Niezłomni w obliczu ludobójstwa

laos dziewczynka

W latach 1964-1973 armia USA zrzuciła na Laos 280 milionów bomb podczas 580.000 lotów. To odpowiednik jednego ładunku pocisków uwolnionego z bombowca co 8 minut, 24 godziny na dobę, przez 9 lat – prawie 7 bomb na każdego mężczyznę, kobietę i dziecko żyjących w Laosie.

Autorzy: Jason Heppenstall, Dmitry Orlov [komentarz]

13 maja 2014 (wersja oryginalna)

Jason Heppenstall jest autorem-podróżnikiem. [W jednym z rozdziałów książki Communities that Abide, pracy zbiorowej traktującej o długowiecznych społecznościach] opisał swoje doświadczenia z pobytu w małej wiosce, położonej nad rzeką w najbiedniejszym, najintensywniej zbombardowanym kraju na Ziemi. Ukazał czytelnikom, jak tamtejsi ludzie zdołali przetrwać, uleczyć rany i zachować swoją tradycyjną kulturę.

Tajna wojna z Laosem jest jednym z najbardziej haniebnych wydarzeń XX wieku. Felietonista New York Times’a Anthony Lewis nazwał ją ‚…najbardziej odrażającym rozdziałem bezprawnego okrucieństwa w historii Ameryki.’ Przez sześć lat panowała informacyjna blokada, która pozbawiła Amerykanów wiedzy o tym, że ich rząd, republikanie i demokraci, zrzucał bomby na cele cywilne w Laosie. Kiedy w końcu prawda wyszła na jaw, wielu Amerykanów było oburzonych dokonaną w ich imieniu zbrodnią. Ale do tego czasu było już za późno – 2.5 miliona ton materiałów wybuchowych zdewastowało wsie, gospodarstwa rolne, świątynie i szkoły tego neutralnego, buddyjskiego kraju. Laos został uznany za państwo neutralne w Genewie i chociaż Stany Zjednoczone chciały tropić wietnamskich bojowników wewnątrz kraju, nie mogły tego zrobić nie łamiąc międzynarodowego prawa. Sposobem na obejście przeszkody było wykorzystanie bombowców, których piloci o kryptonimie ‚Kruki’ wystartowali z baz państw ościennych.

„Ten nowy sposób walki nazwano ‚wojną automatyczną’, ponieważ opierał się wyłącznie na technologii i potędze, przy minimalnym zagrożeniu dla personelu. Miał on stać się wzorem dla przyszłych wojen – prowadzonych ostatnio przy użyciu bezzałogowych dronów – określanym jako ‚Model z Laosu’. Zbombardowano wioski, ponieważ były one jedynym widocznym dla pilotów celem; mieszkańcy musieli uciekać do lasów, z których powracali pod osłoną nocy, aby uprawiać swoje pola. Jako że ataki były tajne, umiar nie był konieczny – całe obszary zamieniono w popiół. Kiedy zniszczone zostały wsie, nowym celem stały się bawoły, konie i inne zwierzęta gospodarskie, a rolników ostrzeliwano z karabinów maszynowych podczas ucieczki przez pola. Skoro mieszkańcy ukrywali się w lasach, samoloty rozpylały defolianty, aby uśmiercić drzewa. Ostatnim schronieniem były jaskinie, które znaczą krasowy krajobraz Laosu, ale zdeterminowani piloci mierzyli w nie z naprowadzanych laserowo rakiet. Gdy wszystkie te opcje zostały wyczerpane, ocalałym pozostała jedynie wędrówka na południe i los uchodźców w obozach utworzonych wokół stolicy, gdzie oczekiwali końca wojny i powrotu do swoich pól i lasów.”

Na Laos spadło tak wiele bomb, że opróżnione z wybuchowego ładunku niewypały – będące najbardziej popularnym rodzajem złomu dostępnym w tym nierozwiniętym, nie-przemysłowym kraju – stały się częścią krajobrazu.

„Duże stalowe osłony wykorzystano jako podpory domów, kładki nad ściekami lub koryta dla zwierząt. Inne bomby pełniły rolę donic i wyrastały z nich kwiaty. Ale były to pociski bezpieczne, które skutecznie rozbrojono i przeobrażono w użyteczny złom. W większości wiejskich sklepów i jadłodajni wywieszono na ścianach serię trzech lub czterech plakatów, które w formie komiksowej instruowały, co należy zrobić po znalezieniu niewybuchu. Postacie z afisza obrabiały z bawołami poletko, spulchniały ziemię, sadziły ryż, myły się w strumieniach i odkopywały rośliny. W każdym z tych środowisk obecny był fragment niewybuchu (UXO). Jeden panel przedstawiał rolnika próbującego rozbroić pocisk, w następnym widniał spektakularny wybuch i makabryczne detale jego konsekwencji. Wszystkie dzieci ze wsi wiedziały, co zrobić z niewybuchami, tak jak dzieci w Anglii wiedzą, jak bezpiecznie przechodzić przez ulicę. Zejście ze szlaku na okolicznych wzgórzach jest surowo zabronione, przynajmniej dla falangów (cudzoziemców). Niestety, niewybuchy codzienne zagrażają mieszkańcom Laosu – po bombardowaniach, od chwili powrotu do wiosek, życie straciło blisko 20.000 dzieci. Nawet w trakcie pisania tego artykułu w kwietniu 2014 roku widziałem doniesienia o dwóch chłopcach zabitych przez niezdetonowaną amunicję. Kroniki bombardowań wskazują, że naloty dywanowe objęły obszar 8.470 kilometrów kwadratowych, a zrzucono prawie 280 milionów bomb rozpryskowych, zaprojektowanych, aby głównie okaleczać. Pociski są wszędzie. Przez kilka lat samoloty bojowe bombardowały dywanowo okolice Muang Ngoi. Wiele zrzuconych bomb miało ogromną moc i wciąż widoczne są pozostawione przez nie blizny na okolicznych wapiennych szczytach, chociaż częściowo wypełniły je zarośla i drzewa.”

„Skoro społeczność mogła wykonać kuchenne utensylia z bomb wysłanych, aby ją zabić, zacząłem zastanawiać się, do czego jeszcze zdolni byli mieszkańcy górzystych regionów Laosu i co pozwoliło im oraz ich kulturze rozkwitać bez uszczerbku, mimo piekła, które im zgotowano. Poza barierami geograficznymi (niemała to zaleta, jeśli chce się przetrzymać kulturową ofensywę), ludzie z Laosu cieszą się również inną podarowaną przez okoliczności korzyścią: względnym ubóstwem. Ich teren jest zbyt nierówny i niedostępny, aby zbudować tam pola golfowe i luksusowe hotele. Zlokalizowani z dala od inspektorów podatkowych i innych urzędników, którzy chcieliby narzucić im odgórne reformy, mieszkańcy pozostawieni są sami sobie, aby prowadzić życie znane im od wieków. Warunkiem takiego bytowania są oczywiście niewielkie wymagania wobec systemu zewnętrznego – którego chcą uniknąć za wszelką cenę – i pod tym względem również mają szczęście, ponieważ mogą polegać na swoim kulturowym bogactwie, którego większość udało się zachować. Parający się lecznictwem mężczyźni i kobiety wiedzą, które rośliny leśne należy zbierać, które zioła kultywować w wydrążonych bombach-donicach (cztery lotki stabilizujące doskonale utrzymują ‚donice’ w pionie), a kiedy dochodzi do pogorszenia kondycji, miejscowi szamani dysponują wachlarzem wyszukanych ceremonii, aby pomóc w podtrzymaniu życia. Tak jak dawniej, rolnictwo w dalszym ciągu zapewnia wyżywienie dzięki polom ryżowym, bawołom wodnym oraz wędrownym świniom i drobiowi.”

„Podczas mojego pobytu zaczęła kiełkować myśl, iż ludy górnego i środkowego Laosu prawdopodobnie są przykładem ludzkości żyjącej w równowadze ze środowiskiem naturalnym. Temat ludzkiej ekologii popadł ostatnimi czasy w niełaskę – choć era taniej ropy ma się ku końcowi – lecz tutaj z pewnością miałem do czynienia ze wspólnotą, która egzystując jako dynamiczna część środowiska, nie niszczyła go. Rzeki były chronione przed zanieczyszczeniem, lasy pozostawały w stanie właściwie nienaruszonym. Choroby, klęski żywiołowe i konflikty o lokalnym zasięgu utrzymywały liczebność populacji w granicach pojemności regionalnego ekosystemu. A ludzie kochali ziemię. Fred Branfman przeprowadził wywiady z uchodźcami z obszarów bombardowań, opublikowane w książce Voices From the Plain of Jars. Raz po raz powracał w nich ten sam motyw – ci, którzy przetrwali opuścili swój raj i nie mogli doczekać się powrotu. Nikt spośród nich nie chciał żyć w mieście lub zdobyć bogactwa; wszystkim, czego pragnęli była okazja powrotu do swoich pól, wiosek i rodzinnego życia.”

„Nigdy nie spotkałem w Laosie osoby, która zdawała się żywić urazę lub pałać gniewem. Być może był to sposób na pozostanie przy zdrowych zmysłach – świadome odrzucenie negatywnych emocji i rozstanie z bolesną przeszłością. Być może dzięki temu naprawdę uzyskałem wgląd w głęboką wewnętrzną siłę tych ludzi: bezsprzecznie nieocenioną strategię w obliczu tak przytłaczających przeciwności. Oto kolejna: w odróżnieniu od nas, Laotańczycy nie są rozkochani w pracy i oddają się jej w zależności od potrzeb. Rolnicy tradycyjnie uprawiają ryż raz w roku – chociaż możliwe są dwa zbiory nawet bez stosowania nawozów sztucznych – a przez resztę sezonu odpoczywają.”

„Ten ambiwalentny stosunek wobec uczestnictwa w systemie, który obiecuje wiele, a daje mało może okazać się zbawiennym dla tradycyjnych rolników Laosu. Na tym etapie dziejów rasy ludzkiej, kiedy to nowoczesny paradygmat – stawiający wzrost gospodarczy przed naturalnym środowiskiem życia – umiera paskudną śmiercią, samowystarczalny rolnik z Laosu bez wątpienia ma dużą przewagę nad najbardziej oddanym propagatorem permakultury z Zachodu. Integralność kulturowa z pewnością odgrywa tu swoją rolę. W wielu osadach wciąż noszone są tradycyjne stroje, istnieją różne formy sztuki, chociażby haftowania lub batiku, które pomagają zidentyfikować wyjątkowość i indywidualność każdego plemienia i regionu.”

Zaznajamiając się z prezentowanymi przez Jasona opisami różnych plemion, zdołałem odhaczyć wiele istotnych cech wspólnot, które trwają: brak pieniędzy, finansów i ziemi jako własności, odmowa pracy za pensję, nieformalne systemy zarządzania, niepisane kodeksy postępowania, brak sztucznych podziałów między pracą, zabawą i edukacją, i wiele innych. Te kulturowe cechy pozwoliły tym społecznościom przetrwać i powrócić do rdzennego sposobu egzystowania po amerykańskiej kampanii nalotów dywanowych; ale czy będą w stanie oprzeć się chińskiej agresji gospodarczej? Miejmy nadzieję, że dla ich dobra chiński kolos udusi się własnymi wyziewami i rychło z łoskotem stanie w miejscu.

„Laotańczycy mają dużą przewagę nad swoimi sąsiadami z – powiedzmy – Tajlandii, którzy całkowicie poddali się turbo-kapitalizmowi kilka dekad temu. W Laosie nadal istnieje spory rezerwuar elastyczności; skoro tutejsza ludność wciąż potrafi przetrwać bez klimatyzacji, mrożonej żywności i ośmiopasmowych autostrad zakorkowanych SUV-ami, to może mieć kluczową przewagę nad innymi [społeczeństwami], dla których rzeczy te stały się koniecznością. Zdecydowana większość napływających do Laosu środków inwestycyjnych pochodzi z Chin i nie trudno jest przewidzieć, że tamtejsza gigantyczna bańka kredytowa – szacowana w 2014 roku na 23 biliony dolarów – pęknie z hukiem, przynosząc niewyobrażalną niedolę obywatelom Chin oraz pozostałych azjatyckich ‚tygrysów’. Gdy to nastąpi i nowy wspaniały świat obiecany przez ekonomistów i polityków stanie na głowie, wolałbyś mieszkać na 20. piętrze wieżowca chińskiej metropolii, czy w bambusowej chacie w lasach Laosu?”

„Mieszkańcy Laosu wycierpieli więcej z rąk agresorów niż większość społeczeństw, a jednak udało im się, w przeważającej części, zachować własne sposoby bytowania. Niektórzy ludzie, mieniący się liberałami świata Zachodu, zbulwersowani są ‚zacofanymi’ praktykami najbardziej oddalonych społeczności plemiennych. Lecz jest to tylko [pozbawiony znaczenia] szum; z pewnością najważniejsze jest to, że Laotańczycy potrafili przetrwać w tak burzliwym okresie współczesnej historii. Czy zdołają to uczynić w ciągu najbliższych lat i dekad, pozostaje kwestią dyskusyjną, ale ci spośród nas, którzy poddali się urokowi tej mozaiki łagodnych, ciężko doświadczonych ludów, z bólem serca patrzą, jak przeznaczane są do asymilacji i wrzucane do ziejącej paszczy kapitalizmu XXI wieku. Być może pozostaje nam jedynie obserwować te kultury z szacunkiem, czerpać z tej obserwacji mądrość i żywić nadzieję, że w przyszłości trwać nie przestaną.”

Tłumaczenie: exignorant

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Imperialne wojny, militaryzm i terror państwowy, Poza nadzieją. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.