Finansowy totalitaryzm

Autor: Dmitry Orlov (ClubOrlov)

1 kwietnia 2011

Często zadawane mi jest szczególnie irytujące pytanie, którego już nie toleruję: „Jak mam zainwestować swoje pieniądze, aby przetrwać finansowy, polityczny i komercyjny upadek?” Krótka odpowiedź brzmi: „Nijak. Pieniądze nie przetrwają upadku; ani twoje, ani innych.” Jednakże odpowiedź ta jest nie do zaakceptowania, ponieważ jego akceptacja wymagałaby całkowitej utraty wiary – wiary w pieniądze; dopuszczeniem myśli o całkowitym Götterdämmerung cywilizacji opartej na kulcie pieniądza. Ludzie wciąż chcą wierzyć w różne rzeczy: że mogą być właścicielami ziemi (tzn. udziałów w planecie Ziemia); że mogą czynić dobro poprzez filantropijne wydatkowanie; albo że świat, w którym się wychowali i w którym egzystują wprawdzie może wokół nich runąć, lecz przy odpowiednim doinformowaniu i przygotowaniu zdołają przetrwać pospołu z wszelkimi atrybutami klasy średniej. Słyszę, że można przyzwoicie zarobić utwierdzając ich w podobnym przekonaniu.

Ci spośród nas, którzy chcą przyjrzeć się dokładniej, z łatwością zdołają odnaleźć dowody na to, że wartość każdego rodzaju finansowych środków, nie tylko waluty fiducjarnej czy instrumentów dłużnych, jest niczym nie poparta. Wartość tych środków wynika z dóbr i usług dostarczanych przez funkcjonującą globalną gospodarkę przemysłową, której szybko wyczerpują się niezbędne zasoby; nie tylko paliwa kopalne o wysokim współczynniku EROEI (Energy Return on Energy Invested: Zwrot Energii wobec Energii Zainwestowanej), ale także metale, fosforan, metale ziem rzadkich, woda do irygacji oraz pola uprawne. W miarę zanikania przemysłowej aktywności produktywność robotnicza dozna stromego spadku. Większość ludzi wskazuje metale szlachetne jako ostateczną przystań zmagazynowanej wartości, ale bez industrialnych akcesoriów człowiek może wyprodukować 100 watów energii – wartość jednej żarówki – i nie zatańczy szybciej bez względu na to iloma monetami srebra i złota weń sypniemy.

Końcowy rezultat jest pokłosiem długotrwałych fizycznych trendów: procesów fizycznych, które poruszają się w ustalonym tempie w jednym kierunku. Niemożliwe jest od-palenie ropy czy węgla, od-wydobycie złota lub srebra. Krótkoterminowe polityczne i finansowe trendy wskazują całkiem odmienny kierunek: globalna gospodarka industrialna przybiera postać butikową. Trwa rozdział przedostatni: możliwy dzisiaj do utrzymania poziom aktywności przemysłowej nie jest już wystarczający, aby zapewnić pełne zatrudnienie oraz rozsądną jakość życia ogromnej rzeszy ludzi; przyjętym rozwiązaniem jest odebranie tej grupie praw wyborczych, konfiskata oszczędności, skasowanie emerytur, koncentracja pozostałego bogactwa w możliwe najmniejszej liczbie kieszeni oraz stworzenie butikowego gospodarczego i finansowego środowiska, w którym garstka pozbawionych skrupułów szczęściarzy może sobie wygodnie bytować… i czekać na rozdział ostatni, jak sądzę. Nastąpi w chwili, kiedy gospodarka przemysłowa zostanie dostatecznie zdezorganizowana przez społeczne i polityczne wstrząsy, które w końcu zburzą nawet jej butikową wersję.

Można dostrzec żałosną kontrreakcję (ograniczonego umysłu?) na te trendy: liczna rzesza ludzi pragnie jakimś sumptem uciec z systemu trzymając się kurczowo swoich pieniędzy. Wygląda to na sprzeczność samą w sobie – „uciec z systemu monetarnego nie rozstając się z pieniędzmi” – ale zdaje się jej nie dostrzegać wielu ludzi. W większym stopniu ta kontrreakcja koncentruje się na stadnym zrywie w stronę szlachetnych kruszców (złota i srebra). Podobny tok myślenia na początku jest łebską zagrywką rynkową: metale szlachetne są i będą nadal spektakularną inwestycją oraz dobrym sposobem na to, aby nie zostać obrabowanym do cna przez niekontrolowane prasy drukarskie Departamentu Skarbu USA. Ale ostatecznie prowadzi to do ontologicznego samooszukiwania – że niby złoto i srebro są „prawdziwymi” pieniędzmi, w przeciwieństwie do papierowych pieniędzy fiducjarnych, które są „lipne”. Panie i panowie, nie ważne czy błyszczą, czy nie – są tak samo prawdziwe lub nie jak każdy z nas. Niektórzy decydują się na desperacki krok – biorą prawo w swoje ręce i wymachując ozdobioną oślimi uszkami kopią amerykańskiej konstytucji wyruszają, aby tłoczyć własną „domeny walutę,” nie zdając sobie sprawy, że domena nie należy do nich. Jeżeli jest ona finansowo stabilna, najzwyczajniej zmieni zasady, aby taki zmyślny wybieg był nieopłacalny. Jeżeli domena jest finansowo niestabilna i balansuje na krawędzi upadku, spanikuje i na każdy najmniejszy nawet przejaw prowokacji zakrzyknie: „Terroryzm!” – rezultatem czego będzie polityczne uwięzienie samo-oszukujących się ontologicznie:

21 marca 2011

Waszyngton (Reuters) – Mężczyzna z Północnej Karoliny został skazany za wyprodukowanie i dystrybucję fałszywej waluty bardzo podobnej do prawdziwego dolara, powiedziała pani prokurator.

Bernard von NotHous, lat 67, tłoczył Dolary Wolności, których łączna wartość wyniosła 7 milionów dolarów. Wyrok skazujący wieńczy dochodzenie zapoczątkowane w 2005 roku.

„Próby osłabienia legalnej waluty tego kraju są po prostu szczególną formą państwowego terroryzmu,” powiedziała w piątkowym oświadczeniu Anne Tompkins, Prokurator Zachodniego Dystryktu Północnej Karoliny.

„I chociaż podobne formy antyrządowych działań nie zawierają w sobie aktów przemocy, są równie podstępne i reprezentują wyraźnie i bezpośrednie zagrożenie gospodarczej stabilizacji tego kraju,” powiedziała.

Materiał Reutera został zdjęty, po tym jak zignorowały go media w USA (ale nie w Rosji). Von NotHous’owi grozi 20-letni pobyt za kratkami. Możecie pomyśleć, że to sporo za tłoczenie politycznie drażliwych połyskujących bilonów, jednakże Stalin rozdawał podobnie długie wyroki milionom ludzi za nic, zatem okażmy naszą wdzięczność. Wyjaśnijmy to sobie raz na zawsze: w Stanach Zjednoczonych zgodnie z literą prawa każdy, kto „bez upoważnienia wyrabia, wprowadza w obieg lub przekazuje, bądź też próbuje wprowadzać w obieg lub przekazywać jakiekolwiek monety ze złota lub srebra lub innego kruszcu czy stopu, z intencją stosowania jako obiegowej waluty, przypominającej monety USA lub państw zagranicznych lub będącej projektem oryginalnym…” podlega karze grzywny lub więzienia. Tak samo jest w każdym innym kraju: termin „waluta domeny” implikuje, iż to domena kontroluje bicie wszelkich monet oraz ich obieg. Możesz sobie powachlować Konstytucją USA, możesz polować nią na muchy, względnie użyć jako podpałki: rezultat będzie dokładnie taki sam.

Nie możesz stworzyć własnego globalnego systemu monetarnego i nie możesz zmienić sposobu w jaki funkcjonuje globalny system monetarny; albo pozostajesz jego częścią, albo wypadasz. Większość z nas pozbawiona jest zdolności zerwania więzów z finansową domeną, ale podobnie jak w przypadku tak wielu innych kwestii, odpowiednie nastawienie jest bardzo pomocne. W tym celu pozwólcie, że zrzucę na Was biblijną bombkę (Robię to jako osoba wolna od wszelkiego religijnego sentymentu; po prostu uznaję Biblię za interesujący i użyteczny przykład światowej literatury, pełen godnych zacytowania, treściwych stwierdzeń.). Oto szczególnie sympatyczny cytat z Błogosławieństw: „Błogosławieni ubodzy duchem.” Szczera prawda. Wielu spośród pozujących się na „chrześcijan” próbuje wypaczyć znaczenie tych słów utrzymując, że nie sugerują one wcale rezygnacji z wszelakich dóbr, a bycie „ubogim duchem” jest specjalną, wyłącznie duchową formą ubóstwa. To oczywiście nonsens. Prawdziwego znaczenia nie trzeba szukać szczególnie głęboko: „ubodzy” znaczy po prostu „ubodzy”, a „duchem” oznacza „celowo, nie w konsekwencji, powiedzmy, niesprawiedliwości, nieszczęścia, nygusostwa, głupoty, czy szulerstwa.” Aha, „błogosławieni” oznacza „nie potępieni.” Zgodnie z powyższym, chrześcijańscy zakonnicy składają śluby nieposiadania, które jest cnotą, z korespondującymi przywarami skąpstwa („co jest moje należy do mnie”) i zachłanności („co jest twoje należy do mnie”). Raczej trudno jest przejąć tak podstawowe zasady w kulturze, która wyniosła drapieżną zachłanność do statusu cnoty. Oto kulminacyjne wejrzenie w sprawy sedno: bycie ubogim rozmyślnie jest znacznie prostsze od bycia ubogim na skutek nagłego nieposiadania tego, do posiadania czego zdążyliśmy się przyzwyczaić. Dobrowolna bieda jest cholernie prostsza od niedobrowolnej.

Zatem odpowiedź na odwiecznie irytujące pytanie, „Jak mam zainwestować swoje pieniądze, aby przetrwać finansowy, polityczny i komercyjny upadek?” brzmi: „Nie ma odpowiedzi na to pytanie. Spróbuj zadać sobie inne pytanie, na które być może istnieje odpowiedź.”

Tłumaczenie: exignorant

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Gospodarka, finanse, surowce i energia i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.