Społeczności, które trwają – część I

Autor: Dmitry Orlov

Zawarty w poniższym eseju opis wybranych społeczności nie jest równoznaczny z zaleceniem, że to one mają posłużyć za model przy tworzeniu wspólnoty. Prezentuję grupy, które po prostu odniosły wyjątkowy sukces pod względem swojej długowieczności i uzyskanych rezultatów. Wyodrębniam podobieństwa, które uczyniły je udanymi. Zachęcam Czytelników, aby wyciągnęli własne wnioski.

2 lipca 2013

Poddając analizie to, gdzie jesteśmy i co nas czeka, możemy zadać bardzo proste, oczywiste pytania: Czy nasze społeczeństwo pracuje dla nas, czy przeciwko nam? Czy kraj, w którym żyjemy nadal funkcjonuje jako wspólnota? Czy zapewnia bezpieczeństwo, poczucie przynależności, wolność od konieczności i zachcianek? Czy tworzy znaczące okazje, aby dbać o innych i być otaczanym opieką w zamian? A może staje się zimnym, bezwzględnym miejscem wyobcowania, nadzorowanym przez wszechobecne państwo inwigilacji, spajanym przez „prawo i porządek” oraz domyślną groźbę przemocy?

Czy stało się miejscem, w którym mająca sens, satysfakcjonująca praca jest rzadkością, a życie spędzone na poddaństwie i monotonnej harówce wymuszane jest groźbą marginalizacji i wykluczenia? Czy podziela nasz system wartości, czy rozmyślnie go ignoruje, przeznaczając nasze podatki na wojenne zabawki, które zabijają niewinnych, na umożliwianie i dotowanie destrukcji środowiska, na utrwalanie – w imię bezpieczeństwa – apodyktycznego i naruszającego prywatność państwa policyjnego? A jeśli tak się sprawy mają, to następne podstawowe, proste i oczywiste pytanie brzmi: Jak możemy to zmienić? Lobbując rząd?

Niezliczone problemy społeczne są tak poważne i tak starannie okopane, że w tym tempie wszelkie próby ich „rozwiązania” graniczyłyby z donkiszotyzmem. Tak, można przenieść swój wyborczy głos z osobnika A na osobnika B, ale czy to naprawdę pomoże? Można nawet zmarnować swój głos oddając go na osobnika C. Nadal głosowałbyś na polityka, chociaż doskonale wiesz, że różnią się między sobą nieznacznie. Ale istnieje inna odpowiedź: można uciec pozostając na miejscu poprzez stworzenie odizolowanych, separatystycznych społeczności – których przesłanki, zbiory norm i kodeksów postępowania odbiegają od otaczającego społeczeństwa – aby swoim członkom zapewnić lepszą perspektywę. Podejście to obiera coraz więcej osób.

Dobrowolne subkultury formowane są często z powodu niezadowolenia ogółem społeczeństwa, a przyczyn tego niezadowolenia jest wiele. Całe pokolenie (lub dwa) młodych ludzi odkrywa, że społeczeństwo wyprowadza je w pole niewoli zadłużenia, nie oferując żadnej satysfakcjonującej, przynoszącej spełnienie roli. Dlaczego przy nadarzającej się sposobności nie mieliby z tego zrezygnować? Czas mija i nic nie zmienia się na lepsze, ich niezadowolenie wzbiera, powinniśmy zatem spodziewać się, że to pragnienie rezygnacji tylko się zwiększy.

Już teraz poziom niezadowolenia w wielu krajach Zachodu jest taki, że niektórzy opisują go jako „sentyment przedrewolucyjny”. Na razie maskowany jest przez różne rządowe datki, które działają na ludność uspokajająco: tanie lub darmowe jedzenie oraz publiczne widowiska zaprojektowane tak, aby podbudować gawiedź. Rzymski „chleb i igrzyska” zastąpiono subsydiami, telewizją i Internetem. Trzeba jednak zrozumieć, że system ten utrzymywany jest obecnie jedynie poprzez drukowanie pieniędzy i niekończące się piętrzenie publicznego długu. Nie jest to program, który może trwać wiecznie, i choć nikt nie zdoła dokładnie przewidzieć, kiedy przestanie funkcjonować, musimy przygotować się na dzień, w którym to nastąpi.

Podczas przygotowań musimy pojąć dwie rzeczy. Pierwsza: w pojedynkę lub jako rodzina nuklearna osiągniemy niewiele; potrzebny jest zespół, klan, plemię. Druga: musimy myśleć na małą skalę – w granicach liczby Dunbara, która oscyluje między 100 i 230 osobami, a zazwyczaj przyjmuje się, że wynosi około 150. Liczba ta opiera się na kognitywnym limicie liczby osób, z którymi jesteśmy zdolni utrzymywać stabilne relacje osobiste. W istocie przez większą część swojej historii ludzkość egzystowała w grupach, które sporadycznie przekraczały liczbę Dunbara. Większe zbiorowości są możliwe, ale tylko dużym kosztem – w postaci przesadnej ilości czasu poświęconego na „społeczną pielęgnację” (czyli politykę) lub poprzez narzucenie autorytarnych, hierarchicznych struktur, które są bardzo nieefektywne. Zatem większe grupy są ze swojej natury mniej wydajne, marnują zasoby na organizacyjną obsługę, której unikają grupy mniejsze. Liczba 150 jest wszędobylska. Jest to typowa wielkość populacji osady rolniczej, punkt podziału kolonii Huterytów, idealny rozmiar jednostki wojskowej oraz (z perspektywy własnego doświadczenia) punkt, w którym początkująca firma technologiczna traci status początkującej, zostaje obciążona pokładami kadry kierowniczej średniego szczebla, specjalistów zarządzania „zasobami ludzkimi”, marketingu i ogólnego korporacyjnego wzdęcia. Nawet przy zachowanej liczbie Dunbara spójność grupy wymaga, aby około 42% czasu przeznaczać na „społeczną pielęgnację”.

Ważne jest, aby nadmienić, iż mądrze obmyślona wspólnota o tak niewielkiej liczebności może zapewnić wszystko, czego potrzebują jej uczestnicy: schronienie, wyżywienie, edukację, opiekę medyczną, rozrywkę, towarzystwo, bezpieczeństwo i co chyba najważniejsze – poczucie przynależności. Dla ludzi, którzy czują, że są częścią zżytej społeczności, gdzie każdy uczestnik przedkłada dobro całości nad korzyść indywidualną, jest to niesłychanym źródłem siły. Bezpieczeństwo socjalne – nie w sensie uzyskania obiecanego czeku od anonimowej instytucji, ale w sensie bycia związanym z otaczającymi cię ludźmi poprzez nieformalną sieć obowiązków wzajemnej samopomocy – jest równie istotne. Usługi te sprawiają wrażenie poślednich z punktu widzenia standardów pierwszego świata, ale w czasie, gdy obietnica tych standardów brzmi demagogicznie dla większości społeczeństwa, kwestia ta zdaje się być coraz bardziej dyskusyjna.

Mała wspólnota w tym wydaniu nieuchronnie wytycza granice większości rzeczy, w tym własnej indywidualności, ale i to ma swoją pozytywną stronę. Ludzi łączy silna psychologiczna potrzeba posiadania dobrze określonych granic, w których mogą wyrazić swoją indywidualność. Brak granic powoduje anomię lub utratę siebie. Silne, zdrowe poczucie własnego ‚ja’ wymaga, aby indywidualność była ograniczona potrzebami innych. Bez takich ograniczeń wyrażanie indywidualności zostaje zredukowane do nic nie znaczących gestów, fanaberii, przejawów osobistych idiosynkrazji lub preferencji konsumenckich. Co gorsza, brak znaczących ograniczeń społecznych często sprawia, że czujemy się tak niepewnie, że paradoksalnie prowadzi to do kompulsywnego, skrajnego konformizmu. Zatem otaczają nas ludzie mający kilkoro bliskich przyjaciół lub rodzinę, którzy na ów brak korzeni reagują przymusem kultywowania bliżej nieokreślonej persony: wyrażają swe preferencje wobec popularnych produktów i drużyn sportowych, ubierają tak, aby się wmieszać, robią wszystko, aby uniknąć niewygodnych dziur w swoim życiorysie i stają się przy tym faktycznymi niewolnikami fikcyjnego siebie, który „pasuje”, „przynależy” i może „zaprzyjaźnić się pospiesznie” – słowem pozwala im funkcjonować w uzależnieniu od nietrwałego środowiska społecznego.

Lecz zależność ta staje się poważnym obciążeniem. Bezosobowe systemy, które warunkują to nietrwałe środowisko społeczne właśnie się rozklejają. Zabezpieczenie socjalne w Ameryce to złamana obietnica, fundusz powierniczy ubezpieczeń społecznych został opróżniony, a niesfinansowane zobowiązania idą w biliony – znacznie przekraczają poziom zamożności gospodarstw domowych. Inne części systemu okazały się być drapieżne: począwszy od kryzysu kredytów studenckich, poprzez bankructwa wywołane rachunkami medycznymi, a skończywszy na szwindlu, jakim jest rynek nieruchomości (jego rezultatem jest rekordowa bezdomność sąsiadująca z rekordową liczbą pustych domów). Wszystkie te trendy podkopują zarówno sam system, jak i podległą mu jednostkę. Oczywiście większość osób zostało już nadwyrężonych przez system zaprojektowany tak, aby wcisnąć handel, finanse i rząd pomiędzy każdą parę osób oraz uczynić ludzi pseudo-„silnymi indywidualistami”, których przetrwanie w rzeczywistości jest beznadziejnie uzależnione od usług komercyjnych i administracji publicznej.

Jak mamy zareagować, by nie paść ofiarą coraz bardziej zdesperowanego i drapieżnego systemu? Jako jednostki jesteśmy niemal całkowicie bezsilni. Możemy podjąć próbę odpowiedzi jako rodzina, ale w swej większości rodziny są małe i słabe, zbudowane na eterycznych pojęciach romantycznej i erotycznej miłości, a nie na solidnych fundamentach uświęconego obowiązku, rodzinnego honoru i plemiennej odpowiedzialności. Silne i zintegrowane rodziny wielopokoleniowe stają się czymś w rodzaju rarytasu, który można spotkać pośród grup niedawnych imigrantów oraz w różnych, niewielkich enklawach etnicznych i religijnych. Możemy reagować jako nieformalne, dobrowolne grupy, skupione wokół ogrodów społecznościowych i innych podobnych inicjatyw, ale jest mało prawdopodobne, aby kiedykolwiek przeobraziły się one w ten rodzaj scementowanych wspólnot, które są w stanie zapewnić swoim członkom wszystko, czego wymagają. Potrzebny jest całościowy system bazujący na alternatywnym porządku bytowania. W obliczu przeciwności taki system może pojawić się spontanicznie w sąsiedztwie kościoła, klubu, obozowiska lub innego miejsca. W jaki dokładnie sposób przebiega jego formowanie jest czymś w rodzaju tajemnicy, ale wydaje się, że impulsem do powstania bywa kryzysowy epizod. Ci, którym udaje się wspólnie przeżyć gehennę zostają przez to doświadczenie odmienieni i tworzy się między nimi więź tak silna, że inni ludzie – czasem nawet własne rodziny i wcześniejsze tożsamości – schodzą na drugi plan lub w ogóle znikają. Nie jest to bynajmniej proste, ale najwyraźniej zdarza się.

Niektórych z was może zaskoczyć wiedza o tym, że takie społeczności istnieją tu i teraz – w Stanach Zjednoczonych. Część z nich jest dość dobrze znana, inne nie zdradzają kim są, acz pozostają na widoku. Są one tak zróżnicowane, jak wypadki, które doprowadziły do ich zawiązania, lecz wyposażone są w zbiór zdumiewających cech wspólnych. Przyjrzałem się wielu z nich i chociaż są one tak odmienne, jak każda, osobna grupa ludzi, z pewnego poziomu abstrakcji prezentują się tak samo. Po wykluczeniu wszystkich nieudanych eksperymentów zanalizowałem te zbiorowości, które istnieją od pewnego już czasu – przynajmniej sto lat, a najlepiej kilka wieków, co oznacza, że zaliczają się do zbiorowości przed-nowoczesnych (i jako odporne na zmianę swoich obyczajów, takimi najpewniej pozostaną). Ich stosunek wobec równości płci, praw mniejszości seksualnych, prawa do edukacji, etnicznej różnorodności lub wolności wyznania może wydać się ciemięski lub stanowczo przestarzały dla naszego współczesnego sposobu myślenia.

Oznacza to, że niewskazana byłaby sugestia, iż każda z tych społeczności może bezpośrednio posłużyć za wzór do naśladowania. Jednakże nie czyni to ich przykładu mniej użytecznym, bowiem wspólne aspekty, które je łączą nie mają nic wspólnego z ich stosunkiem wobec płci czy religii. Istnieją pewne ograniczenia ze względu na niewielkie rozmiary; przykładowo wspólnota licząca około setki osób – gdzie wiele uwagi poświęca się dzieciom i parom reprodukującym, które podtrzymują jej liczebność – raczej nie będzie mieć bardzo aktywnego środowiska gejów. Z drugiej strony nie jest jasne, jakie praktyczne ograniczenie determinuje zakres specjalizacji płci, poza oczywistym faktem, że kobiety z reguły są bardziej zaangażowane w opiekę nad małymi dziećmi. Ustalenia, które przetrwały próbę czasu nie powinny być z miejsca wykluczane tylko dlatego, że wydają się być staroświeckie; nie powinny też być przestrzegane niewolniczo w imię ślepego podtrzymywania zwyczajów lub tradycji, zwłaszcza jeśli sprawiają one wrażenie obcych i osobliwych. Należy jednak pamiętać, iż istnieje cały regał książek o społecznościach utopijnych, które opierały się na różnych progresywnych zasadach i zdecydowana ich większość nie przeżyła pokolenia swoich założycieli. Wspólnoty, które trwają zazwyczaj są społecznie konserwatywne i chociaż nie jest to bynajmniej kandydat na zasadę ogólną, to nie stanowi również tendencji, na której beztroskie przeoczenie powinniśmy sobie pozwolić.

Ponadto istotne jest, aby mieć na uwadze, że zasady, według których te separatystyczne, „wyspiarskie” społeczności chcą funkcjonować ustalane są przez samych uczestników, a nie przez nas, co czyni nasze opinie o nich pozbawionymi najmniejszego znaczenia. To nie one borykają się z problemem, a my nie jesteśmy tymi, którzy są w posiadaniu rozwiązania; dlatego nie mają też żadnego powodu do zainteresowania się nami, ale za to my mamy powody do zainteresowania się nimi. Choć nie istnieją przesłanki, aby ktokolwiek z nas odniósł się z aprobatą do ich zasad i zgodnie z nimi postępował, głupotą byłoby, gdybyśmy zignorowali reguły, które są dla tych zbiorowości wspólne i w dużym stopniu odpowiadają za ich powodzenie. To właśnie na tych podobieństwach skupimy się w następnym rozdziale.

II.

Married To The Sea MEMENTO-MORI

Napis na nagrobku: „Każdy”

Artykuł ten poświęcony jest idei, iż wiele lekcji można wyciągnąć z praktyk wspólnot, którym udało się przez długi czas zachować swoje kultury lub subkultury w nienaruszonym stanie. Takie społeczności potrafią zapewnić swoim członkom wszystko, czego potrzebują: mieszkanie, wyżywienie, edukację, opiekę medyczną, rozrywkę, koleżeństwo, zabezpieczenie socjalne i poczucie przynależności. Podczas gdy ich konkretne zwyczaje mogą być nam obce, to łączące ich podobieństwa takimi być nie powinny.

Odmowa przyjrzenia się im tylko dlatego, że nie są zgodne z utrzymaniem stylu życia klasy średniej po prostu sygnalizuje czyjąś odmowę podjęcia koniecznych działań, ażeby przetrwać wyginięcie tego stylu życia – moglibyśmy nazwać to „wyginięciem dobrowolnym”. Proszę zauważyć, że taka postawa nie jest wcale bezużyteczna; osobom, które czekają na zatonięcie należą się podzięki za wszystkie miejsca zwolnione tym sposobem na tratwach ratunkowych. Natomiast ci, którzy chcą zaciekle oprzeć się wyginięciu powinni rozważyć każdą opcję, nawet tę mało atrakcyjną.

Wyzwania, z jakimi winniśmy się zmierzyć tworzą deprymującą listę. Pierwszym i chyba najbardziej niebezpiecznym – pod względem konsekwencji natychmiastowych – jest załamanie wysoce zintegrowanych, zglobalizowanych form finansów, handlu i zarządzania, które ewoluowały w czasie fazy wzrostu gospodarek przemysłowych (i stają się coraz bardziej nieprzystosowane w obecnej fazie stagnacji). Najpierw nadchodzi spirala zaostrzających się „oszczędności fiskalnych”, która rozpoczyna się, gdy stopniowe wyczerpywanie zasobów powoduje wzrost cen wielu węzłowych surowców industrialnych, od ropy naftowej do fosforytów, powyżej pewnego progu: ceny, którą populacja nadal jest w stanie zapłacić. Następne są coraz częstsze wstrząsy wywołane przez przyspieszającą zmianę klimatu: zalane wybrzeża; letnie temperatury, które uniemożliwiają egzystencję w wielu pozbawionych klimatyzacji miastach; zabójcze huragany, które dewastują przybrzeżną infrastrukturę (rejony zamieszkane przez większość ludzi) i tak dalej. Potem w fazę swojej agonii wkracza państwo narodowe i staje się drapieżne – grupy, które nie wykształciły skutecznej formy samorządności są znacznie bardziej narażone na bezwzględną, doszczętną eksploatację z jego strony. Następnie musimy wziąć pod uwagę, co się dzieje, gdy zawodzi rolnictwo, zmuszając ocalałych do porzucenia osadniczego stylu życia i powrotu do koczownictwa. (Uprawa roli pojawiła się tylko w zakończonym ostatnio okresie wyjątkowej stabilności klimatycznej i nawet wtedy klęski urodzaju wywołujące głód nie należały do rzadkości.) Świat jako całość dysponuje teraz bardzo wąskim marginesem rezerwy zbóż podstawowych i nie potrzeba będzie zbyt wielu nieudanych zbiorów, aby pogrążył się w śmiertelnym głodzie. Za kilka dekad nieliczną będzie grupa zjadaczy ryżu lub kukurydzy. I wreszcie proszę rozważyć fakt, iż podnoszący się poziom mórz zatopi i zniszczy nabrzeżne elektrownie jądrowe na całym świecie – à la Fukushima Dai-ichi – które skąpią świat w rakotwórczych, radioaktywnych izotopach. Instalacje przemysłowe i składowiska odpadów spotka podobny los – uwolnią one swoje długowieczne ładunki chemicznych toksyn. Dodatkowo rozkładowi ulegną wszystkie tworzywa sztuczne wyprodukowane od połowy XX wieku – polimery rozpadną się na bardzo trwałe, mikroskopijne monomery, rodzaj toksycznej, plastikowej brei, która na stulecia przeniknie środowisko siejąc spustoszenie wśród żywych istot. Kombinacja ta sprawi, że większość planety nie będzie nadawała się do zamieszkania. („Dobrowolne wyginięcie” zaczyna w tym punkcie brzmieć jak nie najgorsze rozwiązanie.)

„Popełniono błędy” – głównie w trakcie minionego wieku (który jest prawdopodobnie najbardziej haniebnym w historii planety, chyba że zdążymy popełnić jeszcze gorsze przewinienia w wieku obecnym). Było to stulecie, w którym gatunek szczycący się najwyższą świadomością doszczętnie zrujnował swoje środowisko życia i wyprodukował przy tym garstkę osobników – na wiele miliardów – mających dość inteligencji i woli, aby tego uniknąć. Największe błędy to: proliferacja technologii jądrowych i składowanie odpadów radioaktywnych; wydobycie paliw kopalnych i ich spalanie; zanurzenie świata w uporczywie toksycznych owocach chemii syntetycznej. Kłopotliwa sytuacja życia z dziedzictwem tych błędów najwyraźniej sprowadzi populację ludzką – jeśli takowa w ogóle ocaleje – do postaci rozproszonych, mało licznych, pół-dzikich band wędrownych.

Ale nie udawajmy się tam jeszcze! Odbywajmy nasz nieubłagany marsz ku zatraceniu wieloetapowo – krok po kroku idźmy w dół krętymi schodami do piekła, nie wskakujmy w zapomnienie raptownie. W ten sposób będziemy przynajmniej mogli być świadkami straszliwych skutków naszej głupoty. Wykorzystajmy jak najlepiej to, czym jeszcze dysponujemy, nie mierząc zbyt wysoko i przesadnie nisko, nie oddając się bezskutecznej walce o utrzymanie tego, czego utrzymać się nie da, i nie rezygnując przedwcześnie z tego, co wciąż działa.

III.

Istnieją dwie organizacyjne zasady, na których mogą oprzeć się samowystarczalne wspólnoty, aby odnieść sukces: komunistyczna organizacja produkcji i komunistyczna organizacja konsumpcji [nie mają oczywiście nic wspólnego z komunizmem państwowym]. Obie przynoszą o wiele lepsze rezultaty przy tym samym nakładzie pracy i żadna z nich nie jest dostępna dla większych społeczeństw, które muszą polegać na znacznie bardziej nieekonomicznych mechanizmach bazujących na rynku lub planowaniu centralnym – oba generują ogromne ilości bezproduktywnego narzutu: bankierów, kupców i kontrolerów w przypadku podejścia rynkowego; rządowych biurokratów i administratorów w modelu planowania centralnego. Historia pokazuje, że podejścia rynkowe są tylko nieznacznie bardziej wydajne niż planowane centralnie, ale żadne z nich nie może równać się ze skutecznością podejścia komunistycznego praktykowanego na małą skalę wspólnoty.

Oto fragment Anarchii Piotra Kropotkina, w którym autor wyjaśnia korzyści wynikające z produkcji i konsumpcji komunistycznej:

Pomijając kwestię religii i jej roli w organizacji społeczności komunistycznych, wystarczającym powinno być wskazanie przykładu Dukhoborów z Kanady, aby zademonstrować ekonomiczną wyższość pracy komunistycznej nad indywidualną. Po przybyciu do Kanady bez centa przy duszy zostali zmuszeni do osiedlenia się w nadal niezamieszkałej, zimnej części prowincji Alberta. Ze względu na brak koni, ich kobiety ciągnęły pług, 20 lub 30 osób jednocześnie, podczas gdy mężczyźni w wieku średnim pracowali na kolei, oddając swoje zarobki wspólnocie. Jednakże po siedmiu lub ośmiu latach, 6.000 lub 7.000 Dukhoborów osiągnęło wysoki poziom dobrobytu, zorganizowawszy swoje uprawy i życie z pomocą wszelakich nowoczesnych urządzeń – amerykańskich kosiarek i czerpaków, sieczkarni, młynów parowych – na zasadach komunalnych.

Co więcej, udało im się zakupić ziemię na wybrzeżu Oceanu Spokojnego, w Kolumbii Brytyjskiej, gdzie założyli kolonię i oddali uprawie drzew owocowych, których tym wegetarianom bardzo w Albercie brakowało – jabłonie, grusze i śliwy tam nie owocują, ponieważ ich kwiaty uśmiercane są przez majowe mrozy.

I tak oto mamy unię 20 komunistycznych osad, gdzie praca w polu wykonywana jest razem, a każda rodzina mieszka we własnym domu i czerpie ze wspólnotowych spiżarni wszystko, czego potrzebuje, by żyć. Ta organizacja, która przez kilka lat wspierana była przez ideę religijną, nie spełnia naszych ideałów; ale musimy przyznać, że z punktu widzenia życia gospodarczego niezbicie wykazała wyższość pracy wspólnotowej nad indywidualną, a także zdolność dostosowania tej pracy do potrzeb nowoczesnego rolnictwa zmechanizowanego.

Podobnym, współczesnym przykładem są Hutterianie, którzy mają w zwyczaju być na bieżąco z najnowszymi trendami i technikami rolniczymi oraz w produktywny sposób wykorzystują środki przemysłowe.

Jest rzeczą logiczną, że komunistyczne metody produkcji przewyższają te kapitalistyczne. Z jednej strony mamy grupę ludzi zmotywowanych do pracy poczuciem solidarności i wzajemnego obowiązku; współpracujących z własnej woli; swobodnie zmieniających zadania, aby ocalić życie przed monotonią; robiących dobrowolnie to, co uważają za najlepsze; wykorzystujących pracę jako sposób na zaskarbienie szacunku i poprawę swojej pozycji społecznej; świadomych, że koledzy i rodziny otoczą ich opieką, jeśli kiedykolwiek utracą zdolność do pracy. Z drugiej strony mamy ludzi utowarowionych; zaszufladkowanych przez znormalizowany zestaw umiejętności i opis stanowiska pracy; obstawiających swoje szanse na arbitralnej i niepewnej giełdzie zatrudnienia; ślepo wypełniających rozkazy w obawie przed dołączeniem do rzeszy bezrobotnych; zdających się na pracę w kwestii ochrony najbliższej rodziny przed bezdomnością i głodem; porzucanych po „wypaleniu się” przy wykonywaniu zadań, do wykonania których mają stosowne, uznane „kwalifikacje”. W rezultacie 70% czynnych zawodowo Amerykanów nienawidzi swojej pracy i jest w związku z tym gigantycznym obciążeniem dla kapitalistycznej gospodarki:

Tylko 30 procent pracowników czuje, że uczestniczy w inspirującej aktywności zawodowej, jak wynika z przygotowanego przez Instytut Gallupa „Raportu o stanie amerykańskich miejsc pracy (2013),” który objął w 2012 roku ponad 150 tysięcy respondentów zatrudnionych na pół etatu oraz w pełnym wymiarze godzin. To wzrost z 28 procent w 2010 roku. Jeżeli chodzi o resztę… praktycznie bez mian. Nieco ponad połowa pracowników (52 procent) cierpi na nieustępujący syndrom poniedziałku – są obecni, ale nieszczególnie podekscytowani swoim zajęciem. Pozostałe 18 procent objawia aktywne niezaangażowanie lub, jak ujął to w raporcie prezes Gallupa Jim Clifton, „włóczy się po korytarzach szerząc niezadowolenie.” Co gorsza, informuje Gallup, osoby aktywnie niezaangażowane kosztują USA do 550 miliardów dolarów rocznie wskutek utraconej produktywności. (link)

Jako że wykazaliśmy wyższość komunistycznych metod produkcji, przyjrzyjmy się teraz komunistycznej konsumpcji. Raz jeszcze Kropotkin:

Oprócz tych udanych prób zastosowania komunizmu w rolnictwie, możemy również wskazać liczne przykłady komunizmu częściowego, który ma za cel wyłącznie konsumpcję i występuje w wielu próbach socjalizacji w społeczeństwie burżuazyjnym – zarówno wśród osób prywatnych, jak i w całych miastach (tzw. socjalizm komunalny lub miejski).

Czym jest hotel, rejs statkiem, pensjonat, jeśli nie próbą podjętą w tym kierunku w ramach społeczeństwa burżuazyjnego? W zamian za pewne należności – daną kwotę w rublach dziennie – masz prawo wybrać to, co chcesz z dziesięciu lub więcej dań, które są ci oferowane na pokładzie statku lub w hotelowym bufecie, i nikomu nawet nie przyjdzie do głowy, aby rozliczyć się ze spożytych porcji…

Mieszczanie zrozumieli doskonale, jak ogromne korzyści uzyskają z tego rodzaju ograniczonego komunizmu w konsumpcji, połączonego z pełną niezależnością jednostki. Zatem tak to sobie zorganizowali, że w zamian za pewną opłatę – dzienną lub miesięczną – wszystkie ich potrzeby w zakresie żywności i schronienia zostają zaspokojone bez dodatkowych zmartwień. Artykuły luksusowe, takie jak bogato zaopatrzone pokoje i wyśmienite wina, oczywiście muszą być kupowane oddzielnie, ale za kwotę, która jest taka sama dla wszystkich; wszystkie podstawowe pragnienia są spełniane bez troski o to, jak dużo, lub jak mało, każda z osób skonsumuje przy wspólnym stole.

Łącząc produkcję i konsumpcję rozważmy przypadek małej społeczności wiejskiej, która między innymi uprawia kukurydzę. Gdyby była zorganizowana na sposób komunistyczny, wyhodowałaby kukurydzę, następnie rozdysponowała ją, ugotowała i zjadła. Gdyby była zorganizowana na sposób kapitalistyczny, wyhodowałaby kukurydzę, sprzedała do zakładu przetwórczego za 5 dolarów za buszel, a następnie odkupiła ją z supermarketu za 1.69 dolara za 15-uncjową puszkę (głównie wody). Pomijając masę wody, odzyskałaby około 80 razy mniej kukurydzy. Poprzez udział w gospodarce rynkowej faktycznie pozwoliłaby, aby jej kukurydza została opodatkowana według stawki 98.75%.

To wszystko składa się na konkluzję, że społeczności zorganizowane na komunistyczną modłę mogą stać się samowystarczalne w kilka lat i bardzo zamożne wkrótce potem. I właśnie dostatek (w powiązaniu z brakiem prześladowania z zewnątrz) często jest przyczyną ich zguby. Zamożność tworzy zbyt wiele pokus, utrudnia odróżnienie potrzeb od zachcianek i pozwala, aby nieużywane systemy wzajemnej samopomocy dotknęła atrofia. Lecz istnieje wiele sposobów, aby uniknąć pułapki dostatku, pod warunkiem, że jego zagrożenia zostaną uznane wystarczająco wcześnie. Jednym z nich jest redukcja zajęć poprzez sporządzenie długiej listy dni, w których praca nie jest dozwolona – począwszy od niedzieli i/lub szabasu. Przy odrobinie wysiłku plan pracy można ograniczyć do około 100 dni w roku. Innym wyjściem jest spożycie nadwyżki poprzez utrzymanie pewnych nieproduktywnych, choć satysfakcjonujących standardów społeczności, takich jak wymóg świeżych, ciętych kwiatów zdobiących stół przy każdym posiłku, wysoki połysk polakierowanej stolarki zewnętrznej i misternie utkane banery trzepoczące na uroczystościach. Jeszcze innym sposobem (popularnym u Mormonów) jest nawracanie, rekrutacja i szerzenie rewolucji. Kolejnym (popularnym u Hutterian) jest intensywne rozmnażanie i zaludnianie krajobrazu, pożeranie i rekultywacja gruntów rolnych, a następnie podział populacji – gdy kolonia przerasta liczbę Dunbara – aby zachować anarchię i kontynuować samorządność w drodze konsensusu. Ostatni przykład: Romowie lubią wyrzucać fantastyczne sumy pieniędzy na wystawne uczty weselne, które trwają trzy dni. Sposoby pozbywania się nadmiaru bogactwa obejmują też festiwale muzyczne, spektakle teatralne, historyczne rekonstrukcje uzupełnione o autentycznie wyglądające rekwizyty. Groźba zamożności jest miłym problemem i jeśli nie pozwoli się na akumulację pieniędzy, tworzącą wielką pokusę reprywatyzacji, wcale nie musi wyrządzić szkód.

***

Ci, którzy obruszają się na użycie słowa „komunista” powinni być spokojni, że ani militarne, ani polityczne „komunistyczne zagrożenie” ponownie w siłę już nie urośnie: komunizm państwowy jest tak martwy, jak spopielone polano. Jedyną kontynuowaną próbą utrzymania niereformowanego komunizmu państwowego jest Korea Północna i stanowi wyjątek, który potwierdza regułę. Z drugiej strony, niezależnie od poglądów, jakie reprezentujesz, ty także jesteś komunistką/komunistą. Po pierwsze, jesteś człowiekiem, a przez ponad 99% swojego gatunkowego istnienia ludzie żyli (i żyją) w małych plemionach zorganizowanych na zasadach komunistycznych, bez indywidualnej własności ziemskiej, bez pracy najemnej, bez rządu i własności prywatnej, poza kilkoma osobistymi rzeczami. Gdyby nie komunizm, nie byłoby cię tutaj. Po drugie, jeśli masz rodzinę, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że działa według reguł komunistycznych: raczej nie wystawiasz swoim dzieciom faktur za cukierki i nie negocjujesz ze współmałżonkiem, kto je nakarmi. Komunistyczna zasada organizacyjna „każdemu według możliwości, każdemu według potrzeb” jest tą, która zdaje się dominować w większości rodzin, a przypadki, gdzie nią nie jest mamy w zwyczaju klasyfikować jako degenerację. Na tej podstawie bezpiecznym zdaje się założenie, że skoro jesteś człowiekiem i wdychasz tlen, to musisz być – w pewnym sensie – komunistą.

Nie ma to nic wspólnego z komunistycznym stylem rządów lub komunizmem państwowym. Fakt, iż komunizm państwowy to oksymoron rozpoznano od samego początku; istniał wyłącznie jako aberracja państwowego socjalizmu, który można zmusić do funkcjonowania – tylko niezbyt udanego. Niemniej jednak możemy się czegoś nauczyć przyglądając się zasadom przyjętym przez Międzynarodowy Ruch Robotniczy XIX wieku. Oto one w ujęciu Kropotkina:

1. Eliminacja pracy najemnej, w której kapitalista płaci pracownikowi, ponieważ jest to nic innego, jak współczesna forma niewolnictwa i poddaństwa.

2. Eliminacja prywatnej własności, bowiem wymaga tego organizacja uspołecznionej produkcji i dystrybucji.

3. Wyzwolenie jednostki i społeczeństwa od tej formy politycznego zniewolenia – rządu – która służy wspieraniu i utrzymaniu systemu gospodarczego niewolnictwa.

Założenia te mogą sprawiać wrażenie staromodnych i idealistycznych; w końcu jaki rezultat przyniosły wysiłki ich wdrożenia? Zglobalizowana gospodarka arbitrażu pracy, która swoje zlecenia wysyła do najmarniej opłacanych sweatshopów… populacja podle uzależniona od niepewnej pracy zarobkowej i rządowej jałmużny… Dlatego zdumiewające jest to, że wszystkie studiowane przeze mnie długowieczne społeczności kontrkulturowe korzystają z tych założeń w niemałym stopniu.

Każda z nich robi wszystko, aby nie pracować za pensję i oprzeć się „proletariatyzacji”. W kolejnej części eseju przyjrzymy się konkretnym przykładom.

Tłumaczenie: exignorant

Społeczności, które trwają – część II

Wpis powiązany tematycznie: „Niezłomni w obliczu ludobójstwa”

dmitry-orlov_webDmitry Orlov pisze na temat postępującego upadku USA – ostatniego imperium – i cywilizacji przemysłowej. Urodził się w Leningradzie (obecny Petersburg). W wieku 12 lat przeprowadził się z rodziną do USA. Posiada dyplomy z inżynierii komputerowej i lingwistyki stosowanej. Podczas praktyki naukowej zajmował się m.in. fizyką wielkich energii i zagadnieniami ochrony Internetu. W 2007 roku Dmitry i jego małżonka sprzedali mieszkanie w Bostonie i zakupili żaglówkę. Stała się ich domem i „kapsułą przetrwania.” Obecnie Dmitry próbuje zrewolucjonizować [uprościć] pisownię/ortografię języka angielskiego, przyswaja kolejne umiejętności, projektuje – jego nowe wynalazki i rozwiązania mają ułatwić życie na morzu w dobie energetycznego i industrialnego schyłku.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Poza nadzieją. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.