Gospodarka wojny permanentnej

Struktura ekonomii politycznej Stanów Zjednoczonych zamieniła demokrację w maskaradę i uczyniła wojnę nieuniknioną. Traktuje o niej fragment artykułu Noama Chomsky’ego z 3 grudnia 2015.

Sformułowanie terminu „gospodarka wojny permanentnej” przypisywane jest Charlesowi Wilsonowi, dyrektorowi generalnemu koncernu General Electric, który pod koniec II wojny światowej ostrzegł, że Stany Zjednoczone nie mogą powrócić do modelu gospodarki obywatelskiej i muszą trzymać się „gospodarki wojny permanentnej” – w połowie planowej, zarządzanej głównie przez szefów korporacji, nastawionej na produkcję wojskową.

O szkodliwych skutkach podporządkowania dużej części gospodarki produkcji militarnej obszernie pisał prof. Seymour Melman. Nie wspomniał jednak o bardzo istotnym wymiarze zagadnienia. Wielki biznes wiedział doskonale, że wydatki społeczne mogą poradzić sobie z katastrofami rynkowymi, a także zastąpić wydatki na armię. Artykuł opublikowany 12 lutego 1949 r. w Business Week wskazał ich poważny „minus”: mają efekt demokratyzujący i prowadzą do redystrybucji bogactwa, podczas gdy nakłady na wojskowość są prezentem dla korporacji, ich stabilnym zabezpieczeniem, i wykluczają udział społeczeństwa. Ludziom zależy na szpitalach i szkołach, ale jeśli potrafisz „cholernie ich wystraszyć”, jak zalecał senator Arthur Vandenberg, skulą się pod parasolem władzy i zaufają swoim przywódcom, którzy priorytetem uczynią zakup odrzutowców, bombowców, pocisków, czołgów itp.

Co więcej, wielki biznes doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że sektor technologiczny nie zdoła przetrwać w gospodarce opartej na konkurencyjnej, wolnej przedsiębiorczości. „Rząd musi pełnić rolę wybawcy”, wyjaśniała prasa branżowa. Podobne rozważania doprowadziły do decyzji o prymacie wydatków militarnych nad społecznymi. Należy pamiętać, iż „wydatki militarne” w dużym stopniu obejmują też prace badawczo-rozwojowe (ang. research and development – R&D). Praktycznie cała „nowa gospodarka” wykorzystuje tę przykrywkę wojskową, aby finansowe ryzyko i koszty zrzucić na społeczeństwo, a zyski sprywatyzować, często po wielu dziesięcioleciach. Dotyczy to m.in. elektroniki, telekomunikacji, Internetu, satelitów, przemysłu lotniczego (stąd turystyka jako największy „przemysł usługowy”), konteneryzacji (stąd współczesny handel), maszyn sterowanych komputerowo. Podobnie jest w gałęziach przemysłu bazujących na biologii, choć podaje się inne preteksty.

Tymczasem finansiści i ekonomiści lubią prawić o tym, że wszystkie powyższe zdobycze są hołdem złożonym wielkiemu duchowi przedsiębiorczości i wyborom konsumenckim wolnego rynku. Krótko mówiąc, „gospodarka wojny permanentnej” pełni zarówno funkcję ekonomiczną, jak i czysto wojskową. Obie konsekwencje – bezprecedensowa potęga militarna i zaawansowana gospodarka przemysłowa – w naturalny sposób tworzą kluczowe mechanizmy planowania polityki zagranicznej, w dużej mierze mającej na celu zapewnienie wspieranemu przez państwo sektorowi korporacyjnemu swobodnego, globalnego dostępu do rynków i surowców naturalnych oraz uniemożliwienie innym państwom podejmowania działań na rzecz niezależnego rozwoju.

Cytat z książki Noama Chomsky’ego pt. „Rekwiem dla Amerykańskiego marzenia” z 2017 r.

Fikcyjna demokracja

Martin Gilens, jeden z wiodących politologów, przeprowadził ważne badania nad związkiem między stanowiskiem opinii publicznej a treścią polityki publicznej [w USA], opierając się na danych sondażowych. Jest to kwestia względnie łatwa do przestudiowania – politykę po prostu obserwujesz, zaś punkt widzenia opinii publicznej znasz z przeprowadzanych często ankiet.

W jednej z analiz Gilens sięgnął wraz z innym cenionym politologiem Benjaminem Page’m po blisko 1,700 decyzji politycznych i porównał je ze zdaniem obywateli oraz zapatrywaniami sfery biznesu. Naukowcy ujawnili, że polityka nie koreluje ze stanowiskiem opinii publicznej, natomiast jest ściśle skorelowana z interesami korporacyjnymi. W kolejnej pracy wykazał, iż mniej więcej 70% społeczeństwa [amerykańskiego] nie ma żadnego wpływu na politykę – równie dobrze mogłoby mieszkać w innym kraju. Wpływ na politykę publiczną zwiększa się wraz z rosnącym poziomem dochodów i zamożności – bogaci zasadniczo otrzymują to, czego się domagają. Dane sondażowe nie są dostatecznie doprecyzowane, aby można było wejrzeć poza 10% najbogatszych obywateli, co wprowadza w błąd, gdyż rzeczywista władza koncentruje się w ułamku 1%. Gdyby jednak dochodzenie posunęło się dalej, jego ustalenia byłyby oczywiste: bogacze dostają dokładnie to, czego chcą, ponieważ to oni wszystkim zarządzają.

Wpisy powiązane tematycznie: „Globalizacja kontra życie”, „Niekończąca się wojna”, „Wojna to przekręt”, „Rekordowe globalne wydatki na zbrojenia w 2017 r.”.

Tłumaczenie: exignorant

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Imperialne wojny, militaryzm i terror państwowy. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.