Na wojnie morderstwo nie jest anomalią

Autor Chris Hedges jest krytykiem społecznym, ekspertem z zakresu polityki i społeczeństw obu Ameryk i Bliskiego Wschodu. Jako dziennikarz, pisarz i korespondent wojenny (spędził 20 lat w 50 krajach Ameryki Centralnej, Afryki, Bliskiego Wschodu i Bałkanów) otrzymał wiele nagród m.in. Pulitzer Prize (Nagroda Pulitzera) oraz Global Award for Human Rights Journalism (Globalna Nagroda za Dziennikarstwo w Obronie Praw Człowieka) przyznawaną przez Amnesty International. Wybrane książki: „What Every Person Should Know About War” („Co każda osoba powinna wiedzieć o wojnie”), „War Is A Force That Gives Us Meaning” („Wojna jest siłą, która nadaje nam znaczenie”), „American Fascists: The Christian Right and the War on America” („Amerykańscy faszyści: chrześcijańska prawica i wojna z Ameryką”), „Empire of Illusion: The End of Literacy and the Triumph of Spectacle” („Imperium iluzji: koniec piśmienności i triumf widowiska”).

19 marca 2012

Wojna w Afganistanie – gdzie wróg jest nieuchwytny i sporadycznie oglądany, gdzie kulturowa i lingwistyczna separacja czyni każdą wyprawę poza ogrodzenie z drutu kolczastego wizytą na wrogim terytorium, gdzie w sposób oczywisty przegrywasz mimo potężnej industrialnej machiny do zabijania, jaką dysponujesz – żywi kulturę okrucieństwa. Strach i stres, gniew i nienawiść sprowadzają wszystkich Afgańczyków do statusu wroga i obejmuje on kobiety, dzieci i starców. Cywile i kombatanci stapiają się w jedną pogardzaną, bezimienną, pozbawioną twarzy masę. Psychologiczny krok ku morderstwu jest krótki. I morderstwa zdarzają się w Afganistanie codziennie. Zdarzają się podczas ataków bezzałogowych samolotów, bombardowań artylerii, nalotów, uderzeń rakietowych oraz miażdżącego, osłaniającego ognia, otwieranego w wioskach z karabinów maszynowych karmionych pasami pocisków.

Ataki militarne tego rodzaju na obszarach cywilnych czynią dyskusje na temat praw człowieka absurdem. Robert Bayles, sierżant sztabowy Armii USA, który rzekomo samodzielnie zabił 16 cywilów w dwóch afgańskich wioskach, w tym dziewięcioro dzieci, nie jest anomalią. Potępianie tej rzezi i jednoczesna obrona wojen okupacyjnych, które toczymy oznacza brak jakiejkolwiek wiedzy na temat walki. W Afganistanie dzieci zabijamy prawie codziennie. Zazwyczaj nie zabijamy ich poza strukturą militarnego oddziału. Gdyby amerykański żołnierz zabił lub zranił wielu cywilów w reakcji na odpalony przeciwko jego oddziałowi, improwizowany ładunek wybuchowy, nie byłoby na ten temat wzmianki w wiadomościach. Oddziały nie pozostają, aby szacować „przypadkowe szkody”. Ale Afgańczycy je znają. Nienawidzą nas za nasze mordercze spustoszenia. Nienawidzą nas za naszą hipokryzję.

Skala naszego sponsorowanego przez państwo morderstwa jest ukrywana przed opinią publiczną. Reporterzy, którzy podróżują z oddziałami wojskowymi i stają się w sensie psychologicznym częścią zespołu, snują to, czego domagają się ich wojskowi opiekunowie – mityczne opowieści o heroizmie i męstwie. Wojna postrzegana jest włącznie z perspektywy okupujących. Jest broniona jako narodowa cnota. Ten mit pozwala nam nadać sens pożodze i śmierci. Usprawiedliwia on to, co jest zazwyczaj niczym więcej niż ohydnym ludzkim okrucieństwem, brutalnością i głupotą. Pozwala nam uwierzyć, że swoje miejsce w społeczności ludzkiej uzyskaliśmy za sprawą długiego łańcucha heroicznych starań, nie pozwala zaakceptować smutnej rzeczywistości, że słaniamy się wzdłuż pogrążonego w półmroku korytarza katastrof. Maskuje naszą bezsilność. Ukrywa impotencję i pospolitość naszych przywódców. Przeobrażając historię w mit zmieniamy bezładne wydarzenia w sekwencję wypadków wyreżyserowanych przez wolę potężniejszą od naszej, tę, która jest zdeterminowana i przesądzona. Zostajemy wyniesieni ponad mrowie. Maszerujemy ku szlachetności. Ale to kłamstwo. I jest to kłamstwo, które noszą w sobie weterani. I to dlatego tak wielu z nich popełnia samobójstwo.*

„Ja także należę do tego gatunku,” pisał o swoich doświadczeniach z II wojny światowej J. Glenn Gray. „Wstydzę się nie tylko czynów własnych, nie tylko czynów mojego narodu, ale także czynów ludzkich. Wstydzę się, że jestem człowiekiem.”

Kiedy Ernie Pyle, słynny korespondent z czasów II wojny światowej, został zabity na pacyficznej wyspie Ie Shima w 1945 roku, przy jego ciele znaleziono surową wersję prasowej kolumny. Przygotowywał ją do opublikowania na koniec wojny w Europie. Wiele uczynił, aby promować mit wojownika i szlachetność wojowania, ale u kresu był tym wszystkim zmęczony:

Jednak wielu jest pośród żywych, którzy na zawsze wypalili w swoim umyśle nienaturalny widok zimnych, martwych mężczyzn rozrzuconych po zboczach wzgórz i w okopach, wzdłuż rzędów wysokich ogrodzeń, w każdej części świata.

Martwi ludzie masowej produkcji – kraj po kraju, miesiąc za miesiącem, rok za rokiem. Martwi ludzie zimą i martwi ludzie latem.

Martwi ludzie w tak znajomej bliskości, że stają się monotonni.

Martwi ludzie w tak potwornej nieskończoności, że prawie ich nienawidzisz.

Są to rzeczy, których wy tam w domu nawet nie musicie próbować zrozumieć. Dla was w kraju są oni rubryką i statystyką, względnie jest on tym z sąsiedztwa, który wyjechał i po po prostu nie wrócił. Nie widzieliście go, jak leży tak groteskowy i blady przy żwirowej drodze we Francji.

My go widzieliśmy, widzieliśmy go w iloczynie tysięcy. W tym różnica.

We wszystkich wojnach istnieje nieustanne poszukiwanie, aby odnaleźć nowe perwersje, nowe formy śmierci, kiedy wygasa początkowa euforia, ariergarda i ostatecznie daremny wysiłek, aby odeprzeć znudzenie rutynową śmiercią. To dlatego podczas wojny w El Salvador szwadrony śmierci i żołnierze odcinali genitalia swoim uśmierconym ofiarom i wciskali je zwłokom w usta. To dlatego reporterzy w Bośni znajdowali ciała ukrzyżowane na ścianach stodół lub pozbawione głów. To dlatego amerykańscy żołnierze piechoty morskiej oddali mocz na martwych Talibów. Zgładzeni podczas walki traktowani są przez zabójców jak trofea, przeobrażani w groteskowe eksponaty performance art. Działo się tak w każdej wojnie, którą relacjonowałem.

„Siła,” pisała Simone Weil, „jest tak samo bezwzględna wobec człowieka, który ją posiada – lub tak mu się zdaje – jak w stosunku do jej ofiar; drugiego miażdży, pierwszego odurza.”

Wojna wynaturza cię i niszczy. Spycha coraz bliżej własnego unicestwienia – duchowego, emocjonalnego i na koniec fizycznego. Niszczy ciągłość życia, rozrywając wszystkie systemy – gospodarcze, społeczne, środowiskowe i polityczne – które podtrzymują nas jako istoty ludzkie. Na wojnie ulegamy deformacji, ulega jej nasza istota. Rezygnujemy z indywidualnego sumienia – być może nawet świadomości – na rzecz zakażenia tłumem, patriotycznego ferworu, wiary, że musimy zjednoczyć się jako naród w chwilach krytycznej próby. Dokonanie moralnego wyboru, przeciwstawienie się wojennemu powabowi w kulturze wojny może być autodestrukcyjne. Esencją wojny jest śmierć. Zasmakuj jej dosyć, a przyznasz słuszność stoikom. Ostatecznie skonsumujemy samych siebie we wszechogarniającej pożodze.

Badanie z czasów II wojny światowej ustaliło, że po 60 dniach nieprzerwanej walki 98% wszystkich żyjących żołnierzy stało się ofiarami psychicznych zaburzeń. Cechą wspólną pozostałych 2% była predyspozycja w kierunku „agresywnych osobowości psychopatycznych”. W swojej książce „O zabijaniu: Psychologiczny koszt zaznajomienia z zabijaniem na wojnie i w społeczeństwie”, podpułkownik Dave Grossman zauważa: „Dość trafną jest konkluzja, iż ciągła, nieuchronna walka ma w sobie coś, co prowadzi do szaleństwa 98% wszystkich mężczyzn, a pozostałe 2% już w drodze do niej niesie w sobie szaleństwo.”

Podczas wojny w El Salvador wielu żołnierzy służyło przez trzy, cztery lata lub dłużej – podobnie jak w amerykańskich wojnach w Iraku i Afganistanie – aż spotkało ich psychologiczne lub fizyczne załamanie. W garnizonowych miasteczkach dowódcy wprowadzili zakaz sprzedaży środków uspokajających, ponieważ żołnierze nadużywali ich. Na tamtej wojnie, tak jak na wojnach na Bliskim Wschodzie, przypadki emocjonalnie i psychologicznie okaleczonych były powszechne. Raz zdarzyło mi się przeprowadzić wywiad z 19-letnim sierżantem armii Salwadoru, który walczył przez pięć lat i nagle stracił wzrok, kiedy jego oddział wpadł w zasadzkę rebelii. W czasie wymiany ognia rebelianci uśmiercili 11 jego współtowarzyszy, w tym najlepszego przyjaciela. Nie odzyskał wzroku, dopóki nie trafił do wojskowego szpitala. „Miewam te koszmarne bóle głowy,” powiedział mi siedząc na brzegu łóżka. „W mojej głowie siedzi szrapnel. Powtarzam lekarzom, aby go usunęli.” Ale lekarze powiedzieli mi, że nie odniósł ran głowy.

Widziałem innych żołnierzy innych konfliktów, którzy tracili słuch lub mowę, nie panowali nad drżeniem ciała.

Wojna jest nekrofilią. Ta nekrofilia jest najważniejszym elementem żołnierki, tak samo jak w przypadku poczynań zamachowców-samobójców i terrorystów. Nekrofilia ukryta jest pod frazesami o służbie i braterstwie. Spuszczana ze smyczy zwłaszcza w chwilach, kiedy wydaje się, że nie mamy specjalnie po co żyć i trwamy bez nadziei, lub w momentach, kiedy upojenie wojną osiąga swoje apogeum. Gdy pobędziemy na wojnie dostatecznie długo, przychodzi do nas jako pewnego rodzaju uwolnienie, nieuchronny i uwodzicielski uścisk, który może skonsumować długi flirt z naszą autodestrukcją.

W swoim pamiętniku „Czas wojny” z partyzanckiego konfliktu w Jugosławii Milovan Djilas napisał o powabie jaki dla kombatantów posiadała śmierć. Autor stał nad ciałem swojego towarzysza, dowódcy Savy Kovacevica, i odkrył, że:

„…umieranie nie wyglądało na straszne czy niesprawiedliwie. To był najbardziej niezwykły, wzniosły moment w moim życiu. Śmierć nie sprawiała wrażenia obcej lub niepożądanej. To, że powstrzymałem się i nie rzuciłem ślepo w bój i śmierć zawdzięczam prawdopodobnie swojemu poczuciu obowiązku wobec żołnierzy lub upomnieniu współtowarzysza, które dotyczyło bieżących zadań. W swojej pamięci wielokrotnie powracałem do tych chwil – z tym samym uczuciem intymnego kontaktu ze śmiercią i pożądania jej – kiedy byłem w więzieniu, zwłaszcza podczas swojego pierwszego osadzenia.”

Wschodząca wojna unicestwia Erosa. Niszczy czułość i delikatność. Jej gminna siła chce odrzeć indywidualnego człowieka z jakiegokolwiek znaczenia, aby oddać wszystkie namiętności, każdy wybór, cały głos tłumowi.

„Najważniejszą częścią indywidualnego życia, która nie może być podległą egzystencji zbiorowej jest miłość,” napisał w książce „Przeciwstawiając się Hitlerowi” Sebastian Haffner. „Zatem żołnierska brać ma swoją specjalną broń przeciwko miłości: wyuzdanie. Co wieczór, po ostatnim patrolu, odbywał się na pryczach rytuał recytowania perwersyjnych piosenek i żartów. Oto niewzruszona zasada męskiego braterstwa i nie ma bardziej mylącej, rozpowszechnionej opinii, że jest to swoisty wentyl bezpieczeństwa dla uczuć erotycznej bądź seksualnej frustracji. Rezultatem tych przyśpiewek i grepsów nie jest erotyczne podniecenie. Wręcz przeciwnie, akt miłości czynią one możliwie najmniej powabnym. Traktują go jak trawienie i wypróżnianie, obiekt drwin. Mężczyźni, którzy deklamowali ordynarne piosenki i używali wulgaryzmów w odniesieniu do kobiecej anatomii, w efekcie wypierali się, że kiedykolwiek okazywali czułość lub byli zakochani, chcieli się podobać, zachowywali delikatnie.”

Kiedy to dostrzeżemy, kiedy ujrzymy nasze uzależnienie takim, jakie jest, kiedy zrozumiemy samych siebie i jak dalece wynaturzyła nas wojna, życie staje się nie do zniesienia. Jon Steele, kamerzysta, który spędził wiele lat w strefach zbrojnego konfliktu, doznał nerwowego załamania na zatłoczonym lotnisku Heathrow po powrocie z Sarajewa.

Steele z czasem zrozumiał realia swojej pracy, realia, które zdemontowały fasadę żywiołowej obłudy. Kiedy był w Sarajewie znalazł się w miejscu zwanym Aleją Snajperów: „Filmowałem dziewczynę, której szyję przebiła kula snajpera,” napisał. „Kręciłem ją w ambulansie i dopiero po jej śmierci nagle zrozumiałem, że ostatnią rzeczą, którą widziała było odbicie obiektywu kamery, którą przed nią trzymałem. Byłem zdruzgotany. Złapałem za kamerę i zacząłem biec Aleją Snajperów, z poziomu kolan filmowałem Bośniaków biegnących z miejsca na miejsce.”

Rok po zakończeniu wojny w Sarajewie spotkałem się z bośniackimi przyjaciółmi, którzy doznali koszmarnego cierpienia. Młoda kobieta, Ljiljana, straciła ojca, Serba, który odmówił przyłączenia się do serbskich sił oblegających miasto. Kilka dni wcześniej musiała zidentyfikować jego zwłoki. Ciało zostało wydobyte – z boków gnijącej trumny chlusnęła woda – z małego parku, celem powtórnego pochówku na cmentarzu głównym. Wkrótce miała wyemigrować do Australii. „Poślubię tam mężczyznę,” powiedziała mi, „który nigdy nie słyszał o tej wojnie i wychowam dzieci, które niczego się nie dowiedzą ani o niej, ani o kraju moich urodzin.”

Ljiljana była młoda. Ale wojna odcisnęła swoje piętno. Jej policzki były zapadłe, włosy suche i łamliwe. Jej uzębienie spróchniało, a niektóre zęby łamiąc się pozostawiły wyszczerbienia. Nie miała pieniędzy na dentystę; miała nadzieję, że naprawi je w Australii. Mimo to zarówno ona, jak i jej przyjaciele owego popołudnia byli w stanie jedynie opłakiwać tamte dni, kiedy trwali w strachu, głodni i wynędzniali, brani na cel przez serbskich strzelców z pobliskich wzniesień. Nie pragnęli powrotu cierpienia. A mimo to przyznali, że prawdopodobnie były to najpełniejsze dni ich życia. Patrzyli na mnie zrozpaczeni. Znałem ich, kiedy w pobliżu spadały setki pocisków dziennie, kiedy nie mieli wody, w której mogliby się umyć i prać ubrania, kiedy tulili się do siebie w nieogrzanych mieszkaniach, a kule snajperów uderzały na zewnątrz w ściany.

Wyrazili swoje rozczarowanie sterylną, daremną i pustą teraźniejszością. Czas pokoju powtórnie obnażył próżnię, którą wypełniała gorączka wojny, bitwy. Raz jeszcze byli – jak prawdopodobnie każdy z nas – sami, już nie związani wspólną walką, już bez okazji do wielkoduszności, heroizmu, już bez pewności czym jest życie lub co oznacza. Dawne braterstwo, jakkolwiek fałszywe, pierzchło z ostatnim strzałem.

Co więcej przekonali się, że cała ta ofiara była na nic. Zostali zdradzeni, tak jak każdy z nas na wojnie. Dawni, skorumpowani szefowie Komunistycznej Partii, którzy z dnia na dzień stali się nacjonalistami i zgotowali im ten zamęt, wzbogacili się na ich cierpieniu i nadal dzierżyli władzę. Ljiljana i pozostali musieli konfrontować się z 70% bezrobociem. Byli uzależnieni od darów społeczności międzynarodowej. Rozumieli, że ich sprawa i oni sami, niegdyś modni w pewnych intelektualnych kręgach, odeszli w zapomnienie. Aktorzy, politycy i artyści nie spieszyli się już z wizytami podczas zawieszenia broni – występy, które prawie zawsze stanowiły obrzydliwą autopromocję. Znali kłamstwo wojny, farsę swojego idealizmu i zmagali się z roztrzaskanymi złudzeniami. I mimo tego chcieli, aby wszystko to powróciło, ja także tego chciałem.

Później otrzymałem świąteczną kartkę. Widniały na niej słowa „Ljiljana z Australii”. Bez adresu zwrotnego. Nie odezwała się już nigdy więcej. Ale wielu spośród korespondentów wojennych, z którymi współpracowałem nie zdołało uciec. Nie byli w stanie uwolnić się od tańca ze śmiercią. Kluczyli między konfliktami zawsze poszukując jeszcze jednej „działki”.

Byłem już wówczas z powrotem w Gazie i w pewnym momencie dopadła mnie kolejna zasadzka. Młody Palestyńczyk, oddalony o 5 metrów, otrzymał śmiertelny postrzał w klatkę piersiową. Dałem się zwabić z powrotem, lecz teraz nie czułem już nic z dawnego uderzenia adrenaliny, tylko strach. Nadeszła pora, aby się wyrwać, odpuścić. Wiedziałem, że to koniec. Miałem szczęście, że uszedłem z życiem.

Kurt Schork – błyskotliwy, odważny i ambitny – nie potrafił odpuścić. Zginął podczas zasadzki w Sierra Lone razem z innym moim przyjacielem, Miguelem Gil Moreno. O jego pułapce – przyjęciu Tanatosa, instynktu śmierci – nie wspomniano podczas sterylnej i antyseptycznej ceremonii żałobnej w Waszyngtonie. Wszyscy ostrożnie omijali tę kwestię. Ale ci z nas, którzy go znali rozumieli, że został skonsumowany.

Pracowałem z Kurtem przez 10 lat, zaczęliśmy w północnym Iraku. Oczytany, zabawny – zdaje się, że odważni często bywają zabawni. Przekazywaliśmy sobie książki, usiłując wspólnie zrozumieć otaczające nas szaleństwo. Utracenie Kurta jest wyrwą, która nigdy nie zostanie wypełniona. Jego prochy spoczęły w Sarajewie, na cmentarzu ofiar wojny. Poleciałem do Sarajewa i spotkałem się z brytyjskim filmowcem Danem Reedem. Był pochmurny, listopadowy dzień. Staliśmy nad grobem, wypiliśmy pół litra whiskey. Dan zapalił świeczkę. Wyrecytowałem wiersz, który rzymski liryk Catullus napisał na cześć zmarłego brata.

Podług obcych kosztów i wód – wiele dni na morzu,

Przybywam tu na obrzęd twojego odświatowienia,

Przynosząc ci, martwym, te ostatnie żyjących dary

I słowa me – czcze dźwięki dla prochu człowieka.

Żałość, bracie mój,

Odebranyś mi. Odebranyś mi,

Przez los zimny w cień i ból mój zamieniony.

Oto strawy starego ceremoniału, wyznaczone

Z dawien dla łaknących spod ziemi:

Przyjm je: łzy brata twego przemoczyły je: i we wieczność

wołanie i pożegnanie me zabierz.

Właśnie tam, pośród 4000 zabitych, było miejsce Kurta. Zginął, ponieważ nie mógł uwolnić się od wojny. Usiłował odtworzyć to, co znalazł w Sarajewie, ale nie potrafił. Wojna już nigdy nie mogła być nowa. Kurt był we Wschodnim Timorze i Czeczenii. Byłem pewien, że Sierra Leone nie znaczyło dla niego nic.

Kurt i Miguel nie potrafili odpuścić. Przyznaliby to pierwsi. Pozostań na wojnie dostatecznie długo, a nie będziesz pasował nigdzie indziej. W końcu cię zabije. Nienowa to opowieść. Zaczyna się niczym miłość, ale jest śmiercią.

Wojna jest piękną, młodą nimfą z baśni, która pocałowana wydycha opary Hadesu.

Starożytni Grecy mieli stosowne określenie na taki los: ekpyrosis.

Oznacza zostać skonsumowanym przez kulę ognia. Używali go, aby opisać bohaterów.

Tłumaczenie: exignorant

* Amerykański Departament Spraw Weteranów szacuje, że żołnierz US Army popełnia samobójstwo co 80 minut.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Imperialne wojny, militaryzm i terror państwowy i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.