Złodziej, który skradł czas

Autor: Tim Murray

24 października 2010

Jakie to frustrujące. Potrzebujemy rozbudowanych artykułów (lub książek) i długich filmów dokumentalnych, by właściwie i wyczerpująco rozwinąć naszą argumentację. Lecz gdybym narysował wykres z liczbą słów na jednej osi, a z liczbą „wizyt” lub kliknięć i „komentarzy” na osi drugiej, okazałoby się, że każde 50 słów powyżej 700 przynosi spadek liczby odwiedzin, kliknięć lub komentarzy. Powyżej tysiąca słów spadek byłby stromy. Nic dziwnego, że większość redaktorów nie akceptuje zgłoszonych tekstów przekraczających ten próg. I nie chodzi bynajmniej o to, że inne tematy konkurują o każdy centymetr szpalty – to zainteresowanie czytelników „nie jest już takie jak dawniej”. Nasze zorientowane na wzrost społeczeństwo kultywuje niecierpliwość wobec wszystkiego, co nie podnieca nas lub ekscytuje przez więcej niż 20 sekund.

Ludzie produkujący się na kanałach TV typu MSN używają już języka sms-owego, jakby rozmawiali za pośrednictwem krótkofalówek. Szybko, płytko i lapidarnie. Jeżeli przedstawiciele pokolenia ery cyfrowej nie są chwilowo wyniośle zdystansowani, markotni i zamknięci w swoim i-podowym odosobnieniu, charakterystycznie strzelają słowami w seriach z broni automatycznej niczym DJ’e i sprzedawcy w sklepach komputerowych. Nic dziwnego, że nie potrafią znieść mozolącego się dyskursu dziadków, których nigdy nie odwiedzają w domach spokojnej starości. Nasza mowa naśladuje „przyspieszenie” właściwe fordyzmowi. Zastęp Charlie Chaplinów przy taśmie produkcyjnej, którzy brzmią jak chipmunki na amfetaminie. Nie tylko miejsce naszej pracy rozgorączkowane jest ruchliwą wrzawą i osuszone z kreatywności, także godziny czasu wolnego zorganizowane są tak, by dotrzymać tempa. Nawet nasze dzieci nie mogą być pozostawiane w towarzystwie własnego umysłu, lecz muszą być karmione wysokociśnieniowym harmonogramem lekcji tańca, sztuk walki, harcerskich zbiórek, czy treningów piłki nożnej, a robią to wszystko biorąc jednocześnie udział w codziennych szkolnych zajęciach – są nieznajomymi, którzy zbyt często do podgrzewanych w mikrofalowej kuchence misek tupperware pakują swoje posiłki po tym, jak rodzice i rodzeństwo zdążą już skonsumować lub porzucić swoje porcje spiesząc za własnymi samotnymi dążeniami.

Wygląda to tak, jakbyśmy uskuteczniali telewizyjny surfing, tylko zamiast kanałów przeskakujemy kolejne konwersacje, związki, małżeństwa i zajęcia zarobkowe. Czujemy mus ustawicznego ruchu, ustawicznej konsumpcji, ponieważ nasze apetyty zostały zaprogramowane na szybką działkę natychmiastowej gratyfikacji. (…) Nadmiar porcji na naszym talerzu traktowany jest obecnie jako przymiot, oznaka ambicji, a wszyscy musimy być ambitni – w przeciwnym razie nasza postawa będzie uznawana za naganną. Purytańska etyka została zaprzęgnięta do konsumpcjonizmu, nieustannego nerwowego zniecierpliwienia i kultywowanego niezadowolenia, które je nakręca.

Oto kultura, z którą musimy się borykać. I nie chodzi tylko o to, że ludzie nie chcą poznać złych wiadomości – nie chcą poświęcić czasu, by się dowiedzieć. Spośród wszystkich przywar w moim osądzie najgorsza jest chciwość. I nie ogranicza się do pożądania zabawek, lecz do pożądania więcej. Jeszcze więcej zajęć, więcej zobowiązań, więcej rozpalonych prętów w palenisku. Musimy zajmować się ciągle, by unikać myślenia i unikać naszych przyjaciół i rodzin. Tego opętanego wzrostem społeczeństwa jeszcze bardziej niż za na ruinę w jaką obraca naturalne systemy podtrzymania życia nie znoszę za destrukcję osobistych związków. Kiedy ostatnio ktoś spontanicznie usiadł, by wylać swoje uczucia w zaadresowanym do ciebie liście? Dawniej było to rzeczą powszechną. Jak często ludzie poświęcają czas, by naprawdę wysłuchać swoich przyjaciół? I pomyśleć, że prehistoryczni myśliwi-zbieracze pracowali tylko dwie godziny dziennie. Co się stało z tym społeczeństwem czasu wolnego obiecanym pół wieku temu przez naszą przemysłową cywilizację?

Człowiek, który cztery lata temu nauczył mnie jak korzystać z komputera, abym zaczął pisać i konwersować z interesującymi ludźmi z całego świata, przechodził przez prywatną burzę, którą niewielu w naszej społeczności raczyło zauważyć. Korzystaliśmy z jego usług, ale nigdy nie poświęciliśmy czasu, by naprawdę dowiedzieć się „jak mu leciało”. Był dobrym człowiekiem; mieszkał u podnóża klifu, na którym osadzony jest mój dom. Dzielił nas tylko trzyminutowy spacer. Pewnego ranka znalazłem go leżącego na kierownicy swojej ciężarówki, obok rozlanego kieliszka wina, który ściskała jego dłoń, kiedy tlenek węgla ze spalinowego wydechu wypełniał wnętrze kabiny. Do wylotu rury wydechowej przyłączył przewód, a drugi koniec przeprowadził przez małą dziurę w pobliżu drzwi i okleił ją, by zatrzymać spaliny wewnątrz. Przekręcił klucz w stacyjce i pozostawił włączony silnik. Kiedy go zobaczyłem był martwy od kilku godzin. Gdybyśmy poświęcili mu czas możliwe, że nasza pomoc wyrwałaby go z gehenny. Lecz nawet w tak niewielkiej wiejskiej społeczności jak moja ludzie nie mają już czasu. Tym według mnie jest szaleństwo gospodarczego wzrostu. Złodziej, który skradł czas.

Tim Murray pisze na temat środowiska, jest aktywistą i wiceprezydentem Biodiversity First.

Tłumaczył: exignorant

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.