Największe wyzwanie

Autorem poniższego eseju jest Roy Scranton, amerykański pisarz i poeta. W 2002 r. zaciągnął się do Armii USA. Przez czternaście miesięcy służył w Iraku. O swoim wojennym doświadczeniu napisał: „Byłem czynnikiem historycznym w ogromnym, nikczemnym przedsięwzięciu, którym była okupacja Iraku. Sprzedałem się za dumę, z jaką wypełniałem swoje żołnierskie obowiązki, i za krwawe pieniądze, które opłaciły moje czesne”. Jego najnowsza książka nosi tytuł „Jesteśmy skazani na zagładę. Co teraz?” (We’re Doomed. Now What?, 2018).

Kiedy przekraczałem granice Iraku tuż po inwazji w 2003 r., miałem wrażenie, że wjeżdżam w przyszłość. Nasz konwój był w ruchu przez cały dzień i noc. Mijaliśmy punkty kontrolne armii i dymiące szkielety wozów pancernych. W stalowym błękicie świtu z pustyni wynurzył się Bagdad niczym wizja piekła: płomienie lizały niebo sine szczytami rafineryjnych wież – cyklopowych monumentów, które pęczniały oparte o horyzont – a zrujnowane wiadukty opadały na zdruzgotane przedmieścia, zbombardowane fabryki i wąskie starożytne ulice.

Bomby spadały na Bagdad w blasku dnia i w mroku nocy. Oglądałeś to w telewizji, słuchałeś tego w radiu, obserwowałeś to z dachu i poziomu ulicy: żołnierze i cywile ze spalonymi kończynami, połamani przez bryły żelbetu, ich wnętrzności wylewające się na chodnik; rozerwane ściany budynków mieszkalnych i koszarów. Baasiści i islamiści, komuniści i demokraci, sklepikarze, krawcy, robotnicy, pielęgniarki, nauczyciele – wszyscy szukający schronienia w ciemnych norach, w których czekała na nich śmierć. Wielu z nich umarło – niektórzy powoli, wskutek chorób i infekcji, inni szybko, w rozbłyskach światła, w plątaninie stali i chmurach pyłu, zmiażdżeni przez największą armię świata. „Szokując i trwożąc” rozpętaliśmy koniec świata w mieście liczącym sześć milionów ludzi. Infrastruktura przestała funkcjonować: chaos i samowola zawładnęły dostawami wody i energii, ruchem ulicznym, handlem i bezpieczeństwem. Świecka klasa średnia metropolii ginęła w uścisku gangsterów, spekulantów, fundamentalistów i żołdaków. Rząd upadał, mury rosły, wytyczano plemienne granice i ustalano brutalne hierarchie.

Byłem szeregowcem. Ten obcy, kruchy świat miał być moim nowym domem. Nie wiedziałem, jak długo w nim przetrwam. Dwa i pół roku później, po bezpiecznym powrocie do Fort Sill w Oklahomie, myślałem, że mi się udało. Potem zobaczyłem, jak huragan Katrina uderzył w Nowy Orlean. Tym razem to pogoda wywołała „szok i trwogę”, ale obserwowałem pandemonium znane mi z Bagdadu. Po wylądowaniu 82 Brygada Powietrznodesantowa przejęła strategiczne punkty i patrolowała ulice, gdzie obowiązywał de facto stan wojenny. Moja jednostka była gotowa do interwencji na wypadek zamieszek. Ponura przyszłość, której doświadczyłem w stolicy Iraku, dopadła mnie w rodzinnych stronach. Przyczyną nie był terroryzm i broń masowego rażenia. Paraliż i rozpad cywilizacji spowodowała zniszczona infrastruktura. System nie zdołał wytrzymać takiego wstrząsu.

Ta przyszłość już nadeszła. Nie unikniemy załamania sieci rolniczych, żeglugowych i energetycznych [od których zależy globalna gospodarka], wymierania [które ogarnęło biosferę] i naszego gatunkowego wyginięcia. Żyjemy w nowej epoce nazywanej antropocenem, ponieważ Homo sapiens stał się siłą geologiczną i gwałtownie zmienił kondycję Ziemi. Największe wyzwanie, jakie niesie to wydarzenie, identyfikują te oto pytania: Co znaczy „być człowiekiem”? Co znaczy „żyć”? Jakie znaczenie ma moje życie w obliczu śmierci? Jakie znaczenie ma pojedyncze życie w świetle agonii cywilizacji globalnej i całego gatunku? Jak mogę dokonać sensownych wyborów w cieniu niechybnego końca? Próżno by szukać logicznych czy empirycznych odpowiedzi. Są to dylematy filozoficzne par excellence. Wielu myślicieli, w tym Cyceron, Montaigne, Karl Jaspers i Simon Critchley, argumentowało, iż studiowanie filozofii jest w istocie uczeniem się sztuki umierania. Jeżeli to prawda, to wkroczyliśmy w najbardziej filozoficzną erę w dziejach. Musimy nauczyć się, jak umierać nie jako jednostki, lecz jako cywilizacja.

Huragan Maria z 2017 r. zabił w Puerto Rico tysiące ludzi (fot. Karl Vick)

Uczenie się umierania nie jest rzeczą prostą. W Iraku sama idea budziła we mnie przerażenie. Bagdad postrzegałem jako miejsce szalenie niebezpieczne, chociaż statystyka zapewniała o moim bezpieczeństwie. Snajperzy brali nas na cel, byliśmy ostrzeliwani pociskami moździerzowymi, autostrady faszerowano improwizowanymi ładunkami wybuchowymi. Jednak moje ciało osłaniał trudny do spenetrowania pancerz, naszym oddziałem opiekował się świetny medyk, a wszyscy należeliśmy do najpotężniejszej armii w historii świata. Prawdopodobieństwo, że wrócę do swoich bliskich było duże. Być może odniosę rany, ale przeżyję. Mimo tej świadomości moje codzienne przejazdy pośród zgliszcz zmaltretowanego miasta były spojrzeniem w ciemne pustkowie przyszłości. Dla żołnierza śmierć jest przyszłością, którą przydziela mu jego zawód, napisała Simone Weil w swoim niezwykłym studium wojny pt. „Iliada, czyli poemat o sile”. Jednakże natura opiera się koncepcji śmierci jako przyszłości. Gdy doświadczenie wojny uwidoczni możliwość utraty życia, którą niesie ze sobą każda chwila, nasze myśli nie mogą podróżować przez kolejne dni nie napotykając oblicza śmierci. To oblicze odbijało się w moim lustrze, a jego spojrzenie niemal mnie sparaliżowało.

Pomogły mi słowa zalecenia zaczerpniętego z „Hagakure”, podręcznika samuraja z XVIII w. pióra Yamamoto Tsunetomo: Medytacji nad nieuchronną śmiercią winniśmy oddawać się codziennie. Zamiast obawiać się swojego końca, uznałem go i oswoiłem. Każdego ranka wyobrażam sobie, iż zostałem wysadzony w powietrze przez przydrożną minę, zastrzelony przez snajpera, strawiony przez ogień, przejechany przez czołg, rozszarpany przez psy, schwytany i ścięty, zabity przez dyzenterię. Zanim opuściłem bazę, powtarzałem sobie, że nie muszę się martwić, bo jestem trupem. Praktykując odpowiednie nastawienie za dnia i w nocy, możesz uzyskać wolność – żyj tak, jakby twoje ciało było już martwe, radził Tsunetomo. Przez służbę w Iraku przebrnąłem medytując o kresie swojej egzystencji. Kiedy opuściłem Irak i wróciłem do Stanów, zdawało mi się, że zostawiłem tę przyszłość za sobą. Koszmarne pokłosie huraganów szybko wyprowadziło mnie z błędu. Teraz patrzę w naszą przyszłość w antropocenie i widzę zalany Manhattan, zamieszki żywnościowe i uchodźców klimatycznych. Widzę 82 Brygadę strzelającą do szabrowników. Widzę przerwane dostawy prądu, rozbite porty, wycieki z elektrowni jądrowych i pandemie. Widzę Bagdad. Widzę obcy, kruchy świat – nasz nowy dom.

Ludzka psyche w sposób naturalny buntuje się przeciwko wyobrażeniu własnego końca. Dawne cywilizacje podobnie maszerowały na oślep ku katastrofie, ponieważ człowiek wierzy, że jutro zawsze będzie przypominać dzisiaj. Myślenie o prowadzonym stylu życia, chwili obecnej czy panującym porządku rzeczy jako niestabilnym i ulotnym uchodzi za coś nienaturalnego. Nasze dzisiejsze działania globalne świadczą o powszechnym przekonaniu, iż możemy powielać dotychczasowe wzory postępowania w nieskończoność: spalać ropę naftową, zatruwać morza, trzebić gatunki, pompować do atmosfery węgiel, ignorować ostrzeżenia i mechanicznie wysyłać niekończące się tweety w naszym pulsującym, cyfrowym imaginarium. Rzeczywistość zmiany klimatu będzie coraz częściej zakłócać nasze fantazje o wiecznym wzroście, permanentnych innowacjach i niewyczerpanej energii, tak jak rzeczywistość śmiertelności zakłóca naszą pospolitą wiarę w trwanie bez końca.

Największy problem związany ze zmianą klimatu nie dotyczy ewakuacji mieszkańców wybrzeży czy planowania wojny o wodę; nie da się go rozwiązać zakupem auta hybrydowego, wyłączaniem klimatyzacji lub podpisaniem międzynarodowego traktatu. Otóż jest nim zrozumienie, że cywilizacja już zgasła. Im rychlej skonfrontujemy się z tą perspektywą, tym wcześniej zdamy sobie sprawę, iż żadne z podejmowanych starań nas nie ocali. Tylko wtedy bezzwłocznie i ze śmiertelną pokorą zabierzemy się za ciężką pracę przystosowywania się do nowych realiów. Wybór jest czytelny. Możemy udawać, że jutro będzie kopią wczoraj, pomijać przygotowania na ciosy kolejnych kataklizmów i coraz bardziej rozpaczliwie inwestować w model egzystencji, który jest nie do utrzymania. Możemy też nauczyć się traktować każdy dzień jak śmierć wszystkiego, co go poprzedziło i tym samym uzyskać wolność, by bez lęku i przywiązania do rezultatu stawić czoła bolączkom zabójczej teraźniejszości.

Jeśli chcemy nauczyć się żyć w antropocenie, najpierw musimy nauczyć się w nim umrzeć.

Tłumaczenie: exignorant

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Poza nadzieją. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.