Akwizytorzy fałszywej nadziei (aktualizacja: 27.11.2016)

Spis treści:

I. Symboliczny marsz

II. Zwycięstwo czyli klęska

III. Nasi przyjaciele z Wall Street

IV. Geoinżynieryjna tragikomedia

I.

Symboliczny marsz

Fragmenty artykułu Chrisa Hedgesa z 31 sierpnia 2014.

Marsz klimatyczny

Dziewczynka tańcząca pod transparentem. [Reuters]

Obywatelski marsz klimatyczny [który odbył się w Nowym Jorku w dniu 21 września 2014] jest jednym z ostatnich tchnień reakcji konwencjonalnego liberalizmu na kryzys klimatyczny. Ponieważ żądania uczestników pozbawione są wyraźnego kształtu, przyłączyć się może każdy. Jest to zamierzone. Jak zauważyła aktywistka Anne Petermann, oznacza to również, że niektóre grupy wspierające tę inicjatywę funkcjonują jedynie jako fasada korporacji. Przykładowo Climate Group, która popiera marsz, w gronie swoich członków i sponsorów ma BP, China Mobile, Dow Chemical Co., Duke Energy, HSBC, Goldman Sachs, JPMorgan Chase i Greenstone. Environmental Defense Fund, który obwieszcza, iż „pracuje z firmami, a nie przeciwko nim” i wzywa swoich członków do udziału w imprezie, finansowany jest przez sektor naftowo-gazowy i wspiera szczelinowanie horyzontalne łupków jako formę energii alternatywnej. Te fałszywe organizacje ekologiczne mają na celu zneutralizowanie oporu. Ich obecność obnaża klęskę marszu, który nie zaadoptował znaczącego programu i nie stanowi autentycznego zagrożenia dla władzy.

Podczas naszej rozmowy telefonicznej Kevin Zeese z Popular Resistance powiedział, „Marsz ma charakter symboliczny, ale czas symbolizmu już minął. Potrzebujemy działań bezpośrednich przeciwko ONZ w trakcie szczytu. Powinny one objąć blokady i zakłócenie przebiegu samego spotkania. Musimy zwrócić uwagę na fakt, że Organizacja Narodów Zjednoczonych sprzedała się interesom korporacyjnym. Podczas posiedzeń ONZ w sprawie zmian klimatycznych wyeksponowane są korporacyjne loga. W trakcie ostatniej konferencji klimatycznej w Polsce ONZ była równocześnie gospodarzem spotkania promującego węgiel jako czyste źródło energii. Zjazdy ONZ stały się korporacyjnymi targami handlowymi, gdzie dyskusje na temat klimatu zamieniają się szybko w propagowanie korporacyjnych interesów. Barack Obama zapowiedział, że USA utrzymają swoje stanowisko w kwestii ustalania dobrowolnych celów klimatycznych przed zbliżającym się przyszłorocznym szczytem w Paryżu.” […]

Przemysł paliw kopalnych i korporacje, od ExxonMobil do Koch Industries, są poręczycielami kampanii politycznych i autorami naszego prawodawstwa. Zaludniły sądy swoimi sędziami, a fale radiowe i telewizyjne swoimi apologetami. Finansują badania naukowe i skutecznie uciszają dysydentów. Ten korporacyjny zasięg obejmuje Organizację Narodów Zjednoczonych. Przedsiębiorstwa dysponują salami wystawowymi podczas szczytów klimatycznych ONZ, gdzie reklamują różne korporacyjne projekty, aby zarobić na kryzysie klimatycznym – od „czystego” węgla i biopaliw po energetykę jądrową i kupczenie uprawnieniami do emisji dwutlenku węgla. Ci, którzy starają się zaproponować narrację przeciwstawną, zwłaszcza po zakłóceniu przebiegu szczytu klimatycznego w Kopenhadze w 2009 roku, są szybko uciszani przez siły bezpieczeństwa ONZ. Silnie strzeżone konferencje klimatyczne zamykane są teraz pierścieniem ogrodzeń i barier. Protestujących zapędzono do kontrolowanych przez policję, zlokalizowanych na zewnątrz stref „wolności słowa” – takich jak marsz w Nowym Jorku – a zejście z zatwierdzonych tras lub kierowanie słów bezpośrednio do delegatów spotyka się z bezwzględną reakcją agentów ochrony. Środki bezpieczeństwa powzięte przez ONZ podczas szczytów klimatycznych – obejmujące fizyczne usuwanie dziennikarzy, aby nie byli w stanie sfotografować lub udokumentować usuwanych siłą protestów – są tak absolutne, że ONZ wymaga wcześniejszego zatwierdzenia treści napisów na koszulkach noszonych podczas zgromadzeń. Elity, zasiadające w Kongresie i uczestniczące w szczytach ONZ, nie mają zamiaru odciąć swojego dostępu do bogactwa, władzy i przywilejów. Wiedzą, gdzie są pieniądze. Wiedzą, co muszą zrobić, aby je zdobyć. A my nie jesteśmy częścią tego równania.

Reakcja państwa korporacyjnego na zmianę klimatu sprowadziła się do przyjęcia serii drakońskich praw i uruchomienia potężnego aparatu inwigilacji i bezpieczeństwa, który likwiduje naszą prywatność, pozwala, aby wojsko zabrało nas z ulicy i uwięziło w nieznanym miejscu bez procedur prawnych. Kryminalizuje sprzeciw. Państwo korporacyjne dzierży prawne i fizyczne narzędzia, aby nas powstrzymać. Jego odpowiedzią na klimatyczną katastrofę nie jest zmiana kursu, ale uciszenie każdego, kto stawia opór.

Opór nadejdzie ze strony tych, którzy są gotowi przebić policyjne barykady. Opór będzie oznaczać karę więzienia i bezpośrednią konfrontację. Opór będzie oznaczać fizyczne zatrzymanie korporacyjnej maszynerii. Opór będzie oznaczać nasze odcięcie się od dominującej kultury i budowę małych, samowystarczalnych społeczności. Opór ten będzie skuteczny tylko wtedy, gdy odmówimy wykonywania poleceń; kiedy odwrócimy się od liberalnego porządku reformy i przyjmiemy radykalny plan rewolty.

II.

Zwycięstwo czyli klęska

Artykuł Dmitra Orlova z 18 listopada 2014.

Niewiążące porozumienie klimatyczne, które [12 listopada 2014] podpisały USA i Chiny, pozwoli, aby stężenie dwutlenku węgla w atmosferze Ziemi wzrosło w tym stuleciu do 500 ppm – i powyżej tego poziomu – daleko poza aktualne koncentracje 400 ppm. Z perspektywy historycznej wartość ta wystarczyła, aby zapewnić pozbawioną lodu Arktykę, znacznie wyższy poziom oceanu [o 76 metrów; przyp. tłum.] i środowisko, które raczej nie będzie zdolne do zapewnienia warunków życia dużym populacjom ludzkim.

Według badania opublikowanego na łamach Science w listopadzie 2011, „na naszej aktualnej ścieżce emisji poziom CO2 w roku 2100 osiągnie wartość oglądaną ostatnio, gdy Ziemia była cieplejsza o 16°C.” Naukowcy uczestniczący w Międzyrządowym Zespole ds. Zmian Klimatu ostrzegają, że wzrost tylko o 4ºC gwarantuje, że „ludzie nie będą w stanie funkcjonować, nie mówiąc już o produktywnej pracy, w najgorętszych porach roku.”

W skrócie umowa ta nie zrobi nic, aby powstrzymać całkowitą katastrofę, która będzie oznaczać koniec rolnictwa, zurbanizowanej cywilizacji; najpewniej skaże ludzi, wraz z większością innych kręgowców, na wyginięcie.

W tym samym czasie May Boeve, dyrektor wykonawcza [słynnej, międzynarodowej organizacji ochrony środowiska] 350.org, miała do zakomunikowania co następuje: „To nie przypadek, że po największej mobilizacji klimatycznej w historii [czyli Obywatelskim marszu klimatycznym w Nowym Jorku], światowi przywódcy zwiększają swoje ambicje w zakresie działań na rzecz klimatu. Niniejsze oświadczenie jest oznaką, że prezydent Obama traktuje poważnie swoje klimatyczne dziedzictwo i gotów jest przeciwstawić się wielkim trucicielom.”

Być może nadszedł czas, aby zmienić nazwę 350.org na coś bliższego realiom. Organizacja ta niewątpliwie przegrała swoją walkę o ograniczenie stężenia CO2 w atmosferze do 350 ppm, a fakt, że jej przywódcy obwieszczają zwycięstwo i chcą kontynuować batalię może oznaczać tylko jedno: walka nigdy nie miała miejsca, jedynie pospolite, bezużyteczne politykierstwo.

Oczywiście Biały Dom skrzętnie przypisał sobie zasługę, twierdząc, że „nowy cel USA podwoi tempo redukcji zanieczyszczeń węglowych ze średnio 1.2% rocznie w okresie 2005-2020 do 2.3-2.8% rocznie między 2020 i 2025.”

W tle jednoznacznej klęski ruchu ochrony środowiska mają miejsce autentyczne redukcje emisji dwutlenku węgla w Stanach Zjednoczonych – z pewnością zbyt małe, aby nas ocalić, niemniej jednak rzeczywiste. Powodem jest to, że gospodarka Ameryki Północnej jest coraz bardziej wydrążona. W tym tempie z przemysłowej machiny USA ostanie się niewiele w przedziale czasowym uwzględnionym w porozumieniu klimatycznym. Gotowość Obamy do jego podpisania sygnalizuje – między innymi – uznanie trwającego upadku gospodarczego oraz założenie, iż będzie on tylko przyspieszać. Zadeklarowane przezeń „średnio 2.3-2.8% rocznie” ustala optymistyczną górną granicę powolnego biegu upadku USA.

Sytuacja w Chinach jest nieco inna. Poprzez podpisanie umowy klimatycznej Chińczycy zagrali pod publiczkę krajową, coraz bardziej zaniepokojoną dewastacją środowiska naturalnego, której nie może już ignorować; z ohydnym powietrzem, rzekami wypełnionymi martwą trzodą chlewną i innymi bliźniaczymi cudami włącznie. Chińskie przywództwo równocześnie postrzega wzrost gospodarczy jako coś, co warunkuje utrzymanie stabilności politycznej – a wzrost z kolei wymaga spalania większej ilości kopalin.

Tak, była mowa o „odnawialnych źródłach energii”, takich jak wiatr i słońce, ale instalacje wiatrowe i solarne buduje się i serwisuje przy użyciu bazy przemysłowej, którą napędzają paliwa kopalne. Zapewniają one energię wyłącznie wtedy, gdy jest słonecznie i/lub wietrznie i nie są w stanie utrzymać stałej podaży podstawowej, której potrzebuje uprzemysłowione społeczeństwo. Prawiono również o źródłach energii z „zerową emisją dwutlenku węgla”, takich jak rozszczepianie atomów, ale plan wymaga, by Chiny wygenerowały dodatkowy terawat energii jądrowej – należy jednakże pamiętać, że elektrownie atomowe konsumują niebywałe ilości surowców nieodnawialnych w czasie dziesięcioletniej fazy budowlanej; potem spłacą owo zadłużenie podczas eksploatacji, a w przyszłości nadal zużywać będą energię z paliw kopalnych – lub stopią się, tak jak Fukushima Dai-ichi w Japonii.

W przeciwieństwie do USA, które wraz z rychłym zakończeniem krótkotrwałej bonanzy szczelinowania horyzontalnego powrócą do żonglerki następstwami wyczerpania zasobów i gospodarczego upadku, Chiny budują dwa monstrualne gazociągi i podłączą się do obfitych rezerw Rosji, które w odróżnieniu od bardzo kosztownego „gazu zamkniętego”, produkowanego w USA za pomocą frackingu, mogą być wydobywane względnie tanio. Może to pozwolić gospodarce Chin pożerać coraz więcej zasobów, utrzymać wzrost kilka dni dłużej i udobruchać obywateli zmniejszeniem problemu smogu miejskiego poprzez ograniczenie zależności od węgla. Aż coś się popsuje.

A popsuje się niezawodnie.

III.

Nasi przyjaciele z Wall Street

Fragmenty artykułu Cory Morningstar z 17 maja 2013.

Najnowszą objazdową kampanią 350.org jest Policz to sam – jej przedmiotem są udziały w przedsiębiorstwach. Statutowym celem inicjatywy, która pojawiła się w Internecie jako projekt Wolni od kopalin, jest wywarcie presji na organizacje edukacyjne i religijne, władze miast i państw oraz inne instytucje, które służą dobru publicznemu, aby pozbyły się akcji przedsiębiorstw czerpiących zyski z eksploatacji paliw kopalnych. Tożsamość osoby, która zarejestrowała witrynę wyszczególniono jako niejawną. Takie kampanie (podobnie jak wyścigi wyborcze zwane nie bez przyczyny „kampaniami”) są tak zaprojektowane – i tym samym ukierunkowane – aby nie kwestionowały hegemonii branży paliw kopalnych w praktyce, tylko w teorii. Wyrafinowane kampanie public relations omawianej tu maści są dość genialne na wiele sposobów. Przyodziane w pozór zwalczania głównych przyczyn globalnego kryzysu klimatycznego, w rzeczywistości nie zmieniają niczego. Zapewniają uczestnictwo obywateli, którzy są przekonani, że podjęte działanie ma zasadnicze znaczenie – i nic poza tym.

Większość aktywistów, nawet ci wybitni, demonstruje zbiorową naiwność i fałszywe założenie, iż korporacyjne pozarządowe organizacje ekologiczne można zmusić do „właściwego postępowania” poprzez moralną perswazję. Stanowcza odmowa autentycznych aktywistów oraz grup inicjatyw oddolnych, aby uznać i bez usprawiedliwień zdemaskować przemysłowy kompleks non-profit jako strażników despotycznej władzy, reprezentuje największą i najbardziej tragiczną porażkę tego ruchu.

Jakkolwiek surrealistycznie to wygląda, tak zwany ruch na rzecz klimatu dokonał sabotażu szans na wyhamowanie globalnego upadku środowiska naturalnego i otworzył drogę korporacyjnym spekulacjom, wylesianiu, pozyskiwaniu funduszy i destrukcji planetarnego życia.

Ludzie mogą zadać sobie pytanie, dlaczego sponsorzy zniszczenia w ogóle przejawiają zainteresowanie klimatem. Można się zastanawiać, dlaczego [lider 350 org.] Bill McKibben udał się wraz z przyjaciółmi do miliarderów z Wall Street, aby uzyskać ich radę i zgodę na określony rodzaj transferu udziałów odpowiadający ich potrzebom. Jednakże odpowiedź jest oszałamiająco prosta: Policz to sam nie jest kampanią zmierzającą do osłabienia (o zrujnowaniu nie wspominając) Wall Street, energetycznych gigantów lub kapitału finansowego – jest to raczej strategiczna kampania public relations, jeszcze jedna dobrze przygotowana rozrywka dla mas.

Kluczowym elementem projektowym stosowanym przez kompleks przemysłowy non-profit jest to, że „ruchy” tworzone są odgórnie. W przypadku należącej do Rockefellera 350.org/1Sky plan jest prosty: miejscowe filie 350.org otrzymują swoje rozkazy wymarszu prosto z góry (350.org International), podczas gdy „góra” (McKibben i inni) wykonuje rozkazy wydawane bezpośrednio przez fundatorów – w przypadku inicjatywy 350.org Policz to sam są nimi inwestorzy z Wall Street.

McKibben, wraz z pierwszoplanowym personelem 350.org, opracował kampanię transferu inwestycji w porozumieniu z Ceres Investors – nazywanych czule „przyjaciółmi z Wall Street”. Taka lojalność jest na porządku dziennym w świecie korporacyjnej ochrony środowiska, w którym egzekutywę z Wall Street określa się mianem „naszych przyjaciół z Wall Street”. Nieważne, że to Wall Street jest podstawową przyczyną naszych licznych i przyspieszających kryzysów ekologicznych i ekonomicznych, w tym światowego kryzysu żywnościowego. Ich kombinacja tak naprawdę nie jest „kryzysem” w rozumieniu spontanicznym – to strategiczny projekt w zamyśle służący zaspakajaniu korporacyjnego apetytu na zysk, który jest nienasycony.

350.org stwierdza, że przemysł paliw kopalnych „spali wszystko – chyba, że powstaniemy i go powstrzymamy.” Niby jak to zrobimy? Skierujemy dramatyczną odezwę do Obamy? Podpiszemy petycję 350.org? Nakłonimy pewne uniwersytety, aby weń nie inwestowały? Zamiast skonfrontowania się z rzeczywistością (kapitalizmu, imperializmu, militaryzmu etc.), 350.org wciąż przewodzi w produkowaniu nadziei dla przemysłu nadziei. 350.org zapewnia sobie aprobatę publiczności i masową atrakcyjność swojej marki właśnie dlatego, że nie mówi grupie docelowej, że absolutnie niezbędna jest rezygnacja z naszych przywilejów, jeśli zanurzając się coraz głębiej w epoce antropocenu mamy zachować planetę sprzyjającą życiu. 350.org przekonuje swoją publiczność, że nie istnieje potrzeba kwestionowania naszego samobójczego modelu gospodarczego (o konieczności jego rozbicia nawet się nie wzmiankuje), a „prawdziwa” katastrofa klimatyczna jest zawsze bardzo, bardzo odległa w czasie. 350.org jest somą XXI wieku.

Należy zwrócić uwagę na obsesję 350.org na punkcie paliw kopalnych. Z całą pewnością 350.org w parze z kompleksem przemysłowym non-profit przygotowuje opinię publiczną do zaakceptowania tego, co Guy McPherson klasyfikuje jako „trzecią rewolucję przemysłową”. Ten program „klimatycznego bogacenia” będzie obejmował fałszywe rozwiązania, takie jak biomasa, nieokiełznany „zielony” konsumpcjonizm, rynkowe mechanizmy na rzecz zmniejszania emisji dwutlenku węgla, jak chociażby REDD, etc. Tym, czego nie obejmie jest: pilna potrzeba powstrzymania ekspansji militarnego imperium poprzez jego zniszczenie, rozmontowanie obecnego systemu gospodarczego, zakończenie przemysłowej hodowli zwierząt, potężna redukcja skali gospodarczych oczekiwań i podjęcie wysiłków zachowujących środowisko, zastosowanie taktyki samoobrony w każdy możliwy sposób – czyli wszystkiego, co wymaga nieodzownego rozwiązania i warunkuje ograniczenie planetarnego holokaustu. W skrócie plan nie uwzględni tego, co faktycznie stanowi poważne zagrożenie dla systemu. Dziel i rządź to niezmienna strategia korporacyjnych/finansowanych przez elity organizacji pozarządowych. Chodzi o to, aby masy prowadziły bezsensowne batalie i nigdy nie „łączyły punktów” (slogan 350.org). Podobnie jak MoveOn.org – założyciel Avaaz – 350.org z powodzeniem prowokuje społeczne przyzwolenie.

Język jest wszystkim w świecie fantazji i public relations. Przyjrzyjmy się oświadczeniu McKibbena, w którym wyraził zdziwienie, iż jego artykuł Przerażająca arytmetyka z łamów Rolling Stone „osobliwie zyskał internetową popularność”. Nie było to bynajmniej przypadkowe. W przemysłowym kompleksie non-profit wszelkie „komunikaty” są przed publikacją ankietowane, aby zmierzyć społeczną reakcję i zgodność ze status quo. Autorami większość komunikatów nie są tzw. aktywiści, tylko wysoko opłacani oficerowie PR, którzy pomagają przemysłowi nadziei dystrybuować jego nieszkodliwe kampanie w wybranych/współpracujących sieciach.

350.org wraz z przyjaciółmi służą nader istotnej sprawie. Organizacje te skutecznie dbają o dobre samopoczucie społeczeństwa. Jednocześnie zapewniają jego posłuszeństwo i bierność wobec państwa w celu zabezpieczenia istniejącego systemu/struktur władzy – utrzymania ich w nienaruszonym stanie. Jak zawsze podobne kampanie skupiają się na tworzeniu e-mailowych list z myślą o tych, którzy czerpią z nich korzyści i zyski. Odbywa się to pod płaszczykiem „budowania ruchu”. Nie trzeba być fizykiem jądrowym, aby zrozumieć zdroworozsądkową oczywistość, iż inicjatywy finansowane przez Fundację Braci Rockefeller nigdy nie wdrożą niczego, co stanowiłoby wyzwanie dla głównych przyczyn kryzysu klimatycznego. To cyniczna gra prowadzona przez tych, którzy sponsorują organizacje pozarządowe w ramach kompleksu przemysłowego non-profit. Koszty są wysokie – katastrofy klimatyczne zabijają rokrocznie 5 milionów ludzi. Na szczęście dla oligarchii, głęboko zakorzeniony rasizm, który niczym kotek mruczy sobie za fasadą „społecznego ruchu”, gwarantuje, że te masowe zgony pozbawione są jakiegokolwiek znaczenia.

Kampania 350.org służy jeszcze jednej ważnej sprawie. Osiągnęliśmy krytyczny punkt, w którym korporacje rozpoczną powolny proces pozbywania się swojego toksycznego mienia, przygotowując się równocześnie do nowej fali bezprecedensowego, niezrównanego „finansowego bogactwa klimatycznego”. Niebawem będziemy świadkami globalnego przejścia do intratnych, pozornych rozwiązań pod przykrywką „zielonej gospodarki”, w połączeniu z kompletnym utowarowieniem/prywatyzacją wspólnych dóbr naturalnych przez najpotężniejsze korporacje. Tymczasem one pomalują się na zielono jako szlachetni gospodarze Ziemi. W końcowym epilogu historii gatunku ludzkiego będzie to największe kłamstwo, jakie kiedykolwiek sprzedano.

IV.

Geoinżynieryjna tragikomedia

”Osobiście jestem tą technologią przerażony. Sądzę, że jeśli kiedykolwiek wdrożymy SRM (zarządzanie promieniowaniem słonecznym) będzie to oznaka, że zawiedliśmy jako gospodarze planety. Będzie to przełom w naszej relacji z Ziemią i przyrodą. W sposób fundamentalny zmieni to sposób interakcji siedmiu miliardów ludzi ze światem i nie jestem pewien, czy system podda się naszej kontroli.” Dr Matthew Watson, główny autor projektu SRM o nazwie Spice, który bada sposoby symulowania wulkanicznego efektu chłodzenia

„Przypomina to leczenie nowotworu przy pomocy tabletek na zatwardzenie,” Dr Natalia Szakowa, badacz Wschodniego Syberyjskiego Szelfu Kontynentalnego, o zastosowaniu geoinżynierii w Arktyce

Geoinżynieria jest jak środki przeciwbólowe. Gdy dolega coś poważnego, leki te mogą pomóc, ale nie eliminują przyczyny choroby i mogą przynieść więcej szkody niż pożytku. Tak naprawdę nie znamy skutków geoinżynierii. Zarządzanie promieniowaniem słonecznym nie rozwiąże problemu zmiany klimatu.” David Keith, profesor fizyki stosowanej w SEAS, wypowiedź z 12 grudnia 2016

Nie istnieje szybki, geoinżynieryjny sposób na naprawę zmiany klimatu i nie pojawi się w nadchodzących dziesięcioleciach – konkluzja dwutomowego raportu Narodowej Rady Badawczej, roboczego ramienia Narodowej Akademii Nauk USA, z 10 lutego 2016

Artykuł Josepha Halla z 9 listopada 2014.

Poniższe propozycje naukowe można sklasyfikować jako gruszki na wierzbie.

Rube Goldberg - Temperówka

„Temperówka”, autor: Rube Goldberg.

Zdaniem wielu klimatologów większość technik zmieniających atmosferę, które zaproponowano z intencją zwalczania karmionego węglem globalnego ocieplenia, faktycznie przynależy bardziej do sfery fantazji naukowej niż wykonalnych rozwiązań. „Nazywam je pomysłami Rube’a Goldberga,” mówi James Rodger Fleming, historyk meteorologiczny Colby College w stanie Maine, nawiązując do rysownika, który stworzył projekty przesadnie skomplikowanych ustrojstw. „Myślę, że to tragiczna komedia, bo chociaż ludzie ci są w swoich dążeniach szczerzy, ulegają urojeniom sądząc, że istnieje łatwy, tani sposób na naprawę klimatu,” dodaje Fleming, autor książki z 2010 roku pt. Reperując niebo: Burzliwa historia kontroli pogody i klimatu.

Jednak idea, iż geoinżynieria – czyli wykorzystanie technologii do zmiany planetarnych systemów – może ograniczyć globalne ocieplenie uparcie trwa w świecie, który zdaje się być niezdolny do rozwiązania głównych, plujących węglem przyczyn problemu. I wypłynęła ponownie na początku miesiąca we wzmiance ONZ na temat skali galopujących zagrożeń szybko ocieplającego się świata. Raport Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu, który wyraźnie traci nadzieję na znalezienie rozwiązania opartego na obniżeniu poziomu emisji, przedstawił w ogólnym zarysie rodzaje studiowanych obecnie technicznych sposobów na złagodzenie skutków katastrofy klimatycznej.

Pierwszym z proponowanych rozwiązań geoinżynieryjnych jest zarządzanie promieniowaniem słonecznym, czyli SRM [Solar Radiation Management], które wiązałoby się z wpompowaniem do stratosfery milionów ton dwutlenku siarki (SO2) rocznie, aby wysoko nad powierzchnią Ziemi stworzyć chmury blokujące słońce. Każdy Kanadyjczyk, który pamięta niepospolicie chłodne lato roku 1992, spowodowane przez wybuch wulkanu Pinatubo na Filipinach, pojmuje oziębiający wpływ ton stratosferycznego SO2 na naszą planetę. A że takie naturalne zjawiska demonstrują potencjał obniżania temperatury drzemiący w tej cuchnącej zgnilizną substancji, rozsianie jej w stratosferze zyskało największą popularność pośród tłumu orędowników geoinżynierii.

Jedną z przedłożonych metod przetransportowania tego aromatycznego związku do atmosfery mógł śmiało zaprojektować zwichrowany rysownik Goldberg. „Można wznieść stratosferyczną wieżę, z przytwierdzonym z boku szlauchem,” mówi Alan Robock, przodujący meteorolog Uniwersytetu Rutgersa w New Jersey, który od dawna bada koncepcje SRM. Problem polega na tym, że każda sięgająca stratosfery wieża zbudowana w tropikach – gdzie należałoby wprowadzić SO2, aby uzyskać prawidłowe rozproszenie globalne – musiałaby mieć co najmniej 18 kilometrów. [Najwyższy budynek świata mierzy 829 metrów; przyp. tłum.]

Inne sugestie stratosferycznego zasiewu obejmują napełnienie balonów tanim i łatwo dostępnym gazem – rutynowo pozyskiwanym z produktów naftowych – i przebicie ich na pożądanej wysokości. Ale według Robocka „najbardziej oczywistym sposobem” byłoby rozpylanie SO2 przez samoloty. W górze cząsteczki dwutlenku siarki weszłyby w reakcję z cząsteczkami wody i stworzyły cienkie chmury kropelek kwasu siarkowego, które mogłyby otaczać Ziemię i odbijać światło słoneczne z powrotem w przestrzeń kosmiczną.

Umieszczenie chmury w stratosferze jest koniecznością, ponieważ kropelki utrzymują się tam przez rok, podczas gdy w niższej troposferze spadają w ciągu tygodnia. Mimo to chmury, które spowodują opady kwasu siarkowego nad polarnymi obszarami Ziemi, wymagają częstego uzupełniania – rokrocznie potrzeba blisko 5 milionów ton SO2, ażeby utrzymać ich refleksyjną zdolność, mówi Robock. Ze względu na niewiadomą wielkość kropelek wyprodukowanych przez zasiew SO2, nikt nie ma pewności, jaki efekt chłodzenia może stworzyć ta technika. „Nie mamy bladego pojęcia, jak grube chmury jesteśmy w stanie realnie uformować i ile chłodzenia zdołamy uzyskać,” mówi Robock.

Chociaż Robock poświęcił większość swojej kariery na studiowanie propozycji blokowania promieni słonecznych, nie jest w żadnym razie przekonany o ich zaletach. „Sporządziłem listę 26 powodów, które według mnie potwierdzają, że jest to zły pomysł,” przyznaje. Najważniejszym z nich jest to, że efekt chłodzenia wygenerowany przez SRM będzie nierówny na całym świecie, z największymi spadkami temperatury odnotowywanymi w tropikach. „Zatem jeśli chcesz powstrzymać topnienie pokryw lodowych… musisz nadmiernie oziębić regiony tropikalne. Przedsięwzięcie wywołałoby również susze na gęsto zaludnionych obszarach świata, takich jak subkontynent indyjski,” dodaje. [Według wstępnych szacunków konsekwencje dotknęłyby do 4.1 miliarda ludzi, o innych gatunkach nawet się nie wspomina; przyp. tłum.]

„Innym punktem na mojej liście są nieoczekiwane konsekwencje. Nie znamy zagrożeń. Wiemy tylko o jednej planecie w całym Wszechświecie, która podtrzymuje inteligentne życie. Czy chcemy narażać ją na niebezpieczeństwo sięgając po technologiczne panaceum?”

Myślenie o SRM nadal koncentruje się na siarczanach jako najlepszych związkach do tworzenia chmur, lecz niektórzy rozważają produkcję nanocząstek wysyłanych do stratosfery, mówi historyk meteorologiczny Fleming. „Dyskutuje się o zaprojektowanych molekułach, ale nie jest mi znany żaden strumień ich produkcji. Poza tym byłoby to o wiele bardziej kosztowne.”

Druga istotna, proponowana strategia geoinżynierii w walce z globalnym ociepleniem bazuje na usuwaniu dwutlenku węgla (CO2). Proces może odbywać się przy dużych źródłach emisji CO2, takich jak elektrownie, lub obejmować samo powietrze, w którym niebezpieczne dla klimatu koncentracje dwutlenku węgla wynoszą już około 400 części na milion.

Omawia się obecnie kilka strategii znanych jako usuwanie dwutlenku węgla (CDR – Carbon Dioxide Removal) lub wychwytywanie i sekwestracja węgla (CCS – Carbon Capture and Sequestration). [Bardziej szczegółową analizę tej ostatniej zawiera następna część opracowania; przy. tłum.] „Niestety, wszystkie plany pociągnęłyby za sobą ogromne koszty, zastosowanie niebezpiecznych substancji chemicznych i niepewne perspektywy składowania. Metody chemiczne wykorzystywałyby pewne bardzo alkaliczne, agresywne związki,” ostrzega Fleming i zwraca uwagę, że istnieją również środki termodynamiczne – sposób, w jaki tworzy się suchy lód, wysysa go i skrapla (w postać ciekłą lub stałą). Ale techniki termodynamicznego usuwania i kompresji mają zaporową cenę i wymagają użycia dużych ilości energii wytwarzającej węgiel. Jest to w dużej mierze rezultatem zwiększonej masy, jaką uzyskuje ten pierwiastek łącząc się z tlenem w procesie spalania. Przykładowo tona węgla wytwarza ponad trzy tony dwutlenku węgla ze względu na dodany ładunek tlenu, wyjaśnia Fleming. „Ażeby uczynić to autentycznie skutecznym, należałoby zwiększyć światowe zużycie energii o 30%. Musiałaby ona pochodzić ze źródeł odnawialnych, których na horyzoncie nie widać.”

Inne plany usuwania stosowałyby filtry membranowe, które są przepuszczalne dla cząsteczek wszystkich składników powietrza za wyjątkiem węgla. „Wygląda to na opłacalne w małej skali, ale pytanie brzmi, podobnie jak w przypadku każdego z tych projektów: Jak można to znacznie rozbudować, uczynić wykonalnym i opłacalnym ekonomicznie?” mówi Fleming.

Większość projektów chętnie zmieniłaby – poprzez usunięcie tlenu – wychwycony CO2 w nadające się do spalania paliwo, względnie po skondensowaniu wpompowała upłynniony CO2 do podziemnych jaskiń lub rowów oceanicznych. Pomysły związane z paliwem także wymagałyby ogromnych nakładów energetycznych, aby rozbić molekułę na dwa pierwiastki, a system magazynowania prawdopodobnie doprowadziłby do wycieków.

Inni sugerują zamianę wychwyconego węgla w węgiel drzewny, dzięki spalaniu go w beztlenowych pożarach, i zakopanie pod ziemią celem użyźnienia gleby. „Problem w tym przypadku wiąże się ze skalą,” mówi Fleming. „Warstwa uprawna ziemi ornej na świecie nie jest wystarczająco rozległa, aby wychwycić cały przemysłowy węgiel.”

Koncepcje korygowania klimatu sięgają co najmniej 1841 roku, kiedy to amerykański pionier meteorologii James Pollard Espy opublikował raczej zgubną propozycję. „Zauważył, że po gigantycznych pożarach często padał deszcz,” wspomina Fleming. „Pomyślał więc, dobrze, może zdołamy wywołać sztuczne deszcze, kiedy podpalimy lasy Appalachów na wschodnim wybrzeżu USA; wówczas wiatry zachodnie przyniosą opady nad całe wschodnie wybrzeże kraju!”

Ostatnia [spróchniała] deska ratunku

Jeśli chcemy dokonać sekwestracji CO2, która przyniesie zauważalny efekt, musimy wychwycić i bezpiecznie zmagazynować znaczną część z 35 miliardów ton dwutlenku węgla, które rokrocznie wprowadzamy do atmosfery. Powiedzmy, że będzie to 10 miliardów ton. Obecnie żadna z naszych przemysłowych aktywności nie odbywa się na podobną skalę. Nie produkujemy żywności na taką skalę. Nie wydobywamy rudy żelaza na taką skalę. Nawet nie eksploatujemy ropy, węgla i gazu na taką skalę. Jakim niby sposobem będziemy w stanie wynaleźć od podstaw wysoce skomplikowaną technologię, która upora się z 10 miliardami ton?” Dr Hugh Hunt, Wydział Inżynierii Uniwersytetu Cambridge

Wychwytywanie dwutlenku węgla nie jest panaceum. Bez względu na typ zastosowanej technologii CCS istoty ludzkie musiałyby zbudować przemysł wychwytywania i sekwestracji węgla trzykrotnie większy od obecnego przemysłu paliw kopalnych. I należałoby zrobić to w zawrotnym tempie około jednej nowej elektrowni CCS dziennie przez najbliższych 70 lat – aż do roku 2087. Poza tym proces wykorzystujący bazalt, testowany podczas eksperymentu w Islandii, wymaga niewyobrażalnej ilości wody. Po przetworzeniu woda i CO2 musiałyby być składowane na równie ogromnym obszarze.” Biuletyn Naukowców Atomowych, 4 października 2016

Skrót artykułu Johna Kempa z 10 lipca 2014.

Międzynarodowa Agencja Energetyczna (MAE) w swoim tegorocznym raporcie stwierdziła, że paliwa kopalne pozostaną niezastąpioną częścią zaopatrzenia energetycznego co najmniej przez następnych 50 lat. Powstrzymanie emisji dwutlenku węgla podczas eksploatacji paliw kopalnych będzie uzależnione wyłącznie od technologii wychwytywania i składowania (pod ziemią) dwutlenku węgla (CCS).

Tylko CCS może zapobiec katastrofalnemu wzrostowi globalnej temperatury [Autor artykułu i urzędnicy MAE nie mieli pojęcia, że emisje powodują maksymalny wzrost temperatury po upływie 10 lat; przyp. tłum.]. Jak wyartykułował to rzecznik MAE: „Poza CCS nie istnieje żadne inne przyjazne klimatowi rozwiązanie.”

Jak prezentuje się ta ostatnia deska ratunku?

Niestety, postęp w rozwijaniu technologii CCS jest „boleśnie powolny”. Dotychczas, na przestrzeni kilku dekad, zastosowano je w kilku miejscach na skromną skalę. Żadna z nich nie była w stanie wychwycić wszystkich emisji CO2. Pierwsze dwa duże projekty elektrowni CCS na dużą skalę, w Mississippi i Saskatchewan, wystartują w bieżącym roku. Ich wyniki operacyjne i finansowe będą znane dopiero za kilka lat. Biorąc pod uwagę, że oba są pionierskie, z pewnością pojawią się poważne problemy.

Skąd ta pewność?

Jeden ze wspomnianych projektów „zintegrowanego zgazowania” i „cyklu połączonego” firmy Southern Company w Kemper County w stanie Mississippi już teraz jest finansową katastrofą. Przewidywane koszty wzrosły gwałtownie z 1.8 mld dolarów do 5.5 mld dolarów, co czyni elektrownię najdroższą na świecie (droższą od elektrowni jądrowej podobnej wielkości). Aby wspomóc nową technologię, w 2008 roku przywódcy Stanów Zjednoczonych, Japonii, Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii, Włoch, Kanady i Rosji zobowiązali się „wesprzeć 20 dużych projektów pokazowych CCS przed rokiem 2010, z perspektywą powszechnego zastosowania przed rokiem 2020.” Od tamtego czasu postęp jest bardzo powolny. Zamierzony cel nie zostanie osiągnięty w znacznym stopniu, a harmonogram wdrażania prezentuje się fatalnie.

Mimo że transport i składowanie dwutlenku węgla są technologiami względnie „dojrzałymi”, to nikt nigdy nie próbował wprowadzić ich na gigantyczną skalę – niezbędną, aby wychwycić większość emisji z węglowych i gazowych elektrowni świata. Przez ponad 40 lat dwutlenek węgla był wpompowywany do wyeksploatowanych złóż ropy naftowej i gazu ziemnego w Stanach Zjednoczonych, Norwegii, Algierii i Chinach, aby utrzymać ciśnienie w rezerwuarze i „zamieść” pozostałe węglowodory do szybów produkcyjnych.

Kiedy elektrownie na paliwa kopalne spalają węgiel lub gaz, cztery piąte powietrza, które przez nie przechodzi składa się z azotu; odgrywa on niewielką rolę w procesie spalania. Jedną piątą stanowi tlen, który reaguje z wodorem paliw kopalnych (aby wytworzyć wodę) oraz węglem (aby wytworzyć dwutlenek węgla).

W rezultacie gazy spalinowe z typowej elektrowni zawierają 3% CO2 (w przypadku zakładu gazowego) lub 15% (w przypadku zakładu węglowego). Resztę stanowi głównie azot i zanieczyszczenia. Ażeby poddać „uzdatnieniu” cały ten gaz, oczyszczalnik musi być bardzo duży, ponieważ oddziela małą część CO2 od znacznie większej ilości azotu.

Oczyszczalniki wymagają mnóstwa energii. Typowy model posiada: ogromne wiatraki, które umożliwiają przepływ gazu przez jednostkę; pompy wodne; urządzenia do regeneracji rozpuszczalników chemicznych; sprężarkę. Cały proces jest energochłonny – zwłaszcza regeneracja rozpuszczalnika, która wymaga ogrzania go do temperatury 100/140 stopni Celsjusza.

Wychwytywanie CO2 z typowej elektrowni węglowej wymagałoby wykorzystania 25% całkowitej energii wyprodukowanej przez zakład. Biorąc pod uwagę, że opalana węglem elektrownia jest wydajna tylko w 33-40%, utrata jednej czwartej mocy netto jest główną przeszkodą komercyjnego zastosowania CCS.

Nawet „…dla współczesnej elektrowni węglowej (o wysokiej wydajności), wychwytywanie CO2 przez oczyszczalniki aminowe zwiększa koszty wytwarzania energii elektrycznej o około 40-70%, przy zmniejszeniu emisji CO2 o około 85 procent na kilowatogodzinę,” ostrzegł dekadę temu Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu.

Innym rozwiązaniem jest zgazowanie węgla (w odróżnieniu od jego spalania), które przekształca go w wodór i tlenek węgla. Niestety, dużą jego wadą jest wysoki koszt budowy jednostki i jej użytkowania (czego przykładem jest Kemper). Poza tym zintegrowanie procesu – aby generator gazu, turbiny gazowe, turbiny parowe i urządzenia wychwytywania CO2 działały bezproblemowo – jest ogromnym wyzwaniem. Projekt Kemper nadal nie zaprezentował zdolności systemu do działania zgodnie z planem.

Kolejną opcją jest spalanie węgla lub gazu w niemalże czystym strumieniu tlenu – proces znany jako tleno-paliwo lub tleno-spalanie. Jednakże wymaga on jednostki do separacji powietrza, aby wyprodukować tlen. Sama separacja pochłania mnóstwo energii.

I wreszcie: nadkrytyczne i ultra-nadkrytyczne elektrownie opalane węglem mogą osiągnąć sprawność cieplną do 46% (w zwykłym zakładzie zaledwie 33-39%). Ale nie wiadomo, czy nawet one kiedykolwiek zadziałają zgodnie z planem.

Nowa praca badawcza dyskwalifikuje CCS:

University of Michigan

W obejmujących dekadę badaniach nad najlepszym sposobem zredukowania emisji gazów cieplarnianych i ustabilizowania klimatu znaleziono poważne błędy. Badacze Uniwersytetu w Michigan wykazali, że najbardziej ekonomiczna analiza technologii wychwytywania i składowania dwutlenku węgla (inaczej CCS), przeznaczonej dla elektrowni węglowych, poważnie zaniża jej koszty i przecenia efektywność energetyczną. Stwierdzono, iż niekorzyść jednorazowego „wydatku energetycznego” tych zakładów, który wynika z konieczności spalania dodatkowego węgla, by zasilić urządzenia wychwytujące dwutlenek węgla, ulega spotęgowaniu i koszt paliwowy wzrasta czterokrotnie w porównaniu z przyjętymi obecnie szacunkami.

CCS jest kluczowym elementem map czystszego krajobrazu przyszłości energetycznej. „Każde z opublikowanych w ostatnim dziesięcioleciu badań z zakresu technologii, ekonomii i strategii politycznej, które rekomendują sposoby na osiągnięcie międzynarodowego celu 80% redukcji emisji gazów cieplarnianych do roku 2050, bazuje na wychwytywaniu i sekwestracji dwutlenku węgla na szeroką skalę,” powiedział Steve Skerlos, profesor inżynierii mechanicznej, wodno-lądowej i środowiska. Raporty te, i wiele innych, przedstawiają niepełny obraz sytuacji. Zgodnie z aktualnymi, wadliwymi prognozami roczne koszty paliwowe elektrowni węglowej wyposażonej w CCS są wyższe od wydatków zakładu konwencjonalnego o 29 milionów dolarów. Nowa analiza Uniwersytetu w Michigan obliczyła, że faktyczna wartość bliższa jest 126 milionom dolarów, powiedział Sarang Supekar, habilitowany inżynier mechaniczny i główny autor pracy badawczej.

„Obecne studia nad polityką energetyczną opierają się na bieżących kalkulacjach, które znacznie zaniżają pełny wydatek energetyczny i koszty CCS elektrowni opalanych węglem,” wyjaśnił Supekar. „W związku z tym przyszła rola CCS jest przeceniana.” Skąd ta rozbieżność? Okazuje się, iż studia zalecające CCS jako kluczowy element przyszłego portfela energetycznego świata odwołują się do liczb z pilotażowego badania z 1991 roku, które nie uwzględnia w pełni efektu sprzężeń zwrotnych. „Aby wychwycić CO2, musisz wygenerować więcej energii,” podkreślił Supekar. „Aby pozyskać tę energię, spalasz więcej węgla, co wytwarza więcej CO2, który należy wychwycić. Zatem wliczenia wymaga powstająca pętla.”

Jak zauważył Supekar, ważną liczbą jest ogólna „wydajność cieplna” danego zakładu. To łączna ilość ciepła ze spalania węgla, która przekształcana jest w użyteczną energię elektryczną. Badanie z ’91, przeprowadzone w Electric Power Research Institute w Palo Alto, oceniło inżynierię i ekonomiczną opłacalność wykorzystania technologii CCS do ograniczenia emisji dwutlenku węgla. Ustaliło ono, że proces jest drogi. Uwidoczniło również, iż zastosowanie CCS stawia przed wyborem między akceptacją niższej użytecznej mocy wyjściowej i – jak ujął to Skerlos – „konfrontacją z energetyczną pętlą”, czyli spaleniem większej ilości paliwa celem utrzymania stabilnej mocy wyjściowej. Wcześniejsza analiza wybrała pierwszą opcję. Jednak późniejsze badania, które ją cytują nie dokonały właściwej interpretacji spadku, nie wspomniały też o energetycznej pętli.

Typowa wydajność cieplna nowej elektrowni węglowej wynosi około 38%. Aktualna literatura – w dużej mierze ignorująca energetyczną pętlę – szacuje, że CCS zmniejszy tę wydajność do 26%. Lecz według ustaleń badaczy z Uniwersytetu w Michigan nie przekracza 16%. Redukcja ta stanowi przyczynę wzrostu kosztów. Gdy uruchomionych zostało więcej testowych projektów CCS, zauważono wydatki energetyczne wyższe od spodziewanych, powiedział Supekar. Jego praca jako pierwsza mierzy to, czego doświadczają te zakłady. Określenie ilościowe jest ważnym krokiem ku zrozumieniu, czy technika ta ma sens z perspektywy ekonomicznej i środowiskowej. Naukowcy twierdzą, że nie.

Penn StateDwutlenek węgla magazynowany pod ziemią znajduje liczne drogi ucieczki [Penn State, 11.02.2016]

Gdy dwutlenek węgla przechowywany jest pod ziemią w procesie znanym jako geologiczna sekwestracja, może znaleźć wiele ścieżek ujścia w wyniku reakcji chemicznych między dwutlenkiem węgla, wodą, skałami i cementem z porzuconych szybów. Fakt ten odkryli naukowcy Penn State.

Przestudiowali oni właściwości porowatych skał, w które wprowadzany jest dwutlenek węgla. Skały te, określane mianem formacji przyjmujących odpady, działają jak zbiorniki na dwutlenek węgla. Zespół przyjrzał się wapieniowi i piaskowcowi, które mają odmienne właściwości chemiczne.

„Byliśmy zainteresowani ich zbadaniem, ponieważ są powszechne, a istniały obawy, iż wtłoczony w nie dwutlenek węgla może uciec lub przedostać się do podziemnych warstw wody pitnej,” powiedziała Li Li, profesor inżynierii naftowej i gazowej.

Ustalenia analizy, opublikowane w lutowej edycji International Journal of Greenhouse Gas Control, wskazują, że skały mogą tworzyć różne drogi ujścia.

Okazało się również, że dwutlenek węgla przechowywany pod ziemią może wejść w kontakt i rozpuścić się w osadach wody morskiej. Gdy tak się dzieje, CO2 zwiększa jej kwasowość. Mieszanina dwutlenku węgla ze słoną wodą o wysokiej kwasowości jest w stanie rozpuścić niektóre rodzaje skał, takie jak wapień, a także cementowe obudowy opuszczonych szybów naftowych i gazowych. […]

guardianKolejny „przełom” w batalii o redukcję atmosferycznego CO2 [czerwiec 2016]

Na początku czerwca 2016 prasa doniosła, że „dwutlenek węgla został wpompowany pod ziemię i szybko zamienił się w kamień,” a zatem jest to „nowy radykalny sposób na przeciwdziałanie globalnemu ociepleniu.” Dwutlenek węgla „wpompowano w skały wulkaniczne pod Islandią i przyspieszono naturalny proces, w którym bazalty wchodzą w reakcję z gazem i tworzą węglany, czyli składową wapieni.” Naukowców zaskoczył fakt, iż gaz zmienił swój stan zaledwie w ciągu dwóch sezonów, a nie prognozowanych setek lub tysięcy lat.

Niestety, w artykułach nie wspomniano, że islandzki projekt zdołał usunąć około jedną stutysięczną rocznego wzrostu emisji CO2. Całkowite emisje globalne oscylują w granicach 36 miliardów ton rocznie, co oznacza, że w każdym sezonie należałoby zbudować około 100.000 podobnych zakładów sekwestracji (lub ich ekwiwalent), aby zapobiec jedynie wzrostowi koncentracji atmosferycznego CO2, i jeszcze większą ich liczbę, aby zredukować obecny atmosferyczny ciężar tego gazu cieplarnianego (około 405 ppm). Warto dodać, że ktoś musiałby uregulować rachunek za te zakłady, a ich budowa i eksploatacja spowodowałaby dodatkowe emisje CO2.

IPCC stawia na magię

Fragment artykułu Rachel Smolker z 2 grudnia 2015.

Kiedy Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC) opublikował swój najnowszy, piąty z kolei raport, w drobnym druku rozdziału trzeciego o „łagodzeniu skutków” czaiło się coś dziwnego i głęboko niepokojącego.

Zespół ujawnił, iż zrecenzowane przezeń modele uzależniają zaistnienie nawet względnie normalnego klimatu nie tylko od drastycznego zmniejszenia przyszłych emisji, lecz także od powszechnego zastosowania pewnej zaawansowanej technologii, która potrafi usunąć część CO2 znajdującego się już w atmosferze.

W rzeczywistości ich większość (101 ze 116 modeli ocenionych pod kątem osiągnięcia stabilnego poziomu koncentracji 430-480 ppm) zawierała technologiczne rozwiązania gwarantujące „ujemne emisje”. (Fuss i inni, 2014)

Terminologia „ujemnych emisji” weszła do żargonu negocjacji klimatycznych. Jednakże sama technologia nie istnieje. Jedyną metodą wysysania CO2 z atmosfery uznawaną przez IPCC za „dostępną w krótkim terminie” jest bioenergia z systemem wychwytywania i składowania węgla – określana popularnym terminem BECCS (Bio-Energy with Carbon Capture and Sequestration).

BECCS polega na produkcji biomasy w ogromnych ilościach, a następnie jej rafinacji/zamianie w ciekłe biopaliwa (etanol itp.) lub spalaniu, by wygenerować energię elektryczną i ciepło przy jednoczesnym przechwytywaniu emisji CO2 i zamykaniu ich pod ziemią.

IPCC przyznaje, że istnieją czynniki ryzyka i niejasności związane z technologią BECCS stosowaną na dużą skalę. Niestety, jeżeli chodzi o szacowanie „łagodzenia skutków”, dyscyplina badawcza międzyrządowego zespołu schodzi na dalszy plan, ustępując miejsca ekonomicznemu myśleniu życzeniowemu. Faktem jest, że bez względu na komplikacje przy opracowaniu „funkcjonujących” modeli, bez względu na koszty i trudności ekonomicznie związane z wytyczeniem drogi, która prowadzi do stabilizacji klimatu, technologiczne panacea rodem z fantazji są strategią skazaną na porażkę. Wiemy już, że zarówno ze względów technicznych, jak i ekonomicznych BECCS nigdy nie zdoła osiągnąć „ujemnych emisji”. W swoim nowym raporcie na temat BECCS Biofuelwatch stwierdza, iż powierzenie misji posprzątania klimatycznego bałaganu BECCS jest równie zasadne, jak liczenie na wizytę obcych z innej planety, którzy mają w zwyczaju wysysać atmosferyczny węgiel.

Pomysł usunięcia CO2 z atmosfery ma nieodparty powab. Technologia BECCS, nawet gdyby istniała i była opłacalna, nie zdołałaby tego dokonać. Tym niemniej toksyczne branże przemysłowe, ze swoją skuteczną machiną PR i jej prawie nieograniczonym budżetem, przygotowane są do trąbienia o wszystkim, co pozwoli im utrzymać dotychczasowy model funkcjonowania: czystym węglu, bioenergii neutralnej węglowo, czy ujemnych emisjach. Są to kłamstwa i fałszywe obietnice, w które mamy pokładać nadzieję. W rzeczywistości stanowią niedorzeczny bełkot, zasłonę dymną mającą na celu odwrócenie uwagi opinii publicznej, która zaczyna nareszcie uznawać przyczyny i rozmiary kryzysu klimatycznego, ale w swojej naiwności wciąż wierzy w magiczne techno-rozwiązania.

NatureProjekty usuwania CO2 z atmosfery uderzą w ekosystemy Ziemi [Phys.org, 10.02.2016]

Opublikowana w Nature analiza dr. Phila Williamsona, ekologa z Uniwersytetu Anglii Wschodniej, wykazała, że radykalne sposoby usuwania CO2 z atmosfery niosą ze sobą poważne ryzyko.

Przedkładane techniki obejmują uprawę roślin przeznaczonych do spalania w elektrowniach, rozległe plantacje drzew, wprowadzanie biowęgla do gleby, dodawanie substancji odżywczych do wody morskiej celem zwiększenia populacji planktonu i wodorostów, a także wykorzystanie środków chemicznych do usunięcia CO2 z atmosfery i umieszczenia go głęboko pod ziemią.

„Usuwanie CO2 na dużą skalę, bez względu na zastosowane środki, wywoła przede wszystkim efekt domina, który uderzy w ekosystemy i różnorodność biologiczną. Mogą pojawić się korzyści, ale szkody są znacznie bardziej prawdopodobne,” ostrzega dr Williamson.

„Uprawa roślin bioenergetycznych w wymaganej ilości zużyłaby 580 milionów hektarów gruntów, czyli połowę powierzchni lądowej USA. To z kolei przyspieszyłoby utratę lasów i łąk z konsekwencjami dla dzikiej przyrody i bezpieczeństwa żywnościowego. Poza tym bardzo niewiele wiadomo jest na temat wpływu przyszłych warunków klimatycznych na plony roślin bioenergetycznych. Na przykład nie wiemy, jakie będą ich wymagania wodne w cieplejszym świecie.

Ważne jest również, aby brać pod uwagę koszty finansowe tych pomysłów. Na przykład wprowadzenie do gleby wystarczającej ilości pokruszonych skał krzemianowych na obszarze obejmującym prawie połowę powierzchni lądowej Ziemi może kosztować nawet 600 bilionów dolarów.” […]

unKonwencja ONZ o różnorodności biologicznej (CBD) przyjrzała się nadziejom wiązanym z geoinżynierią jako panaceum na zmianę klimatu. Wnioski analizy z października 2016 są ponure. Zastosowanie technik modyfikowania pogody zagrozi bioróżnorodności świata. Pojawią się jeszcze inne, nieprzewidywalne skutki. Jeżeli chodzi o usunięcie danej ilości gazów cieplarnianych z atmosfery, to nie zrekompensuje ono wcześniejszych „nadwyżek” ich emisji. W niektórych przypadkach lekarstwo będzie gorsze od choroby – może nastąpić pogorszenie konsekwencji zakwaszenia oceanów, a zarządzanie promieniowaniem słonecznym ma potencjał, by pozbawić Ziemię ochronnej warstwy ozonu.

Geophysical UnionNaukowcy Poczdamskiego Instytutu Badań nad Wpływem Klimatu, Instytutu Fizyki przy Uniwersytecie Poczdamskim i Obserwatorium Ziemi Lamont-Doherty przy Uniwersytecie Columbia zamieścili 10 marca 2016 na łamach Earth System Dynamics badanie, które wykazało, że geoinżynierowie nie zdołają uporać się ze wzbierającymi morzami. Proponowane przez nich rozwiązanie oparte na pompowaniu wody morskiej i magazynowaniu jej w postaci lodu na kontynencie Antarktydy nie opóźni wzrostu poziomu morza. Woda musiałaby być przesyłana na ogromne odległości przy niewyobrażalnym koszcie energetycznym. Strategia przyspieszyłaby przepływ lodowców; wszystko trafiłoby z powrotem do morza.

Que sera, sera…

Fragment podsumowania zmian klimatycznych.

W numerze Earth System Dynamics z 5 grudnia 2013 przedstawiono dowody na to, że znane strategie geoinżynierii raczej nie odniosą sukcesu (Geoinżynieria nie może tak po prostu zostać wykorzystana do cofnięcia globalnego ocieplenia.”).

Według ustaleń badawczych opisanych w  Journal of Geophysical Research: Atmospheres z grudnia 2013, nawet skuteczna w chłodzeniu Ziemi geoinżynieria zaburzyłaby porządek opadów atmosferycznych na całym świecie.

Próby odwrócenia skutków globalnego ocieplenia poprzez wprowadzenie do stratosfery cząstek odbijających promienie słoneczne mogą pogorszyć sytuację,” stwierdziło badanie zamieszczone 8 stycznia 2014 w Environmental Research Letters.

„Z implementacją SRM na dużą skalę wiąże się nieodłączne ryzyko nagłego i niebezpiecznego ocieplenia,” wykazała analiza upubliczniona 17 lutego 2014 w Environmental Research Letters.

Przedsięwzięcia mające zminimalizować globalne ocieplenie i wywołany przez nie chaos poprzez celowe manipulowanie klimatem Ziemi mogą być względnie bezużyteczne lub faktycznie katastrofalne,” podsumowała praca badawcza opublikowana 25 lutego 2014 w Nature Communications.

25 czerwca 2014 na łamach Nature liczna grupa utytułowanych ekspertów międzynarodowych zdruzgotała technokratów jednoznacznym komunikatem: geoinżynieria nie powstrzyma zmiany klimatu.

Amerykańska National Academy of Sciences dołączyła się w raporcie z 10 lutego 2015, w którym konkluduje, iż geoinżynieria nie stanowi realnego rozwiązania problemu zmiany klimatu.

Analiza przeprowadzona w Europie przyniosła ten sam rezultat w ocenie opublikowanej 16 lipca 2015.

Mimo wszechobecnej amerykańskiej głupoty, społeczeństwo trafnie interpretuje geoinżynierię postrzegając ją w tym samym świetle, co naukowcy – w opozycji do techno-optymistów.

Niektórzy badacze pozostając obojętnymi na dowody i głos opinii publicznej, prą naprzód – demonstrują, że perspektywa progresywna często oznacza posuwanie się ku krawędzi urwiska. Jak podano w New Scientist z 27 listopada 2014, początkowe wysiłki zmierzające do schłodzenia planety poprzez geoinżynierię nabrały kształtu i mogą zostać zapoczątkowane w ciągu dwóch lat.

Opracował: exignorant

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Klimat, Upadek biosfery. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.