Prawdziwa kultura ludzka

Czwarta część rozmowy ze Stephenen Jenkinsonem – nauczycielem, pisarzem, aktywistą duchowym, rzeźbiarzem, muzykiem i rolnikiem.

Zanim przejdziemy do kwestii zmiany kultury, zapytajmy, czy na poziomie indywidualnym potrafimy zmienić siebie. Brygada samopomocy – autorzy i wydawcy poradników – chwyta się tej zdolności jako najnowszej, największej naszej nadziei. Dopóki nie zmienię siebie… Podobne zapewnienia moglibyśmy przytaczać przez piętnaście minut. Niezmienione „ja” nie zmienia postępowania, zatem muszę zmienić siebie, zmienić swój sposób myślenia, pracować nad sobą itd.

Nasuwa się pytanie: Skoro masz zamiar poddać swój umysł przemianie, to gdzie on się znajduje? Jaka jest twoja z nim relacja? Która część ciebie mimo wszystko nie wymaga transformacji? Kto będzie nadzorował jej przebieg? Kto podyktuje jej charakter? Usiłuję powiedzieć, że każda część ciebie doświadczy zamierzonego przeobrażenia, łącznie z twoim zrozumieniem tego, co należy zmienić.

Takie uświadomienie wprawia w niemałe zakłopotanie. Ujmijmy to inaczej: przemysł produkujący rozwiązania reprezentuje tę samą branżę, która stworzyła dylemat i teraz przedkłada propozycje naprawy. Rozumowanie, które cechuje patologiczne uzależnienie od naprawiania, nie jest specjalne zasmucone i przejęte tym, co tej naprawy wymaga. Zespół The Who śpiewał w latach 70.: Poznaj nowego szefa, nie różni się od starego. Taki charakter miały, mają i będą miały wszystkie „rozwiązania”.

Pytajmy nie o to, jak zmienia się kulturę, tylko jak ją się tworzy. Nie jest ona czymś nieuniknionym, nie pojawia się naturalnie jak chmury za oknem. Stanowi osiągnięcie na skalę człowieczą – to wypadkowa określonego postępowania bliżej nieokreślonej, „magicznej” liczby osób. Proces sprowadza się mniej więcej do tego: grupa ludzi gotowa jest mieć baczenie na skutki, jakie niesie za sobą jej wspólne życie w danej lokalizacji. Tym jest kultura.

Wiem, że nie brzmi to jak osiągnięcie. Wiem, że trudno jest sobie wyobrazić, że głównym atrybutem prawdziwej kultury może być chęć uznania ogromnego wpływu, jaki wywiera na obszar, na którym się osiedliła. Osiągnięciem jest rozpoznanie i głębokie zrozumienie, iż nasze miejsce bytowania posiada dno – jest ograniczone w czasie i przestrzeni, nie może nas karmić i pielęgnować bez końca.

Kiedyś wszyscy byli przekonani, że dysponujemy bezmiarem ropy. Na jakiej podstawie można było wyciągnąć taki wniosek? Wskazywał na to sposób zachowania członków społeczeństw. Każda decyzja dotycząca zakupów czy planowania przestrzennego opierała się na założeniu, że taniej, łatwo dostępnej nafty o wysokiej jakości nigdy nie zabraknie. Oczywiście jest ono ewidentnie fałszywe. Jednak wielu spośród tych, którzyzaznajomili się” z owym faktem, nie skorygowało swoich poczynań. Z wodą było podobnie.

Skąd wzięło się przekonanie, że to, co pozwala nam istnieć – podtrzymuje naszą egzystencję w sensie najgłębszym – nie ma granic? Mamy tu do czynienia z uprzedzeniem, które zrodził monoteizm. Wszędzie tam, gdzie świat musiał go znosić, nadrzędną była idea, iż w swojej naturze boskość jest nieograniczona, bezdenna i wszechmocna.

Gdybyśmy zrehabilitowali nasze zrozumienie tego, czym jest boskość, uwzględnili w nim jej granice, zmiana kulturowa mogłaby nastąpić. Bez spełnienia rzeczonego warunku szansy na dobrowolną, świadomą metamorfozę i uniknięcie samozniszczenia zwyczajnie nie ma. Kultura nieustannie szepce: Nie musimy umierać, nie musimy chorować, zawsze możemy liczyć na więcej, możemy wynieść się na Marsa. Ten przekaz nie zna pokory. Ta idea nie ustąpi. Gwarantują to również okrągłe sumy przeznaczane na badania i rozwój (ang. RnD – Research and Development). A przecież żyjemy w krainie, którą zbudowały pieniądze na badania i rozwój. Status quo jest konsekwencją dużych budżetów zapewnianych rządowym i korporacyjnym departamentom badań i rozwoju.

Czy ktoś podlicza rachunek? Jak do tej pory sprawdza się rzekomy brak granic? Jakie są efekty tego, że możemy wszystko? Apologeci odeprą: Wciąż się doskonalimy, stać nas na więcej. Po prostu wydaliśmy za mało dolarów na badania i rozwój. Popłyną słowa dobrze znanej śpiewki…

Wyobraźmy sobie, że dotarliśmy na skraj samodoskonalenia, czego wyrazem jest otaczający świat, który mamy zamiar oddać nowo narodzonym. Wyobraźmy sobie, że stworzyliśmy antytezę głębokiej kultury ludzkiej. Zachowanie prawdziwej kultury ludzkiej determinuje świadomość, iż ma ona zobowiązania nie tylko wobec nienarodzonych jeszcze ludzi, lecz także wobec wszelkich form życia, które dopiero nadejdą. Gdybyśmy potrafili tak żyć, to by było coś.

Stephen Jenkinson zrewolucjonizował pojmowanie śmierci w Kanadzie i Ameryce Północnej. Jako dyrektor programu badań w jednym z czołowych kanadyjskich szpitali oraz adiunkt na znanej kanadyjskiej uczelni medycznej, prowadził konsultacje na rzecz opieki paliatywnej i hospicjów. Przez wiele lat pracował z osobami umierającymi i ich rodzinami. Dzisiaj prowadzi Orphan Wisdom Schooldom nauczania i uczenia się głębokiego życia i tworzenia kultury zakorzenionej w historii, czerpiącej z mądrości przodków, ludów rdzennych. Stephen ukończył Uniwersytet Harvarda (teologia) i Uniwersytet w Toronto (praca społeczna).

Wcześniejsze części rozmowy: Praktykując żal, Przejawy kulturowego lęku przed śmiercią, Tyrania nadziei

Tłum. exignorant

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Poza nadzieją. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.