Czuwając przy Matce

Końcowe paragrafy książki End of Ice (Koniec lodu, styczeń 2019) Dahra Jamaila, dziennikarza śledczego i pisarza. Jako niezależny korespondent wojenny relacjonował konflikty w Iraku, Syrii, Libanie, Turcji i Jordanii. Obecnie koncentruje się na środowisku naturalnym i antropogenicznym zaburzeniu klimatu.

W 2015 roku mój najlepszy przyjaciel Duane French zapadł na zapalenie płuc i trafił do szpitala. Dla kogoś, kto od ponad czterdziestu lat cierpi na porażenie czterokończynowe ta niebezpieczna choroba stanowi zagrożenie dla życia. Duane’a poznałem po przeprowadzce na Alaskę w 1996 roku. Później zostałem jego osobistym asystentem. Uważam go za bohatera. Jest jedną z najstarszych na świecie osób z paraliżem od szyi w dół. Jako niespełna czternastolatek doznał urazu kręgosłupa podczas nurkowania i dorastał w klinice, gdzie rehabilitowano ciężko rannych weteranów wojny w Wietnamie. Duane zdecydował, że trwałe kalectwo i egzystencja na elektrycznym wózku inwalidzkim nie powstrzymają go od pracy nad uchwaleniem ustawy o niepełnosprawnościach. Od tamtej pory prowadził oddziały rządowe spieszące z pomocą potrzebującym.

Duane walczył o każdy oddech, kiedy przenoszono go na oddział intensywnej terapii. Jego partnerka Kelly, asystent Sakhum i ja czuwaliśmy na zmianę przy jego łóżku po dwanaście godzin. W ciągu pierwszych trzech tygodni każdy zaaplikowany antybiotyk zawiódł. Tętno Duane’a przekraczało sto uderzeń na minutę. Jadł bardzo mało i coraz częściej zakładano mu maskę do oddychania.

Wiedząc, jak niewielkie ma szanse na powrót do zdrowia, poświęcałem mu całą swoją uwagę. Gdy spał, obserwowałem, jak unosi się i opada jego klatka piersiowa – cieszyłem się z tego, że wciąż żyje. Tę świadomość zabierałem potem ze sobą do domu Kelly i Duane’a, gdzie w gościnnym pokoju regenerowałem siły. Mój przyjaciel nie przestawał gasnąć, przez co każda spędzona z nim chwila stanowiła bezcenny podarunek. Nie było na Ziemi ważniejszego miejsca od szpitalnej sali, w której leżał. Serce mi krwawiło, ale nie chciałem przegapić ani jednej sekundy jego życia. Nie miałem pojęcia, czy wygra z chorobą, jednak fakt ten tracił na znaczeniu, ponieważ liczył się ten wspólny moment. Stan Duane’a pogorszył się. Wyglądało na to, że nic tego nie zmieni. Pielęgniarka podawała mu morfinę, aby ułatwić oddychanie…

Mój mentor szczęśliwie wyzdrowiał, lecz pamięć o opisanym doświadczeniu nie opuszczała mnie w trakcie pisania tej książki. Rozmyślając o tym, co dzieje się z planetą, rozumiem, że nasza relacja z Ziemią powinna teraz przypominać moją bliskość z Duane’m. Byłem przekonany, że tracę najlepszego przyjaciela – chciałem wyznać mu wszystko, co leżało mi na sercu, naprawić błędy, wyjaśnić każde nieporozumienie. Obserwując umierającą Ziemię, możemy zadać sobie pytanie: Czego oczekuje ode mnie ta pora? Mnich buddyjski Thich Nhat Hanh napisał, że najcenniejszym darem, jaki możemy ofiarować innym, jest nasza obecność. Kiedy naszym baczeniem obejmiemy tych, których kochamy, rozkwitniemy niczym kwiaty. Przyrodę możemy poznać, pokochać i otoczyć opieką jedynie poprzez pielęgnowanie takiej bliskości. Odzyskawszy ją, zaczniemy rozpoznawać wagę i konsekwencje utraty ziemskiego lodu, gatunków i biosfery. Od bardzo dawna egzystujemy w świecie, w którym większość ludzi zbyt późno reflektuje się, że nigdy nie poznała uczucia podobnej miłości i więzi.

Przez dziesięciolecia wielu z nas przymykało oczy na to, co nasz gatunek wyrządza planecie. Teraz, gdy trwa prawdopodobna agonia Ziemi, być może jesteśmy gotowi stanąć w obronie tego, co kochamy. Podążanie za wewnętrznymi wskazówkami może sprawić, że stawimy czoła straszliwej perspektywie. Podjęcie działań wiąże się z nadzwyczajną zewnętrzną i wewnętrzną odwagą. Dary, jakie niesie ze sobą obecna sytuacja, mogą zainicjować zmianę politycznej tożsamości, zamiarów i świadomości.

Nie wiadomo, czy upadek biosfery będzie całkowity. Przyszłość jest niepewna. Biorąc pod uwagę fakt, że szybki wzrost atmosferycznych koncentracji dwutlenku węgla zbiegał się w przeszłości z wielkimi wymieraniami planetarnymi, grozi nam wyginięcie. Jak powinniśmy wykorzystać czas, który pozostał? Thich Nhat Hanh przypomina o wartości bycia świadkiem tego, czego doświadcza Ziemia: Kiedy twoja ukochana osoba cierpi, musisz dostrzec jej ból, niepokój i zmartwienia. Robiąc tylko tyle, zapewniasz już częściowe ukojenie.

Dahr Jamail z dr. Thomasem Levejoy’em (Obozowisko 41 w Amazonii, Brazylia)

Przygotowując książkową relację o katastrofalnych skutkach zaburzenia klimatu, udałem się na pierwszą linię rozpadu geo- i biosfery, przeprowadziłem liczne wywiady, streściłem niemal apokaliptyczne scenariusze szybkiego rozmrożenia wiecznej zmarzliny, emisji metanu do atmosfery, zalania przybrzeżnych miast, potencjalnej zagłady miliardów ludzi w nieodległej przyszłości. Chociaż nauczyłem się śledzić wydarzenia w sposób konsekwentny, wpadłem w głęboką depresję i zacząłem się zastanawiać, czy ich opisywanie nie jest pozbawione sensu.

Miałem nadzieję, że moja praca w Iraku przyczyni się do zakończenia amerykańskiej okupacji tego kraju. Miałem też nadzieję, że moje depesze o klimacie i bombardowanie ludzi wynikami badań i prognoz wyrwie ich z letargu, uświadomi skalę planetarnej tragedii. Bardzo trudno było mi zrezygnować z tej nadziei. Zrozumiałem jednak, że to ona blokuje większą potrzebę odczuwania żalu, tak więc rezygnacja z nadziei stała się koniecznością.

Po powrocie do domu z Denali musiałem znaleźć sposób na zrównoważenie tego, czego doświadczyłem. Wznowiłem weekendowe wyprawy do położonego opodal Olimpijskiego Parku Narodowego. Przywołany przez góry, wędrowałem przez stare lasy ku alpejskim jeziorom, otoczonym przez poszarpane szczyty. Wspinając się po stromym, skalistym zboczu w stronę kolejnego wzniesienia, przysiadłem na klifowej półce, by posilić się suszonym łososiem, orzechami i kawą. Wdychałem rozpościerający się przede mną widok: dolina biegnąca w kierunku Cieśniny Juan de Fuca, lodowiec Góry Carrie, kruk szybujący ponad nimi. Rozkoszowałem się każdą chwilą. Na kolejne wycieczki wiodła mnie chęć poznania innej góry, doliny. W domu czyściłem ekwipunek, uzupełniałem prowiant, po czym rozkładałem mapy i planowałem następną wędrówkę lub wspinaczkę. Są one moim odpowiednikiem czuwania przy cierpiącej Ziemi, oddawania jej czci i łączenia się z własnym smutkiem.

Wielkie wymieranie jest w toku. Nie ma sposobu na usunięcie ciepła, które wprowadziliśmy do oceanów, czy 40 miliardów ton dwutlenku węgla, które rokrocznie pompujemy do atmosfery. Nic nie zmieni biegu wypadków, a najgorsze konsekwencje dopiero nadejdą. Jak mamy z nimi się skonfrontować?

Nie chodzi o to, czy poniesiemy porażkę. Pytanie brzmi, w jakim stylu, powiedział wykładowca i pisarz Stephen Jenkinson, który przez dziesięciolecia zajmował się opieką paliatywną. Należy zapytać, jaką postać przybierze nasza nieumiejętność dbania o to, co zostało nam powierzone. Jenkinson, który prowadzi teraz zajęcia na temat żalu i akceptacji śmierci jako integralnej części życia, elokwentnie mówił o rozpaczy i zaburzeniu klimatu podczas wykładu, który wygłosił na kanadyjskim Uniwersytecie Simona Frasera w Vancouver. Nawiązując do faktu, iż nie zadbaliśmy o to, co nam powierzono, dał do zrozumienia, że czas na zmianę naszego zbiorowego postępowania minął dawno temu. Żal domaga się, byśmy dobrze znali porę, która nastała, dodał Jenkinson. Wielkim wrogiem żalu jest nadzieja. Nadzieja to ośmioliterowe słowo upodobane przez tych ludzi, którzy nie chcą widzieć rzeczy takimi, jakie są. Ten czas wymaga, byśmy byli wolni od nadziei – byśmy przebili się przez fałszywy wybór między pełnią nadziei i beznadzieją. Są one dwiema stronami tego samego oszustwa. Żal jest niezbędny, aby żyć dalej.

Za każdym razem, kiedy nowe badanie ujawnia przyspieszające tempo wzrostu poziomu morza, topnienia lodu na Oceanie Arktycznym lub wymierania gatunków, ubolewam nad tym, jak traktowaliśmy i traktujemy planetę. Nieustający proces oswajania żalu przypomina odkrywanie kolejnych warstw – zawsze jest więcej do zrobienia, ponieważ dramat trwa. Po drodze porzuciłem swoje przywiązanie do rezultatów wykonywanej pracy. Jestem wolny od nadziei.

Gotowość, by żyć bez nadziei pozwala mi akceptować druzgocącą prawdę o naszej sytuacji. Zdolności do opłakiwania losu Ziemi towarzyszy teraz wdzięczność – doceniam najmniejsze, najbardziej przyziemne rzeczy. Żal jest także sposobem na uhonorowanie tego, co bezpowrotnie odchodzi. Wyrażony głośno żal z powodu utraty kogoś bliskiego, macierzy lub domu jest największym uznaniem, jakie moglibyśmy im ofiarować, pisze myśliciel, autor i nauczyciel Martín Prechtel. Żal stanowi wyraz uznania, gdyż w ten naturalny sposób miłość oddaje cześć temu, za czym tęskni. Moja akceptacja naszego prawdopodobnego schyłku otworzyła mnie na bliższą i głębszą relację z samym życiem. Jej ceną jest pokonywanie przestrzeni żalu, przeprawa na drugą stronę. Oznacza to odkrywanie żarliwej miłości do Ziemi, o którą nigdy siebie nie podejrzewałem. Oznacza to również odkrywanie przyrodzonej inteligencji serca. Choć jestem pogrążony w żalu, bardziej niż kiedykolwiek czuję, że żyję. Przekonałem się, że możliwe jest dotarcie do miejsca, gdzie akceptacja i wewnętrzny spokój współistnieją z żalem i cierpieniem.

Wierzę, że ten żal jest udziałem wszystkich, aczkolwiek większość ludzi nie jest go świadoma. Zastąpiły go antydepresanty na receptę i przeróżne metody samoleczenia.

Dobre życie obejmuje teraz zadośćuczynienie za krzywdy wyrządzane Ziemi. Może przybrać ono formę wdzięczności za każdy kęs pokarmu, każdy strzęp ubrania, każdy pierwiastek w naszym ciele, który ofiarowała nam planeta. Dobre życie to także dokonanie osobistej przemiany, by egzystować we wspólnocie z pokrewnymi duszami, w zgodzie z tym, co nas otacza.

Nadzieją nie jest przekonanie, że coś się dobrze skończy, tłumaczył czeski dysydent i literat Václav Havel, tylko pewność, że coś jest warte zachodu bez względu na ostateczny wynik. Napisanie tej książki jest moją próbą świadczenia o tym, co robimy z Ziemią. Właśnie tak pragnę oddać jej cześć i spożytkować czas, jaki nam pozostał. Dźwigania żalu nie ułatwia upływ kolejnych miesięcy. Doniesienia o stratach piętrzą się nieubłaganie. Bez reszty oddaję się swojej pracy, choć wiem, że nie powstrzymam tej fali. Lepszej służby zaoferować nie potrafię. Będę całym sobą czuwał przy Ziemi – niezależnie od okoliczności, do końca.

Artykuły Dahra Jamaila pojawiły się na stronach Inter Press Service, The Sunday Herald (Szkocja), The Guardian, Foreign Policy in Focus, Le Monde, Le Monde Diplomatique, The Huffington Post, The Nation, The Independent i Al Jazeery. Wielokrotnie komentował aktualne wydarzenia jako gość BBC, NPR oraz innych międzynarodowych sieci informacyjnych. Odważna, demaskatorska twórczość przyniosła Dahrowi wiele nagród, w tym Izzy Award w 2018 r. za wybitne osiągnięcia dziennikarskie w kategorii mediów niezależnych. Jurorzy docenili jego „przełomową, wnikliwą działalność sprawozdawczą w 2017 r., która obnażyła konsekwencje militaryzmu i zagrożeń dla przyrody”.

Wywiad z Dahrem Jamailem.

Tłum. exignorant

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Poza nadzieją. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.