Wróciłam z Syrii… (aktualizacja: 12.04.2018)

Wpis jest kontynuacją opracowania Imperialna manipulacja humanitaryzmem.

Wschodnia Ghuta.

Śledzeniu kampanii medialnej inspirowanej wydarzeniami we wschodniej Ghucie, przedmieściu Damaszku, towarzyszy uczucie déjà vu, pisze Alexander Mercouris. Ponad rok temu doniesienia o identycznej treści dotyczyły walk pomiędzy armią syryjską i siłami dżihadu uwięzionymi we wschodnim Aleppo, dzielnicy jednego z dwóch głównych miast Syrii. Podobnie jak w 2016 przemilcza się obecność islamskich terrorystów, co – jak zauważył Robert Fisk – świadczy o propagandowym charakterze większości emitowanych i publikowanych raportów. W 2016 we wschodnim Aleppo nie było zachodnich reporterów. Dzisiaj we wschodniej Ghucie również ich nie ma. Dlaczego? Islamscy fanatycy, którzy kontrolowali wschodnie Aleppo, a teraz kontrolują wschodnią Ghutę, bez wahania zabiliby lub porywali każdego korespondenta „z zewnątrz”. Relacje o bombardowaniu pochodzą więc z „lokalnych źródeł” działających na terenie zarządzanym przez dżihadystów. Zachodni sprawozdawcy nie kwestionują wiarygodności tych komunikatów, mimo ujawnionych kłamstw o Aleppo, jakie rozpowszechniali bezrefleksyjnie kilkanaście miesięcy wcześniej.

Hipokryzja „obrońców” praw człowieka przejawia się w selektywnym przywoływaniu przykładów wykroczeń, które ma promować jedną ze stron konfliktu. Właśnie dlatego osoby szczerze zmartwione losem ofiar wojennych z niepokojem reagują na brzmienie medialnego chóru oburzenia towarzyszącego atakowi wojsk Syrii na wschodnią Ghutę, zauważa Jonathan Marshall. Szczególne zainteresowanie (pseudo)dziennikarzy i (pseudo)aktywistów tragiczną śmiercią kilkuset cywilów, przy jednoczesnym ignorowaniu blisko pół miliona ludzi zabitych dotychczas w syryjskiej wojnie o gazociąg i geopolityczne zyski z roztrzaskania kolejnego suwerennego państwa, zdradza agendę, której celem nie jest troska o zdrowie niewinnych, tylko ukaranie rządu w Damaszku. Każdy, komu autentycznie zależy na ratowaniu życia, powinien był wywierać nacisk na „rebeliantów”, by nie bojkotowali sponsorowanych przez ONZ rozmów pokojowych w Genewie.

We wschodniej Ghucie, składającej się z bloków mieszkalnych i osad, znajdują się tysiące uzbrojonych fanatyków. Żaden rozsądny rząd nie tolerowałby bezpośredniego zagrożenia ze strony islamskich grup ekstremistycznych. Dyrektor regionalny Międzynarodowego Czerwonego Krzyża przyznał, że „bojownicy” od dłuższego czasu atakują pozostałe rejony stolicy kraju rakietami i pociskami moździerzowymi i że „są to realia, które tak naprawdę się przemilcza”. Przedmieście stolicy okupują trzy grupy: Jaish al-Islam (kontrolowana przez klan Salafi Alloush i finansowana przez wahabitów z Arabii Saudyjskiej i Kuwejtu), Al-Kaida w Syrii (czyli Front al-Nusra) i sprzymierzona z nią Faylaq al-Rahman. Organizacje te walczyły też między sobą (cierpienie mieszkańców Ghuty nie zainteresowało wówczas komentatorów przyjętych obecną sytuacją). Do tej pory władze państwa zawarły z agresorami kilka porozumień o zawieszeniu broni. Każde z nich zerwali terroryści. Włodarze Syrii zaproponowali też przeniesienie przeciwników i ich rodzin ze wschodniej Ghuty do gubernatorstwa Idlib. Inicjatywa spotkała się z odmową. Okupanci często uniemożliwiają ewakuację ze strefy walk w trakcie rozejmów (w Aleppo zwyczajnie strzelali do cywilów podejmujących próbę ucieczki) i przejmują humanitarne konwoje syryjsko-arabskiego Czerwonego Półksiężyca.

Dramat rozgrywający się w Ghucie nie jest wyjątkiem. W styczniu 2018 niezależna organizacja monitorująca Airwars przypomniała opinii publicznej, że przeprowadzone przez USA naloty bombowe na syryjskie miasto Raqqa spowodowały znacznie więcej ofiar wskutek taktyki „oflankuj, zbombarduj i wycofaj się”. W jednym z „incydentów” w marcu 2017 myśliwce amerykańskiej koalicji zamieniły w kulę ognia szkołę położoną opodal miasta – zginęło 400 kobiet i dzieci, które schroniły się tam przed wojną. ONZ poinformowała, że Raqqa w 80% nie nadaje się do zamieszkania, pomimo zapewnień dowódców o tym, iż prowadzą „najbardziej precyzyjną wojnę w historii”. Podczas kilkumiesięcznej kampanii armia Stanów Zjednoczonych i jej sojusznicy zabili do lutego 2018 ponad 6.100 cywilów. Pentagon z premedytacją zaniżył liczbę ofiar – wartość oficjalna była 31-krotnie mniejsza od faktycznej.

Relacja brytyjskiej dziennikarki dochodzeniowej Vanessy Beeley zarejestrowana 14 lutego 2018, przed eskalacją ataków na wschodnią Ghutę.

Właśnie wróciłam z Syrii, gdzie od końca grudnia [2017] spędziłam pięć tygodni. Byłam niespełna sto metrów od linii frontu we wschodniej Ghucie. Mogę zaświadczyć, że rząd Syrii, rosyjska akcja humanitarna, syryjsko-arabski Czerwony Półksiężyc i inne organizacje społeczeństwa obywatelskiego Syrii w możliwie najbezpieczniejszy sposób ewakuują wszystkich, którzy potrzebują pomocy: cywilów, a nawet terrorystów, którzy skorzystali z amnestii. Prowadzą też negocjacje z ugrupowaniami terrorystycznymi, regularnie wysyłają konwoje z artykułami pierwszej potrzeby. Podobnie jak we wschodnim Aleppo i Madai, transporty te przechwytywane są przez ekstremistów, którzy pozbawiają rezydentów okupowanego przez siebie obszaru żywności, leków i opieki. Nie są to „przyjazne siły opozycyjne” czy „bojownicy o wolność”. Mamy do czynienia z bezwzględnymi zabójcami. Każdego dnia pociski z ich moździerzy zasypują dzielnice Starego miasta w Damaszku. Byłam świadkiem tych ataków. Do jednego z nich doszło w dniu, w którym opuściłam stolicę. Śmierć poniosło 9 osób, głównie dzieci. Najmłodsza ofiara miała 3 lata. Jednej z rannych dziewczynek amputowano nogę poniżej kolana. Korporacyjne media Zachodu nigdy o tym nie poinformują, ponieważ nie służy to narracji o „obaleniu reżimu”. Monolityczny argument o potrzebie usunięcia głowy państwa syryjskiego został stworzony przez dziennikarzy na potrzeby polityki zagranicznej zachodnich rządów, której celem jest destabilizacja kolejnego suwerennego kraju. Syryjczykom nie chodzi o utrzymanie prezydentury al-Asada. Syryjczycy bronią swojego świeckiego modelu życia, swojego pluralizmu, swojej wielokulturowości. Nie pozwolą sobie narzucić rządów „umiarkowanych” muzułmańskich fanatyków współpracujących ze swoimi sponsorami – Stanami Zjednoczonymi i ich państwami-klientami w regionie, Arabią Saudyjską i Izraelem. Syryjski rząd i armia bronią obywateli przed straszliwym losem: po ich przegranej w tej kampanii wojskowej doszłoby do jednej z największych masakr w historii, zgotowanej cywilom przez islamskich fundamentalistów.

Stany Zjednoczone są państwem bandyckim, którego postępowanie jest nielegalnie. Armia USA, która nie powinna przebywać na terytorium Syrii, dokonuje [norymberskiego] aktu największej agresji. Bombarduje wojska narodowe w ich własnym kraju, jednocześnie kolaboruje i wspiera wszystkie frakcje terrorystyczne – z Państwem Islamskim włącznie – które codziennie mordują obywateli i niszczą infrastrukturę. Pentagon twierdzi, że wspomaga Syryjskie Siły Demokratyczne (Syrian Democratic Forces – SDF). Są to de facto zastępcze oddziały Waszyngtonu, których zadaniem jest zagarnięcie wycinka terytorium Syrii i zamiana go w odrębne państwo – Kurdystan. Dodam, że kurdyjscy separatyści wzmocnieni przez USA stanowią mniejszość. Znakomita większość sekt i frakcji kurdyjskich działających wewnątrz kraju opowiada się po stronie rządu. W tej chwili w mieście Afrin na północnym zachodzie Syrii – ostrzeliwanym przez Turcję, która również zainteresowana jest aneksją fragmentu państwa – Kurdowie proszą armię syryjską o interwencję.

Sojusznicy Syrii zwalczają napaść terrorystyczną nie wykraczając poza ramy prawa międzynarodowego. Rosja, która bez wątpienia kieruje się pragmatyzmem i realizuje własne interesy, przestrzega prawa międzynarodowego – zaproszona przez demokratycznie wyłoniony rząd, dała się poznać jako szczery mediator. Wojna w Syrii obnażyła obraz rzeczywistości, w której żyjemy. Imperium amerykańskie rządzi światem poprzez przemoc. USA, główny gracz i główna destrukcyjna siła w Syrii, pomija prawo międzynarodowe. Bez prymatu prawa międzynarodowego nie może być mowy o bezpieczeństwie. Stany Zjednoczone zniszczyły bezpieczeństwo międzynarodowe.

W ciągu ostatnich tygodni odwiedziłam Aleppo. Od jego wyzwolenia minął rok. Widok każdej dzielnicy – także we wschodniej części miasta – był niezwykły. Branża chałupnicza wraca do życia. Ludzie odbudowują swoje domy. Unieruchomione zakłady tekstylne, których pracownicy musieli uciekać przed Al-Kaidą i Frontem al-Nusra, znów pracują pełną parą – tkają materiały i ubrania. To niesamowite, jak szybko miejsca, z których usunięto nowotwór terroryzmu, odzyskują zdrowie. Do miasta powróciło około 800 tysięcy mieszkańców. To oszałamiająca liczba. Nie wymienia się jej w telewizyjnych wiadomościach w krajach Zachodu z prostej przyczyny – trzeba bowiem kontynuować opowieść o syryjskim rządzie prześladującym własnych obywateli.

Mieszkałam w pobliżu Idlib. Odwiedziłam m.in. Hamę, As-Salamijję i kilka innych osad otoczonych ze wszystkich stron przez terrorystów. Przeprowadziłam liczne wywiady z mieszkańcami. Moi rozmówcy powiedzieli mi tym, o czym dobrze wiedziałam. Nie łatwo jest znaleźć w Syrii rodzinę, której członek – ojciec, syn, mąż czy córka – nie walczyłby w szeregach armii syryjskiej. Bardzo zależy mi na tym, aby do odbiorców dotarł następujący przekaz: armia syryjska nie jest jakimś oddzielnym tworem, całkowicie zespolonym z prezydenturą i rządem. Armia syryjska składa się z przedstawicieli narodu Syrii. Nie są to siły al-Asada, podobnie jak armia USA nie jest armią Trumpa. Zachodnie środki masowego przekazu rozmyślnie dopuszczają się nadużycia leksykalnego używając określenia „wojska prorządowe”, „wojska reżimu”. Armia syryjska należy do obywateli kraju, a oni do niej. Wszystkie te rodziny, których dzieci poległy w obronie Syrii przed terroryzmem spuszczonym ze smyczy przez nasze rządy, są bohaterami. Nawet nie potrafię opisać ofiary, jaką ponieśli i ponoszą. Cywile i żołnierze walczą będąc pod miażdżącym ciężarem sankcji Zachodu. Terroryści mają lepszy sprzęt, wyprodukowany i dostarczony przez nasze rządy. To bardzo ważny przekaz: nie pozwalajcie mass mediom i związanym z NATO organizacjom pozarządowym demonizować armii syryjskiej. Nie różni się ona od waszych armii narodowych. Jej żołnierze bronią swoich krajan i bliskich przed obcymi najeźdźcami. Zasługują na szacunek. Nie zasługują na pogardę i dehumanizację. Kiedy są mordowani przez koalicję USA, nikt o nich nie wspomina, nikt nie wyraża żalu. Tymczasem chronią społeczeństwo przed śmiertelnym uderzeniem tych samych ekstremistów, którzy zabili cywilów w Londynie, Paryżu i Brukseli.

Vanessa Beeley wróciła do Damaszku. Oto fragmenty jej pamiętnika z przełomu marca i kwietnia 2018.

Podczas briefingu prasowego z 28 marca 2018 ONZ podała, że ponad 75 000 cywilów, którym udało się uciec ze wsi i miasteczek wschodniej Ghuty, okupowanej przez grupy terrorystyczne, zostało objętych opieką syryjskich ośrodków rządowych. Ludność przedostaje się na wolność za pośrednictwem syryjsko-rosyjskich korytarzy humanitarnych. Są one regularnie ostrzeliwane przez terrorystów, co ma zapobiec odpływowi mieszkańców. Według urzędnika ONZ 25 000 wspomnianych cywilów powróciło dzięki rządowi do swoich rodzin, a pozostałymi 50 000 osób zajmują się już syryjskie organizacje społeczeństwa obywatelskiego. Oczywiście liczby podane przez ONZ rozmijają się ze statystykami publikowanymi przez rząd Syrii i rosyjskich negocjatorów. Syryjska Agencja Informacyjna mówi o 135 000 uwolnionych. Dziennikarz BBC Arabic Assaf Abood zarzucił, że ONZ nie robi wystarczająco dużo, by wspierać centra IDP (ludzi przesiedlonych wewnętrznie). Powiedział mi, że w kontrolowanej przez Dżajsz al-Islam Dumie znajduje się około 130 000 cywilów. Frakcja ta (podgrupa Frontu Nusra, czyli syryjskiego przedstawicielstwa Al-Kaidy) ma reputację najbardziej brutalnego i ekstremistycznego okupanta wschodniej Ghuty.

Media korporacyjne milczą, podczas gdy cywile opuszczają obszary, które przez 7 lat pozostawały we władaniu celebrowanych przez dziennikarzy Zachodu „demokratycznych bojowników”. Utrata „ludzkich tarcz” i instrumentów propagandy jest ciężkim ciosem dla tych ugrupowań terrorystycznych usankcjonowanych przez państwa członkowskie NATO. Istnieje również obawa przed tym, co powiedzą uwolnieni, kiedy znajdą się na bezpiecznym gruncie i będą mogli swobodnie opowiadać o swoich doświadczeniach. Słyszeliśmy ich relacje z miejscowości Aleppo, Hims, Madaja, Ar-Rakka, Dajr az-Zaur. Podobnie jak pod koniec 2016 roku, kiedy z przedmieść Damaszku zostali usunięci dżihadyści, wyłania się prawdziwy obraz sytuacji. Niewielu zachodnich reporterów obserwuje marsz ofiar – nie są w stanie skonfrontować się z prawdą, że ich łgarstwa wyrządziły narodowi syryjskiemu niebywałą krzywdę. Ludzie ci nie mogą uniknąć odpowiedzialności.

We wspomnieniach swoje potwierdzenie znajdują wcześniejsze doniesienia o tym, że grupy terrorystyczne przejmowały pomoc humanitarną, sprzedawały ludziom przekazaną za darmo żywność po wysokich cenach, ograniczały lub pozbawiały ich regularnego dostępu do wody i elektryczności. [Mieszkańcy Ghuty nie byli świadomi, że mogli skorzystać z rządowej inicjatywy pojednania. Straszono ich potencjalnymi represjami. Żyli w atmosferze strachu przed „reżimem” stworzonej przez dezinformację. Karmiono ich propagandą rozpowszechnianą przez zachodnie media nurtu głównego, kanały satelitarne z Zatoki Perskiej i „Białe Hełmy”. Przekonani, że „Asad próbuje wymordować swój naród”, wyobrażali sobie, że na końcu korytarzy humanitarnych czeka na nich pluton egzekucyjny.]

Po dziesięciu dniach spokoju na Damaszek spadł deszcz moździerzowych pocisków. Krótkie wytchnienie przerwali terroryści z Dżajsz al-Islam, którzy przebywają w Dumie – ostatnim skrawku wschodniej Ghuty, który nadal kontrolą. W dniu wznowienia ataków w centrum Damaszku zginęło czterech cywilów, w tym dziecko i kobieta. Dwadzieścia dwie osoby odniosły rany. Zgodnie z tutejszą tradycją w piątek rodziny udają się na wspólny posiłek do Al Rabweh, a wieczór spędzają nad brzegiem rzeki w jednej z kolorowych restauracji. Tłumy wyległy na ulice, by rozpocząć prawosławną Wielkanoc. Al Mowasat, dyrektor generalny szpitala w Damaszku, podał, że zginęło wówczas sześcioro ludzi. Pośród 38 rannych dziesięcioro było w stanie krytycznym.

Ostrzał moździerzowy i z broni automatycznej prowadzą fanatycy dowodzeni przez Abu Qusaya, który przejął władzę. Przywódcy Dżajsz al-Islam przerwali [zorganizowaną przez rząd] ewakuację bojowników i ich rodzin [do Idlib] i zażądali rewizji wcześniej uzgodnionych [w trakcie negocjacji] kwestii dotyczących rozbrojenia ich grupy. Abu Qusay postanowił wykorzystać cywilów jako „żywe tarcze”. W celu zastraszenia ludności terroryści zabili osoby protestujące przeciwko pozostaniu w Dumie. Rozpoczęli też przygotowania do egzekucji zakładników. W ich „więzieniach pokuty” zamkniętych jest od 3 500 do 5 000 osób, w tym kobiety i dzieci. Próbują wywrzeć presję na syryjskim rządzie. Odebranie życia nie ma dla nich znaczenia. Ważą się losy tysięcy więźniów. Po długich negocjacjach – wysiłkach Rosjan i rządu syryjskiego na rzecz pojednania – dżihadyści nie przekazali odpowiedzi. Po południu w Dumie i Damaszku rozpętało się piekło. Dżajsz al-Islam chce cofnąć Syrię do epoki kamienia, uczynić ją krajem cmentarzy. Ci uzależnieni od przemocy ekstremiści muszą zostać powstrzymani. Cywilów, których przetrzymują, trzeba oswobodzić. Duma musi uwolnić się z uścisku terroru watażków sponsorowanych przez Arabię Saudyjską.

Żołnierze, których spotkałam we wschodniej Ghucie, dręczy straszliwy wybór, narzucony im przez mocarstwa z zewnątrz – państwa członkowskie NATO, Turcję, Izrael, Arabię Saudyjską. Podczas uwalniania rodaków – będących zakładnikami przetrzymywanymi na obszarach miejskich przez doskonale uzbrojone siły ekstremistyczne – muszą patrzeć na nieuniknioną śmierć… rodaków. To przerażający rezultat wojny o „zmianę reżimu”, która zmusiła cały naród do dokonywania wyborów sprzecznych z wszelkimi wartościami moralnymi lub etycznymi. Nie odzwierciedlają one charakteru syryjskiej armii arabskiej ani jej sojuszników – obnażają naturę tych, którzy prowadząc, finansując i promując tę masakrę, depczą ludzkie życie, by szybko osiągnąć swoje niszczycielskie cele.

W niedzielę wieczorem [8 kwietnia 2018] dowiedzieliśmy się, że zespół rosyjskich negocjatorów i przedstawiciele rządu syryjskiego zabezpieczyli uwolnienie około 5 000 porwanych cywilów, których przetrzymywała pod ziemią lansowana przez rząd Wielkiej Brytanii organizacja Dżajsz al-Islam. Były to dzieci, kobiety i inni cywile, którzy odrzucili fanatyczną ideologię grupy. Ich uwolnienie należało do priorytetów rządu. Krewni uprowadzonych czekali w Damaszku przez 6 lat na oswobodzenie bliskich. Naszym oczom ukazały się autobusy. Przywiozły około 100 osób. Nie mogliśmy powstrzymać łez. Żołnierze – weterani wielu bitew – płakali w objęciach swoich towarzyszy. Reszta ofiar najprawdopodobniej nie żyje. Kiedy trwały negocjacje, dobiegła nas wiadomość o egzekucjach. W szumie nawoływań i podżegania do wojny proszę sobie wyobrazić, co czują ludzie, którzy po tylu latach nadziei i modlitw słyszą, że nie ujrzą już swojego rodzeństwa, rodziców, wujostwa lub dziadków. Nie potrafię opisać wiadomości, które otrzymuję. Wzbiera fala gniewu, którą trudno będzie rządowi powstrzymać, zwłaszcza w obecnej sytuacji, gdy zwiększa się presja zewnętrzna.

Wybrane wpisy: „Geneza wojny w Syrii”, „Syria: Kilka niehumanitarnych przyczyn potencjalnej ‚interwencji’”, „Syria: Wojna nie-domowa”, „Tymczasem na Bliskim Wschodzie”, „Upadek Jemenu przedsmakiem tego, co nadchodzi” , „Nieznana statystyka ofiar bez wartości”, „Świat, który stworzyliśmy, wykracza poza koszmar George’a Orwella”

Opracowanie: exignorant

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Imperialne wojny, militaryzm i terror państwowy. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.