Fabryka propagandowych snów

Aktor Wes Studi.

Podczas 90. ceremonii wręczenia Oskarów, która odbyła się 4 marca 2018 roku, miało miejsce kuriozalne ćwiczenie propagandowe. W pewnym momencie na scenie pojawił się Wes Studi, aktor pochodzenia indiańskiego i weteran z Wietnamu, i zapowiedział montaż scen z hollywoodzkich filmów wojennych. Podkreślił, że w Azji ‚walczył o wolność’. Każdy, kto rozumie tamten zimnowojenny konflikt nawet w najbardziej podstawowym, ograniczonym zakresie, wie doskonale, że to Wietnamczycy walczyli o wolność, podczas gdy Studi i jego towarzysze zabijali i umierali – często odważnie, acz nie mając pojęcia o rzeczywistym celu swego poświęcenia – by tej wolności im odmówić. Studi przedstawił klip z urywkami popularnych przebojów – w tym „Amerykańskiego snajpera”, „The Hurt Locker” i „Wroga numer jeden” – słowami: Poświęćmy tę chwilę, by złożyć hołd poruszającym filmom, które rzucają światło na tych, którzy walczyli o wolność na całym świecie”. Udawanie przed światową publicznością telewizyjną w 2018 roku, że machina wojenna Stanów Zjednoczonych ‚walczy o wolność’ w krajach, które atakuje lub najeżdża, było nie tylko niedorzecznością, lecz także dodatkową zniewagą wymierzoną w miliony ofiar amerykańskich zamachów stanu, inwazji, bombardowań i okupacji na całym świecie. Rola Wesa Studi w tej orwellowskiej prezentacji spotęgowała jej niestosowność, ponieważ jego krewni z plemienia Czirokezów sami stali się ofiarami czystek etnicznych i przymusowego przesiedlenia Szlakiem Łez prowadzącym z Północnej Karoliny – gdzie żyli tysiące lat – do Oklahomy, miejsca urodzenia Studi”, napisał Nicolas J. S. Davies.

Fragment wystąpienia reżysera Olivera Stone’a, autora m.in. „Salwadoru”, „Urodzonego 4 lipca”, „JFK” i „Snowdena”, na uroczystości rozdania nagród Gildii Amerykańskich Scenarzystów w 2017 roku.

Cytat z artykułu Mahdiego Dariusa Nazemroayi.

Większość wyobrażeń, idei i pojęć, jakie na temat obowiązującego modelu ekonomicznego i wojen posiada ogół społeczeństwa w Stanach Zjednoczonych i innych państwach, pochodzi z filmów, programów telewizyjnych, audycji radiowych, gier wideo i show-biznesu. Percepcję mieszkańców USA i Europy Zachodniej kształtuje Hollywood i przemysł rozrywkowy, a nie podręczniki historii czy prace naukowe. Bliski związek między Hollywoodem i rządem Stanów Zjednoczonych rozpoczął się od wspólnego wyprodukowania niemego widowiska „Skrzydła” w 1927 roku, które traktowało o udziale sił powietrznych USA w I wojnie światowej. Od tamtej pory partnerstwo Pentagonu i ‚fabryki snów’ ewoluowało i rozszerzyło o inne organy i instytucje rządowe, w tym szesnaście agencji amerykańskiego wywiadu z CIA na czele. Doprowadziło to do wertykalnego zintegrowania Hollywood i branży rozrywkowej z kompleksem militarno-przemysłowo-finansowym. […]

Fragmenty wywiadu z Matthew Alfordem, autorem książki pt. Władza filmu: Hollywood i supremacja Ameryki (tyt.org.: Reel Power: Hollywood Cinema and American Supremacy).

Jack Valenti, prezes Amerykańskiego Stowarzyszenia Wytwórni Filmowych (Motion Picture Association of America) przyznał, że Waszyngton i Hollywood „wyrastają z tego samego DNA”. Hollywood jest posłusznym partnerem, zwłaszcza w kwestiach polityki zagranicznej. Na przestrzeni dekad zasady dotyczące treści poruszanych w filmach pozostają spójne, niejawne i dobrze przestrzegane: nie kwestionuje się szlachetności systemu USA (dodatkowe punkty przyznawane są za tępy nacjonalizm), nie podważa się ani nie zwraca uwagi na porażającą władzę prywatnych interesów (przemysłu naftowego i zbrojeniowego, lobby izraelskiego), wolno jest oczerniać i traktować protekcjonalnie ludzi, którzy nie pochodzą z krajów sprzymierzonych z USA – zwłaszcza muzułmanów z Bliskiego Wschodu.

W latach 1934-1968 obowiązywał „Kodeks produkcji”, który sformalizował wiele ważnych elementów kina konformistycznego. „Sekcja X” dokumentu dotyczyła ochrony „Narodowego nastroju” (ang. „National Feeling”). Joseph Breen, nazwany „Hitlerem Hollywood” antysemita, odpowiedzialny za przestrzeganie kodeksu, aż do 1940 blokował każdy scenariusz, który sprzeciwiał się praktykom nazistowskich Niemiec. Dzisiaj potencjalne aluzje i przesłania polityczne płynące z mediów nurtu głównego i branży rozrywkowej powstrzymywane są przy pomocy skutecznych mechanizmów kontroli nieformalnej: media i studia filmowe należą do korporacji; centralną pozycję zajmuje reklama; głównym źródłem informacji jest rząd; „grube ryby” mają głos sprzeciwu; panuje wyrachowane przeświadczenie, że my – mieszkańcy Zachodu – jesteśmy lepsi i dobroczynni, a ci, którzy nie akceptują naszych modeli ekonomicznych i politycznych, są zacofanymi antagonistami.

W produkcję kinematograficzną ingeruje się bezpośrednio (Armia USA otworzyła w Los Angeles specjalny oddział do kontaktów z reżyserami i producentami Hollywood o nazwie Film Liaison Unit; przyp.tłum.) Przykładowo Pentagon pełniący na planie funkcję „doradczą” wiąże producentów kontraktem i w zamian za „korekty” w scenariuszu dostarcza lotniskowce, czołgi itp. Praktyka rozpowszechniła się w ostatnich dekadach podczas realizacji wysokobudżetowych przebojów takich jak seria „Transformers”. Często przemilcza się rolę samego Białego Domu. W latach 90. administracja Clintona potajemnie przekazywała sieciom TV dziesiątki milionów dolarów, by fabuły prestiżowych seriali zawierały wątek „wojny z narkotykami”.

Pentagon, CIA i Biały Dom prawie nigdy nie martwią się o to, jak przedstawiany jest kapitalizm w produktach rozrywkowych. Reklamodawcy i właściciele korporacji robią to za nich. Gdybyś opuścił kino z refleksją „ten film naprawdę skłania mnie do zakwestionowania motywacji zarobkowej”, najprawdopodobniej nie nabyłbyś żadnych gadżetów powiązanych z ekranowym hitem. Dlatego dokonania reżyserów takich jak Ken Loach nie inspirują sprzedaży zbyt wielu lunchboxów. Duże znaczenie ma również to, że gros wytwórni ma swoje siedziby w Nowym Jorku i Los Angeles. W tych metropoliach zdominowanych przez prawników i bankowców rezydują żarliwi ideologowie „wolnego rynku” – od Jacka Welcha, prezesa General Electric, po Arnolda Schwarzeneggera. Krytyka systemu gospodarczego zawiadywanego przez Amerykanów jest zwyczajnie czymś niewyobrażalnym. Ed Herman i Noam Chomsky podkreślają, iż prawdziwym produktem nie jest program informacyjny, film itd., tylko my – publiczność. Producenci medialni sprzedają nas reklamodawcom.

Ingerencja polityczna dotyka pozornie apolitycznych imprez kulturalnych, takich jak wydarzenia sportowe. Wojsko planuje przeloty myśliwców nad stadionami lub rozwijanie gigantycznych flag narodowych, aby zbiegły się one z chwilą, gdy kibice skandowaniem świętują rozpoczęcie meczu – oznacza to, że publiczność popiera ostentacyjny pokaz amerykańskiej potęgi wojskowej. Kiedy sportowcy kierując się względami religijnymi lub pacyfistycznymi nie oddają honorów fladze lub nie śpiewają hymnu narodowego, zostają zasypani gradem obelg z widowni, skazani na banicję lub ukarani przez władze, a ich prawo do wyrażania niepopularnego punktu widzenia jest ograniczane.

Przedstawiciele przemysłu rozrywkowego sporadycznie uprawiają odważny aktywizm polityczny, ponieważ mogliby sobie poważnie zaszkodzić. Przestrogą są liczne i dramatyczne przykłady z historii. FBI prowadziła bezwzględne kampanie przeciwko Charlie Chaplinowi, Orsonowi Wellesowi, Jean Seberg i Jane Fondzie. W przypadku Seberg dyrektor J. Edgar Hoover ujawnił prasie kłamstwo, iż nosi ona dziecko innego mężczyzny. Aktorka poroniła i popełniła samobójstwo. Inni po prostu tracą pracę. Jednym z najbardziej radykalnych współczesnych filmów politycznych, sfinansowanych przez dużą wytwórnię (20th Century Fox) jest „Fight Club” (1999). To spektakularne widowisko z udziałem Brada Pitta i Eda Nortona zaatakowało idee konsumeryzmu i kultury na-kredyt. Medialny magnat Rupert Murdoch z oburzeniem oświadczył: „Musisz być chory, żeby nakręcić taki film”. Osobista niechęć Murdocha do „mrocznego tonu” filmów „Fight Club” i „Wyspa” doprowadziła do nieoczekiwanej rezygnacji Billa Mechanica, szefa studia, oraz wysypu produkcji intensywnie propagujących perspektywę i wartości konserwatywne. […]

Fragment wstępu do książki Władza filmu: Hollywood i supremacja Ameryki napisanego przez Michaela Parenti.

Każdego roku w noc rozdania Oskarów Hollywood zaprasza świat, by przyłączył się do iluzji, w której wielki przemysł filmowy służy ludzkości tworząc wspaniałą rozrywkę, przynosząc nam radość i emocjonalne wzbogacenie, romans i smutek, olśniewają akcję i pełną nadziei tęsknotę. W tym uroczystym show wzajemnej adoracji i samouwielbienia gubi się prawda o „świecie kina”: jest on w rzeczywistości mocno scentralizowanym, napędzanym przez zyski przemysłem – podobnie jak wszystkie wielkie korporacyjne gałęzie przemysłu – bardziej zainteresowanym zawartością naszych portfeli niż tworzeniem sztuki, która pielęgnuje wrażliwość i empatię. Łatwo jest też przeoczyć fakt, iż Hollywood funkcjonuje w sztywnych ramach konkretnej ideologii. Przemysł filmowy zdominowany przez bezwzględne dążenie do finansowego sukcesu i sławy jest także przemysłem kultury. Promowane przezeń towary składają się z osobowości, obrazów, narracji, doświadczeń i (pewnego rodzaju) idei – czyli rzeczy, które wywierają potężny, bezpośredni wpływ na świadomość publiczną. Podczas gdy głównym celem są niebotyczne profity dużych wytwórni, dążeniem równoległym – uznawanym lub nie – jest kontrola ideologiczna. Realizacja tej ostatniej funkcji odbywa się poprzez pozostawanie w granicach dominującego systemu przekonań, który jest prezentowany jako prawdziwa i naturalna reprezentacja życia. Dlatego chyba bardziej trafne byłoby opisanie „fabryki snów” jako zaangażowanej nie tylko w ideologiczną kontrolę, lecz także w ideologiczną samokontrolę. Proces ten przebiega najczęściej w sposób niejawny. Ludzie uwikłani w systemy władzy nie zawsze potrafią rozpoznać wyznaczone przez państwo i korporacje ideologiczne granice, w których pracują. Gdyby zdecydowali się na głoszenie kłopotliwych poglądów na temat niebezpieczeństwa niedemokratycznej i plutokratycznej władzy, zagroziłoby to poważnie ich karierom. Warto sobie przypomnieć, iż najbardziej represyjne formy kontroli społecznej nie zawsze spotykają się ze świadomym napiętnowaniem i odrzuceniem, ponieważ wnikają w tkankę naszej świadomości, nie budzą kontrowersji i sprzeciwu, przyjmowane są jako integralna część natury rzeczy. Bez wątpienia nie brakuje w Hollywood liberałów i postępowców nie mających pojęcia, że ich wysiłki służą władzy.

Produkowane przez Hollywood filmy wojenne w swojej większości są nośnikami błędnej interpretacji amerykańskiej polityki imperialnej i dominujących politycznych mitów, które ją podtrzymują. Agencje rządowe aktywnie uczestniczą w tworzeniu scenariuszy i realizacji filmów o amerykańskich przedsięwzięciach polityczno-wojskowych za granicą. W gotowych produkcjach prowadzona jest cicha debata na temat ukrytej i niezbyt ukrytej polityki imperialnej – pewne kwestie są bagatelizowane, inne celebrowane lub wycinane podczas montażu. Agencje bezpieczeństwa narodowego i przedstawiciele Pentagonu stoją nad głowami scenarzystów, montażystów i producentów. A co najważniejsze, w „sztywnym systemie korporacyjnym” aktywni są bogacze, konserwatywni liderzy biznesu i bankierzy. Obszerna analiza fabuł, dialogów i postaci z wielu popularnych widowisk ujawniła, iż kino nurtu głównego nie oferuje żadnej krytyki „podstawowych przekonań o szlachetności amerykańskich intencji na arenie światowej”. Uwagi krytyczne, na jakie pozwolono w nielicznych filmach, spoczywają na bardzo wąskich podstawach. Działania bohaterów ograniczają się do naprawiania pomyłek operacyjnych, niefortunnych wpadek i indywidualnych błędów. Przypadki nadużywania siły militarnej bywają kwestionowane, ale nie w kontekście potęgi armii Stanów Zjednoczonych, która ma oczywiste prawo podejmować działania w dowolnie wybranym „punkcie zapalnym” na Ziemi. Filmy często lansują pogląd, że wojna jest „godną ubolewania tragedią” – wiedzione idealizmem USA po prostu powzięły niefortunną, nietrafną decyzję o ingerencji w sytuację, której nie rozumiały i nie mogły kontrolować w pełni. W świecie kina amerykańskie zaangażowanie wojskowe jest zawsze przedsięwzięciem popartym dobrymi intencjami, które czasem nie układa się pomyślnie. Nikt nie wspomina o ponadnarodowych globalnych interesach stojących za takimi przedsięwzięciami, nikt nie pyta, kto za nie płaci i kto czerpie z nich korzyści. Takie zapytania zaprowadziłyby nas do sedna – obnażyłyby sposób, w jaki sprawowana jest władza polityczno-gospodarcza w Stanach Zjednoczonych i na całym świecie.

Krótko mówiąc, filmowcy (z pewnymi znamienitymi wyjątkami) są w swojej krytyce „oszczędni”, ponieważ doskonale wiedzą, że nie wolno im nakręcić prawdziwie radykalnego filmu; nie wolno im wydobyć istoty, odsłonić ani opartych na eksploatacji interesów globalnego imperium, ani niebezpiecznej i niedemokratycznej natury państwa bezpieczeństwa narodowego. Próba wyprodukowania i rozpowszechnienia demaskatorskiego dzieła oznaczałaby kłopoty. „Kontrowersyjny” tytuł trafiłby na ekrany mniejszej liczby kin, a recenzenci z publikacji mainstreamowych, którzy wiedzą komu zawdzięczają swoją wypłatę, przeprowadziliby nań zażarty atak. Wystarczy zapytać Olivera Stone’a, który został bezlitośnie „sponiewierany” za podjętą w filmie „JFK” próbę wkroczenia na zakazane terytorium – morderstwo prezydenta Kennedy’ego.* Można więc powiedzieć, iż serwuje się nam więcej niż rozrywkę. Popularni twórcy mają wbudowaną zdolność przedstawiania palących problemów na sposoby, które wyciszają ich wydźwięk i umniejszają ich znaczenie. Stanowiska i treści opozycyjne trafiają do scenariuszy w formie uprzednio „przetrawionej”. Oficjalna niesprawiedliwość i korupcja staje się uczynkiem kilku „zgniłych jabłek” lub wrogich jednostek. Wojna staje się niczym więcej jak trudnym, gorzkim doświadczeniem dla amerykańskich żołnierzy. Jak to ujął to Matthew Alford: „Standardową praktyką w Hollywood – podobnie jak wśród amerykańskich elit [ze sfery polityki] – jest założenie, że cudzoziemcy nie mają znaczenia, amerykańscy przeciwnicy są nieludzko nikczemni, a władza USA z definicji jest bezinteresowna i moralna”. W celuloidowym uniwersum liderzy polityczni zmagają się z trudnymi wyborami dotyczącymi prawości i uczciwej gry, lecz rzadko zajmują stanowisko w kwestiach ekonomicznych. Opór wobec niesprawiedliwości wyrażany jest poprzez akty odwagi indywidualnej („Tylko jeden człowiek przeciwstawił się zagrożeniu…”). Wykorzystując swoją warsztatową alchemię Hollywood kręci filmy, które mogą wydawać się aktualne i ważne społecznie, choć nie ma w nich miejsca na rzeczywiste wymiary konfliktu społecznego; które mogą dotyczyć „wojny z terroryzmem”, choć nie zbliżają się przesadnie do jej realiów. […]

* Każda duża wytwórnia hollywoodzka odesłała artystę z kwitkiem, gdy kilka lat temu próbował pozyskać środki finansowe na wyprodukowanie Snowdena”.

Fragment eseju Chrisa Hedgesa.

Klasa liberalna, obejmująca m.in. Hollywood, przywództwo Partii Demokratycznej oraz New York Timesa i CNN, odmawia uznania, iż sprzedała się korporacyjnym oferentom. Jej przedstawiciele brali czynny udział w patroszeniu naszych swobód obywatelskich; pomogli zniszczyć programy opieki socjalnej; byli architektami eliminujących miejsca pracy układów o „wolnym” handlu międzynarodowym (NAFTA, TPP); prowadzą niekończącą się wojnę; degradują instytucje publiczne, w tym prasę, i kontynuują budowę największego na świecie systemu więziennictwa. Liberalne elity, które ponoszą znaczną odpowiedzialność za śmierć amerykańskiej demokracji, teraz paradują jako zbawiciele republiki. Wyruszyły one, pomimo własnej korupcji i współudziału w neoliberalnej agresji i zbrodniach imperium, na moralną krucjatę, która ma obalić Donalda Trumpa.

Gdzie było moralne oburzenie liberałów, kiedy państwo bezpieczeństwa i inwigilacji odbierało nam prywatność; kiedy przestępcy z Wall Street zostali uratowani przez podatników; kiedy pozbawiano nas praw; kiedy 2,3 miliona mężczyzn i kobiet – których większość stanowią ubodzy o ciemnej karnacji – zamykano w klatkach zakładów penitencjarnych? Dlaczego nie byli wzburzeni, gdy pieniądze zastąpiły głosowanie, a wybrani oficjele i lobbyści korporacyjni wprowadzili system zalegalizowanego przekupstwa? Gdzie podziała się ich nieprzejednana krytyka absurdalnej idei, by narodem rządziły dyktaty korporacji, banków i menadżerów funduszy hedgingowych? Dlaczego potakując i sprzyjając spokrewnionym elitom piętnowali krytyków korporacyjnego państwa i ignorowali nędzę najuboższych i klasy robotniczej? Gdzie było ich poczucie prawości, gdy Stany Zjednoczone popełniały zbrodnie wojenne na Bliskim Wschodzie, a nasza zmilitaryzowana policja dokonywała morderczych napaści? Obecna postawa liberalnych elit nie ma nic wspólnego z moralnością. To samo-wywyższanie przebrane za pokorę. To część karnawałowego występu.

Organizacje medialne, od Timesa po tandetne formy rozrywki udające telewizyjne serwisy informacyjne, uczyniły niewidzialnymi troski większości ludzi. Instytucje liberalne, zwłaszcza prasa, funkcjonują – w słowach dziennikarza i pisarza Matta Taibbi – jako „strażnicy” neoliberalnej i imperialnej ortodoksji. Ich zadaniem jest maskowanie brutalnej rzeczywistości i okrucieństwa neoliberalizmu i imperializmu przy pomocy patyny dobrych manier i rozrywki. Składają oni hołd nieistniejącej demokracji i nieistniejącym cnotom amerykańskim. System działa dla elit, a one same wchodzą w interakcje tylko z innymi elitami.

Pod koniec XIX w. Fiodor Dostojewski wykpił zbankrutowaną rosyjską klasę liberalną. Rosyjscy liberałowie prawili o wartościach, których sami nie bronili. Deklarowane ideały nie miały żadnego związku z ich postępowaniem. Wypełniał je duszący narcyzm. W „Notatkach z podziemia” pisarz ośmieszył marzycieli klasy liberalnej; tych, którzy głosili dobroć, ale żyli w moralnym rynsztoku. Potępiali społeczną i kulturową deprawację, którą w dużej mierze sami stworzyli. Otwarcie pogardzali ludźmi z klas niższych – niewykształconymi, biednymi, gorszej maści. I w końcu rozpętali moralny nihilizm, który ośmielił i wzmocnił niebezpieczną klasę demagogów, zabójców i głupców. […]

Opracowanie: exignorant

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Imperializm, militaryzm i [neo]kolonializm. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.