Iran na celowniku

Artykuł Johna Kiriakou, byłego oficera CIA, z 10 maja 2018.

W Centralnej Agencji Wywiadowczej (CIA) spędziłem prawie 15 lat. Myślę, że to doświadczenie czegoś mnie nauczyło. Dowiedziałem się, jak działa federalna biurokracja. Dowiedziałem się, że kowboje w rządzie – w samej CIA i pozostałych agencjach – mogą mieć niewyobrażalny wpływ na kształtowanie polityki zagranicznej. Dowiedziałem się, że CIA przesuwa granicę legalności, dopóki ktoś wysoki rangą nie wymusi jej wycofania. Dowiedziałem się, że CIA może prowadzić wojnę i nie brać pod uwagę jej ostatecznego rezultatu. Nigdy nie ma tzw. „strategii wyjścia”.

Dowiedziałem się tego wszystkiego z pierwszej ręki podczas przygotowań do inwazji na Irak. Wiosną 2002 r. byłem w Pakistanie, gdzie prowadziłem działania przeciwko Al-Kaidzie. Do centrali CIA wróciłem w maju. Zostałem poinformowany, że kilka miesięcy wcześniej w Białym Domu podjęto decyzję o inwazji na Irak. W osłupieniu zdołałem jedynie odpowiedzieć, „Ale nie złapaliśmy jeszcze bin Ladena”. Mój przełożony odparł, „Klamka zapadła. W lutym przyszłego roku zaatakujemy Irak, obalimy Saddama Husajna i na południu kraju otworzymy największą na świecie bazę lotniczą”. Po czym dodał: „Wystąpimy na forum Organizacji Narodów Zjednoczonych i będziemy udawać, że zależy nam na rezolucji Rady Bezpieczeństwa. Ale tak naprawdę decyzja jest już nieodwołalna”.

Niebawem sekretarz stanu Colin Powell zaczął podróżować po Europie i Bliskim Wschodzie, gdzie zabiegał o poparcie dla napaści. Udał się również do ONZ i argumentował, że Irak posiada broń masowego rażenia, co czyni obalenie rządu koniecznym, bo kraj bezpośrednio zagraża Stanom Zjednoczonym. Oskarżenia te zostały zbudowane na kłamstwach. Podjęto decyzję, wokół której spreparowano usprawiedliwiające ją „fakty”. Uważam, że to samo dzieje się teraz.

Powtórka z Iraku

Po pierwsze Donald Trump wielokrotnie powtarzał w trakcie kampanii prezydenckiej w 2016 r., że wycofa się ze Wspólnego Kompleksowego Planu Działania (JCPOA), zwanego również umową w sprawie sankcji irańskich. JCPOA pozwala międzynarodowym inspektorom na swobodny monitoring wszystkich irańskich obiektów związanych z energetyką jądrową. Kontrola ma zagwarantować, że kraj nie wzbogaca uranu i nie realizuje programu militarnego. W zamian państwa zachodnie zniosły sankcje, które blokowały Irańczykom dostęp do części zamiennych, leków i innych podstawowych środków codziennego użytku. Pomimo protestów ze strony środowiska konserwatystów, JCPOA działa bez zarzutu. Porządek inspekcji jest dokładnie taki sam, jak w przypadku Iraku – nadzór ONZ obowiązuje tam od dwóch dekad.

Od chwili zajęcia prezydenckiego fotela Trump podtrzymuje swoją antyirańską retorykę. Co więcej, dwa najważniejsze stanowiska w polityce zagranicznej powierzył zajadłym przeciwnikom Iranu: sekretarzem stanu został Mike Pompeo, były dyrektor CIA, natomiast funkcję doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego przejął John Bolton, były ambasador USA przy ONZ. Obaj panowie mówią wprost, że preferują „zmianę reżimu” w Iranie, czyli „rozwiązanie” zabronione przez prawo międzynarodowe.

Jednak najbardziej niepokojącym wydarzeniem jest faktyczny sojusz, jaki przeciwko Iranowi zawarły: Izrael, Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Bahrajn. Niedawna „prezentacja” izraelskiego premiera Benjamina Netanjahu na temat nieistniejącego „tajnego irańskiego programu broni nuklearnej” była żenującą kopią kłamliwego wystąpienia Powella przed Radą Bezpieczeństwa ONZ w 2003 r., w którym prelegent przekonywał świat o złowieszczych nuklearnych planach Iraku.

Znowu straszą zagrożeniem

Saudyjski książę koronny Muhammad bin Salman – ojciec chrzestny wojny prowadzonej przez Dom Saudów w Jemenie, będącej de facto wojną zastępczą z Iranem – niedawno uczestniczył w wielkim objeździe po Stanach Zjednoczonych i Europie, podczas którego ostrzegał na każdym kroku o „irańskim zagrożeniu”. Wypowiedzi oficjeli Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Bahrajnu są równie wrogie, jak proklamacje Saudyjczyków.

Tymczasem Kapitol milczy. Podobnie jak w 2002 r.

Mogę wam powiedzieć, że byłem uczestnikiem i świadkiem identycznego biegu wypadków. Nasz rząd przygotowuje grunt pod wojnę. Wypatrujcie kolejnych, potencjalnych oznak tej kampanii. Trump zacznie krzyczeć o „groźnym” Iranie. Stanie się to codzienną mantrą. Będzie argumentował, iż kraj zachowuje się antagonistycznie i bezpośrednio zagraża Stanom Zjednoczonym. Następnie Pompeo wybierze się ponownie na Bliski Wschód i do Europy, by zdobyć poparcie dla operacji militarnej. Potem Nikki Haley, ambasador USA przy ONZ, będzie wrzeszczeć przed Radą Bezpieczeństwa, że Waszyngton nie ma innego wyboru i musi chronić siebie i swoich sojuszników przed agresją Iranu. Ostatnim wyraźnym sygnałem nadchodzącej wojny będzie rozmieszczenie grup lotniskowców we wschodniej części Morza Śródziemnego, na Morzu Arabskim lub w Zatoce Perskiej. Oczywiście przynajmniej jedna z nich zawsze patroluje region, ale każda dodatkowa będzie jednoznaczną prowokacją.

Musimy gorliwie przeciwstawić się kolejnej wojnie wywołanej z wyboru. Nie możemy dać się zaskoczyć. Nigdy więcej.

Irańskie „zagrożenie”

Fragment artykułu Noama Chomsky’ego.

W zachodnich komentarzach politycznych i kręgach tworzących strategię polityczną Iran uważany jest za największe zagrożenie dla porządku światowego, a zatem musi być głównym przedmiotem zainteresowania amerykańskiej polityki zagranicznej. Europa grzecznie podziela ten sentyment. Czym dokładnie jest owo zagrożenie ze strony Iranu? Autorytatywnej odpowiedzi na to pytanie udziela Pentagon i agencje wywiadu USA. W raporcie o bezpieczeństwie globalnym jasno stwierdzają, że zagrożenie to nie ma charakteru militarnego. Autorzy konkludują, iż wydatki wojskowe Iranu są „względnie niskie w porównaniu z resztą regionu”. Doktryna militarna kraju jest ściśle „defensywna, ma na celu spowolnienie przyszłej inwazji i wymuszenie dyplomatycznego powstrzymania aktów agresji”. Iran ma „ograniczoną zdolność do wykorzystywania swoich sił poza granicami państwa”. Jeśli chodzi o opcję nuklearną, to „irański program energii atomowej i otwarta możliwość pozyskania broni jądrowej jest centralną częścią strategii odstraszania”.

Bezwzględna, klerykalna władza bez wątpienia zagraża obywatelom, ale nie przewyższa pod tym względem sojuszników USA. Prawdziwe niebezpieczeństwo leży gdzie indziej i jest ze wszech miar złowieszcze. Jego element stanowi potencjalna zdolność Iranu do odstraszania – inaczej korzystania z suwerenności – która może zakłócić swobodę działania Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie. Oczywiste jest, dlaczego Iranowi może zależeć na jej uzyskaniu; wystarczy spojrzeć na bazy wojskowe i arsenał nuklearny w regionie. Siedem lat temu izraelski historyk wojskowości Martin van Creveld napisał: „Świat widział, jak Stany Zjednoczone zaatakowały Irak. Okazało się, że powód był fałszywy. Gdyby Irańczycy definitywnie zrezygnowali z broni nuklearnej, byliby szaleni”, tym bardziej, że wisi nad nimi nieustająca groźba ataku, który byłby pogwałceniem Karty Narodów Zjednoczonych.

Irańskie zagrożenie wykracza poza kwestię odstraszania. Pentagon i wywiad podkreślają, że kraj dąży też do rozszerzenia swoich wpływów w państwach sąsiednich i tym samym „destabilizuje” region – termin techniczny stosowany w dyskursie o polityce zagranicznej. Amerykańska inwazja i okupacja wojskowa sąsiadów Iranu to „stabilizacja”. Wysiłki Iranu, by objąć ich swoim wpływem, jest „destabilizacją”, a więc jawnym aktem bezprawia. Takie użycie obu słów stało się rutyną. Zatem wybitny analityk polityki zagranicznej James Chace właściwie użył terminu „stabilność” w sensie technicznym, kiedy wyjaśnił, iż osiągnięcie „stabilności” w Chile wymagało „zdestabilizowania” kraju (poprzez obalenie wybranego demokratycznie rządu Allende i zainstalowanie dyktatury Pinocheta). Inne obawy dotyczące Iranu są równie interesującym przedmiotem dociekań, ale te przedstawione powyżej wystarczą, by ujawnić przewodnie zasady i ich status w kulturze imperialnej; jak akcentowali planiści Franklina Delano Roosevelta, kiedy rodził się współczesny system globalny, Stany Zjednoczone nie mogą tolerować „jakiegokolwiek przejawu suwerenności”, który koliduje z ich globalnym projektem. Kontrola nad zasobami energetycznymi Bliskiego Wschodu jest priorytetem planistów amerykańskich od czasów II wojny światowej – jeden z nich, A. A. Berle, podkreślał, że warunkuje ona „znaczną kontrolę nad światem”.

Stany Zjednoczone i Europa wspólnie karzą Iran za podkopywanie „stabilności”, ale warto przypomnieć, że są w tym osamotnione. Istnieje też coś takiego, co nosi nazwę „opinii światowej”. Które z państw stanowi w jej mniemaniu największe zagrożenie dla pokoju globalnego? Odpowiedź znamy z sondaży przeprowadzonych przez Instytut Gallupa: Stany Zjednoczone. Są one bezkonkurencyjne, mają ogromną przewagę nad resztą stawki. Następny jest Pakistan – plasuje się znacznie niżej. O Iranie prawie się nie wspomina. Kraje neutralne w sposób energiczny bronią prawa Irańczyków do wzbogacania uranu. Bliskowschodnia, arabska opinia publiczna z entuzjazmem zaaprobowałaby pojawienie się irańskiej broni jądrowej. Kto jest głęboko zaniepokojony ewentualnym środkiem odstraszającym? Ci, którzy chcą używać siły. Iran jest „największym zagrożeniem dla pokoju na świecie”, ponieważ utrudnia USA, Izraelowi, Arabii Saudyjskiej i ich sojusznikom swobodne użycie siły. […]

Cytat z korespondencji Hillary Clinton upublicznionej przez WikiLeaks 30 listopada 2015.

Najlepszym sposobem, aby pomóc Izraelowi w zaradzeniu rosnącemu potencjałowi nuklearnemu Iranu, jest udzielenie pomocy mieszkańcom Syrii usiłującym obalić reżim Baszszara Al-Asada. […] Z punktu widzenia izraelskich przywódców prawdziwym zagrożeniem ze strony posiadającego broń nuklearną Iranu nie jest perspektywa nieuzasadnionego, szalonego ataku na Izrael, który doprowadzi do unicestwienia obu krajów. Tak naprawdę izraelskich przywódców wojskowych martwi – choć nie mogą o tym mówić – utrata monopolu nuklearnego [w regionie].

Pax Americana

Tekst opisanego poniżej dokumentu PNAC znajduje się tutaj.

W 1997 roku w Stanach Zjednoczonych powstał Projekt na rzecz Nowego Amerykańskiego Stulecia (Project for a New American Century – PNAC), jeden z najważniejszych zespołów eksperckich, który zdefiniował realizowaną przez kolejne dekady politykę zagraniczną USA. Wyznaczone przez jego członków cele obejmowały potrzebę „nadania nowemu stuleciu takiego kształtu, by sprzyjało ono amerykańskim interesom” oraz podporządkowania „reżimów wrogich wobec amerykańskich interesów”. Członkami zespołu byli najbardziej wpływowi politycy współczesnej Ameryki: Donald Rumsfeld (były sekretarz obrony USA), Dick Cheney (wiceprezydent USA), Paul Wolfowitz (były prezes Banku Światowego i były zastępca sekretarza stanu USA) oraz Richard Perle (były sekretarz pomocniczy obrony USA ds. globalnych stosunków strategicznych).

We wrześniu 2000 r. PNAC wydał tajne opracowanie pt. „Odbudowa amerykańskiej obrony – strategia, siły i zasoby na nowy wiek”. Ten odkryty przez dziennikarzy Sunday Herald dokument jest instrukcją „globalnego Pax Americana” na nowe stulecie. Autorzy uzasadniają w nim istnienie globalnego imperium USA – kreślą agresywny, warunkowany zwiększeniem wydatków na wojsko plan militarnej dominacji, która pozwoli osiągnąć strategiczne cele. Raport wymienia również kraje „wrogo nastawione do Ameryki”. Na czarnej liście znalazły się: Korea Północna, Irak, Iran, Libia i Syria. W 2007 r. pojawił się kolejny dowód potwierdzający tezę, że inwazje i wojny, jakich byliśmy, jesteśmy i będziemy świadkami na Bliskim Wschodzie i w innych regionach Ziemi, zostały z wyprzedzeniem zaplanowane przez anglo-amerykańsko-izraelską elitę: Wesley Clark, emerytowany generał i były dowódca NATO, ujawnił, że w 2001 r. dowiedział się o przygotowywanym przez Pentagon ataku na 7 państw: Irak, Libię, Syrię, Iran, Liban, Somalię i Sudan.

Zalecana przez PNAC strategia staje się rzeczywistością. Kolejne administracje prezydenckie dokonywały i dokonują destrukcji m.in. Iraku, Libii, Syrii, Somalii i Sudanu, umniejszają rolę ONZ, łamią prawo międzynarodowe i zrywają umowy, które gwarantowały utrzymanie pokoju. Jednocześnie rozszerzają kompetencje i zasięg aparatu bezpieczeństwa narodowego, inicjują modernizację i rozbudowę arsenału nuklearnego, penetrują militarnie każdy zakątek planety.

Irańczycy odzyskali ropę. „Time” straszył „chaosem”.

Zamach stanu sprzed 65 lat

W 1953 r. Centralna Agencja Wywiadowcza Stanów Zjednoczonych zorganizowała – przy wsparciu rządu Wielkiej Brytanii – zamach stanu przeciwko wybranemu demokratycznie premierowi Iranu Mohammadowi Mossadeqowi. Znacjonalizował on krajowy przemysł naftowy, w tym brytyjską spółkę Anglo-Iranian Oil Company. Dla Londynu było to nie do przyjęcia. Progresywny reformator został obalony w wyniku operacji „Ajax” i wymieniony na szacha Mohammada Rezę Pahlaviego. Dzięki pomocy Amerykanów i Brytyjczyków dyktator sprawował swoje brutalne rządy aż do 1979 r. Władzy pozbawiła go rewolucja pod wodzą ajatollaha Chomejniego. Fakty te nie są objęte klauzulą tajności. W 2013 r. CIA przyznała się do przeprowadzenia przewrotu. W Stanach Zjednoczonych zdarzeniu przyznano kategorię zapomnianego epizodu z historii „starożytnej”. Reszta świata i mieszkańcy Iranu o nim pamiętają.

Wpis powiązany tematycznie: „Tymczasem na Bliskim Wschodzie”

Opracowanie: exignorant

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Imperialne wojny, militaryzm i terror państwowy. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.