Narzędzia separacji – część II

Fragmenty eseju Dave’a Pollarda.

Korekta przekładu: 27.12.2015

Narzędzia separacji – część I

11) Szkoli się nas.

Opis:

Szkoła jest instrumentem odłączania dzieci od rzeczywistości. Rola „edukacji” publicznej w cywilizowanym świecie sprowadza się do przygotowania ich do przyszłości pracowniczej. W murach (i sporadycznie poza nimi) szkół i na uczelniach wyższych nasze ukochane potomstwo zmuszone jest łykać – kęs po kęsie – odpowiednie informacje, dobrane starannie w taki sposób, aby absolwenci tych instytucji nabyli kwalifikacje do sprawowania społecznej funkcji zarobkowej. W takich warunkach zasadne jest rozważenie, po czyjej stronie opowiada się system kształcenia.

Czy to możliwe, że zatrudniono mnie w charakterze nauczycielki, abym nie pomnożyła siły dzieci, tylko ją zredukowała? Na pierwszy rzut oka podejrzenie to wydawało się być obłąkanym, ale powoli zaczęłam sobie uświadamiać, że dzwonki i ograniczona przestrzeń, szalone rozkłady zajęć, wiekowa segregacja, brak prywatności, stały nadzór i cała reszta krajowego programu nauczania zostały zaprojektowane dokładnie tak, jak gdyby ktoś postanowił uniemożliwić dzieciom nauczenie się, jak mają myśleć i postępować – nakłania je do bycia zależnym i wymusza zachowanie, które determinowane jest zależnością.

Jako stworzenia z ‚tendencją pępowinową’ przez całe życie poszukujemy związku; przede wszystkim z innymi osobami, lecz także ze wspólnotami ludzi i szerszą ekologią życia. W przypadku braku którejkolwiek z tych relacji, my – a szczególnie nasze niedawno pozbawione pępowiny dzieci – zaaprobujemy wszystko, co naśladuje prawdziwą więź. Różnica między prawdziwym związkiem a zastępczymi ofertami cywilizacji polega na tym, że te ostatnie tworzą zależność; czasem przez przypadek, często rozmyślnie. Narzędzie separacji, które ma postać budynków szkolnych, podręczników, nauczycieli, administratorów i narzuconych przez rząd programów zajęć wykonuje świetną robotę przekuwania najgłębszych pragnień Jezuitów („Daj mi dziecko pod siedmioletnią opiekę, a oddam ci człowieka.”) w rzeczywistość dla mas. Osoby, które nie chcą być częścią tego systemu są piętnowane jako „buntownicy”, „młodociani przestępcy” lub „jednostki dysfunkcyjne” i zmusza się je do konformizmu coraz bardziej drakońskimi środkami karnymi.

Z perspektywy odpowiedzialnych rodziców szkoła może pełnić kilka ról – opiekuńczą, dyscyplinującą, zapewniającą kompetencje akademickie – aczkolwiek należy zadbać o zrównoważenie tego, co zostaje utracone wskutek powierzenia dziecka skrojonemu na zbiorową miarę, anonimowemu systemowi. Jeżeli chcemy ocenić korzyści płynące z edukacji publicznej, najpierw musimy zadać poważne pytanie: Jaki rodzaj edukacji oferuje system szkolnictwa wypluwający młodych–dorosłych, którzy są odseparowani, całkowicie zależni od cywilizacji, ‚wyposażeni’ w umiejętności mające uczynić ich efektywnymi niewolnikami pensji?

Identyfikacja:

Po ukończeniu czterech lub pięciu lat dzieci z najbardziej uprzemysłowionych krajów (sześciu lub siedmiu lat w państwach krytykowanych przez bardziej prawicowych komentatorów jako „socjalistyczne”) zmuszone są spędzać 35 godzin tygodniowo w zatwierdzonych przez władze instytucjach. Czas wolny podopiecznych w wieku 5-16 lat obejmuje (zazwyczaj) dodatkowe okresy obowiązkowej indoktrynacji znane jako prace/zadania domowe. Podczas wakacji uczniowie, którzy nie zdołali uzyskać zadowalającego poziomu dokonań (lub wisi nad nimi taka groźba) zachęcani są do uczestnictwa w edukacyjnych Gułagach upozorowanych na Wakacyjne Obozy. Kiedy mówimy o indoktrynacji poprzez edukowanie szkolne, hasłem przewodnim jest przymus. Żaden system, który rzeczywiście odżywiałby umysł i byłby korzystny dla jednostki – o czym zapewniają promotorzy [przemysłowego] systemu edukacji – nie zmuszałby nikogo prawnym nakazem do regularnego uczęszczania. Dzieci po prostu przychodziłyby. Jednak takim nie jest, a zatem są one przymuszane, co sprawia, że identyfikacja separacji poprzez edukowanie szkolne jest równie prosta, jak abecadło.

Konsekwencje:

Obowiązek szkolny marnotrawi wyewoluowane zdolności umysłowe i fizyczne młodych ludzi, którzy w niecywilizowanym świecie spędzaliby ten etap swojego życia ucząc się, jak przetrwać na własnych warunkach w zdrowej, funkcjonującej wspólnocie. Ponieważ na całym globie rządy intensyfikują obowiązkową edukację (zwaną eufemistycznie „szkoleniem”), okres kształtujący osobowość człowieka, w którym może on przyswoić niezbędne w realnym życiu umiejętności, kurczy się. W „mniej rozwiniętych” miejscach świata dokłada się starań, by dzieci myślały o szkole jako podarunku od cywilizowanego świata zapewniającym świetlaną przyszłość; często kosztem kluczowych umiejętności egzystowania połączanego, które przemysłowa machina kwalifikuje jako bezużyteczne (po co masz wiedzieć, jak się łowi ryby, skoro możesz pracować jako telemarketer i mieszkać w miejskich slumsach?). Rezultatem tych wszystkich zabiegów jest globalna populacja, która traci samodzielność i tym samym staje się zależna od przemysłowej machiny. W chwili, gdy Cywilizacja Industrialna znajduje się na krawędzi upadku taki stan jest bardzo niebezpieczny, aczkolwiek wielce korzystny dla systemu, który pragnie osiągać swoje drapieżne cele.

Sprawcy:

Pewnie powinniśmy obarczyć winą każdego, kto codziennie szkoli dzieci, ale nie jest to takie proste. Nauczyciele, w przeciwieństwie do administratorów, menadżerów i autorów polityki edukacyjnej, są w społeczeństwie jednymi z najbardziej światłych ludzi – o ile mają sposobność i czas na uzyskanie oświecenia. Jednak często beznadziejnie ogranicza ich system, którego większa całość odpowiada w istocie za systematyczne separowanie całej grupy wiekowej. System ten zarządzany jest od góry do dołu przez korporacje i elity polityczne – które manipulują programami nauczania dla własnych celów (proszę zwrócić uwagę na powszechną obecność Obywatelstwa w rosnącej liczbie systemów nauczania, a także przedmiotów w coraz większym stopniu koncentrujących się na umiejętnościach biznesowych i przedsiębiorczości) – i propagowany przez naiwne organizacje, trusty charytatywne itp., które wierzą, że powszechna edukacja rzeczywiście prowadzi do przyrostu netto użytecznej wiedzy. W większości systemów edukacji ciężar władzy przeniósł się ostatnimi czasy z instytucji religijnych na korporacje, ale nie zwalnia ich to od odpowiedzialności. Jeszcze nie tak dawno Kościół edukował powszechnie w wielu wysoko uprzemysłowionych krajach i nadal zdarza się wcale często, iż adorujące Mammona dzieci zachęcane są do czczenia kolejnego bóstwa, które aktualny ustawodawca uznaje za właściwe. Można by pomyśleć, że system szkolnictwa istnieje wyłącznie dla propagowania wierzeń instytucji dzierżącej władzę.

12) Kradnie się nasz język.

Opis:

Potęgi słów nie sposób przecenić; pod wieloma względami słowa są definiującą cechą ludzkiej kultury, nie tylko ze względu na liczne formy ich użycia – m.in. w poezji, debacie, opowiadaniu, piosence – ale także dlatego, że zostaliśmy uwarunkowani, by akceptować założenie, iż pewne słowa posiadają wagę wykraczającą poza ich fizyczny odpowiednik. Są one więcej niż jedynie symbolami; to narzędzia, które mogą być i są wykorzystywane do manipulowania naszym sposobem myślenia i postępowania. Zamierzam nawiązywać w niniejszym eseju do „prawdziwego świata”, który jest skrótem wskazującym wszystko, czego potrzebujemy, aby przetrwać jako istoty ludzkie – fizycznie, psychicznie oraz pod względem dla nas nieuchwytnym. To proste wyrażenie postawiono na głowie i oznacza Cywilizowany Świat (chociażby w konstrukcjach „powrót do prawdziwego świata” lub „tak, ale w prawdziwym świecie…”) – fakt ten unaocznia, jak dalece zdeterminowana w swoim dążeniu do ujarzmienia potęgi słów jest cywilizacja. Zjawisko to ma tak wielkie znaczenie, że nawet sam pogląd o mocy słów doczekał się obalenia, czemu przyświeca intencja powstrzymania ludzi przed jej rozpoznaniem; ujawnia to przemówienie wygłoszone (choć z pewnością nie napisane) przez Ronalda Reagana w 1985 roku:

Nawet jeśli jedności narodowej nie da się uzyskać natychmiast, młodzi Niemcy – wy, którzy jesteście przyszłością Niemiec – mogą pokazać moc demokratycznych ideałów angażując się w sprawę wolności tutaj w Europie i na całym świecie.

Wiecie, że niektórzy nie chcą tego usłyszeć, ale historia nie jest po stronie tych, którzy manipulują znaczeniem słów takich jak rewolucja, wolność i pokój. Historia jest po stronie tych, którzy walczą o prawdziwą rewolucję pokoju przy udziale wolności na całym świecie.

Mamy tu do czynienia z niebagatelną dawką leksykalnego wprowadzania w błąd. Najbardziej oczywistym zabiegiem jest twierdzenie, iż zmanipulowane słowa nie są czynnikiem istotnym w wymiarze historycznym; skoro tak, to dlaczego każda cywilizacja, a dosadniej rzecz ujmując, każda imperialna władza zabiegała o kontrolę nad dostępem do literatury, znaczeniem samego języka? Bardziej subtelne jest kilkakrotne użycie pojęcia „wolność”, manipulowanie którym Reagan z jednej strony potępia, a które od najwcześniejszych poczynań zachodniego imperializmu, aż po dzisiejszą Wojnę z terroryzmem było niedwuznacznie używane przez rządy w sensie: „nasz sposób życia”.

Roszczenie sobie prawa do definiowania zjawiska, którego jesteśmy integralną częścią stanowi bodaj najbardziej podstępne nadużycie językowe i jeden z najbardziej skutecznych sposobów separowania nas od (prawdziwego) prawdziwego świata. Pojęcie „przyrody” jest bogate i złożone; sugeruje coś, co znajduje się w dziewiczym i nieograniczonym stanie; coś, co spaja wszystko w tzw. Stworzeniu. Znaczenie tej koncepcji jest czymś więcej niż samym słowem lub jakąkolwiek jego definicją; jednakże cywilizowany świat uznał za strasznie wygodne wywrócić je słowem właśnie, które nie tylko nietrudno jest pojąć, lecz także (z pyszną ironią) Skapitalizować:

„Przyroda” to niebezpieczny przyrząd, nazbyt łatwo zaprzęgany do dominowania nad innymi. Powierzenie czegoś Przyrodzie – włącznie z nami samymi – znaczy poddanie tego jej dominacji i kontroli. Jednak Przyroda jest w pewnym sensie również trybem ukrywania, płaszczem abstrakcji, który zasłania wywołującą dyskomfort dzikość… Tego, co nie będzie nazwane nie można kontrolować.

Drugą stroną potrzeby nazwania tego, co faktycznie pozostaje nienazywalnym jest transfer istniejących słów między różnymi koncepcjami, który odzwierciedla pragnienia włodarzy. Uwzględniwszy dotychczasowe Narzędzia separacji, za niewątpliwą można uznać zdolność systemu przemysłowego do kontrolowania mediów i stylu komunikowania się ludzi. Kiedy sprawujesz kontrolę nad kanałami komunikacji – chociażby za pośrednictwem artykułów prasowych, telewizyjnych wiadomości, programów nauczania, korporacyjnej reklamy lub opublikowanych materiałów referencyjnych takich jak słowniki – wówczas możesz narzucić preferowane przez siebie specyfikacje językowe. Może to działać na dwa sposoby.

Po pierwsze sprawiasz, że to, co jest dopuszczalne lub normalne staje się niedopuszczalne i nienormalne. Na przykład słowo „dzikus” (w jęz. ang. savage, z łac. silvaticus, co oznacza „las”) zostało w pełni i raczej nieodwracalnie przedefiniowane; początkowo, najpewniej w okresie europejskiego Oświecenia, w celu utworzenia mentalnego rozdziału pomiędzy tym, co jest „kulturalne” i tym, które takim nie jest; a także po to, by stopniowo umożliwić narzucenie imperialnych rządów innym ludziom w mniej cywilizowanych rejonach świata. Poniższe hasło z bardzo popularnego internetowego słownika języka angielskiego czyni dodatkowy komentarz zbędnym:

sav•age [sav-ij] – dziki; przymiotnik, rzeczownik, czasownik, -aged, -ag•ing.
-przymiotnik
1. zażarty, straszliwy lub okrutny; nieposkromiony: dzikie bestie.
2. niecywilizowany; barbarzyński: dzikie plemiona.
3. rozzłoszczony lub wściekle rozgniewany, o osobie.
4. nieokrzesany; niegrzeczny: dzikie maniery.
5. dziki lub surowy, o kraju lub krajobrazie: dzicz.
6. arch. nieuprawny; dziko rosnący.

Podobne potraktowano słowa „nieoswojony,” „zwierzęcy,” „nierozwinięty” [inaczej „niezagospodarowany”, przyp. tłum.], „niecywilizowany” oraz – w szczególnie skutecznym przykładzie nowomowy – „anarchia/anarchista”, co oznacza ni mniej, ni więcej tylko brak formalnej struktury przywództwa, lecz pojawia się w aurze dezaprobaty w każdej relacji informacyjnej, która dotyczy ludzi buntujących się wobec systemu przemysłowego.

Po drugie sprawiasz, że to, co jest bezwzględnie szkodliwe i destrukcyjne staje się nie tylko dopuszczalne, ale i bardziej pożądane. Powróćmy do pary słów z poprzedniego akapitu; usuńmy prefiks „nie-” i otrzymamy terminy, które stosowane są w komunikacji nurtu głównego wyłącznie w pozytywnym sensie: cywilizowany i rozwinięty. Słowa te – jak również ich pochodne (cywilizacja, rozwój) – używane są nie tylko do wskazania tego, co jest dobre, lecz służą też za koncepcje aspiracyjne wykorzystywane na tak odmiennych obszarach, jak konwencje międzynarodowe, polityka rządu, korporacyjna ekościema, a nawet literatura organizacji pomocowych. Cały zastęp innych słów (w przedmiocie ich zastosowań proszę przejrzeć wcześniejsze fragmenty eseju), takich jak „postęp,” „edukacja,” „wzrost” i „zrównoważony rozwój”, poddano stosownej moderacji, aby zagwarantować, że jedyne uznawane przez nas znaczenie zatwierdzone jest przez Kulturę Maksymalnego Spustoszenia.

Identyfikacja:

Jako że język ma tak fundamentalną wartość dla naszej identyfikacji kulturowej, wyjście poza tę bańkę, by rozpoznać prawdziwe znaczenie słów i ich podyktowaną potrzebami systemu manipulację, może być sprawą trudną. Okazuje się, że nie jest to bezwzględnie konieczne. Powiedzenie „komunikatem jest medium” oznacza, że to raczej nadawca a nie treść przekazu ma zasadniczy wpływ na percepcję adresata. Tak więc gdy słyszysz, że zyski koncernu naftowego spadły poniżej miliarda dolarów, co posępnym tonem wyraża spiker korporacyjnego lub państwowego kanału telewizji, to wiesz, że masz postrzegać tę wiadomość jaką złą; nie możesz jej interpretować jako informacji o zmniejszeniu emisji gazów cieplarnianych przez to konkretne przedsiębiorstwo. A kiedy zobaczysz napis „Arbeit macht frei,” wykuty z żelaza nad bramą fabryki, zwróć uwagę, że te trzy słowa przekazują pozytywny komunikat (bez względu na to, jak ów komunikat jest zniekształcony) i wyrażają jednocześnie pragnienie właścicieli „fabryki”, żebyś oddał się koncepcji pracy jako „dobrej rzeczy” i wszelkim jej następstwom. Nigdy nie jest za późno, by dostrzec prawdziwy sens czegokolwiek.

Konsekwencje:

Język jest potężnym dziedzicznym memem, nieuchronnie przekazywanym w otoczeniu kulturowym z pokolenia na pokolenie. Jeżeli w głowach nosimy zbiór definicji i znaczeń kulturowych, które nie są w perspektywie długoterminowej korzystne dla istot ludzkich, to my i nasi następcy będziemy postępować w sposób, który jest podobnie – i bardziej namacalnie – zgubny dla naszego długoterminowego przetrwania. Rozwój człowieka winien być równoznaczny z zapewnieniem, że każda kolejna generacja dziedziczy coś, co jest naturalnie bardziej obfite i trwałe – a przynajmniej tak samo obfite i trwałe – jak dziedzictwo, które przypadło w udziale pokoleniu poprzedniemu. „Postęp” cywilizowanego człowieka polega na robieniu wszystkiego, co jest korzystne dla cywilizacyjnej ambicji dominowania nad wolnymi niegdyś ludźmi i światem przyrody. Znaczenie tworzy rezultat.

Sprawcy:

W pewnym sensie każdy, kto używa języka pomaga utrwalić separację, którą zniekształcony i zmanipulowany język narzuca kulturze; aczkolwiek zgodnie z duchem tezy „medium jest komunikatem” głównymi winowajcami są bez wątpienia ci, którzy kontrolują środki komunikacji: właściciele mediów, redaktorzy, dziennikarze, nadawcy i reporterzy, wydawcy, mówcy polityczni, firmy public relations, cenzorzy… lista jest długa. Skuteczna, ukierunkowana komunikacja utrzymuje rozmach, z jakim wszystkie gospodarki przemysłowe rozwijają się i poszerzają swoje zaplecze polityczne; nie dziwi więc fakt, iż tak wiele różnych stron angażuje się w podejmowanie tej ważnej funkcji.

13) Kradnie się nasz czas.

Opis:

W latach 1997-2007 nie uprawiałem żywności. Przeprowadziliśmy się do domu z przyzwoitej wielkości ogrodem i uwielbialiśmy krzątać się w weekendy na zewnątrz, przycinając to i owo, kosząc trawę, temperując zapędy chwastów – robiąc temu podobne rzeczy; jednak uprawa roślin jadalnych wymaga czasu, nie tylko pod względem fizycznym, lecz także mentalnym. Od mojej pełnoetatowej pracy dzieliła mnie ponad godzinna podróż koleją, co znaczyło, że około jedenaście godzin dziennie spędzałem z dala od mojej rodziny, mojego ogrodu, mojego sąsiedztwa i mojej społeczności; zamiast tego trwałem zapudełkowany w biurze i świadczyłem usługę, która zgwarantowała, iż inne osoby mogły świadczyć usługę, która pozwalała innym firmom przerzucać duże ilości surowców po całym świecie, grać w finansowym kasynie składkami emerytalnymi lub po prostu doszczętnie orzynać ludzkość. Mój czas był cenny… w ramach tego systemu.

W 2007 roku stałem się jednym ze szczęśliwców i porzuciłem machinę.

Większość z nas nie może tego zrobić. To przywilej, który cenię sobie nad wyraz, bo kiedy jesteś uwięziony w maleńkiej przestrzeni pozostawionej przez konieczność zatrudnienia – żeby zarobić pieniądze na zakup środków, żeby wieść żywot, w którym pracujesz… – wówczas przebicie się przez grubą powłokę nierzeczywistości do świeżego powietrza życia, w którym jest dość czasu, by myśleć i działać na własnych warunkach, stanowi po prostu kolejne marzenie. Z drugiej strony posiada je niewielu ludzi; ponieważ istnieją większe, bardziej ekscytujące aspiracje zalewające nasze zmysły od chwili, gdy posyła się nas do szkoły w cywilizowanym świecie. Nasze dorastanie przebiega równolegle ze szkoleniem, potem znajdujemy zajęcie zarobkowe (a jeżeli nie, to jesteśmy uznawani za bezrobotnych), następnie możemy postarać się o własne dzieci, które wysyłamy do szkoły na rozkaz systemu, w międzyczasie kontynuujemy pracę na coraz dłuższe zmiany, by na życzenie systemu zakupić więcej rzeczy – „niezbędne” artykuły codziennego życia i małe „zbytki” w postaci wakacyjnego wyjazdu, czyli tygodniowego pobytu poza domem w cenie miesięcznej pensji. Jeżeli mamy szczęście, udaje się nam widywać dzieci dostatecznie długo, by poczytać im na dobranoc. Później, może po upływie 65 lat od naszych narodzin, następuje moment odejścia od systemu na „emeryturę”, z mizernym świadczeniem za wszystkie lata harówki. Teraz mamy czas: jedną lub dwie dekady aktywności, ‚okienko’ pozwalające niektórym z nas uprawiać żywność, poznać sąsiadów, odegrać swoją rolę w lokalnej społeczności… i opiekować się wnukami, na co nie mają dość czasu ich zapracowani rodzice.

„Tak wielu z nas żyje, by pracować; pracować, by zarobić; zarobić, by konsumować. A nasze nawyki konsumenckie trwonią zasoby naturalne Ziemi,” mówi Anna Coote, Dyrektor Polityki Społecznej w NEF. „Przeznaczanie mniejszej ilości czasu na pracę zarobkową mogłoby nam pomóc przełamać ten schemat… Najwyższa pora, by odebrać władzę staremu zegarowi przemysłowemu, odzyskać nasze życie i pracować na rzecz zrównoważonej przyszłości.” 

Pomiędzy rozpoczęciem szkolnej edukacji i opuszczeniem rynku pracy w wieku emerytalnym ludność przemysłowego świata staje się ofiarą przestępstwa: kradzieży czasu. W naszej chronologicznie limitowanej egzystencji rolą systemu przemysłowego jest wyeksploatowanie możliwie największej jego części. Jeśli czas nie zostaje spożytkowany na „przydatną” pracę lub dojazdy do niej, to spędza się go nadrabiając zaległości, oddając się czynnościom, które trzeba wykonać: sprzątaniu, gotowaniu, jedzeniu, dokonaniu niezbędnych napraw… spaniu. Ten autentycznie użyteczny czasowy wycinek jest jednak wciskany między cywilizowane wymogi oglądania telewizji, dłuższych wypraw do galerii handlowych – lub posiedzeń na portalach społecznościowych – żeby zakupić towary wyprodukowane przez miliony innych ludzi mających niegdyś czas dla siebie. Są to osoby, które okradasz z tego czasu, by wydawać mniej pieniędzy, na których zarabianie poświęcasz własny cenny czas.

I jeszcze jedna kwestia. W latach 1997-2007 dopilnowanie kilku sadzonek, opielenie grządek i powiązanie owocujących roślin zajęłoby mi każdego wieczoru 15 minut; ten kwadrans mogłem bez trudu spędzić z moimi dziećmi, zamiast ograniczać się do czytania im bajek do poduszki. Ale nie przyszło mi na myśl, że czas ten był dostępny. Taki był przejściowy, popieprzony stan, jaki nasilał się we mnie podczas wieloletniego popychania kieratu; każda chwila bez wykonywania systematycznie wyznaczonego zadania była chwilą straconą. Zanim ten sposób myślenia nie został przerwany, nie stanowiłem zagrożenia dla systemu: po prostu nie miałem na to czasu.

Identyfikacja:

Kradzież osobistego czasu jest cholernie trudna do zidentyfikowania – do tego stopnia zaakceptowaliśmy dzienny i tygodniowy reżim narzucony naszemu życiu przez przemysł. Istnieją oczywiste czynności nie związane z przetrwaniem i kontynuacją gatunku ludzkiego, jakie wykonujemy, by zastanawiać się potem – w chwili jasności umysłu – dlaczego u licha zmarnowaliśmy tę ostatnią godzinę („To godzina mojego życia, jakiej nigdy nie odzyskam,” komentujemy pół żartem, pół serio). W naszej egzystencji pojawiają się również kamienie milowe, kiedy widzimy osiągnięcia innych, które mogły stać się naszym udziałem, gdybyśmy tylko mądrzej spożytkowali swój czas. Powtórzę, że są to chwile klarownego myślenia w życiu przesłanianym przez szkołę, pracę i pseudo-wypoczynek. Ale czas nie jest zwyczajną sekwencją tyknięć zegara na dobę – prawdopodobnie największego symbolu ucisku w uprzemysłowionym świecie. Czas kurczy się i rozszerza, kiedy doświadczamy wydarzeń dnia, przestajemy skupiać się na chwili obecnej i przechodzimy w melancholijne marzenie senne (chociaż krajalnica zaraz pozbawi nas palca, względnie dwóch) lub wkraczamy w stan kryzysu, który porządkuje nasze zmysły i  s p o w a l n i a  c z a s  n a  d o s t a t e c z n i e  d ł u g o,  a b y  d o s z e d ł  d o  g ł o s u  n a s z  i n s t y n k t przetrwania i uratował nam życie (tudzież palce).

Biorąc pod uwagę względność czasu, identyfikacja Kradzieży Czasu jest najpewniej kwestią pracy zespołowej. Zaufany przyjaciel lub partner – a może dziecko, które chce, byś oderwał się od komputera, przeczytał obiecane opowiadanie lub po prostu pobawił z nim przez chwilę – będzie bardziej skuteczny w penetrowaniu grubej powłoki nierzeczywistości niż twoje własne wysiłki. A zatem ty również musisz być przewodnikiem innych osób po ich rozrzutnym wykorzystywaniu tego najcenniejszego z darów.

Konsekwencje:

Nie da się przecenić negatywnego wpływu, jaki Kradzież Czasu wywiera na społeczeństwo i środowisko. Jako całość populacja cywilizowana poświęca około dwóch trzecich swojego zbiorowego życia na działania, które wspomagają przemysłową hierarchię w jej dążeniu do pożarcia wszelkich dostępnych „zasobów” naturalnych, by stworzyć bogactwo bardzo wąskiej grupy ludzi. Resztę tego czasu, oprócz kilku chwil jasności rozumowania zaskakujących nas swoją ekscentrycznością, wypełnia każdej nocy wzmacniający sen, niezbędny do funkcjonowania. Maleje nawet ilość i jakość tego dostępnego snu, ponieważ praca zmianowa, zaległe obowiązki domowe i nieuniknione posiedzenia przed telewizorem wdzierają się w porę spoczynku.

Zapewniając warunki, w których mamy niewiele czasu na niezależne myślenie, nie mówiąc już o działaniu, system przemysłowy nas kontroluje. Niepowodzenie w roztrzaskaniu zegara nie tylko doprowadzi do nieuchronnego załamania dostaw wszystkich środków, od jakich zależy nasze wspólne przetrwanie, ale zagwarantuje, że będziemy zbyt zajęci, by nawet to zauważyć.

Sprawcy:

Presja czasu napiera ze wszystkich stron i niezwykle łatwo jest winić najbliższe ci osoby za to, że zajmują chwile, w których „musisz” pracować, dokończyć zadanie i zrelaksować się przed ekranem TV, komputera lub witryną sklepu. Moment jasności umysłu: to nie twoi ukochani kradną twój czas, ale wszyscy pozostali. Każda instytucja, każde handlowe przedsięwzięcie, każdy artefakt Cywilizacji Przemysłowej wbija szpony w strzępy lat, które ci pozostały. Siły handlu zepchnęły na bok ludzi i działania, którymi powinieneś wypełniać swoją codzienność, ponieważ – czy to się komuś podoba, czy nie – czas jest ograniczony i nikt nie wie o tym lepiej, niż ci, którzy chcą nam go wykraść dla własnej korzyści.

14) Daje się nam nadzieję.

Opis:

4 listopada 2008 może nie sprawiać wrażenia daty o szczególnym znaczeniu w dziejach świata; ale jest to prawdopodobnie jeden z najważniejszych dni w historii politycznego aktywizmu społecznego. Oto część przemówienia, które wygłosiła wówczas pewna osoba:

…(zwracam się) do wszystkich tych, którzy oglądają tę wieczorną transmisję poza naszymi brzegami – od parlamentarzystów po monarchów oraz tych, którzy przycupnęli wspólnie wokół radia w zapomnianych zakątkach naszego świata – nasze historie są jednostkowe, lecz nasz los jest wspólny, zaś nowy brzask amerykańskiego przywództwa jest w zasięgu ręki. Tym, którzy chcieliby zburzyć ten świat mówię: pokonamy was. Tych, którzy poszukają pokoju i bezpieczeństwa zapewniam: wesprzemy was. Natomiast wszystkim tym, którzy zastanawiają się, czy płomień Ameryki świeci równie jasno odpowiadam: dzisiaj udowodniliśmy raz jeszcze, że prawdziwa siła naszego narodu bierze się nie z potęgi naszej broni i skali naszego bogactwa, ale z nieprzemijającej potęgi naszych ideałów: demokracji, wolności, sposobności i nieustępliwej nadziei.

Tym jest prawdziwy geniusz Ameryki: Ameryka może się zmienić. Nasza unia może zostać udoskonalona. A to, co zdołaliśmy już osiągnąć daje nam nadzieję na to, co możemy i musimy osiągnąć jutro.

W przemówieniu tym Barack Obama, 44. prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki, użył jednego konkretnego słowa w taki sposób, iż nie było wątpliwości, co zaniosło go na szczyt władzy. Dzień, w którym Obama przyjął zwycięstwo był dniem, w którym retoryka Nadziei w pełni ogarnęła Amerykę; chicagowski wiatr wciąż targał plakatami ukraszonymi wyrazem „nadzieja”; znaczki i bluzy ze sloganami bawiącymi się tym słowem były już w internetowej sprzedaży.

Rzeczywiście istotne jest nie to, że władzę objął ktoś o mieszanej karnacji i zupełnie nietypowym jak na tę historyczną pozycję kulturowym pochodzeniu; czy nawet fakt, iż drogę do zwycięstwa wybrukowały miliony autentycznie oddanych, pogardzanych na co dzień osób. Otóż nie; istotne jest to, że nikt nie zdawał się rozumieć, iż zwycięstwo odniesiono poprzez obnażenie prawdziwego oblicza samej koncepcji; w sposób, w jaki nie był w stanie dokonać tego żaden satyryk, autor i aktywista. Ostatecznie przekuta w koło kręta mantra społecznego optymisty szybko połknęła własny ogon.

Nikt, kto śledzi bieg światowych wydarzeń – nawet tych „światowych” wydarzeń, które przybierają zaściankową postać w doniesieniach amerykańskich kanałów informacyjnych nurtu głównego – nie może wątpić, że prezydentura Obamy nie była niczym niezwyczajnym dla naftowych baronów, watażków i potentatów medialnych przemysłowego świata. Od tamtej pory plakaty zostały już zaklejone, wyrzucone i poddane recyklingowi; miliony pełnych nadziei ludzi nie eksponowały już z dumą swoich znaczków. Ironia polega na tym, że każdy, kto obserwuje wydarzenia zmieniające historię świata zorientowałby się, co się działo, gdyby nie wciągnął go szalony wir wyborczych transmisji. Nadzieja bynajmniej nie zmienia świata: nigdy nie była niczym więcej, jak środkiem sublimującym wolę wprowadzania zmian.

Oczywiste jest, że niewielu ludzi w świecie aktywizmu społecznego rozumie, jak pustym pozostaje brzmienie tego słowa, nawet w ślad za Prezydenturą Obamy; a szkoda, bo Nadzieja używana we właściwym sensie ma autentyczną wartość jako środek integrujący ludzi w krytycznym okresie. Nawet jako zaangażowany sceptyk, do każdej kampanii lub akcji dołączam z uczuciem skromnej nadziei, ale jak ujął to Paul Kingsnorth, pisarz i współtwórca The Dark Mountain Project:

Musimy myśleć realistycznie. Zmiana klimatu przekracza punkt krytyczny, podczas gdy nasi przywódcy bębnią o zwiększeniu wzrostu gospodarczego. Systemu ekonomicznego, od którego jesteśmy uzależnieni nie da się poskromić bez upadku, gdyż jego funkcjonowanie bazuje na tym wzroście. A poza tym kto chce go w ogóle poskramiać? Większość ludzi w krajach bogatych nie zrezygnuje bez walki ze swoich samochodów i wakacyjnych podróży.

Niektórzy są przeświadczeni, że sprawy te powinno się przemilczać, nawet jeśli są prawdziwe, ponieważ mówienie o nich pozbawi ludzi „nadziei,” a bez nadziei nie będzie szans na „uratowanie planety.” Lecz fałszywa nadzieja jest gorsza niż brak nadziei.

Fałszywa nadzieja jest zaaplikowaniem życzenia – inaczej świeckiej modlitwy – czemuś, co dzięki własnemu impetowi raczej nie skończy się powodzeniem. Przykładem jest Caroline Lucas, pierwsza przedstawicielka Partii Zielonych w brytyjskim parlamencie, która przekonała się, że zostanie członkiem gigantycznego, sterowanego przez korporacje systemu w nadziei, że można wprowadzić zmiany jest tak samo skuteczne, jak wrzucenie monety do fontanny w nadziei, że nawodni wysuszone drzewa brazylijskiej Amazonii.

Identyfikacja:

Tym razem jest łatwa. Słowem „nadzieja” szafuje w przemówieniach, esejach i artykułach wielu różnych ludzi, którzy używają go – i powiązanych z nim pojęć takich jak „pełen nadziei” i (bez ironii) „beznadziejny” – na dwa sposoby. Po pierwsze usłyszysz i zobaczysz je w odwołaniach do ludzkiego ducha, które zastępując konstruktywne działania, przybierają postać czuwań, symbolicznych ludzkich łańcuchów, petycji i innych nieskutecznych inicjatyw; można to nazwać „nadzieją puszystą.” Po drugie przybierze ono formę wezwania do broni, którego adresat ma odczuwać obowiązek działania w imieniu nadawcy – zwykle polityka lub pełnomocnika korporacji, np. mającego postać prasowego komunikatu o sponsorowanym wydarzeniu. W tym momencie masz już jasność, że jest to tylko „fałszywa nadzieja”. Bardzo rzadko poczujesz ciepło pozytywnego blasku prawdziwej nadziei: lecz nikt nie będzie musiał zagrzewać cię do czynu, bo robota została już wykonana.

Konsekwencje:

W obecności nadziei ustaje działanie – tj. działanie realne, nie mające nic wspólnego z wymienionymi powyżej symbolicznymi czynnościami, które „działanie” jedynie udają. Nadzieja jest zabójczynią zmiany; to mentalny klej, które powstrzymuje nas przed refleksją, że nie zrobiliśmy wystarczająco dużo lub nie zrobiliśmy nic. W odwróconej przez Derricka Jensena kolejności „Kiedy umiera nadzieja, zaczyna się działanie.”

Sprawcy:

Nadzieja i symbolika idą w parze, i to właśnie ci, którzy kupczą symbolami – flagą, kokardą, krzyżem, znaczkiem i gromadą płonących zniczy – winni są tłumienia działań. Zatem strzeż się symboli i ich dystrybutorów: polityków zabiegających o głosy; przywódców religijnych z misją; organizacji charytatywnych i pozarządowych z ich kwestami i jeszcze bardziej złowieszczym wezwaniem do (symbolicznego) działania. Winę ponosisz i ty: każdorazowe wypowiedzenie słowa na „N” czyni kogoś trochę bardziej bezsilnym w obliczu zmiany jej/jego świata. Takie proste, ale jakże niebezpieczne Narzędzie separacji.

Narzędzie najpotężniejsze ze wszystkich

Podczas lektury tego słowniczka Narzędzi separacji może cię zaskoczyć fakt, iż dyskutowane tu zagadnienia są powszechnie znane. Mogłabyś/mógłbyś więc pomyśleć: „O co tyle krzyku?”. W świecie prawdziwym byłoby to niewybaczalne. W świecie cywilizowanym jest to zupełnie zrozumiałe.

Kiedy pisałem słowniczek, z trudem powstrzymywałem emocje: chciałem poddać się furii, wyrazić swoją wściekłość i bezdenną pogardę dla systemu, który od tylu stuleci trzyma nas w niewolniczej separacji; każda następująca po sobie cywilizacja ma okazję podać uciemiężonej populacji rękę wyzwolenia, ale ostatecznie poddaje się losowi, który spotyka wszystkie cywilizacje. Tam, gdzie zagrożone są bogactwo i władza, nie ma miejsca dla wolności. Z pewnością nie ma go również dla więzi.

To więź pozwala nam zrozumieć nasze człowieczeństwo.

To więź czyni nas zagrożeniem dla systemu.

Zatem należy nas trzymać w nieświadomości. Narzędzia separacji operują na granicy naszej percepcji: prawie je dostrzegamy; słyszymy jako szept; dotykamy nawet ich delikatnych kosmyków. Czasem ich nienawidzimy, czasem je akceptujemy. Ale nie robimy nic, żeby je powstrzymać.

Dlaczego?

Ponieważ działa jeszcze coś innego, czego nie jesteśmy w stanie do końca zdefiniować; mechanizm, który wykorzystując światło i mrok chroni system przed naszym utajonym gniewem. Nie ma wątpliwości, że jeżeli kiedykolwiek w pełni uświadomimy sobie, w jakim stopniu jesteśmy odseparowani od prawdziwego świata, system obróci się w pył.

„Największą sztuczką diabła było przekonanie świata, że nie istnieje.”
(Roger „Verbal” Kint, Podejrzani)

Ten Woal Ignorancji, którym po mistrzowsku posługuje się Kultura Maksymalnego Spustoszenia, nie jest tajemnicą, jeśli wiesz, gdzie patrzeć: Czarnoksiężnik z Krainy Oz użył dymu, pirotechniki i kurtyny, aby zdezorientowani mieszkańcy Szmaragdowego Miasta nie dostrzegli jego impotencji; Doktor „Who” sięgnął po Filtr Percepcji, aby uwaga jego wrogów nie skupiła się na tym, czego poszukiwali; Saruman Biały posłużył się głosem nakazującym całkowitą uległość w obliczu potencjalnego zagrożenia. Banalne, być może śmieszne przykłady z kultury popularnej; mimo to pokazują, że idea systemu chroniącego się przed normalną świadomością sensoryczną nie jest niczym nowym.

Jeden z Greków był więcej niż świadomy działania tego mechanizmu. Przeciwstawiając mentalność osoby typowej mentalności człowieka oświeconego, Platon użył porównania w formie jaskini:

Chcę, ażebyś wyobraził sobie oświecenie lub ignorancję naszej kondycji ludzkiej w mniej więcej następujący sposób. Wyimaginuj sobie podziemną komnatę przypominającą jaskinię, z wejściem długim, otwartym na światło dzienne i tak szerokim, jak sama jaskinia. W pomieszczeniu znajdują się więzieni w niej od dzieciństwa ludzie, których nogi i szyje są tak usztywnione, że mogą oni patrzeć tylko przed siebie i nie mają zdolności obracania głowami.

W dalszej kolejności opisane jest przedstawienie lalkowego teatru cieni rzucane na tę część jaskini, którą mogą zobaczyć więźniowie. Nie widzą oni niczego prócz niej. Desmond Lee, autor przekładu Republiki, z którego pochodzi Alegoria jaskini, sugeruje, iż analogię tę można łatwo odnieść na kina lub telewizji – ta ostatnia jest w tym momencie głównym nośnikiem informacji w cywilizowanym świecie. Jednakże porównanie to wykracza poza proste złudzenie wzrokowe, ponieważ teatr cieni jest czymś więcej niż imitacją światowych wypadków spoza Jaskini; w oczach więźniów stanowi faktycznie prawdziwy świat. Wydarzenia ze ściany, na którą rzutowane są dwuwymiarowe obrazy, są tak frapujące, a więźniowie tak do tych obrazów dostrojeni, że nie istnieje nic innego: projekcja fałszywego świata uchodzi za świat prawdziwy dopóty, dopóki osadzeni pozostają w więzieniu, a teatr cieni nie gaśnie.

Zerwanie łańcuchów i przejście do światła zabierze byłego więźnia w inny wymiar, nie tylko w sensie fizycznym, ale także pod względem świadomości tego, co dzieje się wokoło. Prawdziwy Świat, początkowo oślepiający, szybko staje się prawdą, a teatr cieni umysłowym reliktem starego, fałszywego świata, który do niedawna był światem prawdziwym. Nowo wyzwolona osoba ma prawo poinformować innych więźniów o tym prawdziwym świecie, aczkolwiek poniesie porażkę:

„Co twoim zdaniem by się wydarzyło,” zapytałem, „gdyby powrócił na swoje stare siedzisko w jaskini? Czy ciemność nie pozbawiłaby go zdolności widzenia, bo wszedłby tam nagle ze słonecznego światła?”

„Oczywiście.”

„A gdyby tak musiał rozróżniać cienie, konkurując z innymi więźniami, zanim jego wzrok przyzwyczaiłby się do ciemności – proces, który zająłby trochę czasu – czy nie jest prawdopodobne, że by się ośmieszył? A oni powiedzieliby, że jego wizyta w świecie na górze zrujnowała mu wzrok i że nie warto było się wspinać. Gdyby ktoś próbował ich uwolnić i poprowadzić w górę, zabiliby go przy pierwszej nadarzającej się okazji.”

Istnieją sposoby, aby uwolnić innych i połączyć ich z prawdziwym światem, ale nie należy do nich prosta sugestia i narzucanie siłą. Kurtyna w budce chroniąca kontrolera; tajemnicza siła odciągająca uwagę od prawdy; potężny głos powstrzymujący wszelki buntowniczy dyskurs i myśl: te oraz inne środki pracują, wzorem kajdan i nieprzerwanych projekcji w Jaskini, aby przytwierdzić ludzi do określonego miejsca. Ofertę cywilizacji postrzegamy jako prawdę. Zanim będziemy mogli wskazać wzburzające szczegóły naszej separacji i pomóc innym połączyć siły w dążeniu do zdemontowania Narzędzi separacji, musimy uporać się z rzeczami, które nie pozwalają nam wierzyć, że jesteśmy odseparowani.

Jest to chyba zadanie najtrudniejsze; jednak niektórzy z nas gotowi są zmierzyć się nie tylko z tym, co jest możliwe, lecz także z tym, co jawi się jako niemożliwe.

Tłumaczenie: exignorant

Dave PollardAutor Dave Pollard o sobie: „Jestem roślinożercą, kochającym zwierzęta, opłakującym Ziemię, idealistycznym, anarchistycznym, radykalnym, nieduchowym, hedonistycznym, niespokojnym, emerytowanym (po rozstaniu z pracą za pensję), twórczym generalistą, pisarzem, marzycielem i wyobrażaczem możliwości.”

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Poza nadzieją. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.