Społeczności, które trwają – część II

Społeczności, które trwają – część I

Społeczności, które trwają – część I & II [wersja PDF]

Autor: Dmitry Orlov

Zawarty w poniższym eseju opis wybranych społeczności nie jest równoznaczny z zaleceniem, że to one mają posłużyć za model przy tworzeniu wspólnoty. Prezentuję grupy, które po prostu odniosły wyjątkowy sukces pod względem swojej długowieczności i uzyskanych rezultatów. Wyodrębniam podobieństwa, które uczyniły je udanymi. Zachęcam Czytelników, aby wyciągnęli własne wnioski.

30 lipca i 6 sierpnia 2013

Romowie, znani również jako Cyganie, są największą istniejącą grupą długowiecznych separatystów, z liczebnością szacowaną wyłącznie w przybliżeniu (zazwyczaj nie chcą być uwzględniani w spisie ludności i ukrywają swoją tożsamość), ale ogólnie przyjmuje się, że są ich miliony. Wykonują prace kontraktowe w grupach (zwanych kumpaniami), lecz nigdy indywidualnie, a wszystkie zarobki przekazują Rom baro, który jest samozwańczym liderem odpowiedzialnym za ich rozdysponowanie według zasług i potrzeb. System ten obejmuje każdy inny rodzaj dóbr przyjmowanych z zewnątrz; na przykład pracownicy opieki społecznej często bywają niezadowoleni z odkrycia, że ich paczki niekoniecznie trafiają do wyznaczonej osoby, ale dystrybuowane są w oparciu o zasługi i potrzeby definiowane przez samych Romów.

Hutterianie są grupą anabaptystów, której korzenie sięgają XVI-wiecznego Tyrolu i która od tamtej pory przemierzyła wiele krajów, w tym Rosję, aby ostatecznie osiedlić się w kanadyjskich prowincjach – Manitoba, Alberta i Saskatchewan – a także w Montanie i Dacotas; ich populacja liczy dziesiątki tysięcy. Rozrastają się wartko ze względu na bardzo wysoki współczynnik urodzin (według niektórych ocen najwyższy wśród ludzkich zbiorowości). Żyją we wspólnotach rolniczych liczących od 75 do 150 dorosłych członków i praktykują komunistyczną doktrynę „wszystko wspólne.” Hutterianie okupują jeden koniec spektrum własności prywatnej, które rozciąga się na inne grupy: pozostali anabaptyści (Amisze, Mennonici), Mormoni i Romowie bez zastrzeżeń przekazują dużą część swojego prywatnego majątku na rzecz wspólnej sprawy, aby wspierać rozbudowany system wzajemnej samopomocy. Na przykład Amisze pomyślnie lobbowali rząd federalny w Stanach Zjednoczonych, aby wyłączono ich z systemu ubezpieczeń społecznych. Nie mieli nic przeciwko płaceniu składek, traktując to jako akt dobroczynności, ale nie chcieli otrzymywać indywidualnie czeków z zewnątrz, ponieważ widzą w tym zagrożenie dla wewnętrznego systemu wzajemnej samopomocy. Mormoni i ortodoksyjni Żydzi podobnie zarządzają wewnętrznymi organizacjami opieki socjalnej, które czynią ich społeczności niezależnymi od rządowej jałmużny. Wśród Romów jednostką społeczną, w której bezwarunkowo realizuje się wzajemną samopomoc jest vitsa, inaczej klan; w jej ramach swobodne dzielenie się indywidualnym bogactwem zastępuje alimenty, ubezpieczenie i emeryturę.

Oprócz możliwie najmniejszej styczności z rządem każda z powyższych grup nie chce mieć nic wspólnego z wojskiem. Romowie wystrzegają się poboru ze względu na koczowniczą egzystencję i brak adresu, na który można by przesłać powołanie do służby. Dokładają też wszelkich starań, aby utrudnić swoją indywidualną identyfikację poprzez posiadanie sekretnego imienia wewnętrznego oraz publicznego imienia zewnętrznego, które często są zmieniane, szczególnie podczas przemieszczania się z miejsca na miejsce. Hutterianie również są pacyfistami i musieli ratować się ucieczką z Rosji do USA, a następnie ze Stanów do Kanady, aby uniknąć poboru. Dukhoborowie, którzy stanęli w obliczu prześladowań w Rosji z powodu swego pacyfizmu (w jednym z epizodów założycielskich zebrali się i spalili swoją broń), przenieśli się do Alberty, lecz wkrótce zmuszono ich do zamieszkania w Kolumbii Brytyjskiej za odmowę złożenia ślubów posłuszeństwa władzom prowincji. Absolutnie sensownym było to, że małe, rozproszone grupy nie znajdowały dla siebie pożytku w stosowaniu broni lub militaryzmu: gdyby nawet podjęły próbę militarnego przeciwstawienia się większości, zostałyby zgładzone. Za obronę służyło im więc niestwarzanie zagrożenia i gotowość ucieczki. Zwłaszcza Romowie potrafią uciec praktycznie w jednej chwili.

Chociaż wszystkie te grupy (z wyjątkiem Dukhoborów wchłoniętych przez społeczeństwo kanadyjskie) postąpiły właściwie ograniczając pracę najemną i własność prywatną oraz zachowując wolność od rządowej ingerencji, taka niezależność bywa niemożliwą do utrzymania: konieczność płacenia podatków od nieruchomości i gruntów zmusza wspólnoty do prowadzenia handlu ze światem zewnętrznym, a czasem nawet do pracy najemnej. Podatki są „piętą achillesową” tych zbiorowości, dlatego uniknięcie opodatkowania (wraz z uniknięciem służby wojskowej i obowiązkowej edukacji publicznej) musi być priorytetem wszystkich społeczności, które pragną zachować swoją niezależność. Oto, co na temat opodatkowania miał do powiedzenia Piotr Kropotkin:

W ten oto sposób, po cichu i stopniowo, kontrola ludności przez arystokrację i majętne mieszczaństwo – przeciwko którym ludzie kiedyś powstali konfrontując się z nimi twarzą w twarz – jest aktualnie sprawowana za przyzwoleniem, a nawet aprobatą społeczeństwa: pod pozorem podatku!

Nie wspominając nawet o podatkach na utrzymanie wojska, bowiem każdy powinien już do tej pory wiedzieć, czym są. Czy był w ogóle taki moment, kiedy to permanentna armia nie została użyta do utrzymania populacji w stanie niewoli? Czy zaistniała kiedykolwiek sytuacja, w której regularna armia mogła podbić pewną krainę, gdzie stawiła jej czoła uzbrojona ludność?

Weźmy każdy podatek, bezpośredni lub pośredni: ziemski, dochodowy lub konsumpcyjny, pobierany w celu finansowania długu publicznego lub pozorowania jego spłaty (doskonale wiadomo, że zadłużenie to nigdy nie zostanie spłacone, a jedynie wzrośnie); weźmy podatek nałożony, aby sfinansować wojnę lub opłacić publiczną edukację – po ich przestudiowaniu odkryjecie do czego w końcu prowadzą, będziecie oszołomieni potężną władzą i siłą, z jakiej zrezygnowaliśmy na rzecz tych, którzy nami rządzą.

Podatek jest najwygodniejszym sposobem utrzymania ludności w ubóstwie. Zapewnia środki do zrujnowania całych klas społecznych: właścicieli ziemskich, pracowników przemysłowych – właśnie wtedy, gdy po serii ogromnych wysiłków uzyskują wreszcie niewielką poprawę swojego bytu. Równocześnie dostarcza najbardziej dogodne środki przeorganizowania rządu w stały monopol bogaczy. Wreszcie stanowi odpowiedni pretekst do gromadzenia broni, która pewnego pięknego dnia zostanie wykorzystana do stłumienia buntu obywateli.

Niczym morski potwór rodem ze starożytnych podań, podatek stwarza okazję, aby splątać całe społeczeństwo i przekierować wysiłki jednostek w stronę wzbogacenia klas uprzywilejowanych i rządowych monopoli.

I tak długo, jak istniał będzie uzbrojony w podatki rząd, wyzwolenie ludzi pracujących pozostanie nieosiągalne – ani poprzez reformy, ani na drodze rewolucji.

***

Kilka miesięcy temu uczestniczyłem w rozmowie z udziałem Alberta Batesa z The Farm w Summertown (Tennessee), zdarzyło się, że była to jedna z największych komun hippisowskich w dziejach, i Orrena Whiddona z Four Quarters Interfaith Sanctuary w Artemanie (Pensylwania), rozległego pola namiotowego, które równocześnie jest kościołem, klasztorem, winiarnią, warsztatem mechaniki precyzyjnej i szkołą. Dyskusja koncentrowała się na sposobach, które pozwolą małym społecznościom uniknąć macek biurokracji; sformułowaliśmy konkluzję, iż dana zbiorowość będzie miała największą szansę powodzenia, jeśli zachowa atrybuty:

1. Kościoła
2. Rezerwatu przyrody
3. Towarzystwa historycznego
4. Wspólnoty mniejszościowej

Ateistów, którzy nie przepadają za ideą kościoła proszę o przyjrzenie się pastafarianizmowi. Z radością donoszę, iż Kościół Latającego Potwora Spaghetti został właśnie z powodzeniem zasymilowany w Rosji. Panie i panowie, załóżcie na głowy swoje durszlaki! W imię Latającego Potwora Spaghetti, RAmen!

IV.

Do chwili obecnej prezentowałem w niniejszej serii to, co zdaje egzamin. Obiorę teraz podejście odwrotne i skoncentruję się na tym, co okazało się nieskuteczne lub funkcjonuje wyjątkowo źle. Kontynuując poprzednią część eseju, która wyjaśniła wyższość komunizmu zarówno w produkcji, jak i konsumpcji praktykowanej na skalę wspólnoty, zaprezentuję wolny przekład rozdziału Anarchii Piotra Koropotkina, który wyjaśnia, w jaki sposób podobne eksperymenty kończą się społecznym fiaskiem, pomimo ich początkowego sukcesu w osiągnięciu samowystarczalności.

Małe wspólnoty komunistyczne: Co sprawia, że upadają
Piotr Kropotkin
Anarchia, str. 253-260

Niektórzy czytelnicy pokuszą się o domysł, iż komuniści najpewniej poniosą porażkę w organizacji wspólnotowej pracy, ponieważ właśnie na tym polu zdążyły już polec liczne ich społeczności. Istnieje wiele książek, które wyrażają tę opinię. Tymczasem jest ona ze wszech miar błędna. Gdy społeczności komunistyczne spotykała klęska, jej powody zazwyczaj nie miały nic wspólnego z organizacją pracy.

Po pierwsze, zauważmy, iż prawie wszystkie te wspólnoty założono z po części religijnym zapałem jako siłą napędową. Ich założyciele postanowili stać się „heroldami ludzkości” lub „orędownikami wielkich idei” i tym samym przestrzegać ścisłych zasad małostkowo restrykcyjnej moralności, „narodzić się na nowo” dzięki życiu w zbiorowości i wreszcie poświęcić cały swój czas – w trakcie pracy i poza nią – zbiorowości, żyjąc wyłącznie dla jej dobra.

Jednak narzucenie takich wymagań oznaczało podążanie śladami dawnych mnichów i pustelników daremnie nakazujących, aby ludzie stali się tym, czym akurat nie są. Dopiero niedawno powstały społeczności (głównie robotników-anarchistów) pozbawione tak wzniosłych aspiracji, którym przyświeca prosty ekonomiczny cel położenia kresu egzystencji ofiar okradanych nieustannie przez właścicieli-kapitalistów.

Kolejnym błędem popełnianym przez komunistów było podjęcie próby bytowania jako jedna rodzina braci i sióstr. W tym celu osiedlali się pod wspólnym dachem, gdzie zmuszeni byli spędzić całe swoje życie w obecności tych samych „barci i sióstr.” Jednakże takie wspólne rezydowanie w ciasnej kwaterze do prostych nie należy: nawet dwóch braci, synów tych samych rodziców, nie zawsze z łatwością dzieli dom lub mieszkanie. Poza tym życie rodzinne nie odpowiada wszystkim. Dlatego niezmiennie poważnym błędem jest narzucanie idei życia jako „jedna wielka rodzina.” Zamiast tego lepiej jest zapewnić każdemu maksymalną wolność, a rodzinom możliwie największą dozę prywatności z myślą o ich życiu wewnętrznym. Na przykład rosyjscy Dukhoborowie [w Kanadzie] okupują osobne chaty i porządek ten pomaga zachować ich na poły komunistyczne społeczności w znacznie większym stopniu niż życie w pojedynczym klasztorze. Pierwszym warunkiem sukcesu wspólnoty winna być rezygnacja z myśli o falansterze oraz zamieszkanie w oddzielnych domach, tak jak czynią to w Anglii.

Po drugie, [powiedzmy to jasno, iż] małe, odizolowane wspólnoty nie wytrzymują próby czasu. Powszechnie wiadomo, że ludzie zmuszeni do życia bardzo blisko siebie, na statku lub w więzieniu, i otrzymujący niewielką stymulację z zewnątrz po pewnym czasie nie znoszą się nawzajem. […] Wystarczy, że dwie osoby staną się rywalami lub poczują wobec siebie wrogość, a wspólnota ulegnie dezintegracji. To naprawdę dość zaskakujące, że społeczności te są w stanie istnieć stosunkowo długo, zważywszy, że często poszukują odosobnienia.

Dlatego kiedy zakładasz odizolowaną wspólnotę zaledwie dziesięciu, dwudziestu czy nawet stu osób, powinieneś wcześniej zdać sobie sprawę, że jest mało prawdopodobne, aby przetrwała trzy lub cztery lata. A gdyby miała utrzymać się dłużej, byłoby to godne ubolewania, ponieważ dowodziłoby, iż jej członkowie albo zostali zniewoleni przez jednego z nich, albo ulegli całkowitej depersonalizacji. Skoro można przewidzieć, że po trzech, czterech lub pięciu latach część uczestników zechce się oddzielić, co najmniej sensownym jest, by kilka takich społeczności połączyć w związek. W tym przypadku każdy, kto bez względu na powód pragnie opuścić szeregi swojej wspólnoty, może zamienić się miejscami z osobą z innej grupy. W przeciwnym razie grupa rozpadnie się lub (jak to bywa najczęściej) zostanie przejęta przez jednego z członków – najbardziej wycwanionego i zmyślnego „brata.” Zatem wszystkim tym, którzy formują komunistyczne społeczności gorąco zalecam zrzeszenie z innymi zbiorowościami. Pomysł ten nie pochodzi z teorii, lecz z doświadczeń ostatnich lat, zwłaszcza w Anglii, gdzie kilka wspólnot wpadło w ręce pewnych „braci” głównie za przyczyną braku szerszej organizacji.

Małe społeczności założone na przestrzeni ostatnich trzech lub czterech dekad poniosły klęskę z innego ważnego powodu: odrzuciły świat zewnętrzny. Jednak zmagania, i animowana nimi egzystencja, są niezbędne dla każdej aktywnej osoby, ważniejsze niż suty posiłek. Potrzeba egzystowania wśród ludzi, zanurzenia w społecznym nurcie, walki u boku innych, życia życiem innych i odczuwania ich cierpienia jest szczególnie silna u młodego pokolenia. Właśnie dlatego […] młodzi ludzie w wieku lat osiemnastu lub dziewiętnastu nieuchronnie porzucają swoje wspólnoty, jeśli nie są on częścią ogółu społeczeństwa. Młodzież nieubłaganie z nich ucieka, jeśli nie stanowią jedności z resztą świata i nie uczestniczą w jej życiu. Tymczasem większość społeczności (z wyjątkiem dwóch, które nasi przyjaciele z Anglii założyli w sąsiedztwie miast) przede wszystkim szuka ucieczki w głuszę. Wyobraź sobie, że masz szesnaście, dwadzieścia lat, jesteś uwięziony w jakiejś małej komunistycznej wspólnocie gdzieś na bezdrożach Teksasu, Kanady, Brazylii. Książki, czasopisma, zdjęcia mówią ci o dużych miastach, gdzie intensywne życie wybija niczym źródło – na ulicach, w teatrach, na publicznych zgromadzeniach. „To jest dopiero życie!” mówisz do siebie, „A tutaj mamy śmierć – lub coś gorszego: powolne otępienie! Nędza? Głód? Zatem doświadczę nędzy i głodu; ale niech to będzie batalia, nie zaś moralna i psychiczna degradacja, która jest gorsza niż śmierć.” Z tymi słowami na ustach porzucasz wspólnotę. I słusznie.

Tak oto widzimy pomyłkę popełnioną przez Ikarian i innych komunistów, którzy założyli swoje społeczności na dzikich obszarach Ameryki Północnej. Biorąc ziemię za darmo lub kupując ją tanio w odludnych miejscach spotęgowali trudności w dostosowaniu się do nowego modelu życia ze wszystkimi standardowymi trudnościami gospodarzenia na pustkowiu, z dala od miast i głównych dróg. Z ich doświadczeń dowiedzieliśmy się, że trudności te są bardzo poważne. Prawdą jest, że pozyskali ziemię za bezcen; aczkolwiek praktyka wspólnoty z okolic Newcastle udowodniła nam, że z materialnego punktu widzenia społeczność może zadbać o siebie znacznie szybciej i znacznie lepiej poprzez ogrodnictwo (głównie wykorzystując szklarnie) i sadownictwo, a nie poprzez pracę w polu. Znajdująca się w pobliżu giełda owocowo-warzywna zapewnia dochód na opłatę wysokiej dzierżawy ziemi. Praca w ogrodach i sadach odpowiada mieszkańcom miast bardziej niż uprawa roli, zwłaszcza jeśli ta ostatnia wiąże się z karczowaniem. O wiele korzystniej jest wydzierżawić ziemię w Europie, niż serwować się ucieczką na pustkowie, a zwłaszcza marzyć o zbudowaniu nowego religijnego imperium wzorem komunistów Amany i innych. Społeczni reformatorzy potrzebują okazji, by walczyć, potrzebują bliskości centrów intelektualnych, stałego kontaktu ze społeczeństwem, które chcą reformować, czerpiąc inspirację z nauki, kultury, rozwoju, której nie zapewnią im same książki.

Jest rzeczą oczywistą, że zarządzanie wspólnotą zawsze stanowiło najpoważniejszą przeszkodę dla wszystkich praktycznych komunistów. Rzeczywiście wystarczy przeczytać Podróże w Ikarii Cabeta, aby sobie uświadomić, dlaczego społeczności Ikarian nie mogły przetrwać. Wymagały one unicestwienia ludzkiej osobowości w służbie wielkiego arcykapłana, który był ich założycielem. […] Przy okazji tych eksperymentów widzimy, że ci komuniści, którzy zredukowali zarządzanie do najniższego możliwego poziomu – lub nie mieli go w ogóle, jak na przykład Młoda Ikaria w Ameryce – poradzili sobie lepiej i przetrwali dłużej niż inni (35 lat). Nietrudno jest zrozumieć, dlaczego tak się stało: największe animozje między ludźmi zawsze generuje polityka i walka o władzę; w małej wspólnocie walka ta w sposób nieunikniony prowadzi do rozpadu. W dużym mieście możemy żyć obok naszych przeciwników politycznych, ponieważ nie jesteśmy zmuszeni do utrzymywania stałego kontaktu. Ale jak można z nimi koegzystować w małej społeczności, gdzie spotka się ich codziennie, co chwilę? Spory polityczne i gry o władzę przenoszą się do warsztatów, do przestrzeni wspólnego wypoczynku, co czyni życie nieznośnym.

Są to główne przyczyny rozpadu założonych dotychczas wspólnot.

V.

Pete Ryan

Autor: Pete Ryan

Anarchistyczną kooperatywę pracowniczą złożoną z kilkudziesięciu członków, która przenosi się na pustkowie, odcina od świata i próbuje sobie poradzić, najpewniej spotka zawód: członkowie poróżnią się i w życiowej praktyce zrealizują dictum Sartre’a, „piekło to inni ludzie”; stracą swoją młodzież, która ucieknie w poszukiwaniu nowych doświadczeń w innym miejscu; zostaną zniewoleni przez „wielkiego brata” lub „całkowicie zdepersonalizowani.” Porzućcie zatem myśl o rolnictwie i pełnej samowystarczalności i skoncentrujcie na koncepcji ogrodnictwa w bliskim sąsiedztwie miasta, które zapewnia stymulujące środowisko, rynek zbytu oraz możliwości dla dorastających dzieci. Należy pamiętać, kim jesteśmy: nie jesteśmy „dawnymi mnichami i pustelnikami,” ale przemysłową siłą roboczą, która chce wydostać się spod buta kapitalistów i klasy rentierów.

Kropotkin mówi o życiu animowanym przez walkę – przeciwko niesprawiedliwości w szerszym społeczeństwie – jako niezbędnym dla aktywnej osoby. Walka ta nie ustaje: byliśmy niedawno świadkami strajku pracowników sieci fast food w Stanach Zjednoczonych, którzy za niesprawiedliwy uznają fakt, iż niskie płace kwalifikują ich do odbioru pomocy socjalnej, a oferowane warunki zatrudnienia często oznaczają pracę w niepełnym wymiarze godzin, ale pod warunkiem, że pozostają do dyspozycji pracodawcy na każde zawołanie, co uniemożliwia znalezienie innego zajęcia zarobkowego. Jest to końcowy rezultat kilku wieków klasowej batalii. Robotnicy przegrali. Wszystkie korzyści zostały utracone: regulowany tydzień pracy, wynagrodzenie za nadgodziny i weekendy przeszły do historii; czas gwarantowanych emerytur dobiegł końca; prawo do edukacji publicznej zastąpiono prawem do uczęszczania do szkół publicznych, gdzie uczniowie dowiadują się niewiele, są nieustannie testowani, a ich złe zachowanie temperowane jest medykamentami.

Można by pomyśleć, że skoro robotnicy przegrali, to kapitał zatriumfował. Rzeczywiście, na papierze kapitalistom nigdy nie powodziło się lepiej – z większymi niż kiedykolwiek rozbieżnościami majątkowymi, rekordowymi wartościami rynków kapitałowych (jak długo jeszcze?), nieprzerwanymi popisami ostentacji i demonstracyjnej konsumpcji ze strony osób, których zyski subsydiowane są przez rządowy program pomocy żywnościowej (Supplementary Nutritional Assistance Program) dokarmiający ich pracowników. Ale spójrzmy na to w inny sposób: kapitalistów i klasę rentierów unosi gigantyczna fala zadłużenia, którego zabezpieczenie jest raczej wątpliwe. Gospodarka w 70% napędzana wydatkami konsumenckimi, gdzie 80% ludności balansuje na krawędzi ubóstwa, nie rokuje najlepiej. Jeśli siła robocza jest koniem, kapitał jeźdźcem, a zwierzę to umiera – co pozostaje jeźdźcowi? Sądzę, że piesza wycieczka.

Opowieść Kropotkina jest opowieścią o niepowodzeniu: robotnicy industrialni, wychowani na hasłach społecznego i gospodarczego postępu, po przyswojeniu właściwych teorii anarchicznej organizacji i komunistycznych wzorów produkcji podejmują wysiłek ich wdrożenia i ponoszą klęskę.

Przykłady niepowodzenia są do pewnego stopnia użyteczne, podobnie jak przykłady powodzenia. Jeden z nich reprezentują Hutterianie; to anabaptyści żyjący w małych koloniach rolnych liczących od 75 do 150 osób. Istnieją od około pięciu wieków. Jakob Hutter, który zainspirował nie tylko ich nazwę, zginął śmiercią męczeńską zaledwie trzy lata po rozpoczęciu swojej kaznodziejskiej działalności. Na przestrzeni lat Hutterianie doświadczyli wielu prześladowań, głównie ze względu na komunistyczny styl życia i odmowę służby wojskowej. Spędzali czas w różnych krajach, w tym na Ukrainie, gdzie nie powodziło im się najlepiej, a kiedy około stu lat temu wyjechali do Stanów Zjednoczonych, było ich zaledwie czterystu; obecna populacja liczy około 42.000.

Hutterianie są w pełni komunistami – kultywują doktrynę „wszystko wspólne.” Podczas inauguracji rozłożyli na ziemi całe swoje mienie i rozdali je według potrzeb. Żyją w domach wspólnotowych, gdzie każda rodzina ma oddzielny pokój lub mieszkanie; dzieci po przekroczeniu pewnego wieku przenoszą się do Kinderhausu. Posiłki spożywane są zbiorowo w osobnej kuchni i przestronnej jadalni.

Hutterianie są też w pełni anarchistami: mimo podziału na trzy główne grupy, zwane Leute, ich struktura zarządzania tak naprawdę nie przekracza poziomu wspólnoty. Istnieją pewne zakresy odpowiedzialności niektórych osób, ale ustalane są podczas zebrania całej społeczności, która orzeka w drodze konsensusu. Odpowiedzialne stanowiska przyznaje się w drodze wyborów; remis rozstrzygany jest oddaniem losów.

Odmawiają oni posyłania dzieci do szkół z zewnątrz; ich miejsce zajmują placówki edukacyjne wznoszone wewnątrz wspólnoty. Codzienne zajęcia podzielone są na lekcje niemieckie i angielskie. Dzień zaczyna i kończy szkoła niemiecka, gdzie podopiecznych zapoznaje się ze wszystkim, co dotyczy Hutterian. W przerwie pozostaje trochę czasu na publiczny program nauczania prezentowany przez nauczyciela języka angielskiego zatrudnionego z zewnątrz. Oceny uznawane są za nieistotne. Nie ma zdjęć (drugie przykazanie zakazuje posiadania rytych obrazów), instrumentów muzycznych, radia lub telewizji, gazet lub czasopism (z wyjątkiem publikacji branżowych poświęconych rolnictwu i mechanice). Nie ma szkolnictwa wyższego, ponieważ Hutterianie dokładają starań, aby ich dzieci rozpoczęły pracę w wieku lat czternastu lub najpóźniej piętnastu (na co zezwala ministerstwo edukacji Kanady).

Hutteriańskiej młodzieży wolno jest opuścić kolonię i pracować „w mieście.” Jeśli jej przedstawiciele powrócą, aby się ochrzcić, zawrzeć małżeński związek i dołączyć do kolonii jako osoby dorosłe (co czyni większość z nich), uzyskają pozwolenie na wykorzystanie oszczędności do urządzenia swoich kwater. Poza środkami zarobionymi poza wspólnotą, Huteryci indywidualnie nie posiadają pieniędzy: wszystko, co mają należy w rzeczywistości do „kościoła.” (Jako że ich wiara jest prosta i skromna, nie istnieją żadne świątynie i inne fizyczne przejawy owego kościoła.) Ofiarowanie młodym możliwości odejścia i powrotu (bez żadnych pytań) stanowi ważny zawór bezpieczeństwa, a także gwarantuje, iż dołączają oni do społeczności z pełnym zaangażowaniem, bez niepewności, i właśnie siła tego oddania decyduje o trwałości kolonii Hutterian.

Interesującą może być odpowiedź na pytanie, czy Hutterianie są bardziej szczęśliwi od ogółu społeczeństwa. Ich sposób życia stwarza wiele okazji do ciężkiej, raczej monotonnej pracy, nieliczne okazje do rozwoju osobistego lub rekreacji, pozostawia mało miejsca na wyrażanie indywidualności, obarcza dużym ciężarem odpowiedzialności przed innymi. Mimo to nie ma wśród nich praktycznie żadnych przypadków uzależnień, przemocy, depresji lub samobójstw, przypadłości związane z psychiką występują sporadycznie i zdaje się panować ogólne zadowolenie z życia. Prawdopodobnie pomaga to zrozumieć ich cel: nie jest nim sukces osobisty i samorealizacja, ale harmonia zbiorowości i przeżywanie przeznaczonych dni zgodnie z tym, co postrzegają jako bożą wolę.

Hutteriańskie pojęcie ról płciowych jest niewzruszenie XVI-wieczne i fakt ten wielu ludzi kategorycznie uznaje za niedopuszczalny. Kobiety nie mają prawa głosu (z wyjątkiem wpływu wywieranego na swoich małżonków) i możliwości konkurowania z mężczyznami. Posiłki spożywają przy oddzielnym stole (dzieci również mają własny stół). Niektórzy czują pokusę określenia społeczności Hutterian mianem patriarchalnej, ale tak się składa, że nie mają oni archona (z greki: „władca”) i nie demonstrują żadnej hierarchii. Istnieje za to dymorfizm płci, który występuje u wielu gatunków, z ludzkim włączone. Zachowanie w tej kwestii otwartego umysłu bywa dla wielu z nas trudne, ale tak naprawdę nasze podstawy, aby osądzać Hutterian (choć sami do nich nie przynależymy) nie są większe od tych, które pozwoliłyby potępiać praktyki naszych jeszcze bardziej dymorficznych seksualnie kuzynów – orangutanów i goryli. Czy rygorystyczny podział ról płciowych jest kluczowy dla sukcesu Hutterian? Naprawdę nie mam pojęcia. Koncepcja ta prezentuje się tak, a nie inaczej, gdyż jako grupa mają oni pięćset lat. Trwają (dlatego o nich tutaj mówimy), a ich rozumienie płciowych ról trwa wraz z nimi. Co by się stało, gdyby nagle zmuszeni zostali do zaadoptowania równości płci? Prawdopodobnie zinterpretowaliby to jako kolejny epizod prześladowań i udali się raz jeszcze w strony mniej zaludnione i mniej „postępowe.” Na szczęście nie będziemy mieli okazji poddać ich temu okrutnemu eksperymentowi.

A zatem musimy pogodzić się z faktem, że wspólnoty Hutterian przetrwały, podczas gdy społecznościom pracowników-anarchistów Kropotkina nie udała się ta sztuka. Mam hipotezę na temat przyczyny takiego stanu rzeczy: stanowili ją zaangażowani w inicjatywę („wyewoluowani”) ludzie. Jeśli chcemy stworzyć wspólnotę, zacznijmy od miarki Hutterian – sprawdza się praktycznie za każdym razem; nie zaczynajmy od przemysłowych robotników szukających sprawiedliwości społecznej i samorealizacji. Stwierdzenie to może wydawać się strasznie niesprawiedliwe. Co musimy zrobić, aby wygrać w tej grze? Stać się kimś innym? Nie lada wyczyn, prawda? Większość z nas nie chciałby stać się Hutterianami, nawet gdybyśmy otrzymali taką możliwość (nie otrzymamy; Hutterianie nie prowadzą rekrutacji). Czy nie mamy niezbywalnego prawa, aby „być sobą”? Sądzę, że mimo wszystko warto jest zastanowić się nad procesem stawania się kimś innym, ponieważ zachodzące drastyczne zmiany gospodarki i klimatu uczynią większość z nas (jeśli w ogóle przetrwamy) ledwie rozpoznawalnymi, a etykiety typu „postępowy” i „konserwatywny” będą tak istotne, jak kolor upierzenia ptaka Dodo. Wymóg „bycia sobą” zdaje się być najlepszym kandydatem na główną przyczynę wymarcia, na każdym poziomie. Podejrzewam, że wielu Amerykanów ugotuje się na śmierć, ponieważ nie wyrazi zgody na wyłączenie klimatyzatorów. Rezygnacja z bycia sobą stanowi prawdopodobnie jedno z bardziej bolesnych doświadczeń, przez jakie może przejść żywa istota – obok umierania i bycia narodzonym. A co, jeśli i tak jest ona konieczna?

Dlatego uważam, że stworzenie wspólnoty, która trwa i której się powodzi jest możliwe; jednak beneficjentem tego sukcesu nie będą osoby, które są jej założycielami, które poświęcą się dla sprawy i znikną jako jednostki – będzie nią sama wspólnota, w której miejsce indywidualności zajmą dobrowolnie zaakceptowane role i obowiązki. I niewielu zachodnich „twardych indywidualistów” – wyzwolonych, wyćwiczonych w retoryce praw człowieka, obdarzonych wielkim poczuciem własnej wartości i uprawnienia – zaakceptowałoby to dobrowolnie. A jeśli nie ma dla nich miejsca w tej ciężko uszkodzonej ekosferze? Przychodzi na myśl cytat z powieści Podziemny krąg: „Nie jesteście pięknymi i niepowtarzalnymi płatkami śniegu. Jesteście taką samą gnijącą materią organiczną jak każdy i wszyscy jesteśmy częścią tej samej kompostowej kupy.” Być może Hutterianie czują to bardziej od nas, co wyjaśniałoby ich niemal nonszalancki stosunek do śmierci (w porównaniu z ich bardzo poważnym stosunkiem do życia). Nie znaleźli się na tym padole, aby osiągnąć samorealizację, sukces lub status; pojawili się na Ziemi tymczasowo, aby w ich mniemaniu wypełniać bożą wolę i nie zamienić tego celu w bałagan. Wygląda to na wcale zacne dążenie w naszych chaotycznych czasach.

***

Każda udana społeczność, której się przyjrzałem wie, jak wyłączać (odrzucać, wydalać) ludzi. Oto powód takiego postępowania w ujęciu Orrena Whiddona:

Społeczności są często postrzegane jako zagrożenie przez wiele podmiotów, z wielu powodów. Wspólnoty społecznie radykalne uznawane są za niebezpieczne po prostu dlatego, że ich idee mogą roztrzaskać istniejące paradygmaty. Wiadomo, że istotą społeczności jest zdefiniowanie granicy między światem wewnętrznym i światem zewnętrznym, zatem zaszkodzenie danej społeczności wymaga zmanipulowania tej granicy. Z punktu widzenia dobrze rozumianych technik działań, które wobec grup aktywistów podejmuje państwo, granicę tę można przebić wprowadzając osoby z zamiarem zakłócenia wewnętrznego funkcjonowania społeczności. Łatwiejszym sposobem jest zaburzenie zdolności do współpracy ze światem zewnętrznym poprzez przedstawienie wspólnoty w negatywnym świetle, aby uniemożliwić swobodny przepływ energii/zasobów przez jej granicę; w tym konkretnym przypadku zrażając do niej ludzi, którzy w przeciwnym razie byliby skłonni ją wspierać.

Klasyczną strategią atakowania stosunków zewnętrznych wspólnoty jest wykorzystanie społecznego tabu lub świętości, którą rzekomo naruszyła. Jak zauważył Goebbels, sztuką jest opracowanie napaści w taki sposób, aby użyć przyjętego z góry społecznego założenia, które nie może być lub nie będzie analizowane, i odseparować społeczność od handlu zewnętrznego. Jeszcze lepszy atak wykorzysta słowa i etykietki, których znaczenia również nie mogą być lub nie będą analizowane. I wreszcie najważniejsza obserwacja Goebbelsa: odwołaj się do intelektualnego uprzedzenia swoich odbiorców licząc na fakt, iż ludzie wolą wierzyć w nieprawdę, która odwołuje się do przyjętych z góry założeń wyjściowych. Słynne Wielkie Kłamstwo.

Każda udana wspólnota zazdrośnie strzeże swojej separacji od otaczającego społeczeństwa. Ma to decydujące znaczenie dla jej przetrwania i zapewnienia członkom egzystencji przynoszącej lepsze rezultaty od tych, które oferuje świat zewnętrzny. W moim rozumieniu praktyki te muszą obejmować rodzinę, ponieważ wielopokoleniowa rodzina jest mikrokosmosem społeczności. Niemal wszystkie trwałe wspólnoty są pacyfistyczne. Nie jest najlepszym pomysł wysyłania mężczyzn do wojska lub innych organizacji specjalizujących się w brutalności i mordowaniu; nawet zbyt duże zaangażowanie w sferę korporacyjną jest często bardzo szkodliwe dla ludzkiego ducha. Wśród przyczepianych społecznościom etykietek („patriarchat,” „matriarchat” etc.) zwycięzcą jest oczywiście anarchia – dobrze zorganizowana, satysfakcjonująca. Zdecydowana większość długowiecznych wspólnot rzeczywiście posiada anarchistyczną strukturę samorządności. Ale najważniejszy jest jej separatyzm.

Tłumaczenie: exignorant

Wpis powiązany tematycznie: „Medycyna w małej osadzie”

dmitry-orlov_webDmitry Orlov pisze na temat postępującego upadku USA – ostatniego imperium – i cywilizacji przemysłowej. Urodził się w Leningradzie (obecny Petersburg). W wieku 12 lat przeprowadził się z rodziną do USA. Posiada dyplomy z inżynierii komputerowej i lingwistyki stosowanej. Podczas praktyki naukowej zajmował się m.in. fizyką wielkich energii i zagadnieniami ochrony Internetu. W 2007 roku Dmitry i jego małżonka sprzedali mieszkanie w Bostonie i zakupili żaglówkę. Stała się ich domem i „kapsułą przetrwania.” Obecnie Dmitry próbuje zrewolucjonizować [uprościć] pisownię/ortografię języka angielskiego, przyswaja kolejne umiejętności, projektuje – jego nowe wynalazki i rozwiązania mają ułatwić życie na morzu w dobie energetycznego i industrialnego schyłku.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Poza nadzieją. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.