Wszechobecny matriks klamstw

Autor: Charles Eisenstein (wersja oryginalna tekstu)

Zacznijmy od piwa. Codziennie mijam billboard Colors Light okraszony sloganem, „Coors kołysze Harrisburgiem.” Dobrze, czy ktokolwiek rzeczywiście wierzy, że Coors w istocie „kołysze Harrisburgiem”? Nie. Czy wierzy w to sama korporacja Coors? Nie. Czy ktokolwiek wierzy, że Coors w to wierzy? Nie. To kłamstwo; każdy wie, że to kłamstwo i nikogo to nie obchodzi. Wszyscy automatycznie ignorują to jako reklamowy slogan, kampanię wizerunkową.

Następny szyld promuje piwo Miller zwrotem „Świeże piwo smakuje lepiej.” Czy ktokolwiek rzeczywiście uważa, że Miller jest bardziej świeży od piwa Budweiser, Coors, czy Pabst? Nie. Czy w browarze Millera znajdziemy kogokolwiek, kto tak sądzi? Nie. To kolejne oczywiste i pospolite kłamstwo, trafiające poniżej progu świadomości większości ludzi. Jednakże współtworzy ono wrażenie egzystowania w sztucznym świecie, w którym słowa pozbawione są znaczenia i nic nie jest prawdziwe.

Kontynuując swoją podróż przejeżdżam obok galerii handlowej Park Kolonialny, sztampowego, pudełkowatego gmachu wtopionego w rozległą betonową przestrzeń. Nie ma tu żadnego parku ani jakiegokolwiek związku z czymś „kolonialnym”; słowo wybrane celem przywołania obrazu prostszych czasów, poczciwych gospodarzy i rzemiosła najwyższej próby. Galeria jest domem jadłodajni o nazwie „Parkowa Cafe” mającej przywołać (jak zgaduję) paryską kafejkę ze stolikami ustawionymi na zewnątrz w cieniu drzew. Cała nazwa jest ewidentnym kłamstwem. I jest ono absolutnie zwyczajne.

W coraz większym stopniu słowa przestają cokolwiek znaczyć. W polityce kandydatom prowadzącym kampanie na sucho uchodzi wypowiadanie słów, które pozostają w zdecydowanej sprzeczności z ich działaniami i polityczną strategią, ale nikt zdaje się nie mieć obiekcji, nikogo to nawet obchodzi. Uderzająca jest nie tyle rutynowa hipokryzja polityków, ile nasza niemal kompletna na nią obojętność. Jesteśmy też prawie całkowicie uodpornieni na pustkę reklamowego tekstu, którego słowa coraz częściej dla czytelnika nie znaczą kompletnie nic. Czy ktoś naprawdę wierzy, że General Electric „wypełnia życie tym, co dobre”? Począwszy od nazw marek, poprzez slogany PR i polityczne kody, język mediów, który przenika współczesne życie składa się niemalże całkowicie z subtelnych kłamstw, dezorientowania i manipulacji.

Żyjemy we wszechobecnym matriksie kłamstw, kulturze fałszu tak powszechnego, że jest on prawie niewidoczny. Ponieważ kłamie się nam na okrągło – na sposoby tak rutynowe, że znajdują się poniżej progu spostrzegania – nawet te najbardziej bezpośrednie kłamstwa tracą swoją zdolność szokowania. Najbardziej szokującą rzeczą dotyczącą łgarstw kolejnych prezydenckich administracji jest to, że dla większości ludzi nie są one szokujące. Dlaczego jako społeczeństwo najwyraźniej aprobujemy skandaliczną nieszczerość naszych liderów jako oczywistość? Dlaczego ciągłe demaskowanie ich obłudy zdaje się wzbudzać ledwie śladowe oburzenie opinii publicznej? Gdzie jest sprzeciw, zbulwersowanie, poczucie zdrady?

Odpowiedź na te pytania leży głębiej niż machinacje tej czy innej frakcji elity władzy. Leży ona głębiej niż propagandowa kontrola mediów. Apatia naszego społeczeństwa wynika z subtelnej i gruntownej bezsiły: osłabienia samego języka wraz ze wszystkimi pozostałymi formami symbolicznej kultury. Słowa tracą swoją zdolność tworzenia i przekształcania. Rezultatem jest tyrania, której nigdy nie można obalić – będzie zmierzać ku totalności, aż runie pod ciężarem wielorakich kryzysów, które nieuchronnie generuje.

W miarę jak przyzwyczajamy się do wszędobylskiego matriksa kłamstw, słowa znaczą dla nas coraz mniej. Stoimy w obliczu kryzysu języka, który leży u podstaw i odzwierciedla wszystkie zbiegające się kryzysy współczesności. Podobnie jak rosnąca obfitość materialnej i społecznej technologii nie zdołała przynieść obiecanej Utopii wypoczynku, zdrowia i sprawiedliwości, obfitość słów i mediów nie zdołała zapewnić lepszej komunikacji. Dzieje się coś zupełnie odwrotnego.

Konfrontujemy się z paradoksem. Z jednej strony słowa w technologicznym społeczeństwie są w istocie działaniem. Cały nowoczesny świat zbudowany jest na języku, symbolu. Jakiekolwiek przedsięwzięcie wymagające koordynacji ludzkich poczynań – poza tymi na niewielką skalę – wymaga języka. Nie możesz zbudować mikrochipa, zawiadywać lotniskiem lub rządem, prowadzić wojny, zorganizować pokojowego ruchu czy też skonstruować turbiny wiatrowej bez obszernego aparatu skodyfikowanych instrukcji, technicznych podręczników, rozkładów zajęć, terminarzy, dokumentów planowania, memorandów, wskazówek, pomiarów i danych. Jeżeli prezydent zadecyduje o zbombardowaniu Iranu, czy wiecie jak tego dokona? Słowami. Ma władzę wypowiedzenia wojny – wyartykułowania jej zaistnienia. Podobnie jak starotestamentowy bóg Jahwe tworzymy świat słowami. Ani prezydent, ani kongres tak naprawdę nie robią niczego prócz prowadzenia rozmów (i pisania). O ile nie wykonujesz pracy manualnej jako cieśla lub sprzątacz, prawdopodobnie postępujesz tak samo.

Zatem cóż mamy począć, kiedy słowa – nasze główne twórcze narzędzie we współczesnym świecie – dotyka impotencja? Z pewnością radykalni aktywiści i pisarze muszą zadawać sobie to pytanie, kiedy z dachów wykrzykują prawdę, głośno i wyraźnie, z tak marnym skutkiem (tak, zdarzają się małe zwycięstwa, ale inferno nie wygasa). Czujemy parcie, aby zaprzestać mówienia, wyjść na zewnątrz i coś ZROBIĆ. Ale robić znaczy mówić.

Wyjątkiem są aktywiści, którzy zniecierpliwieni całym tym perorowaniem, wychodzą i wykonują dobrą robotę na płaszczyźnie lokalnej, indywidualnej. Pomagają więźniom, biednym dzieciom, chorym lub innym ofiarom machiny pożerającej świat. Uczą młodzież, jak ze względu na przekonania przeciwstawić się poborowi do armii. Oferują prawne wsparcie lub przyjaźń ludziom z cel śmierci. Udają się w głąb metropolii i zakładają miejskie ogrody. Jako wolontariusze zasilają personel garkuchni dla ubogich i bezdomnych. Ciałem blokują buldożery. Uniemożliwiają wycinkę drzew. Demaskują niesprawiedliwość. Stają się tymi, którzy uśmierzają ból. Na poziomie indywidualnym odmieniają życie wielu ludzi; ich własne życie staje się pełniejsze pod względem duchowym i emocjonalnym. Jednakże na poziomie społecznym lub cywilizacyjnym ich wysiłki są niedostateczne, aby powstrzymać falę, ponieważ na tym poziomie największy wpływ podobnych działań zawiera się – o ironio – w ich symbolicznej sile, która pospiesznie została zredukowana (w świadomości opinii publicznej) do statusu frazesów, chwytów lub efekciarskich pokazówek.

Kryzys naszej cywilizacji sprowadza się do kryzysu języka, w którym to słowa utraciły zdolność tworzenia i teraz potrafią tylko niszczyć. Dysponujemy wszelkimi niezbędnymi środkami i wiedzą, aby żyć w pięknej harmonii ze sobą nawzajem i planetą. Tym czego potrzebujemy są inne kolektywne wybory. Wybory wyłaniają się z percepcji, percepcje wyłaniają się z interpretacji lub opowieści, a opowieści zbudowane są ze słów. Dzisiaj słowa utraciły swoją siłę i historyjki naszego społeczeństwa zaczęły żyć własnym życiem, popychając nas ku końcowi, którego nie wybrałaby żadna rozsądna osoba, i któremu w swej bezradności najwyraźniej nie jesteśmy zdolni się przeciwstawić. A jesteśmy bezradni, ponieważ wszystkim co mamy są bezsilne słowa.

To tak, jakby w „Nowych szatach króla” chłopczyk zakrzyknął „Król jest całkiem nagi!” i wszyscy go słyszą, ale nikt go nie słucha. Parada maszeruje nadal – coraz bardziej naciągany i wyniszczający spektakl, w który szczerze nie wierzy już nikt, nawet jego przywódcy.

W takim razie co my pisarze mamy uczynić? Zaprzestać pisania? Nie. Ale nie ulegajmy jakimkolwiek złudzeniom. Prawda obnażana jest regularnie, ale z jakim skutkiem? Co przyniosło 40 lat trafnej analizy środowiskowego i politycznego stanu świata? Personel twojej ulubionej witryny internetowej z etykietą „lewacka” nie znajduje się w obozie koncentracyjnym tylko dlatego, że nie jest to konieczne. Słowa zostały okradzione ze swojej siły. Thoreau powiedział, „Aby powiedzieć prawdę potrzeba dwojga: jednego, aby mówił i drugiego, aby słuchał.” Kto teraz słucha poza uświadomionymi?

Obraz wart jest tysiąc słów – być może obraz zdoła uratować nas przed kryzysem języka. Niestety, nie może. Ta sama aura nierzeczywistości, która umniejszyła siłę słów, zainfekowała domenę obrazów. W dobie rzeczywistości wirtualnej, immersywnych gier komputerowych, sieciowych światów interaktywnych pokroju „Second Life”, trójwymiarowej animacji cyfrowej oraz rutynowego, detalicznego przedstawiania przemocy na ekranie – obrazy prawdziwych okrucieństw tracą swoją siłę szokowania. Z perspektywy widza istnieje niewielka, możliwa do zaobserwowania różnica pomiędzy prawdziwą przemocą i jej ekranową symulacją – obie są tylko zbiorem pikseli, żadna z nich nie wywiera w jakikolwiek namacalny sposób wpływu na poza-ekranową rzeczywistość oglądającego. Wszystko dzieje się w tele-landii. Prawdopodobnie fakt ten wyjaśnia absencję jakiegokolwiek poczucia narodowego wstydu i moralnej refleksji w ślad za ujawnieniem koszmaru tortur więzienia Abu Ghraib. Dla wielu była to kolejna seria obrazów, podobnie jak 600.000 zabitych Irakijczyków było kolejną serią cyfr.

Podobnie jak słowa, obrazy separowane są od podmiotów, jakie mają reprezentować, aż samo słowo „obraz / wizerunek” nabiera konotacji nieautentyczności: wizerunek korporacyjny, wizerunek polityka. W świecie kłamstw i wizerunków nic nie jest prawdziwe. Czy tak trudno zrozumieć jest apatię amerykańskiego społeczeństwa będąc zanurzonym w takim świecie?

Kiedy całkowicie funkcjonujemy w świecie przedstawień i wizerunków niebezpieczeństwo polega na tym, że zaczynamy mylnie uznawać ten świat za prawdziwy i wierzyć, że manipulując symbolami możemy automatycznie zmienić rzeczywistość, którą reprezentują. Tracimy kontakt z rzeczywistością spoza symboli. Straszliwa śmierć staje się „skutkiem ubocznym”. Tortury stają się „intensywnym przesłuchaniem”. Ustawa osłabiająca kontrolę zanieczyszczeń staje się Uchwałą o Czystym Niebie. Porażka w Iraku staje się „zwycięstwem”. Wojna staje się „pokojem”. Nienawiść staje się „miłością”. Niewolnictwo staje się „wolnością”.

Orwellowska ambicja uczynienia języka niezdolnym nawet do wyrażenia koncepcji „wolności” została niemalże spełniona. Nie poprzez eliminację samego słowa, ale poprzez przeobrażenie go w obrazek, pustą skorupę, markę. Niby jak głosy protestu mogą być skuteczne, skoro wszyscy ignorują całą mowę jako wizerunek, konfabulację i sensacyjny szum? Czego byśmy nie mówili, są to tylko słowa.

Ale odwagi: wypatroszenie języka, które czyni naszą tyranię niewzruszoną gwarantuje także jej ostateczny zgon. Słowa, liczby i obrazy, nad którymi sprawuje pełną kontrolę coraz mniej przystają do rzeczywistości. Taką jest właśnie niedorzeczność niesławnej kampanii „Marka: Ameryka”, zaprojektowanej, aby wypolerować „wizerunek” Stanów za granicą. Wizerunek stał się ważniejszy od rzeczywistości. Bomby wysadzają w powietrze niewinnych cywilów, aby przekazać „wiadomość” „terrorystom”. Bez znaczenia jest to, że wiadomość ta istnieje jedynie w urojeniach naszych liderów. Zanurzeni są – podobnie jak ci, którymi rządzą – w bezwładnym świecie symbolu i nie potrafią zrozumieć dlaczego otaczający świat nie podporządkowuje się ich manipulacjom sposobu jego przedstawienia, pionkom na ich globalnej szachownicy.

Jakkolwiek zabawimy się statystykami, aby zatuszować zbiegające się kryzysy naszych czasów, wszystkie wciąż przybierają na intensywności. Możemy eufemizować kryzys autyzmu, epidemię otyłości, kryzys ziemi uprawnej, kryzys wodny, kryzys energetyczny. Możemy obniżyć poziom standardowych egzaminów, żeby ukryć przyspieszającą implozję systemu edukacji. Możemy przedefiniować ludzi biednych i zmanipulować gospodarcze statystyki. Możemy ogłosić – po prostu ogłosić – że lasy nie znajdują się w dramatycznym stadium zanikania. Przez jakiś czas możemy ukryć upadek środowiska i systemu politycznego, gospodarki i ekologii, ale ostatecznie rzeczywistość przebije się.

Kiedy będziemy ponownie tworzyć na gruzach, które pozostaną, zapamiętajmy otrzymaną lekcję. Siła słowa, podobnie jak wszystkie siły magiczne, zwróci się przeciwko nam, zwiędnie i obumrze, jeżeli nie będzie odnawiana poprzez częsty kontakt ze swoim źródłem. Oddalony od swojego podmiotu o zbyt wiele poziomów abstrakcji, język i rozsądek porzucają nas w fikcyjnym świecie fantazji, bezprzytomnej opowiastki, która czyni nas swoimi ofiarami. Tym pośród nas oddanym tworzeniu piękniejszego świata nie wolno zgubić się w abstrakcji. Nie wyobrażajmy sobie, że jesteśmy bardziej błyskotliwi od neokonserwatystów z ich analitycznymi zespołami lub liberalnych profesorów uniwersyteckich. Są tak samo biegli jak każdy w manipulowaniu logiką. Wszystko co mówią wynika logicznie z założeń wyjściowych. To właśnie założenia są błędne i nie sposób poddać ich rozsądnej ocenie. Pamiętajmy, że neokonserwatyści także wierzą, iż tworzą lepszy świat. Tylko arogancja pozwoliłaby stwierdzić, że my – jako ci mądrzejsi – możemy poradzić sobie lepiej. Faktem jest, że określa ich arogancja, a przeciwieństwem arogancji jest pokora – być skromnym oznacza otwarcie na nowe prawdy z zewnątrz, z prawdziwego świata, a nie z naszej jego interpretacji.

To jedyna rzecz, która pozwoli nam zachować szczerość. Horror następuje, kiedy gubimy się w świecie aksjomatów i ideałów. Wielu przed nami, z lewa i prawa, racjonalizowało okrutne zbrodnie sublimując je. Zachowujemy szczerość, kiedy trzymamy się mocno rzeczywistości znajdującej się poza jej reprezentacją. Gdy obrońcy środowiska skupiają się na analizie kosztów i zysków oraz „politycznych realiach” – a nie na fizycznych miejscach, drzewach, stawach i zwierzętach – kończą idąc na ohydne kompromisy. Najlepsze intencje każą wiwatować liberalnym ekonomistom, kiedy rośnie PKB biednego kraju – są nieświadomi postępującego rozkładu kultury i wspólnoty, który napędza gospodarkę pieniądza. Wystarczy jednak odwiedzić prawdziwą społeczność Trzeciego Świata i próżnia logiki wolnego handlu staje się oczywista. Wystarczy stać się świadkiem wydobywczej operacji „usuwania górskiego szczytu”, aby dowiedzieć się, że każdy kompromis jest w tym wypadku zdradą. Wystarczy zobaczyć spustoszenie wywołane postrzałową raną lub bombowym atakiem – strzępy życia rozrzucone na ulicy – i logika interesu narodowego przypomina potworność.

Coraz bardziej odosobniony w wirtualnym świecie, bezmiar ludzi obawia się autentyczności, nawet kiedy jej pragnie. Za wyjątkiem młodych większość ulega temu strachowi do momentu, aż pewne wydarzenie obróci ich życie w ruinę. Z czasem fundamentalna korupcja wszystkich głównych instytucji naszej cywilizacji staje się klarowna. Byłem tego świadkiem wielokrotnie na różnych obszarach swojego aktywizmu. Ktoś odkrywa, że przemysł farmaceutyczny, przemysł muzyczny, przemysł naftowy, zorganizowana religia, korporacyjna nauka lub przemysł żywnościowy jest szokująco skorumpowany, ale nadal wierzy w podstawową sensowność systemu jako całości. Ostatecznie poprzez naturalny proces radykalizacji odkrywa, że zgnilizna w każdym przypadku jest endemiczna. Jako aktywiści prawdy jesteśmy akuszerami przy tym procesie.

W miarę jak kryzysy naszej epoki zbiegają się i infiltrują twierdze, które wznieśliśmy, aby zachować wirtualną rzeczywistość eufemizmu i pozorów, świat rozpada się równocześnie dla coraz większej liczby ludzi. Prawda zbliża się. Wypowiadajmy ją głośno i wyraźnie – w ten sposób ci, którzy wyjdą na ostre, rażące światło naszego prawdziwego położenia spotkają kogoś, kto powie: „Witajcie w prawdziwym świecie.”

Tłumaczenie: exignorant

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.