Wojna w cieniu

W styczniu bieżącego roku dziennikarz Chris Hedges – wspierany m.in. Noama Chomsky’ego, Dana Ellsberga i Birgittę Jonsdottir pozwał prezydenta Baracka Obamę, który w sylwestrowy wieczór 2011 podpisał National Defense Authorization Act (Ustawa o Upoważnieniu Obrony Narodowej). Hedges zakwestionował legalność klauzuli Authorization for Use of Military Force (Upoważnienie do Użycia Sił Zbrojnych), zezwalającej na bezterminowe zamknięcie w wojskowym areszcie osób, które zdaniem władz udzielają „znaczącego wsparcia” Al-Kaidzie, Talibom lub „siłom z nimi powiązanym”. Zaatakował otwarcie farsę obywatelskiego prawa, czyli niekończącą się „wojnę z terroryzmem” prowadzoną przez polityków z obu stron politycznej sceny, która inspiruje coraz bardziej intensywne akcje odwetowe cudzoziemców, jak chociażby wściekłe ataki na amerykańskie konsulaty w Egipcie i Libii:Obłąkańcza ‚wojna z terroryzmem’ jest tak nieokreślona i mglista, jak każdy podobny konflikt w państwie totalitarnym. Odmienność opinii jest coraz częściej utożsamiana w tym kraju ze zdradą. Wrogowie podobno czają się w każdej organizacji, która nie intonuje patriotycznych mantr podawanych przez państwo. Ustawa ta wzmaga wzbierającą paranoję państwa. Rozszerza naszą permanentną wojnę o każdy zakątek globu. Wymazuje podstawowe swobody konstytucyjne. Oznacza, że nie możemy już używać słowa ‚demokracja’, aby opisać nasz polityczny system. Bierna i tchórzliwa Partia Demokratyczna, która udałaby oburzenie, gdyby to George W. Bush nadał ustawie moc prawną, wydaje się być skłonna odpuścić Obamie. Ja tak nie postąpię. To, co zrobił jest niewybaczalne, niekonstytucyjne i nader niebezpieczne”. Komentując decyzję prezydenta umożliwiającą bezterminowy areszt – uprawomocnioną bez większego sprzeciwu przez obie partie – autor zapytał „dlaczego obywatele USA muszą być teraz specjalnie wyróżniani wojskowym aresztem i odmową właściwej procedury prawnej, skoro zgodnie z Upoważnieniem do Użycia Sił Zbrojnych z 2001 roku prezydent najwyraźniej może znaleźć prawny pretekst, aby pełnić rolę sędziego, ławy przysięgłych i kata likwidującego obywateli USA?”

W maju sędzina okręgowa Katherine Forrest wydała tymczasowy nakaz blokujący wprowadzenie zezwolenia na bezterminowy areszt wojskowy. Rząd USA złożył odwołanie 6 sierpnia. W środę 12 września sędzina Forrest zmieniła tymczasowy nakaz sądowy na stały. Krótkotrwałe może to być zwycięstwo – prezydent Obama, który podczas pogrzebu zamordowanego w Libii „ambasadora” Christophera Stevensa tak elokwentnie prawił o wolności i ochronie amerykańskich obywateli, zdążył już wnieść apelację od wyroku. (na podst. ZeroHedge)

Autor: Chris Hedges (wersja oryginalna)

20 sierpnia 2012 

W zeszłym roku szwedzki dokumentalista wprowadził na ekrany film pt. „Ostatni rozdział – Żegnaj Nikaraguo”. Przyznał w nim, że nieświadomie ułatwił bombowy zamach, niemal na pewno zorganizowany przez nikaraguański rząd sandinistów – odebrał on życie trojgu reporterom, z którymi pracowałem w Ameryce Środkowej. Jednym z nich była Linda Frazier, matka 10-letniego syna. W maju 1984 roku wybuch w La Penca w Nikaragui, na granicy z Kostaryką, rozerwał jej nogi. Wykrwawiła się na śmierć w drodze do najbliższego szpitala w Ciudad Quesada w Kostaryce.

Wyznanie Petera Torbiornssona o tym, że nieopatrznie zabrał na konferencję prasową zamachowca, to okno na brudny świat szpiegostwa, terroryzmu i zabójstw – były one intymną częścią każdego konfliktu, który relacjonowałem. Obnażyło ono cynizm tajnych agentów działających po każdej ze stron, mężczyzn i kobiet, którzy zarabiają na życie kłamiąc i oszukując; którzy dopuszczając się zdrady niszczą relacje, nawet wzajemne; którzy kradną i popełniają morderstwa. Rozpoznaje się ich z miejsca. Ich ideologiczna lojalność nie ma znaczenia. Mają nieobecny wzrok osób oderwanych, mglistą przeszłość, podejrzane i niejasne powiązania. Opowiadają niespójne osobiste historie i praktykują drobne wybiegi, które są częścią patologicznej niezdolności do mówienia prawdy. Miewają przyjemną powierzchowność, bywają nawet czarujący, ale są również niezmiennie próżni, nieuczciwi i groźni. Nie można im ufać. Nie jest ważne, po czyjej są stronie. Wszyscy są tacy sami. Gangsterzy.

Wszystkie państwa i ugrupowania zbrojne rekrutują i wykorzystują członków tej podklasy. Osobowości te grawitują ku agencjom wywiadowczym, komórkom terrorystycznym, bezpieczeństwu wewnętrznemu, departamentom policji, służbom specjalnym i grupom rewolucyjnym, w których mogą prowadzić życie oswobodzone z moralnych i prawnych ograniczeń. Dobro i zło zostało z ich słownictwa wyeksmitowane. Gardzą restrykcjami demokracji. Żyją w rozmytym półświatku, aby zaspokoić swoją żądzę władzy i przemocy. Nie interesuje ich dyplomacja, a jeszcze mniej pokój. Pokój zakończyłby ich intratne kariery; z ich perspektywy jest on po prostu chwilową absencją wojny, którą w swoim niewzruszonym przeświadczeniu uznają za nieuniknioną. Ich praca polega na użyciu przemocy, aby oczyścić świat ze zła. A w Stanach Zjednoczonych swoimi zakładnikami uczynili służbę dyplomatyczną i establishment polityki zagranicznej. CIA stała się monstrualną prywatną armią – jak zauważył Chalmers Johnson w swojej książce „Nemezis: Ostatnie dni Amerykańskiej Republiki” – która „nie odpowiada przed Kongresem, prasą i społeczeństwem, bowiem wszystko, co robi jest tajemnicą”. C. Wright Mills nazywa ten stan „wojskową metafizyką” – „lity umysł, który definiuje międzynarodową rzeczywistość jako zasadniczo militarną”.

Od czasu zamachów z 11 września 2001 budżet Dowództwa Operacji Specjalnych USA (USSOCOM) – które obejmuje Zielone Berety, pułk Rangersów i siły specjalne amerykańskiej marynarki (Navy SEALs) – zwiększył się czterokrotnie. Obecnie funkcjonuje około 60.000 agentów USSOCOM, którym prezydent może zlecić morderstwo bez uzyskania akceptacji Kongresu lub informowania opinii publicznej. Dodajcie do tego liczebny wzrost agentów wywiadu. Jak donosi na łamach „Washington Post” Dana Priest i William M. Arkin, „Przed końcem 2001 roku utworzono dwadzieścia cztery [nowe] organizacje wywiadowcze, włącznie z Biurem Bezpieczeństwa Wewnętrznego i grupą do zadań specjalnych śledzącą aktywa zagranicznych terrorystów. W 2002 roku powołano 37 innych, aby tropiły broń masowego rażenia, zbierały meldunki o zagrożeniach oraz koordynowały odnowione zainteresowanie antyterroryzmem. W roku następnym pojawiło się 36 nowych organizacji, po nich kolejnych 26; później 31; potem 32, a dalej ponad 20 rocznie począwszy od 2007 przez 2008, aż po 2009. W sumie w odpowiedzi na zamach z 11 września 2001 utworzono lub zreorganizowano co najmniej 263 organizacje”.

Aktualnie działa wiele tysięcy tajnych agentów, prawie każdy z nich jest uzbrojony, zaopatrzony w licencję na porywanie, torturowanie i zabijanie, pracuje za granicą lub w kraju, praktycznie bez nadzoru i namiastki transparentności. Stworzyliśmy państwo w państwie. Aż 40 procent budżetu obronnego okrywa tajemnica państwowa, podobnie jak budżet każdej agencji wywiadowczej. Zakosztowałem dość tego podziemnego świata, aby się go bać. Kiedy nadajesz uprawnienia ludziom tego pokroju, eliminujesz praworządność. Nadajesz uprawnienia przestępcom i mordercom. Jeden z tych agentów-weteranów CIA, Felix Rodriguez, był w Salwadorze, gdy przebywałem tam w czasie wojny na początku lat 80-tych. Nosił Rolexa, który należał do Che Guevary. Zdjął go z nadgarstka Guevary po uprzednim skazaniu go na śmierć w boliwijskiej dżungli. Później wpadłem na tajnych agentów na Bliskim Wschodzie, w Afryce i Jugosławii, których poznałem podczas wojen w Ameryce Środkowej. Ucinaliśmy krótkie pogawędki po hiszpańsku. Dziwne było to bractwo, nawet z perspektywy outsidera. Wielka Gra.

Te ciemne siły wywołały tyle samo spustoszenia lub niechcianych konsekwencji na Bliskim Wschodzie, co w Ameryce Łacińskiej. Zanim ich dzieło zostanie zwieńczone, legiony dżihadystów gotowych wysadzić się w powietrze w intencji zniszczenia Ameryki będą tak liczne, że islamscy radykałowie nie będą nadążać z zaopatrzeniem w materiały wybuchowe. Ci tajniacy rozpowszechniają samospełniającą się przepowiednię. Wzniecają pożar destabilizacji, który pozwala im mnożyć się niczym karaluchy. Dziesiątki przeprowadzonych przez CIA pod koniec lat 90-tych porwań (tzw. „nadzwyczajne pojmania / przekazania zbiegów”) radykalnych islamistów, zwłaszcza z Bałkanów – wielu z nich wysłano do krajów takich jak Egipt, gdzie byli torturowani i mordowani przez naszych sojuszników – były zapalnikiem, który odpalił ładunki wybuchowe Al-Kaidy w ambasadach USA w Kenii i Tanzanii w 1998 roku i na pokładzie niszczyciela marynarki wojennej „Cole” w porcie Aden w Jemenie 12 października 2000 roku. Wojujący islamiści publicznie zapowiedzieli akcje odwetowe za te pojmania.

„Pozwól, że opowiem ci o tych gościach z wywiadu”, mówi prezydent Lyndon Johnson, którego słowa cytowane są w książce M. Roberta Gatesa „From the Shadows”. „Kiedy dorastałem w Teksasie, mieliśmy krowę o imieniu Bessie. Przywiązywałem ją do słupka, usadawiałem się obok i wyciskałem świeże mleko. Pewnego dnia ciężko pracowałem i po brzegi wypełniłem wiadro mlekiem, ale nie byłem uważny i staruszka Bessie smagnęła wiadro zasranym ogonem. Teraz już wiesz, czym zajmują się goście z wywiadu. Ciężko pracujesz i wdrażasz dobry program lub strategię polityczną, a oni smagają je zasranym ogonem”.

Ci agenci zawsze żerują na użytecznych idiotach – tych naiwnych idealistach, którzy uwiązani słusznej sprawy pozostają obojętni na zło, któremu służą – lub po prostu na osobnikach żądnych pieniędzy i szczypty władzy. Joseph Conrad trafił w sedno w „W tajnym agencie”, swojej opowieści o rewolucjonistach anarchistycznych, którzy zatrudniają chorego umysłowo Stevie’go, aby podłożył bombę w Królewskim Obserwatorium Astronomicznym w Greenwich. Al-Kaida powtórzyła ten scenariusz, gdy przekonała Richarda Reida, upośledzonego umysłowo drobnego przestępcę, aby wszedł na pokład samolotu z ukrytą w bucie bombą. CIA postępuje tak samo. Kiedy nie mogła skłonić chilijskiego dowódcy armii, generała René Schneidera, do obalenia wybranego przez naród rządu Salvadora Allende, zwerbowała chilijskich żołnierzy, aby go zamordowali. CIA zaopatrzyła grupę w pistolety maszynowe, amunicję i 50.000 dolarów. Przesłała pieniądze i broń z Waszyngtonu do Santiago regularną dyplomatyczną pocztą, a następnie doręczyła gotówkę i broń zamachowcom. W godzinach popołudniowych 22 października 1970 zabójcy otoczyli samochód Schneidera i zastrzelili go. Zmarł trzy dni później. Allende został obalony w zaplanowanym i skoordynowanym przez USA zamachu stanu 11 września 1973 roku. Zasadniczo według tego samego scenariusza przebiegł zamach bombowy w La Penca w Nikaragui w 1984 roku. Torbiornsson, jeden z tych niekompetentnych, ograniczonych „internacjonalistów”, którzy zjawili się w Managui pod płaszczykiem dziennikarstwa lub solidarności, dał się wykorzystać sandinistowskiej służbie wywiadowczej. Celem zamachu był nieprzewidywalny przywódca rebeliantów Eden Pastora, były komendant sandinistów, który przeszedł na stronę wspieranych przez USA Contras (podobnie jak sandiniści CIA przekonała się, że nie da się go kontrolować), by powrócić później jako członek sandinistowskiego rządu w Managui. Wybuch zranił Pastorę.

Byłem w Salwadorze w maju 1984, kiedy Pastora zaproponował, że spotka się z dziennikarzami w La Penca. Długą należało przebyć drogę, aby pozyskać materiał na jeden artykuł. Ostatecznie postanowiłem zrezygnować z podróży z kolegami. Była to decyzja, która być może uratowała mi życie.

Przed wyznaniem Torbiornssona nikt z nas nie wiedział, że nawiedzili go przedstawiciele wywiadu sandinistów i poprosili, aby zabrał ze sobą ich szpiega, który rzekomo na imię miał Per Anker Hansen. Podczas pierwszego dochodzenia w sprawie zamachu Torbiornsson kłamał. Powiedział śledczym, że spotkał Hansena, który podawał się za duńskiego fotografa, na sześć tygodni przed zamachem, kiedy gościli w tym samym hotelu w Kostaryce. Teraz Torbiornsson przyznaje, że Hansena przedstawiono mu w Managui. Powiedział, że choć było mu wiadomo, że Hansen to szpieg, nie miał pojęcia, że był zamachowcem.

„Zajęło mi sporo czasu, aby zrozumieć, że tymi, którzy zdetonowali bombę byli moi przyjaciele”, powiedział BBC podczas rozmowy o sandinistach Torbiornsson. „To rana w mojej duszy… Nie potrafię wyrazić, jak bardzo jest mi przykro”.

Według śledztwa przeprowadzonego przez reporterów Juana Tamayo i Douga Vaughna z „The Miami Herald” Hansen w rzeczywistości nazywał się Vital Roberto Gaguine. Współpracował potajemnie z sandinistami w 1980 i był członkiem argentyńskiej Rewolucyjnej Armii Ludowej (ERP). Przyniósł i odpalił bombę. Z doniesień wynika, że zginął w 1989 roku w trakcie 18-osobowego szturmu na koszary pod Buenos Aires. Enrique Haraldo Gorrioran, który był dowódcą komórki ERP w Managui i wydał rozkaz ataku na koszary – sam nie brał w nim udziału – ponoć był podwójnym agentem i wysłał Gaguine i jego towarzyszy na pewną śmierć. Podobno przebywa obecnie w Brazylii i żyje z dochodów rewolucyjnej grupy, uzyskanych z porwań i napadów na banki. W tym światku zaufanie zostało skazane na banicję. Ci, którzy dobrowolnie poświęcają innych, często sami bywają poświęcani.

Korespondentka „Newsweeka” Susan Morgan, stojąc z przodu osłoniła Torbiornssona przed pełną siłą wybuchu. Morgan doznała poważnych obrażeń ramienia, nóg i twarzy. BBC niedawno wyemitowała klip z konfrontacji Morgan z nieszczęsnym Torbiornssonem, który wciąż nie jest w stanie w pełni zrozumieć swojej winy.

Zabójcy i płatnicy, szpiedzy i gangsterzy, terroryści i dżihadyści po każdej stronie linii podziałów rosną w liczebną siłę, aby toczyć wielką wojnę w cieniu. Są zdeterminowani, aby podtrzymać bezsensowną przemoc i chaos, które stanowią ich zawodową walutę. I sprawiają, że pokój i dyplomacja są niemożliwe. Taki przyświeca im cel. W 1975 roku senator Frank Church, przewodniczący senackiego komitetu badającego działalność wywiadowczą USA, zdefiniował „tajną akcję” jako „semantyczne przebranie morderstwa, wymuszenia, szantażu, szerzenia kłamstw, przekupstwa i konszachtów ze znanymi oprawcami i międzynarodowymi terrorystami”.

Bezmiar zbrodni, które ci mordercy, oprawcy, porywacze, propagandyści, jednostki do operacji specjalnych i szpiedzy przeprowadzili w naszym imieniu są dobrze znane osobom spoza bram naszego podwórka. Istnieją setki milionów ludzi, których łączy tragiczna zażyłość z wynaturzoną i brutalną duszą amerykańskiego imperializmu. Mieszkańcy Okinawy. Gwatemalczycy. Kubańczycy. Kongijczycy. Brazylijczycy. Argentyńczycy. Indonezyjczycy. Irańczycy. Palestyńczycy. Panamczycy. Wietnamczycy. Kambodżanie. Filipińczycy. Koreańczycy z Południa. Tajwańczycy. Nikaraguańczycy. Salwadorczycy. Afgańczycy. Irakijczycy. Jemeńczycy. Somalijczycy. Wszyscy oni mogą nam powiedzieć, kim jesteśmy, gdybyśmy ich wysłuchali. Ale tego nie robimy. Jesteśmy tak ignoranccy, łatwowierni i naiwni jak dzieci. Celebrujemy fikcyjne czerwono-biało-niebieskie cnoty, podczas gdy nasze tajne armie – które niekiedy osiągają krótkoterminowe cele, ale ostatecznie zawsze pogrążają nas coraz głębiej w przemocy – osłabiają i dyskredytują naród, a także deklarowane wartości, które ma reprezentować. Te tajne armie, zasobne w setki milionów dolarów z podatkowej kiesy, przemierzają świat siejąc smocze zęby, które powstaną później, niczym wojownicy w micie o Złotym Runie, aby stać się lustrzanym odbiciem naszych własnych potworności.

Tłumaczenie: exignorant

Ten wpis został opublikowany w kategorii Imperialne wojny, militaryzm i terror państwowy. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.