„Zabij wszystko, co się rusza.” Kronika techno-wojny

Ostrzeżenie: artykuł zawiera drastyczne opisy.

Autor: Chris Hedges (wersja oryginalna)

12 marca 2013

Kill Anything That Moves„Zabij wszystko, co się rusza: Prawdziwa amerykańska wojna w Wietnamie” Nicka Turse’a jest nie tylko jedną z najważniejszych książek, jakie kiedykolwiek napisano na temat konfliktu w Wietnamie – oferuje czytelnikom bezkompromisowy opis charakteru współczesnej wojny przemysłowej. Niewiele jest pozycji tak sugestywnie ilustrujących całkowitą deprawację industrialnej przemocy, którą socjolog James William Gibson nazywa „techno-wojną”. Publikacja demaskuje patologię hiper-męskiej kultury militarnej, odurzającą gorączkę uzależnienia od przemocy, a także wielką rządową machinę manipulacji, która codziennie okłamuje naiwną opinię publiczną poprzez taktyki zastraszania, gróźb i kampanię oszczerstw mającą zamknąć usta dysydentom. Turse rozumie, że trauma, która dręczy większość kombatantów, jest wynikiem nie tylko doświadczeń, ale i czynów. Ten uraz, to poczucie wstydu, winy i obrzydzenia samym sobą skłania wielu weteranów – z Wietnamu, Iraku czy Afganistanu – do ucieczki w mgłę narkotyków i alkoholu lub popełnienia samobójstwa. Zanim przeczytasz ostatnią stronę tomu Turse’a, zrozumiesz dlaczego.

Nie jest to książka, którą Turse zamierzał napisać. Kiedy w czerwcu 2001 rozpoczął poszukiwania materiału, był absolwentem przyglądającym się zespołowi stresu pourazowego (PTSD) u żołnierzy służących w Wietnamie. Pracownik Archiwum Narodowego Stanów Zjednoczonych zapytał go, czy samo bycie świadkiem zbrodni wojennych może wywołać PTSD. Skierował uwagę Turse’a na pożółkłe raporty zgromadzone przez Grupę Roboczą ds. Zbrodni Wojennych w Wietnamie. Ciało to, utworzone w ślad za masakrą w My Lai, powołano do zbadania setek doniesień o torturach, gwałtach, porwaniach, przymusowych przesiedleniach, pobiciach, podpaleniach, okaleczeniach, egzekucjach i masakrach dokonanych przez żołnierzy amerykańskich. Jednakże grupie nie przyświecał cel dyscyplinowania lub powstrzymywania nadużyć. Intencją było, jak pisze Turse, „zagwarantowanie, że armia już nigdy więcej nie zostanie zaskoczona poważnym skandalem wojennych zbrodni”. Z perspektywy śledczych wojskowych zbrodnie te były problemem z zakresu „zarządzania wizerunkowego”. Osoby oskarżone rzadko spotykała kara. Liczne raporty o potwornościach zebrane przez Grupę Roboczą objęto tajemnicą państwową, a naocznych świadków zazwyczaj ignorowano, dyskredytowano lub uciszano groźbami.

Turse sięgnął po tajne raporty Pentagonu i dokumentację, aby odnaleźć ponad 100 weteranów – zarówno tych, którzy poinformowali swoich przełożonych, że byli świadkami okrucieństwa, jak również inne osoby oskarżone o dokonanie zbrodni – i udał się do Wietnamu, aby przeprowadzić wywiady z ocalałymi. Dziesięć lat później stworzył arcydzieło. Każdy kolejny, opisany w książce przypadek boleśnie unaocznia, iż żołnierze i piechurzy celowo, bezkarnie okaleczyli, wykorzystali, pobili, poddali torturom, zgwałcili, zranili lub zabili setki tysięcy bezbronnych cywilów, w tym dzieci. Oddziały dopuszczały się rutynowych aktów sadystycznej przemocy zazwyczaj kojarzonej z nazistowskimi strażnikami obozów koncentracyjnych. Opisy Turse’a składają się na portret rażąco niekompletny, ponieważ autor dowiedział się, że „oszałamiająca liczba dokumentów sądu piechoty morskiej z tamtej epoki najwyraźniej została zniszczona lub zaginęła”, a „większość materiałów dochodzeniowych z kryminalnych kartotek sił powietrznych i marynarki wojennej, które mogły istnieć, najwyraźniej spotkał ten sam los”.

Kilka upublicznionych przypadków zabijania z premedytacją w Wietnamie, takich jak My Lai, uznano za incydentalną aberrację, wynik ekscesów kilku zepsutych żołnierzy – ma to miejsce również w odniesieniu do wojen w Iraku i Afganistanie. Lecz Turse wyraźnie pokazuje, że takie masakry były i są zjawiskiem powszechnym w naszych obecnych przygodach imperialnych. Masowe mordy „były nieuniknionym wynikiem przemyślanych strategii, dyktowanych na najwyższych szczeblach wojskowej hierarchii”, pisze. Dokonywano ich, ponieważ dominująca taktyka wojenna, obmyślona przez naszych polityków i generałów, koncentrowała się na koncepcji „przesadnego zabijania” [ang. overkill]. A gdy wojska lądowe nie były w stanie zabijać dostatecznie szybko, wsparcia udzielały im okręty, helikoptery, myśliwce i bombowce. Lotnictwo USA dołożyło się do obłąkańczej misji „przesadnego zabijania” – eliminując tak wielu wrogów, że rekuperacja była teoretycznie niemożliwa – poprzez zrzucenie na Wietnam równowartości 640 bomb o sile rażenia ładunku atomowego z Hiroszimy; większość z nich w rzeczywiści spadła na południe kraju, gdzie rezydowali nasi rzekomi wietnamscy sojusznicy. Samoloty uwalniały nie tylko bomby. Spuściły ponad 70 milionów ton środków chwastobójczych, 3 miliony rakiet z białym fosforem – biały fosfor przepala ciało – i około 400.000 ton galaretowatego, zapalającego napalmu. „Trzydzieści pięć procent ofiar,” pisze Turse, „umierało w ciągu piętnastu, dwudziestu minut.” Śmierć z powietrza, podobnie jak śmierć na lądzie, zadawana była pod wpływem kaprysu. „Powszednią praktyką wojsk amerykańskich w Wietnamie było wysadzenie w powietrze całej wsi lub zbombardowanie rozległego obszaru, aby zlikwidować pojedynczego snajpera.”

Morderstwo to integralna część wojny. I w tej najbardziej wstrząsającej postaci  – tak bardzo intymnej – popełniają je oddziały piechoty. Władza podobna do boskiej, jaką daje zdolność niszczenia wszystkiego oraz upajająca siła ognia przemysłowej broni, szybko zamienia tych, którzy ją dzierżą, w potwory. Istoty ludzkie stają się przedmiotami, zabawkami zaspokajającymi perwersyjne pragnienie dominowania, poniżania, kontrolowania i zabijania. Zwłoki są trofeami. Wielu zamordowanych Wietnamczyków, wyjaśnia Turse, poddano wcześniej upadlającym formom publicznego maltretowania, zbiorowym gwałtom, torturom i brutalnym pobiciom. Zaraz po zatrzymaniu, pisze Turse, „zamykano ich w ciasnych ‚klatkach dla krów’ z drutu kolczastego i czasem dźgano zaostrzonymi kijami z bambusa”. Innych więźniów „umieszczono w dużych beczkach wypełnionych wodą; następnie uderzano w te pojemniki z wielką siłą, co powodowało obrażenia wewnętrzne, ale nie pozostawiało blizn”. Niektórych „wieszano na wiele godzin na linach lub do góry nogami i bito; praktyka nosiła nazwę ‚przejażdżki samolotem’”. Innych „przykuwano łańcuchem z rękami nad głową; ich ramiona były rozciągnięte, zatem stopy ledwo dotykały ziemi – wersja dawnych tortur zwanych strappado. Nieopisane rzesze ludzi rażono prądem za pomocą telefonów polowych na korbę, urządzeń na baterie, a nawet elektrycznego ościenia do poganiania bydła”. Bito w spody stóp. Wyrywano paznokcie. Odcinano palce. Zatrzymanych cięto nożami, „duszono, przypalano papierosami lub katowano pałkami, maczugami, bambusowymi cepami, kijami baseballowymi i innymi przedmiotami. Wielu ofiarom grożono śmiercią, przeprowadzano pozorowane egzekucje”. Turse odkrył, że „zaaresztowani cywile i partyzanci ginęli regularnie jako ludzkie wykrywacze min”. Podczas gdy żołnierze zaangażowani byli w codzienną brutalność i mordy, Centralna Agencja Wywiadowcza „zorganizowała, skoordynowała i sfinansowała” tajny program tzw. selektywnej eliminacji konkretnych osób, bez podjęcia jakiejkolwiek próby ich aresztowania i wszczęcia postępowania sądowego”.

„Całe to cierpienie,” pisze Turse, „było praktycznie ignorowane, kiedy trwało, a potem zostało dokładnie wymazane z kart historii na przestrzeni dekad, które od tamtego czasu upłynęły.”

W jednej z wielu relacji Turse opisuje ciąg zbrodni popełnionych w regionie przygranicznym Duc Pho/Mo Duc wiosną 1967 przez Kompanię Charlie – 2 Batalion, 35 Pułk Piechoty pod dowództwem kpt. Jamesa Lanninga. Rannego mężczyznę, pisze Turse, wrzucono do łodzi i pchnięto w ryżowe pole, gdzie został podziurawiony kulami i rozerwany granatem. Ranną kobietę owinięto matą ze słomy i podpalono. Kiedy Paul Halverson – żołnierz i korespondent wojenny, który towarzyszył oddziałowi – został zapytany o ogólną liczbę cywilów zabitych przez podwładnych Lanninga, oświadczył: „W czasie, kiedy tam byłem – tylko z Kompanią Charlie – powiedziałbym, że były to setki ludzi.”

Mjr. Gordon Livingston, chirurg 11 Pułku Dywizji Pancernej, zeznał w 1971 roku przed Kongresem, że był świadkiem, jak „pilot helikoptera pikując zbliżył się do dwóch wietnamskich kobiet na rowerach i zabił je śmigłem”. Po krótkim uziemieniu i wywiadzie sprawcę niezwłocznie oczyszczono z zarzutów i wysłano z powrotem w powietrze.

Żołnierze i piechurzy (ang. Marines) oddawali się popularnemu podczas wszystkich wojen hobby kolekcjonowania części ciała martwych Wietnamczyków – głów, nosów, skalpów, piersi, zębów, uszu, palców, genitaliów – i eksponowania ich lub noszenia w postaci naszyjników. „W każdym plutonie byli ludzie z uszami na sznurku,” powiedział oficerowi śledczemu Jimmie Busby, członek 75 Pułku Ranger w latach 1970-1971. Zwłoki były przebierane i wykręcane w komiczne pozy do zdjęć lub makabrycznie okaleczane. Odcięte głowy Wietnamczyków osadzano na pikach lub palach w obozowiskach armii. Zmarłych przywiązywano do pojazdów – które niekiedy rozjeżdżały wietnamskich cywilów dla sportu – i przewożono po wsiach.

Gwałt był równie powszechny, jak morderstwo. Turse cytuje weterana z 198 Lekkiej Brygady Piechoty, który wiedział o około 15 gwałtach popełnionych na dziewczętach przez żołnierzy z jego oddziału „na przestrzeni zaledwie sześciu lub siedmiu miesięcy”. Według przytaczanego przez Turse’a raportu armii, wietnamska kobieta zeznała, że została zatrzymana przez członków 173 Brygady Desantowej i „następnie zgwałcona przez około dziesięciu mężczyzn”. „W innym zajściu,” pisze Turse, „jedenastu członków oddziału 23 Dywizji Piechoty zgwałciło wietnamską dziewczynę. Gdy wieść o tym zdarzeniu rozeszła się po okolicy, na miejsce przybył inny oddział i przyłączył się. W trzecim przypadku amerykański szeregowiec zapamiętał wietnamską kobietę, która z trudem stawiała kroki po tym, jak stała się ofiarą zbiorowego gwałtu z udziałem trzynastu żołnierzy.” Pewien piechur opowiadał o dziewięcioosobowej drużynie, która wkroczyła do wioski polując na „kurwę z Wietkongu”. Żołnierze znaleźli kobietę, zgwałcili ją, a potem strzelili jej w głowę.

„Jeden z weteranów wspomina, jak jego współtowarzysze znaleźli Wietnamkę, która była postrzelona i miała liczne rany,” pisze Turse. „Poważnie ranna błagała o wodę. Zerwano z niej ubranie. Pchnięto nożem w obie piersi, siłą rozpostarto nogi, po czym w jej pochwę wciśnięto rękojeść narzędzia do kopania – była to po prostu łopata z krótkim trzonkiem. Inne kobiety były gwałcone różnymi przedmiotami, od butelek po napojach do karabinów.”

Wietnamczycy, których zamykano na krajowym „rozległym archipelagu więziennym”, byli policzkowani, uderzani pięścią, kopani, napastowani seksualnie, rażeni prądem i podtapiani.

„Próbowali mnie zmusić do przyznania się, że współpracowałam z Wietkongiem,” powiedziała o swoich południowowietnamskich i amerykańskich śledczych jedna z więźniarek. „Nie zgodziłam się na złożenie takiego oświadczenia, zatem wbili mi igły pod dziesięcioma paznokciami mówiąc, że jeśli nie napiszę tego, co mi każą i nie przyznam się, że jestem z Wietkongu, będą kontynuować tortury.” Gdy nie zastosowała się, „przypięli do moich sutków przewody elektryczne, a następnie poddali elektrycznym wstrząsom, co za każdym razem rzucało mnie na podłogę. Powiedzieli, że jeśli nie uzyskają pożądanych informacji, tortury nie ustaną. Przez cały czas po moich obu stronach stali amerykańscy żołnierze”.

Dowódcy wojskowi i politycy zostali uwiedzeni przez niszczycielską furię, jaką mogli sprowadzić na wroga. Ściany ognia z broni automatycznej, serie z karabinów maszynowych, 90 mm naboje czołgowe, niekończące się sterty granatów, moździerzy, ładunków artyleryjskich i min nasyciły tereny wiejskie, podczas gdy z pancerników rozlokowanych wzdłuż wybrzeża wystrzelono gigantyczne, ważące ponad tonę pociski balistyczne. Z powietrza zrzucono pojemniki z napalmem, bomby typu daisy-cutter, rakiety przeciwpiechotne, rakiety odłamkowo-burzące, rakiety zapalające, bomby kasetowe oraz żelazne bomby fragmentujące – w tym 18-tonowe ładunki uwolnione z potężnych bombowców B-52 Strarofortress – wraz z chemicznymi defoliantami i gazami. Generałowie i politycy byli przeświadczeni, że nieustający atak ostatecznie zapewni zwycięstwo. Radosny rejestr zabitych zawarto w perwersyjnej praktyce liczenia trupów – makabrycznej karcie wyników, która była „dowodem”, że to nasza strona wygrywa.

Oficjalne zezwolenie udzielone żołnierzom na zabicie kogokolwiek miało formę „strefy swobodnego ostrzału” – termin zmieniony później przez wojsko na „określoną strefę uderzeniową” o bardziej neutralnym brzmieniu – a jego istotą była orwellowska logika instytucji wojskowych. Żołnierzy poinformowano, że w strefach tych nie było żadnych cywilów, ponieważ każda osoba znajdująca się w „strefie swobodnego ostrzału” uchodziła za wroga. Kobiety. Dzieci. Seniorzy. Wszyscy byli uzasadnionym celem. „Nie mogłeś ponieść odpowiedzialności za strzelanie do niewinnych cywilów, ponieważ z definicji nikt nimi nie był,” powiedział piechur. A kiedy patrole ostrzelały i uśmierciły grupy nieuzbrojonych cywilów poza formalnie wyznaczonymi strefami swobodnego ostrzału, ich uczestnicy jednostronnie decydowali o ujęciu miejsc zabójstwa w granicach strefy swobodnego ostrzału.

Wojna zawsze gloryfikuje i nobilituje psychotycznych zabójców. Wietnam stał się ich placem zabaw. Sierż. Roy Bumgarner z 1 Dywizji Kawalerii, a później z 173 Brygady Spadochronowej „najwyraźniej zgromadził na swoim koncie oszałamiającą liczbę ponad 1.500 ‚zabitych w akcji’, odnotowując czasem wraz ze swoją sześcioosobową drużyną ‚dzikich kotów’ więcej egzekucji niż cała reszta jego 500-osobowego batalionu”. Bilans szału zabijania Bumgarnera, wyjątkowy nawet jak na standardy Wietnamu, docierał do naczelnego dowództwa. W marcu 1968 szer. Arthur Williams, snajper w drużynie zwiadowczej Bumgarnera, poinformował władze wojskowe, że „przy co najmniej czterech okazjach” widział Bumgarnera, jak zabijał nieuzbrojonych cywilów wietnamskich, pisze Turse. Bumgarner często podkładał chińskie komunistyczne granaty swoim ofiarom – również dzieciom – aby można je było zgłosić jako martwych żołnierzy wroga. Charles Boss, cytowany członek „dzikich kotów” sierżanta, powiedział oficerowi śledczemu: „zaledwie kilka tygodni temu słyszałem, że Bumgarner zabił wietnamską dziewczynkę i dwójkę młodszych dzieci (chłopców), którzy nie mieli żadnej broni”. Bumgarner trafił ostatecznie przed sąd wojenny po licznych raportach naocznych świadków o jego skłonności do zabijania. Został skazany za nieumyślne morderstwo, zdegradowany i obciążony grzywną. Ale nigdy nie trafił za kratki. Kontynuował swoją wojskową karierę, szybko odzyskał dawny stopień oficerski. Armia nie utraciła jego usług. W Wietnamie spędził siedem lat.

Turse przybliża także sylwetkę płk Johna Donaldsona, absolwenta West Point i byłego olimpijczyka, który organizował polowania na „żółtków” przy użyciu śmigłowców. W książce przytoczona jest wypowiedź jednego z wyższych rangą żołnierzy, który zeznał, iż Donaldson i jego oficer wywiadu „latali sobie helikopterem pułkownika nad polami ryżowymi ze skrzynią granatów – nazywano je ‚fragami’ – i rzucali nimi w ‚skośnookich’, którzy usiłowali uciekać, by uchronić się przed ścigającą ich maszyną”. Kiedy dostateczna liczba doniesień o zabójstwach pułkownika przedostała się na szczyt hierarchii dowodzenia, jego koledzy oficerowie, w tym Colin Powell, który służył z nim w Wietnamie przez osiem miesięcy, zadbali o to, aby zarzuty zostały zignorowane lub zdyskwalifikowane. Dwóch świadków koronnych, gotowych do wystąpienia przeciwko niemu, najpewniej wskutek presji zmieniło treść swoich zeznań. Pułkownikowi nawet nie udzielono nagany.

Kampania zabójstw gen. Juliana Ewella nadano mu przydomek „Rzeźnik Delty” osiągnęła porażające ludobójcze rozmiary w Delcie Mekongu, gdzie dowodził 9 Dywizją. Ronald Bartek wspomina w książce, że generał „chciał rozpocząć zabijanie od 4.000 ‚tych małych drani,’ a przed końcem następnego miesiąca chciał już wymordować 6.000; sukcesywnie zwiększał liczbę ofiar”. Ewell rozpoczął operację o nazwie „Pospieszny ekspres”, która wykorzystała flotę śmigłowców szturmowych F-4 Phantom, statki sypiące pociskami „wielkości Volkswagena”, bombowce B-52, łodzie Swift, snajperów, formacje komandosów Navy SEALs i tysiące żołnierzy piechoty. Szpitale rejonowe wkrótce przepełniły się rannymi cywilami. Pewien weteran, poruszony ogromną ilością ofiar, napisał list do gen. Williama Westmorelanda, dowódcy sztabu generalnego armii. Wyjaśnił taktykę Ewella: „Jeśli od strony drzew uderzył w nas ogień snajpera, nasze szturmowe helikoptery i artyleria w pierwszej kolejności bombardowały wioski – wkraczaliśmy do nich później.” Wymienił nazwiska oficerów przymuszających żołnierzy do okrucieństwa. Błagał armię, aby położyła kres tej rzezi. Pisał, że każdy cywil, który próbował uciec wojskom amerykańskim, był natychmiast rozstrzeliwany. W swojej depeszy szczegółowo przedstawił, jak „pojedynczy batalion zabija średnio 15–20 osób dziennie. Z czterema batalionami w każdej brygadzie daje to 40–50 zabitych na dobę lub co najmniej 1.200–1.500 miesięcznie. (Jeden batalion pozbawił życia prawie 1.000 osób w ciągu miesiąca!) Jeżeli mam rację tylko w 10% – a uwierzcie mi, że ofiar dużo więcej – to usiłuję wam powiedzieć o 120–150 morderstwach lub jednej masakrze w My Lay miesięcznie przez ponad rok”. List podpisał słowami „Zaniepokojony sierżant”. Autor został szybko zidentyfikowany przez Komendę Śledczą jako George Lewis, członek 4 Batalionu 39 Pułku Piechoty z 9 Dywizji Ewella. Gdy nie zrobiono nic, kolejną korespondencję zaadresował do najwyższych rangą dowódców. Lecz jego prośby zostały zlekceważone. „Nikogo z 9 Dywizji nie postawiono przed sądem wojennym za mordowanie cywilów podczas ‚Pospiesznego ekspresu’.” Ewell faktycznie otrzymał trzecią gwiazdkę i awans. Pełnił później rolę współautora podręcznika armii USA o zwalczaniu rebelii. „Żołnierze szeregowi,” pisze Turse, „którzy głośno sprzeciwiali się zabójstwom, byli w większości przypadków bezsilni w obliczu tuszowania zbrodni przez dowództwo.”

Żołnierzy meldujących o tym, że stali się świadkami zbrodni wojennych spotykał czasem los gorszy niż poddanie presji, dyskredytacja lub zlekceważenie. 12 września 1969 roku, pisze Turse, George Chunko wysłał do rodziców list opisując w nim, jak jego oddział wdarł się do domu, w którym była młoda Wietnamka, czworo małych dzieci, staruszek i mężczyzna w wieku poborowym. Wyglądało na to, że ten ostatni bez zezwolenia opuścił szeregi armii Wietnamu Południowego. Młody człowiek został rozebrany do naga i przywiązany do drzewa. Jego żona padła na kolana i błagała żołnierzy o litość. „Więzień,” napisał Chunko, „był ośmieszany, policzkowany, a jego twarz wymazano błotem.” Następnie dokonano na nim egzekucji. Dzień po skończeniu listu Chunko został zabity. Jego rodzice „podejrzewali, że ich syna zamordowano, aby ukryć zbrodnię”.

Ppłk Anthony Herbert przekazał swoim przełożonym „opisy tortur w ośrodku 172 Oddziału Wywiadu Wojskowego, a także innych przerażających wydarzeń”. Do zbadania sprawy przydzielono mjr. Carla Hensley’a. Oficer wkrótce ustalił, że zarzuty pokrywają się z zastanymi realiami. Jego żona Dolores wspomina, że im więcej Hensley odkrywał i im bardziej ponaglał wojsko do zareagowania na zbrodnie wojenne, tym większe ogarniało go w domu przygnębienie i depresja. „Carl wycofał się, zamknął w skorupie,” powiedziała, „przestał jeść, nie rozmawiał z dziećmi i nie odzywał się do mnie.” Hensley użył strzelby, kiedy popełnił samobójstwo. Oficjalną odpowiedzią armii USA na zarzuty ppłk Herberta było opracowanie „liczącego pięćdziesiąt trzy strony katalogu rzekomych rozbieżności w publicznych relacjach Herberta na temat wojskowej służby,” aby go zdyskredytować. „Całe mnóstwo potworności wykrytych przez armię w wyniku zarzutów Herberta,” pisze Turse, „objęto klauzulą tajemnicy na dziesięciolecia.”

Niemal niewyobrażalna skala rzezi, wkład naszego technicznego, przemysłowego i naukowego aparatu w stworzenie bardziej zabójczych systemów broni, czyni ogromne rzesze naszego społeczeństwa współwinnymi zbrodni wojennych. Wojsko i producenci broni otwarcie mówili o tej wojnie jako „laboratorium” dla nowych form zabijania. Książka Turse’a roztrzaskuje wizerunek dobrego i prawego narodu, z jakim się identyfikujemy. Wystawia na pośmiewisko popularne przekonanie, że mamy prawo siłą narzucać innym nasze „cnoty”. Obnaża duszę naszego wojska, które za pośrednictwem nieustającej propagandy i skutecznej cenzury osiągnęło zatrważający poziom społecznego uwielbienia. Turse przypomina nam, kim jesteśmy. W dobie rozprzestrzeniających się wojen na Bliskim Wschodzie, rutynowego stosowania tortur, morderczych ataków lotniczych, uderzeń dronów i ‚selektywnej eliminacji’, jego książka traktuje nie tyle o przeszłości, ile o teraźniejszości. Pracujemy, świadomie i nieświadomie, aby wymazać straszną prawdę o Wietnamie i ostatecznie o nas samych. To tragiczne. Gdybyśmy potrafili pamiętać, kim jesteśmy, gdybyśmy wiedzieli, jakie krzywdy byliśmy zdolni wyrządzić innym, to być może demonstrowalibyśmy mniejszą skłonność do kopiowania industrialnej wietnamskiej rzezi w Iraku, Afganistanie, Pakistanie, Somalii i Jemenie.

„Po wojnie,” konkluduje Turse, „większość badaczy przekreśliła przekazy o nagminnych zbrodniach wojennych, które powracają w wietnamskich publikacjach rewolucyjnych i amerykańskiej literaturze antywojennej, uznając je za propagandę. Niewielu historyków akademickich pomyślało nawet o cytowaniu tych źródeł, a prawie żaden z nich nie zrobił tego w szerszym zakresie. Tymczasem masakra w My Lai zastąpiła – i tym samym przesłoniła – wszystkie inne zbrodnie amerykańskie. Biblioteczne pułki z publikacjami o wojnie w Wietnamie uginają się od panoramicznych historii, rzeczowych analiz dyplomacji i taktyki wojskowej oraz pamiętników o wydarzeniach z pola bitwy opisanych z żołnierskiej perspektywy. Pogrzebana w zapomnianych archiwach rządu Stanów Zjednoczonych, zamknięta w pamięci ocalałych ofiar okrucieństwa, prawdziwa amerykańska wojna w Wietnamie zniknęła z publicznej świadomości.”

Tłumaczenie: exignorant

Chris_hedgesChris Hedges: krytyk społeczny, ekspert z zakresu polityki i społeczeństw obu Ameryk i Bliskiego Wschodu. Jako dziennikarz, pisarz i korespondent wojenny (spędził 20 lat w 50 krajach Ameryki Centralnej, Afryki, Bliskiego Wschodu i Bałkanów) otrzymał wiele nagród m.in. Pulitzer Prize (Nagroda Pulitzera) oraz Global Award for Human Rights Journalism (Globalna Nagroda za Dziennikarstwo w Obronie Praw Człowieka) przyznawaną przez Amnesty International. Wybrane książki: „What Every Person Should Know About War” („Co każda osoba powinna wiedzieć o wojnie”), „War Is A Force That Gives Us Meaning” („Wojna jest siłą, która nadaje nam znaczenie”), „American Fascists: The Christian Right and the War on America” („Amerykańscy faszyści: chrześcijańska prawica i wojna z Ameryką”), „Empire of Illusion: The End of Literacy and the Triumph of Spectacle” („Imperium iluzji: koniec piśmienności i triumf widowiska”).

Dostępne przekłady esejów autora:

Nowa wspaniała dystopia”, “Odnajdując wolność w kajdankach”, “Na wojnie morderstwo nie jest anomalią”, “Karierowicze”, “Wojna w cieniu”, “Mit ludzkiego postępu”, “Dni zniszczenia, dni rewolty”, “Rozpad systemowy: zmierzch kultury, upadek imperium, neofeudalizm, Orwell i społeczna nieświadomość”, „Co Obama miał na myśli”, „Witajcie w domu wariatów”, „Złamane serca mieszkańców Gazy”, „Niekończąca się wojna”, „O psychologii pozytywnej”

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Imperialne wojny, militaryzm i terror państwowy. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.