Weteran korporacyjnych wojen imperium: Pożegnanie

W konsekwencji operacji Iracka Wolność – inwazji USA i sił „koalicji sprzymierzonych” – zginął co najmniej milion Irakijczyków.

Daniel Somers z rodzicami - Howardem i Jean

Daniel Somers z rodzicami – Howardem i Jean

Daniel Somers był żołnierzem Gwardii Narodowej Stanów Zjednoczonych. Uległ patriotycznej histerii wznieconej przez kłamstwa administracji George’a Busha w miesiącach poprzedzających atak na Irak. Zaciągnął się w 2003 roku. Przez 13 miesięcy służył w Taktycznym Oddziale Wywiadu Osobowego. Do Iraku powrócił w 2007 roku. Łącznie uczestniczył w przeszło 400 misjach.

10 czerwca 2013 popełnił samobójstwo. Miał 30 lat, jego życiową pasją była muzyka.

Pozostawił pożegnalny list.

Przykro mi, że musiało do tego dojść.

Tak naprawdę już od dawna wstawałem rano motywowany jedynie tym, żebyście nie musieli mnie pogrzebać. W miarę jak sytuacja ulegała pogorszeniu, stało się jasne, że nie jest to wystarczający powód, aby ciągnąć dalej. Faktem jest, że nie wracam do zdrowia, nie powrócę do zdrowia, a moja kondycja z czasem popsuje się jeszcze bardziej. Z logicznego punktu widzenia lepiej jest po prostu zakończyć to szybko i pozwolić, aby wynikłe konsekwencje wybrzmiały w trybie krótkoterminowym, niż przeciągać sprawy w odległą przyszłość.

Możliwe, że przez jakiś czas będzie Wam smutno, ale z czasem zapomnicie i zaczniecie żyć dalej. Wolę to, niż pogrążanie Was, karmienie swoim wzbierającym cierpieniem przez lata i dekady. Dlatego, że Was kocham, nie mogę Wam tego zrobić. Kiedy miną kolejne dni, podczas których nie będziecie zmuszeni martwić się i nawet myśleć o mnie, zrozumiecie, że tak jest znacznie lepiej. Przekonacie się, że Wasz świat jest beze mnie lepszy.

Naprawdę starałem się nie poddawać od ponad dziesięciu lat. Każdy dzień był dowodem na to, jak bardzo mi zależało; horror, którego opisać nie sposób, znosiłem tak dyskretnie jak mogłem, abyście czuli, że możecie na mnie liczyć. W rzeczywistości byłem niczym więcej niż rekwizytem, wypełniałem przestrzeń, aby moja nieobecność była niezauważalna. Prawdę mówiąc byłem nieobecny od bardzo dawna.

Moje ciało stało się wyłącznie klatką, źródłem bólu i ciągłych problemów. Moja choroba wywołuje ból, którego nie są w stanie uśmierzyć nawet najsilniejsze środki, a panaceum nie ma. Przez cały dzień, każdego dnia, w każdym zakończeniu nerwowym mojego ciała trwa niewyobrażalna agonia. Niewiele różni się od tortur. Mój umysł jest pustkowiem wypełnionym wizjami niewiarygodnej grozy, nieustającego przygnębienia i paraliżującego lęku, nawet przy wszystkich medykamentach, które lekarze mają odwagę przepisać. Proste rzeczy, które wszyscy traktują jako naturalne i oczywiste, są dla mnie prawie niemożliwe. Nie potrafię śmiać się, ani płakać. Z trudem wychodzę z domu. Żadna czynność nie sprawia mi przyjemności. Wszystko po prostu sprowadza się do oczekiwania na ponowne zaśnięcie. Niekończący się sen zdaje się być teraz największym wybawieniem.

Nie wolno Wam się obwiniać. Prosta prawda jest taka: podczas mojej pierwszej misji [w Iraku] zostałem zmuszony do udziału w rzeczach, których ogrom trudno opisać. Zbrodnie wojenne, zbrodnie przeciwko ludzkości. Choć nie uczestniczyłem w nich dobrowolnie i podjąłem w swoim odczuciu największy osobisty wysiłek, aby te wydarzenia powstrzymać, istnieją rzeczy, których człowiek nie może zwyczajnie pozostawić za sobą. Do pewnego stopnia jestem z tego dumny, ponieważ prowadzenie normalnego życia po udziale w czymś takim byłoby według mnie oznaką socjopatii. Rzeczy [o których mówię] wykraczają daleko poza to, czego świadoma jest większość ludzi.

Zmuszenie mnie do robienia tych rzeczy, a następnie uczestnictwa w zatarciu śladów, to więcej, niż ma prawo zażądać jakakolwiek władza. Potem ten sam rząd odwrócił się i porzucił mnie. Nie oferują żadnej pomocy i za pośrednictwem skorumpowanych agentów Wydziału Antynarkotykowego aktywnie blokują próby uzyskania wsparcia z zewnątrz. Wina spoczywa na nich.

Poza tym mam jeszcze inne przypadłości fizyczne, które mnie obezwładniają, i w związku z którymi rząd także nie oferuje żadnej pomocy. Być może nastąpiłby do tej pory pewien postęp, gdyby przez blisko dwadzieścia lat nie negowano istnienia choroby*, która dotknęła mnie i mnóstwa innych [żołnierzy]. Dodatkowo sprawy komplikują odniesione urazy mózgu, których zrozumienie zdaje się być poza obszarem starań rządowych specjalistów. Wiadomo jednak, że każde z tych uszkodzeń powinno być wystarczającą przyczyną natychmiastowej pomocy medycznej, której mi nie udzielono.

Na zakończenie raz jeszcze pojawia się Wydział Antynarkotykowy, ponieważ jego agenci zdołali stworzyć taką kulturę strachu w środowisku służby zdrowia, że lekarze są zbyt przestraszeni, aby podjąć niezbędne kroki nawet w ramach kontroli objawów. Wszystko pod pozorem całkowicie spreparowanej „epidemii przepisywania leków”, która na tle poważnych badań [na ten temat] okazuje się być fałszem. Być może z odpowiednim lekiem we właściwej dawce mogłem zapewnić sobie parę przyzwoitych lat, ale nawet i to rozwiązanie przerasta reżim zbudowany na idei, że cierpienie jest szlachetne a ulga jest tylko dla słabych.

Jednak gdy wyzwania stojące przed osobą są już tak wielkie, że z walki zrezygnowałby tylko najsłabszy, te dodatkowe czynniki wystarczą, aby pchnąć człowieka poza granicę normalności.

Czy może dziwić, że według najnowszych danych każdego dnia samobójstwo popełnia 22 weteranów? To więcej niż liczba dzieci zabitych w [szkole] Sandy Hook, codziennie. Gdzie są wielkie inicjatywy polityczne? Dlaczego prezydent nie stoi u boku tych rodzin? Być może dlatego, że nie zabił nas szaleniec, ale nasz własny system dehumanizacji, zaniedbania i obojętności.

Znajdujemy się w punkcie, w którym możemy oczekiwać jedynie nieustającego bólu, niedoli, ubóstwa i niesławy. Zapewniam Was, że kiedy liczba samobójstw w końcu spadnie, stanie się tak tylko dlatego, że osoby doświadczone najbardziej będą już martwe.

W imię czego? Religijnego obłędu Busha? Powiększającej się fortuny [wiceprezydenta] Cheney’a i jego korporacyjnych kolesiów? Czy dlatego niszczymy życie?

Od tamtego czasu próbowałem wszystkiego, aby wypełnić pustkę. Starałem się uzyskać pozycję większej władzy i wpływów, aby podjąć próbę zadośćuczynienia niektórym krzywdom. Powtórnie wróciłem do czynnej służby za granicą i położyłem nacisk na ratowanie życia. Prawda jest jednak taka, że wszyscy nowo ocaleni nie zastąpią tych, którzy zostali zamordowani. Jest to ćwiczenie z zakresu daremności.

Potem dążyłem do zastąpienia destrukcji twórczością. Przez pewien czas pozwoliło mi to odwrócić uwagę, ale nie mogło trwać. Faktycznie każda wersja zwyczajnego życia uwłacza tym, którzy zginęli z mojej ręki. Jak niby mógłbym zachowywać się tak jak inni, podczas gdy wdowy i sieroty, które stworzyłem nadal zmagają się z bólem? Gdyby mogły zobaczyć mnie jak siedzę tu sobie na przedmieściach w komfortowym domu i pracuję nad projektem muzycznym byłyby oburzone, i słusznie.

Myślałem, że zrobię jakieś konkretne postępy z projektem filmowym, może zdołam nawet bezpośrednio zwrócić się do tych, których skrzywdziłem, odsłaniając większą prawdę, ale i to zostaje mi teraz odebrane. Obawiam się, że podobnie jak wszystko inne, co wymaga zaangażowania ludzi, którzy nie potrafią czegoś zrozumieć z tej racji, że nigdy nie znaleźli się w podobnym położeniu, inicjatywa ta rozsypie się, bo na drodze stanie troska o własne kariery.

Ostatnia myśl, która zrodziła się w moim umyśle dotyczy ostatniej misji. Prawdą jest, że odnajduję wytchnienie robiąc rzeczy na skalę życia i śmierci. Chociaż miło jest rozważać myśl o zrobieniu użytku ze swoich umiejętności, doświadczenia i instynktu zabójcy, prawda jest taka, że nie jest to realistyczne. Po pierwsze istnieje problem logistyki finansowania i wyposażenia własnej operacji [paramilitarnej], po wtóre istnieje perspektywa nieuniknionej, makabrycznej śmierci, międzynarodowych incydentów i etykiety terrorysty, którą przyczepią mi media. Tak naprawdę powstrzymuje mnie jedno – po prostu jestem zbyt chory, aby być skutecznym w terenie. To także zostało mi odebrane.

Zatem nie pozostało mi w zasadzie nic. Zbyt mocno usidlony przez pułapkę wojny, aby trwać w pokoju, zbyt wyniszczony fizycznie, aby być w stanie wojny. Porzucony przez tych, którzy obierają łatwą drogę i będący ciężarem dla tych, którzy wytrzymują do końca – i zasługują na coś lepszego. Zatem widzicie, że nie tylko ja korzystam na swojej śmierci – świat beze mnie jest lepszym miejscem.

Właśnie to przywiodło mnie do mojej prawdziwej ostatniej misji. Nie jest nią samobójstwo, ale litościwe zabójstwo. Wiem, jak się zabija, wiem, jak zrobić to bezboleśnie. Było szybkie, nie cierpiałem. I przede wszystkim jestem teraz wolny. Nie czuję już bólu. Nie mam koszmarów, retrospekcji i halucynacji. Nie jestem w stanie ciągłej depresji lub strachu.

Jestem wolny.

Proszę, abyście byli z mojego powodu szczęśliwi. To chyba najlepsze wyjście, na jakie mogłem mieć nadzieję. Proszę, zaakceptujcie to.

Daniel Somers

* Zespół stresu pourazowego

Ten wpis został opublikowany w kategorii Imperialne wojny, militaryzm i terror państwowy i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.