Dni zniszczenia, dni rewolty

Laureat Nagrody Pulitzera, dziennikarz Chris Hedges oraz ilustrator Joe Sacco przez rok pracowali nad kroniką życia w „spisanych na straty strefach” Amerykańskiego Snu, gdzie istoty ludzkie i zasoby naturalne są wykorzystywane, a następnie porzucane przez korporacje. Rezultatem jest książka „Dni zniszczenia, dni rewolty”, którą wieńczy ruch Okupacja Wall Street. W poniższym fragmencie autorzy przedstawiają szczegółowy obraz skutków dekad wydobywania węgla kamiennego w Wirginii Zachodniej, stanie zniszczonym przez proces usuwania górskich szczytów. (Śródtytuły: autor przekładu.)

Opowieść Larry’ego

Joe i ja idziemy wzdłuż grzbietu Kayford Mountain w południowej Wirginii Zachodniej wraz z Larrym Gibsonem. Małe, wykonane w drewnie chatki i kempingowe wozy, w tym prosty drewniany domek Gibsona, znaczą linię grani, gdzie on i jego rodzina mieszkają od ponad 230 lat. Spółki węglowe wysadzają w powietrze setki tysięcy hektarów zamieniając Appalachy w stosy gruzu, aby odsłonić pokłady węgla. Gibson zachował przed zniszczeniem 20 hektarów. Jego zalesiona wstążka ziemi otoczona jest morzem szarej skały, bladych plam cienkiej trawy i jałowych płaskowyżów, gdzie niegdyś stały górskie szczyty i strzeliste sosny. Doliny i potoki, z pływackim rowem, z którego Gibson korzystał jako chłopiec, są pogrzebane pod hałdami górniczych odpadów. Studnie, łącznie z jego własną, są suche, a warstwy wodonośne poniżej góry zatrute. Drobiny węglowego pyłu unoszące się w powietrzu osadzają się na naszych ustach i pozostawiają metaliczny posmak. Wąski pas drzew i zarośli Gibsona przypomina o tym, co zostało zdewastowane i nigdy nie doczeka się rekultywacji.

Gibson, lat 65, mierzy 150 cm. Ma na sobie słomkowy kapelusz i kombinezon, nosi wąsy, zazwyczaj przechadza się po swojej posesji z załadowanym pistoletem Glock 45. Dzisiaj pozostawił broń w swojej chatce, którą zasila panelami słonecznymi i prądnicą. Zmierzamy w dół polną drogą z jego ociężałym, 12-letnim czarnym psem, którego imię, jak wyjawia nam Gibson, jest „bardzo skomplikowane. Wabi się Pies.” Utrata siedlisk wyprowadza resztę dzikiej przyrody, w tym niedźwiedzie i dziki, na jego teren: „Kiedy byłem chłopcem, nie widziałem niedźwiedzi. Można było zobaczyć odcisk łapy, ale firmy węglowe wypędziły niedźwiedzie prosto na nas.” Larry Gibson urodził się na górskim masywie i tam spędził swoje dzieciństwo.

Kiedyś było tam 60 rodzin skupionych wokół góry, wraz z małym sklepem wielobranżowym i kościołem. Ojciec Gibsona był górnikiem, którego dolną kończynę zmiażdżyło w 1956 roku osypanie kopalnianego szybu. Kompania węglowa nie wypłaciła żadnego odszkodowania. Rachunki piętrzyły się. Rodzina sprzedała swoje meble. Dom został przejęty i przez kilka miesięcy Larry i jego rodzice obozowali pod wierzbą. Gibson pamięta, że jako młody chłopczyk zastał w tamtym czasie swojego ojca – człowieka, który zawsze sprawiał wrażenie twierdzy wytrzymałości – szlochającego.

Gibsonowie – podobnie jak rodziny tysięcy innych górników, którzy w 1950 roku nie byli już w stanie znaleźć zatrudnienia, ponieważ kopalnie zmechanizowano, a olej napędowy i ropa zastąpiły węgiel – zostali zmuszeni do opuszczenia gór. Udali się do Cleveland, gdzie ojciec Larry’ego znalazł pracę w fabryce beczek. Później pracował dla Forda. Gibson powrócił w góry po tym, jak ojciec odszedł z General Motors ze względu na niepełnosprawność.

„Kiedy mieszkałem tutaj jako chłopiec, nie różniłem się od innych,” mówi:

Po raz pierwszy dowiedziałem się, że jestem biedny, kiedy przyjechałem do Cleveland i poszedłem do szkoły. Nauczyli mnie, że jestem ubogi. Zamieniłem to wszystko na pas zieleni, który widziałem idąc ulicą. I to ja byłem biedny? Dostajesz skrawek zielonej trawy pomiędzy chodnikiem i ulicą, a oni mi prawią, że jestem biedakiem? Myślałem, że jestem najszczęśliwszym dzieciakiem na Ziemi, z przyrodą. Mogłem iść sobie przez las. Słyszałem zwierzęta. Słyszałem, jak las do mnie mówi. Wszędzie, gdzie spojrzałem było życie. Mogłem zerwać własne jabłka lub ogórki. Mogłem jeść jagody i papaje. Uwielbiałem papaje. I agrest. Teraz nie ma tu życia. Tylko kurz. Miałem gołębia i kiedy wychodziłem z domu, bez względu na to gdzie poszedłem, latał mi nad głową lub siadał na ramieniu. Miałem jastrzębia o imieniu Fred. Miałem też rysia i lisa bez nogi, który wpadł w sidła. Nie zamieniłbym tego dzieciństwa na wszystkie błyszczące wozy strażackie i zabawki, jakie miały inne dzieciaki. Telewizora nie widziałem, dopóki nie skończyłem trzynastu lat. Przez telefon nie rozmawiałem przed czternastym rokiem życia. W strumieniu u podnóża góry były raki. Mogłem wyławiać je z wody palcami stóp. Teraz w wodzie nie żyje już nic. Cuchnie. Nic nie żyje na lądzie. I nie da się tego odwrócić. Nie można tego wskrzesić.”

Zanim powrócił tu jako człowiek w średnim wieku, ziemia jego dzieciństwa była już z trudem rozpoznawalna. Rodzinne 200 hektarów skurczyło się do 20. Spółki węglowe egzekwujące dawne roszczenia względem eksploatacji podziemnych minerałów – wiele z nich przekazanych prawnie przez przodków, którzy nie potrafili czytać i pisać – uzyskały prawo przejęcia ziemi. Kręgosłup Appalachów jest gruchotany, aby wyżłobić pokłady czarnego węgla. Nieprzerwane, codzienne eksplozje na obrzeżach jego posesji – których siła podczas zwykłego tygodnia w Wirginii Zachodniej równa jest skumulowanej mocy wybuchu nad Hiroszimą – zasypują ją deszczem skał. Chodzimy między grobami cmentarza rodzinnego na grzbiecie wzgórza. W późnych latach 80ych agenci węglowi ukradli ponad 120 nagrobków, aby zetrzeć oblicze nekropolii i otworzyć teren pod wydobycie. Te zniszczone miejsca pochówków są teraz oznaczone prostymi, drewnianymi krzyżami. Zatrzymujemy się przy grobie Billy’ego, brata Larry’ego, który zmarł w 2004 roku. Na jego kamieniu nagrobnym widnieje napis: „Powrót do gór, które ukochałeś i wiecznego spokoju, który Ci się wymykał.”

„Chłopie, kiedy tu wysadzali – kiedy przykładowo byli tak blisko mnie – wyrzucali skały tak duże, jak piłki do koszykówki,” mówi Gibson.”Razem z moim wujkiem cztery razy znaleźliśmy się w polu rażenia wybuchu dynamitu, tutaj, w tym miejscu, nie na ich terenie, na naszym terenie. Były to latające skały. Takie jak w ‚Gwiezdnych wojnach’, kiedy widzisz, jak w filmie pędzą w twoją stronę. Ale to nie był film.”

Zdołał uratować cmentarz w pobliżu swojego domu, ale przyglądał się bezradnie w 2007 roku, kiedy buldożery demolowały przylegający cmentarz, na którym także spoczywały rodzinne szczątki.

„Zepchnęli 139 grobów za wysoką ścianę,” mówi:

Pozostawili nam 11 grobów. Koncern Massey Coal. Groby są teraz otoczone przez ich mienie. Nie należało do nich. Należało do mojego wujka, jego dziadka, mojego prapradziadka. Cmentarz miał 300 lat, ale pod nim był węgiel. Zawsze mówię ludziom: ‚Trzeba zachować zimną krew, trzeba zachować spokój, trzeba być odpowiedzialnym, solidnym, wiarygodnym.’ Oprowadzałem właśnie wycieczkę i spoglądałem na przeciwną stronę doliny, kiedy zobaczyłem jak buldożer ryje mój cmentarz. Miałem już wrócić do domu po swoją broń. A jestem bardzo dobrym strzelcem. To właśnie robią tutaj w zagłębiu. Robią, co chcą, a potem walczą o to w sądzie, bo mają prawników, pieniądze i czas.”

Ubolewa, że w wielu miejscach pochówku prawdopodobnie nie ma już trumien i szczątków. Górnictwo podziemne, które zapoczątkowano ponad sto lat temu, stworzyło pod powierzchnią ziemi rozległe struktury podobne do plastra miodu, które otwierają ogromne szczeliny w gruncie, powodując zapadanie wielu grobów w głębokich depresjach. Szerokie pęknięcia i rozwarte dziury, którymi usiany jest krajobraz, znaczą zapadającą się ziemię. Niektóre z tych pęknięć, szerokie na metr lub półtora, biegną przez groby na rodzinnych cmentarzach. Zaglądasz w jamę i widzisz głęboką, pustą dziurę.

Ale Gibson nie chciał ustąpić. Założył w 1992 roku fundację non-profit, aby ochronić posesję. Stanowczo odrzucił ofertę kupna złożoną przez kompanie węglowe, mimo iż według jego szacunków pod stopami zalega mu węgiel o wartości prawdopodobnie setek tysięcy dolarów. Bezlitosna wycinka lasów, rozległe zagłębienia wypełnione miliardami galonów toksycznych odpadów węgla kamiennego, znanych jako szlam, i nieprzerwany eksodus mieszkańców, których nerwy i zdrowie zostały zdruzgotane, pozostawiły Gibsona jako jednego z niewielu ocalałych.

„Jako chłopak wychowujący się w węglowym zagłębiu, pobrałem jedną naukę,” mówi. „Żeby być zorganizowanym. Nie wiedzieliśmy, kto był prezydentem Stanów Zjednoczonych, ale znaliśmy prezesa Zrzeszenia Pracowników Kopalnianych. Nauczyliśmy się, że zawsze trzeba walczyć.”

Jego opór ma swoją cenę. Koncerny węglowe są jedynymi pracodawcami w południowej Wirginii Zachodniej, jednego z rejonów najgorszego ubóstwa w kraju, a desperacka szamotanina o nieliczne miejsca pracy pozwoliła firmom przedstawić buntowników pokroju Gibsona jako wrogów nie tylko Wielkiego Węgla, ale także zatrudnienia, jakie zapewnia. Chatkę Gibsona doszczętnie spalono. Dwa jego pieski zastrzelono, a Pies został powieszony, choć uratowano go zanim zdążył udławić się na śmierć. Ciężarówki próbowały zepchnąć go z drogi. Przetrwał ostrzały z przejeżdżających aut, a kilka tygodni przed naszą wizytą wywrócono jego przenośne kabiny WC. Przyczepa, w której kiedyś mieszkał została podziurawiona kulami z broni automatycznej. Swoją wodę stracił w 2001 r., kiedy prace wybuchowe obniżyły poziom wód gruntowych. Wzmocnił drzwi swojej chatki piętnastoma centymetrami drewna, aby uniemożliwić intruzom wyważenie ich kopniakiem. Drzwi ważą 230 kilogramów i wyposażone są u podstawy w kółka, aby je otwierać i zamykać. Czarna kamizelka kuloodporna wisi na ścianie przy wejściu, choć jak przyznaje nigdy jej nie założył. W swojej zamrażarce trzyma stosy martwych ptaków, które zadławiły się na śmierć zanieczyszczonym powietrzem – ma nadzieję, że ktoś kiedyś zbada, dlaczego ptaki w tej części stanu rutynowo spadają z nieba. Zniknęło około 100 gatunków ptaków.

„A tak przy okazji”, mówi unosząc brwi:

Rozmawiamy już od godziny i nawet raz nie zapytaliście mnie, co sądzę o węglu. Jestem mu przeciwny. Myślę, że węgiel powinien zostać zniesiony, bo mamy już dowody naukowe. Przeprowadzono test za testem, badanie za badaniem węgla i związanych z nim chorób, które zabijają ludzi. Chorób powiązanych z węglem, zabijających ludzi, którzy nigdy nie pracowali w kopalniach. Tracimy 4500 osób rocznie, które nigdy nie pracowały w kopalni, ale żyją w zagłębiach. Większość z nich to kobiety, wysoki procent to kobiety, bo tolerancja kobiet na węglowy pył jest niższa niż u mężczyzn. Jest tutaj pylica węglowa, która dotyka 500 mężczyzn rocznie. A potem mamy kodeks dotyczący emisji. Słyszeliście o terrorystach z World Trade Center? Słyszeliście o nich? Bombardowanie, trzy tysiące ludzi umiera, ale czy słyszeliście, że przez emisje węglowe tracimy w tym kraju dwadzieścia cztery tysiące osób rocznie? Osiem razy więcej niż w World Trade Center. Nikt o tym nie mówi. Potem mamy około 640.000 przedwczesnych porodów i wad wrodzonych, co roku, i nikt niczego z tym nie robi. Węgiel zabija. Ale wiadomo, zyski.”

„Uchwalono prawo, które zabrania ci palić w wybranych miejscach publicznych w Charleston,” mówi:

Pomyślcie o tym. A mnie wolno jest wdychać tutejsze powietrze. Ludziom w tych zagłębiach wolno oddychać tym samym powietrzem, ponieważ marża zysku ceniona jest wyżej niż życie człowieka. Tak długo, jak mamy okazję zarobić możemy omijać leżące zwłoki, a człowiek może oddychać zatrutym powietrzem. Dlaczego ustanawiają te wszystkie przepisy bezpieczeństwa zdrowia dotyczące palenia papierosów w miejscach publicznych, a pozwalają dzieciom chodzić do szkoły pod tamą wypełnioną 10 miliardami litrów odpadów kopalnianych, 70 metrów od zakładu przeróbczego? Bo są zyski. Ale jak ludzie zarabiają tu na życie? Stali się tak ulegli, jak kobieta, która jest poniżana i bita. A ludzi, którzy im to robią darzą wielkim szacunkiem.”

„Spodziewam się, że mnie to zabije,” mówi o swoim buncie.”Spodziewam się, że ktoś przestraszony, wiecie, kto normalnie nie zrobiłby nic złego, zobaczy mnie tutaj, bez nikogo w pobliżu. Ze względu na moje przekonania i stanowisko. I fakt, że może stracić pracę. A w drodze dziecko i drugie w domu. Może tego dnia stracić pracę i wypić parę piw. Rozumiecie. Zobaczy mnie. I już po mnie, jestem trupem. Przestraszeni ludzie to niebezpieczni ludzie. Działają bez namysłu. A przemysł takich ludzi wykorzystuje.”

„Ale jeśli przestanę walczyć, zabiorą to wszystko,” mówi.”Czy wiecie, jak to jest usłyszeć grzmot wysadzanej w powietrze góry? Góra jest kołyską życia, człowieku, to samo życie. Idąc przez ten las usłyszysz zwierzątka w ruchu, krzątają się, i tym jest góra. Spróbuj sobie wyobrazić, jak to jest być górą, kiedy cię wysadzają w powietrze, piętnaście razy dziennie, każdego dnia; co musi czuć góra, w sensie bólu, życia.”

„Nie jestem geniuszem,” kontynuuje, „niewiele liznąłem edukacji. Wskazuję tylko na wspólny mianownik wszystkiego: zrujnujesz jedno, upadnie coś innego, a jeśli runie tamto, upadnie coś jeszcze; ile musimy zniszczyć, zanim zaczniemy mówić: ‚Zaraz, coś tu jest nie tak.’?”

„Widzicie ten czerwony słup tam na górze?” pyta, kiedy zbliżamy się do odległego końca grani. „To znacznik. Od tego narożnika, aż po tamto miejsce. Dręczy mnie, że była to własność mojej rodziny. A kiedy przechodzę tędy, patrzę na to tak, jakbym szedł przez miejsce, które należało wcześniej do mojej rodziny. Mówią, że teraz należy do nich. Opowiadałem wam w jaki sposób je przejęli, pamiętacie? Wciąż czuję, jakby nadal należało do mnie i mojej rodziny. Ale teraz jesteście na terenie węglowego koncernu. Możecie zostać aresztowani. Lubicie masło orzechowe, wieprzowinę i fasolę? Właśnie to serwują teraz w pace. Bywam tam dość regularnie.”

Wspinamy się po zboczu na skraju majątku Gibsona. Na szczycie widzimy ogromne doły i skaliste wychodnie tam, gdzie kiedyś były góry. Żyły węgla biegną niczym czarne wstęgi poprzez strome, skalne oblicze. Wiatr smaga jałowe, łupkowe równiny. Wyłączone maszyny do robót ziemnych, koparki i spychacze stoją przed nami rozrzucone po skalnej powierzchni. Kilka skrawków, spryskanych nawozami i posypanych nasionami traw, odznacza się bladą zielenią. W większości miejsc cienka warstwa ziemi uprawnej i trawy, spryskana chemikaliami przez firmy węglowe w ramach rekultywacji gruntów, została wypłukana, co odsłoniło zalegający pod nią kamień. Białe znaki pozostawione przez świdry przypominają naskalną perforację. Koncern wkrótce przewierci i rozerwie kolejnych 25 metrów kamienia na znajdującym się przed nami zmasakrowanym szczycie, aby dostać się do kolejnych pokładów węgla. Niespełna tuzin mężczyzn z ciężkim sprzętem jest w stanie prowadzić ten rodzaj wydobycia. Kiedy firmy węglowe musiały kopać pod ziemią, zatrudniały setki, a czasem tysiące górników, aby pozyskać tę samą ilość węgla.

Gibson pokazuje palcem ogromny rezerwuar toksycznych odpadów węgla, który znajduje się w oddali poza tamą:

„Wysadzają dynamitem w odległości 60 metrów od tej zapory. Ma ponad 300 metrów. Mówią, że kiedy tama pęknie, 30 kilometrów stąd w twoją stronę toczyć się będzie 12-metrowa fala szlamu. Musicie zrozumieć, że galon odpadów kopalnianych waży cztery razy więcej niż galon wody. Mamy tam do czynienia z mnóstwem odpadów, mnóstwem ciężkich odpadów. Tkwią sobie 10 metrów nad opuszczonym szybem kopalni. Zatem wydostaną się. Tak czy inaczej zostaną uwolnione. A oni używają dynamitu w odległości 60 metrów od ściany zapory i powodują wibracje odpadów tam na dole. W tej części kraju nazywamy to wybuchowym wyrzutem – kiedy po środku wzgórza otwiera się gardziel i wystrzeliwuje zawartość jak flinta. Przy tempie o jakim mówią, pozabija to tutejszych ludzi.”

„Jaką szansę będą mieli ci ludzie?” mówi, patrząc w dół na skupisko domów w „kotlince” poniżej. Góry leżą tak blisko siebie, że domy i wspólnoty wyłuskują przestrzeń wciśniętą w wąskie doliny, długie rzędy pomiędzy nimi znane lokalnie jako kotlinki: „Widzisz, jakie są wąskie? Stracimy wielu ludzi.”

„Od dłuższego czasu nawoływałem w tym kraju do rewolucji,” mówi Gibson.”To chyba Thomas Jefferson powiedział, że powinniśmy mieć rewolucję co dwadzieścia lat, aby utrzymać kraj w ryzach. Mamy duże opóźnienie.”

„Jak miałaby wyglądać?” pytam.

„Pogarda wobec rządu,” mówi.”Rozliczenie rządu z wiarygodności i odpowiedzialności. Obarczenie ludzi odpowiedzialnością za ich działania. To wszystko, o co proszę. Przychodzą tu i mówią mi, ‚Larry, musisz być solidny, odpowiedzialny, wiarygodny,’ wszystko, co mi mówią, wszystko, czego mnie nauczono – nie robią tego. Nie proszę o więcej.”

„Zniszczą mój stan, a rząd zmotywuje ich do tego odpowiednimi ulgami,” mówi.”Moje wnuki i prawnuki pozbawione będą jakiegokolwiek dziedzictwa. Nie będą tutaj miały żadnej górskiej kultury, bo jest bezwzględnie wyniszczana. W swoim życiu byłem najszczęśliwszy, kiedy nie wiedziałem, że nie jestem bogaty, nie mam wygód, czy majątku. Jak mogłem czerpać przyjemność z zabawy poza domem, skoro nie byłem bogaty? Kto zmierzy bogactwo? Jak to się robi? Cała nasza energia, wszyscy zniszczeni przez nich ludzie, wszystkie ofiary śmiertelne w kopalniach… A oni ciągle mówią o tym, jako taniej energii.”

„Co sprawia, że nie poddajesz się?” pytam.

„Mam rację,” odpowiada. „I tyle”.

Krajobraz zniszczenia

Następnego ranka Joe i ja jesteśmy na lotnisku Yeagera w Charleston, Wirginia Zachodnia, aby odbyć lot nad zagłębiami węglowymi z Vivian Stockman, koordynatorem projektu Koalicji Środowiskowej Doliny Ohio oraz Susan Lapis, pilotem i profesorem chemii. Lot został zorganizowany przez SouthWings, grupę non-profit, która zabiera obserwatorów nad Południowy-Wschód, aby promować działania konserwacyjne. Stockman, która od uderzeń wiatru dostaje mdłości, ma na nadgarstkach uciskowe opaski, a na szyi łatkę do zwalczania nudności. Usadawiamy się w zużytych, obitych czarną skórą siedzeniach Cessny 182 Skylane, rocznik 1977, z Lapis u steru – pilot nazywa samolot „podniebnym kombi” i zakłada słuchawki. Parkowaliśmy obok szarego transportera Sił Powietrznych C-130. Podmuchy kołyszą lekko Cessną, kiedy odbijamy od betonowej nawierzchni startowego pasa. Kierujemy się na południe.

Lapis wyjaśnia – jakby komunikowała cierpliwie do studentów pierwszego roku chemii – co się dzieje, gdy w powietrze wysadzane są metale ciężkie. Enzymy, mówi, zależą od metali ciężkich. Tłumaczy nam, co się dzieje, kiedy równowaga zostaje gwałtownie zaburzona poprzez emisję wapnia i magnezu do atmosfery.

„Kiedy byłam studentką chemii organicznej pracującą w laboratorium, sposobem na rozpuszczenie względnie nierozpuszczalnej substancji w rozczynniku było rozgniecenie jej w moździerzu i utłuczenie na proszek lub drobne kawałeczki. Zwiększa to obszar powierzchniowy substancji, która ma zostać rozpuszczona, i tym samym sprawia, że staje się łatwiej rozpuszczalna,” informuje nas przez słuchawki Lapis. „Aby pozyskać węgiel podczas operacji MTR [ang. Mountaintop Removal – usuwanie szczytu góry], warstwy góry pomiędzy warstwami węgla rozsadzane są na drobne kawałeczki i zrzucane wgłąb dolin. Kiedy deszczówka sączy się przez tę sproszkowaną skałę – więcej obszaru powierzchniowego – jest w stanie łatwiej rozpuścić z niej minerały; część z nich to metale ciężkie, które w dużych stężeniach są toksyczne. Metalowe, bogate w jony odpływy z dolin trafiają następnie do strumieni, rzek i wód gruntowych Wirginii Zachodniej w nienaturalnych stężeniach, niekiedy toksycznych.

„Na terenie kopalni z powietrza widać rezerwuary wody w dziwnych kolorach” – mówi, kiedy przelatujemy nad spiętrzeniami węglowego szlamu pokrytego spiralami jasnozielonych, szarych i czarnych smug – „Ubarwione tymi metalami w nienaturalnych stężeniach. Niektórzy ludzie tam w kotlinkach mają cuchnącą, odbarwioną wodę w studniach lub kuchennych kurkach i firmy węglowe zaopatrują ich w bezpieczną wodę pitną w dużych pojemnikach. Niektórzy mieszkańcy muszą targać te wielgachne kubły po zboczach wzgórza do domu, aby wykąpać dziecko!”

Lapis wyjaśnia, że kiedyś mogła przemieszczać się na południe identyfikując punkty orientacyjne z powietrza, takie jak Góra Williams, której stercząca, skalista bryła przypominała wojenny okręt. Ale kiedy docieramy w pobliże góry, widzimy tylko ogołocony płaskowyż zapętlonych, drogowych pierścieni i szarego gruzu. Przechyla samolot, dzięki czemu możemy zobaczyć w dole inny potężny rezerwuar, wypełniony kręgami jaskrawej zieleni. „Zanieczyszczenie metalami ciężkimi,” mówi, kiedy przelatujemy nad zaporą. Węglowy popiół w bajorach szlamu, często wielkości małych jezior, zawiera wysoki poziom arsenu, ołowiu, kadmu, selenu i rtęci. Wiele z tych odpadowych basenów umiejscawia się niebezpiecznie na skalnych występach zawieszonych nad miastami, a nawet szkołami. Kiedy błotniste ściany tych rezerwuarów pękają, szkody są katastrofalne.

Lecimy nad setkami drzew, które wraz z glebą uprawną i piaskowcem są spychane zboczem góry przez ważące siedemdziesiąt pięć ton buldożery Caterpillar D10. Wiele z tych drzew, leżących po bokach szczytu jak zapałki, trawi pożar. Szary dym unosi się do góry.

„Kiedy wrócimy tu w przyszłym miesiącu, tych drzew już tu nie będzie,” mówi Lapis.

Widzimy cienkie warstwy zieleni, które trzymają się pozostałych skał i pasm, gdzie spłynęły spryskane nasiona traw.

„Co my wyrabiamy?” pyta cicho Lapis.

Samolot obniża lot nad Clear Fork, przyglądamy się wijącym się między drzewami, starym drogom wyrębu z lat 20ych, kiedy to kompanie ogołociły południową Wirginię Zachodnią z jej dziewiczych lasów. Przelatujemy nad rezerwuarem szlamu Brushy Fork, największą zaporą ziemną na półkuli zachodniej, którą zbudowano nad Szkołą Podstawową w Marsh Fork, obecnie zamkniętą z powodu groźby pęknięcia tamy. Żółte pojazdy budowlane pełzną po zrujnowanym księżycowym krajobrazie.

„Na tej wysokości oczy nabierają cię,” mówi Lapis.”To jedne z największych maszyn na Ziemi. Ich opony mają prawie 4 metry.”

Kieruje dziób samolotu w stronę żurawia linowłókowego. Machiny te, które kosztują ponad 100 milionów dolarów i miewają nawet dwadzieścia pięter wysokości, są największym ruchomym sprzętem zbudowanym na lądzie. Buldożery, ciężarówki kontenerowe i koparki – nawet ich przerośnięte wersje, które widzimy poniżej – przy żurawiach wyglądają jak dziecięce zabawki. Wykonują one pracę setek górników. Pół wieku temu górnik potrzebował dnia, aby wykopać i wyciągnąć spod ziemi szesnaście ton węgla. Ładowarka, po wysadzeniu w powietrze trzydziestu metrów szczytu góry może wypełnić tył ciężarówki sześćdziesięcioma tonami bitumicznej skały węglowej w ciągu kilku minut. Liczba miejsc pracy w górnictwie została zredukowana z około 130.000 kilkadziesiąt lat temu do czternastu tysięcy pracowników. Po złamaniu związków zawodowych i zmechanizowaniu kopalń spółki węglowe zaczęły wydobywać odkrywkowo, a następnie wysadzać w powietrze górskie szczyty za pomocą procesu znanego jako MTR, zamiast kopać pod ziemią. Większość „górników” to w rzeczywistości operatorzy ciężkich maszyn.

Koncerny węglowe piszą ustawy. Kontrolują lokalnych i stanowych polityków. Niszczą warstwy wodonośne, wysysają z państwa miliardy dolarów w postaci węgla, a setki hektarów czynią nienadającymi się do zamieszkania. Prawa i zdrowie tych, którzy żyją na lądzie są pozbawione znaczenia. Pokaz brudnej gry korporacyjnej polityki przemysłu paliw kopalnych odbył się po zaaresztowaniu jesienią 2011 roku przed Białym Domem 1.253 działaczy 350.org, grupy ochrony środowiska. Demonstranci wyrazili swój sprzeciw wobec propozycji budowy rurociągu Keystone XL, który przyniósłby jedną z najbrudniejszych energii na naszej planecie z piasków roponośnych w Kanadzie poprzez Stany Zjednoczone na Wybrzeże Południowe. James Hansen, czołowy klimatolog NASA, powiedział, że budowa ropociągu oznaczałaby „koniec dla klimatu.” Prezydent Barack Obama, unikając konfrontacji z problemem, powiedział, że rozpatrzy propozycję ponownie, a decyzję podejmie po wyborach prezydenckich w listopadzie 2012.

Lecz Amerykańska Izba Reprezentantów, ponaglana przez lobbystów, kilka dni później przegłosowała – przy stosunku 234 do 194 – przymusowe przyspieszenie powtórnej oceny rurociągu. Izba podpięła swoje żądanie pod ustawę proponującą popularną obniżkę podatku od wynagrodzeń. Organizacja Oil Change International obliczyła, że 234 przedstawicieli Kongresu, którzy głosowali za przyjęciem uchwały otrzymało 42 miliony dolarów w datkach przemysłu paliw kopalnych na rzecz kampanii wyborczych. 194 przedstawicieli głosujących „przeciw” uzyskało 8 milionów dolarów. Przewodniczący Izby John Boehner, obrońca rurociągu, otrzymał łącznie 1.111.080 dolarów kampanijnego wkładu z kasy przemysłu paliwowego. Jego senacki odpowiednik, Mitch McConnell, który przepchnął go przez Senat, otrzymał 1.277.208 dolarów. Obama – mówiąc, że republikański termin nie pozostawił czasu na zatwierdzenie projektu – nie podpisał oficjalnej zgody na rurociąg. Jednakże projekt nie został też przez jego administrację odrzucony. Prezydent zachęcił koncern budujący rurociąg, TransCanada Corporation, aby złożył podanie powtórnie, co ten skwapliwie uczynił. Posunięcie Obamy przesunęło ostateczną decyzję w sprawie ropociągu do roku 2013, poza okres wyborów prezydenckich.

Wybrani urzędnicy na szczeblu stanowym i federalnym są opłacanymi pracownikami korporacyjnego państwa. Amerykańska Izba Handlowa, przykrywka największych krajowych korporacji, w tym Bank of America, Goldman Sachs, Chevron i News Corp, wydały na wybory w 2010 r. więcej pieniędzy niż Komitety Krajowe Republikanów i Demokratów łącznie. Oszałamiające 94% datków Izby trafiło do polityków, którzy zaprzeczają istnieniu zmian klimatycznych.

Choroby w zagłębiach węglowych są wszechobecne. Osady popiołu węglowego mają duże stężenia sześciowartościowego chromu, czynnika rakotwórczego. Nowotwory, pylica płuc mają wymiar epidemiczny. Kamienie nerkowe są tak powszechne, że w niektórych społecznościach prawie wszystkim mieszkańcom usunięto pęcherzyki żółciowe. Ponad dwieście tysięcy hektarów – ponad dwa tysiące kilometrów kwadratowych – Appalachów zostało zniszczonych. Ponad 500 górskich szczytów przestało istnieć, podobnie jak około 1500 kilometrów strumieni, które zasilają źródła rzek na wschodzie Stanów Zjednoczonych.

Kręgosłup Appalachów, łańcucha starszego od Himalajów, biegnie zygzakiem przez Kentucky, Wirginię i Wirginię Zachodnią. Odizolowane, samotne skrawki zielonych wzgórz i lasów leżą teraz pośrodku przepastnych, szarych płaskowyżów, masywnych, ciemnookich kraterów i rozległych, otoczonych zwałami ziemi zapór, wypełnionych miliardami galonów węglowego szlamu. Gigantyczne, żużlowe hałdy, pozostałość po dekadach górniczej eksploatacji, okresowo ogarnia pożar, zioną wówczas chmurami dymu i gryzącego smrodu. Koncerny węglowe zmieniły bodaj dwieście tysięcy hektarów Wirginii Zachodniej i kolejne dwieście tysięcy w Kentucky – jedne z najpiękniejszych terenów w kraju, wraz z setkami niebotycznych szczytów – w karłowate kopce gruzu. Ogarnięcie poziomu zniszczenia w czasie wojny w Bośni było niemożliwością, dopiero z przelatującego nad krajobrazem helikoptera widziałeś kolejne wioski zamienione dynamitem w rumowisko przez posuwające się naprzód serbskie siły. Ta sama skala zniszczeń i ta sama niemożność wyobrażenia jej rzeczywistego wymiaru odnosi się do Wirginii Zachodniej i Kentucky.

Ta destrukcja, podobnie jak zapamiętała grabież zasobów naturalnych w starożytnych imperiach Mezopotamii, Rzymu i Majów, jest aktem umyślnego, choć nie zawsze uświadamianego, samounicestwienia. Uzależnienie od węgla, który dostarcza energię generującą elektryczność połowy kraju, oznacza, że jego wydobycie w miarę zmniejszania zasobów staje się coraz bardziej bezwzględne. Region Appalachów dostarcza większość krajowego węgla, porównywalne wyniki produkcyjne ma tylko dorzecze Powder w stanie Wyoming. W Stanach Zjednoczonych wydobywamy z ziemi 100 ton węgla co dwie sekundy, a około siedemdziesiąt procent tego surowca pochodzi z kopalń odkrywkowych i usuwania szczytów gór, które zapoczątkowano w 1970 r.

Ci, którzy dokonują tej grabieży zapewne wierzą, że mogą prześcignąć swoją destrukcyjność. Uważają, że bogactwo, przywileje i egzystencja w obrębie zamkniętej, strzeżonej społeczności będą ich ocaleniem. A może wcale nie myślą o przyszłości. Ale śmierć, którą spuścili ze smyczy, nieposkromione zanieczyszczenie powietrza, gleby i wody, fizyczny upadek społeczności, a także ostateczne wyczerpanie węgla i paliw kopalnych, nie oszczędzi ich. Oni także poddadzą się konsekwencjom zatrucia natury; klimatycznym przemieszczeniom i pogodowym anomaliom spowodowanym przez globalne ocieplenie; rozprzestrzenianiu się nowych, zabójczych wirusów; żywnościowym zamieszkom i wielkim migracjom, które rozpoczną się, kiedy zdesperowani ludzie zaczną uciekać z zalanych lub ogarniętych suszą rejonów Ziemi. Miarowe plądrowanie świata przyrody, ignorowanie sygnałów ostrzegawczych planety zgotuje nam gorzką lekcję z niebezpieczeństwa wynikającego z arogancji. Zdrowie ziemi i czystość wody są ostateczną miarą trwałości społeczeństwa. „Kultura,” jak zauważył poeta W.H. Auden, „jest tak dobra, jak jej lasy.”

Tłumaczenie: exignorant

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.