Jak przegrać wojnę [z terrorem], której nie było

Przekład dedykowany polskim weteranom i uczestnikom „wojny z terrorem”.

tomdispatch_logo_v2

 

Kiedy w zamierzchłych czasach, tuż po 11 września 2001 roku, rozpoczęła się wojna, administracja Busha sposobiła się do wyeliminowania nie tylko Osamy bin Ladena i jego stosunkowo niewielkiego oddziału Al-Kaidy, ale samego „terroru”, tego amorficznego monstrum XXI wieku. Planowali dokonać tego w około 60/83 krajach, aby – jak zwykli mawiać – „osuszyć bagno” na całym świecie.

W rzeczywistości zapoczątkowali przeszarżowaną wojnę nie tyle „z terrorem”, ile „terroru”, która w każdym miejscu, od Afganistanu po Pakistan, Somalię i Afrykę, zdestabilizowała regiony i położyła fundament rozrastającego się dżihadu. W tak wielu przypadkach, chociażby w Abu Ghraib i Guantanamo, spełnili najśmielsze fantazje Osamy bin Ladena, tworząc infernalne plakaty rekrutacyjne dla przyszłych dżihadystów, do czego nie była zdolna sama Al-Kaida.

Teraz zdają się powtarzać ten proces w Jemenie. Przyspieszają w tym biednym kraju eskalację „udanej” wojny operacyjnej, prowadzonej przy użyciu dronów przeciwko grupie, która posługuje się mianem Al-Kaidy Półwyspu Arabskiego (AQAP). Drony dość skutecznie likwidują różne postacie tego ruchu, ale w innym sensie są dlań darem niebios. Te „pozasądowe egzekucje”, które można trafniej nazwać (jak czyni to Paul Woodward) „spekulacyjnymi morderstwami”, regularnie uśmiercają cywilów, w tym kobiety, dzieci, a ostatnio weselników. Są zabójczą wizytówką Waszyngtonu i jako takie gwarantują, że więcej Jemeńczyków dołączy lub udzieli wsparcia AQAP.

Proces tworzenia wrogów, których trzeba następnie zabić, zainicjowany został w Afganistanie w 2001 roku, nawet jeśli dla większości Amerykanów pozostaje informacyjną nowiną. Anand Gopal w opublikowanej w tych dniach książce No Good Men Among the Living: America, the Taliban, and the War Through Afghan Eyes („Brak szlachetnych pośród żywych: Ameryka, Talibowie i wojna widziana oczami Afgańczyków”) przedstawia oszałamiającą opowieść o tym, jak Stany Zjednoczone prowadziły w tym kraju przez blisko rok swoją „wojnę z terrorem” przeciwko – dosłownie – duchom. W konsekwencji reanimowały ruch Talibów, który już nie istniał, a następnie pogrążyły się w konflikcie, którego nie mogły wygrać. To historia dotychczas nieopowiedziana, chociaż bez niej nie sposób odnaleźć sens drugiej afgańskiej wojny Waszyngtonu. Tom Engelhardt

O tym, jak Stany Zjednoczone stworzyły wojnę w Afganistanie – i potem ją przegrały

No Good Men Among the LivingAutor: Anand Gopal (wersja oryginalna)

Był to typowy poranek w Kabulu. Plac Malika Ashgara zastawiony taksówkami Corolla, zielonymi jeepami policji, trąbiącymi mikrobusami i wściekłymi motocyklistami. Chłopcy sprzedawali telefoniczne karty, a mężczyźni wymachiwali plikami banknotów do wymiany, każdy torował sobie drogę wokół pojazdów, wśród spalin. Przy bramie Liceum Esteqial, jednej z najbardziej prestiżowych szkół w kraju, studenci kopali piłkę. Z ministerstwa edukacji jego zlokalizowanego naprzeciwko uczelni, wyblakłego, starego budynku w sowieckim stylu  wysypała się na ulicę kolejka pracowników. Właśnie przecinałem plac, kierując się do ministerstwa, kiedy zobaczyłem zamachowca-samobójcę.

Miał rysy skandynawskie. Ubrany w niebieskie dżinsy i białą koszulkę, z dużym plecakiem, zaczął strzelać na oślep w stronę ministerstwa. Z mojego miejsca, około 50 metrów od hotelu, nie mogłem dojrzeć jego twarzy, ale nie spieszył się i nie panikował. Ukryłem się za zaparkowaną taksówką. W krótkim czasie drogówka uciekła, a plac opustoszał.

Dwadzieścia osiem osób, w większości cywilów, zginęło tego dnia w 2009 roku w atakach przed ministerstwem edukacji, ministerstwem sprawiedliwości i w innych punktach miasta. Władze USA oskarżyły potem Siatkę Haqqanich, zagadkową brygadę z siedzibą w Pakistanie, która była pionierem seryjnych, miejskich ataków samobójczych z pierwszych stron gazet. W przeciwieństwie do innych grup Talibów, podejście Haqqanich do przemocy było światowe i wyrafinowane: angażowali Arabów, Pakistańczyków, nawet Europejczyków; inspirowała ich najnowsza radykalna myśl islamska. Ich przywódca, ponad siedemdziesięcioletni watażka Jalaluddin Haqqani, przypominał hybrydę Osamy bin Ladena i Ala Capone, tyleż zaciekły ideolog, co bezwzględny pragmatyk.

Po upływie wielu lat jego zwolennicy wciąż walczą. Stany Zjednoczone wycofują w tym roku znaczną część swoich wojsk, ale siły Operacji Specjalnych w liczbie 10.000, jednostki paramilitarne CIA i ich pełnomocnicy prawdopodobnie pozostaną, aby walczyć z Haqqanimi, Talibami i innymi pokrewnymi formacjami w wojnie, która zdaje się nie mieć końca. Tak dobrze okopani wrogowie czynią dzisiaj konflikt nieuchronnym – a wszystko mogło potoczyć się zupełnie inaczej.

Choć trudno to sobie teraz wyobrazić, w połowie 2002 roku w Afganistanie nie było rebelii: Al-Kaida pospiesznie opuściła kraj, a Talibowie przestali istnieć jako ruch wojskowy. Jalaluddin Haqqani oraz pozostali czołowi przywódcy Talibów próbowali nawiązać dialog z drugą stroną, aby znaleźć kompromis i złożyć broń. Jednakże dziesiątki tysięcy wojsk amerykańskich wylądowały po 11 września 2001 roku na afgańskiej ziemi w jednym celu: aby stoczyć wojnę z terrorem.

W mojej nowej książce Brak szlachetnych pośród żywych: Ameryka, Talibowie i wojna widziana oczami Afgańczyków informuję, że USA kontynuowały tę wojnę, chociaż nie miały wroga do walki. Aby zrozumieć, jak amerykańska batalia w Afganistanie stała się długoterminowym fiaskiem, zalecana jest lekcja (ukrytej) historii. W pierwszych latach po 2001 roku Waszyngton, motywowany przez idée fixe, że świat jest sztywno podzielony na obozy terrorystyczne i nie-terrorystyczne, sprzymierzył się z afgańskimi watażkami i siepaczami. Ich wrogowie stali się naszymi wrogami, a ich waśnie zostały przemianowane na „antyterroryzm” za sprawą błędnych konkluzji wywiadowczych. Historia Jalaluddina Haqqaniego, który z potencjalnego sojusznika Ameryki przeobraził się w jej największego wroga, to modelowy przypadek ilustrujący, jak „wojna z terrorem” stworzyła wrogów, których miała wykorzenić.

Kampania, aby zlikwidować Haqqaniego: 2001

Jalaluddin Haqqani jest średniego wzrostu, ma krzaczaste brwi, orli nos, szeroki uśmiech i okazałą brodę, która w pełnej krasie połyka połowę jego twarzy. W swojej ojczyźnie, trzech południowo-wschodnich prowincjach Afganistanu znanych zbiorczo jako Loya Paktia, jest kimś na kształt bohatera wojennego, anty-sowieckiego mudżahedina o legendarnej odwadze i niemalże mitycznej wytrzymałości. (Pewnego razu, kiedy go postrzelono, odmówił przyjęcia środków przeciwbólowych, bo pościł.) U schyłku zimnej wojny był wielbiony przez Amerykanów – kongresmen z Teksasu Charlie Wilson nazwał go „uosobieniem dobroci” – a także Osamę bin Ladena. W latach 80-tych Stany Zjednoczone zaopatrywały go w środki i broń w walce przeciwko wspieranemu przez sowietów reżimowi w Kabulu i Armii Czerwonej, natomiast radykalne grupy arabskie zapewniały nieprzerwany napływ rekrutów, aby wzmocnić jego nieustraszone siły afgańskie.

Amerykańscy oficjele mieli na myśli właśnie tę historię, kiedy w październiku 2001 roku rozpoczęła się druga afgańska wojna. W nadziei, że przekonają Haqqaniego (który w latach postradzieckich popierał Talibów i Al-Kaidę), aby przeszedł na ich stronę, ocalili jego terytorium w Loya Paktii przed intensywnymi bombardowaniami, które zafundowali reszcie kraju. Talibowie powierzyli mu dowództwo sił wojskowych; obie strony przeczuwały, że jego głos mógł zdecydować o przebiegu wojny. Haqqani spotkał się z czołówką Talibów i Osamą bin Ladenem, po czym niezwłocznie udał się do Pakistanu, gdzie wziął udział w serii spotkań z Pakistańczykami i wspieranymi przez USA Afgańczykami.

Jego przedstawiciele również zaczęli spotykać się z amerykańskimi urzędnikami w Islamabadzie, stolicy Pakistanu, i Zjednoczonych Emiratach Arabskich; Amerykanie ostatecznie zaproponowali mu układ: miał się poddać i trafić do aresztu, podjąć współpracę z nowymi afgańskimi władzami wojskowymi, a na wolność wyszedłby w bliżej nieokreślonym terminie. Dla Haqqaniego, jednej z najbardziej szanowanych i popularnych osobistości Loya Paktii, perspektywa pobytu za kratkami była niewyobrażalna. Arsala Rahmani, jego współpracownik, który później zostanie senatorem w rządzie afgańskim, powiedział mi: „Chciał piastować ważne stanowisko w Loya Paktii, a oni zaoferowali mu areszt. Nie mógł w to uwierzyć. Czy możesz sobie wyobrazić taką zniewagę?”

Haqqani odrzucił amerykańską ofertę, ale pozostawił otwarte drzwi do przyszłych rozmów. Jednak w Stanach Zjednoczonych panował etos: albo jesteś z nami, albo przeciwko nam. „Osobiście zawsze byłem przekonany, że Haqqani to osoba, z którą mogliśmy współpracować,” powiedział dziennikarzowi Joby’emu Warrickowi były pracownik wywiadu USA. „Ale w owym czasie nikt nie wybiegał w przyszłość, nie prognozował, gdzie będziemy za pięć lat. Autorzy strategii politycznej mówili po prostu: ‚Pieprzyć tych brązowych karłów.'”

Na początku listopada USA rozpoczęły bombardowanie Loya Paktii. Dwa dni później samoloty bojowe zaatakowały dom Haqqaniego w miejscowości Gardez, w pobliżu granicy z Pakistanem. Nie był obecny, ale w wybuchu zginął jego szwagier i służący. Następnego wieczoru amerykańskie odrzutowce uderzyły w szkołę wyznaniową w miejscowości Mata China, jedną z wielu, jakie Haqqani zbudował w Afganistanie i Pakistanie, aby zapewnić schronienie, wyżywienie i edukację biednym dzieciom. Malem Jan, przyjaciel rodziny Haqqanich, zjawił się następnego dnia rano. „Nigdy nie widziałem czegoś podobnego,” powiedział. „Było tak wiele ciał. Dach leżał na ziemi. Widziałem jedno żywe, uwięzione pod nim dziecko, ale nikt nie zdążył go stamtąd wydobyć.” Śmierć poniosły trzydzieści cztery osoby, głównie dzieci.

Haqqani był w swojej głównej rezydencji w pobliskiej miejscowości Zani Khel, zakurzonym skupisku lepianek, które kiedyś było anty-sowiecką twierdzą. „Usłyszeliśmy eksplozję, a następnie dźwięk przelatujących samolotów,” powiedział kuzyn, który mieszkał obok. „Poczuliśmy strach.” Haqqani schronił się w domu sołtysa, Mawlawiego Sirajuddina. Niedługo potem budynek zatrząsł się gwałtownie od bezpośredniego uderzenia. Haqqani odniósł ciężkie rany, ale zdołał wydostać się spod gruzów i uciec. Sirajuddin nie miał tyle szczęścia: jego żona Fatima, trzech wnuków, sześć wnuczek i dziesięcioro innych krewnych zginęło.

Nazajutrz rano Haqqani wysłał swoim podwładnym i podległym dowódcom wiadomość, aby się poddali. Amerykanie zdążyli już znaleźć lokalnego sojusznika w Loya Paktii, którego szukali – Pachę Khana Zadrana, niedoszłego przywódcę i zwolennika afgańskiego króla na wygnaniu. Z gęstą pojedynczą brwią i wąsami, PKZ (jak nazywali go Amerykanie) przypominał afgańskiego Saddama Husajna. Ten ekstrawagancki i porywczy analfabeta pod wieloma względami był przeciwieństwem Haqqaniego, któremu przelotnie służył podczas anty-sowieckiego dżihadu. Do Loya Paktii przybył zaraz po ucieczce Talibów w połowie listopada i z miejsca ogłosił się zarządcą trzech prowincji. Bezzwłocznie scementował relacje z Amerykanami, obiecując, że dostarczy im człowieka, którego teraz poszukują najbardziej: Jalaluddina Haqqaniego.

„Kiedy widziałem go ostatni raz,” wspominał Malem Jan, „był zmartwiony i zdenerwowany. Powiedział, żebym się ratował i wyjechał, bo Pacha Khan nie pozwoli nam żyć.” Pod koniec listopada, o świcie, Haqqani przedarł się przez granicę z Pakistanem. W miejscu publicznym nie pokazał się już nigdy więcej.

Próba pojednania idzie z dymem: 2001

W dniu 20 grudnia 2001 roku, wspierany przez Amerykę Hamid Karzaj przygotowywał się do swojej inauguracji jako tymczasowy prezydent Afganistanu. Konwój prawie 100 osób ze starszyzny najważniejszych plemion Loya Paktii wybrał się owego popołudnia do Kabulu, aby pogratulować Karzajowi i zadeklarować swą lojalność; gest, który dalece przyczyniłby się do legitymizacji jego rządów wśród granicznej ludności kraju. Haqqani wysłał z Pakistanu członków rodziny, bliskich przyjaciół i sojuszników politycznych, aby dołączyli do konwoju – gałązka oliwna pokoju dla nowego rządu.

Długi na około 30 pojazdów konwój przemierzał pustynię przez wiele godzin. Przed zachodem słońca dotarł do szczytu wzgórza i został zmuszony do zatrzymania: PKZ i setki jego uzbrojonych ludzi blokowały drogę. Malek Sardar, senior plemienia Haqqanich, zbliżył się do niego. „Domagał się, aby starszyzna uznała go za lidera Loya Paktii,” powiedział mi Sardar. „Zażądał z miejsca naszych odcisków kciuka i podpisów.” Sardar obiecał, że wróci po inauguracji, aby omówić tę kwestię, ale PKZ nie ustąpił, zatem konwój cofnął się i wyruszył w poszukiwaniu alternatywnej drogi do Kabulu.

Korzystając ze swojego telefonu satelitarnego, Sardar zadzwonił do urzędników w stolicy Afganistanu i konsulacie USA w pakistańskim Peszawarze z prośbą o pomoc, ale było za późno. PKZ, który miał już posłuch kluczowych amerykańskich oficerów, poinformował ich, że kawalkada „Haqqani-Al-Kaida” przedziera się do Kabulu. Zaraz po tym, wśród ogłuszających eksplozji, samochody zaczęły stawać w płomieniach. „Widzieliśmy rozbłyski na niebie, ogień był wszędzie. Ludzie krzyczeli, a my biegliśmy,” powiedział Sardar. Amerykanie bombardowali konwój. Ataki trwały godzinami. Kiedy Sardar i inni schronili się w dwóch okolicznych wsiach, samoloty zawróciły i uderzyły w obie lokalizacje, niszcząc prawie 20 domów i zabijając dziesiątki mieszkańców. W sumie w zamachu zginęło 50 osób, w tym wielu szacownych przedstawicieli starszyzny plemiennej.

Był już późny grudzień i w Qale Niazi, osadzie, która była twierdzą Haqqanich w latach 80-tych, przerażona bombardowaniem starszyzna przejęła kontrolę nad leciwym arsenałem. „Nie chcieliśmy, aby broń tę przejął i wykorzystał Pacha Khan,” powiedział senior plemienia Fazel Muhammad. „Powinna należeć do rządu Karzaja, a więc strzegliśmy jej do przyjazdu urzędników.”

Pewnej nocy, kiedy szedł drogą do wsi na wesele, usłyszał amerykańskie samoloty. Chwilę później znajdujące się przed nim lepianki eksplodowały od bezpośredniego uderzenia. Druga bomba trafiła w skład broni, wywołując serię wybuchów. Nocne niebo zapaliło się, oświetlając uciekające kobiety i dzieci. „Nadleciało kilka śmigłowców,” powiedział Muhammad, „i osoby te przestały istnieć.”

Rano Fazel Muhammad szukał domu swoich krewnych, gdzie odbywało się wesele, ale znalazł tylko zdruzgotane błotne cegły, odkształcone ramki zdjęć, zdeformowane naczynia, dziecięcy but, skórę głowy z warkoczem i oderwane ludzkie palce. Plemienna komisja powołana później, aby zbadać masakrę ustaliła, że PKZ przekazał Amerykanom „informację wywiadowczą”, że Qale Niazi to bastion Haqqanich. Według dochodzenia ONZ zginęły 52 osoby: 17 mężczyzn, 10 kobiet i 25 dzieci.

Pojednanie i płomienie: 2002

W ciągu sześciu tygodni amerykańska kampania, której celem była likwidacja Jalaluddina Haqqaniego przyniosła rezultat w postaci 159 martwych cywilów, zrównanej z ziemią wsi, 37 zniszczonych domów, rozbitego plemiennego przywództwa i awansu jednego człowieka, Pachy Khana Zadrana, na pozycję najważniejszego gracza w Loya Paktii. Tymczasem Haqqani i jego zwolennicy ukrywali się w Pakistanie, obserwując utratę trzech prowincji, w których cieszyli się prestiżem i bogactwem. Życie w Pakistanie okazało się być odrobinę lepsze. Podczas gdy Haqqani zaszył się w Peszawarze, jego rodzina wycofała się na przedmieścia Miram Shah, stolicy plemiennej agentury Północnego Waziristanu. Pakistańska armia ściśle wówczas współpracowała z Waszyngtonem, aby zgarnąć podejrzanych Al-Kaidy i Talibów. W grudniu jej żołnierze wtargnęli do domu w Miram Shah i zaaresztowali jego syna, Sirajuddina. Kilka tygodni później przeprowadzili szturm na kryjówkę w Peszawarze – Haqqani zbiegł w ostatniej chwili.

Przez kolejne miesiące oddziały sił specjalnych USA wkraczały nieoficjalnie na terytorium Pakistanu, aby przeprowadzać obławy na domy i seminaria Haqqaniego, co wzbudziło gniew społeczności lokalnej. „Nigdy nie pozwolimy komukolwiek zniszczyć naszych religijnych instytucji,” powiedział Hajji Salam Wazir, nestor plemienia. „Jestem zaskoczony, w jaki sposób Amerykanie wykorzystują muzułmanów,” dodał. „Do wczoraj Haqqani był dla USA bohaterem i bojownikiem o wolność i wysyłali swoich najlepszych ekspertów wojskowych, aby go szkolić. Teraz jest terrorystą.”

Zagrożony z jednej strony pakistańskim aresztowaniem, a z drugiej amerykańskim zamachem, Haqqani postanowił raz jeszcze nawiązać kontakt z afgańskim rządem. W marcu 2002 roku wysłał swojego brata Ibrahima Omariego do Afganistanu, aby pojednać się z Karzajem. Podczas publicznej ceremonii z udziałem setek przedstawicieli plemiennej starszyzny i lokalnych dygnitarzy Omari zadeklarował lojalność wobec nowego rządu i wezwał zwolenników Haqqaniego do powrotu z Pakistanu i podjęcia współpracy z władzami. Następnie został mianowany szefem rady plemiennej prowincji Paktia, instytucji mającej połączyć starszyznę z rządem w Kabulu. Niebawem setki dawnych, podległych Haqqaniemu dowódców, obawiających się PKZ, wyszło z ukrycia.

Malem Jan był jednym z nich. Z długimi, zakręconymi rzęsami, cieniem do oczu i wypolerowanymi paznokciami, miał zamiłowanie do tańca, któremu często oddawał się solo ku uciesze swoich towarzyszy. Był również utalentowanym dowódcą, który walczył pod wodzą Haqqaniego we wczesnych latach 90-tych przeciwko władzy komunistycznej. Wiosną 2002 roku skrzyknął swoich dawnych bojowników i rychło zaczęli pracować dla CIA jako jednostka paramilitarna, zapewniając bezpieczeństwo amerykańskim misjom przeciwko Al-Kaidzie.

„To był dobry czas,” wspominał Malem Jan. „Ścisła współpraca, dzielenie posiłków i plotek.” Milicje CIA, których pół tuzina znajdowało się w Loya Paktii, bez ociągania urosły do rozmiarów liczącej 3.000 osób armii cieni – zwanej zbiorczo Zespołem Pościgu Antyterrorystycznego – która do dzisiaj działa poza jurysdykcją rządu afgańskiego i podlega wyłącznie siłom USA.

Kontakty między Haqqanim i CIA zostały odnowione, rolę pośrednika pełnił jego brat, Omari. Zaplanowano spotkanie Haqqaniego z przedstawicielami agencji. Kluczem do porozumienia była gwarancja jego powrotu do Afganistanu i udziału w życiu politycznym Loya Paktii. Problemem był PKZ, który obserwował te posunięcia z zazdrością i nadal zabiegał o bezpośrednią kontrolę trzech prowincji. „Muszę uzyskać pozwolenie na przejęcie władzy jako gubernator,” oświadczył na łamach Austin American-Statesman. „Jeśli nie będę nim ja, będzie to ktoś z Al-Kaidy.”

Kiedy Karzaj powołał nowego człowieka, aby zarządzał prowincją Paktia, PKZ wykonał swój ruch – przystąpił do oblężenia rezydencji gubernatora i zabił 25 osób. W tym samym czasie przekonał amerykańskich oficerów do powstrzymania rodu Haqqanich. Pewnego wieczoru, kiedy Omari składał domową wizytę u państwowego urzędnika niedaleko Kabulu, pojawiły się siły specjalne USA – bez wiedzy CIA – i zaaresztowały go. W tym samym tygodniu do podobnych zatrzymań zwolenników Haqqanich doszło na całym obszarze Loya Paktii.

Kiedy tylko Malem Jan zorientował się w sytuacji, uciekł do Pakistanu, ale część jego podwładnych schwytano i wysyłano do nowego amerykańskiego więzienia w bazie lotniczej Bagram – szybko rozwijającego się centrum dowodzenia. Swat Khan, jego zastępca, powiedział, że podczas początkowego przesłuchania powieszono go za nadgarstki u sufitu. Później pobito. W końcu został przewieziony do Guantanamo, gdzie po kilku latach próbował popełnić samobójstwo. „Kiedy zamykam oczy, ten koszmar trwa,” powiedział mi po wyjściu z więzienia. „Nigdy mnie nie opuszcza.”

Minęły miesiące zanim CIA uświadomiła sobie, że Omari znajdował się w amerykańskim areszcie. Kiedy w końcu został zwolniony, wyglądał jak inny człowiek. W zimny, jesienny dzień, na wzgórzu opodal miasta Chost, setki reprezentantów starszyzny plemiennej i urzędników przyszły, aby go przyjąć. Obecni byli dygnitarze z osad zbombardowanych i zaatakowanych przez amerykańskie odrzutowce i siły PKZ, seniorzy, którzy przeżyli katastrofalny konwój, rolnicy, których synowie zostali zesłani do Guantanamo.

„Na początku nie mogłem go nawet rozpoznać,” powiedział senior plemienia, Malek Sardar. „Nie chciał rozmawiać o tym, co mu zrobili. Nie zadawaliśmy pytań, bo najwyraźniej było to zbyt bolesne.” Powoli, drżącym głosem Omari zwrócił się do tłumu. Powiedział, że wiązanie nadziei z Amerykanami lub rządem jest bezcelowe. Niektórzy seniorzy głośno ubliżali Karzajowi. Inni mówili, że Amerykanie nie różnią się od Rosjan. Omari przysiągł, że nie postawi stopy na afgańskiej ziemi dopóki nie będzie wolna od „niewiernych”. Niedługo potem wyjechał do Pakistanu.

Siatka Haqqanich: 2004-2014

W lecie 2004 roku Malem Jan siedział właśnie z Sirajuddinem Haqqanim, drugim synem Jalaluddina, w swojej pakistańskiej bazie w mieście Miram Shah w Północnym Waziristanie, kiedy obaj usłyszeli swoje nazwiska na BBC. Amerykanie oferowali odpowiednio 250.000 i 200.000 dolarów nagrody za informacje, które doprowadzą do ich schwytania. Zamknięty w sobie, religijny i szalenie inteligentny, młodszy Haqqani szybko przejmował ster siatki schorowanego ojca; uśmiechnął się na myśl, że za jego zastępcę Malema Jana dają więcej. „Mówi się, że ten, za którego głowę nagradzają najsowiciej jest najbliżej Boga,” zażartował.

Haqqani prowadzili teraz otwartą wojnę z Amerykanami. Podczas gdy jego ojciec przewodniczył Loya Paktii przy społecznym poparciu, Sirajuddin rządził w cieniu poprzez strach – skrytobójstwa, porwania, wymuszenia i przydrożne zamachy bombowe. Miram Shah stało się światową stolicą radykalnego dżihadu, domem Al-Kaidy i zgrupowania Czeczenów, Uzbeków i Europejczyków walczących pod sztandarem Haqqanich. ISI, pakistańska służba wywiadowcza, wspierała teraz Haqqanich, próbując w ten sposób wpływać na wydarzenia wewnątrz Afganistanu, chociaż publicznie Islamabad sprzymierzył się z Waszyngtonem.

Klasyfikując pewne grupy jako terrorystyczne i działając później w oparciu o te klasyfikacje, Stany Zjednoczone niebacznie stworzyły dokładnie takie warunki, które zamierzały zwalczać. Do 2010 roku siatka Haqqanich była najbardziej zabójczym skrzydłem coraz bardziej brutalnej rebelii, która pozbawiała życia zarówno niezliczonych cywilów, jak i żołnierzy amerykańskich. Trudno było nawet sobie przypomnieć, że w połowie 2002 roku siły amerykańskie były bez wroga: niedobitki Al-Kaidy uciekły do Pakistanu, Talibowie byli w stanie rozkładu, a Haqqani dążyli do zgody.

Skoro Pacha Khan Zadran zdołał przekonać amerykańskich sojuszników, że jest inaczej, to stała za tym sama logika wojny z terroryzmem. „Terroryzm” był rozumiany nie jako zbiór taktyk (przetrzymywanie zakładników, zabójstwa, zamachy bombowe), ale jako coś, co jest zakorzenione w samej tożsamości sprawców, podobnie jak wzrost czy temperament. Oznaczało to, że uznany za „terrorystę” Jalaluddin Haqqani nie był w już stanie pozbyć się tej etykiety, nawet kiedy próbował się pojednać. Z drugiej strony, gdy PKZ ostatecznie zerwał z rządem Karzaja i wymierzył broń w Amerykanów, nie otrzymał etykiety terrorysty, lecz „renegata.” (W końcu uciekł do Pakistanu, został aresztowany, przekazany afgańskiemu rządowi, a później wybrany do parlamentu.)

W ostatnich latach USA prowadziły przy użyciu dronów intensywną kampanię przeciwko twierdzy Haqqanich w Północnym Waziristanie. Zabito dziesiątki dowódców, w tym wojskowego lidera, Badruddina Haqqani. Wielu innych zaaresztowano. Dzisiaj siatka Haqqanich jest cieniem minionej potęgi.

Jednakże wpływ grupy nie zanika. W 2012 roku otrzymałem telefon od rodziny Arsala Rahmaniego, zaprzyjaźnionego afgańskiego senatora. Tego ranka, na zatłoczonym skrzyżowaniu, obok auta Rahmaniego zatrzymał się zamachowiec i zastrzelił go. Później dowiedziałem się, że rozkaz wydał Najibullah, dawny dowódca lojalny wobec siatki Haqqanich; założył własną frakcję Mahaz-e-Fedayeen, której bezwzględność sprawia, że Haqqani wyglądają na amatorów. Jego grupa, będąca na celowniku amerykańskich sił antyterrorystycznych, jest po prostu najnowszym wrogiem w wojnie, która nie ma końca.

Tłumaczenie: exignorant

Ten wpis został opublikowany w kategorii Imperialne wojny, militaryzm i terror państwowy i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.