Poza nadzieją

22 kwietnia. Dzień Ziemi. Spowodujemy wymarcie około dwustu kolejnych gatunków. Tak jak wczoraj.

bethlehem-steel-stephen-wilkes

„Bethlehem Steel”, Stephen Wilkes

Autor: Derrick Jensen (wersja oryginalna)

Najczęściej wypowiadane słowa, jakie słyszę zewsząd z ust obrońców środowiska, brzmią: „Mamy przesrane”. Większość z nich prowadzi rozpaczliwą walkę, sięgając po wszelkie dostępne narzędzia – a raczej wszelkie dostępne legalne narzędzia, co oznacza wszelkie narzędzia, do których wykorzystania dają im prawo rządzący, co oznacza wszelkie, koniec końców nieskuteczne narzędzia – aby podjąć próbę ochrony kawałka ziemi, podjąć próbę powstrzymania produkcji i emisji trucizn, podjąć próbę powstrzymania cywilizowanych ludzi przed znęcaniem się nad grupą roślin lub zwierząt. Czasem są ograniczeni do podjęcia próby ochrony pojedynczego drzewa.

Oto jak sumuje powody wykonywania tej pracy John Osborn, nadzwyczajny aktywista i przyjaciel: „W miarę pogłębiania się chaosu chcę zadbać o to, aby niektóre drzwi pozostały otwarte. Jeżeli niedźwiedzie grizzly pozostaną przy życiu za dwadzieścia, trzydzieści i czterdzieści lat, być może będą żyć nadal za lat pięćdziesiąt. Jeżeli znikną za dwadzieścia – znikną na zawsze”.

Jednakże czego byśmy nie zrobili jako obrońcy środowiska, nasze największe wysiłki są niewystarczające. Przegrywamy z kretesem, na każdym froncie. Włodarze z determinacją zarzynają planetę, a większość ludzi ma to gdzieś.

Szczerze mówiąc, żywię szczątkową nadzieję. Sądzę, że to dobrze. Nadzieja jest tym, co utrzymuje nas przykutymi do systemu, konglomeratu ludzi, idei oraz ideałów, które powodują destrukcję planety.

Po pierwsze, istnieje fałszywa nadzieja, że nagle, sumptem jakowymś, system w niewyjaśniony sposób ulegnie przeobrażeniu. Albo uratuje nas technologia. Albo Wielka Matka. Albo istoty z Alfa Centauri. Albo Jezus Chrystus. Albo Święty Mikołaj. Wszystkie te fałszywe nadzieje prowadzą do bierności, a przynajmniej do nieskuteczności. Jednym z powodów, który sprawił, że moja matka została z moim znęcającym się ojcem, był brak schronisk dla maltretowanych kobiet w latach 50. i 60., ale był też i inny motyw – jej fałszywa nadzieja, że on się zmieni. Fałszywa nadzieja zarzuca nam powróz przywiązany do nieznośnych sytuacji i czyni nas ślepymi na realne możliwości.

Czy ktokolwiek naprawdę wierzy, że Weyerhaeuser zaprzestanie wycinania lasów, ponieważ grzecznie o to poprosimy? Czy ktokolwiek naprawdę wierzy, że Monsanto przestanie monsancić, ponieważ grzecznie o to poprosimy? Jak tylko zainstalujemy demokratę w Białym Domu, będzie dobrze. Jak tylko unieważnimy ten lub inny fragment ustawodawstwa, będzie dobrze. Nonsens. Nie będzie dobrze. Już nie jest, a sytuacja ulega pogorszeniu. Gwałtownie.

Ale to nie tylko fałszywe nadzieje skuwają tych, którzy nie stawiają oporu. Czyni to sama nadzieja. Nadzieja, jak nam się wmawia, jest latarnią w ciemności. To nasze światło na końcu długiego, ciemnego tunelu. To promień światła docierający do naszych więziennych cel. To powód naszego trwania, nasza obrona przed rozpaczą (której należy za wszelką cenę unikać). Jak możemy dalej ciągnąć, jeżeli nie mamy nadziei?

Uczy się nas wszystkich, że pokładanie nadziei w jakiś przyszły stan – chociażby nadziei w przyszłe niebo – jest i musi być naszym schronieniem w bieżącej chwili smutku. Jestem pewien, że pamiętacie opowieść o Pandorze. Otrzymała szczelnie zamkniętą puszkę i nakaz, aby nigdy jej nie otwierać. Lecz wiedziona ciekawością zrobiła to i wyfrunęły sobie plagi, smutek i złośliwość, prawdopodobnie nie w tej kolejności. Za późno zatrzasnęła pokrywę. W ‚konserwie’ ostała się tylko jedna rzecz: nadzieja. Nadzieja, według snutej opowieści, była jedynym dobrem pośród wielu niegodziwości skrywanych w puszcze i do dziś pozostaje jedynym pocieszeniem ludzkości w nieszczęściu. Brak tu wzmianki o działaniu jako formie pocieszenia w nieszczęściu, czy konkretnym zrobieniu czegoś, aby owo nieszczęście złagodzić lub wyeliminować.

Im lepiej rozumiem nadzieję, tym bardziej uświadamiam sobie, że przez cały czas zasługiwała na miejsce w puszce z plagami, smutkiem i złośliwością; że służy potrzebom rządzących tak niezawodnie, jak wiara w odległe niebo; że jest w istocie niczym więcej jak świeckim sposobem na utrzymanie nas w ryzach.

Nadzieja jest faktycznie przekleństwem, zmorą. Mówię tak nie tylko przez wzgląd na urocze buddyjskie powiedzenie „Nadzieja i strach gonią ogony swoje nawzajem”, nie tylko ze względu na to, że nadzieja odprowadza nas od teraźniejszości – od tego kim i gdzie aktualnie jesteśmy – ku jakiejś wyimaginowanej przyszłej kondycji. Mówię to ze względu na to, czym jest nadzieja.

W większym lub mniejszym stopniu każdy z nas ujada z większą lub mniejszą częstotliwością o nadziei. Nie uwierzylibyście – a może jednak – jak liczny zastęp redaktorów zwracał się do mnie z prośbą o artykuł na temat apokalipsy, a następnie nakazywał, bym pozostawił czytelników z uczuciem nadziei. Ale czym tak dokładnie jest nadzieja? Podczas wykładu, który wygłosiłem zeszłej wiosny, ktoś poprosił mnie o jej zdefiniowanie. Skierowałem tę prośbę z powrotem do publiczności – oto jaką wykoncypowaliśmy definicję: nadzieja jest tęsknotą za przyszłym stanem, na który nie masz wpływu; oznacza to, że jesteś w zasadzie bezsilny.

Nie powiem na przykład: mam nadzieję, że jutro coś zjem. Po prostu coś zjem. Nie żywię nadziei, że zaczerpnę teraz powietrza, skończę pisać to zdanie. Po prostu to robię. Z drugiej strony mam nadzieję, że kiedy następnym razem wejdę na pokład samolotu, maszyna nie zamieni się w kulę ognia. Skoro z nadzieją wyczekujesz jakiegoś rezultatu, oznacza to, że poddałeś swoją sprawczość. Wielu ludzi mówi, że ma nadzieję, iż dominująca kultura przestanie niszczyć świat. Mówiąc tak, zakładają oni, że destrukcja będzie trwać, przynajmniej krótkoterminowo, i rezygnują ze swojej zdolności uczestnictwa w wysiłku powstrzymania jej.

Nie żywię nadziei, że łososie coho przetrwają. Zrobię, co konieczne, aby upewnić się, że dominująca kultura nie doprowadzi do ich wyginięcia. Jeżeli coho zechcą nas opuścić, bo nie podoba im się to, w jaki sposób są traktowane – i kto mógłby je winić – powiem ‚żegnajcie’ i będę za nimi tęsknił, ale jeżeli nie zechcą odejść, nie pozwolę cywilizacji, aby je wykończyła.

Kiedy zdamy sobie sprawę z faktycznego stopnia swojej mocy sprawczej, ‚nadzieja’ nie jest już konieczna. Po prostu bierzemy się do roboty. Zapewniamy przetrwanie łososiom. Zapewniamy przetrwanie preriowym pieskom. Zapewniamy przetrwanie niedźwiedziom grizzly. Robimy wszystko, co konieczne.

Kiedy przestajemy mieć nadzieję na zewnętrzne wsparcie, kiedy przestajemy mieć nadzieję, że okropna sytuacja, w jakiej tkwimy, rozwiąże się jakoś sama, nie pogorszy się, wówczas nareszcie jesteśmy wolni – prawdziwie wolni – aby uczciwie rozpocząć pracę nad rozwiązaniem. Powiedziałbym, że kiedy umiera nadzieja, zaczyna się działanie.

Ludzie pytają mnie czasem, „Jeżeli sprawy mają się tak kiepsko, dlaczego nie palniesz sobie w łeb?”. Odpowiadam, że życie jest naprawdę, naprawdę dobre. Jestem dostatecznie złożoną istotą, aby jednocześnie rozumieć, że mamy naprawdę, naprawdę przesrane i że życie jest naprawdę, naprawdę dobre. Jestem pełen gniewu, smutku, radości, miłości, nienawiści, rozpaczy, szczęścia, zadowolenia, niezadowolenia i tysiąca innych uczuć. Naprawdę mamy przesrane. Życie jest naprawdę dobre.

Wiele ludzi obawia się uczucia rozpaczy. Obawia się, że pozwalając sobie na dostrzeżenie pełni naszego rozpaczliwego położenia, będą potem zmuszeni odczuwać permanentną zgryzotę. Zapominają, że możliwe jest odczuwanie wielu rzeczy jednocześnie. Zapominają również, że rozpacz jest całkowicie stosowną reakcją na rozpaczliwą sytuację. Wiele ludzi prawdopodobnie obawia się też, że pozwoliwszy sobie na dostrzeżenie pełni rozpaczliwego stanu rzeczy, będą zmuszeni coś z tym zrobić.

Innym pytaniem, jakie zadają mi ludzie brzmi, „Jeżeli sprawy mają się tak kiepsko, dlaczego po prostu nie balujesz?”. Cóż, po pierwsze, odpowiadam, że tak naprawdę nie przepadam za balowaniem. Po drugie, już teraz dobrze się bawię. Kocham swoje życie. Kocham życie. Tak ma już większość aktywistów, których znam. Robimy to, co kochamy, walczymy o tych, których kochamy.

Nie mam cierpliwości do osób, które wykorzystują naszą rozpaczliwą sytuację, aby usprawiedliwić bierność. Przekonałem się, że kiedy pozbawisz większość tych ludzi tej konkretnej wymówki, po prostu znajdują inną, a potem kolejną, a później następną. Wykorzystanie tej wymówki do usprawiedliwienia bezczynności – wykorzystanie każdej wymówki do usprawiedliwienia bezczynności – ujawnia ni mniej, ni więcej tylko niezdolność do miłości.

Na jednej z moich ostatnich pogadanek, podczas sesji pytań, ktoś powstał i oznajmił, iż ludzie stają się aktywistami tylko z jednego powodu – chcą poprawić sobie samopoczucie. Skuteczność tak naprawdę nie ma znaczenia, powiedział, a jeżeli ktoś uważa inaczej, jest egotystą.

Powiedziałem mu, że jestem odmiennego zdania.

Czy aktywizm nie poprawia ci samopoczucia? – zapytał.

Oczywiście, odparłem, lecz nie dlatego to robię. Jeżeli zależy mi tylko na dobrym nastroju, mogę się masturbować. Tymczasem chcę dokonać czegoś w realnym świecie.

Dlaczego?

Ponieważ jestem zakochany. W łososiach, w drzewach za oknem, w potomstwie morskich minogów żyjących w piaszczystych korytach strumieni, w wiotkich salamandrach pełzających przez podmokłą, leśną ściółkę. Jeżeli kochasz, działasz w obronie ukochanych. Oczywiście, rezultaty mają znaczenie, aczkolwiek nie decydują o tym, czy podejmiesz starania lub zaniechasz ich. Robisz to, co konieczne. Jeżeli moja miłość nie sprawia, że chronię tych, których kocham – nie jest miłością.

Kiedy porzucasz nadzieję przydarza ci się coś wspaniałego – uświadamiasz sobie, że nigdy jej nie potrzebowałeś. Uświadamiasz sobie, że rezygnacja z nadziei nie zabiła cię. Nawet nie osłabiła twojej efektywności. W rzeczywistości uczyniła cię bardziej skutecznym, ponieważ w kwestii rozwiązania swoich problemów przestałeś polegać na kimś lub czymś innym – przestałeś mieć nadzieję, że twoje problemy rozwiążą się dzięki magicznej asyście boga, Wielkiej Matki, Klubu Sierra, nieustraszonych obrońców drzew, dzielnego łososia lub samej Ziemi – i zacząłeś robić to, co konieczne, aby rozwiązać te problemy samodzielnie.

Kiedy porzucasz nadzieję, przytrafia ci się coś lepszego niż świadomość, że to cię nie zabiło – w jakimś sensie zostajesz zabity. Umierasz. A stan takiej śmierci ma w sobie coś wspaniałego – ci, który sprawują władzę, nie mogą cię już dotknąć. Ani poprzez obietnice, ani poprzez groźby, ani poprzez samą przemoc. Kiedy jesteś martwy w taki sposób, możesz wciąż śpiewać, możesz wciąż tańczyć, możesz wciąż uprawiać miłość, możesz wciąż walczyć jak diabli – możesz nadal żyć, ponieważ czujesz, że żyjesz, bardziej niż kiedykolwiek. Dociera do ciebie, że kiedy umarła nadzieja, dawny „ty”, który umarłeś wraz z nią, nie był tobą, ale „tobą” uzależnionym od tych, którzy cię eksploatują; „tobą” wierzącym, że ci, którzy cię wykorzystują, zaprzestaną tego sami; „tobą”, który wierzył w mitologie propagowane przez wyzyskiwaczy w celu ułatwienia tego wyzysku. Skonstruowany społecznie „ty” umarłeś. Cywilizowany „ty” umarłeś. Wyprodukowany, zmyślony, ostemplowany, ulepiony „ty” umarłeś. Ofiara umarła.

A kto pozostaje, kiedy tamten „ty” umiera? Pozostajesz ty. Zwierzęcy ty. Nagi ty. Wystawiony na zranienie (i broniący się przed nim) ty. Śmiertelny ty. Próbujący przetrwać ty. Ty, który nie myślisz już tak, jak nauczyła cię kultura. Ty, który nie czujesz już tak, jak nauczyła cię kultura. Ty, który nie jesteś już tym, kim nauczyła cię być kultura. Ty, który możesz powiedzieć tak; ty, który możesz powiedzieć nie. Ty, który jesteś częścią zamieszkiwanego przez siebie skrawka ziemi. Ty, który będziesz walczył (lub nie) w obronie swojej rodziny. Ty, który będziesz walczył (lub nie) w obronie ukochanych. Ty, który będziesz walczył (lub nie) w obronie ziemi, od którego zależy życie Twoje i tych, których kochasz. Ty, którego moralność nie opiera się na naukach kultury mordującej planetę, mordującej ciebie, ale na Twoich własnych zwierzęcych uczuciach miłości i więzi z rodziną, Twoimi przyjaciółmi, ziemią – nie z rodziną o tożsamości cywilizowanych istot, ale zwierząt potrzebujących ziemi, zwierząt zabijanych chemikaliami, zwierząt uformowanych i zdeformowanych tak, aby pasowały do potrzeb kultury.

Kiedy porzucasz nadzieję – kiedy jesteś martwy w taki sposób przez co czujesz, że naprawdę żyjesz – przestajesz być już podatny na asymilację opartą na racjonalności i lęku, którą Żydom i innych narodowościom narzucili naziści; którą swoim ofiarom narzucają ciemiężyciele pokroju mojego ojca; którą nam wszystkim narzuca dominująca kultura. A może mamy do czynienia z przypadkiem, gdzie wyzyskiwacze ujmują fizyczne, społeczne i emocjonalne warunki w takie ramy, aby ofiary, postrzegając siebie jako pozbawione wyboru, narzuciły tę asymilację same sobie?

Gdy porzucasz nadzieję, relacja wyzyskiwacz/ofiara zostaje zburzona. Stajesz się podobny do Żydów, którzy uczestniczyli w powstaniu w getcie warszawskim.

Kiedy porzucasz nadzieję, odwracasz się od lęku.

I kiedy przestajesz polegać na nadziei i zaczynasz chronić ludzi, rzeczy i miejsca, które kochasz, stajesz się groźny dla dzierżących władzę.

Na wypadek gdybyś był ciekaw – to bardzo dobrze.

Tłumaczenie: exignorant

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Poza nadzieją i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.