Ewolucja poparcia USA dla Izraela

Fragment rozmowy z Noamem Chomsky’m wybitnym lingwistą, myślicielem politycznym, krytykiem społecznym, działaczem antywojennym, znawcą mediów i dziennikarzem.

Większość zbrodni i naruszeń prawa międzynarodowego, których dopuszcza się Izrael, ma pełnomocnictwo Stanów Zjednoczonych.

Ten opisowy komentarz nie jest kontrowersyjny. USA zawetowały przytłaczającą większość rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ potępiających izraelskie zbrodnie i okrucieństwa. USA nie pozwoliły na wezwanie Izraela do zaprzestania agresji. Należy zapytać, dlaczego tak się dzieje. Identyfikacja źródeł poparcia dla tego oficjalnego stanowiska Waszyngtonu pomoże nam w wyjaśnieniu tej kwestii.

Historyczny bieg wypadków jest względnie czytelny. Do 1967 r. stosunki między oboma krajami nie różniły się znacząco od kontaktów między innymi mocarstwami. Izrael był darzony sympatią. Stał za tym m.in. syjonizm chrześcijański, który jest potęgą – pod względem liczby zwolenników przewyższa nawet syjonizm żydowski. Człowiek wychowany w tradycji chrześcijańskiej – przykładowo były prezydent Harry Truman – nie kwestionował biblijnych instrukcji, zgodnie z którymi Bóg sprezentował ziemię palestyńską Żydom. Pogląd ten podziela duża część populacji Ameryki. Zdeklarowanych wyznawców jest tu zdecydowanie więcej niż w jakikolwiek innym państwie. To zaledwie jeden z kilku czynników.

Zasadnicza zmiana w relacjach miała miejsce w 1967 r. Wystarczy sprawdzić, jak bardzo wzrosła wówczas amerykańska pomoc pieniężna dla Izraela. Podejście społeczności intelektualnej – mediów, komentatorów itd. – zastąpiło swój brak zainteresowania Izraelem, a czasem nawet awersję wobec niego, na entuzjastyczną aprobatę. Co się wydarzyło w 1967 r.? Otóż Izrael zniszczył kolebkę świeckiego nacjonalizmu arabskiego – Egipt pod rządami Nasera. Był on traktowany jako wróg Zachodu. Warto przypomnieć, że toczył się wtedy konflikt między siłami radykalnego fundamentalizmu islamskiego, skupionymi w Arabii Saudyjskiej – gdzie zalega najwięcej ropy naftowej – a świeckim nacjonalizmem arabskim, skoncentrowanym w Egipcie. Kraje te prowadziły w rzeczywistości wojnę zastępczą w Jemenie. Stany Zjednoczone i Wielka Brytania konsekwentnie wspierały fanatyków muzułmańskich, czyli Saudyjczyków. Świecki nacjonalizm Nasera uważano za wielkie zagrożenie, ponieważ mógł dążyć do przejęcia nafty Bliskiego Wschodu i wykorzystania jej do celów służących rozwojowi regionu. Stany Zjednoczone i ich sojusznicy utraciliby centralną kontrolę nad zasobami, która gwarantowała ich swobodną eksploatację.

Gamal Abdel Naser

Izrael skutecznie rozbił nacjonalistyczny ruch arabski. Wyczyn ten uznano za istotny wkład w strategię geopolityczną zarówno Stanów Zjednoczonych, jak i Arabii Saudyjskiej. Poparcie dla Izraela – materialne, dyplomatyczne i inne – odnotowało gwałtowny wzrost. W 1970 r. nastąpił kolejny przełom. Armia dyktatury jordańskiej, sprzymierzonej z Waszyngtonem, zmasakrowała Palestyńczyków podczas Czarnego Września. Rzeź dostała zielone światło od Białego Domu. Wyglądało na to, iż w obronie ofiar stanie Syria i swoją interwencją powstrzyma atak Haszymidów. USA nie chciały do niej dopuścić, ponieważ byłaby nie tylko zagrożeniem dla Jordanii, lecz także dla Arabii Saudyjskiej, klejnotu w koronie.

Waszyngton sam nie mógł wykazać się inicjatywą, ponieważ rozpętał piekło w Azji Południowo-Wschodniej – właśnie zakończył bombardowanie Laosu i Kambodży. Nasi przywódcy poprosili więc Izrael o to, by zmobilizował siły wojskowe i pogróżkami zmusił Syrię do wycofania. Plan poskutkował. Syryjczycy odstąpili od swoich zamiarów. Był to kolejny podarunek dla władz Ameryki, które zrewanżowały się władzom Izraela mniej więcej czterokrotnym zwiększeniem pomocy finansowej. W owym czasie sformułowano też tzw. Doktrynę Nixona.

Zgodnie z jej treścią Stany Zjednoczone oczywiście muszą nadal kontrolować ropę Bliskiego Wschodu, ale tym razem za pośrednictwem lokalnych sojuszników. Sekretarz obrony Melvin Laird określił ich mianem „gliniarzy na służbie”. Zadaniem tej grupy była i jest ochrona dyktatur arabskich przed ich własnymi obywatelami oraz niebezpieczeństwem z zewnątrz. „Główna komenda policji” znajduje się w Waszyngtonie. Role regionalnych żandarmów odgrywał wówczas Iran, zarządzany przez zatwierdzonego w Białym Domu szacha, Turcja, częściowo Pakistan. Do patrolu dołączył Izrael. Tego miejscowego funkcjonariusza nazywa się czasem „strategią peryferyjną”: państwa niearabskie bronią teokracji arabskich przed tzw. nacjonalizmem radykalnym, inaczej niezależnym, który pragnie wykorzystywać surowce naturalne do celów krajowych.

Ta struktura przetrwała w niezmienionej formie lata 70. XX wieku. W 1979 r. osłabiła ją utrata Iranu – szach został obalony przez rewolucję islamską Chomeiniego. USA próbowały później kilkakrotnie wyrwać państwo z rąk wrogich kleryków m.in. popierając inwazję Iraku – którym niepodzielnie władał Saddam Husajn – na Iran. Skoro było o jednego glinę mniej, Izrael umocnił swoją pozycję. Ponadto świadczył partnerom amerykańskim usługi pomocnicze w innych częściach świata. Na czym polegały? W latach 80. Kongres Stanów Zjednoczonych w odpowiedzi na presję opinii publicznej mniej energicznie udzielał administracji Ronalda Reagana zgody na finansowanie i zbrojenie brutalnych dyktatur. Prezydent nie mógł bezpośrednio pomagać chociażby rządowi Gwatemali, który dopuszczał się ludobójstwa na wyżynnych obszarach kraju, czy Republice Południowej Afryki, w której panował brutalny system apartheidu. Biały Dom potrzebował sieci usłużnych państw terrorystycznych, by ominąć Kongres i inne ograniczenia. Zwrócił się zatem do Tajwanu, Wielkiej Brytanii i w szczególności do Izraela. Tel Awiw po raz kolejny nie zawiódł.

Od tamtej pory w zasadzie nic się nie zmieniło. Kto najżarliwiej przyklaskuje poczynaniom Izraela? Przyjrzyjmy się gazetom. Najwścieklej proizraelskim periodykiem w tym kraju jest Wall Street Journal. To dziennik świata biznesu, tak więc odzwierciedla jego stosunek wobec Izraela. Branża technologii zaawansowanych sporo tam inwestuje. Amerykański przemysł wojskowy jest zintegrowany z izraelskim. Bazuje na rozbudowanej sieci interakcji. Na przykład Intel buduje w Izraelu kolejną fabrykę, w którym opracowywana będzie nowa generacja chipów. Nic dziwnego, że najważniejsze wydawnictwo społeczności biznesowej Ameryki sprzyja izraelskiej ekspansji i wzrostowi jej wpływów. Rozważmy teraz zapatrywania i postępowanie dwóch głównych partii politycznych. Większość żydowskich pieniędzy trafia do Demokratów i większość amerykańskich Żydów głosuje na Demokratów. Ale to Partia Republikańska bardziej otwarcie sprzyja władzom Izraela i akceptuje jej zbrodnie. Sądzę, że jest to odbiciem ich bliższych kontaktów ze sferą biznesu i systemem militarnym. Istnieje również Amerykańsko-Izraelski Komitet Spraw Publicznych (AIPAC) – niezwykle wpływowe lobby żydowskie. W połączeniu ze wspomnianym syjonizmem chrześcijańskim wszystkie przedstawione elementy tworzą tło amerykańskiego wsparcia dla Izraela. Nie napotykają one praktycznie żadnej opozycji. Kogo obchodzi los Palestyńczyków? […]

Wojna w Syrii – w której izraelskie służby rządowe pomagają siłom dżihadu w likwidacji niesubordynowanego, współpracującego z Iranem reżimu w Damaszku – jest częścią strategii Izraela opisanej w latach 80. XX w. przez Odeda Yinona. Jej celem jest podzielenie Bliskiego Wschodu na małe państwa poprzez rozbicie nieposłusznych krajów arabskich. Plan jest silnie powiązany z myślą neokonserwatywną w Stanach Zjednoczonych. Establishment syjonistyczny dąży do powiększenia terytorium Izraela i uczynienia zeń potęgi imperialnej.

Donald Trump i Binjamin Netanjahu

Administracja Donalda Trumpa jest bezgranicznie oddana jego realizacji. Waszyngton nie stwarza już pozorów, że jest szczerym pokojowym mediatorem na Bliskim Wschodzie. Znaczną część dyplomatycznej odpowiedzialności za politykę regionalną prezydent USA scedował na swojego zięcia Jareda Kushnera. (Rodzina Kushnerów zarządza potężnym koncernem deweloperskim Kushner Companies LLC, jej członkowie wyznają ortodoksyjny judaizm. Osobistym przyjacielem Charlesa Kushnera, seniora rodu, jest obecny premier Izraela Binjamin Netanjahu. Kushnerowie przekazują środki na rzecz imperialnego projektu władz w Tel Awiwie. Jared stał na czele rodzinnej fundacji, która współfinansowała budowę nielegalnych osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu. Teraz dziedzic imperium Kushnerów pełni również rolę lobbysty Izraela w ONZ.) Na ambasadora USA w Izraelu Donald Trump wyznaczył Davida Friedmana, mecenasa specjalizującego się w bankructwach na Long Island. (Zasilał konto tego samego nielegalnego osiedla w Palestynie, co Kushnerowie.) Głównym bliskowschodnim wysłannikiem Białego Domu został Jason Greenblatt, absolwent Uniwersytetu w Yeshiva i prawnik zatrudniony przez Trump Organization. Funkcję doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego prezydent powierzył Johnowi Boltonowi. Ten neokonserwatywny polityk bronił „dobrego imienia” ideologii syjonistycznej na forum ONZ, był zagorzałym orędownikiem każdej z napaści, której dopuściły się Stany Zjednoczone i ich sojusznicy w ostatnim 30-leciu. Premier Netanjahu nazwał Boltona, który otwarcie nawołuje do ataku na Iran, „lojalnym przyjacielem Izraela”.

W takim składzie drużyna Trumpa uznała Jerozolimę za stolicę Izraela i przeniosła tam ambasadę USA, nie potępiła ostatniej masakry dokonanej przez żołnierzy izraelskich w Strefie Gazy, okroiła pomoc finansową dla Palestyńczyków mieszkających na okupowanych nielegalnie przez Izrael terenach Strefy Gazy i Zachodniego Brzegu Jordanu (fundusze trafiały m.in. do szpitali we Wschodniej Jerozolimie), na życzenie Izraela zerwała umowę nuklearną z Iranem (w swoim najnowszym raporcie Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej potwierdziła, że władze Iranu wzorowo dochowują jej warunków), wypowiedziała wojnę gospodarczą Iranowi narzucając jednostronnie sankcje na przemysł samochodowy, handel złotem i innymi metalami (wartość waluty kraju spada, a w listopadzie wejdą w życie kolejne sankcje, które uderzą w ubezpieczenia, transakcje banku centralnego i sektor energetyczny – Waszyngton przyrzekł Izraelowi, że zredukuje irański eksport ropy do poziomu bliskiego zeru), zapowiedziała, iż wojska inwazyjne USA nie opuszczą Syrii, mimo że przebywają tam łamiąc prawo międzynarodowe.

W 2001 r. w trakcie nieoficjalnego spotkania Binjamin Netanjahu powiedział, „Wiem, czym jest Ameryka. Można nią bardzo łatwo manewrować, przesuwać we właściwym kierunku”. Tym kierunkiem zdaje się być wojna regionalna.

Wpis powiązany tematycznie: Religijny ekstremizm w służbie kapitału

Opracowanie: exignorant

Ten wpis został opublikowany w kategorii Imperializm, militaryzm i [neo]kolonializm. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.