Z kart ideowego skryptu gatunkowych samobójców

Ziemskie życie i „nieszczęśnicy świata nie mieli szans w konfrontacji z fundamentalizmami Zachodnich mistrzów karnawału planetarnego zniszczenia.

„Amerykański postęp” autor John Gast (1872)

„Amerykański postęp”, John Gast (1872)

I. Wszyscy jesteśmy Państwem Islamskim

II. Kłamstwo patriotyzmu

III. Liderzy z misją od boga

IV. Oświeceni wyzwoliciele i utopiści

V. Ortodoksja ekonomiczna

VI. Arogancja (trans)humanizmu

I.

Wszyscy jesteśmy Państwem Islamskim

Naloty Amerykanów i artyleria iracka zabijają nas na spółkę z bojownikami Państwa Islamskiego. Nie ma żadnej różnicy między tym, co robią a masowymi mordami dżihadystów. Nie mamy przyjaciół.” Omar Abu Ali, rolnik z irackiej Garmy (kwiecień 2016)

Esej Chrisa Hedgesa z 27 marca 2016.

Zemsta jest psychologicznym silnikiem wojny. Ofiary są krwawą walutą. Ich zwłoki wykorzystuje się do uświęcania aktów masowego morderstwa. Ci, których definiuje się jako wroga i przeznacza na rzeź, stają się nie-ludźmi. Nie są warci współczucia czy sprawiedliwości. Litość i żal odczuwane są wyłącznie wobec swoich. Ślubujemy wyeliminować odczłowieczoną masę, która ucieleśnia absolutne zło. Zmasakrowani i martwi w Brukseli czy Paryżu, zmasakrowani i martwi w Rakkce czy Syrcie powielają i utrwalają te same mroczne żądze. Wszyscy jesteśmy Państwem Islamskim.

Z przemocy tylko przemoc się rodzi,” pisał Primo Levi, „wzorem wahadłowego działania, które miast z upływem czasu wytracać impet, staje się coraz bardziej szaleńczym.”

Gra w zabijanie wet za wet nie zakończy się aż do wyczerpania, aż kultura śmierci nie złamie nas emocjonalnie i fizycznie. Używamy naszych dronów, samolotów bojowych, rakiet i artylerii, aby rozrywać ściany i sufity, roztrzaskiwać okna i zabijać lub ranić tych, którzy są w środku. Nasi wrogowie pakują materiały wybuchowe do walizek lub kamizelek i wchodzą do terminali lotniczych, na sale koncertowe, do kawiarni lub metra i wysadzają nas i siebie w powietrze. Gdyby dysponowali naszą technologią śmierci, zrobiliby to bardziej efektywnie. Ale jej nie posiadają. Ich taktyka jest mniej wyrafinowana, ale pod względem moralnym nie różnią się od nas. T.E. Lawrence nazwał tę spiralę przemocy „pierścieniami smutku”.

Religia chrześcijańska afirmuje pojęcie „świętej wojny” równie fanatycznie jak islam. Nasze wyprawy krzyżowe odpowiadają koncepcji dżihadu. Kiedy religia służy do uświęcania morderstwa, przestają istnieć wszelkie zasady. To walka między jasnością i mrokiem, dobrem i złem, szatanem i bogiem. Racjonalny dyskurs zostaje skazany na wygnanie. A „kiedy rozum śpi,” jak powiedział Goya, „budzą się demony.”

Flagi, pieśni patriotyczne, deifikacja wojownika i sentymentalne brednie zagłuszają rzeczywistość. Komunikujemy się pustymi frazesami i bezmyślnymi, nacjonalistycznymi absurdami. Kultura masowa używana jest do wzmocnienia kłamstwa, że to my jesteśmy prawdziwymi ofiarami. Na nowo tworzy przeszłość, aby dopasować się do narodowego mitu o bohaterstwie. Prawi się, że tylko my posiadamy cnoty i odwagę. Tylko my mamy prawo do zemsty. Ta hipnoza prowadzi do zbiorowego uśpienia, ślepoty wywołanej przez aparat państwa.

Przeciwnicy, bez dostępu do naszych przemysłowych maszyn śmierci, zabijają z bliska. Ale mordowanie zdalne nie czyni nas mniej zdeformowanymi pod względem moralnym. Zabijanie z dystansu – praktykowane w bazach amerykańskich sił powietrznych przez operatorów dronów, którzy wracają do domu na obiad – jest nie mniej wynaturzone. Ci technicy sprawiają, że ogromna machina śmierci działa z przerażającą, kliniczną sterylnością. Depersonalizują przemysłową wojnę. Są „małymi Eichmannami”. Ta zorganizowana biurokracja zabijania jest najbardziej trwałym dziedzictwem Holokaustu.

Zmechanizowane, racjonalne, bezosobowe i nieprzerwane masowe niszczenie istot ludzkich, zorganizowane i administrowane przez państwa, legitymizowane i wprawiane w ruch przez naukowców i prawników, usankcjonowane i spopularyzowane przez akademików i intelektualistów, stało się podstawową pożywką naszej cywilizacji, ostatnim, groźnym i często tłumionym dziedzictwem tysiąclecia,” napisał w swojej książce „Morderstwo pośród nas: Holokaust, zabijanie przemysłowe i reprezentacja” Omer Bartov.

Torturujemy porywanych więźniów, przetrzymujemy wielu z nich latami w tajnych aresztach. Dokonujemy „chirurgicznych zabójstw” tzw. celów o dużej wartości. Znosimy obywatelskie swobody. Wyrzucamy z domów miliony rodzin. Ci, którzy nam się sprzeciwiają, robią to samo. Torturują i ścinają głowy – styl egzekucji preferowany przez chrześcijańskich krzyżowców – stosując okrucieństwo własnej marki. Rządzą jak despoci. Ból za ból. Krew za krew. Horror za horror. W tym szaleństwie jest przerażająca symetria. Usprawiedliwia je ta sama religijna perwersja. Ta sama rezygnacja z tego, co świadczy o byciu ludzkim i sprawiedliwym.

Psycholog Rollo May napisał:

Na początku każdej wojny […] pospiesznie nadajemy naszemu wrogowi wizerunek demoniczny; a następnie, skoro walczymy z samym diabłem, możemy przejść na stopę wojenną bez zadawania sobie wszystkich kłopotliwych i duchowych pytań, które wojna rodzi. Nie musimy mierzyć się ze świadomością, że ci, których zabijamy, są osobami takimi jak my.”

Zabijanie i tortury, im dłużej trwają, infekują sprawców i społeczeństwo, które popiera ich działania. Pozbawiają zawodowych inkwizytorów i zabójców zdolności odczuwania. Żywią instynkt śmierci. Pogłębiają moralną ranę wojny.

Dwudziestu dwóch weteranów służby wojskowej USA popełnia codziennie samobójstwo. Robią to bez pasa z materiałami wybuchowymi. Ale z wieloma zamachowcami-samobójcami łączy ich niepohamowane pragnienie porzucenia świata i nikczemnej roli, jaką w nim odegrali.

Albert Camus, podobnie jak Immanuel Kant, rozumiał, że „lepiej jest znosić pewne niesprawiedliwości, niż je popełniać.” Jednak politycy, eksperci i kultura masowa uznają tę mądrość za słabość. Ci, którzy mówią językiem rozsądku, jak Eurypides, kiedy tworzył swoje antywojenne arcydzieło „Kobiety Troi”, stają się obiektem drwin, skazywani są na banicję.

Kim jesteśmy, by potępiać masowe mordowanie cywilów? Czy zapomnieliśmy o naszym bombardowaniu niemieckich i japońskich miast podczas II wojny światowej, które pozbawiło życia 800.000 kobiet, dzieci i mężczyzn? Co z rodzinami zgładzonymi przez nas w Dreźnie (135.000 zabitych), Tokio (97.000 zabitych), Hiroszimie (80.000 zabitych) i Nagasaki (66.000 zabitych)? Co z około 3 milionami cywilów, których uśmierciliśmy w Wietnamie?

Zrzucaliśmy 32 tony bomb na godzinę w Wietnamie Północnym od 1965 do 1968 roku – setki Hiroszim. Jak pisze w swojej książce „Zabij wszystko co się rusza: Prawdziwa amerykańska wojna w Wietnamie” Nick Turse, tonaż ten nie uwzględniał „miliardów litrów defoliantów, tysięcy ton gazów i niezliczonych kanistrów z napalmem; bomb kasetowych, żelaznych bomb fragmentujących, bomb typu daisy-cutter, które unicestwiały wszystko w promieniu dziesięciu boisk futbolowych, rakiet przeciwpiechotnych, rakiet odłamkowo-burzących, rakiet zapalających, milionów granatów i mnóstwa min.”

Czy zapomnieliśmy o milionach ludzi, którzy zginęli w naszych wojnach i tzw. wojnach zastępczych na Filipinach, w Kongo, Laosie, Kambodży, Indonezji, Gwatemali, Salwadorze i Nikaragui? Czy zapomnieliśmy o milionie ofiar w Iraku i 92.000 uśmierconych Afgańczykach? Czy zapomnieliśmy o prawie 8 milionach ludzi, których zmusiliśmy do opuszczenia domów w Iraku, Afganistanie, Pakistanie i Syrii?

Od początku kampanii powietrznej prowadzonej nad Irakiem i Syrią przeciwko Państwu Islamskiemu miało miejsce 87.000 koalicyjnych lotów operacyjnych. Jest to najnowszy rozdział w naszej niekończącej się wojnie przeciwko ziemskim nieszczęśnikom.

Jak możemy bulwersować się faktem niszczenia zabytków kultury przez Państwo Islamskie, takich jak Palmyra, skoro sami obróciliśmy w gruzy tak wiele im podobnych? W swojej książce „Dresden” Frederick Taylor przypomina, że bombardując Niemcy podczas II wojny światowej zrównaliśmy z ziemią niezliczone „kościoły, pałace, zabytkowe budynki, biblioteki, muzea,” w tym „dom Goethego we Frankfurcie” i „prochy Charlemagne z katedry Aechen” wraz z „niezastąpionymi zbiorami czterechsetletniej Biblioteki Państwowej w Monachium.” Czy ktoś pamięta, że w trakcie tygodniowego bombardowania w Wietnamie wysadziliśmy w powietrze prawie cały historyczny kompleks świątynny My Son? Czy zapomnieliśmy, że nasza inwazja na Irak doprowadziła do spopielenia Biblioteki Narodowej, splądrowania Muzeum Narodowego oraz budowy bazy wojskowej na terenie starożytnego miasta Babilon? Wojny, które spłodziliśmy, zniszczyły tysiące miejsc badań archeologicznych w Iraku, Syrii, Afganistanie i Libii.

Do perfekcji opanowaliśmy technikę zbiorowego mordu i destrukcji, którą nazywamy „bombardowaniem dywanowym”, „bombardowaniem zmasowanym”, „bombardowaniem obszaru”, „bombardowaniem pustoszącym”, „bombardowaniem wielkoskalowym” lub, w najnowszej wersji, „szokiem i przerażeniem”. Stworzyliśmy dzięki naszemu narodowemu bogactwu systemy zarządzania i technologie, które socjolog James William Gibson nazywa „techno-wojną”. Czym były ataki z 11 września 2001, jeśli nie odpowiedzią na eksplozje i śmierć, jakimi zaoraliśmy miasta na całym świecie? Zamachowcy przemówili do nas językiem szaleństwa, którego ich nauczyliśmy. Oni, podobnie jak mordercy w Paryżu i Brukseli, wiedzieli dokładnie, jak się komunikujemy.

Sprzedawcy śmierci, producenci broni są jednymi z nielicznych, którzy czerpią zyski. Reszta z nas uwięziona jest w spirali przemocy, która nie ustanie, dopóki nie zakończymy amerykańskiej okupacji Bliskiego Wschodu, dopóki nie nauczymy się mówić językiem innym niż skowyt wojny, śmierci i zniszczenia. Odzyskamy język człowieczeństwa, gdy będziemy wyczerpani, gdy zginie zbyt wielu pobratymców, by kontynuować grę. Ofiarami wciąż w większości będą niewinni ludzie, znajdujący się w potrzasku pomiędzy zabójcami, których wydaje to samo łono.

II.

Kłamstwo patriotyzmu

Esej Chrisa Hedgesa z 3 kwietnia 2016.

Gdy Rory Fanning, krzepki weteran, który służył w 2. Batalionie Rangersów i został wysłany do Afganistanu w 2002 i 2004 roku, pojawił się w Chicago na marcowym wiecu Donalda Trumpa, miał na sobie górną połowę bojowego munduru moro. Kiedy przeciskał się przez tłum, dziesiątki zwolenników prezydenckiego kandydata pozdrawiały go słowami „Witaj w domu, bracie” i „Dziękuję za twoją służbę”. Potem nastąpił protest, który wymusił zakończenie mityngu. Fanning, jako jeden z demonstrantów, wyciągnął flagę z napisem „Weterani przeciwko rasizmowi, wojnie i imperium”.

Natychmiast ktoś rzucił we mnie napojem”, powiedział podczas naszej rozmowy w programie „Dni rewolty”. „Zadano mi trzy czy cztery ciosy w tył głowy. Był to dla mnie ważny punkt zwrotny. Zakwestionowałem narrację Donalda Trumpa i nagle wypadłem z ich łask.”

Nacjonaliści nie otaczają czcią wszystkich weteranów. Admirują tych, którzy czytają z zatwierdzonego patriotycznego skryptu. Ameryka jest najwspanialszym i najpotężniejszym krajem na Ziemi. Ci, z którymi walczymy są zdeprawowanymi barbarzyńcami. Nasi wrogowie zasługują na śmierć. Bóg jest po naszej stronie. Zwycięstwo jest zapewnione. Nasi żołnierze i Marines są bohaterami. Odstąp od tych frazesów i bez względu na to, w ilu misjach wojskowych uczestniczyłeś, zasługujesz na pogardę. Sławiony patriotyzm prawicy polega na samouwielbieniu. Stanowi nagą żądzę przemocy. Jest ślepą służalczością wobec państwa. I prowadzi do cenzurowania realiów wojny.

Wielu żołnierzy, którzy powracają z wojny, nie widzi w sobie bohatera, wręcz przeciwnie,” podkreślił Fanning. „Dowolne rzucanie tym określeniem jest niebezpieczne. To sposób na manipulowanie żołnierzami. Kupuje ich milczenie.”

Żołnierzy nie zachęca się po powrocie do rozmowy o wojennej rzeczywistości,” kontynuował. „Przyczepia się im etykietę bohatera lub wojownika. To poważny problem. Prowadzi do dalszego ich odosobnienia, izolacji. Rozmawiamy o samobójstwach wśród weteranów – 22 dziennie. Dochodzi do nich dlatego, że nie wolno nam mówić o tym, co widzieliśmy za granicą, jak było to niesprawiedliwe, jakimi byliśmy zbirami. Ilu niewinnych ludzi straciło życie po 11 września 2001? Rzucanie słowami takimi jak ‚bohaterowie’ jest równoznaczne z brakiem szacunku wobec doświadczeń weteranów i wszystkich niewinnych ludzi, których od tego czasu zabito.”

Z bliska wojna nie ma żadnego związku z mitem. Jest zdeprawowana i okrutna. Nie ma nic wspólnego ze szlachetnym celem lub sprawiedliwością. Zabijanie jest brudną, ohydną czynnością. Istnieje ogromna rozbieżność między realiami wojny i mitem propagowanym przez prasę, przemysł rozrywkowy, polityków i kościoły.

Kiedy wkraczałem z 2. Batalionem Rangersów do Afganistanu, nie miałem pojęcia, że talibowie w zasadzie się poddali po początkowym ataku sił powietrznych i jednostek specjalnych,” opowiadał o swojej pierwszej misji z końca 2001 roku Fanning. „Naszym zadaniem było przede wszystkim wciągnięcie talibów z powrotem do walki. Po 11 września 2001 kapitulacja politykom nie wystarczyła. Chcieliśmy krwi. Chcieliśmy statystki zabitych. Naprawdę nie miało znaczenia, kim są. Odwiedzaliśmy więc ludzi – którzy byli okupowani, uczestniczyli wcześniej w wojnie domowej – z mnóstwem gotówki. Mówiliśmy: ‚Słuchaj, damy ci tę sumę, jeśli wskażesz członka talibów.’ Afgańczyk odpowiadał, ‚Pewnie, bez problemu. Jest tam.’ Idziemy do domu obok. Wpadamy na podwórko sąsiada, na głowę każdego mężczyzny w wieku poborowym zakładamy worek, przynależność do talibów nie miała znaczenia. Donosiciel otrzymywał pieniądze i nieruchomość sąsiada. W kraju takim jak Afganistan, gdzie panuje niebywała desperacja i bieda, zrobisz wszystko, żeby na rodzinny stół położyć parę groszy lub coś do jedzenia. Tym się zasadniczo zajmowaliśmy. Ale zgarnialiśmy też ludzi, których z walką nie łączyło absolutnie nic. Tworzyliśmy wrogów.

Zgłosiłem swoją gotowość, aby zapobiec kolejnemu zamachowi,” kontynuował. „Ale wkrótce po przybyciu do Afganistanu zdałem sobie sprawę, że jedynie tworzyłem warunki dla kolejnych zamachów terrorystycznych. Gorzka pigułka do przełknięcia. Byliśmy po prostu od terroryzowania.”

Nieproporcjonalne użycie siły przez amerykańskiego okupanta nie tylko uśmierciło ogromną liczbę cywilów, ale posłużyło też za skuteczną broń do powstańczej rekrutacji.

Zdarzyło się, że na nasz obóz spadła rakieta,” wspominał Fanning, który jest członkiem Weteranów na rzecz Pokoju i autorem „Warto o to walczyć: Podróż Rangera przez Amerykę”. „Niekoniecznie wiedzieliśmy, skąd nadleciała. Ogólnie to stamtąd. Zamówiliśmy 250-kilogramową bombę. Spadła na wioskę.”

Terror zgotowany Afgańczykom stał się wkrótce terrorem zgotowanym Irakijczykom.

Michael Hanes służył w Korpusie Piechoty Morskiej od 1994 do 2004. W roku 2003 był w Iraku jako członek najbardziej doświadczonego plutonu – odpowiednika Navy Seals – 1. Kompanii Rozpoznawczej 1. Dywizji Piechoty Morskiej. Brał udział w licznych obławach i nalotach. Obecnie jest członkiem Weteranów na rzecz Pokoju.

Uczestniczyłem w inwazji na Irak,” powiedział. „Wdarliśmy się do Bagdadu i wydarzenia nabrały bardzo realnego wymiaru, kiedy zaczęliśmy wywarzać kopniakiem drzwi, oskarżać i terroryzować tych ludzi.”

Prawdopodobnie około 50 procent lub więcej materiału wywiadowczego było po prostu błędne,” kontynuował. „Po wyważeniu drzwi wchodzisz do rodzinnego domu, są tam starsze kobiety, dziewczynki w wieku 3-4 lat; krzyczą, przerażone oddają mocz. Robią w majtki. Podrywasz babcię, rzucasz nią o ścianę i przesłuchujesz. Jesteś tym wstrząśnięty. Naprawdę mocno. Zacząłem zadawać sobie pytanie, co ja do cholery wyprawiam? Jeśli byłeś młodym człowiekiem [w tym plądrowanym domu], niespełna 20-latkiem, dostatecznie dorosłym, aby mieć broń, jako potencjalnego powstańca, lojalistę [Fedainów Saddama] zabierano cię z domu na przesłuchanie. Kto wie, co się z nimi stało. Wiem, że piechurzy przesłuchiwali przez całą noc. Nie wiadomo, czy aresztanci nawet wrócili do swoich rodzin.

Kiedy atakujesz dronem, masz zewnętrzny zasięg rażenia, gdzie ginie wielu cywilów,” wyjaśnił Hanes. „To fabryka produkująca terrorystów. Tracisz swoje dziecko, matkę, któregokolwiek z członków rodziny… Postaw się w tej sytuacji. Gdybym stracił dziecko, byłbym zdesperowany. Co ty byś zrobił? Łatwo jest zrozumieć, dlaczego ktoś zakłada sobie bombę i wysadza się w powietrze.”

Brutalności fizycznej i przemocy towarzyszy jawny rasizm, charakterystyczny dla okupacji wojskowych.

Nie zwracaliśmy się do ludzi w Afganistanie jako Afgańczyków, byli hadżi,” powiedział Fanning. „Określeniem tym okazuje się szacunek komuś, kto odbył podróż do Mekki, ale my nadawaliśmy mu obraźliwy ton.”

Pojęcia ‚piaskowy czarnuch’, ‚hadżi’, ‚barbarzyńca’, ‚terrorysta’ były wypowiadane bezceremonialnie, jakby byli podludźmi,” dodał Hanes.

Kłamstwa państwa i całego społeczeństwa stały się boleśnie oczywiste.

Sprzedaje się nam ideę, że uwolnimy ludzi, walczymy z terroryzmem. Potem uświadamiamy sobie, że to my ich terroryzujemy,” powiedział Hanes. „Prowadzi to do psychicznej udręki. Kilku moich przyjaciół popełniło samobójstwo.”

Dwaj weterani mówią, że ukojenie znajdują w aktach obywatelskiego nieposłuszeństwa. Hanesa aresztowano wraz z innymi członkami Weteranów na rzecz Pokoju podczas protestu przeciwko bazom amerykańskim na Okinawie. Stacjonował tam dwie dekady wcześniej.

Hanes jako demonstrant „był na przeciwległym biegunie,” powiedział nawiązując do swojej służby na Okinawie. „Spędzałem czas z ludźmi, słuchałem o ich zmaganiach i na własne oczy widziałem, co tam się dzieje. Protestowałem razem z nimi. Stałem przed ciężarówkami. Kładłem się na drodze. Blokowałem ekipy budowlane.”

Hanes i Fanning zapowiadają, że będą nadal przeciwstawić się żądzy krwi imperium, w kraju i za granicą, lecząc wojenne rany i afirmując życie. Nie mają zamiaru pozwolić, aby mowa nienawiści i rasizm na wiecach Trumpa czy gdziekolwiek indziej nie napotykały sprzeciwu. Jako byli żołnierze rozumieją niebezpieczeństwo dehumanizowania innych.

Musicie stanąć do konfrontacji z czającym się faszyzmem,” powiedział Fanning. „Milczenie jest przyzwoleniem.”

III.

Liderzy z misją od boga

Fragmenty artykułów z CounterPunch i The Telegraph.

W 2003 roku George Bush lobbował liderów państw z intencją utworzenia „koalicji chętnych” do inwazji na Irak. Podczas spotkania z prezydentem Francji Jacquesem Chirakiem opowiedział historię o konieczności pokonania biblijnych istot – Goga i Magoga – które są aktywne na Bliskim Wschodzie. W Księdze Rodzaju i Księdze Ezechiela stanowią one siły Apokalipsy, które według proroctwa nadejdą z północy, aby zniszczyć Izrael. Księga Objawienia kontynuowała przepowiednię Starego Testamentu. Bush zapewnił Chiraka o swojej niezachwianej wierze, iż nadszedł czas tej batalii: „Konfrontacja jest wolą Boga, który chce wykorzystać ten konflikt, aby zetrzeć wrogów swojego ludu przed nastaniem Nowej Ery.” Treść rozmowy wyszła na jaw tylko dlatego, że Pałac Elizejski, skonsternowany słowami Busha, zasięgnął opinii Thomasa Romera, profesora teologii na Uniwersytecie w Lozannie. Cztery lata później Romer opisał tę kwestię na łamach przeglądu uczelnianego „Allez savoir” z września 2007. Artykuł najwyraźniej został niezauważony, mimo że nawiązano doń we francuskiej gazecie. Historię tę potwierdził w książce dziennikarza Jeana Claude’a Maurice’a sam Chirac. Powiedział, że przywołanie przez Busha biblijnego proroctwa jako usprawiedliwienia napaści na Irak wprawiło go w osłupienie i zaniepokoiło: „Zastanawiałem się, jak ktoś może być tak powierzchowny i fanatyczny w swoich przekonaniach.” W tym samym roku Bush miał podobno powiedzieć palestyńskiemu ministrowi spraw zagranicznych, że rozpoczęcie inwazji na Irak i Afganistan było „powierzoną mu przez Boga misją.”

Myślenie byłego prezydenta w dużym stopniu ukształtował najpopularniejszy system profetyczny przedmilenijnego dyspensacjonalizmu. Identyfikuje się z nim około jedna trzecia ewangelicznych chrześcijan, których w Ameryce jest ponad 40 milionów. Zgodnie z jego założeniami naród izraelski odegra kluczową rolę w wydarzeniach „czasów ostatecznych”. Dyspensacjonaliści wspierają cele i działania najbardziej niebezpiecznych elementów prawicowych w społeczeństwie Izraela – ludzi, których poglądy uniemożliwiają osiągnięcie niezbędnego kompromisu. Według biblijnych proroctw w przyszłość Izraela nie jest wpisany podział terytorium kraju, mimo że stworzenie państwa palestyńskiego to najlepsza szansa na pokój w regionie. Każdy, kto dąży do pokoju ignoruje lub sprzeciwia się woli bożej.

W religijnym świetle „interwencję” na Bliskim Wschodzie widział również Tony Blair, który nie ukrywa wpływu chrześcijańskich wierzeń na podejmowane przez siebie decyzje. Jego politycznym pełnomocnikiem był przez ćwierć wieku John Burton. Na kartach swojej książki powiernik i mentor premiera Wielkiej Brytanii ujawnił rzeczywistą siłę jego religijnego zacietrzewienia. Otóż Blair trwa w przeświadczeniu o tym, że „dobro powinno triumfować nad złem,” zaś religia daje mu „wiarę totalną w to, co jest słuszne, a co niesłuszne.” „Niezwykle łatwo jest wyjaśnić ideę Tony’ego jako wojownika,” pisze Burton, „W ten sposób wciela w życie swoją wiarę. Jest ona jego częścią aż po bawełniane skarpetki. Wojnę z terroryzmem traktuje jak moralną krucjatę.” W 2006 roku Blair skonstatował, że masowy mord na Irakijczykach „ostatecznie osądzi Bóg.”

IV.

Wyzwoliciele i utopiści

Fragment eseju Noama Chomsky’ego z 19 maja 2004.

Ostatnie millennium dobiegło końca, a nowe rozpoczęło się zdumiewającą demonstracją samouwielbienia ze strony zachodnich intelektualistów, którzy wychwalali siebie i swoich liderów za wprowadzenie „szlachetnej fazy” polityki zagranicznej ze „świętą poświatą”, bowiem po raz pierwszy stosują się do „zasad i wartości”, podejmując działania w imię „czystego altruizmu”, podążając za „idealistycznym nowym światem zdecydowanym, by położyć kres temu, co nieludzkie” przy wsparciu lojalnego partnera, który sam rozumie autentyczną szlachetność misji o jeszcze bardziej wyewoluowanej, obecnej formie „mesjańskiego posłannictwa Busha, by zaszczepić demokrację reszcie świata” – źródłem każdego cytatu jest elitarna prasa i intelektualiści. Nie jestem pewien, czy istnieje jakikolwiek odpowiednik w niezbyt chwalebnej historii współczesnych elit intelektualnych. Najszlachetniejszym osiągnięciem była „rewolucja normatywna” w latach 90. XX wieku, która ustanowiła „nową normę w stosunkach międzynarodowych”: prawo samozwańczych „państw oświeconych” do użycia siły w imię ochrony doznających cierpień ludzi przed złymi potworami.

Każdy, kto zna historię wie, że rewolucja normatywna wcale nie jest niczym nowym; był to niezmienny refren europejskiego imperializmu, a retoryczne uniesienia japońskich faszystów, Mussoliniego, Hitlera, Stalina i innych wielkich postaci były nie mniej szlachetne i najpewniej równie szczere, co ujawniły wewnętrzne dokumenty. […]

Jednym z moralnych truizmów, który powinien być niekontrowersyjny jest zasada uniwersalności: powinniśmy postępować zgodnie z tymi samymi standardami, jakich wymagamy od innych – w istocie bardziej rygorystycznymi. Powinno to być niekontrowersyjne dla wszystkich, a w szczególności dla najważniejszych obywateli świata, przywódców państw oświeconych, którzy deklarują się jako oddani Ewangelii, pobożni chrześcijanie, a więc z pewnością zaznajomieni z jej słynnym potępieniem Hipokryty. Ich wierność przykazaniom Pańskim nie podlega dyskusji. George Bush podobno obwieścił: „Bóg kazał mi uderzyć w Al-Kaidę i uderzyłem w nią, a potem polecił mi uderzyć w Saddama, co uczyniłem,” a „teraz jestem zdeterminowany, aby rozwiązać problem Bliskiego Wschodu,” również na rozkaz Pana Zastępów, Boga Wojny, którego zgodnie z instrukcjami Pisma Świętego mamy czcić nad innych Bogów. I jak już wspomniałem, prasa elit sumiennie nawiązuje do jego „mesjańskiej misji” rozwiązania problemu Bliskiego Wschodu, faktycznie świata, pozostając wierną naszej „odpowiedzialności za historię, aby uwolnić świat od zła” – jak powiedział prezydent – naczelnej zasady „wizji”, jaką Bush dzieli z Osamą bin Ladenem, dokonując plagiatu starożytnych eposów i bajek dla dzieci. […]

Według profesora Johna Grey’a współczesną polityką rządzą tłumione wersje apokaliptycznej religii. Twierdzi on, że myśl oświeceniowa w znacznym stopniu nie opiera się na nauce, tylko na chrześcijańskim micie apokaliptycznym. Wiara w Utopię i idee postępu ludzkości, które napędzają współczesną politykę, są świeckimi wersjami tego mitu. Na początku obecnego stulecia mity te są martwe lub umierają w wielu częściach świata i obserwujemy powrót religijnych wersji fundamentalistycznych.

Fragment wystąpienia profesora z 12 lipca 2007.

Ogólnie jestem zdania, że utopianizm jest niezwykle niebezpieczny, zwłaszcza gdy przejmuje kontrolę nad potężnymi państwami, i prawie zawsze kończy się ogromną rzeką ludzkiej krwi.

Świecki projekt utopianizmu w jego radykalnej, rewolucyjnej formie politycznej jest laicką wersją średniowiecznej, milenijnej tradycji apokaliptycznej. Dlaczego tak uważam? Chociaż masowa przemoc, masowe zabijanie jest dość powszechne w społeczeństwach ludzkich, to masowe zabijanie mające stworzyć idealny świat występuje sporadycznie. Zabijanie w intencji doskonalenia ludzkości jest osiągnięciem Zachodu. Skąd pochodzi? W najszerszym znaczeniu, które zawiera pewne elementy islamu, od zachodnich tradycji religijnych.

Tradycja apokaliptyczna postrzega historię jako narrację, w której istnieje zło, następuje jakiś upadek, po nim panuje zło, trwa długa walka, a pod koniec dochodzi do tytanicznej, krótkiej batalii, którą wieńczy nadejście idealnego świata. Jest to przykład religijnej kreacyjności. Nie ma jej w większości tradycji religijnych, ponieważ większość ludzkich systemów wierzeń nie jest religiami stworzenia. Nie posiadają idei tworzenia świata. Są najczęściej animistyczne lub politeistyczne. Zatem nie zawierają idei pojedynczego boga-stwórcy i nie przywiązują szczególnego znaczenia do historii jako całości.

Koncepcji mówiącej o wyraźnej narracji historii ludzkości nie znajdziemy nawet w przedchrześcijańskiej Europie. Kiedy czytasz greckich i rzymskich historyków, Platona czy nawet Arystotelesa, nie napotykasz zbyt wielu wzmianek o tym, że historia ma cel lub wzór. Idei powszechnej historii praktycznie nie ma. A gdy przyjrzymy się dalszej historii europejskiej i zapoznamy z pracami pisarzy takich jak Machiavelli czy nawet Hume, filozof oświeceniowy, spotykamy się z myślą, że historia jest zasadniczo kapryśna. Idea postępu w swojej obecnej formie, którą uważam za mit, tak naprawdę przyjęła się w XVIII wieku.

Jednym z najbardziej interesujących aspektów intelektualnej historii politycznej XX wieku był sposób, w jaki polityka utopijna, która koncentrowała się przede wszystkim po lewej stronie politycznego spektrum, pod koniec stulecia zadomowiła się po stronie prawej.

Neokonserwatyści nie udają. Znam faktycznie wielu z nich od lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Deklarują: „Wierzymy w twórczą destrukcję.” Wyznanie to zbiegło się z inauguracją ich interwencji na Bliskim Wschodzie. Wyrażenie „twórcza destrukcja” sięga czasów De Kooninga. Uważał, że jeśli roztrzaskasz społeczeństwo, pozbędziesz się instytucji, wyłoni się wówczas nowy rodzaj porządku, który uosabia naturalne ludzkie impulsy i udoskonaloną, naturalną ludzką wolność.

Neokonserwatyści zainicjowali projekt, który po części ma charakter utopijny – przekształcenie Iraku i innych krajów na obraz i podobieństwo amerykańskiej demokracji liberalnej. Oczywiście w każdy utopijny projekt wmieszane są inne aspiracje. Projekt iracki od początku był po części motywowany celami geopolitycznymi powiązanymi z ropą naftową i energią. Ludzie negujący ten fakt nie zapoznali się wówczas z treścią uwag wiceprezydenta Dicka Cheney’a, które poczynił w 1999 roku podczas spotkania w Londynie: „Największą nagrodą jest Zatoka. Ropa wyczerpuje się, musimy ją przejąć. To kwestia kluczowa.”

Ale nawet w wymiarze geopolitycznym, przy zastosowaniu strategii Dr Stragelove, projekt iracki był utopią. Rozbicie państwa powoduje chaos, a w jego następstwie produkcja nafty spada i pozostaje na niższym poziomie. Nie sposób ochronić tysięcy kilometrów rurociągu. Sądzę, że na północy kraju jesteśmy coraz bliżej konfliktu wewnętrznego o kontrolę nad zasobami. Kto ją przejmie? Kurdowie? Szyici? Tymczasem ludzie pokroju Paula Wolfowitza zapowiadali, że „ta wojna za siebie zapłaci.”

Właśnie ów głęboko zakorzeniony brak realizmu zaczął pod koniec XX wieku wpływać na zachodnią myśl i praktykę polityczną. Eksperci, którzy wiedzieli coś na temat kraju i regionu – wojskowi, oficerowie wywiadu i inni, z którymi się konsultowano – zgodnie mówili, że prawdopodobieństwo sukcesu jest znikome. Ostrzegali, że szans na osiągnięcie zamierzonych celów nie ma. Ich opinie zostały zignorowane. W Iraku stworzono czarną dziurę, upadłe państwo. […]

V.

Ortodoksja ekonomiczna

Fragmenty recenzji Paula Mobbsa z 6 listopada 2015.

Teoria ekonomiczna stała się systemem wierzeń religijnych. Przejawia się to w różnicy pomiędzy fizyczną rzeczywistością i „nadprzyrodzonymi” przekonaniami takimi jak negowanie ekologicznych granic, które odpowiadają za rozgrywającą się katastrofę środowiskową. Tym „nadprzyrodzonym” założeniom, stanowiącym podstawę kluczowych części teorii ekonomicznej, należało przyjrzeć się baczniej. Niestety, społeczeństwo wciąż nie podejmuje na ten temat dyskusji.

Współczesna ekonomia cierpi na poważny deficyt wiarygodności. Rośnie liczba dowodów wskazujących na jej klęskę. Nie tylko pod względem moralnym. Ludzie i świat fizyczny, od którego jesteśmy całkowicie zależni, nie podporządkowują się ochoczo upraszczającym założeniom dominującej teorii ekonomicznej. Jest to ważny problem, ponieważ nierozpoznanie tego faktu, i wiele innych błędów, bez wątpienia odpowiada za wiele dramatycznych zjawisk, z którymi konfrontuje się dzisiaj społeczeństwo – od nierówności ekonomicznej po zmianę klimatu. W przeciwieństwie do wypowiedzianego przez Thatcher, euforycznego zapewnienia, że nie ma alternatywy, oczywistą implikacją dalszego dążenia do fizycznego wzrostu jest eskalacja szkód wyrządzanych biosferze Ziemi oraz jej ludzkim i nie-ludzkim populacjom.

W dzisiejszej napędzanej przez spin politycznej debacie takie heretyckie idee są konsekwentnie odrzucane. Dzieje się tak dlatego, że kwestionując teorię ekonomiczną, kwestionujemy wartości i tożsamość klasy politycznej, a także prowadzone przez nią w naszym imieniu działania.

W ciągu dwóch dekad, które upłynęły od chwili, gdy w latach 80. XX wieku neoliberalni ekonomiści przejęli kontrolę nad zachodnimi rządami, wielu komentatorów uważało, że niemal mistyczne pojęcia – derywaty, transakcja hedgingowa, lewarowanie, efekt zarażenia itp. – wykraczały poza zdolność rozumienia większości zwykłych ludzi. A bez zrozumienia tych pojęć, niezależnie od naszego przeczucia, że coś jest nie w porządku, niby jak możemy sprzeciwić się lobby politycznemu, które swoją władzę zawdzięcza tym właśnie teoriom? Dopiero krach 2007/8 wykazał, że ludzie odpowiedzialni za ten system również nie rozumieją złożoności tych praktyk i związanego z nimi ryzyka.

Kontynuowali je w oparciu o ślepą wiarę w rynek i jego procesy, mimo wyraźnych sygnałów ostrzegających przed ich rychłą klęską. Osoby spoza „ortodoksyjnej” ekonomii były w stanie dostrzec, w jakim kierunku zmierza gospodarka w perspektywie długoterminowej. Pytanie brzmi, czy ekonomiści wyciągnęli lekcję z tego niepowodzenia? Wręcz przeciwnie – doświadczenie to nie odmieniło ich w najmniejszym nawet stopniu i po raz kolejny podporządkowali nas swojemu dogmatycznemu systemowi wierzeń.

Ideologiczny ferwor ekonomistów nurtu głównego czyni ich ślepymi na destrukcyjne skutki promowanych teorii. Rozważmy przykład wydobywania niekonwencjonalnej ropy i gazu. Dowody z badań terenowych pokazują, że zagrożenia wynikające z tych procesów są wysokie, a na obszarach, gdzie są one stosowane poważnego uszczerbku doznaje zdrowie publiczne i środowisko. Jednak wskutek pospolitej pychy lub zwyczajowego optymizmu klasa polityczna dała się przekonać, że „szczelinowanie” łupków rozwiąże nasze problemy gospodarcze – chociaż dowodów brak, a inwestorzy zdążyli już ponieść miliardowe straty.

Koniec końców ekonomia – wzorem wielu systemów obyczajów lub wierzeń – chroni porządek społeczny. Taki, w którym dominująca mniejszość może zabrać niewielką część bogactwa każdego członka większości, aby utrzymać swój wyższy status. Ekonomia jako mechanizm wyzysku – iluzjonista zabawia publikę kuglarskimi sztuczkami, dzięki czemu jego pomocnik może łatwiej ją okraść.

W świecie, w którym zderzamy się z granicami materialnego wzrostu ludzkich społeczeństw przemysłowych, polityczne modele dobrobytu bazujące na bogactwie i konsumpcji szkodzą społecznościom ludzkim i nie-ludzkim. Dowody na to, że zmierzamy ku upadkowi są niezaprzeczalne, podobnie jak było to w przypadku sygnałów ostrzegawczych przed finansowym pandemonium roku 2007. Problem polega na tym, że włodarze nie chcą ich dostrzec.

Ażeby uzyskać największy wzrost i zyski, ekonomia domaga się maksymalizacji produktywności i wydajności gospodarczej. W dążeniu tym ludzkie społeczeństwo i środowisko naturalne są tylko „efektami zewnętrznymi” – ekonomicznymi czynnikami w produkcji, sprowadzonymi do wartości pieniężnej, które za wszelką cenę trzeba minimalizować lub eliminować.

Kiedy politycy obiecują wzrost i silniejszą gospodarkę, nie mogą zagwarantować, że nasze warunki bytowania ulegną poprawie. Z prostej przyczyny: dobrostan nie może być wartościowany ekonomicznie jako część tego procesu. Dla neoklasycznych ekonomistów wszyscy jesteśmy wyidealizowanymi jednostkami konsumującymi.

Trwa planetarne wymieranie, napędzane przez zasilaną paliwami kopalnymi „bańkę” w systemie ludzkim, której pozwolił zaistnieć rozwój gospodarczy i technologiczny. Jednak ekonomiści i ich stronnicy polityczni nie mogą uznać żadnego z sygnałów ekologicznego przerośnięcia. Głoszona niezawodność ich ideologicznej optyki stanęłaby pod znakiem zapytania.

Teoria ekonomiczna prowadzi nas ku globalnej awarii systemowej, zaś polityka i ekonomia nie są zdolne zareagować na środowiskowy upadek, który spowodowała pogoń za wzrostem gospodarczym. Wbrew zapewnieniom zachłyśniętych ekonomicznym triumfalizmem światowych przywódców żyjąca w rzeczywistości ekologicznych granic ludzkość nie jest „zbyt wielka, by upaść”.

VI.

Arogancja (trans)humanizmu

Początkowe paragrafy zawierają fragment eseju Guy’a McPhersona z 24 kwietnia 2016.

Humanizm wyrasta z koncepcji stworzonej w starożytnej Grecji, według której człowiek jest miarą wszystkich rzeczy, a bez ludzkiej egzystencji nic nie miałoby wartości. Ukrywa się za nim założenie, iż tylko ludzie doświadczają wartości. Choć nie ma ono podstaw w biologii, jest jednym z filarów współczesnej cywilizacji, ponieważ służy jako usprawiedliwienie eksterminacji innych gatunków. Negowanie przyrodzonej wartości nie-ludzkiego życia stanowi istotę gatunkowego szowinizmu. Podstawowe założenie humanizmu jest zatem zbieżne z założeniami wyrażanymi przez religie Abrahamowe: Wszechświat przeznaczony jest do naszego użytku, człowiek ma podporządkować sobie pozostałe żywe istoty.

Humanizm, podobnie jak inne oparte na wierze światopoglądy, dumnie głosi nieuchronność naszego gatunkowego sukcesu. W przeciwieństwie do większości innych religii, humanizm swoją wiarę pokłada w ostatecznej wartości rozumu, nauki i technologii. W skrócie, ludzka inteligencja uratuje humanistów przed błędami, jakie popełniamy na swojej niepowtarzalnie natchnionej drodze. Niestety, nasza skłonność do zmyślności pokonała i nadal pokonuje naszą skłonność do mądrości.

Nietrudno jest zrozumieć, w jaki sposób doszliśmy do tego punktu zaabsorbowania samymi sobą. My naprawdę bardzo siebie lubimy. Wierzymy, że jesteśmy najważniejsi. Jak zauważył Farley Mowat: Trwamy w błędnym przekonaniu, że jesteśmy dobrym gatunkiem, zmierzającym w ważnym kierunku i że w ostatniej chwili skorygujemy nasze błędy i bóg okaże nam swoją łaskawość. To urojenie”. David W. Ehrenfeld, biolog ochrony środowiska i autor „Arogancji humanizmu” (1978), napisał: „…w głębi swoich umysłów wiemy, że nasza wszechmoc jest fikcją, nasza wiedza o przyszłości i panowanie nad nią są słabe i ograniczone, nasze wynalazki i odkrycia jeśli w ogóle działają, to w sposób przez nas nieoczekiwany, nasze planowanie nie ma sensu, nasze systemy wymykają się spod kontroli – w skrócie, humanistycznym założeniom, na których opierają się nasze społeczeństwa, brakuje zasadności”.

Zapominamy o paru niewygodnych faktach. Wszechświat ma 13.8 miliarda lat, a nasz ulubiony gatunek – Homo sapiens, samozwańcza mądra małpa – około 200.000 lat. Zatem zamieszkujemy to uniwersum przez około 1/69.000 jego istnienia. Cywilizacje powstały kilka tysięcy lat temu dzięki niewielkiemu wzrostowi średniej temperatury globalnej i bardzo stabilnemu klimatowi. W ten sposób pojawił się unikalny zestaw warunków, który pozwolił na eksplozję człowieczej populacji i mnóstwa innych katastrof, w które jesteśmy uwikłani. W tym mgnieniu kosmologicznego czasu staliśmy się niewyobrażalnie głupi – odruchowo wykorzystujemy technologię do całkowitego zdewastowania naszego jedynego środowiska życia.

Krańcowym przejawem tej głupoty jest ostatnie stadium ewolucji humanizmu zwane transhumanizmem, futuryzmem lub ekstropianizmem. Filozofię tę określa pragnienie uwolnienia umysłu od ograniczeń biologii. Im szybciej ono nastąpi, tym lepiej. Jej umiarkowaną formą jest uparte przedłużanie życia i kriogenika, natomiast ekstremalną „załadowanie” ludzkiej świadomości/inteligencji robotom i podbój przestrzeni kosmicznej – wzorem „Dr Who”. Znani transhumaniści to chociażby Ray Kurzweil i Stephen Hawking, który niedawno stwierdził, że jedyną nadzieją dla ludzkości jest ucieczka na inną planetę.

Wyznawcy transhumanizmu demonstrują rażący brak jakiejkolwiek troski o nie-ludzi. Ich opartą na nauce religię określa uderzające podobieństwo do chrześcijaństwa. Oba wyznania są eskapistyczne, charakteryzuje je niezachwiana wiara, iż ludzie mają pozaziemskie miejsce przeznaczenia – niebo/kosmos. Wyrażają pogardę dla biologii, np. katolickie tłumienie seksualności, transhumanistyczne określanie ciała mianem „mięsnej przestrzeni”. Motywowane są strachem przed śmiercią i prawdopodobnie przed życiem, skoro jedno zagraża drugiemu (dosłownie poprzez dobór naturalny). Odrzucają ograniczenia ziemskiej egzystencji i głoszą fantazje, które usprawiedliwiają podejmowanie wysiłków celem przekraczania tych granic.

Niebezpieczeństwo związane z transhumanizmem nie leży w tym, że fantazja ta doczeka się realizacji (to absolutny nonsens), ale w tym, iż cierpiący na urojenia wyznawcy szybciej uczynią Ziemię nienadającą się do życia.

Tłumaczenie: exignorant

Ten wpis został opublikowany w kategorii Imperialne wojny, militaryzm i terror państwowy, Upadek cywilizacji. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.