Religijny ekstremizm w służbie kapitału

Depesza z Indonezji André Vltcheka – dziennikarza śledczego, filmowca i powieściopisarza, który relacjonował wojny i konflikty w kilkudziesięciu krajach Ameryki Łacińskiej, Oceanii, Azji i Afryki.

Kiedy książę Arabii Saudyjskiej Mohammed bin Salman udzielał wywiadu dziennikowi Washington Post, oświadczył, że to właśnie zachodni establishment zachęcał i zachęca jego kraj do propagowania wahabizmu – skrajnie ortodoksyjnej odmiany sunnickiego islamu – na całym świecie. Wypowiedź spotkała się z milczeniem przytłaczającej większości środków masowego przekazu na Zachodzie, jak również w Egipcie i Indonezji. Ci, którzy ją przeczytali, byli przekonani, że zostanie szybko sprostowana przez dwór w Rijadzie. Tak się nie stało.

Nie wszystko, co wyartykułował następca tronu, doczekało się opublikowania na łamach Washington Post (ambasada saudyjska pozwoliła na wydrukowanie wybranych fragmentów rozmowy), ale to, co faktycznie na nie trafiło, wystarczyłoby do obalenia reżimów w Indonezji, Malezji czy Brunei. Oczywiście w „normalnych okolicznościach” – gdyby ich ludność nie była całkowicie zindoktrynowana i zaprogramowana, i gdyby rządzący nie wspierali i nie tolerowali najbardziej agresywnej, szowinistycznej i rytualistycznej (w przeciwieństwie do intelektualnej lub duchowej) formy religii.

Między wierszami książę zasugerował, że prowadząc swoją „ideologiczną batalię” z państwami socjalistycznymi, Zachód swoim partnerem uczynił sunnicki islam w ekstremalnym wydaniu, by zniszczyć wszelkie postępowe, antyimperialistyczne i egalitarne aspiracje krajów zdominowanych przez społeczność muzułmańską. Bin Salman potwierdził, że podczas „zimnej wojny” zachodni sojusznicy nawoływali monarchię saudyjską do inwestowania w meczety i medresy za oceanem. Wraz z rozprzestrzenianiem się wahabizmu upadały kolejne państwa, opanowane przez ignorancję, fanatyczną gorliwość i strach. Sparaliżowane populacje, chociażby Indonezji po 1965 r. czy Iraku po inwazji w 2003 r., nie były w stanie przywrócić minionej ery i udać się w stronę tolerancyjnego sekularyzmu – czyli wznowić trendu, który w nieodległej przeszłości był tak naturalny dla ich kultury.

Wahabici [króla Arabii Saudyjskiej Ibn Sauda] są surowi, nietolerancyjni, dobrze uzbrojeni i rządni krwi. Za swój obowiązek i zasadę wiary uznają zabicie wszystkich, którzy reprezentują odmienne poglądy, jak również zniewolenie swoich żon i dzieci. Kobiety są uśmiercane w wahabickich wioskach po prostu za wychodzenie na ulicę. […] Mój podziw dla [Ibn Sauda] był głęboki z powodu jego niezachwianej lojalności wobec nas. Premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill

Ibn Saud i Winston Churchill.

Za narodzinami wahabizmu stoją Brytyjczycy i jeden z najbardziej radykalnych, fundamentalistycznych i uwstecznionych kaznodziejów wszech czasów – Muhammad ibn Abd al-Wahhab. Istota przymierza i dogmatu wahabicko-brytyjskiego jest niezwykle prosta: „Przywódcy religijni zaszczepiają ludziom straszliwy, irracjonalny lęk, by w konsekwencji zmusić ich do posłusznego podporządkowania. Nie dopuszcza się żadnej krytyki religii, nie kwestionuje konserwatywnej i archaicznej interpretacji jej świętych tekstów. Po takim uwarunkowaniu ludzie przestali występować przeciwko feudalistycznemu i kapitalistycznemu uciskowi; bezwiednie zaakceptowali plądrowanie surowców naturalnych przez lokalnych i zagranicznych panów. Próby zbudowania bardziej sprawiedliwego społeczeństwa zostały brutalnie powstrzymane ‚w imię islamu’, ‚w imię Boga’”.

Oczywiście w następstwie tej strategii imperialiści i rodzime elity poprawiają stan swoich bankowych kont kosztem zubożałych i oszukanych milionów obywateli. Tylko nieliczni w tych zdewastowanych, skolonizowanych krajach uświadamiają sobie, że wahabizm nie służy ani duchowości, ani ludziom; sprzyja zachodnim interesom i karmi chciwość. Tak dzieje się obecnie w Indonezji i innych okupowanych przez Zachód państwach, m.in. w Iraku i Afganistanie. Jeżeli dojdzie do rozbicia jedności Syrii, ten świecki i zorientowany socjalnie naród zostanie zmuszony do obrania tego samego, zabójczego kierunku. Syryjczycy mają tego świadomość, ponieważ są ludźmi wykształconymi. Widzą też, co zaszło w Libii i Iraku, i z pewnością nie chcą podzielić ich losu. Zachód i jego saudyjscy wasale zaatakowali państwo syryjskie i jego mieszkańców za pośrednictwem wahabickich terrorystów.

Mimo obłudnej sekularnej retoryki, opracowanej z myślą o miejscowej konsumpcji, plutokraci Zachodu unikają otwartego krytykowania swojego brutalnego i anty-ludzkiego potomstwa – koncepcji, która pożarła już i zrujnowała zarówno królestwo Arabii Saudyjskiej, jak i Indonezję. W rzeczywistości zachodni liderzy starają się przekonać świat, że oba kraje są „normalne” – Indonezję nazywają nawet „demokratyczną” i „tolerancyjną”. Jednocześnie konsekwentnie antagonizują prawie wszystkie świeckie lub względnie świeckie narody. Wystrczy wymienić Syrię, Afganistan, Iran (przed przeprowadzonym przez CIA zamachem stanu z 1953 r.), Irak i Libię. Każdy z nich doświadczył okrutnej napaści.

Dzisiejszy charakter Arabii Saudyjskiej, Indonezji i Afganistanu jest bezpośrednim rezultatem zarówno zachodnich „interwencji”, jak i prania umysłów. Wszczepiony tam wahabizm z jednej strony nadaje temu „projektowi” islamskie zabarwienie, z drugiej uzasadnia bilionowe „wydatki obronne” na tak zwaną „wojnę z terroryzmem” (przypomina ona azjatycki staw wędkarski, do którego wrzuca się ryby, by je potem wyławiać po uiszczeniu stosownej opłaty).

Obecność księcia tronu Arabii Saudyjskiej [Mohammeda bin Salmana] jest zaszczytem. Łącząca nas więź prawdopodobnie nigdy nie była silniejsza – doskonale się rozumiemy. Naprawdę jesteśmy wielkimi przyjaciółmi, wielkimi przyjaciółmi. Prezydent USA Donald Trump

Donald Trump i Mohammed bin Salman.

Różne powody decydują o tym, że Zachód domaga się posłuszeństwa, a nawet uległości ze strony swoich państw-klientów i neo-kolonii. Arabia Saudyjska jest ważnym trofeum ze względu na posiadane pokłady ropy naftowej i strategiczne położenie w regionie. Władcy saudyjscy dokładają wszelkich starań, by zadowolić swoich panów w Londynie i Waszyngtonie poprzez realizację najbardziej agresywnej prozachodniej polityki zagranicznej. Afganistan jest „ceniony”, ponieważ jego strategiczna lokalizacja może pozwolić nie tylko na zastraszenie, a nawet zaatakowanie Iranu i Pakistanu, lecz także na przerzucenie fanatycznych ruchów muzułmańskich do Chin, Rosji i byłych republik radzieckich z Azji Środkowej. Wymordowanie co najmniej miliona Indonezyjczyków w latach 1965-66 „było konieczne” do zainstalowania skorumpowanej, turbo-kapitalistycznej kliki, która zagwarantowała swobodny, nieprzerwany, często nieopodatkowany przepływ bogactw naturalnych (początkowo nieprzebranych, a teraz szybko szczuplejących) do Ameryki Północnej, Europy, Japonii i Australii.

W Indonezji i Arabii Saudyjskiej nie ma absolutnie nic „normalnego”. Potrzeba zapewne całych pokoleń, by przywrócić tym krajom przynajmniej namiastkę „normalności”. A na rozpoczęcie tego procesu widoków nie ma. Główna przyczyna intelektualnej stagnacji i braku oporu jest oczywista: zahipnotyzowani obywatele nie potrafią rozpoznać brutalnej rzeczywistości, która ich otacza. Zostali „uspokojeni”. Wmówiono im, że socjalizm jest równoznaczny z nikczemnym, nielegalnym i „grzesznym” ateizmem. Dlatego islam po zmodyfikowaniu przez zachodnich i saudyjskich demagogów został „wysłany na bitwę” przeciwko bardziej sprawiedliwemu i egalitarnemu urządzeniu świata.

Ponad 500 000 cywilów zostało zabitych w wyniku ludobójstwa rdzennych mieszkańców Papui [od lat 60. XX w., kiedy rząd Stanów Zjednoczonych wsparł najazd Indonezji, ponieważ postanowił zapewnić amerykańskim korporacjom dostęp do lasów i bogactw mineralnych kraju]. Tysiące innych zostało zgwałconych, torturowanych, uwięzionych lub „zaginęło” po aresztowaniu. Odmawia się podstawowych praw człowieka, a Papuasi żyją w ustawicznym strachu. Kampania Uwolnić Papuę Zachodnią

Wahabicka wersja islamu ostentacyjnie broni dzikiego kapitalizmu, jak również intelektualnego i twórczego upadku zainfekowanych nią krajów. Zachód toleruje zdegenerowaną władzę, groteskowy brak usług socjalnych, a nawet ludobójstwa i holokausty – najpierw zgładziły one samych Indonezyjczyków, potem autochtonów Timoru Wschodniego, a obecnie bezbronne dzieci, kobiety i mężczyzn z Papui. I nie chodzi jedynie o akceptację tych masakr i kampanii eksterminacyjnych – polityczna, finansowa i przemysłowa arystokracja Zachodu bierze w nich udział. Tymczasem dziesiątki milionów wyznawców wahabizmu codziennie wypełniają meczety, gdzie bezrefleksyjnie uczestniczą w mechanicznych rytuałach. Wahabizm jest efektywny – sprzyja firmom wydobywczym i bankom z siedzibami w Londynie i Nowym Jorku. Sprzyja władcom oraz ich poplecznikom.

W Indonezji po sfinansowanym przez zachodni kapitał, wojskowym zamachu stanu w 1965 r., który zniszczył Komunistyczną Partię Indonezji (KPI) i przekazał ster rządów agresywnie prorynkowemu reżimowi, sytuacja pogarsza się z zatrważającą przewidywalnością, konsekwencją i szybkością. Choć o dyktatorze Suharto – zachodnim, faszystowskim „implancie” – mówiono, że był „podejrzliwy wobec islamu”, to faktycznie posługiwał się na swoim archipelagu wszystkimi wielkimi religiami. Używał ich z niebywałą precyzją i tragicznym skutkiem. Zakazem objął każdy lewicowy i postępowy „-izm”, ruch, formę sztuki, myśl. Zdelegalizował posługiwanie się językiem chińskim. Na banicję skazał ateizm. Indonezja błyskawicznie dołączyła do kolumny państw wyznaniowych.

W jednym z najbardziej monstrualnych ludobójstw XX w. zginął co najmniej milion Indonezyjczyków. Faszystowska dyktatura generała Suharto osiągała swoje polityczne cele regularnie grając kartą islamską. W swojej książce The New Rulers of The World John Pilger napisał: „W pogromach, jakich dokonywano w latach 1965-66, generałowie Suharto często wykorzystywali grupy islamistyczne. Atakowały one komunistów i każdego, kto stanął im na drodze. Wyłonił się wzorzec; ilekroć armia chciała utwierdzić swoje polityczne zwierzchnictwo, posługiwała się islamistami – popełniane przez nich akty przemocy i sabotażu uznawano za sekciarskie, co usprawiedliwiało konieczną wojskową ‚interwencję’”.

Doskonały przykład” współpracy między morderczą dyktaturą i radykalnym islamem. Po ustąpieniu Suharto kontynuowano fundamentalistyczną interpretację religii monoteistycznych. Arabia Saudyjska i wahabizm odgrywały coraz większą rolę. Podobnie zresztą jak chrześcijaństwo, głoszone m.in. przez radykalnych prawicowych wygnańców z Chin i ich następców. Dawniej świecka i progresywna Indonezja pogrążyła się w zacofaniu i bigoterii wahabitów i zielonoświątkowców.

Postępowy muzułmański duchowny Abdurrahman Wahid (znany w Indonezji pod pseudonimem Gus Dur) podzielił się ze mną swoimi przemyśleniami: „Większość Indonezyjczyków nie myśli dzisiaj o Bogu i ogranicza się do odprawiania rytuałów. Gdyby Stwórca zstąpił na Ziemię i powiedział im, że ich rozumienie islamu jest błędne, zostałby zignorowany”. Gus Dur przejrzał intencje i zidentyfikował wszystkie machinacje władzy. Kapłan nie ma wątpliwości, że zamach bombowy na Hotel Marriott w Dżakarcie w 2003 r. zorganizowały indonezyjskie siły bezpieczeństwa. Islamiści wykonywali rozkazy politycznych szefów militarnego reżimu, ukrywającego się za parawanem „wielopartyjnej demokracji”.

Wycinka lasu na Sumatrze.

W kraju, który został okradziony z bogactw, tożsamości, kultury i przyszłości, najważniejsza jest religia. Ludziom po prostu nie pozostało już nic innego. Panuje nihilizm, cynizm, korupcja i bandytyzm. Miasta pozbawione są teatrów, galerii, kin studyjnych, parków, transportu publicznego, a nawet chodników. W tych koszmarnych ośrodkach, rzuconych „rynkom” na pożarcie, pustkę bez trudu wypełniają regresywne i chciwe wyznania. Konsekwencje ich prymatu są przewidywalne.

Bezwarunkowa kapitulacja wobec religii doprowadziła do ślepej akceptacji autodestrukcyjnego kapitalizmu, zachodniego imperializmu i jego propagandy. Kreatywność i pluralizm intelektualny zostały wyeliminowane. Indonezja, czwarte najludniejsze państwo świata, nie ma żadnych naukowców, architektów, filozofów i artystów o randze międzynarodowej. Jej gospodarkę napędza niepohamowana eksploatacja niegdyś dziewiczych regionów takich jak Sumatra, Indonezyjskie Borneo (Kalimantan) czy okupowana zachodnia część Papui. Skala środowiskowych zniszczeń jest wręcz monumentalna (próbuję ją uchwycić w dwóch filmach dokumentalnych i książce). Świadomość stanu rzeczy, nawet wśród ofiar, jest minimalna lub zerowa.

W miejscowości Surabaya natknąłem się w galerii handlowej na tłumne zgromadzenie protestanckich chrześcijan. Tysiące osób ogarnął trans – wznosiły one okrzyki, patrzyły w sufit. Kaznodziejka krzyczała do mikrofonu: „Bóg kocha bogatych, dlatego są oni bogaci! Bóg nienawidzi ubogich, i dlatego są oni ubodzy!”. Von Hayek, Friedmann, Rockefeller, Wahab i Lloyd George nie zdefiniowaliby swoich „ideałów” równie wnikliwie.

W maju 2018 r. w Indonezji członkowie grup terrorystycznych wszczęli więzienne zamieszki, wzięli zakładników, po czym zamordowali strażników. Gdy bunt został stłumiony, kilka eksplozji wstrząsnęło wschodnią Jawą. Kościoły i komendy policji stanęły w płomieniach. Zginęli ludzie. Do przeprowadzenia zamachów zabójcy wykorzystali członków swoich rodzin, nawet dzieci. Dowodzący operacją faktycznie czerpali z doświadczeń indonezyjskich bojowników wyeksportowanych wcześniej do Syrii. Tych terrorystów i morderców zatrzymał i deportował rząd w Damaszku. Wielu „weteranów” syryjskiej rzezi jest teraz na własnym terenie, gdzie prowokują i „inspirują” swoich współobywateli. Historia się powtarza – indonezyjskie kadry dżihadystów, które walczyły przeciwko prospołecznej, świeckiej władzy w Afganistanie, powróciły do ojczyzny, by zabić tysiące cywilów w Poso, Ambon i innych regionach.

Indonezyjscy ekstremiści zyskali światową sławę, ponieważ są legionistami Zachodu – prowadzą jego wojny m.in. w Afganistanie, Syrii, na Filipinach. Rosną też ich wpływy lokalne. Nie wolno publicznie wspominać o jakichkolwiek społecznych reformach. Spotkania obywatelskie są przerywane, uczestnicy bici, posłowie zastraszani jako „komuniści”. Postępowy i niezwykle popularny gubernator Dżakarty Ahok najpierw przegrał wybory, a potem został postawiony przed sądem i skazany na więzienie pod fałszywym zarzutem „obrazy islamu”. Czym ubliżył? Oczyszczaniem toksycznych rzek Dżakarty, budową sieci transportu publicznego i poprawą jakości życia zwykłych ludzi. Z perspektywy wahabizmu i zachodniego reżimu globalnego były to działania wyraźnie „antyislamskie”.

Indonezja jest obecnie jedną z najbardziej prężnych demokracji Azji-Pacyfiku, która zachowała stabilność polityczną i stała się bezpiecznym krajem o średnim dochodzie. Bank Światowy

Radykalny islam indonezyjski budzi strach. Zdobywa kolejne przyczółki, ponieważ prawie nikt nie ma odwagi, by otwarcie go zakwestionować. Wkrótce zniewoli całe społeczeństwo. Zachód odpowiada na to „polityczną poprawnością”. Po prostu „nieuprzejmie” jest krytykować indonezyjską, a nawet saudyjską postać islamu. W ten sposób okazuje się „szacunek” ludziom i ich „kulturze”. Jednak strategia ta nie chroni ani Saudyjczyków, ani Indonezyjczyków, tylko sam Zachód – jego manipulacje i politykę niekończącej się ekspansji.

Podczas gdy dogmaty ciemiężców stają się coraz bardziej niewzruszone, pożary trawią ostatki indonezyjskich lasów. Międzynarodowe korporacje dokonują szaleńczej grabieży. Religie, faszystowski reżim i zachodni zdobywcy maszerują ramię w ramię. Zmierzają w stronę całkowitego upadku państwa indonezyjskiego. Zmierzają ku agonii i cierpieniu, które nadejdą wówczas, gdy wszystko zostanie wycięte i wydobyte. Tak samo zgodnie kroczył niegdyś wahabizm z brytyjskimi „zdobywcami”. Z tą różnicą, że Saudowie odkryli ogromne złoża ropy naftowej, które utrzymują ich dynastię i klasę średnią podwładnych.

Indonezja i inne kraje nie mają i nie będą miały tyle szczęścia. To urocze, że książę Arabii Saudyjskiej Mohammed bin Salman (jeden z głównych inicjatorów zbrodni w Jemenie; przyp. tłum.) wyjaśnił sytuację. Ale kto go usłyszał? Dla mieszkańców Indonezji jego oświadczenia są już spóźnione. Nie obudziły one nowej świadomości, nie wznieciły powstania. Ich zrozumienie wymaga podstawowej wiedzy historycznej. A przynajmniej zdolności logicznego myślenia. W podbitych państwach panuje jej bolesny deficyt.

Indonezja będzie niezmiennie podążać za panem Wahhabem i zachodnimi architektami rozgrywającej się tragedii. Rytualne intonacje i stare melodie z Ameryki Północnej będą nadal wypełniać ciszę. Nie zrodzą się żadne wątpliwości. Nie nadejdą żadne zmiany. Nie wybuchnie rewolucja. I kiedy nie pozostanie już nic, wśród tlących się ruin i toksycznych bagien być może rozwiną się pierwsze, skromne korzenie przebudzenia i sprzeciwu.

W ramach kontraktu podpisanego w maju 2017 Stany Zjednoczone w ciągu dekady mają dostarczyć Arabii Saudyjskiej broń o wartości 350 miliardów dolarów. USA wspierają militarnie 73% dyktatur świata.

W Jemenie trwa najgorszy kryzys humanitarny na Ziemi. Od 2015 roku koalicja Arabii Saudyjskiej (Egipt, Maroko, Jordania, Sudan, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Kuwejt, Katar, Bahrajn, Dżibuti, Erytrea i Somalia), wspierana bezpośrednio przez Stany Zjednoczone i NATO, dowodzona przez byłych oficerów armii USA, Australii i Wielkiej Brytanii, prowadzi krwawe oblężenie najbiedniejszego kraju na świecie – celowo głodzi Jemeńczyków. Użycie głodu jako broni jest zbrodnią wojenną. Jemeńskie dziecko umiera co 10 minut z powodu niedożywienia, epidemii cholery lub odniesionych ran. Już teraz głoduje 8,4 miliona ofiar, zaś 18 milionów nie ma dostępu do czystej wody i potrzebuje pomocy humanitarnej. 70% żywności kraju i większość humanitarnego wsparcia trafia do odciętego od świata kraju przez port w Hodeidah. 13 czerwca 2018 saudyjska koalicja rozpoczęła atak na to miasto. ONZ ostrzega, że zamknięcie portu wskutek przedłużających się walk lub zniszczenia infrastruktury może doprowadzić w bieżącym roku do głodowej śmierci 18,4 miliona ludzi.

Tłumaczenie: exignorant

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Imperialne wojny, militaryzm i terror państwowy. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.