Globalna gospodarka nie wróci do „formy”, ani teraz, ani kiedyś

Diagnozę zawartą w tytule sformułował orędownik znajdującego się w stanie agonii modelu ekonomicznego nieskończonego wzrostu. Oczywiście autor nie wspomina, że „sukcesy” systemu były możliwe dzięki łatwo dostępnej, taniej energii, groszowej sile roboczej i katastrofalnej eksploatacji środowiska naturalnego. Pomija też fakt, iż kryzys 2008 zbiegł się nieprzypadkowo z największym w historii skokiem ceny ropy naftowej (147 dolarów za baryłkę). Podobnie jak większość ekonomistów wykładowca z Yale pomija podobne „detale”. Ale nie ma już złudzeń, że wszystko wróci do „normy” i dalszy wzrost gospodarczy będzie możliwy.

Autor: Immanuel Wallerstein (wersja oryginalna)

Praktycznie wszędzie każdy z komentatorów – ekonomistów, polityków, ekspertów – zgadza się, że świat utknął w jakimś gospodarczym kanale przynajmniej od 2008 roku. I właściwie każdy zdaje się trzymać przekonania, iż za kilka kolejnych lat świat jakoś „wyleczy się” z tej przypadłości. W końcu poprawa zawsze następuje po pogorszeniu. Zalecane remedia różnią się zasadniczo, ale pogląd o tym, że system będzie trwał nadal w podstawowym kształcie jest niczym innym jak głęboko zakorzenioną wiarą.

Jest to pogląd błędny. Wszystkie systemy mają określoną żywotność. Kiedy ich życiowe procesy zbyt daleko oddalą się od równowagi, zaczynają ulegać fluktuacjom i rozwidleniu. Nasz aktualny system, który określam mianem kapitalistycznej gospodarki światowej, istnieje od około 500 lat i przynajmniej przez ostatni wiek obejmował cały glob. Funkcjonował zadziwiająco dobrze. Jednakże jak wszystkie systemy oddalał się coraz bardziej od stanu równowagi. Już od pewnego czasu oddalony jest tak bardzo, że dzisiaj znajduje się w fazie kryzysu strukturalnego.

Problemem jest to, że podstawowe koszta całej produkcji uległy niesłychanemu wzrostowi. Mamy wszelkiej maści wydatki związane z personelem – pracownikami niewykwalifikowanymi, kadrami wykwalifikowanymi, zarządem najwyższego szczebla. Producenci przekazują nam także poniesione koszta swojej produkcji – detoksykacji, odnawiania surowców, infrastruktury. A demokratyzacja świata wzmaga zapotrzebowanie na coraz więcej edukacji, coraz więcej świadczeń zdrowotnych, coraz więcej gwarancji dochodu na całe życie. Aby tym zapotrzebowaniom sprostać odnotowujemy pokaźny rozrost opodatkowania wszelkiej maści. Kombinacja tych kosztów wykracza poza punkt, który pozwala na poważną akumulację kapitału. A może tak podnieść ceny? Są granice, poza które ich poziomu najzwyczajniej wynieść nie można. Nazywa się to elastycznością popytu. Rezultatem tego jest wzmagające ograniczenie dochodów, które osiąga pułap, kiedy to gra przestaje być warta przysłowiowej świeczki.

W konsekwencji jesteśmy świadkami różnorakich chaotycznych fluktuacji – gospodarczych, politycznych, socjo-kulturowych. Wahania te nie mogą być łatwo poddane kontroli publicznej strategii politycznej. Wynikiem czego jest niepewność związana z podejmowaniem krótkoterminowych decyzji oraz różnorodnością gorączkowych reorientacji. Wątpliwość karmi się sobą, kiedy my poszukujemy sposobu na wybrnięcie z groźnej niepewności wywołanej terroryzmem, chaosem klimatycznym, pandemiami i proliferacją broni nuklearnej.

Jedynym pewnikiem jest to, że aktualny system nie może trwać dalej. Fundamentalna polityczna walka toczy się o to, jaki system zastąpi kapitalizm, a nie o to, czy przetrwa. Wybór oscyluje między nowym systemem powielającym pewne zasadnicze cechy hierarchii (Nowy światowy porządek feudalny z super-bogaczami sprawującymi władzę nad resztą nas – służących nowej generacji? przyp. tłum.) i polaryzacji systemu obowiązującego, a względnie demokratyczną i egalitarną alternatywą.

Po niezwykłej ekspansji światowej gospodarki w latach powojennych (od około 1945 roku do 1970) nastąpił długi okres ekonomicznej stagnacji, w którym podstawowym źródłem zysku była nieposkromiona spekulacja utrzymana przez sukcesywne zadłużenie. Ostatni finansowy kryzys nie doprowadził do upadku systemu; po prostu wykazał jego „pustkę”. Nasze ostatnie „trudności” są jedynie kolejną bańką w procesie bumu i spadku, jakiemu podlega nasz światowy system od mniej więcej 1970 roku. Ostatnią bańką będzie zadłużenie państwowe, także tzw. gospodarek wschodzących, prowadzące do bankructwa.

Większość ludzi nie rozpoznaje – lub uparcie odmawia rozpoznania – tych realiów. Wyjątkowo bolesnym do zaakceptowania jest fakt, iż historyczny system, w którym żyjemy znalazł się w strukturalnym kryzysie i nie przetrwa.

Tymczasem sam system operuje nadal według przyjętych reguł. Spotykamy się na sesjach G-20 i szukamy daremnego konsensusu. Spekulujemy na rynkach. „Rozwijamy” swoje gospodarki w każdy możliwy sposób. Cała ta aktywność zwyczajnie akcentuje strukturalny kryzys. Prawdziwe zmagania o stworzenie nowego systemu toczą się gdzie indziej.

Tłumaczenie: exignorant

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Gospodarka, finanse, surowce i energia i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.