Rewolucja WikiLeaks

Autor: Maximilian Forte

14 grudnia 2010

Państwo. Tajność. Siły bezpieczeństwa. Cenzura. Wielki Brat. Sądy. Policja. Korporacje. Banki. Szpiegostwo. Zdrada. Skrytobójstwo. Wojna informacyjna. Pole bitwy. Żołnierze. Terroryści. Kryminaliści. Hakerzy. Aktywiści. Zagrożenie. Areszt. Uwięzienie. Zemsta. Odwet. Opór. Dywersja. Sprawiedliwość. Wolność. Prawa. Naród.

Są to hasła konfliktu z rewolucyjnym potencjałem. Większość z nich może posłużyć za hasła każdego konfliktu. Tak się składa, że należą do najczęściej powracających słów, jakie napotykamy śledząc batalię pomiędzy ruchem WikiLeaks i państwem.

Jest to konflikt z publicznie obwieszczonymi założeniami, rzeczywistą konfrontacją, gdzie w grę wchodzą strategie, a stawką jest władza. Być może jest to oczywiste, ale świadomość tego, iż jest to proces polityczny i jako taki powinien być analizowany, może pomóc zapobiec wykolejeniu go na stronę jakiejś mętnej, wątłej pod-dziedziny specjalistycznego dyskursu, jak chociażby „cyber aktywizm”, „cyfrowa polityka”, czy nawet „wojna informacyjna”. (Bez obaw, przemysł tzw. „mediów społecznych i cyfrowego aktywizmu”, który rozmnożył się za sprawą sponsoringu Departamentu Stanu, z zapleczem swoich guru i ekspertów dopilnuje, by zmiana kierunku dyskusji rzeczywiście nastąpiła. Niektórzy dadzą się przekonać: w tym wszystkim chodzi o „Internet”, a nie o „prawdziwy świat.”) Ale ta wojna nie toczy się o informację. Wojna toczy się o to, jaką relację z państwem, które zapamiętale zwiększa swoją władzę naszym kosztem, akceptuje społeczeństwo. Żelazna Kurtyna nie runęła w 1989 roku; została po prostu zaciągnięta wokół całego globu. W nieco szerszym ujęciu kontynuujemy i dążymy do zwieńczenia tego, co Immanuel Wallerstein oraz inni nazwali Światową Rewolucją 1968 roku (wybrani aktorzy tamtych wydarzeń są wciąż obecni i walczą ponownie – posyłam wyrazy podziękowania Danielowi Ellsbergowi). W jeszcze szerszych czasowych ramach toczymy bitwę z faktem, że Naziści właściwie nie zostali pokonani po II wojnie światowej, ponieważ ich polityka stała się szablonem, do którego upodobniła się nasza polityka imperialna (w sensie rozrastającej się państwowej propagandy, powszechnie aprobowanego stosowania tortur i eksperymentów na więźniach, użycia broni przeciwko cywilom, potężnej państwowej inwigilacji obywateli). Skoro ludzie wciąż wymyślają sobie od Nazistów, bardzo często zresztą, dzieje się tak właśnie dlatego, że Naziści byli bardzo skuteczni. Z perspektywy jeszcze większej czasowej głębi, zmagamy się z efektami powstania współczesnego państwa i jego dojmująco niszczycielskiego wpływu na ludzkie relacje społeczne. To wciąż nierozwiązane starcie pomiędzy scentralizowaną władzą, względną nowością w historii ludzkości, i bardziej egalitarnymi społecznymi formami współegzystowania, które przez tysiąclecia dominowały w historii ludzkiego gatunku. Teraz państwo chce nas sprowadzić do poziomu infantylnej, bezbronnej, całkowicie odeń zależnej populacji – masy ssących kciuk, kiwających potakująco główką, gaworzących bezładnie brzdąców przejętych „bezpieczeństwem”; potrzebujących państwa-tatusia, by ich „chroniło”.

Jest to konflikt, lecz polityczna arena, na której się rozgrywa nieustannie zmienia swój kształt; z pewnością rozszerza się. Nie jest to „gra” – jak lubił mawiać antropolog, F.G. Bailey – z uzgodnionymi zasadami i wyznaczonymi sędziami, ustalonymi z góry punktami docelowymi i nagrodami. Jest to konflikt, w którym zasady rozgrywki (dyplomacja, państwowa tajność) i sama rozgrywka (imperium) są bezpośrednio kwestionowane, czemu przyświeca intencja, by nigdy więcej podobne pogrywanie z ludźmi nie miało miejsca.

Teraz musimy już mówić o ruchu WikiLeaks atakowanym przez imperialne państwo amerykańskie (ewidentnie: pracownicy, zwolennicy, ofiarodawcy), obejmującym liczbę przynajmniej pół miliona ludzi reprezentujących różne profesje i grupy społeczne. Tak jak niektórzy zmuszeni byli uzupełnić swoje słownictwo terminem DDOS (distributed denial of service – dystrybuowana odmowa usługi), teraz musimy włączyć do swojego słownika termin DPOS (distributed provision of service – dystrybuowane zapewnienie usługi). Z ostatnich wyliczeń wynika, że lustrzane strony WikiLeaks aktywowane przez zwolenników są już w sile 1700. Aresztowanie i uwięzienie Juliana Assange’a jest tchnieniem życia, które uczyniło ruch widocznym: na Twitterze trwa komunikacja WikiLeaks z opinią publiczną, istnieje już kilka indywidualnych kont WikiLeaks; liczba ujawnionych depesz wzrasta pod względem objętości i prędkości; witryny, które blokowały, cenzurowały lub przerwały współpracę z WikiLeaks zostały zablokowane (m.in. PayPal, MasterCard, Visa, Swiss Post) dzięki Operacji Pomścić Assange’a (Operation Avenge Assange) dowodzonej przez Anonymous (powiązanej także z Operacją Odwet – Operation Payback – a teraz Operacją Leakspin); ponad 500.000 ludzi zademonstrowało swoje wsparcie dla WikiLeaks. Rola Juliana Assange’a była i pozostaje kluczową, ale jego tymczasowe, wymuszone przeniesienie nie sparaliżowało ruchu. Wręcz przeciwnie – spowodowało jego rozkwit. Strategia państwa polegająca na uciszeniu go unaoczniła światu prawdę jego słów: jest swoistym piorunochronem, nie samą organizacją.

Jest to konflikt, WikiLeaks jest ruchem, ale jakiej transformacji możemy oczekiwać i czy byłaby ona rewolucyjna? To, że stoimy na rozdrożu jest klarowne: relacja pomiędzy władzą państwową, mediami i obywatelami już nigdy nie będzie taka sama. Nie trudno zgodzić się z Julianem Assange, który ostatnio powiedział: „…geopolityka będzie podzielona na fazę ‚przed’ i ‚po’ aferze depeszowej (cablegate);” czy Carne Rossem, brytyjskim dyplomatą, który napisał: „Historia będzie datowana przed- i po- WikiLeaks.”

Niektóre kwestie nie mogą pozostać takie same. Z punktu widzenia państwa nadużywanie klauzuli poufności oraz codzienne uzależnienie od tajności zostało gwałtownie przeobrażone: nie może istnieć bez dokumentacji; dokumentacja oderwana od ludzi, którym powierza się realizowanie założeń politycznych staje się bezużyteczna; przekaz ustny nie może służyć nabrzmiałym, scentralizowanym biurokracjom, zwłaszcza kolosalnemu aparatowi bezpieczeństwa narodowego USA; a nieprzerwane zaangażowanie w konflikty zbrojne, popełnianie wojennych zbrodni i ich ukrywanie prowokuje tych, którzy mają sumienie do inspirowania informacyjnych przecieków. Albo Stany Zjednoczone zaniechają używania ambasad jako szpiegowskich gniazd albo pozostawi zaryzykuje nieprzerwany strumień przecieków i nieodwracalne szkody zasobów „miękkiej władzy.” Nadmierna monopolizacja informacji już teraz doznała trwałego uszkodzenia.

Relacja pomiędzy państwami i mediami także zmieni się dramatycznie. Kiedy WikiLeaks wpadł z impetem przez otwarte okno, cały sens przydzielania reporterów do wojskowych jednostek i zmuszania ich do pokornej uległości w zamian za dostęp do publicznie finansowanej armii ulotnił się frontowymi drzwiami. Trzy dekady coraz bardziej rygorystycznej kontroli nad wojskowymi i dyplomatycznymi informacjami, zastraszanie korporacyjnych mediów, osiągnęło swój szczytowy punkt i od teraz znajduje się w fazie schyłku. Od chwili obecnej media mogą relacjonować rzetelnie i wyczerpująco o tym, co w imieniu obywateli robi państwo albo zostaną zepchnięte na bok jako niekompetentne, pozbawione jakiegokolwiek znaczenia; jako prywatne organy państwa. Podobnie dziennikarze z bezpośrednim dostępem do ujawnionych dokumentów nie będą musieli pozostawać z państwem w opartej na pośrednim szantażu relacji zależności.

Krytyczne i dochodzeniowe dziennikarstwo – w jakimkolwiek kraju – nie ma już powodu, by nie zaistnieć. Dziennikarze, którzy zaniechają ujawnienia tego, co mogłoby lub powinno zawstydzić państwo, teraz będą zmuszeni wyjaśnić i przeprosić za swoje zaniedbania. Jeżeli rząd USA uczyni WikiLeaks obiektem represji w oparciu o ustawę o szpiegostwie (Espionage Act) z 1917 roku lub jej wariację, posunięcie to w sposób nieunikniony będzie zastosowane wobec organizacji mediów masowych; należy pamiętać, że WikiLeaks działa w ramach konsorcjum z mediami – żadne z nich nie było odpowiedzialne za przeciek dokumentów (zrobił to ktoś operujący wewnątrz amerykańskiego systemu bezpieczeństwa narodowego) i wszystkie jednakowo ujawniają poufne informacje. Odrzucanie dziennikarskiej natury WikiLeaks, jak czynią to rzecznicy Departamentu Stanu, zwyczajnie na podstawie zarzutu, iż Assange jest „aktorem z określoną intencją i reprezentuje polityczny punkt widzenia,” nie rozwiązuje problemu: ten sam zarzut morze być i był formułowany, w oparciu o nader obfity materiał dowodowy, wobec każdego – począwszy od Fox News, aż po BBC i Al Jazeerę. Być może Departament Stanu za „media informacyjne” uznaje wyłącznie te, które ostatecznie są własnością producenta broni i kontrahenta Ministerstwa Obrony, jak chociażby NBC, CBS i Le Figaro.

Polityczna gospodarka Internetu, od zawsze będąca areną walki, teraz zbliża się do punktu kulminacyjnego, kiedy to prywatna własność i cenzura państwowa są celem frontalnego szturmu. Okazało się, że Chiny i Iran nie są wyjątkowe. Pochwalne peany Departamentu Stanu na cześć „Wolności Internetu” i „Społeczeństwa Obywatelskiego 2.0” zostały zdemaskowane jako cyniczne, manipulacyjne narzędzia geopolityczne – na oczach wszystkich obserwujących, nie tylko wybranej kliki krytyków. Wszyscy widzimy więcej niż tylko przecieki; widzimy baterię prywatnych korporacji funkcjonujących jako ręce państwa, narzucających swoje nie-prawne interpretacje tego, co jest legalne; idących w ślady państwa w stosowaniu surowych poza-prawnych środków. Z pewnością ma miejsce starcie o horyzonty tego, co możliwe i dopuszczalne – walka o Sieć Należącą do Ludzi wkroczyła w nową fazę. Internet stał się innym miejscem. Odnosi się wrażenie, że używamy nowej Sieci.

Jesteśmy świadkami konfrontacji, konfliktu i otwartego oporu. Ci z nas, którzy nie śmią mówić o tym w kategoriach „rewolucji,” mogą przynajmniej mówić o WikiLeaks jako rebelii. Zarówno Julian Assange, jak i szeroko rozumiani zwolennicy WikiLeaks, klasyfikowani są jako „terroryści” przez czołowych prawicowych komentatorów i polityków. Nawet bardziej „umiarkowane” głosy nazywają nas „kryminalistami”. Pojawiają się otwarte nawoływania do zabójstwa. Jesteśmy ich powstańcami. Z powodu wielu odmiennych, często sprzecznych interesów zrobi się nieprzyjemnie: szykujcie się.

W świetle rebelii uwidoczniły się pewne ponure realia, o których istnieniu wiedziało wielu z nas – pozostali nie chcieli ich dostrzec. Prawdziwa „wojna z terrorem” jest faktycznie globalnym programem zwalczania rebelii skierowanym przeciwko nam wszystkim, nie tylko przeciwnikom ukrywającym się w jaskiniach. Żyjemy w okowach reżimu globalnej okupacji, gdzie wojna psychologiczna, atak na prawa człowieka oraz skłaniające się coraz bardziej w stronę dyktatu władze państwowe zwrócone są przeciwko obywatelom, nie tylko zagranicznym „wrogim bojownikom.” To właśnie ujawnia WikiLeaks i jest to prawdziwie rewolucyjna rewelacja, ponieważ nie będziemy już nigdy mogli powrócić do tej samej zależnej i potulnej relacji z państwem. Wielu ludzi, którzy wspierają WikiLeaks, po raz pierwszy w swoim życiu doświadczyło bezpośrednich gróźb śmierci ze strony współobywateli; gróźb wypowiedzianych z nienawistną złością wcześniej zarezerwowaną wyłącznie dla „dżihadystów” (jak sądzili niektórzy). Prawdziwa wojna zawsze toczyła się bardziej w domu niż poza nim.

Jeżeli przez rewolucję niektórzy rozumieją oczekiwany upadek całego politycznego i ekonomicznego systemu, obalone rządy i powstanie nowego światowego porządku społecznego – najprawdopodobniej nie uznają WikiLeaks za rewolucję. Z drugiej jednak strony żyjemy w okresie niepewnym, kiedy nie sposób jest przewidzieć pewnych rezultatów i WikiLeaks może okazać się krytycznym katalizatorem reorganizacji naszego rozumienia światowej polityki, która nie jest definiowana przez egzystencjalną walkę przeciwko Innym, tylko walkę przeciwko nam, prowadzoną przez państwa obawiające się swoich obywateli. WikiLeaks może być rozumiany jako rewolucja w znaczeniu bliższym, obejmującym politykę i gospodarkę informacji oraz komunikacji, relację obywateli z państwem, relacje pomiędzy krajami i zwiększone oczekiwania względem obietnicy demokracji. A to nie jest mało.

Maximilian Forte jest profesorem antropologii na Concordia University w Montrealu, gdzie wykłada antropologię polityczną, aktywizm polityczny i Internet oraz nowy imperializm. Jego teksty publikuje Al Jazeera i Zero Anthropology (http://zeroanthropology.net).

Tłumaczenie: exignorant

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.