wenezuelskich musiała zasilić określone sektory gospodarki, w tym małą przedsiębiorczość i rolnictwo.

W swoim artykule z kwietnia 2012 r. pt. Wenezuela podnosi bankom obligatoryjne składki socjalne, USA i Europa tego nie robią Rachael Boothroyd poinformowała, że rząd Wenezueli oczekuje od banków działań na rzecz społeczeństwa. Posiadanie własnego lokalu mieszkalnego stało się chronionym przez konstytucję prawem, a banki miały obowiązek przekazać na jego zabezpieczenie 15% swoich rocznych dochodów. W ramach Wielkiej Misji Budownictwa Mieszkaniowego rząd planował do 2019 r. sprezentować rodzinom o niskich dochodach 2,7 miliona darmowych domów. Celem było stworzenie systemu bankowości społecznej, która nie zagarnia bogactwa społeczeństwa, tylko dokłada się do jego dobrobytu.

Komentarz ekonomisty Michaela Hudsona.

W odpowiedzi na sankcje nałożone przez administrację Donalda Trumpa Maduro ogłosił – podobnie jak wcześniej Saddam Husajn i Omar Kaddafi – że kraj przestanie handlować ropą w dolarach amerykańskich. Rząd Wenezueli postanowił wycofać krajowe złoto z Banku Anglii i Rezerwy Federalnej. Instytucje odmówiły wykonania tej legalnej operacji. Pozbawienie demokratycznie wybranej władzy dostępu do zagranicznych aktywów państwa pokazuje całemu światu, że amerykańscy dyplomaci i sądy mogą i będą kontrolować w ten sposób inne kraje.

Sytuacja zamienia się w asymetryczną wojnę, która grozi detronizacją standardu dolara w finansach międzynarodowych. Ceną amerykańskiego ataku gospodarczego na Wenezuelę może być złamanie globalnego systemu monetarnego. Aby nie podzielić losu Wenezueli, państwa muszą zdystansować się wobec dolara, funta szterlinga i strefy euro, szukać nowego podmiotu wypłacającego dla swoich rezerw złota, rezerw walutowych i finansowania zadłużenia zagranicznego.

Sondaż przeprowadzony w styczniu 2019 r. ujawnił, że ponad 80% Wenezuelczyków sprzeciwia się sankcjom, ingerencjom z zagranicy i potencjalnej międzynarodowej interwencji, która miałaby usunąć prezydenta. Ten sam procent populacji kraju opowiada się za pokojowym rozwiązaniem konfliktu między rządem a częścią opozycji sponsorowaną przez Waszyngton, która pod wpływem swoich darczyńców odrzuca propozycje rozmów ponawiane przez administrację Nicolása Maduro.

Przedterminowe wybory prezydenckie odbyły się w maju 2018 r. na żądanie partii opozycyjnych. Niektóre z nich nie wystawiły swoich kandydatów na życzenie Waszyngtonu. Maduro jest prawowitą głową państwa – wygrał ze znaczną przewagą (6 248 864 głosów, czyli 67,84%). Żaden z kontrkandydatów nie zakwestionował wyników. Głosowanie przeprowadzono zgodnie z tymi samymi procedurami, które w grudniu 2015 r. pozwoliły zatriumfować opozycji w wyborach do Zgromadzenia Narodowego. Obserwatorzy z kilkudziesięciu krajów nie dopatrzyli się żadnych nieregularności. Władze USA odrzuciły zaproszenie rządu Wenezueli i nie wydelegowały swoich reprezentantów. W 2012 r. były prezydent Stanów Zjednoczonych Jimmy Carter stwierdził (na podstawie rezultatów monitoringu wyborów w 92 krajach), że proces wyborczy w Wenezueli jest najlepszy na świecie. W 2004 r. wdrożono tam pierwszy w historii elektroniczny system głosowania. W przeciwieństwie do Brazylii, Indii i Stanów Zjednoczonych technologia oferuje kilka mechanizmów zapewniających bezpieczeństwo audytów i weryfikacji wyników (np. przechowywanie głosów w formie zaszyfrowanej, drukowanie paragonów, potwierdzenie tożsamości specjalnym identyfikatorem i odciskiem palca). Sam udział w głosowaniu nie jest obowiązkowy. Osoby, które z niego zrezygnowały – posłuchały apelu organizacji politycznych nawołujących do bojkotu – miały do tego pełne prawo. Jednak ich postawa nie unieważnia samego procesu wyborczego i głosów oddanych przez 9 389 056 obywateli. Podobnie do obowiązku nie należy wystawianie kandydatów przez partie polityczne – mogą one skorzystać z tego prawa lub je zignorować. Trzy ugrupowania sięgnęły po tę drugą opcję.

Dochodzenie reporterów The Greyzone ujawniło przebieg kariery zweryfikowanego przez Wikipedię, nowego prezydenta Wenezueli. Juan Guaidó to twór skonstruowany przez Waszyngton, który ma sprzedać zamach stanu opinii publicznej w kraju i za granicą. Jeszcze w styczniu 2019 r. ponad 90% Wenezuelczyków nie miało pojęcia, kim jest ich „przywódca. Po ukończeniu edukacji inżynierskiej na Katolickim Uniwersytecie Andres Bello w Wenezueli Guaidó zajął się polityką i kontynuował studia na Uniwersytecie Jerzego Waszyngtona w Stanach Zjednoczonych. W latach 2005-2007 przeszedł wraz z innymi studentami szkolenie we współfinansowanej przez USA fabryce „zmiany reżimu” o nazwie Otpor, działającej na terenie byłej Jugosławii. Partia Wola Ludu, którą pomógł później założyć swojemu mentorowi i byłemu burmistrzowi Caracas Leopoldo Lopezowi, jest formacją zdyskredytowaną. Dlatego ekipę Guaidó w większości tworzą ludzie spoza Wenezueli. Zadaniem tego wspieranego przez Waszyngton oddziału szturmowego oligarchii jest niedemokratyczne przejęcie władzy poprzez prowokacje, przemoc i inne działania destabilizujące. Nienawiścią darzy go również ta część opozycji, która chce uniknąć wojny domowej i szuka rozwiązań pokojowych. Gdy zajdzie taka potrzeba, uzurpator-pionek Juan Guaidó zostanie szybko porzucony przez swoich właścicieli, powiedział dziennikarz śledczy Max Blumenthal.

Według The Wall Street Journal administracja Donalda Trumpa rozpoczęła wieloletni, zatwierdzony przez obie partie projekt mający na celu zmianę struktury politycznej kilku państw w Ameryce Łacińskiej. Plan obejmuje m.in. obalenie rządów w Wenezueli, Nikaragui i ostatecznie na Kubie. Mamy do czynienia z kopią Nowego Bliskiego Wschodu – strategii uruchomionej w 2006 r. przez sekretarz stanu Condeleezę Rice. Waszyngton przygotowuje się do brutalnego konfliktu, o czym świadczy fakt, że funkcję specjalnego wysłannika do Wenezueli Biały Dom powierzył Elliottowi Abramsowi – sekretarzowi generalnemu Brudnych Wojen za prezydentury Ronalda Reagana. Był koordynatorem m.in. krwawej kampanii terroru w Nikaragui i w 1991 r. został skazany za składanie fałszywych zeznań podczas przesłuchań kongresowych w sprawie skandalu Iran-Contra. Ułaskawił go George H.W. Bush. Abrams zażarcie bronił i wspierał gwatemalskiego przywódcę gen. Efraína Ríosa Montta, który w latach 80. nadzorował masowe tortury i mordy dokonywane na przedstawicielach rdzennych społeczności kraju. Sąd uznał dyktatora za winnego ludobójstwa. Zakończona sukcesem misja w Wenezueli byłoby dla nowego wysłannika źródłem niemałej satysfakcji – Abrams był jednym z architektów nieudanego zamachu stanu z 2002 r., wymierzonego w demokratycznie wybrany rząd Hugo Cháveza. Jeżeli przewrotu nie dokona w najbliższym czasie wenezuelska armia, jego najemni egzekutorzy zostaną sprowadzeni z zewnątrz.

Oprac. i tłum. exignorant

Dziękuję za lekturę. Jeżeli uważa Pani/Pan, że moja praca zasługuje na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem. Pozdrawiam.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Gospodarka, finanse, surowce i energia, Imperializm, militaryzm i [neo]kolonializm. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.