Załamanie coraz bliżej

Autor: Chris Martenson (chrismartenson.com)

19 kwietnia 2011

Bieg wypadków zdecydowanie przyspiesza i doszedłem do wniosku, że dzieli nas nie więcej, niż rok od następnego, poważnego finansowego i gospodarczego tąpnięcia. Niestety, prognozowanie jest kwestią delikatną i problematyczną – poniżej przedstawiam argumentację swojego przeświadczenia, że następne duże załamanie jest coraz bliżej.

Ażeby znany nam system finansowy mógł operować wymagana jest nieustająca ekspansja / obsługa zadłużenia. Oba te warunki są bardzo istotne. Jeżeli zabraknie któregoś z nich katastrofa może uderzyć w każdej chwili. Używając terminu „katastrofa” mam na myśli duże instytucje i kraje przechodzące od stanu niewypłacalności do natychmiastowego bankructwa.

W poprzedniej publikacji nadmieniłem, że Międzynarodowy Fundusz Monetarny (IMF) zsumował finansowe potrzeby zaawansowanych gospodarek i doszedł do porażającej konkluzji, że kombinacja dojrzewającego zadłużenia i emisja nowego zadłużenia osiągnie w ciągu przyszłego roku wartość przekraczającą jedną czwartą ich połączonych gospodarek. Jedną czwartą!

Zwróciłem też uwagę, iż był to jedynie dług rządowy (sovereign debt) i że zadłużenie państwowe, osobiste i korporacyjne było dodatkiem do całkowitej kwoty finansowania niezbędnej w przyszłym roku. IMF dodał do obrazu kolejną barwę w postaci refinansowania banków, co nadało całości niezdrowy, ponury odcień:

Banki stoją w obliczu „ściany” 3.6 biliona dolarów dojrzewającego długu: IMF

(Reuters) – Światowe banki stoją w obliczu dwuletniej „ściany dojrzewającego długu” wartości 3.6 biliona dolarów i zmuszone będą konkurować z obciążonymi zadłużeniem państwami, aby zapewnić sobie finansowanie – ostrzegł w środę IMF.

Wiele europejskich banków potrzebuje większych kapitałowych poduszek, aby odbudować zaufanie rynków i zapewnić, że będą w stanie pozyskać pożyczki, a niektórzy słabsi gracze zostaną zmuszeni do zakończenia działalności – poinformował w swoim Globalnym Raporcie Stabilizacji Finansowej IMF.

Wymagania dotyczące refinansowania zadłużenia są najostrzejsze w przypadku banków irlandzkich i niemieckich – połowa zalegającego długu będzie wymagała spłacenia w ciągu najbliższych dwóch lat.

Bankowe potrzeby finansowania zbiegają się z zaostrzonymi wymogami refinansowania długów rządowych, zwiększając tym samym rywalizację o uszczuplone zasoby finansowania, poinformował IMF.

Kiedy zarówno duże banki, jak i podmioty rządowe jednocześnie stają na przeciw bliźniaczych ścian dojrzewającego długu, rozsądnym jest zapytanie: niby kto zajmie się kupowaniem całego tego zadłużenia? Zwłaszcza przy niedorzecznie niskich – dodam, że negatywnych – stopach procentowych, wykoncypowanych przez banki centralne realizujące plan fundowania bailoutów zadłużonym bankom-gigantom.

Sprzedaż krótkoterminowych obligacji skarbowych Grecji nie rozwiewa obaw

Grecka Agencja Zarządzania Długiem Publicznym zapłaciła wysoką cenę sprzedając na wtorkowej aukcji trzynastotygodniowe obligacje skarbowe wartości 1.625 miliarda euro, pośród niesłabnących spekulacji, iż kraj będzie zmuszony zrestrukturyzować swój dług.

4.1 % stopy dochodu zapłaconej przez Grecję – kraj płaci więcej za trzynastotygodniowe pieniądze, niż 3.8% jakie aktualnie płacą Niemcy posiadaczom swoich trzydziestoletnich obligacji – prawdopodobnie zwiększy niepokój związany ze zdolnością Grecji do poniesienia kosztów obsługi własnego zadłużenia.

Grecki dług znalazł się w poniedziałek pod silną presją sprzedaży, kiedy okazało się, że kraj wystąpił o wydłużenie terminu spłaty swojego zadłużenia wynosząc oprocentowanie na rekordowy poziom ery euro.

Obecne oprocentowanie greckich obligacji to 19.3% – wzrost w stosunku do odnotowanego pod koniec marca pułapu 15.44% .

Przy dwuletnich greckich obligacjach o stopie dochodu powyżej 19% sytuacja wymknęła się spod kontroli i przybrała wyraźnie katastrofalny wymiar. Kiedy zadłużenie rządowe (sovreign debt) obciążone jest stopą procentową wyższą niż nominalny wzrost PKB wszystko prowadzi do coraz szybszego gromadzenia piętrzących się długów – oczywistym jest, że to ostatnia rzecz, jaką ktokolwiek chciałby zobaczyć jeżeli pożądanym celem jest uniknięcie natychmiastowej niewypłacalności. W jaki to niby sposób większy dług o wyższym oprocentowaniu ma służyć Grecji?

Nie służy, a niewypłacalność (określana mianem „restrukturyzacji” przez zawiadujących wszystkim spin-wirtuozów, bo brzmi o wiele przyjemniej) jest wyraźnie nieunikniona. Centralna kwestia wymagająca rozstrzygnięcia dotyczy tych, którzy przełkną straty – czy będą to banki i pozostali ważni posiadacze obligacji, a może społeczeństwo? Sadzę, że wszyscy znamy najbardziej prawdopodobną odpowiedź.

Strach budzi widmo „epidemii”. Irlandia i Portugalia znajdują się już daleko na drodze do własnej niewypłacalności, ale większe ryzyko reprezentuje Hiszpania, ze względu na skalę zadłużenia. Kraj znajduje się oficjalnie na liście potencjalnych odbiorców bailoutu, ponieważ zaprzeczył, że go potrzebuje, a jak wiadomo definitywne „nie” w tym przypadku oznacza „tak”.

Hiszpania obecnie znajduje się w fazie „chwytania się brzytwy” pokładając swą jedyną nadzieję w galopujących na ratunek Chińczykach:

Europejscy prominenci mają nadzieję, że bailout Portugalii będzie tym ostatnim, a rynki zadłużeniowe zasadniczo wykazały, iż zarówno Hiszpania, jak i Włochy zdają się z powodzeniem podtrzymywać wiarę inwestorów.

Madryt liczy na wsparcie z Chin podejmując wysiłki rekapitalizowania swojego niedomagającego sektora bankowego; pojawiają się też pozytywne symptomy w zestawieniach danych, które wykazały, iż w marcu banki krajowe pożyczyły od Europejskiego Banku Centralnego mniej, niż w którymkolwiek okresie minionych trzech lat.

Jeżeli Hiszpania ma nadzieję uzyskać pomoc z Chin, powinna bez ociągania wyrwać te środki. Jak nadmieniłem w „Sygnałach ostrzegawczych z Chin”, w ślad za odnotowanym w lutym spadkiem sprzedaży domów w Pekinie nastąpi cenowy krach. Kiedy pisałem te słowa nie spodziewałem się, że sprawy już miesiąc później przybiorą aż tak drastyczny charakter:

Ceny nowych domów w Pekinie spadają w marcu o 26.7%

Pekin (MNI) – Ceny nowych domów w stolicy Chin spadły w marcu o 26.7 % w stosunku do miesiąca poprzedniego, o czym doniosła we wtorek Beijing News przywołując dane miejscowej Komisji Rozwoju Miejsko-Wiejskiego.

Przeciętne ceny nowo wybudowanych domów spadły w marcu 10.9% w stosunku do tego samego miesiąca roku minionego  19.679 CNY za metr kwadratowy odnotowując pierwszy roczny spadek od września 2009.

Zakupy domów spadły o 50.9% z roku na roku i 41.5% z miesiąca na miesiąc, podała gazeta powołując się na anonimowego urzędnika z Komisji Gospodarki Mieszkaniowej, który stwierdził, że spadki wskazują na podjętą przez rząd akcję powstrzymania działań spekulacyjnych na rynku nieruchomości.

Transakcje mieszkaniowe w 30 głównych miastach spadają w marcu o 40.5% w stosunku do roku minionego

Liczba transakcji w skali miesięcznej wzrosła w 70% monitorowanych miast, znalazło się w tej grupie pięć miast, w których transakcje wzrosły o ponad 100% w stosunku do miesiąca minionego – poinformował w środę secutimes.com powołując się na statystyki CIRI (statystyka ‚z miesiąca na miesiąc’ jest w materii transakcji bezużyteczna, ponieważ ich woluminy wykazują sezonowość).

Pekin odnotował 48% spadek wobec wyniku ubiegłorocznego; według zestawień miasta takie jak Haikou, Chengdu, Tianjin i Hangzhou także doświadczyły spadków z miesiąca na miesiąc.

W międzyczasie sprzedaż ziemi spadła 21% w skali kwartalnej do 4.372 działek w 120 miastach w pierwszym kwartale 2011; 1.473 działki były przeznaczone na projekty mieszkaniowe.

Średnia cena metra kwadratowego powierzchni mieszkalnej w 120 miastach spadła o 15% z miesiąca na miesiąc.

Śledzenie rynku nieruchomości jest rzeczą prostą, ponieważ wydarzenia zawsze przebiegają w ten sam sposób. Woluminy sprzedaży zwalniają i ludzie przypisują to „rynkowej chwili wytchnienia”. Sprzedaż spada, ale ludzie mówią, że „ceny ciągle trzymają się mocno” – próbują pocieszyć się w tej sytuacji każdym znalezionym okruchem dobrej wieści. Następnie sprzedaż naprawdę pikuje, a ceny zaczynają się obniżać. Właśnie w tym miejscu znajdują się Chiny. Dalszy ciąg wydarzeń łatwo „przewidzieć” (żadna to prognoza, ponieważ tak się dzieje zawsze) – niemożność spłacenia kredytów hipotecznych i straty banków, które wzmagają ogólną niedolę poprzez wysuszenie kredytowania i zarzucenie rynku jeszcze tańszymi nieruchomościami.

W marcowym raporcie napisałem:

Jeżeli Chiny pogrążą się w zupełnym krachu mieszkaniowym, będą miały na głowie bardzo poważne problemy. Z pewnością spowoduje on załamanie PKB i wraz z nim drastyczny spadek importu całego mnóstwa rzeczy dostarczanych frachtowcami.

Oto kolejne prawdopodobne zagrożenie historyjki globalnego wzrostu gospodarczego, które zasługuje na naszą baczną uwagę. Niejasnym jest jaki wpływ miałoby to na sprawy Zachodu, ale można przewidzieć, że Chiny znacznie zredukowałyby zakup obligacji, gdyby pojawiło się zapotrzebowanie na te fundusze w kraju, ażeby sparować uderzenie epickiego fiaska na własnym rynku nieruchomości.

Jeżeli normalna proporcja zdrowego rynku nieruchomości znajduje się w pobliżu dochodu x 3, x 4, to państwowy rynek mieszkaniowy w Chinach jest zawyżony cenowo o około 60%, a pewne najważniejsze rynki na świecie o 80%.

Co oznacza, że cały sektor bankowy Chin jest wystawiony na poważny cios. (…)

Powodem tego, że obchodzi nas, czy Chiny doświadczą krachu nieruchomościowego jest zamieszanie, które w efekcie ogarnie globalne rynki towarowe i finansowe. Wszystko dostrojone jest do gładkiej kontynuacji aktualnych trendów i Chiński wyłom byłby czynnikiem silnie zakłócającym.

Jeżeli Hiszpania ma chrapkę na duży finansowy zastrzyk z Chin lub chińskich banków, powinna się pospieszyć. Chiny toczą się z łoskotem ku własnemu kryzysowi nieruchomości, który osuszy lokalną płynność tak samo nieuchronnie, jak miało to miejsce w systemie Zachodu; możliwe, że znacznie szybciej, zważywszy na oszałamiające spadki cenowe.

Jednakże powinienem w tym miejscu odnotować, że rynek mieszkaniowy USA osiągnął swój szczyt (według indeksu Case-Shiller) w lipcu 2006 roku i nastąpiło to na rok i miesiąc przed pojawieniem się pierwszych pęknięć w systemie finansowym – być może Hiszpanii pozostało jeszcze trochę czasu na kurczowe trzymanie się nadziei.

W kontekście szerszym istotne jest, jak klęska na rynku nieruchomości w Chinach wpłynie na globalny wzrost gospodarczy, który bezwzględnie musi być kontynuowany, jeżeli szarada zadłużenia ma trwać nadal.

Kto zakupi te wszystkie obligacje?

Japonia koncentruje się na odbudowie, Chiny znajdują się w uścisku krachu mieszkaniowego, który może okazać się rekordowym przy tak dużej, poszerzanej systematycznie przepaści cena-dochód – wygląda na to, że finansowe potrzeby Zachodu nie zostaną zaspokojone przez Wschód. Kto zakupi te wszystkie rządowe obligacje?

Ważnym sposobem na śledzenie rozwoju wydarzeń jest comiesięczny raport Treasury International Capital (TIC – zawiera dane o transakcjach na długoterminowe papiery wartościowe). Ostatni opublikowany został 15 kwietnia i był dość krzepki – z odnotowanym za miesiąc luty napływem 97.7 miliardów dolarów.

Na powierzchni wszystko prezentuje się „okej”, choć nie rewelacyjnie (…). Jednakże odrobinę głębiej odnajdujemy w raporcie wczesne ostrzeżenia, iż różowo nie jest.

Zaledwie 26.9 miliarda dolarów z 97.7 miliarda znajdowało się w obligacjach krótkoterminowych odzwierciedlając nakreślony przez Paula Tustaina trend, zgodnie z którym coraz mniej uczestników rynku skłonnych jest pożyczać długoterminowo. Nikt nie pokłada zaufania w przyszłości. Problem polega na tym, że wraz ze wzrostem stóp procentowych koszta finansowania natychmiast wystrzelą, ponieważ spiętrzyło się zbyt wiele długu krótkoterminowego.

W przypadku raportu TIC należy powtórzyć, że zawiera dane lutowe, a trzęsienie ziemi uderzyło w Japonii 11 marca. Następny raport powie więcej, ale tylko częściowo – dlatego dopiero raport kwietniowy (opublikowany 15 czerwca) będzie zasługiwał na naszą niepodzielną uwagę i wnikliwą analizę. Przewidujemy duży spadek ze względu na fundusze wycofane przez Japonię.

O ile FED w czerwcu wycofa się zgodnie z zapowiedzią z programów QE (mało kto w to wierzy – pewnie znajdą sposób na to, aby je kontynuować; przyp. tłum.), rząd USA będzie potrzebował nabywcy, który przez najbliższy rok zakupi każdego miesiąca obligacje wartości 130 miliardów dolarów. Pytanie: „Kto je zakupi?”

Konkluzja

Obecnie mamy do czynienia z dwiema równolegle toczącymi się narracjami. Pierwsza traktuje o tym, że gospodarka wraca do formy, zastosowane rozwiązania sprawdzają się, a pożądany klient wrócił do gry lub zamierza to zrobić. Druga wykazuje, że świat nasączony jest zadłużeniem, nie istnieje żaden realistyczny lub praktyczny model gospodarczego wzrostu zapewniający jego spłatę, a poziom „fiskalnej dyscypliny” (austerity) niezbędny do zbilansowania ksiąg leży tak daleko poza polityczną wolą włodarzy Zachodu, że rozważanie konsekwencji graniczy z fantazją.

Jeżeli wierzymy w pierwszą historyjkę, uczestniczymy w grze i nadal gromadzimy cały majątek w pieniądzach fiducjarnych (fiat money). Jeżeli wierzymy w drugą, wycofujemy pieniądze z systemu i umieszczamy je w aktywach „twardych”, jak złoto lub srebro, ponieważ najbardziej prawdopodobnym wydarzeniem jest potężny finansowo-monetarno-zadłużeniowy kryzys.

Międzynarodowy Fundusz Monetarny (IMF), Bank Światowy i Bank Rozrachunków Międzynarodowych (BIS) i wiele pozostałych instytucji z dostępem do kalkulatorów za dwa dolary, ostatecznie doszło do wniosku, że wciąż „długu jest zbyt dużo” i nie może być spłacony w całości. Teraz z niepokojem dopuszczają myśl, że to kłopotliwe położenie przyniesie wyłącznie jeden z dwóch możliwych rezultatów: albo standard życia w zadłużonych krajach drastycznie spadnie, albo globalny reżim monetarny spotka katastrofalna klęska.

Tłumaczenie: exignorant

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Załamanie coraz bliżej

  1. Pingback: Fukushima i inne kwestie « kefir2010

Możliwość komentowania jest wyłączona.