Wielkie milczenie

Esej Clive’a Hamiltona z 4 maja 2017.

Na liczącej 4.5 miliarda lat Ziemi, po 200.000 lat istnienia współczesnych ludzi, dotarliśmy do nowego punktu w historii: antropocenu. Zmiana spadła na nas z dezorientującą prędkością. Jest to rodzaj transformacji, której pełna akceptacja przychodzi po dwóch, trzech lub czterech pokoleniach.

Nasi najlepsi naukowcy mówią nam, że rozgrywa się katastrofa, że systemy podtrzymujące planetarne życie są niszczone na sposoby, które zagrażają naszemu przetrwaniu. Jednak w obliczu tych faktów postępujemy tak, jak dotychczas.

Większość obywateli ignoruje lub bagatelizuje ostrzeżenia; wielu intelektualistów oddaje się myśleniu życzeniowemu; niektóre wpływowe głosy obwieszczają, że nic się nie dzieje, a badacze celowo wprowadzają nas w błąd. Tymczasem dowody krzyczą, iż staliśmy się na tyle potężni, by wkroczyć w nową i niebezpieczną epokę geologiczną, którą definiuje ludzki ślad odciśnięty na globalnym środowisku – tak duży i aktywny, iż pod względem wpływu na funkcjonowanie systemu Ziemi nie ustępuje wielkim siłom przyrody.

Ta dziwaczna sytuacja, w której mamy dość siły, by zmienić bieg wydarzeń na Ziemi, lecz nie potrafimy skorygować własnego zachowania, stoi w sprzeczności z każdym współczesnym przekonaniem o naturze człowieka. Niektórzy poczytują za absurd sugestię, jakoby ludzkość mogła wyzwolić się z pęt historii i zapisać w głębokim czasie jako potęga geologiczna. Ich zdaniem ludzie są zbyt mizerni, aby zmienić klimat, zatem niedorzeczną jest sugestia, iż jesteśmy w stanie zmienić geologiczną skalę czasu. Inni ewolucję Ziemi zaliczają do sfery boskiej, tak więc wzmianka o tym, że ludzie mogą zastąpić wszechmocnego, nie tylko jawi się impertynencją, ale wręcz bluźnierstwem.

Wielu intelektualistów z kręgu nauk społecznych i humanistycznych nie przyjmuje do wiadomości, że badacze planetarni mają do powiedzenia coś, co mogłoby wpłynąć na ich rozumienie świata, ponieważ „świat” składa się wyłącznie z ludzi wchodzących w interakcję z innymi ludźmi, a przyroda to jedynie pasywna dekoracja, z której powinniśmy czerpać do woli.

Dominująca w naukach społecznych i humanistycznych orientacja „tylko dla ludzi” jest wzmacniana przez nasze całkowite zanurzenie w obrazach rzeczywistości pochodzenia medialnego, zachęcających nas do postrzegania kryzysu ekologicznego jako widowiska, które odbywa się poza bańką naszej egzystencji.

Prawdą jest, iż uzmysłowienie skali tego, co się dzieje, wymaga nie tylko przebicia bańki, lecz także poznawczego przestawienia się na „myślenie o Ziemi w kategoriach systemowych” – tj. pojmowaniu planety jako pojedynczego, złożonego, dynamicznego systemu. Jedną sprawą jest zaakceptowanie prawdy, że oddziaływanie człowieka objęło swoim zasięgiem cały krajobraz, oceany i atmosferę, zupełnie inną jest zrozumienie, że poczynania naszego gatunku zaburzają funkcjonowanie Ziemi jako złożonej, dynamicznej, stale ewoluującej całości, złożonej z niezliczonych, zazębiających się procesów.

Zastanów się nad zdumiewającym faktem: posiadając wiedzę o cyklach, które rządzą rotacją Ziemi, z kątem nachylenia osi włącznie, paleoklimatolodzy są zdolni przewidzieć ze znaczną pewnością, że następna epoka lodowcowa nadejdzie za 50.000 lat. Jednakże z uwagi na to, iż dwutlenek węgla utrzymuje się w atmosferze przez tysiąclecia, spowodowane przez człowieka cywilizowanego w XX i XXI wieku globalne ocieplenie powstrzyma przybycie najbliższego zlodowacenia  i być może następnego, które spodziewane jest za 130.000 lat.

Skoro ludzka aktywność potrafi na przestrzeni stulecia lub dwóch nieodwracalnie przeobrazić planetarny klimat na dziesiątki tysięcy lat, wypadałoby zaprzestać myślenia o historii i analizie społecznej jako dziedzinach zamkniętych w hermetycznym światku ludzkich spraw.

Jak powinniśmy zrozumieć alarmujące realia, że mnogość dowodów naukowych na temat antropocenu, toczącego się wydarzenia o niewyobrażalnej skali, była niedostateczna, aby sprowokować uzasadnioną i adekwatną reakcję?

U wielu osób akumulacja faktów na temat zaburzeń ekologicznych ma efekt odurzający, który uwidacznia się w powszechnym stosunku wobec kryzysu systemu Ziemi, zwłaszcza wśród opiniodawców i liderów politycznych. Niektórzy otworzyli się na pełne znaczenie antropocenu, przekraczając ów próg w drodze stopniowego, coraz bardziej niepokojącego procesu asymilacji dowodów lub po uświadomieniu, które przebija się nagle z wielką siłą w odpowiedzi na niepozorne zdarzenie, bądź informację.

Poza granicami środowiska naukowego nieliczni zaznajomieni z planetarną sytuacją czują, że zachodzi coś niewyobrażalnie wielkiego, że konfrontujemy się z perspektywą kompletnej ruiny lub jakąś formą wybawienia.

Największą tragedią jest dzisiaj brak poczucia tragedii. Obojętność, jaką gros populacji demonstruje wobec patologicznej kondycji systemu Ziemi, można przypisać porażce rozumu lub psychologicznym słabościom; niemniej wydaje się to niewystarczające, by wyjaśnić, dlaczego znajdujemy się na skraju otchłani.

Jak możemy rozumieć żałosną klęskę współczesnego myślenia, aby poradzić sobie z tym, co nas obecnie spotyka? Kilka lat po zrzuceniu drugiej bomby atomowej Kazuo Ishiguro napisał powieść o mieszkańcach Nagasaki, w której nie wspomina się o bombie, choć jej cień pada na każdego. Cień antropocenu również pada na nas wszystkich.

Mimo to księgarnie zaopatrywane są regularnie w tomy z różnymi wersjami przyszłości świata, kreślonymi przez naszych wiodących intelektualistów z lewa i prawa, w których o kryzysie ekologicznym praktycznie się nie wspomina. Autorzy piszą o ekspansji Chin, zderzeniu cywilizacji i maszynach, które przejęły kontrolę nad światem – wizje te są skomponowane i przedstawione tak, jakby klimatolodzy w ogóle nie istnieli. Są to prognozy przyszłości, z których usunięto dominujące fakty – futurolodzy uwięzieni w anachronicznej przeszłości. Tym jest wielkie milczenie.

Słyszałem o uroczystym obiedzie, w którym uczestniczył jeden z najwybitniejszych psychoanalityków w Europie. Autorytet dyskutował żarliwie na każdy temat, lecz kiedy podniesiono kwestię zmiany klimatu, zaniemówił. Nie miał nic do powiedzenia. Dla większości inteligencji przewidywania badaczy planetarnych jawią się tak absurdalnymi, że można je bezpiecznie zignorować.

Prawdopodobnie intelektualna kapitulacja stała się tak kompletną, ponieważ siły, które zgodnie z pokładaną w nie nadzieją miały uczynić świat bardziej cywilizowanym – wolności osobiste, demokracja, dobra materialne, potęga technologiczna – w rzeczywistości torują drogę samozniszczeniu. Siły, którym powierzyliśmy nasze ocalenie, pożrą nas.

Ten i ów rozładowuje napięcie poprzez odrzucenie dowodów, czyli oświecenia. Reakcja innych polega na deprecjonowaniu głosów nawołujących do uznania niebezpieczeństwa jako przejawów utraty wiary w ludzkość – jakby obawa o los Ziemi była po prostu romantyczną iluzją lub przesądnym uwstecznieniem.

A badacze Ziemi nie przestają nas prześladować – podążają za nami niczym lamentujące zjawy, podczas gdy my, żyjący w pośpiechu, odwracamy się od czasu do czasu z irytacją, aby pomachać krucyfiksem Postępu.

Clive Hamilton australijski pisarz i intelektualista. Od 2008 roku wykłada etykę publiczną na Uniwersytecie Charlesa Sturta w Canberze. Z wykształcenia jest ekonomistą i znawcą sztuki. Wybrane książki: „Fetysz wzrostu” (Growth Fetish, 2003), „Zamożność” (Affluenza, współautor: Richard Dennis, 2005), „Uciszając sprzeciw” (Silencing Dissent, pod redakcją Sarahy Maddison, 2007), „Requiem dla gatunku: Dlaczego opieramy się prawdzie o zmianie klimatu” (Requiem for a Species: Why we resist the truth about climate change, 2010) i „Nieprzejednana Ziemia: Los ludzi w antropocenie” (Defiant Earth: The fate of humans in the Anthropocene, 2017).

Tłumaczenie: exignorant

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Kluczowe badania, Poza nadzieją. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.